Planeta Narnia. Siedem sfer wyobraźni C. S. Lewisa - Michael Ward - ebook

Planeta Narnia. Siedem sfer wyobraźni C. S. Lewisa ebook

Michael Ward

0,0

Opis

Badacze przez długi czas próbowali wykazać, że słynne Opowieści z Narnii C.S. Lewisa są spójne pod względem symbolicznym. Wskazywali na takie potencjalnie łączące je motywy, jak: siedem sakramentów, siedem grzechów głównych czy siedem części Królowej wieszczek Spensera. Jednak przez ponad pół wieku symbolika Narnii pozostała tajemnicą.

Sekret wyjawił wreszcie Michael Ward. W pracy Planeta Narnia przekonuje on, że kluczem do siedmioksięgu jest średniowieczna kosmologia, która fascynowała Lewisa przez całe życie. Zbadawszy całościowo twórczość Lewisa (w tym nieopublikowane szkice Opowieści z Narnii), Ward odkrył, że poszczególne części cyklu zostały skonstruowane w taki sposób, aby wyrażać właściwości siedmiu planet zgodnie z tym, jak je ujmowano w średniowiecznym modelu niebios: Jowisza, Marsa, Sola (Słońca), Luny (Księżyca), Merkurego, Wenus i Saturna. Lewis skomponował swoje dzieło tak, by w każdej książce fabuła, szczegóły świata przedstawionego i obraz chrystologicznej postaci Aslana oddawały charakter danej planety. Ów motyw kosmologiczny jest tym, co Lewis określał „elementem kappa w bajce”, czyli esencją atmosfery opowieści, obecną w każdym jej momencie, ale nigdy niewyrażoną wprost. Planeta Narnia to przełomowe studium, dzięki któremu dokona się zasadnicza zmiana paradygmatu interpretacyjnego nie tylko Opowieści z Narnii, ale też całej literackiej i teologicznej twórczości Lewisa.

Seria książek „C.S. Lewis. Rozum i Wiara” została objęta patronatem Instytutu Filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 712

Rok wydania: 2023

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­nałuThe Se­ven He­avens in the Ima­gi­na­tion of C.S. Le­wis
Co­py­ri­ght © 2008 by Oxford Uni­ver­sity Press, IncPla­neta Na­rnia. Sie­dem sfer wy­obraźni C.S. Le­wisa was ori­gi­nally pu­bli­shed in En­glish in 2008. This trans­la­tion is pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Oxford Uni­ver­sity Press. Fun­da­cja Pro­do­teo is so­lely re­spon­si­ble for this trans­la­tion from the ori­gi­nal work and Oxford Uni­ver­sity Press shall have no lia­bi­lity for any er­rors, omis­sions or in­ac­cu­ra­cies or am­bi­gu­ities in such trans­la­tion or for any los­ses cau­sed by re­liance the­reon. Il­lu­stra­tions by Pau­line Bay­nes © co­py­ri­ght CS Le­wis Pte Ltd 1950–1956. Used with per­mis­sion Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Fun­da­cja Pro­do­teo, War­szawa 2023
Re­dak­tor na­ukowy se­rii – dr hab. Piotr By­lica, prof. UZ
Re­dak­tor pro­wa­dzący – Anna Ka­szu­bow­ska
Re­dak­tor me­ry­to­ryczny – prof. dr hab. Ze­non Ro­skal
Re­dak­cja ję­zy­kowa – Ja­kub Grze­gorz Wiatr
Ko­rekta – Do­mi­nika Zie­miń­ska
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych – Ewa Ja­błoń­ska
Pro­jekt gra­ficzny książki – Sta­ni­sław Tu­chołka • Pan­book.pl
Skład – Ama­de­usz Tar­goń­ski
Wy­da­nie 1
ISBN 978-83-67634-15-1 (PDF) ISBN 978-83-67634-13-7 (EPUB) ISBN 978-83-67634-14-4 (MOBI)
Fun­da­cja Pro­do­teo ul. Rudzka 9 lok. 54 01-689 War­szawapro­do­teo.pl ebook do­stępny na: con­tra­gen­ti­les.pl/ksie­gar­nia

Dla Ja­mesa G. Le­vine‘a

eks­perta w dzie­dzi­nie che­mii at­mos­fe­rycz­nej

Roz­nie­biesz­czone te błę­kity,

Ten strop, w pro­mienne mże spo­wity,

Te nieb bez­miary prze­wspa­niałe

Wieczną Pra­źró­dła gło­szą chwałę.

Nie­wy­czer­pany ogień słońca

Swo­jego Stwórcę czci bez końca

I z wie­ścią spie­szy na okręgi

O wiel­kich spra­wach Wszech­po­tęgi.

A wie­czór mrok swój gdy roz­leje,

Księ­życ prze­dziwne chwyta dzieje

I z za­słu­chaną zie­mią gwa­rzy

O na­ro­dzi­nach swych mi­raży.

Pla­net mu lśni­sty za­stęp wtó­rzy,

Gwiazdy, w nad­ziem­nej swej po­dróży

Prze­bie­ga­jące fir­ma­menty,

Dają świa­dec­two Praw­dzie świę­tej.

Cho­ciaż na­okół ziem­skiej kuli,

Którą noc w ciemny płaszcz swój tuli,

Krążą w mil­cze­niu, choć dla ucha,

Zda się, na­okół prze­strzeń głu­cha,

Serce w tej wiecz­nej, gwiezd­nej ci­szy

Głos nie­ustanny cią­gle sły­szy –

Od nieb roz­łoga do roz­łoga

Brzmi: „Nas po­siała ręka Boga!”.

Jo­seph Ad­di­son, 1712 (in­spi­ro­wany Psal­mem 19),przeł. J. Ka­spro­wicz

.

Przy­cho­dzi ktoś i mówi: „Oto nowy ury­wek tego rę­ko­pisu, który zna­la­złem; jest to główny frag­ment tej sym­fo­nii czy też główny roz­dział tej po­wie­ści. Tekst jest bez niego nie­kom­pletny. Po­sia­dam bra­ku­jący frag­ment, który jest tak na­prawdę cen­trum tego dzieła”. Je­dyną rze­czą, jaką można by zro­bić, to umie­ścić nowy ury­wek rę­ko­pisu w tym cen­tral­nym miej­scu, i wtedy zo­ba­czyć, jak od­dzia­łuje na resztę dzieła. Gdyby usta­wicz­nie nada­wał no­wego zna­cze­nia ca­łej po­zo­sta­łej czę­ści dzieła, gdyby po­wo­do­wał po­strze­ga­nia w ca­łej po­zo­sta­łej czę­ści dzieła rze­czy do tej pory nie­zau­wa­żal­nych, to są­dzę, że uzna­łoby się go za au­ten­tyczny.

C.S. Le­wis, Wielki cud[1]

WSTĘP

Wy­daje się, że można wy­ra­zić na­dzieję, iż ni­niej­sza książka po­twier­dzi war­tość ko­mu­ni­ka­cji in­nego ro­dzaju niż bez­po­śred­nia. Nie wszystko, co musi być po­wie­dziane, musi być po­wie­dziane wprost. W isto­cie, nie­któ­rych rze­czy nie da się prze­ka­zać bez­po­śred­nio, jak na przy­kład szczę­ścia, które jest w znacz­nej mie­rze nie­wy­ra­żalne, a gdy chce się je ubrać w słowa, to ula­tuje. Wdzięcz­ność jed­nak zwy­kle do nich nie na­leży i czę­sto można ją wy­ra­zić je­dy­nie po­przez słowa. Po­zwolę so­bie za­tem od­kryć ro­dzaj i za­kres mo­jej wdzięcz­no­ści za po­moc i życz­li­wość wspo­mnia­nych po­ni­żej osób.

Dzię­kuję czci­god­nym pro­fe­so­rom Je­remy’emu Beg­biemu i Tre­vo­rowi Har­towi z Uni­wer­sy­tetu St. An­drews, pro­mo­to­rom pracy dok­tor­skiej, na któ­rej oparta jest ni­niej­sza książka i dzięki któ­rym se­mi­na­ria w Isty­tu­cie Teo­lo­gii, Wy­obraźni i Sztuk (In­sti­tute of The­ology, Ima­gi­na­tion and Arts) były tak nie­zwy­kle wzbo­ga­ca­ją­cym do­świad­cze­niem. Dzię­kuję także moim ko­le­gom z ITIA (ry­muje się z „idea”), zwłasz­cza Kir­stin i Gre­gowi John­so­nom, Ju­lie i Mat­towi Can­li­som oraz Tony’emu Clar­kowi.

Za sfi­nan­so­wa­nie mo­ich ba­dań po­dzię­ko­wa­nia na­leżą się In­sty­tu­towi Whi­te­field (Whi­te­field In­sti­tute, obec­nie In­sty­tut Etyki Chrze­ści­jań­skiej Kirby’ego Langa – Kirby Lang In­sti­tute for Chri­stian Ethics), Wy­dzia­łowi Dusz­pa­ster­stwa Rady Ar­cy­bi­skupa Ko­ścioła An­glii; po­nadto Pań­stwu Ot­to­nom Ste­ven­som za ich szczo­dre wspar­cie. Je­stem rów­nież wdzięczny za przy­zna­nie Sty­pen­dium Na­uko­wego Clyde’a S. Kilby’ego przez Wade Cen­ter przy Whe­aton Col­lege w Il­li­nois.

Szcze­gólne po­dzię­ko­wa­nia na­leżą się Panu Chri­sto­phe­rowi Holm­wo­odowi i Jego Eks­ce­len­cji Si­mo­nowi Bar­ring­to­nowi-War­dowi za ich wkład w od­kry­cia, dzięki któ­rym można było pod­jąć się tych ba­dań i w kon­se­kwen­cji by mo­gła po­wstać ni­niej­sza książka.

Za pro­fe­sjo­nalną ob­sługę dzię­kuję pra­cow­ni­kom Bo­dle­ian Li­brary w Oks­for­dzie, bi­blio­teki Mag­da­lene Col­lege w Cam­bridge, bi­blio­teki New Hall w Cam­bridge, The Wade Cen­ter przy Whe­aton Col­lege w Il­li­nois oraz The War­burg In­sti­tute w Lon­dy­nie.

Skła­dam po­dzię­ko­wa­nia dla Pana An­drew Cle­landa, ks. Ni­gela Daw­kinsa, Pani An­to­nii Irvine, ks. dr. Mi­cha­ela Thomp­sona i dr. Ste­vena Younga za wspar­cie tech­niczne.

Pani Pau­line Bay­nes dzię­kuję za po­mocne od­po­wie­dzi na moje py­ta­nia.

Lor­dowi Har­rie­sowi z Pen­tre­grath, Pani Ra­chel Ho­worth, Pani Kay Ste­ven­son i Jego Eks­ce­len­cji ks. Ro­wa­nowi Wil­liam­sowi dzię­kuję za do­star­cze­nie mi ory­gi­na­łów i ko­pii do­ku­men­tów bę­dą­cych w ich po­sia­da­niu.

Dr. Wal­te­rowi Ho­ope­rowi, dr. Chri­sto­phe­rowi Mit­chel­lowi, dr. An­drew Cu­neo dzię­kuję za ich za­chęty i rady.

Dr. Char­le­sowi We­is­sowi, dr. Aren­dowi Smilde’owi i ks. Hen­kowi van Win­ger­de­nowi dzię­kuję za po­moc w po­szu­ki­wa­niach źró­deł cy­ta­tów; dzię­kuję także Panu Alek­sowi In­gram­sowi, Panu Ani­showi La­kha­niemu i Panu Mat­thew Wo­od­cra­ftowi za do­łą­cze­nie do tej mrów­czej pracy.

Dr Mari Jo­nes, prof. Te­dowi Ken­ney­owi i ks. dr. Joh­nowi Yate­sowi III dzię­kuję za po­rady ję­zy­kowe.

Dr Clare Ba­ker, dr. Be­thol­dowi Kres­sowi, Pani Libbi Lee, Panu Qu­en­ti­nowi Ma­ile i Pani Ca­the­rine Ta­bone dzię­kuję za wspar­cie w przy­go­to­wa­niu ilu­stra­cji.

Wszyst­kie wy­mie­nione wy­żej osoby mają bez­po­średni udział we wzbo­ga­ce­niu tre­ści tej książki lub jej wy­da­niu i choć mam dług wdzięcz­no­ści wo­bec nich, nie są oni od­po­wie­dzialni za ewen­tu­alne błędy, ja­kie mogą po­ja­wić się w tej pracy – wina za nie spada wy­łącz­nie na mnie.

„Bocz­kiem, rze­mien­nym dy­sz­lem za­cho­dząc, [...] tra­fić do celu”[1]. Za nie­bez­po­śred­nią po­moc róż­nego ro­dzaju, któ­rej nie spo­sób wy­li­czyć, na wdzięcz­ność za­słu­gują na­stę­pu­jące osoby: Adam Bark­man, Mike i Emma Blan­cho­wie, Erika Cu­neo, Liam i Pip Cut­tel­lo­wie, Co­lin Du­riez, Char­les Hart, Chris i Cath Hay­hur­sto­wie, Ruth Holm­wood, Don King, An­drew Lazo, Sean Lip, Wayne i Nita Mar­tin­dale’owie, Mar­jo­rie Mead, Se­ba­stian No­kes, Bar­naby Per­kins, Ben Qu­ash, Jerry Root, Ales­san­dro Scafi, Ke­vin Tay­lor, Guy Tre­week, Da­vid Wha­len i Emma Young.

