Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 27.10.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Mój wymarzony mężczyzna jest w związku małżeńskim, a jego żona zaginęła. Czy naprawdę mogę mu zaufać? A może ja będę następna?
Sophie nigdy się nie spodziewała, że na Sycylii znajdzie swoją miłość. Pewnego dnia spotyka Emilia, profesora pracującego na uniwersytecie, na którym sama prowadzi letnie zajęcia. Jest szarmancki, inteligentny, zabawny, ekscytujący i bardzo nieprzewidywalny…
…może nawet idealny.
Raj na ziemi szybko jednak zamienia się w czyściec, gdy Sophie odkrywa tajemniczą sprawę zniknięcia pierwszej żony Emilia. A kiedy wyczuwa, że śledzi ją jakiś tajemniczy obserwator, który obserwuje każdy jej ruch, zaczyna wątpić w swoje postrzeganie rzeczywistości. Czy popada w paranoję, czy też nic w jej nowym życiu nie jest takie, jak się wydaje?
Kiedy na jaw wychodzą kolejne szokujące fakty z przeszłości Emilia, Sophie zdaje sobie sprawę z jednego: ktoś próbuje ją przed nim ostrzec. Ale czy ta osoba jest po prostu zazdrosna, czy Sophie wpadła w śmiertelną pułapkę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 397
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: His First Wife
Text copyright © 2025 by Sue Watson
All rights reserved.
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with Graal, SP. Z O.O..
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio
PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska
ISBN: 978-83-8441-603-7
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Dla mamy, która sprezentowała mi egzemplarz Rebeki, kiedy byłam bardzo młoda, posyłając mnie nieświadomie na mroczną, krętą i zarazem wspaniałą ścieżkę pisarstwa.
Czy zdarzyło ci się kiedyś spotkać nieznajomego, który trafnie przewidział twoją przyszłość? Mnie tak. Miało to miejsce podczas mojego pierwszego lata spędzonego na Sycylii. Stałam po pracy na pustej drodze, czekając na autobus, którym miałam wrócić do domu. Niestety spóźniał się, mój telefon zdążył się już rozładować i powoli zapadał zmrok.
Nagle ciszę przerwał szelest za moimi plecami i odwróciłam głowę. Pośród drzew dostrzegłam jakąś ciemną postać.
– Halo? – Starałam się brzmieć spokojnie, choć w środku panikowałam. Próbowałam rozpoznać, kto to jest. Czy to w ogóle człowiek, czy tylko jakiś dziwny kształt? Wtedy usłyszałam głos.
– Proszę pani, proszę pani? – To mężczyzna czy kobieta? Nie potrafiłam tego określić. Głos był wysoki, nieprzyjemny i chrapliwy. – Proszę pani? – powtórzył. Zaczęłam się bać nie na żarty i przycisnęłam plecak do piersi. – Przepowiedzieć pani przyszłość?
Pomimo upału, który nadal doskwierał, pamiętam, że zadrżałam, gdy z ciemności dobiegły mnie te bezcielesne słowa. Naprawdę starałam się skupić wzrok, a mimo to nie mogłam dostrzec twarzy ukrytej w cieniu drzew.
– Powiem ci, za kogo wyjdziesz za mąż. Czy będziesz bogata i szczęśliwa… czy smutna i biedna? Czy będzie cię kochał, czy będzie cię okłamywał?
Czy ktoś stroił sobie ze mnie żarty?
Żałowałam, że zostałam tak długo w pracy, przez co znalazłam się w tej części miasta po zmroku i nie pomyślałam o swoim bezpieczeństwie. Rozejrzałam się, gorączkowo zastanawiając, czy zdołam zatrzymać jakąś taksówkę albo po prostu wybiec na ulicę, wołając o pomoc. Ale wszędzie było pusto, od dłuższego czasu nie widziałam żadnego przejeżdżającego samochodu, a nikt prawdopodobnie nie był na tyle głupi, żeby spacerować po niezbyt przyjaznej dzielnicy miasta w nocy. Byłam gotowa do ucieczki, ale co zrobię, jeśli ten ktoś pobiegnie za mną? A jeśli jest ich więcej, ukrywających się między drzewami?
Gdzie jest ten cholerny autobus?
– Chcesz wiedzieć, czy twoja miłość jest prawdziwa? Czy zostanie twoim mężem? – Trzask gałęzi, szelest. Zbliża się. Szykowałam się do ucieczki. – Daj, daj. – Głos był już znacznie bliżej mojego ucha. Teraz widziałam, że ta osoba ma na głowie chustę, która zakrywa większość jej twarzy.
Przeszył mnie dreszcz strachu.
– Kim jesteś? – zapytałam, nie spuszczając wzroku z postaci i powoli otwierając torbę, aby wyjąć niewielką ilość pieniędzy, jaką przy sobie miałam.
– Przepowiem ci przyszłość. Ręka. Pooodaaj. Daj mi swoją rękę. Chodź, chodź. – Głos brzmiał nagląco, jakby miał się zaraz zdenerwować. Długie palce sunęły w moją stronę. Niechętnie zrobiłam krok do przodu. – Jak masz na imię?
– Jestem… Sophie.
– I jesteś zakochana, prawda?
Natychmiast pomyślałam o nim i ogarnęło mnie uczucie gorąca. Poczułam, jak moja dłoń się otwiera.
– Pokażę ci… – Uścisk obcego był silny, gdy przyciągnął mnie do siebie. Jego twarz znalazła się teraz blisko mojej dłoni. Na nadgarstku poczułam szorstką, koronkową rękawiczkę, a na skórze gorący, pełen zniecierpliwienia oddech. – Widzę mężczyznę, bardzo przystojnego. – Palce w rękawiczkach niezgrabnie wciskały się w linie i zagłębienia mojej skóry, naciskając i ugniatając.
– Och? – Serce waliło mi jak młotem.
– Tak, bardzo pięknego mężczyznę, ale… widzę też niebezpieczeństwo, mroczne sekrety. Musisz stąd odejść.
Cholera. Spróbowałam wyszarpnąć rękę, ale dłoń, która ją trzymała była zaskakująco silna i przyciągała mnie do siebie. Już miałam krzyknąć, kiedy usłyszałam szept tuż przy uchu.
– Strzeż się, teste di moro, zbyt wiele mrocznych tajemnic… ktoś kłamie i ktoś umiera…
Wtedy pobiegłam…
Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy.
Piję kawę przed kawiarnią na Sycylii w towarzystwie Angielki o imieniu Abbi. Rozmawiamy o naszych planach dotyczących wyjazdu do Rzymu. Obie jesteśmy już za stare na podróżowanie z plecakami, ale mamy na to piekielną ochotę, jaka czasem pojawia się po trzydziestce, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że pewnego dnia po prostu umrze.
Podobnie jak ja, Abbi jest na Sycylii od niedawna i mimo że uwielbia to miejsce, praca w wypożyczalni samochodów nie jest jej spełnieniem dolce vita. Ja z kolei uwielbiam letnią pracę jako wykładowczyni sztuki. Podjęłam ją z nadzieją, że uniwersytet przedłuży umowę do jesieni, ale rozmowa z Abbi o Rzymie sprawiła, że znów nabrałam ochoty na podróżowanie.
Praca na uczelni i tak odbiega od moich wyobrażeń. Studenci, z którymi mam zajęcia to głównie dzieci bogatych Amerykanów. Są zabawni i pełni życia, ale ich zainteresowanie sztuką jest niewielkie i jestem pewna, że woleliby uprawiać seks, palić trawkę i imprezować niż uczyć się malować.
Lubię tę pracę i uwielbiam przebywać na Sycylii, ale moje życie to jeden wielki bałagan. Dwa lata temu, w wieku trzydziestu czterech lat, gdy wszystko zaczęło się walić, opuściłam swój dom w Anglii. Musiałam uciec. Ale ucieczka nigdy nie jest rozwiązaniem, a poczucie winy mocno zakorzenia się w duszy – lokuje się gdzieś głęboko i staje się częścią ciebie. Poczucie winy, które noszę, jest jak moje piegi – to nieodłączna część mnie.
I tak oto, wciąż szukając jakiegoś sposobu na ucieczkę od przeszłości, rozmawiałam z Abbi o wyjeździe na kilka tygodni do Rzymu, myśląc naiwnie, że kolejny wyjazd pomógłby mi w końcu pogodzić się z przeszłością. Ale teraz gdy siedzę na chodniku przed kawiarnią i piję kawę, nagle dostrzegam mężczyznę i nie potrafię tego wyjaśnić, ale coś we mnie zmienia się tak bardzo, że zastanawiam się, czy zamiast jechać aż do Rzymu, nie powinnam zostać tutaj, na Sycylii. Nigdy wcześniej go nie widziałam, ale jest w nim coś wyjątkowego, na przykład sposób, w jaki chodzi – nie stąpa wyniośle, tylko kroczy spokojnie, pewny siebie, spacerując po swoim mieście. Zakładam, że jest stąd – wygląda na zamyślonego, ma śniadą cerę i naturalną elegancję Sycylijczyka, który wie, dokąd zmierza. Uśmiecham się w duchu – równie dobrze mogę się mylić – ale coś w środku podpowiada mi, że może właśnie ten niezwykły mężczyzna spacerujący po mieście pomoże mi zapomnieć. Przynajmniej na chwilę. A może po prostu mi się podoba, choć to dziwne, bo ciągnie mnie do niego w naprawdę pierwotny sposób, jakby mnie olśniło i od razu wiedziałam: Ach, oto on, to właśnie na niego czekałam. Po błądzeniu w mroku w końcu dostrzegam promyk światła. Wiem, że to brzmi wariacko i dziwnie, że zabujałam się od razu w kimś nieznajomym, ale tak właśnie jest! I nawet gdy chłonę wzrokiem jego sylwetkę i dobrze skrojony garnitur, w duchu karcę się za to, że jestem taka głupia. Nie mogę oderwać od niego wzroku, a jego widok wywołuje we mnie ogromny przypływ emocji – brakuje mi tchu i jestem podekscytowana. Co się ze mną dzieje? Czuję motyle w brzuchu i nie potrafię przestać, choć powtarzam sobie, żeby się nie wydurniać. Uwielbiam to uczucie, to czyste szaleństwo, i już jestem od niego uzależniona.
Wciąż obserwuję go zza trzymanego w dłoniach menu, podczas gdy obiekt moich westchnień zatrzymuje się, by popatrzeć na witrynę sklepu Diora. Taormina, miasto na Sycylii, w którym mieszkam, ma bogatą historię, ale także lśni luksusem. Chanel i Versace rywalizują o uwagę na głównej ulicy, a jachty miliarderów czekają w porcie, gotowe do wypłynięcia w stronę kolejnej śródziemnomorskiej przystani, gdy ta im się już znudzi. Ale to wyspa pełna sprzeczności, a blask i hedonizm są zawsze przyćmione przez Etnę – ponury wulkan, wiecznie czuwający, groźny, nieprzewidywalny. To mnie uspokaja.
– Tak więc… zaplanowałam naszą trasę – oznajmia Abbi, rozkładając ogromną mapę, po czym zaczyna snuć opowieść o Panteonie i Koloseum. Przestaję jej słuchać, obserwując, jak nieznajomy wchodzi do luksusowego butiku. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Abbi przerywa moje rozmyślania. – Powiedziałam, że zaplanowałam naszą trasę. – Wyciąga telefon w etui ozdobionym złotym napisem „BĄDŹ MIŁA”. – Zachowałam wszystkie paragony za mapy i inne rzeczy, więc obliczę, ile mi jesteś winna.