Chciał­bym szcze­gól­nie pod­kre­ślić po­śred­nie wspar­cie, ja­kie otrzy­ma­łem od mo­ich ro­dzi­ców, Ke­itha i Olive War­dów, któ­rych pe­łen mi­ło­ści wpływ (wpływ jest tu klu­czo­wym sło­wem) od­ci­snął się nie­wi­dzial­nie na każ­dej stro­nie tej książki. Ale tu słowa za­wo­dzą i Mer­kury musi wzle­cieć, prze­ka­zu­jąc wia­do­mość po­przez to, co nie­wy­ra­żone sło­wami. Jak rzekł Wil­liam Szek­spir, cza­sami „ci­sza to naj­do­sko­nal­szy zwia­stun ra­do­ści”.

ROZ­DZIAŁ 1

CI­SZA

„Jak wła­ściwe dla opo­wie­ści,we­wnętrzne zna­cze­nie jest sta­ran­nie ukryte”.

List do Ar­thura Gre­evesa (18 lipca 1916)

Do­cie­kliwy umysł za­pewne do­strzeże, że z cy­klem Opo­wie­ści z Na­rnii C.S. Le­wisa wiążą się pewne pro­blemy. Roz­wi­kła­nie ich jest sprawą ważną, po­nie­waż tego ro­dzaju hi­sto­rie, po­pu­larne i po­wszech­nie do­stępne dla dzieci, można uznać za naj­waż­niej­szy z ro­dza­jów li­te­ra­tury kształ­tu­ją­cej wy­obraź­nię. Jak stwier­dził oj­ciec fi­lo­zo­fii w Pań­stwie: „W każ­dej spra­wie po­czą­tek to rzecz naj­waż­niej­sza. Zwłasz­cza je­żeli cho­dzi o ja­kie­kol­wiek istoty młode i wraż­liwe. Prze­cież wtedy się naj­wię­cej for­muje i prze­nika w głąb to piętno, któ­rym by ktoś chciał na­ce­cho­wać każ­dego [...]. Więc czy my tak ła­two po­zwo­limy, żeby byle kto i byle ja­kie mity ukła­dał i niech tego dzieci słu­chają...?”[1]. Fi­lo­zo­fię za­chod­nią na­zwano kie­dyś se­rią przy­pi­sów do Pla­tona, a w przy­padku jed­nego ze współ­cze­snych pro­mi­nent­nych twór­ców tych przy­pi­sów, bry­tyj­skiego fi­lo­zofa Alas­da­ira Ma­cIn­tyre’a, w zna­czą­cej pracy Dzie­dzic­two cnoty, od­bija się echo po­glą­dów mi­strza sta­ro­żyt­nej Gre­cji: „Wła­śnie po­przez przy­słu­chi­wa­nie się hi­sto­riom o nie­do­brych ma­co­chach, za­gu­bio­nych dzie­ciach, do­brych, ale zdez­o­rien­to­wa­nych kró­lach [...] dzieci uczą się – albo i nie – kim jest dziecko, jaka jest ob­sada ról w dra­ma­cie, w któ­rym się na­ro­dziły, oraz jak zbu­do­wany jest świat”[2]. Pro­blemy, ja­kie niosą ze sobą Opo­wie­ści z Na­rnii spro­wa­dzają się do py­ta­nia, czy są to do­bre, czy złe bajki i czy w isto­cie uczą czy­tel­ni­ków od­po­wied­nich spo­so­bów po­stę­po­wa­nia.

Mamy do czy­nie­nia z trzema kwe­stiami.

Po pierw­sze, pro­blem po­wsta­nia. Dla­czego w ogóle zo­stały na­pi­sane? Co spra­wiło, że bez­dzietny uczony po pięć­dzie­siątce na­gle za­jął się tak zwaną „li­te­ra­turą dzie­cięcą”? Czy był to kry­zys wiary, jak su­ge­ro­wali nie­któ­rzy kry­tycy, spo­wo­do­wany przez atak na jedną z waż­niej­szych jego ksią­żek apo­lo­ge­tycz­nych – Cuda, do­ko­nany przez fi­lo­zofkę Eli­sa­beth An­scombe? Czy za­tem Opo­wie­ści z Na­rnii są pro­duk­tem umy­słu w od­wro­cie, psy­cho­lo­gicz­nej re­ak­cji na atak, po­le­ga­ją­cej na ucieczce w świat fan­ta­zji?

Po dru­gie, mamy do czy­nie­nia z pro­ble­mem kom­po­zy­cji. Dla­czego sto­pień ale­go­rycz­no­ści cy­klu jest nie­jed­no­lity? Trzy książki zdają się być wprost oparte na ma­te­riale bi­blij­nym, pod­czas gdy w czte­rech po­zo­sta­łych nie ma wi­docz­nych na­wią­zań do Bi­blii. Ta nie­jed­no­li­tość nie ty­czy się je­dy­nie se­rii jako ta­kiej. Po­szcze­gólne książki także wy­dają się zło­żone z za­sad­ni­czo od­mien­nych ele­men­tów. Przy­kła­dowo: w pierw­szej czę­ści cy­klu – Lew, cza­row­nica i stara szafa – wy­stę­pują Święty Mi­ko­łaj w swo­jej naj­bar­dziej po­pu­lar­nej wer­sji, Kró­lowa Śniegu Hansa Chri­stiana An­der­sena, an­giel­skie dzieci w stylu Edith Nes­bit[3] i „styl wy­soki” przy­po­mi­na­jący styl sir Tho­masa Ma­lory’ego. Po­nadto, dla­czego w opo­wie­ściach jest tyle kon­tro­wer­syj­nych scen prze­mocy, jak mi­li­ta­ryzm w Księ­ciu Ka­spia­nie, kary cie­le­sne w Srebr­nym krze­śle czy ma­sa­kra dzieci w Ostat­niej bi­twie? Czy za wy­bo­rem ta­kiej kom­po­zy­cji kryje się ja­kaś trudna do od­gad­nię­cia lo­gika?

Po trze­cie, pro­blem od­bioru. Dla­czego Opo­wie­ści z Na­rnii od­nio­sły taki spek­ta­ku­larny suk­ces? Od po­nad pół­wie­cza znaj­do­wali się od­dani czy­tel­nicy, i to nie tylko dzieci, ale też do­ro­śli; nie tylko chrze­ści­ja­nie, ale też nie­bę­dący nimi, jak okre­śla­jąca się jako osoba o po­glą­dach „li­be­ral­nych, fe­mi­ni­stycz­nych i agno­stycz­nych” Sa­rah Zet­tel, która twier­dzi, że „ko­cha” Na­rnię z uwagi na jej wła­sne po­glądy, a nie po­mimo nich[4]. Co spra­wia, że książki te prze­ma­wiają do tak sze­ro­kiego grona? Uwzględ­niw­szy kwe­stie po­wodu po­wsta­nia i kom­po­zy­cji, czyż ogromna po­pu­lar­ność cy­klu Le­wisa, która za­pewne jesz­cze wzro­śnie w miarę po­wsta­wa­nia ad­ap­ta­cji fil­mo­wych ko­lej­nych czę­ści, nie jest za­dzi­wia­jąca? Aby roz­pro­mo­wać, roz­pro­pa­go­wać te ty­tuły na ryn­kach ca­łego świata, wdra­żany jest ar­se­nał no­wo­cze­snych tech­nik pro­mo­cyj­nych, za­tem wspo­mniane pro­blemy po­wodu po­wsta­nia, kom­po­zy­cji i od­bioru stają się tym bar­dziej istotne i do­ma­gają się próby roz­wią­za­nia ich.

Za­gad­nie­nia te mogą zo­stać spro­wa­dzone do na­stę­pu­ją­cego py­ta­nia: jak to się stało, że sie­dem opo­wie­ści, stwo­rzo­nych przez do­świad­czo­nego pi­sa­rza i zda­ją­cych się nie od­zna­czać wy­so­kim po­zio­mem spój­no­ści, stało się jed­nymi z naj­le­piej sprze­da­ją­cych się i naj­bar­dziej wpły­wo­wych ba­jek w hi­sto­rii?

Ni­niej­sza książka sta­nowi próbę od­po­wie­dze­nia na to py­ta­nie. Za­mie­rzam prze­ko­ny­wać, że Opo­wie­ści z Na­rnii w isto­cie po­wstały w związku z de­batą Le­wisa z An­scombe, ale ra­czej miały na celu zmie­rze­nie się z kry­tyką jego teo­lo­gii, ani­żeli ucieczkę od tej kry­tyki. Będę do­wo­dził, że cykl jest spójny, za­równo jako zwarta ca­łość, jak i w przy­padku po­szcze­gól­nych jego czę­ści, a za­warte tam „kon­tro­wer­syjne” ele­menty na­leży in­ter­pre­to­wać w kon­tek­ście jak naj­bar­dziej spój­nej stra­te­gii wy­obraźni li­te­rac­kiej. Będę wy­ka­zy­wał, że książki z tego cy­klu zy­skały tak wielką liczbę czy­tel­ni­ków, po­nie­waż prze­ka­zują sie­dem sta­ro­daw­nych ar­che­ty­pów w su­ge­stywny pod wzglę­dem ar­ty­stycz­nym i teo­lo­gicz­nym spo­sób.

Ar­gu­menty te spro­wa­dzają się do waż­kiego i śmia­łego twier­dze­nia: my­ślę, że od­na­la­złem se­kretny klucz do ima­gi­na­rium cy­klu Le­wisa. Je­stem w pełni świa­domy, że szu­ka­nie taj­nych ko­dów jest ulu­bio­nym za­ję­ciem osób ogar­nię­tych ob­se­sjami, zwo­len­ni­ków teo­rii spi­sko­wych, szar­la­ta­nów pra­gną­cych wy­ko­rzy­stać oka­zję z ko­rzy­ścią dla sie­bie, et hoc ge­nus omne; nie­za­mie­rze­nie ośmie­szył ta­kie po­dej­ście Dan Brown w swoim po­czyt­nym thril­le­rze Kod Le­onarda da Vinci. Jed­nak od czasu do czasu wni­kliwy kry­tyk, pa­trzący z uwagą na tekst, do­ko­nuje in­ter­pre­ta­cyj­nego prze­łomu i two­rzy świetną pracę „de­szy­fru­jącą”. Przy­kła­dowo, w 1960 roku Kent Hie­att w książce Short Time’s En­dless Mo­nu­ment za­pre­zen­to­wał swoje od­kry­cie, że strofy utworu Ed­munda Spen­sera Epi­tha­la­mion od­po­wia­dają 24 go­dzi­nom dnia prze­si­le­nia let­niego. Ta ta­jem­ni­cza kwe­stia po­zo­stała nie­zau­wa­żona przez ba­da­czy przez pra­wie 400 lat. Je­stem prze­ko­nany, że ja rów­nież od­kry­łem praw­dziwą li­te­racką ta­jem­nicę, którą wszy­scy mieli przed oczami od mo­mentu uka­za­nia się pierw­szego wy­da­nia Opo­wie­ści z Na­rnii, lecz, co zna­czące, nikt wcze­śniej jej nie do­strzegł. Nie twier­dzę, że do­tar­łem do nie­zna­nego do­tych­czas tek­stu, w któ­rym Le­wis ujaw­nił ten se­kret, ani też nie opie­ram się na nie­pu­bli­ko­wa­nej wcze­śniej re­la­cji jed­nego z jego przy­ja­ciół lub krew­nych. Mam za sobą je­dy­nie pracę in­te­lek­tu­alną – czyli do­słow­nie „czy­ta­nie mię­dzy wier­szami”. Od­czy­tu­jąc w ten spo­sób Opo­wie­ści z Na­rnii rów­no­le­gle z in­nymi dzie­łami Le­wisa, do­cho­dzę do wnio­sku, że jest moż­liwe do­szu­ka­nie się ukry­tego zna­cze­nia, które zo­stało ce­lowo wple­cione w sied­mio­czę­ściowy cykl ba­jek czy opo­wie­ści ro­man­tycz­nych[5].

Je­stem oczy­wi­ście świa­domy, że Le­wis nie pa­trzył przy­chyl­nym okiem na kry­ty­ków li­te­rac­kich, któ­rzy pró­bo­wali od­kryć we­wnętrzne zna­cze­nie jego dzieł, uwa­żam jed­nak, że jego opi­nia o nich wy­ni­kała z tego, że nie tra­fiali w cel, a nie z tego, że celu w ogóle nie było. Wie­rzę, że ar­gu­menty przed­sta­wione w tej książce mają wy­star­cza­jącą moc eks­pla­na­cyjną, aby uznać je za trafne.

Przyj­mu­jąc hi­po­te­tycz­nie, że przed­sta­wione ar­gu­menty w isto­cie są praw­dziwe, po­ja­wia się na­tych­miast py­ta­nie, czy Le­wis kie­dy­kol­wiek po­wie­dział ko­muś, że książki były pi­sane we­dług planu (mam na my­śli plan, który kla­ro­wał się stop­niowo, gdyż wiemy, że za­czy­na­jąc pi­sać, nie pla­no­wał on jesz­cze wy­da­nia aż sied­miu czę­ści). O ile mi wia­domo, ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wy­ja­wił. Choć kil­ka­krot­nie czy­nił alu­zje, że taki plan był – wspo­mnimy o nich we wła­ści­wym cza­sie – to Le­wis naj­wy­raź­niej ni­gdy nie po­dał do wia­do­mo­ści faktu jego ist­nie­nia – czy to w pi­smach, czy po­przez ja­kie­goś po­wier­nika. Z jego ży­ją­cych ko­le­gów, przy­ja­ciół i krew­nych, któ­rym mógłby po­ten­cjal­nie po­wie­rzyć tę ta­jem­nicę – oso­bom ta­kim jak Pau­line Bay­nes, Wal­ter Ho­oper czy Do­uglas Gre­sham – nikt cze­goś ta­kiego so­bie nie przy­po­mina. Je­śli Le­wis wy­ja­wił se­kret swo­jej żo­nie, bratu albo przy­ja­cio­łom, ta­kim jak: Owen Bar­field, Ar­thur Gre­eves czy Geo­rge Sayer, nikt z nich go ni­komu nie ujaw­nił.