– Świetnie – mruczę, już teraz pełna wątpliwości co do tej wycieczki. Abbi potrafi być dość natarczywa, nawet apodyktyczna, a ja nie zawsze mam siłę, by się jej przeciwstawić. – Czy naprawdę potrzebujemy tych wszystkich map? Nie żyjemy przecież w epoce wiktoriańskiej, mamy Google.
– Uważaj, żeby nie wylać na to kawy – mówi, ignorując moją uwagę i z okularami spuszczonymi na czubek nosa rozwija na stole harmonijkę sztywnego papieru niczym jakaś despotka planująca podbój świata. – Bazylika Świętego Piotra, Santo Stefano Rotondo i, och, Chiesa di San Carlino alle Quattro Fontane – wzdycha. Moje wątpliwości co do tej wycieczki i Abbi rosną z każdą minutą, a jej paplanina bynajmniej nie przekonuje mnie do tego pomysłu.
Wpatruję się w długą, wąską główną ulicę, usianą niesamowicie eleganckimi butikami projektantów, wpasowanymi w zabytkową kamienną zabudowę. Niestety nie mam żadnych oszczędności, spłacam długi z poprzedniego życia i cieszę się tymczasową pracą, więc zawsze kończę z nosem przyciśniętym do szyby.
– Trzeba mieć forsę, żeby tu przyjechać – zauważam, wpatrując się w zamożnych turystów zza drogiego menu kawowego. Abbi mnie nie słucha, zbyt pochłonięta swoim podbojem Europy, który zaczyna się we Włoszech.
Mężczyzna wychodzi właśnie z butiku z białą papierową torbą, na której widnieje złoty napis „DIOR”. Mogę sobie tylko wyobrazić, jakie cudowne, stylowe skarby kryją się w tym świętym opakowaniu. Gdy rusza główną ulicą i zbliża się do miejsca, w którym siedzimy, czuję, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Z bliska jest jeszcze przystojniejszy. Jego zmarszczone czoło i drogo wyglądająca marynarka sugerują dobry gust i wystarczającą ilość pieniędzy, by robić zakupy u Diora, jednak jego buty trochę od tego obrazu odstają. Wyglądają bardziej jak obuwie turystyczne, brudne i znoszone. Jakie to intrygujące. Otacza go aura tajemnicy. Zawsze miałam słabość do zagadkowych mężczyzn.
Abbi nadal papla o rozkładach jazdy pociągów i hotelach dla studentów, wracając myślami do ciasnych łóżek piętrowych i smrodu rozgotowanej kapusty. Nagle coś odwraca moją uwagę, a serce mi zastyga, gdy mężczyzna podchodzi do miejsca, w którym siedzimy i odsuwa sobie krzesło przy pobliskim stoliku.
– Wyobraź sobie, jak przeczesujesz palcami te ciemne włosy i rozpinasz tę świeżą białą koszulę – szepczę, zahipnotyzowana.
– Co? – Abbi trzyma palec na mapie, a w drugiej dłoni ściska telefon.
– On jest wspaniały! – Spoglądam w stronę miejsca, w którym siedzi. Abbi odrywa na moment wzrok od martwych świętych, by rzucić w jego stronę ukradkowe spojrzenie.
– Mmm. Przystojny, ale czy nie jest dla ciebie trochę za stary? – Marszczy nos.
– Lubię starszych.
Unosi na chwilę brwi, po czym wraca do studiowania mapy.
– Un caffè e un cannolo, per favore. – Słyszę, jak mówi do kelnerki, a serce tłucze mi się w piersi. Jego głos jest jak ciepłe lato nad morzem.
Nie znam tego mężczyzny – mógłby być kimkolwiek. Zachowuję się głupio, ale kiedy kelnerka wraca z jego zamówieniem, widzę, jak na niego patrzy i czuję lekkie ukłucie zazdrości, jakby wykałaczka wbiła mi się w serce.
Chyba mi się to tylko wydawało, ale kiedy nasze spojrzenia się spotykają, a ja się uśmiecham, jego oczy odwzajemniają ten uśmiech, przez co zatrzymuję na nim wzrok odrobinę za długo.
Obserwując, jak bierze kęs chrupiącego, słodkiego cannolo, przyglądam się jego ustom i wyobrażam sobie, jakby to było go pocałować. Zastanawiam się też, czy taki mężczyzna pomógłby mi pozbyć się mrocznych cieni, które krążą po zakamarkach mojego życia.
Kilka dni później znów go spotykam!
Stoi samotnie pod drzewem cytrynowym koło Uniwersytetu w Katanii. To czysty przypadek, że akurat tam pracuję.
– Kto to jest? – pytam swoją koleżankę Lucię, gdy idziemy w cieniu drzew w drodze na moje zajęcia.
Zerka w jego stronę.
– Emilio Ferrante – odpowiada. Jej sycylijski akcent wyśpiewuje jego imię, ożywiając go w mojej wyobraźni. – To prawdziwy człowiek sukcesu, profesor wulkanologii.
– Wow!
Na jej twarzy pojawia się powolny uśmiech.
– Podoba ci się, co?
– Nie… nie w ten sposób… – zaczynam, czując, że się rumienię.
– Ależ tak! Wyobrażam sobie was dwoje… – Szuka odpowiedniego słowa; często to robi. – Oboje jesteście belli… piękni.
– Wcale nie jestem piękna – odpowiadam. Zawstydzam się, gdy ktoś tak o mnie mówi.
– Nieprawda. Musisz mieć więcej pewności siebie. On jest, jak to mówisz, gorącym Sycylijczykiem i na pewno byłby tobą zainteresowany.
Lucia macha do mnie długim palcem, a kiedy się żegnamy, obiecuje, że spróbuje dowiedzieć się czegoś więcej o Emiliu Ferrante.
*
– Profesor od wulkanów? – pyta Abbi, kiedy opowiadam jej o tym kilka dni później. – Czy to nie jest trochę dziwne?
– Nie, dlaczego? – odpowiadam, rozczarowana jej reakcją. Miałam nadzieję, że będzie pod większym wrażeniem. – Tylko ty możesz powiedzieć, że ktoś, kto mieszka w pobliżu Etny, jest dziwny, bo jest wulkanologiem, Abbi.
Wzrusza ramionami. Naprawdę nie podoba jej się to, jak wyobrażam sobie wymarzonego mężczyznę, ale nie pozwolę Abbi ostudzić mojego entuzjazmu.
– Nie mogę uwierzyć, że pracuje na tej samej uczelni, co ja. To przeznaczenie, mówię ci.
– Przeznaczenie? Nawet z nim nie rozmawiałaś. Nic o nim nie wiesz, Sophie.
– Wiem wystarczająco dużo. Napisał mnóstwo książek i artykułów, jest niezwykle inteligentny i bardzo szanowany w swojej dziedzinie – oświadczam.
– Informacje prosto z Google?
– No, może trochę pogooglowałam – chichoczę.
– A rozmawiałaś z nim w ogóle?
– Nie, ale wczoraj nawiązaliśmy kontakt wzrokowy.
– Och, czemu nic nie powiedziałaś? Wyznaczamy datę ślubu, co? – Abbi przewraca oczami.
– Wiesz, o co mi chodzi… oboje spojrzeliśmy na siebie w tym samym momencie i to była taka magiczna chwila – mówię, przypominając sobie, jak minęliśmy się na korytarzu. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, poczułam, jakbym została porażona prądem. – Gdy mnie minął, odwróciłam się, żeby na niego spojrzeć, a, ku mojemu wielkiemu zażenowaniu, on zrobił dokładnie to samo. Było mi trochę wstyd, ale wtedy się uśmiechnął. Przez resztę dnia czułam motyle w brzuchu.
Abbi wzrusza ramionami.
– Nie angażuj się pochopnie, Sophie. Nadal jesteś bardzo delikatna, pamiętasz?
Jakbym mogła o tym zapomnieć.
– Może on jest właśnie tym, kogo potrzebuję, aby zostawić przeszłość za sobą.
– A może to jakiś kobieciarz.
– Raczej nie. Jest przecież wykładowcą uniwersyteckim.
– Chyba raczej zboczeńcem uniwersyteckim!
– On taki nie jest – odpowiadam, czując lekkie ukłucie w żołądku, gdy sobie przypominam, jak rozmawiał niedawno z jedną ze studentek. Stali na dziedzińcu pod drzewem, a ona patrzyła z uwielbieniem na jego idealną twarz. Trzymała stos książek przy piersi i powoli kołysała biodrami na boki. Jej mowa ciała była oczywista – „weź mnie teraz” – ale on wydawał się skupiony na rozmowie i nie zauważyłam, żeby zachowywał się dwuznacznie. Zaskoczyło mnie jednak, jak irracjonalnie zazdrościłam jej bliskości z nim.
Do tego dochodziła jej młodość, bo spójrzmy prawdzie w oczy, kobiety w wieku dwudziestu kilku lat są piękne, nawet jeśli nie jakoś bardzo.
– Pewnie masz rację, Abbi – wzdycham. – Dlaczego miałby patrzeć na taką wypaloną trzydziestolatkę jak ja?
– No właśnie.
– Zła odpowiedź.
– Och… Nie miałam na myśli tego, że taka jesteś, tylko że one prawdopodobnie są takie młode, świeże i chętne – odpowiada, kopiąc sobie jeszcze głębszy dół.
– Na pewno ma w czym wybierać wśród młodych studentek – zgadzam się z nią, nieco przygnębiona.
– Nie wiem, czemu zawracasz sobie głowę facetami. Powinnaś raczej znaleźć sobie jakieś hobby. – Brzmi zupełnie jak moja matka. – Dołączyłam do amatorskiego zespołu operowego w Taorminie. Jestem kostiumografką i będę szyć kostiumy na najbliższą operę. Wystawiamy „Toskę”. Nie martw się, to nie wpłynie na naszą rzymską przygodę, ja po prostu uwielbiam szyć.
– O, to świetnie, brzmi fajnie. – Ale słucham jej już tylko połowicznie.
– Może przyjdziesz do teatru i dołączysz do ekipy za kulisami?
– Nie mam na to czasu – odpowiadam, co nie jest do końca prawdą. Poza pracą mam do dyspozycji mnóstwo czasu, ale czuję, że Abbi wysysa ze mnie energię. Jest miła i troskliwa, ale tak bardzo pragnie mieć najlepszą przyjaciółkę, że staje się przez to dość wymagająca. Często robię rzeczy, na które nie mam ochoty, tylko po to, by ją zadowolić. Zaplanowany przez nią wypad do Rzymu jest najlepszym przykładem. Początkowo chciałam jechać, ale teraz zmuszam się do niego, a im bliżej daty wyjazdu, tym mniej mam ochotę.
Wynajmuję mieszkanie piętro wyżej, przy brukowanej ulicy na obrzeżach miasta, a już w niecałą godzinę po moim wprowadzeniu się zaprosiła mnie na kawę. Abbi była uparta od samego początku, ale skoro zdecydowałam się zostawić przyjaciół w Wielkiej Brytanii, naprawdę bym wolała, żeby moja nowa przyjaciółka nie zadawała zbyt wielu pytań. Potrzebuję czasu na przemyślenia – żeby pobyć chwilę sama. Dlatego przez pierwsze kilka dni unikałam Abbi, aż pewnej nocy nastąpiła przerwa w dostawie prądu, a ona przyszła na górę i zapukała do moich drzwi, trzymając zapaloną świecę i w pełni naładowany telefon.
– Zawsze jestem przygotowana – ogłosiła. Migocząca świeca oświetlała jej twarz w niepokojący sposób i rzucała tańczące cienie na ścianę. – My, dziewczyny, powinnyśmy trzymać się razem. Jesteśmy dwiema kobietami w obcym kraju. – Z tymi słowami praktycznie wtargnęła do mojego mieszkania. Byłam zaskoczona tą inwazją i nieco zaniepokojona, gdy oznajmiła, że dziewczyna, która wcześniej tu mieszkała, była „okropną suką”, która nigdy nie wyszła z nią na kawę.