Ten fakt na pierw­szy rzut oka pod­waża war­tość ar­gu­men­tów, ja­kie za­mie­rzam przed­sta­wić. Le­wis nie był osobą skrytą ani za­kła­maną, ale bez­ce­re­mo­nial­nym, szcze­rym do bólu „Jac­kiem” (jak brzmiał pseu­do­nim, który sam so­bie nadał), rze­czo­wym i roz­trop­nym. Choć jego krąg zna­jo­mych był dość nie­wielki, to w jego ra­mach ucho­dził za osobę praw­do­mówną. Sayer wspo­mina: „Roz­ma­wia­li­śmy tak szcze­rze, jak mo­gli tylko przy­ja­ciele. Ni­gdy nie zna­łem ko­goś bar­dziej otwar­tego w kwe­stii wła­snego ży­cia pry­wat­nego”. I choć przy­jaźń Le­wisa z Say­erem ra­czej nie opie­rała się na wspól­nych za­in­te­re­so­wa­niach do­ty­czą­cych li­te­ra­tury, mo­żemy bez wąt­pli­wo­ści uznać, że w tym przy­padku po­zwa­lał so­bie na po­dobny po­ziom otwar­to­ści, jak roz­ma­wia­jąc z Ro­ge­rem Lan­ce­ly­nem Gre­enem, z któ­rym z pa­sją dys­ku­to­wał o li­te­ra­tu­rze, zwłasz­cza w okre­sie pi­sa­nia Opo­wie­ści z Na­rnii. Lecz Green ni­gdy nie su­ge­ro­wał, że cykl na­rniowy (jak go okre­ślano) skrywa ja­kiś li­te­racki se­kret. Je­śli Green o nim nie wie­dział, to czy rze­czy­wi­ście ist­nieje ja­kaś ta­jem­nica?

Warto od­nieść się do tego py­ta­nia na sa­mym po­czątku, po­nie­waż je­śli po­mysł, że taki se­kret ist­nieje, zo­sta­nie prima fa­cie uznany za nie­praw­do­po­dobny, to nie ocze­ki­wał­bym, że przed­sta­wione tu ar­gu­menty zo­staną po­trak­to­wane po­waż­nie. W ni­niej­szym roz­dziale po­każę, że w za­cho­wa­niu Le­wisa prze­ja­wiała się nie­kiedy pewna ta­jem­ni­czość, po­nadto że wielu kry­ty­ków już wcze­śniej wy­czu­wało, że Opo­wie­ści z Na­rnii za­wie­rają ja­kąś ta­jem­nicę, oraz że ist­nieją świa­dec­twa wy­zna­cza­jące kie­ru­nek po­szu­ki­wań.

SKRYTY OSOB­NIK?

Po pierw­sze, na­leży roz­wa­żyć, czy wła­ściwy jest ob­raz Le­wisa jako osoby nie­zmien­nie i cał­ko­wi­cie trans­pa­rent­nej. Miał on bar­dzo zło­żoną oso­bo­wość, można by na­wet na­zwać go po­sta­cią ta­jem­ni­czą. J.R.R. Tol­kien uzna­wał go za nie­da­ją­cego się zgłę­bić[6]. Bar­field stwier­dził, że „stał przede mną jako ta­jem­nica tak wy­raź­nie, jak stał przede mną jako przy­ja­ciel”[7]. Mal­colm Mug­ge­ridge wy­czu­wał, że w Le­wi­sie jest „coś ta­jem­ni­czego”, w czym za­wie­rało się „uni­ka­nie cze­goś, co pró­bo­wał przed nami ukryć”[8]. Ste­phen Med­calf bły­sko­tli­wie przed­sta­wiał jego roz­ma­ite oso­bo­wo­ści[9]. Skoro Le­wis po­ka­zy­wał wiele twa­rzy wo­bec róż­nych osób, czy­nił to w nie mniej­szym stop­niu wo­bec sie­bie, gdyż za­pewne był w sta­nie okre­ślić swoje wła­sne „pozy” i „mno­gość frak­cji”[10]. Sam fakt, że nadał so­bie pseu­do­nim „Jack”, wska­zuje na zło­żo­ność jego oso­bo­wo­ści i za­in­te­re­so­wa­nie ma­skami, kwe­stią sa­mo­oszu­ki­wa­nia oraz trud­no­ścią w zbu­do­wa­niu toż­sa­mo­ści, czemu dał osta­teczny wy­raz w pracy, którą uwa­żał za naj­lep­szą z jego dzieł, Do­póki mamy twa­rze. Mit opo­wie­dziany na nowo.

Wie­lo­aspek­towa i nie­zgłę­biona oso­bo­wość nie­ko­niecz­nie mu­siała ozna­czać, że Le­wis był osobą skrytą ani tym bar­dziej w ja­kiś spo­sób nie­szczerą; jed­nak jest sporo do­wo­dów wska­zu­ją­cych, że Le­wis mógł być za­równo skryty, jak i nie do końca szczery w nie­któ­rych kwe­stiach. Za­nim na­wró­cił się na chrze­ści­jań­stwo, czę­sto okła­my­wał swo­jego ojca, jak póź­niej przy­zna­wał[11]. Co bar­dziej istotne (zwłasz­cza z chrze­ści­jań­skiego punktu wi­dze­nia), cza­sami po­zwa­lał so­bie na by­cie mniej szcze­rym już po kon­wer­sji, kiedy do­szły mu jesz­cze re­li­gijne mo­tywy, aby być w pełni praw­do­mów­nym. Ten sam Sayer, który chwa­lił otwar­tość Le­wisa, przy­zna­wał, że u jego przy­ja­ciela wy­stę­po­wała także prze­ciwna ten­den­cja. Po­su­nął się do stwier­dze­nia, że „Jack ni­gdy nie prze­stał być skryty”[12]. Różne po­mi­nię­cia w au­to­bio­gra­fii Za­sko­czony ra­do­ścią (na przy­kład Le­wis nie wspo­mina w ogóle o Mau­reen Mo­ore, swo­jej przy­bra­nej matce), spra­wiły, że na­le­żący do jego kręgu to­wa­rzy­skiego Hum­ph­rey Ha­vard żar­to­wał, iż książka po­winna mieć ty­tuł Stłu­miony przez Jacka[13], a Sayer po­dzie­lał ten po­gląd, stwier­dza­jąc, że tylko ci, któ­rzy znali go bar­dzo do­brze, byli w sta­nie „prze­bić się przez za­słonę dymną”[14]. Le­wis przez pra­wie rok trzy­mał w ta­jem­nicy swoje mał­żeń­stwo cy­wilne z Joy Gre­sham, a spo­sób, w jaki wy­ja­wił je pani Mo­ore, zo­stał opi­sany przez jego brata jako sug­ge­stio falsi[15]. Nie miał nic prze­ciwko kłam­stwu, które miało ochro­nić przy­ja­ciół i po­dobno ucie­kał się doń w obro­nie swo­ich stu­den­tów przed po­dej­rze­niami ko­le­gów[16]. Naj­bar­dziej ja­skra­wym do­wo­dem, że nie za­wsze był on wzo­ro­wym przy­kła­dem cnoty praw­do­mów­no­ści, jest ce­lowe zmy­le­nie ob­ławy pod­czas po­lo­wa­nia na lisa: „Zło­żył dło­nie i krzyk­nął do pierw­szych my­śli­wych: »Hej, bierz go! Tam po­biegł!«, wska­zu­jąc prze­ciwną stronę do tej, którą wy­brał lis. Cała ob­ława po­szła we­dle jego wska­zań”[17].

Opi­nie co do za­sad­no­ści uży­cia tych przy­kła­dów skry­to­ści lub oszu­ki­wa­nia mogą być różne. Nie wy­ma­gają one dal­szych roz­wa­żań, po­nie­waż ta książka w żad­nym ra­zie nie ma bu­do­wać swo­ich twier­dzeń na za­rzu­cie, że Le­wis by­wał osobą nie­godną za­ufa­nia. Choć za­wsze po­zo­sta­wał osobą ta­jem­ni­czą i nie­jed­no­znaczną, był bez wąt­pie­nia w dru­giej po­ło­wie swo­jego ży­cia czło­wie­kiem pra­wym. Nie mniej pewne jest jed­nak, że skru­pu­latne trzy­ma­nie w se­kre­cie pracy wy­obraźni nad Opo­wie­ściami z Na­rnii można by uznać za cał­ko­wi­cie spójne z jego in­nymi dzia­ła­niami i zwy­cza­jami. Ce­nił so­bie pry­wat­ność i nie wi­dział po­trzeby, by zre­zy­gno­wać ze ści­słego roz­działu róż­nych seg­men­tów swo­jego ży­cia. Przy­kła­dowo: przy­ja­ciele Le­wisa z Oks­fordu za­pewne ni­gdy nie usły­szeli, jak wspo­mi­nał o przy­ja­cio­łach z Bel­fa­stu[18]. Jego do­bre uczynki były ukryte przed nie­mal wszyst­kimi jego bli­skimi, a pre­zenty były pra­wie za­wsze ano­ni­mowe[19]. W nie­któ­rych dzie­łach ukry­wał swoją toż­sa­mość, uży­wa­jąc czte­rech róż­nych pseu­do­ni­mów w cza­sie swo­jej ka­riery: „Clive Ha­mil­ton” w Spi­rits in Bon­dage i po­ema­cie Dy­mer, „N.W.” w przy­padku więk­szo­ści jego wier­szy, „Ano­nim” w kilku wier­szach oraz „N.W. Clerk” w książce Smu­tek, którą pi­sząc, jak sam stwier­dził, sta­rał się „przez cały czas sty­li­stycz­nie ma­sko­wać”[20]. Po­ży­czył Dy­mera swo­jemu przy­ja­cie­lowi, nie ujaw­nia­jąc, że w rze­czy­wi­sto­ści to on jest au­to­rem, a w pry­wat­nej ko­re­spon­den­cji za­cho­wy­wał pseu­do­nim „N.W. Clerk”[21].

Zwa­żyw­szy na to, że Le­wis był nie­kiedy dość oszczędny w po­da­wa­niu in­for­ma­cji, na­wet w spra­wach o tak do­nio­słym zna­cze­niu praw­nym, mo­ral­nym i oso­bi­stym jak mał­żeń­stwo, nie po­winno być za­sko­cze­niem, gdyby re­la­tyw­nie mniej zna­czącą kwe­stię kodu li­te­rac­kiego rów­nież po­zo­sta­wił dla sie­bie. Ża­den twórca nie jest zo­bo­wią­zany do ujaw­nia­nia swo­jej stra­te­gii, a jak zo­ba­czymy po­ni­żej, Le­wis miał ja­sno okre­ślone po­glądy co do waż­no­ści „dru­giego dna” w li­te­ra­tu­rze.

Je­śli cho­dzi o Opo­wie­ści z Na­rnii i czy­sto prak­tyczną moż­li­wość utrzy­ma­nia ta­kiego se­kretu, na­leży mieć na uwa­dze, że, jak twier­dzi Car­pen­ter, ni­gdy nie były one czy­tane na głos wśród jego przy­ja­ciół z kręgu In­klin­gów, a za­tem nie były przed­mio­tem dro­bia­zgo­wej ana­lizy do­cie­kli­wych i spo­strze­gaw­czych człon­ków tej grupy, w prze­ci­wień­stwie do znacz­nej czę­ści twór­czo­ści Le­wisa[22]. Je­dy­nie Tol­kien miał za­szczyt usły­szeć czy­taną na głos pierw­szą część cy­klu, ale nie spodo­bała mu się tak bar­dzo, że „szybko zre­zy­gno­wał on z pla­nów prze­czy­ta­nia ich”[23]; tu­taj ich umy­sły nie szły w tym sa­mym kie­runku. Green, jego młody pro­te­go­wany, za­re­ago­wał z więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem i miał oka­zję w pew­nym stop­niu po­dy­sku­to­wać z au­to­rem o wcze­snych szki­cach, lecz wy­daje się, że roz­mowa zo­stała po­kie­ro­wana tak, aby nie po­ru­szyć te­matu, który miał po­zo­stać ukryty (jak wska­zane zo­sta­nie w roz­dziale siód­mym). Pau­line Bay­nes mo­gła pu­ścić wo­dze wy­obraźni przy two­rze­niu ilu­stra­cji do książki we­dle wła­snej wi­zji. Le­wis do­kład­nie obej­rzał i do­koń­czył jej ry­sunki, ale nie wpły­wał na ich kom­po­zy­cję[24].

Stwier­dze­nie, czy Le­wis był pod wzglę­dem psy­cho­lo­gicz­nym i prak­tycz­nym zdolny do utrzy­ma­nia ta­kiej ta­jem­nicy, to oczy­wi­ście inna sprawa niż uka­za­nie, że ta­jem­nica fak­tycz­nie ist­niała, ale warto zwró­cić uwagę, że wielu kry­ty­ków wy­czu­wało, że Opo­wie­ści z Na­rnii są czymś wię­cej, niż wy­daje się to na pierw­szy rzut oka i za­an­ga­żo­wało się w ba­da­nie cy­klu, pró­bu­jąc od­na­leźć klucz do jego oso­bli­wo­ści. Pro­wa­dzi to do roz­wa­że­nia dru­giego pro­blemu spo­śród trzech przed­sta­wio­nych na po­czątku tego roz­działu.

KOM­PO­ZY­CJA PEŁNA SKRY­TO­ŚCI?