Później Abbi mianowała się moją przyjaciółką i doradczynią, a ja po prostu na to pozwoliłam – chyba potrzebowałam towarzystwa, a ona okazała się być całkiem miła. Zna też trochę włoski, lepiej niż ja, więc z czasem nawiązałyśmy coś w rodzaju przyjaźni. Chce mojego dobra, ale czasami czuję, że jej „rady” opierają się na kontrolowaniu tego, jak coś, co chcę zrobić, może na nią wpłynąć. Mój nowy obiekt westchnień jest doskonałym przykładem tego, jak Abbi wplata w te „rady” troskę o swoje własne interesy.
– Naprawdę nie widzę sensu w wiązaniu się z mężczyzną – mówi. – Zanim się zorientujesz, będziesz mężatką żyjącą jego życiem.
– Można być mężatką i pozostać niezależną kobietą.
– A byłaś niezależna w swoim małżeństwie?
– Tak, oczywiście – odpowiadam, czując się urażona i nieco zbita z tropu. Nie jestem gotowa, by opowiadać o swoim małżeństwie.
– Lubisz wino, Sophie? – pyta nagle, przerywając ciszę.
– Wszyscy lubią wino – mruczę, sprawdzając w telefonie, ile kalorii ma sycylijskie ciasto pomarańczowe, które właśnie zjadłam.
– Świetnie. Tuż za miastem jest ekologiczna winnica. Pomyślałam, że mogłybyśmy się tam wybrać w weekend.
– Winnica? – Gram na czas. Nie mam zamiaru pozwolić, żeby zepsuła mi weekend. – Przykro mi, ale nie dam rady.
– Dlaczego? Nie spotykasz się z nim w tajemnicy przede mną, prawda? – Marszczy brwi, ocierając piankę z kawy z górnej wargi.
– Z kim?
– Z tym facetem od wulkanów.
– Nie – odpowiadam szczerze. – Powiedziałabym ci, gdyby tak było.
– Jeśli chcesz znać moje zdanie, to naprawdę uważam, że nie jesteś jeszcze gotowa na nowy związek, Sophie.
– Więc w jaki sposób mam ułożyć sobie życie na nowo? I proszę, nie mów, że szyciem kostiumów w amatorskiej operze.
– To było niegrzeczne – odburkuje, żartując tylko w połowie.
Jak zwykle ma rację, ale Abbi jest pesymistką. Nie marzy o tym, co może się wydarzyć w jej życiu, tylko wszystkim się martwi, a jej negatywne nastawienie to ostatnie, czego teraz potrzebuję. Przyjechałam w to piękne miejsce, żeby zapomnieć, uciec od moich lęków i zmartwień, żeby odnaleźć dawną siebie. Chcę znów być beztroską, szczęśliwą Sophie – tą, która cieszy się życiem, zakochuje się i nie martwi zbytnio o jutro – nawet jeśli w głębi serca wiem, że nie zapomnę o przeszłości. Mogę uciekać, ale ona podąża za mną, a kiedy już mam wrażenie, że się jej wymknęłam, klepie mnie w ramię, przypominając mi o tym, co zrobiłam.
– Hej, Sophie, dawno cię nie widziałam! – Abbi czeka na mnie na korytarzu, kiedy wracam z pracy.
– Spotkałyśmy się dziś rano – odpowiadam z uśmiechem.
– Ach tak, zapomniałam. Masz ochotę na jakieś wyjście wieczorem?
– Wybacz, muszę popracować. Zajmuję się projektami z wykorzystaniem różnych technik i faktur.
– Mogłabym dotrzymać ci towarzystwa, kiedy będziesz pracowała? – pyta, gdy delikatnie przepycham się obok niej w kierunku schodów prowadzących do mieszkania.
– Nie jestem w stanie pracować, gdy ktoś jest w pobliżu, ale dziękuję.
– Czy to ci zajmie cały wieczór?
Czuję, jak się napinam.
– Nie wiem, Abbi. To prawdopodobnie potrwa znacznie dłużej.
– Masz wolny weekend?
– Tak, zawsze mam – odpowiadam. Jako wykładowczyni nigdy nie pracuję w weekendy.
– Mogłabym wziąć kilka dni wolnego.
Zatrzymuję się na schodach i odwracam się do niej.
– Po co?
Wydaje się nieco zaskoczona.
– No wiesz… nasza wycieczka do Rzymu odbędzie się dopiero za kilka tygodni. Myślałam, że mogłybyśmy wybrać się gdzieś na Sycylię na kilka dni, tylko we dwie.
Ostatnio zaczęła ingerować w mój wolny czas w takim stopniu, że czuję się, jakbym była jej własnością. Rzadko zostawia mnie w spokoju, a w dni, kiedy czuję się przez nią przytłoczona, muszę wymyślać wymówki i znikać. Chcę pobyć sama ze swoimi myślami, czego ona chyba nie rozumie, więc zdarza mi się udawać, że wychodzę, chociaż tak naprawdę zostaję w mieszkaniu. Ale wtedy jestem tam jak więzień, nie mogąc słuchać muzyki ani zbyt głośno się ruszać, żeby mnie nie usłyszała. Myślę, że mamy po prostu różne oczekiwania co do przyjaźni – ona potrzebuje najlepszej przyjaciółki, która jest zawsze dla niej dostępna. Ja nie jestem kimś takim, ale nie chcę jej zranić.
– Przepraszam, Abbi, ale nie mogę z tobą wyjechać. Mam zbyt dużo na głowie. Przez cały weekend będę pracowała nad moim projektem.
Jej twarz się marszczy i od razu czuję się zobowiązana, by ją jakoś pocieszyć.