Z trzech wy­żej wy­mie­nio­nych pro­ble­mów w naj­więk­szym stop­niu wpra­wiał w za­kło­po­ta­nie kry­ty­ków pro­blem kom­po­zy­cji. Czy czę­ści cy­klu w isto­cie są nie do końca ko­he­rentne, czy też ist­nieje po­ziom spój­no­ści, który nie zo­stał jesz­cze od­kryty?

Tol­kien jako pierw­szy wy­ra­ził opi­nię, że Opo­wie­ści z Na­rnii ce­chuje cha­otyczna kom­po­zy­cja i od tego mo­mentu po­gląd ten po­wta­rzał się w kry­tycz­nych oce­nach cy­klu. Zda­niem Tol­kiena sze­ro­kiego za­kresu tra­dy­cji pi­śmien­ni­czych, z ja­kich czer­pał Le­wis, nie ce­cho­wała ak­cep­to­walna he­te­ro­ge­nicz­ność, ale była do­wo­dem na chaos w jego wy­obraźni. Sayer wska­zuje, że dla Tol­kiena „nie do znie­sie­nia było wy­ko­rzy­sta­nie [przez Le­wisa] po­staci z róż­nych mi­to­lo­gii [...]. Uwa­żał też, że były one przed­sta­wione nie­sta­ran­nie i po­wierz­chow­nie”[25].

Można było się spo­dzie­wać, że taka wła­śnie bę­dzie opi­nia Tol­kiena, gdyż był on jed­nym z naj­bar­dziej dro­bia­zgo­wych au­to­rów, jacy kie­dy­kol­wiek do­tknęli się pióra. Przez de­kady do­pra­co­wy­wał le­gen­da­rium, na pod­sta­wie któ­rego po­wstały Hob­bit i Władca Pier­ścieni, a Le­wis po­rów­ny­wał po­ziom wy­daj­no­ści jego pracy do ko­ra­lowca[26]. Po­nie­waż twór­czość Le­wisa ce­cho­wała się wy­bit­no­ścią, kry­tycy mieli skłon­ność do ze­sta­wia­nia ze sobą tych dwóch pi­sa­rzy dla pod­kre­śle­nia kon­tra­stu po­mię­dzy nimi. Ko­men­tarz Adeya jest bar­dzo ty­powy: „Per­fek­cjo­ni­sta Tol­kien i ma­jący dzie­cięcy en­tu­zjazm Le­wis jako pi­sa­rze re­pre­zen­to­wali dwa od­mienne bie­guny”[27]. Z każdą ko­lejną ana­lizą prze­ci­wień­stwo to wy­daje się moc­niej­sze i za­wsze ze szkodą dla Le­wisa. Na przy­kład Wil­son (śla­dem Hum­ph­reya Car­pen­tera, for­mu­łu­jąc ten po­gląd jesz­cze do­bit­niej[28]) uważa stwo­rzone przez Tol­kiena Śród­zie­mie za „ukoń­czone” i „kom­pletne”, bez „żad­nego nie­po­żą­da­nego mo­mentu”. Świat z cy­klu o Na­rnii jest na­to­miast „bez­ładny”, „po­plą­tany”, „pe­łen nie­spój­no­ści i jak na jego stan­dardy nie­zbyt szcze­gól­nie do­brze na­pi­sany. Le­wis re­gu­lar­nie do­pusz­cza się po­wtó­rzeń epi­te­tów”[29]. Wil­son nie daje przy­kła­dów tych nie­spój­no­ści ani nie cy­tuje rze­ko­mych po­wtó­rzeń Le­wisa, ani też nie wy­ja­śnia, dla­czego po­wtó­rze­nie, po­wszech­nie uży­wany śro­dek sty­li­styczny, mia­łoby ozna­czać od razu słabą li­te­ra­turę. Nie za­sta­na­wia się on też nad nie­praw­do­po­do­bień­stwem opi­sy­wa­nej przez sie­bie sy­tu­acji. Czy moż­liwe jest, by tak nie­dbale skon­stru­owane opo­wie­ści osią­gnęły sta­tus kla­syki ga­tunku? Jak to się stało, że książki na­pi­sane tak po­spiesz­nie, na ba­zie tak od­mien­nych ma­te­ria­łów, mo­gły być z przy­jem­no­ścią czy­tane przez choćby jedno po­ko­le­nie czy­tel­ni­ków, nie mó­wiąc już o trzech czy czte­rech?

Nie­od­par­cie na­suwa się wnio­sek, że Wil­son za­miast sa­mo­dziel­nie roz­wa­żyć prace Le­wisa, pod­dał się (tak jak nie­któ­rzy inni kry­tycy) opi­nii Tol­kiena na te­mat Opo­wie­ści z Na­rnii, która stała się pew­nym stan­dar­dem. Na­leży pod­kre­ślić, że pod wzglę­dem gu­stu li­te­rac­kiego Tol­kien był wy­jąt­kowo wy­bred­nym czy­tel­ni­kiem (prze­czy­tał nie­wiele z an­giel­skiej li­te­ra­tury póź­niej­szej niż Geof­frey Chau­cer) i nie tylko ogól­nie nie prze­pa­dał za więk­szo­ścią li­te­ra­tury współ­cze­snej, nie po­do­bała mu się też więk­sza część twór­czo­ści Le­wisa. Choć Le­wis uwiel­biał twór­czość Tol­kiena (Władca Pier­ścieni zo­stał na­pi­sany w znacz­nej mie­rze dzięki na­ga­by­wa­niom Le­wisa[30]), to po­wa­ża­nie dla niej wła­ści­wie ni­gdy nie zo­stało od­wza­jem­nione. Je­śli Tol­kien wspo­mina o twór­czo­ści Le­wisa w swo­jej ko­re­spon­den­cji, to nie­mal za­wsze po to, by wy­tknąć jej ja­kieś błędy. Sayer po­dej­rze­wał, że mo­tywy jego su­ro­wej kry­tyki nie wy­ni­kały wy­łącz­nie z po­wo­dów es­te­tycz­nych, gdyż nie­wy­klu­czone, że za­zdro­ścił Le­wi­sowi wpływu, jaki wy­wie­rały jego książki[31]. Ma­jąc po­wyż­sze na uwa­dze, nie po­winno za­ska­ki­wać, że Tol­kien nie do­ce­niał cy­klu o Na­rnii. Bar­dziej za­dzi­wia­jące by­łoby, gdyby go po­chwa­lił.

Po dru­gie, ist­nieją świa­dec­twa su­ge­ru­jące, że pro­ces two­rze­nia kom­po­zy­cji był dłuż­szy i bar­dziej sta­ranny, niż za­kła­dał Tol­kien. Na­wet za­nim roz­waży się przed­sta­wione w tej książce nowe ar­gu­menty do­ty­czące doj­rze­wa­nia ima­gi­na­rium Lwa, cza­row­nicy i sta­rej szafy, wia­domo, że po­wsta­nie rę­ko­pisu ma swój po­czą­tek w opo­wie­ści z 1939 roku, a trop wie­dzie da­lej, do prac gra­ficz­nych, które po­ru­szały we­wnętrzne oko Le­wisa od 1914 roku. W po­staci peł­nej zo­stała na­pi­sana w 1948 roku, a wy­dana w 1950 roku. In­nymi słowy, można rzec, że doj­rze­wała w umy­śle au­tora od 36 lat. Nie wia­domo, ile wer­sji ro­bo­czych zo­stało na­pi­sa­nych, gdyż miał on zwy­czaj wy­rzu­cać szkice. Jed­nak za­cho­wały się wcze­sne no­tatki z pi­sa­nia Po­dróży „Wę­drowca do świtu”, Srebr­nego krze­sła i Sio­strzeńca cza­ro­dzieja. Po­ka­zują one, że pro­cesu two­rze­nia kom­po­zy­cji tych ksią­żek nie można na­zwać nie­skom­pli­ko­wa­nym i do­ko­ny­wa­nym w po­śpie­chu. Jesz­cze w 1953 roku, kiedy po­wstało już pięć z sied­miu czę­ści cy­klu, Le­wis wciąż mógł po­wie­dzieć, że Opo­wie­ści z Na­rnii po­chła­niały „całą moją wy­obraź­nię”[32].

Po trze­cie, na­leży za­py­tać, po co w ogóle po­rów­ny­wać Tol­kiena i Le­wisa. W końcu cykl nie po­wstał w szczy­to­wym okre­sie ich przy­jaźni, który trwał w la­tach trzy­dzie­stych XX wieku. Po­wstały one w póź­nych la­tach czter­dzie­stych i wcze­snych pięć­dzie­sią­tych, kiedy na­de­szło dłu­gie i stop­niowe ochła­dza­nie ich re­la­cji. Zresztą, na­wet gdyby były na­pi­sane w la­tach trzy­dzie­stych, to istotny po­zo­sta­wałby fakt, że ich au­tor sta­no­wił wy­jąt­kową in­dy­wi­du­al­ność i nie był w żad­nym ra­zie jed­nym z bliź­niąt sy­jam­skich. Le­wis i Tol­kien nie współ­za­wod­ni­czyli o te same li­te­rac­kie za­szczyty. Oby­dwaj pró­bo­wali róż­nych rze­czy na od­mienne spo­soby, które na­leży oce­nić we­dle ich im­ma­nent­nych cech, bez względu na ich opi­nie wzglę­dem sie­bie i skłon­no­ści do pracy w wol­niej­szym lub szyb­szym tem­pie. Le­wis nie jest Tol­kie­nem pi­szą­cym w po­śpie­chu, a Tol­kien nie jest Le­wi­sem pi­szą­cym po­woli.

Więk­szo­ści czy­tel­ni­ków nie prze­ko­nała ne­ga­tywna opi­nia Tol­kiena na te­mat dzieł jego ko­legi. Czuli oni, że cykl do­brze się do­peł­nia mimo do­strze­gal­nej he­te­ro­ge­nicz­no­ści: może z wierz­chu mamy misz­masz, ale jest to misz­masz sym­pa­tyczny i przy­jemny. Brown pi­sze w przy­chyl­nym to­nie: „Na­rnia ce­lowo jest stwo­rzona jako mie­sza­nina bar­dzo roz­ma­itych ele­men­tów, nie­rzadko nie­zwią­za­nych ze sobą, co na­daje jej oni­rycz­nego cha­rak­teru”. Ste­ven P. Mu­el­ler wska­zuje, że „Le­wis ce­lowo wkła­dał w swe dzieła bo­gac­two zło­żo­no­ści”[33] i to mu wy­star­cza.

Jed­nak wielu kry­ty­ków nie za­do­wa­lało przy­ję­cie tak bez­re­flek­syj­nego sta­no­wi­ska i pró­bo­wali oni wy­ka­zać spój­ność Opo­wie­ści z Na­rnii, opie­ra­jąc się na za­ło­że­niu, że kom­po­zy­cja o cha­rak­te­rze ty­gla ma­skuje we­wnętrzną ko­he­ren­cję. Pró­bo­wali roz­wią­zać pro­blem kom­po­zy­cji po­przez wy­ka­zy­wa­nie le­żą­cej u pod­staw pro­stoty lub jed­no­ści te­ma­tycz­nej.

Przy­kła­dowo, Do­ris T. My­ers stwier­dza, że sie­dem czę­ści cy­klu naj­le­piej ro­zu­mieć jako mi­nia­tu­rową wer­sję po­ematu Spen­sera Kró­lowa Wiesz­czek[34]. Nie uważa ona przy tym, że jej in­ter­pre­ta­cja jest cał­ko­wi­cie pewna, co jest uczciwe, zwa­żyw­szy na to, że w in­nym miej­scu łą­czy ona ko­lejne czę­ści cy­klu z tym, co na­zywa stop­niami za­głę­bie­nia się w du­cho­wość an­gli­kań­ską[35].

Jim Pie­trusz, po­mi­ja­jąc fakt, że Le­wis był an­gli­ka­ni­nem, łą­czy Opo­wie­ści z Na­rnii z sied­mioma sa­kra­men­tami w Ko­ściele ka­to­lic­kim.

Don W. King i Da­vid Hu­lan nie­za­leż­nie od sie­bie za­le­cali czy­ta­nie cy­klu jako ko­men­ta­rza do sied­miu grze­chów głów­nych, lecz róż­nili się, je­śli cho­dzi o przy­po­rząd­ko­wy­wa­nie po­szcze­gól­nym czę­ściom okre­ślo­nych grze­chów.

Ro­bert C. Tru­pia łą­czy trzy pierw­sze czę­ści z teo­lo­gicz­nymi cno­tami mi­ło­ści, wiary i na­dziei (w tej ko­lej­no­ści), a cztery po­zo­stałe z cno­tami kar­dy­nal­nymi.

Pe­ter J. Scha­kel do­strzega „szcze­gólny zwią­zek w ob­sza­rze od­wo­ła­nia do wy­obraźni”, jaki wy­stę­puje mię­dzy Chrze­ści­jań­stwem po pro­stu, a ob­ra­zami i opo­wie­ściami ze świata Na­rnii[36].

Char­les A. Hut­tar uznaje za­sad­ność twier­dze­nia, że Opo­wie­ści z Na­rnii to „swego ro­dzaju Bi­blia”. Uważa, że to okre­śle­nie „jest wy­star­cza­jąco trafne jako na­zwa ga­tunku: luźny zbiór roz­ma­itych ma­te­ria­łów uło­żo­nych tak, by pod­kre­ślić wę­złowe mo­menty hi­sto­rii świata – po­czą­tek, śro­dek i ko­niec”[37].

John War­wick Mont­go­mery uważa, że mo­ty­wem spa­ja­ją­cym Opo­wie­ści z Na­rnii jest „zin­te­gro­wana po­je­dyn­cza kon­cep­cja”, jaką jest zba­wie­nie po­przez Chry­stusa.

Mah­moud A. Man­za­la­oui wska­zuje, że „pod­sta­wo­wym wzo­rem wa­run­ku­ją­cym każdą część Opo­wie­ści z Na­rnii jest idea bli­sko­ści tego, co nad­przy­ro­dzone i bo­skie wzglę­dem tego, co przy­ziemne, po­wsze­dnie i pro­za­iczne”[38].

Chri­sto­pher Tol­kien sku­pia się na tym, co rze­komo Opo­wie­ści z Na­rnii za­wdzię­czają jego ojcu (je­śli, jak na iro­nię, co­kol­wiek ta­kiego było).

A.N. Wil­son, mimo iż twier­dził, że cykl jest cha­otyczny i pe­łen nie­spój­no­ści, uwa­żał że „jed­ność” re­ali­zowna jest przez umiej­sco­wie­nie ak­cji w kra­inie cza­rów.

Fran­cis Spuf­ford rów­nież do­strzega dwa aspekty, su­ge­ru­jąc że „cykl o Na­rnii bez wąt­pie­nia spaja roz­ko­szo­wa­nie się Le­wisa ca­łym tym róż­no­rod­nym ma­te­ria­łem, któ­rym go wy­peł­nił”.

Ni­niej­sza praca nie ma na celu próby pod­wa­że­nia róż­nych teo­rii wy­mie­nio­nych wy­żej. W ja­kim­kol­wiek przy­padku by­łoby nie­moż­liwe oba­le­nie nie­któ­rych z nich, gdyż są zwy­kle ogól­ni­kowe i nie­jed­no­znaczne. Wy­star­czy zwró­cić uwagę na to, że żadna z nich nie była roz­wi­jana ani też nie zo­stała przy­jęta lub za­ak­cep­to­wana przez bar­dziej zna­czącą liczbę kry­ty­ków.

Ku­szącą kon­klu­zją jest uzna­nie, że po­szu­ki­wa­nie za­sady spa­ja­ją­cej cykl jest jak szu­ka­nie końca tę­czy. Być może po pro­stu nie ma ja­kiejś prze­wod­niej idei i pro­blem kom­po­zy­cji jest nie­roz­wią­zy­walny. Le­wis przy­znał w li­ście do chłopca Lau­rence’a Kriega, że nie pla­no­wał in­nych czę­ści cy­klu, kiedy roz­po­czy­nał pi­sa­nie pierw­szej. Być może są one po pro­stu uło­żone przy­pad­kowo.

Jed­nak sam Le­wis ni­gdy nie przy­znał, że są one przy­pad­kowe, a nie trzeba do­głęb­nej zna­jo­mo­ści cha­rak­teru i umy­sło­wo­ści Le­wisa, by wie­dzieć, że przy­pad­ko­wość nie jest w jego stylu. Każdy za­zna­jo­miony z jego po­ezją wie, że prze­ja­wia ona osza­ła­mia­jący wręcz po­ziom fo­ne­tycz­nej i me­trycz­nej zło­żo­no­ści, a te z jego wier­szy, które wy­glą­dają na pierw­szy rzut oka jak wier­sze wolne, ce­chuje naj­bar­dziej skom­pli­ko­wane me­trum spo­śród wszyst­kich po­zo­sta­łych. „Za­wi­łość jest oznaką po­sia­da­nia śre­dnio­wiecz­nego umy­słu”[39], jak pi­sał sam Le­wis; i jak u pi­sa­rza o umy­sło­wo­ści śre­dnio­wiecz­nej, zło­żo­no­ści prze­wi­jają się przez całą jego twór­czość, nie wy­łą­cza­jąc Opo­wie­ści z Na­rnii, które choć z po­zoru wy­glą­dają na cha­otyczne, to jed­nak kryje się za nimi in­te­li­gen­cja skru­pu­lat­nie je or­ga­ni­zu­jąca. W isto­cie, nie­kiedy Le­wis da­wał czy­tel­ni­kom po­wody, by wie­rzyć, że u pod­staw cy­klu był sta­ranny plan. Roz­wa­żymy te­raz do­wody wska­zu­jące na to, że kie­ro­wał się on my­ślą prze­wod­nią kształ­tu­jącą cały cykl.

W PEŁNI DO­PRA­CO­WANA IDEA

Czy w isto­cie klu­cza do idei prze­wod­niej Opo­wie­ści z Na­rnii do­star­cza wy­miar chry­sto­lo­giczny? W li­ście do dziew­czynki Anne Jen­kins Le­wis na­pi­sał, że „cała hi­sto­ria Na­rnii mówi o Chry­stu­sie”, a w książce Koń i jego chło­piec po­zwala, by Sza­sta do­strzegł, że Aslan zdaje się być w tle każ­dej hi­sto­rii. Po­dej­ście chry­sto­cen­tryczne przy czy­ta­niu cy­klu jest wska­zane, po­nie­waż Aslan, fi­gura chry­sto­lo­giczna, jest je­dyną po­sta­cią, która po­ja­wia się we wszyst­kich sied­miu czę­ściach. Lecz pod­su­mo­wa­nie se­rii, ja­kiego do­ko­nuje Le­wis dla Jen­kins, przy­po­mina, że w isto­cie Aslan od­grywa rolę chry­sto­lo­giczną je­dy­nie w trzech z sied­miu czę­ści:

Sio­strze­niec cza­ro­dzieja mówi o Stwo­rze­niu i o tym, jak zło wkro­czyło do Na­rnii.

Lew etc. o Ukrzy­żo­wa­niu i Zmar­twych­wsta­niu.

Książę Ka­spian o przy­wró­ce­niu praw­dzi­wej re­li­gii po okre­sie ze­psu­cia.

Koń i jego chło­piec o we­zwa­niu do na­wró­ce­nia i kon­wer­sji po­gan.

Po­dróż „Wę­drowca do świtu” o ży­ciu du­cho­wym (zwłasz­cza je­śli cho­dzi o Ry­czy­pi­ska).

Srebrne krze­sło o to­czą­cej się woj­nie prze­ciwko si­łom ciem­no­ści.

Ostat­nia bi­twa o przyj­ściu An­ty­chry­sta (Małpy), końcu świata i Są­dzie Osta­tecz­nym[40].

Aslan jest stwórcą Na­rnii w opo­wie­ści ma­ją­cej cha­rak­ter Księgi Ro­dzaju (Sio­strze­niec cza­ro­dzieja), od­ku­pi­cie­lem w od­po­wied­niku Ewan­ge­lii (Lew, cza­row­nica i stara szafa) i sę­dzią pod­czas jej wer­sji Apo­ka­lipsy (Ostat­nia bi­twa). Książki te sta­no­wią mniej niż po­łowę se­rii. Jaką rolę chry­sto­lo­giczną od­grywa Aslan w po­zo­sta­łych czte­rech czę­ściach? Sen­sowne by­łoby spo­dzie­wa­nie się od­po­wied­ni­ków zwia­sto­wa­nia, Bo­żego Na­ro­dze­nia, dzie­ciń­stwa i wnie­bo­wstą­pie­nia Chry­stusa; można by też ocze­ki­wać wspo­mnie­nia o ze­sła­niu Du­cha Świę­tego. Byłby to na­tu­ralny prze­bieg wy­da­rzeń, gdyby Le­wis pla­no­wał stwo­rze­nie cy­klu chry­sto­lo­gicz­nego. Jed­nak w po­zo­sta­łych czte­rech czę­ściach Aslan nie re­pre­zen­tuje żad­nego mo­tywu chry­sto­lo­gicz­nego albo etapu z czasu wcie­le­nia Chry­stusa czy też mis­sio dei. Po­ja­wia się w se­rii nie­re­gu­lar­nie i w bar­dzo róż­nych sy­tu­acjach: jest po­my­lony z dwoma lwami w Ko­niu i jego chłopcu, leci na pro­mie­niu Słońca w Po­dróży „Wę­drowca do świtu”, wy­stę­puje po­śród tań­czą­cych drzew w Księ­ciu Ka­spia­nie, a w Srebr­nym krze­śle w ogóle nie przy­biera cie­le­snej formy, lecz jest je­dy­nie w ob­rę­bie swo­jego kró­le­stwa po­nad chmu­rami. Zdaje się, że te czę­ści są bez ładu i składu.

Być może po pro­stu na­le­ża­łoby ugryźć się w kry­tyczny ję­zyk i za­ak­cep­to­wać ana­lizę „try­lo­gia plus te­tra­lo­gia”. Czyni tak Chad Walsh. Roz­po­znaje on trzy „bi­blijne” książki i ka­te­go­ry­zuje po­zo­stałe hi­sto­rie jako ma­jące miej­sca w ra­mach „Aktu IV” dra­matu Na­rnii, po­mię­dzy wskrze­sze­niem Aslana i koń­cem świata. Rola Aslana w po­zo­sta­łych czte­rech książ­kach, jak stwier­dza Walsh, jest „re­la­tyw­nie mar­gi­nalna”[41]. Nie można jed­nak po­wie­dzieć, że jest to po­stać mar­gi­nalna. W każ­dej z tych czte­rech ksią­żek Aslan jest wspo­mniany wcze­śniej niż w Lwie... lub w Sio­strzeńcu cza­ro­dzieja. Jego pierw­sze po­ja­wie­nie się i pierw­sze słowa w tych czte­rech czę­ściach mają miej­sce wcze­śniej niż w Lwie... czy w Ostat­niej bi­twie, a jego zna­cze­nie w tych opo­wie­ściach jest przy­naj­mniej tak duże, jak w trzech czę­ściach, w któ­rych mamy do czy­nie­nia z „wiel­kimi czy­nami o cha­rak­te­rze ko­smicz­nym” – jak pi­sze Walsh. I je­śli pod­stawą in­ter­pre­ta­cji bę­dzie He­il­ge­schichte, to dla­czego w Lwie... – gdzie jest „wcie­lony” – jest on w in­nej po­staci niż w po­zo­sta­łych czę­ściach, co by­łoby na­rnij­skim od­po­wied­ni­kiem chry­sto­fa­nii? Czyż nie po­winno się ocze­ki­wać, iż jego po­ja­wie­nie się w „Ak­cie IV” bę­dzie ja­koś zwią­zane z hi­sto­rią Ko­ścioła? Czy nie po­winno się cho­ciaż spo­dzie­wać, że mo­menty, w któ­rych po­ja­wia się w „Ak­cie IV”, nie zdra­dzą swego ro­dzaju ro­dzin­nego po­do­bień­stwa? Role Aslana w tych czę­ściach nie przed­sta­wiają jed­no­li­tych cech ani za­uwa­żal­nych na­wią­zań do wy­da­rzeń hi­sto­rycz­nych lub speł­nie­nia pro­roctw po­mię­dzy wnie­bo­wstą­pie­niem Chry­stusa a po­now­nym Jego przyj­ściem. Za­miast przed­sta­wiać swoją teo­rię jako „3+4”, Walsh po­wi­nien przy­znać, że wła­ściw­szy byłby mo­del „3+1+1+1+1”.

W skró­cie – na­suwa się wnio­sek, że je­śli cały cykl jest „o Chry­stu­sie”, to w spo­sób nie da­jący się od­nieść do Bi­blii ani głów­nych wy­da­rzeń z hi­sto­rii zba­wie­nia.

Zna­leź­li­śmy się w tym śle­pym za­ułku, przy­da­jąc zbyt wiele zna­cze­nia li­stowi Le­wisa do Jen­kins. Znaj­du­jące się tam wy­ja­śnie­nia są na tyle skró­towe i ogól­ni­kowe, że nie mają wiel­kiego zna­cze­nia przy pró­bach in­ter­pre­ta­cji. Na przy­kład mó­wiąc, że Po­dróż „Wę­drowca do świtu” do­ty­czy „ży­cia du­cho­wego”, w za­sa­dzie nie wy­róż­nia tej czę­ści na tle po­zo­sta­łych. List ten naj­le­piej ro­zu­mieć jako prze­jaw do­bro­dusz­nego i oj­cow­skiego uspo­so­bie­nia Le­wisa wo­bec ma­łego dziecka (jed­nego z se­tek, na któ­rych li­sty od­po­wia­dał przez lata); nie jest to ra­czej po­ważne świa­dec­two ujaw­nie­nia swo­ich tech­nik li­te­rac­kich. Jen­kins otrzy­mała wy­raźne i ser­deczne za­pro­sze­nie do cy­klu, ale nie klucz do jego we­wnętrz­nego zna­cze­nia.

Po­wyż­sze uwagi nie mają na celu su­ge­ro­wać, że Aslan nie jest naj­waż­niej­szym bo­ha­te­rem Opo­wie­ści z Na­rnii ani za­prze­czyć, że Le­wis ce­lowo umie­ścił w cy­klu mo­tywy chry­sto­lo­giczne – kwe­stie te będą roz­wa­żane w dal­szej czę­ści pracy. Jed­nak na­leży stwier­dzić, że pró­bu­jąc od­na­leźć to, co spaja cykl o Na­rnii, trzeba od­su­nąć na bok za­ło­że­nie, że pre­zen­to­wana w nim chry­sto­lo­gia opiera się głów­nie na re­la­cji bi­blij­nej, która zo­stała prze­kształ­cona na po­trzeby „wy­obra­żo­nego” świata[42]. Po­nie­waż cztery z sied­miu czę­ści nie pa­sują do ta­kiego sche­matu, ja­sne jest, że nie sta­nowi on roz­wią­za­nia pro­blemu kom­po­zy­cji.