– Wiem, wiem, ale może pójdę popracować przez kilka godzin, a potem wyjdziemy na drinka? – To ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę, ale nie chcę by siedziała sama i czuła się odrzucona.
Jej twarz się rozjaśnia.
– Może M Bar? – proponuję. – Podobno jest tam naprawdę fajnie i mają pyszne koktajle. Ja stawiam.
Jest zachwycona, a ja mogę dzięki temu odejść bez wyrzutów sumienia – przynajmniej na razie. Kieruję się do swojego mieszkania, a ona stoi u stóp schodów i na mnie patrzy.
Jak zwykle zamykam drzwi wejściowe, a gdy już jestem w sypialni, otwieram szafę, sięgam w jej głąb i wyjmuję karton ze wszystkimi zdjęciami. Ostrożnie kładę go na stoliku przy oknie i przez chwilę stoję w bezruchu. Przywiozłam to pudło ze sobą aż z Anglii. Jestem tu już od kilku miesięcy, a nadal go nie otworzyłam. Jeśli chcę na nowo odkryć dawną siebie, muszę najpierw znaleźć odwagę, by spojrzeć w przeszłość i zanurzyć się w bolesnych wspomnieniach, które ukryłam we wnętrzu tego pudła. Biorę więc głęboki oddech, podnoszę wieko i otwieram swój świat bólu i strachu – zaczynając od pierwszego zdjęcia leżącego na wierzchu. To ja jako nastolatka, stoję na plaży w bikini i się śmieję. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jaka byłam ładna – długie ciemne włosy, oliwkowa skóra i idealne ciało. Było bez skazy, jakie może być tylko u nastolatki. Skóra nietknięta upływem czasu niczym nowo zakupiona sukienka – żadnych zmarszczek czy rozdarć, wciąż gładka i sprężysta. Wtedy uważałam się za brzydką. Rozpaczałam z powodu każdej skazy na tej idealnej skórze. Wystarczył jeden kilogram więcej na wadze, żebym uznała się za grubą. Wszystko to ciążyło wtedy na mnie i poradzenie sobie z tym zajęło mi sporo czasu.
Układając powoli zdjęcia na blacie, widzę też niemowlę, uczennicę i dwudziestokilkulatkę, która wyrosła na kobietę, którą jestem dzisiaj. Uśmiecham się do siebie, pogrążona w szczęśliwych wspomnieniach, aż podnoszę zdjęcie, które sprawia mi tak ogromny ból, że trudno mi oddychać. Na zdjęciu siedzę na tylnej kanapie luksusowego samochodu, a moja twarz jest zasłonięta białym welonem. Kolejne zostało zrobione przed kościołem. Nie było nikogo, kto mógłby poprowadzić mnie do ołtarza, ale to nie miało znaczenia, bo wkrótce miałam być z nim i tylko to się wtedy liczyło. Czuję zapach róż ze swojego bukietu, przypominam sobie, jak rozpływałam się ze szczęścia. Tego dnia czułam się jak najszczęśliwsza dziewczyna na świecie – w końcu wychodziłam za mąż za swoją miłość z dzieciństwa. Kochałam Simona, odkąd skończyłam trzynaście lat, pisałam nasze inicjały w zeszycie do matematyki. Po latach wspólnych powrotów ze szkoły do domu, trzymania się za ręce w kinie i pierwszego pocałunku w jego salonie pod nieobecność rodziców całe moje życie kręciło się wokół niego. A teraz oto byliśmy dorośli – on w nowym garniturze, ja w pięknej sukni – otoczeni przez intensywny zapach róż. To było moje szczęśliwe zakończenie, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
Wciąż układam nasze zdjęcia ślubne na stoliku w kształcie serca, a łzy napływają mi do oczu. Mieliśmy nadzieję, że wszystko ułoży się tak, jak to sobie wymarzyliśmy, ale teraz wiem, że życie takie nie jest.
Przechodzę do późniejszych zdjęć – tych ukazujących smutek, fałszywe uśmiechy, udawane życie, które zaczęliśmy prowadzić, oszukując samych siebie i ludzi wokół nas. Kiedy szłam do ołtarza, by spotkać swojego przyszłego męża, nie miałam pojęcia o udręce i horrorze, które mnie czekały.
Pracuję nad swoim kolażem, wykorzystując do niego zdjęcia oraz inne wspomnienia i pamiątki. Nasza pierwsza walentynkowa kartka; list, który kiedyś podsunął mi w klasie, w którym wyznał mi miłość; zawartość słoika ze stoma kawałkami kolorowego papieru, a na każdym z nich inny powód, dla którego obdarzył mnie takim uczuciem. Mocno mnie to porusza i wybucham płaczem, a kilka minut później do moich drzwi puka Abbi.
– Już idę! – wołam. Dźwięk natarczywego stukania działa mi na nerwy.
– Sophie, wszystko w porządku? – pyta, z trudem łapiąc oddech, najwyraźniej spanikowana, bo nie otworzyłam drzwi od razu.
– Tak, wszystko okej, jestem tylko trochę zmęczona. – Tak mocno zaangażowałam się w swój projekt, że nie miałam czasu się przebrać, ale mam to gdzieś. Nie myślałam zbytnio o sobie, a otwarcie kartonu przyprawiło mnie tylko o dokuczliwy ból. – Wyglądasz uroczo! – mówię do niej, starając się być miła, choć jestem emocjonalnie wyczerpana odkrywaniem swojej przeszłości i już żałuję, że zaproponowałam pójście na drinka. Abbi wydaje się jednak podekscytowana. Postarała się i ubrała ładną, zieloną sukienkę, a teraz drepcze niecierpliwie u szczytu schodów, prawie z nich spadając.
– Ojej, uważaj – ostrzegam, chwytając ją za ramię, z przerażeniem wyobrażając sobie, jak Abbi spada i leży skulona na podłodze.
– Wszystko w porządku, Sophie? – powtarza.
– Tak, świetnie – odpowiadam pogodnym tonem. – Przestraszyłaś mnie.