Od­kła­da­jąc na bok uwagi Le­wisa skie­ro­wane do Jen­kins, zba­dajmy to, co prze­ka­zał Char­le­sowi Wron­gowi, który był jego uczniem w la­tach trzy­dzie­stych, a któ­remu za­su­ge­ro­wał, że ist­nieje inny mo­tyw prze­wodni, nie­zwią­zany z chry­sto­lo­gią, a z nu­me­ro­lo­gią (uznaję to za jedną z dwóch za­cho­wa­nych wska­zó­wek, ja­kich udzie­lił Le­wis co do swo­jego se­kretu). We­dług Wronga Le­wis „wpadł na po­mysł, który chciał wy­pró­bo­wać, a te­raz, w pełni go zre­ali­zo­waw­szy, nie pla­no­wał wię­cej o tym pi­sać”. Wspo­mina także, że Le­wis do­dał: „Mu­sia­łem na­pi­sać oczy­wi­ście trzy czę­ści, albo sie­dem, albo dzie­więć. To są ma­giczne liczby”[43].

Ta re­la­cja jest bar­dzo in­try­gu­jąca. Je­śli Le­wis czuł, że „musi na­pi­sać” przy­naj­mniej trzy książki (aby ich liczba była ma­giczna), to co miał na my­śli, wspo­mi­na­jąc Krie­gowi, że pier­wot­nie nie pla­no­wał stwo­rze­nia wię­cej niż jed­nej książki? I je­śli jego po­mysł zo­stał w pełni zre­ali­zo­wany po na­pi­sa­niu sied­miu ksią­żek, dla­czego wspo­mniał Wron­gowi o licz­bach trzy i dzie­więć?

Po­dej­rze­wam, że Le­wis sta­rał się od­wieść Wronga od py­tań o „po­mysł”, który pier­wot­nie zna­lazł wy­raz w jed­nej opo­wie­ści, ale po prze­my­śle­niu oka­zało się, że aby go zre­ali­zo­wać, na­leży na­pi­sać sie­dem ksią­żek. Wy­po­wia­da­jąc się o Na­rnii pu­blicz­nie, czy­nił to tak, by nie kie­ro­wać uwagi na roz­wa­ża­nia do­ty­czące nu­me­ro­lo­gii. Na przy­kład, w ar­ty­kule w „The New York Ti­mes Book Re­view” stwier­dził, że pro­ces two­rze­nia Na­rnii za­czął się od ob­ra­zów wi­dzia­nych we­wnętrz­nym okiem (fauna nio­są­cego pa­ra­sol, kró­lo­wej w sa­niach, ma­je­sta­tycz­nego lwa), ob­ra­zów, które stop­niowo roz­wi­nęły się w opo­wieść o okre­ślo­nej for­mie. To jest to, co zro­bił „au­tor” w so­bie. Po­tem „czło­wiek” za­brał się do pracy i nadał tej for­mie cha­rak­teru chrze­ści­jań­skiego. Nie wspo­mniał jed­nak nic o ko­niecz­no­ści za­ist­nie­nia aż trzech to­mów.

Po­dob­nie w ar­ty­kule do sek­cji mło­dzie­żo­wej „Ra­dio Ti­mes” ujaw­nia, że je­dyną rze­czą, którą wie na pewno, jest to, iż Opo­wie­ści z Na­rnii „za­częły się od ob­ra­zów w mo­jej gło­wie”, ale nie od­nosi się do po­my­słu, że chciałby wy­ra­zić to na przy­kład w dzie­wię­ciu czę­ściach. Za­miast tego, co dość nie­ty­powe, mówi tej mło­dej pu­blicz­no­ści, że „nie po­win­ni­ście wie­rzyć we wszystko, co au­to­rzy mó­wią o tym, jak pi­szą swoje książki”[44]. Na­stęp­nie (po­nie­waż to zda­nie ma oczy­wi­ste im­pli­ka­cje) do­daje od razu: „To nie dla­tego, że kła­mią. To dla­tego, że pi­szący ja­kąś opo­wieść jest zbyt pod­eks­cy­to­wany jej tre­ścią, aby sie­dzieć i my­śleć, w jaki spo­sób to robi”.

Ta uwaga o tym, jak eks­cy­ta­cja może za­śle­piać, jest po­nie­kąd nie do końca szczera. Oczy­wi­ście Le­wis ma ra­cję: w przy­pły­wie in­spi­ra­cji twórcy nie będą sku­piali się na ana­li­zie swo­jego toku my­śle­nia. Jed­nak mogą być też inne po­wody, dla któ­rych au­tor nie bę­dzie w sta­nie albo nie bę­dzie chciał ujaw­nić wszyst­kich szcze­gó­łów pro­cesu twór­czego. Jed­nym z nich może być zwy­kłe za­po­mi­na­nie, co Le­wis po­twier­dzał. Jesz­cze in­nym, znacz­nie istot­niej­szym, o któ­rym nie wspo­mina, choć za­pewne by się z tym zgo­dził, jest to, że pi­sa­rze mó­wiący o ge­ne­zie swo­ich dzieł nie mu­szą mó­wić pod przy­sięgą. Dla­czego niby mie­liby obo­wią­zek ujaw­niać, jak bie­gły wszel­kie główne i po­boczne drogi, ja­kimi kro­czyła ich wy­obraź­nia? Czy­niąc tak, za­pewne ogra­ni­czy­liby po­ziom od­dzia­ły­wa­nia ich twór­czo­ści. W swo­ich ar­ty­ku­łach dla „New York Ti­mes” i „Ra­dio Ti­mes” Le­wis nie przy­się­gał uro­czy­ście, że bę­dzie mó­wić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

W pod­su­wa­niu fał­szy­wych tro­pów (a w każ­dym ra­zie tro­pów, które nie wio­dły w pełni do celu) Le­wis mógł pójść w ślady sta­no­wią­cego dlań jedną z naj­więk­szych po­etyc­kich in­spi­ra­cji Ed­munda Spen­sera, który swego czasu na­kre­ślił za­mysł, jaki stał za na­pi­sa­niem Kró­lo­wej wiesz­czek, a który Le­wis uzna­wał za „naj­bar­dziej my­lący” i „de­mon­stra­cyj­nie nie­praw­dziwy”[45]. Nie po­winno dzi­wić, że sam w po­dobny spo­sób uni­kał ja­snej od­po­wie­dzi. Na przy­kład mło­dym czy­tel­ni­kom „Ra­dio Ti­mes” mówi, że Aslan po­ja­wił się w jego wy­obraźni po tym, jak miał „wiele snów, w któ­rych były lwy”, pod­czas gdy cztery lata wcze­śniej w pry­wat­nym li­ście do osoby do­ro­słej na­pi­sał, że „wszystko to wzięło się z kosz­ma­rów o lwach, które na­gle za­czą­łem mie­wać” [pod­kre­śle­nie Le­wisa][46].

Wi­dać za­tem, że jego świa­dec­two o po­wsta­niu i kom­po­zy­cji Opo­wie­ści z Na­rnii nie było pro­ste i wy­gła­dzone – Le­wis mó­wił różne rze­czy róż­nym lu­dziom w róż­nym cza­sie. Bez wąt­pie­nia na­le­żało się spo­dzie­wać pew­nych nie­ści­sło­ści, które można by wy­ja­śnić za­wod­no­ścią pa­mięci, wy­ma­ga­niami re­dak­cyj­nymi, cha­rak­te­rem od­mien­nych grup pu­blicz­no­ści itd. Jed­nak je­śli choć jedna z nich ma zna­cze­nie przy pro­ble­mie kom­po­zy­cji, ro­dzi to wąt­pli­wo­ści. Czy moż­liwe, że cho­dzi tu o coś wię­cej? Czy wszy­scy kry­tycy, któ­rzy spę­dzili tyle czasu na po­szu­ki­wa­niu ukry­tych mo­ty­wów, rze­czy­wi­ście byli w błę­dzie? „Jack ni­gdy nie prze­stał być skryty”. Opi­nia Geo­rge’a Say­era, który znał Le­wisa przez pra­wie 30 lat, zdaje się być trafna. Prze­krę­ce­nie ty­tułu Za­sko­czony ra­do­ścią na Za­ciem­nione z ra­do­ścią nosi w so­bie zna­miona żartu, ale śmiech nie po­wi­nien przy­ćmić faktu, że Le­wis w isto­cie był zdolny do wy­pusz­cza­nia za­słony dym­nej. I je­śli czy­nił to w swo­jej du­cho­wej au­to­bio­gra­fii, to dla­czego rów­nież nie w Opo­wie­ściach z Na­rnii? Chry­sto­lo­gia, nu­me­ro­lo­gia, men­talne ob­razy fau­nów w za­śnie­żo­nym le­sie, sny czy kosz­mary o lwach, brak planu i plany, które mu­szą być zre­ali­zo­wane po sied­mio­kroć: te roz­ma­ite świa­dec­twa nie są po pro­stu nie­peł­nymi wy­ja­śnie­niami, lecz mają także na celu od­wró­ce­nie uwagi. Pod tym wzglę­dem oka­zały się sku­teczne. Tak jak „Bierz go!” Le­wisa pod­czas po­lo­wa­nia na lisa, skie­ro­wały one kry­ty­ków z dala od zdo­by­czy.

LI­TE­RACKA MO­TY­WA­CJA TA­JEM­NI­CZO­ŚCI

Na­le­ża­łoby te­raz od­po­cząć od na­tu­ral­nej skry­to­ści Le­wisa i jego sprzecz­nych świa­dectw co do ge­nezy po­wsta­nia Opo­wie­ści z Na­rnii. Odło­żyw­szy to na bok, do­strzec można coś ude­rza­ją­cego: wła­ści­wie to sam Le­wis de­kla­ro­wał za­in­te­re­so­wa­nie prze­ma­wia­jącą do wy­wo­braźni „ta­jem­ni­czo­ścią”. Jest to główny ele­ment jego spo­sobu my­śle­nia jako kry­tyka li­te­rac­kiego. W 1940 roku wy­gło­sił on mowę do człon­ków sto­wa­rzy­sze­nia The Mar­tlets[47], za­ty­tu­ło­waną Kappa Ele­ment in Ro­mance [Ele­ment kappa w po­wie­ści][48]. Okre­śle­nie „kappa” wziął z pierw­szej li­tery grec­kiego słowa κρυπτóν, ozna­cza­ją­cego „ukryty”, „ta­jem­ni­czy”. Le­wis póź­niej prze­ro­bił nieco tekst mowy i opu­bli­ko­wał go w 1947 roku jako esej On Sto­ries (O opo­wie­ściach) i, choć usu­nął z niego okre­śle­nie „kappa”, głów­nym te­ma­tem wciąż po­zo­stało to, co ukryte. Na tym eta­pie swo­jej ka­riery miał ten­den­cję do okre­śle­nia tego róż­nymi ter­mi­nami, z któ­rych naj­częst­szym jest „at­mos­fera”.

„At­mos­fera” nie jest wła­ści­wie w pełni od­po­wied­nim okre­śle­niem na to, nad czym tak sku­piał się Le­wis, lecz zda­rzyło mu się kie­dyś na­rze­kać, że „nie ma wła­ści­wych słów” na od­da­nie jego za­in­te­re­so­wań w za­kre­sie kry­tyki li­te­rac­kiej. Kry­tyka hi­sto­ryczna i cha­rak­te­ro­lo­giczna, w jego opi­nii, po­przez długą prak­tykę miała sta­ran­nie wy­pra­co­waną ter­mi­no­lo­gię, po­nadto miała uła­twie­nie w po­staci faktu, iż jej za­in­te­re­so­wa­nia były zbieżne z tym, do czego lu­dzie są przy­zwy­cza­jeni w spra­wach ży­cia co­dzien­nego. „Jed­nak rze­czy, o któ­rych chcę mó­wić, nie mają swo­jego słow­nic­twa, a kry­tyka przez wieki nie­mal cał­ko­wi­cie mil­czała na ich te­mat”[49]. Wspo­mina pewne pio­nier­skie prace w tym za­kre­sie – Sha­ke­spe­are Ima­gery and What It Tells Us [Co mó­wią nam li­te­rac­kie ob­razy Szek­spira] au­tor­stwa Ca­ro­line Spur­geon oraz Ar­che­ty­pal Pat­terns in Po­etry (Wzory ar­che­ty­powe w po­ezji) Maud Bod­kin. Wy­mie­nia także Wil­sona Kni­ghta i Bar­fielda jako tych ba­da­czy, któ­rzy po­ru­szają się w po­dob­nej sfe­rze za­in­te­re­so­wań kry­tyki, lecz nie czer­pie z ich ter­mi­no­lo­gii ani sam nie two­rzy ja­kichś wła­snych ter­mi­nów.

Ko­rzy­sta on z ar­se­nału roz­ma­itych słów, aby uchwy­cić zna­cze­nie tego, co chce prze­ka­zać. Na­leżą do nich „ip­se­itas, szcze­gólna jed­ność efek­tów koń­co­wych po­wsta­łych wsku­tek spe­cjal­nego ba­lan­so­wa­nia i mo­de­lo­wa­nia my­śli i ka­te­go­rii my­śli”; „stan lub ja­kość”; „kli­mat lub at­mos­fera”; „za­pach lub smak”; „na­strój”; „esen­cja”. W po­ema­cie ko­micz­nym na­pi­sa­nym ra­zem z Bar­fiel­dem pod­su­mo­wuje to w na­stę­pu­jący spo­sób:

J stoi za Ja­ko­ścią – in­nymi słowy „co­ścią” –

Gan­dawy gło­dawą i Tot­nes mie­ściny ma­ło­ścią[50].