Stoję tak przez chwilę, by zebrać myśli. Nigdy nie pozbędę się z głowy tego obrazu, jak leży u stóp schodów, z wybałuszonymi oczami i powykrzywianymi kończynami.
W drodze do miasta dwóch młodych mężczyzn gwiżdże na nas, idąc w przeciwnym kierunku. Mówią po włosku coś, czego ani Abbi, ani ja nie rozumiemy. Może i lepiej.
– Ciekawe, co tam gadali – mruczy.
– Pewnie komentowali, jaka jesteś seksowna – odpowiadam, próbując poprawić jej samopoczucie.
– Bzdura! To na ciebie patrzyli. Jesteś taka ładna, że mogłabyś mieć każdego, Sophie.
– Wątpię, ale nawet gdybym mogła, to nie chcę byle kogo.
Wzdycha głośno.
– Och, chyba nie mówisz o tym facecie, prawda?
– Nie porzuciłam tego pomysłu. Dobrze jest mieć w życiu jakiś cel.
– A mogę zapytać, czy wykluczyłyśmy możliwość, że jest gejem albo żonaty? Nie chcę psuć ci nastroju, ale nic o nim nie wiesz.
Abbi uwielbia psuć mi nastrój.
– Tak, przeszło mi to przez myśl – odpowiadam. – Ktoś taki jak on na pewno już od dawna jest zajęty.
– Tak, poza tym jest taki stary, że pewnie ma już wnuki! W każdym razie zapomnijmy o nim. To babski wieczór i nie wolno nam nawet rozmawiać o mężczyznach.
Po przybyciu do baru siadamy na dwóch stołkach, a ona otwiera menu koktajli i czyta je na głos. Robi to trochę za głośno – lokal jest cichy, skąpo oświetlony i gustowny. Kiedy rozglądam się dookoła, nagle go dostrzegam.
Emilio Ferrante jest tutaj, zaledwie kilka kroków ode mnie! Natychmiast czuję suchość w ustach i żałuję, że przynajmniej odrobinę się nie pomalowałam. Siedzi sam przy stole, z drinkiem przed sobą i papierosem tlącym się w popielniczce. Zanim udaje mi się to przetworzyć, dostrzega mnie. Serce mi wali i sama nie wiem, czy to tylko moja wyobraźnia, ale atmosfera wydaje się równie gorąca, jak ten papieros.
– Och, uwielbiam mai tai – mówi Abbi, wciąż czytając na głos. Po chwili unosi wzrok znad menu, wpatruje się we mnie i powoli podąża za moim spojrzeniem. – O kurwa, Sophie, on tam jest. Czy ty to zaaranżowałaś?
Nawet w słabym świetle widzę, że zaczerwieniła się ze złości, a oczy ma wilgotne.
– Nie, ani trochę – odpowiadam szczerze. – Nie miałam pojęcia, że tu będzie. Skąd mogłam wiedzieć?
– Bo oboje to zaplanowaliście?
– Nie zrobiłabym ci czegoś takiego.
Wzrusza ramionami.
– Nie wykluczyłabym czegoś takiego – odburknęła.
Przewracam oczami.
– Zapomnij o nim. No dalej, co zamawiasz?
– Poproszę piña coladę – odpowiada z nieco mniejszym entuzjazmem, wciąż niezadowolona z zaistniałej sytuacji. Ja też nie jestem szczególnie uszczęśliwiona.
– Abbi, naprawdę myślisz, że gdybym wiedziała, że on tu będzie, nałożyłabym ten szczątkowy makijaż i ubrałabym się w taki sposób?
Ogląda mnie od stóp do głów.
– No chyba nie.
Zamawiam martini i piña coladę. Sączymy drinki i rozmawiamy. Staram się zapomnieć o jego obecności, bo przyszłam tu dla Abbi, jednak nie mogę powstrzymać się przed spoglądaniem w jego stronę od czasu do czasu. Wciąż patrzy w telefon, a kiedy zamawiam dwa kolejne koktajle, Abbi – która rzadko pije – jest już znacznie bardziej zrelaksowana i w lepszym nastroju.
– Boże, serio nie wiem, co ty w nim widzisz. On jest stary – jęczy, dmuchając na mnie wydychanym powietrzem o zapachu kokosa i ananasa.
– Nie jest aż tak stary. – Dyskretnie spoglądam na niego jeszcze raz.
– Owszem, jest, co najmniej piętnaście lat starszy od ciebie.
– Typowy przykład dyskryminacji ze względu na wiek, Abbi. A ja myślę, że to przeznaczenie – mówię. – Pomyśl tylko: jakie były szanse na to, że on tu będzie dziś wieczorem, tego samego dnia, kiedy zjawiamy się tutaj my?
– Cóż, mieszka w tym mieście, tak jak i my. Coś takiego, jak przeznaczenie nie istnieje.
– A myślisz, że istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia? – pytam, gdy kelnerka stawia przed nami trzecią kolejkę koktajli.
– Nie. To tylko reakcja chemiczna. Dopamina – odpowiada.
– Spodziewałam się, że zepsujesz to swoimi naukowymi wywodami.
– Nauczyłam się tego na kursie z psychologii. Już ci mówiłam, miłość to tylko pojęcie, nie istnieje. To coś, co ma nas skłonić do prokreacji. – Pochyla się do przodu, wspierając brodę na dłoniach, i wpatruje się intensywnie w moją twarz. – Nawet gdyby istniało coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia, to czy ty już zupełnie zapomniałaś o swoim byłym? – Przesuwam się na stołku. Nienawidzę, kiedy to robi. Żałuję, że w ogóle jej powiedziałam, że byłam mężatką. – Czasami widzę to w twoich oczach, Sophie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, że o nim myślisz, ale ja to wiem. Znam twój ból. – Ta kobieta jest nieustępliwa.
Nie, nie znasz, bo nie powiedziałam ci wszystkiego. Nie masz pojęcia, przez co przeszłam i co wciąż nie pozwala mi zasnąć w nocy.