Bro­niąc dzieł ro­man­ty­zmu, Le­wis wciąż po­wta­rzał, że główną siłą przy­cią­ga­jącą do opo­wie­ści jest ja­kość albo ton. Wy­na­le­ziony świat ro­man­ty­zmu zo­stał stwo­rzony z we­wnętrz­nym bo­gac­twem ja­ko­ści, po­nie­waż ro­man­tycy czuli, że sam świat re­alny jest „ta­jem­ni­czy, prze­peł­niony zna­cze­niami, pe­łen gło­sów i »ta­jem­nicy ży­cia«”[51]. Mi­ło­śnicy po­wie­ści ro­man­tycz­nych wra­cają do nich w ten sam spo­sób, jak my wra­camy „po­now­nie do owocu dla jego smaku; do od­dy­cha­nia po­wie­trzem dla... czego? Dla niego sa­mego; do ja­kie­goś miej­sca dla jego at­mos­fery – do Do­ne­gala za do­ne­gal­ność i do Lon­dona za lon­do­no­wość. Jest czymś iry­tu­jąco trud­nym wy­ra­że­nie tych gu­stów w sło­wach”[52].

Po­nie­waż ta ja­kość, na­zy­wana „at­mos­ferą”, jest wła­ści­wie nie­wy­ra­żalna, Le­wis mówi cza­sem o niej jako o kwe­stii du­cho­wej. Na przy­kład „bez­kre­sna, pu­sta wi­zja” Ham­leta jest we­dług niego głów­nym osią­gnię­ciem Szek­spira, mia­no­wi­cie po­przez ta­kie ob­razy jak noc, du­chy, nad­mor­ski klif, cmen­tarz i blady czło­wiek w czerni stwa­rza on po­czu­cie, że uchwy­cił w nim „swego ro­dzaju du­chowy ob­szar”. W tych prze­pla­ta­ją­cych się ob­ra­zach uważny czy­tel­nik lub widz w te­atrze może wy­chwy­cić epi­fe­no­me­nalny kli­mat Ham­leta[53]. Po­dob­nie w książce Po­dróż na Ark­tura Da­vida Lind­saya pla­neta Tor­mance jest opi­sana w taki spo­sób, że można ją uznać za „sferę du­cha” w pi­gułce. Struk­tura opo­wie­ści – wy­da­rze­nia, po­staci, opisy tła – uchwy­ciła na mo­ment ni­czym nie­uchwyt­nego ptaka, stan czy­stego bytu i czy­ta­jąc, można przez chwilę „do­zna­wać” jego upie­rze­nia[54].

Słowo „do­zna­wa­nie” jest uży­wane przez Le­wisa nie­mal za­wsze w bar­dzo zna­czący spo­sób i mu­szę tu zro­bić miej­sce na krótką dy­gre­sję, aby wy­ja­śnić, jak ważne było dla niego to okre­śle­nie.

„Do­zna­wa­nie” dla Le­wisa było czymś od­mien­nym od „kon­tem­pla­cji”, roz­róż­nie­nie któ­rych po raz pierw­szy na­po­tkał w 1924 roku w pra­cach fi­lo­zofa Sa­mu­ela Ale­xan­dra, co było dla niego na tyle istotne, że za­no­to­wał to w dzien­niku: „Wzią­łem Space, Time and De­ity [Prze­strzeń, czas i bó­stwo] Ale­xan­dra i po­sze­dłem do Wa­dham [Col­lege], gdzie prze­sia­dy­wa­łem i cho­dzi­łem po ogro­dzie, czy­ta­jąc wstęp, cie­sząc się pięk­nem tego miej­sca, z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem roz­wa­ża­jąc ze wszech miar słuszną an­ty­tezę ra­do­ści i kon­tem­pla­cji tego au­tora”. Póź­niej opi­sy­wał to prze­ci­wień­stwo jako „nie­zbędne na­rzę­dzie my­śli”, a Ho­oper nie prze­sa­dza, stwier­dza­jąc, że książka Ale­xan­dra „miała nie­ba­ga­telne zna­cze­nie dla Le­wisa”[55]. Sto­so­wał to, co można na­zwać „tech­niką Ale­xan­dra” w wielu aspek­tach ży­cia, w tym w kry­tyce li­te­rac­kiej i uwa­żał ją za tak przy­datną, że w końcu na­pi­sał esej na ten te­mat za­ty­tu­ło­wany Me­di­ta­tion in a To­ol­shed [Me­dy­ta­cja w szo­pie z na­rzę­dziami], w któ­rym oma­wia po­now­nie okre­śle­nia „kon­tem­pla­cja” i „do­zna­wa­nie”:

Sta­łem w ciem­nej szo­pie z na­rzę­dziami. Na ze­wnątrz świe­ciło słońce, a po­przez szcze­linę w gór­nej czę­ści drzwi do środka wpa­dał pro­mień świa­tła. Z mo­jej po­zy­cji pro­mień ten, z oświe­tla­nymi prze­zeń dro­bin­kami pyłu, zda­wał się naj­bar­dziej nie­zwy­kłą rze­czą w tym miej­scu. Wszystko inne było nie­mal cał­ko­wi­cie czarne. Wi­dzia­łem pro­mień, lecz nie wi­dzia­łem rze­czy do­okoła niego.

Ru­szy­łem się i pro­mień padł na moje oczy. Po­przedni ob­raz znik­nął w mgnie­niu oka. Nie wi­dzia­łem szopy z na­rzę­dziami i przede wszyst­kim sa­mego pro­mie­nia. Za­miast tego w szcze­li­nie w gór­nej czę­ści drzwi uj­rza­łem zie­lone li­ście na ko­ły­szą­cych się ga­łę­ziach drzewa, a po­nad tym, setki mi­liony mil da­lej, słońce. Pa­trzeć wzdłuż pro­mie­nia a pa­trzeć w pro­mień to zu­peł­nie różne do­świad­cze­nia[56].

„Pa­trzeć wzdłuż pro­mie­nia” ozna­cza to, co Ale­xan­der na­zywa „do­zna­wa­niem” (wie­dzą uświa­do­mioną, kon­kretną, oso­bi­stą i za­an­ga­żo­waną), a „pa­trzeć w pro­mień” jest sy­no­ni­mem „kon­tem­pla­cji” (wie­dzy abs­trak­cyj­nej, ze­wnętrz­nej, bez­oso­bo­wej i nie­ute­ore­ty­zo­wa­nej). To roz­róż­nie­nie było dla Le­wisa tak fun­da­men­talne, że we­dle niego dzie­lił wie­dzę uświa­do­mioną: „Za­miast po­działu na dwie sfery: świa­domą i pod­świa­domą, trzeba za­tem po­działu na trzy: to, co pod­świa­dome, to, co do­zna­wane i to, co kon­tem­plo­wane”[57]. Jak sta­ro­żytni Per­so­wie, któ­rzy de­ba­to­wali nad jedną rze­czą dwa razy (raz, kiedy byli trzeźwi i raz, kiedy byli pi­jani), winno się roz­wa­żyć każdą kwe­stię na dwa spo­soby – w świe­tle do­zna­wa­nia (po­dob­nie jak we fran­cu­skim con­na­ître) i w świe­tle kon­tem­pla­cji (po­dob­nie jak fran­cu­skie sa­voir).

Ma­jąc tę dy­gre­sję za sobą, można po­wró­cić do On Sto­ries. Gdy Le­wis pi­sze, że ulotny, na­stro­jowy stan bytu, który można uchwy­cić w opo­wie­ści, jest do­zna­wany, nie ma na my­śli wy­łącz­nie nor­mal­nego po­czu­cia ra­do­ści z sa­mego bytu, ale też tak, jak ro­zu­miał je Ale­xan­der: na­strój po­wi­nien być wkom­po­no­wany tak, że przej­muje on całą na­szą wy­obraź­nię. Je­śli nie bę­dziemy do­zna­wać, lecz kon­tem­plo­wać, to śmier­cio­no­śność Ham­leta lub „czer­wo­no­skó­rość” Ostat­niego Mo­hi­ka­nina (który jest pierw­szym przy­kła­dem kappa wy­mie­nio­nym w On Sto­ries), aspekt ja­ko­ściowy bę­dzie za­mie­rał w oczach, po­nie­waż prze­sta­niemy „prze­ży­wać opo­wieść”. Na­strój ten nie jest jedną z abs­trak­cji kry­tyki li­te­rac­kiej, lecz opi­sem „kon­kret­nej wy­obraźni” w dzia­ła­niu, pełne sma­ko­wa­nie dzieła sztuki na pod­nie­bie­niu wy­obraźni. Je­śli mamy go do­zna­wać, mu­simy „pod­dać się dzie­cię­cemu sku­pie­niu na na­stroju opo­wie­ści”[58].

Z tego wła­śnie po­wodu „na­strój” tak trudno wy­ra­zić sło­wami, gdyż w isto­cie w przy­padku każ­dego dzieła sztuki Le­wis pró­buje przy­po­rząd­ko­wać do ja­kiejś ka­te­go­rii ca­ło­ściowy efekt pracy, a nie do­ko­ny­wać su­chego kry­tycz­nego pod­su­mo­wa­nia. Gdyby na­strój można było za­ko­mu­ni­ko­wać w ja­kiś bar­dziej zwię­zły spo­sób, niż do­ko­nano tego w sa­mym dziele, au­tor przy­pusz­czal­nie by tak uczy­nił. Po­nie­waż jed­nak tego nie zro­bił, na­leży przy­jąć, że każdy ele­ment opo­wie­ści jest ko­nieczny dla uzy­ska­nia po­żą­da­nego efektu, jaki ma wy­wrzeć na czy­tel­niku. Nie na­leży roz­róż­niać mię­dzy tym, co wy­daje nam się bar­dziej lub mniej waż­nymi aspek­tami dzieła li­te­rac­kiego:

Dzieci za­wsze roz­my­ślają nad tymi frag­men­tami opo­wie­ści, które do­ro­śli uznają za nie­istotne. Je­śli w opo­wia­da­nej przez cie­bie po raz pierw­szy hi­sto­rii bo­ha­ter do­staje ostrze­że­nie od trzech ma­łych lu­dzi po le­wej stro­nie drogi, to przy opo­wia­da­niu jej drugi raz, gdy za­miast tego bę­dzie je­den mały czło­wiek po pra­wej stro­nie drogi, dziecko obu­rzy się. I bę­dzie miało ra­cję. Uwa­żasz, że nie ma to zna­cze­nia, bo sam w ogóle nie prze­ży­wasz tej hi­sto­rii. Gdyby tak było, wie­dział­byś le­piej. Mo­tywy, ma­szyny i inne są pew­nymi abs­trak­cjami twór­czo­ści li­te­rac­kiej, a za­tem można ich uży­wać wy­mien­nie, jed­nak kon­kretna wy­obraź­nia nie ma o nich po­ję­cia[59].

Po­nie­waż na­stroju mamy do­zna­wać ani­żeli go kon­tem­plo­wać, jest on w pew­nym sen­sie nie­wi­dzialny. Kiedy w Me­di­ta­tion in a To­ol­shed Le­wis pa­trzył wzdłuż pro­mie­nia, nie wi­dział szopy ani tym bar­dziej sa­mego pro­mie­nia. Po­dob­nież we­wnętrzne zna­cze­nie opo­wie­ści nie może być pod­po­wie­dziane przez au­tora bez zmiany jego istoty. Musi po­zo­stać ukryte, wple­cione w osnowę i wą­tek hi­sto­rii tak, że nie sta­nowi obiektu kon­tem­pla­cji, lecz całe ramy, w ja­kich do­świad­czana jest opo­wieść. Ele­ment kappa jest bar­dziej jak wi­dze­nie ani­żeli coś wi­dzia­nego. Tak jak nie można wy­jąć ga­łek ocznych i wy­wró­cić na drugą stronę, by spoj­rzeć na swoje or­gany wi­dze­nia, tak nie można wy­sko­czyć z tego stanu świa­do­mo­ści, jaki daje do­zna­wa­nie. Jest ono z na­tury nie­bez­po­śred­nie, choć po­zna­walne.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

MOTTO

[1] C.S. Le­wis, Wielki cud, w: tenże, Bóg na ła­wie oskar­żo­nych, przeł. M. Mrosz­czak, Wy­daw­nic­two Mi­sjo­na­rzy Kla­ren­ty­nów „PA­LA­BRA”, In­sty­tut Wy­daw­ni­czy PAX, War­szawa 1993, s. 62.

WSTĘP

[1] W. Sha­ke­spe­are, Ham­let, tłum. J. Pasz­kow­ski, Fun­da­cja No­wo­cze­sna Pol­ska, https://wol­ne­lek­tury.pl/me­dia/book/pdf/ham­let.pdf [do­stęp: 28 II 2023], s. 37.

ROZ­DZIAŁ 1

[1] Pla­ton, Pań­stwo, tłum. W. Wi­twicki, Wy­daw­nic­two Ma­rek De­re­wiecki, Kęty 2009, s. 72–73.
[2] A. Ma­cIn­tyre, Dzie­dzic­two cnoty. Stu­dium z teo­rii mo­ral­no­ści, tłum. A. Chmie­lew­ski, Wy­daw­nic­two Na­ukowe PWN, War­szawa 1996, s. 386.
[3] Edith Nes­bit (1858–1924) – bry­tyj­ska pi­sarka i po­etka, znana przede wszyst­kim jako au­torka ksią­żek dla dzieci (przyp. tłum.).
[4] S. Zet­tel, Why I Love Na­rnia: A Li­be­ral, Fe­mi­nist Agno­stic Tells All, w: Re­vi­si­ting Na­rnia. Fan­tasy, Myth and Re­li­gion in C.S. Le­wis’ Chro­nic­les, ed. S. Cau­ghey, Ben­Bella Bo­oks Inc., Dal­las 2005, s. 181–190.
[5] Przez „opo­wie­ści ro­man­tyczne” na­leży tu ro­zu­mieć szcze­gólny ga­tu­nek li­te­racki, a nie po­tocz­nie opo­wia­da­nie o spra­wach zwią­za­nych z re­la­cjami mę­sko-dam­skimi (przyp. red.).
[6] G. Sayer, Jack. C.S. Le­wis and His Ti­mes, Har­per & Row, San Fran­ci­sco 1988, s. xvii.
[7] O. Bar­field, In­tro­duc­tion, w: Li­ght on C.S. Le­wis, ed. J. Gibb, Geof­frey Bles, Lon­don 1965, s. ix–xxi.
[8] M. Mug­ge­ridge, The My­stery, w: In Se­arch of C.S. Le­wis. In­te­rviews with Ken­neth Ty­nan, A.J.P. Tay­lor, Mal­colm Mug­ge­ridge and others who knew Le­wis, ed. S. Scho­field, Bridge Pu­bli­shing, So­uth Pla­in­field 1983, s. 127–128.
[9] S. Med­calf, Lan­gu­age and Self-Con­scio­usness. The Ma­king and Bre­aking of C.S. Le­wis’s Per­so­nae, w: Word and Story in C.S. Le­wis, ed. P.J. Scha­kel, Ch.A. Hut­tar, Uni­ver­sity of Mis­so­uri Press, Co­lum­bia 1991, s. 109–144.
[10] Zob. C.S. Le­wis, Po­stu­ring, w: tenże, The Col­lec­ted Po­ems of C.S. Le­wis, ed. W. Ho­oper, Fo­unt, Lon­don 1994, s. 103; tenże, Le­gion, w: tamże, s. 133.
[11] „Jack pró­bo­wał uspra­wie­dli­wić zwle­ka­nie z wy­jaz­dem do Ir­lan­dii pod­czas dłu­gich wa­ka­cji 1919 roku, ucie­ka­jąc się do kłam­stwa [...]. W okre­sie ży­cia sprzed na­wró­ce­nia Jack nie co­fał się przed na­pi­sa­niem cze­go­kol­wiek, co uznał za ko­nieczne, aby jego oj­ciec był za­do­wo­lony” – G. Sayer, Jack, s. 88–90; „Sto­sunki łą­czące mnie z oj­cem wy­ja­śniają (nie chcę przez to po­wie­dzieć, że uspra­wie­dli­wiają) je­den z naj­gor­szych czy­nów, ja­kie po­peł­ni­łem w ży­ciu. Po­zwo­li­łem, aby przy­go­to­wano mnie do bierz­mo­wa­nia; zo­sta­łem bierz­mo­wany i przy­stą­pi­łem do Pierw­szej Ko­mu­nii jako nie­wie­rzący” – C.S. Le­wis, Za­sko­czony ra­do­ścią, tłum. M. So­bo­lew­ska, Esprit, Kra­ków 2010, s. 234.
[12] G. Sayer, Jack, s. 238.
[13] W ory­gi­nale gra słów po­mię­dzy Sur­pri­sed by Joy a Sup­pres­sed by Jack (przyp. tłum.).
[14] G. Sayer, Jack, s. 198.
[15] Miał po­wie­dzieć Say­erowi, że jego mał­żeń­stwo „po­winno być trzy­mane w se­kre­cie” i tak też było od 23 kwiet­nia do 24 grud­nia 1956 roku. Zob. tamże, s. 221–223.
[16] Zob. G. Sayer, Jack on Ho­li­day, w: C.S. Le­wis at the Bre­ak­fast Ta­ble and Other Re­mi­ni­scen­ces, ed. J.T. Como, Col­lins, Lon­don 1980, s. 208; A.N. Wil­son, C.S. Le­wis. A Bio­gra­phy, Col­lins, Lon­don 1990, s. 209; list do Shel­dona Va­nau­kena, 15 grud­nia 1958.
[17] G. Sayer, Jack, s. 209.
[18] Tamże, s. 238.
[19] C.S. Le­wis, Col­lec­ted Let­ters, Vo­lume II: Bo­oks, Bro­ad­ca­sts and War, 1931–1949, ed. W. Ho­oper, Har­per­Col­lins, Lon­don 2004, s. 483; li­sty do Sir Henry’ego Wil­linka, 23 stycz­nia 1957 – 3 marca 1962.
[20] List do Lau­rence’a Whi­stlera, 4 marca 1962.
[21] Zob. A.B. Grif­fi­ths, The Ad­ven­ture of Fa­ith, w: C.S. Le­wis at the Bre­ak­fast. Le­wis pod­pi­sał się jako „N.W. Clerk” w li­ście do Johna R. Rol­stona, 14 maja 1962.
[22] H. Car­pen­ter, In­klin­go­wie. C.S. Le­wis, J.R.R. Tol­kien, Char­les Wil­liams i ich przy­ja­ciele, tłum. A. Kró­licki, Zysk i S-ka, Po­znań 1999, s. 285.
[23] G. Sayer, Jack, s. 189.
[24] „Wy­da­wało mi się ra­czej, że prze­law­szy swój po­mysł na pa­pier, wy­rzu­ciw­szy go tym sa­mym z umy­słu, resztę zo­sta­wił ko­muś in­nemu i że nie bę­dzie da­lej in­ge­ro­wał” – list Pau­line Bay­nes do Wal­tera Ho­opera, 15 sierp­nia 1967, cyt. za: W. Ho­oper, C.S. Le­wis. A Com­pa­nion and Gu­ide, Har­per­Col­lins, Lon­don 1996, s. 406.
[25] G. Sayer, Jack, s. 189.
[26] List do Mar­ga­ret Do­uglas, 31 grud­nia 1947.
[27] L. Adey, C.S. Le­wis. Wri­ter, Dre­amer & Men­tor, Erd­mans, Grand Ra­pids 1998, s. 192.
[28] Dzieło Tol­kiena jest „spójne i sen­sowne”, „sta­ran­nie przy­go­to­wane” i ce­chuje się „roz­waż­nym tem­pem”. Dzieło Le­wisa na­to­miast jest „nie­równe”, „po­spiesz­nie na­pi­sane” i za­po­ży­cza „co po­pad­nie z in­nych mi­to­lo­gii i opo­wie­ści”, aby „Le­wis wrzu­cił ja­ką­kol­wiek sy­tu­ację czy oto­cze­nie, ja­kie mu przy­szło w da­nej chwili do głowy” – H. Car­pen­ter, In­klin­go­wie, s. 284–287. Car­pen­ter nie po­daje żad­nych do­wo­dów lub przy­kła­dów na po­par­cie tych opi­nii.
[29] A.N. Wil­son, C.S. Le­wis, s. 225–226. Wil­son je­dy­nie po­bież­nie za­po­znał się z cy­klem o Na­rnii. Na przy­kład, wska­zuje on, jako do­wód na wpływy edwar­diań­skie w se­rii, że dzieci mó­wią Cri­key! (od­po­wied­nik ojej, jejku, rety itp. – przyp. tłum.). W rze­czy­wi­sto­ści słowo to nie wy­stę­puje w sied­miok­sięgu.
[30] „My­ślę, że gdyby nie za­chęty C.S.L., to za­pewne ni­gdy nie ukoń­czył­bym albo nie opu­bli­ko­wał­bym Władcy Pier­ścieni” – List Tol­kiena do Clyde’a S. Kilby’ego, 18 grud­nia 1965.
[31] Na przy­kład kry­ty­kuje on, in­ter alia, książki Chrze­ści­jań­stwo po pro­stu, Po­dział osta­teczny, En­glish Li­te­ra­ture in Si­xte­enth Cen­tury, Exc­lu­ding Drama, Stu­dies in Words i Li­sty sta­rego dia­bła do mło­dego. Zob. J.R.R. Tol­kien, The Let­ters of J.R.R. Tol­kien, ed. H. Car­pen­ter, Ch. Tol­kien, Al­len & Unwin, Lon­don 1981, s. 59–62, 71, 125–129, 302, 371. Zob. też G. Sayer, Jack, s. 189.
[32] List do An­thony’ego Bo­uchera, 5 lu­tego 1953.
[33] S.P. Mu­el­ler, Trans­la­ted The­ology. Chri­sto­logy in Wri­tings of C.S. Le­wis, w: C.S. Le­wis, Li­ght­be­arer in the Sha­dow­lands. The Evan­ge­li­stic Vi­sion of C.S. Le­wis, ed. A.J.L. Me­nuge, Cros­sway Bo­oks, Whe­aton 1997, s. 279–302.
[34] D.T. My­ers, C.S. Le­wis in Con­text, Kent State Uni­ver­sity Press, Kent 1994, s. xiii, 112–181.
[35] Taż, Gro­wing in Grace. The An­gli­can Spi­ri­tual Style in the Na­rnia Chro­nic­les, w: The Pil­grim’s Gu­ide. C.S. Le­wis and the Art of Wit­ness, ed. D. Mills, Eerd­mans, Grand Ra­pids 1998, s. 185–202.
[36] P.J. Scha­kel, Re­ading with the He­art. The Way into Na­rnia, Eerd­mans, Grand Ra­pids 1979, s. xiii.
[37] Ch.A. Hut­tar, C.S. Le­wis’s Na­rnia and the „Grand De­sign”, w: The Lon­ging for a Form. Es­says on the Fic­tion of C.S. Le­wis, ed. P.J. Scha­kel, Kent State Uni­ver­sity Press, Kent 1977, s. 130.
[38] M.A. Man­za­la­oui, Na­rnia: The Do­main of Le­wis’s Be­liefs, w: We Re­mem­ber C.S. Le­wis. Es­says and Me­mo­irs, ed. D. Gra­ham, Bro­ad­man & Hol­man Pu­bli­shers, Na­shville 2001, s. 14.
[39] C.S. Le­wis, Tasso, w: Stu­dies in Me­die­val and Re­na­is­sance Li­te­ra­ture, ed. W. Ho­oper, Cam­bridge Uni­ver­sity Press, Cam­bridge 1966, s. 117.
[40] List do Anne Jen­kins, 5 marca 1961.
[41] C. Walsh, The Li­te­rary Le­gacy of C.S. Le­wis, Shel­don Press, Lon­don 1979, s. 147.
[42] „[Aslan] zo­stał wy­my­ślony, by dać wy­obra­żoną od­po­wiedź na py­ta­nie »Jaki mógłby być Chry­stus, gdyby ist­niał taki świat jak Na­rnia i zde­cy­do­wałby się On na wcie­le­nie, śmierć i zmar­twych­wsta­nie w tam­tym świe­cie, tak jak uczy­nił to w na­szym?«. To w ogóle nie jest ale­go­ria [...]. To [...] funk­cjo­nuje jako su­po­zy­cja” –list do pani Hook, 29 grud­nia 1958.
[43] Ch. Wrong, A Chance Me­eting, w: C.S. Le­wis at the Bre­ak­fast, s. 113.
[44] C.S. Le­wis, It All Be­gan with a Pic­ture..., w: tenże, Es­say Col­lec­tion and Other Short Pie­ces, ed. L. Walm­sley, Har­per­Col­lins, Lon­don 2000, s. 529.
[45] Tenże, Spen­ser’s Ima­ges of Life, ed. A. Fow­ler, Cam­bridge Uni­ver­sity Press, Cam­bridge 1967, s. 137–140.
[46] List do Char­lesa Brady’ego, 16 li­sto­pada 1956.
[47] The Mar­tlets – li­te­rac­kie sto­wa­rzy­sze­nie dzia­ła­jące przy Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim, z któ­rym zwią­zany był C.S. Le­wis oraz wielu in­nych pi­sa­rzy i po­etów. Na­zwa po­cho­dzi od mi­tycz­nego ptaka, po­dob­nego do ja­skółki, wy­stę­pu­ją­cego nie­kiedy w an­giel­skiej he­ral­dyce (przyp. tłum.).
[48] Zob. W. Ho­oper, To The Mar­tlets, w: C.S. Le­wis. Spe­aker and Te­acher, ed. C. Ke­efe, Hod­der & Sto­ugh­ton, Lon­don 1971, s. 49–83.
[49] C.S. Le­wis, Ham­let: The Prince or the Poem?, w: tenże, Se­lec­ted Li­te­rary Es­says, ed. W. Ho­oper, Cam­bridge Uni­ver­sity Press, Cam­bridge 1980, s. 104.
[50]Abe­ce­da­rium Phi­lo­so­phi­cum, „The Oxford Ma­ga­zine”, Vol. LII (13 li­sto­pada 1933), s. 298.
[51] C.S. Le­wis, The An­th­ro­po­lo­gi­cal Ap­pro­ach, w: tenże, Se­lec­ted Li­te­rary Es­says, s. 310.
[52] Tenże, Spen­ser’s, s. 115, elipsa Le­wisa. Por. tenże, Ale­go­ria mi­ło­ści. Stu­dium tra­dy­cji śre­dnio­wie­cza, tłum. M. So­bo­lew­ska, Wy­daw­nic­two Esprit, Kra­ków 2017, s. 383; list do Ja­net Spens, 8 stycz­nia 1934.
[53] Tenże, Ham­let: The Prince, s. 101–102.
[54] Tenże, On Sto­ries, w: tenże, Es­say Col­lec­tion, s. 498–504.
[55] Tenże, Za­sko­czony ra­do­ścią, s. 316; W. Ho­oper, C.S. Le­wis, s. 577.
[56] C.S. Le­wis, Me­di­ta­tion in a To­ol­shed, w: tenże, Es­say Col­lec­tion, s. 607.
[57] Tenże, Za­sko­czony ra­do­ścią, s. 318.
[58] Tenże, Ed­mund Spen­ser, 1552–99, w:tenże, Stu­dies in Me­die­val, s. 137.
[59] Tenże, Ham­let: The Prince, s. 104–105.