– Kiedyś zrobiłam kurs terapii online – dodaje, a potem jej oczy się rozjaśniają. – Sophie, chcesz, żebym wsparła cię terapią?
– Nie, podziękuję – mruczę. Sprawdzam, czy ktoś do niego dołączył, ale wciąż jest sam. Może na kogoś czeka?
– Nie chcesz, żebym ci doradzała tylko dlatego, że jesteśmy przyjaciółkami?
– To też, a także dlatego, że nie jesteś żadną terapeutką – odpowiadam, nie mogąc ukryć przerażenia na myśl o wyjawieniu Abbi swoich najgłębszych, najmroczniejszych lęków i sekretów.
– Pan Starszy idzie w naszą stronę – oznajmia nagle zrzędliwym tonem.
Czy on idzie do mnie? Może postawi nam drinka, nawiąże rozmowę? Wstrzymuję oddech, gdy zbliża się do nas, świadoma, że mam na twarzy głupi, pełen oczekiwania uśmiech, ale nie potrafię się go pozbyć.
Podchodzi tak blisko, że czuję jego perfumy: drzewo sandałowe i skóra – zapach nieba. Nadal szczerzę się jak idiotka, unosząc wzrok i patrząc na niego. A potem ogarnia mnie miażdżące rozczarowanie, gdy po prostu nas mija i wychodzi na zewnątrz. Nie rzucił nawet jednego spojrzenia w naszym kierunku.
W ogóle mnie nie zauważył. Nie uśmiecha się ani nie nawiązuje ze mną kontaktu wzrokowego w pracy. To po prostu miły facet, a ja jestem nikim. Nie istnieję dla niego.
– Myślałaś, że podchodzi, żeby do ciebie zagadać? – pyta cicho Abbi.
– Nie – odpowiadam stanowczo.
Abbi kręci powoli głową.
– No co? – rzucam.
– Obiecaj mi, że nie zwiążesz się z tym facetem.
– Dlaczego?
– Mam na myśli sposób, w jaki na ciebie patrzył.
– Jaki sposób? – Staram się nie wyglądać na zbyt podekscytowaną stwierdzeniem, że mnie rozpoznał. – On nie patrzył na mnie. Przez cały wieczór wpatrywał się w swój telefon – protestuję, bo faktycznie to robił.
Pochyla się, wygląda na szczerze zaniepokojoną.
– Nie chcę cię straszyć, Sophie, ale on jest jakimś dziwakiem. Ze swojego miejsca widziałam, że nie tylko przeglądał telefon. On robił ci zdjęcia.
Muszę przyznać, trochę mnie przeraziło to, co Abbi powiedziała o Emiliu fotografującym mnie w barze. Potem przyszło mi do głowy, że mogła to zrobić, żeby mnie do niego zniechęcić, więc postanowiłam potraktować jej słowa z pewnym dystansem. Ale kiedy następnego dnia w pracy wpadłam na niego na stołówce w kolejce po kawę, poczułam się dziwnie obnażona. Z początku mnie nie zauważa, jednak gdy zabiera dla siebie tacę ze stosu, bierze kolejną i mi ją podaje.
– Dziękuję. – Nagle zapiera mi dech.
Może jednak mnie zauważył? Może jednak zrobił mi kilka zdjęć? Może rzeczywiście jest dziwakiem, jak twierdziła Abbi?
Po tygodniu obserwowania go z daleka i sporadycznego nawiązywania z nim kontaktu wzrokowego odebranie od niego tacy wydaje się wielkim krokiem naprzód. To bezpośrednie uznanie mojej obecności, więc teraz muszę się odwdzięczyć – chyba że po prostu był miły i podawał mi tacę jako kobiecie stojącej w kolejce. Zastanawiam się nad tym, stojąc tuż za jego plecami i ściskając tacę przy piersi, jakby to była waza z dynastii Ming. Przesuwam się powoli wraz z oczekującymi, wiedząc, że mam tylko jedną szansę i gdy dotrzemy do końca kolejki, okazja przepadnie.
Nie obchodzi mnie, czy robił mi zdjęcia. Właściwie im więcej o tym myślę, tym bardziej mi to schlebia. Rozpaczliwie próbuję wymyślić coś, co mogłabym powiedzieć, a zapach jego wody po goleniu ciągnie się za nim i wdycham go, jakby był świeżym górskim powietrzem.
Nagle się zatrzymuje i odwraca głowę, by przyjrzeć się tacom z jedzeniem w chłodziarce.
– Próbowałeś już arancini? – pytam, co jest dość absurdalne. Jest Sycylijczykiem i zapewne mieszka tu wystarczająco długo, by spróbować uniwersyteckiej wersji smażonych w głębokim tłuszczu kulek ryżowych, podstawowego dania miejscowej kuchni.
– Tutaj nie są zbyt smaczne – mruczy, przyglądając się sałatce, a potem unosząc wzrok. – Znam restaurację, w której można dostać świetne arancini, na Via del Teatro Greco. Znasz to miejsce?
Nie patrzy na mnie, ale słyszę ciepło w jego głosie i podoba mi się, jak miękkie i zaokrąglone są te słowa – z nutką sycylijskiego akcentu, choć jego angielski jest całkiem dobry.
– Cóż… hm, nie, jestem w Taorminie od niedawna, dosłownie od kilku miesięcy, ale to niedaleko teatru, prawda?
– Tak. Jest tam lokal z najlepszym arancini na Sycylii.
– Wow, niezła rekomendacja – odpowiadam, nie mogąc oderwać wzroku od delikatnego zarostu wokół jego szczęki, gładkiej oliwkowej skóry i długich ciemnych rzęs.
– Powinnaś się tam wybrać, to tuż przed Teatro – mówi, mając na myśli starożytny grecki teatr. – W samym teatrze też jest pięknie. Wspaniałe widoki.
– Słyszałam o tym, muszę się tam udać – szepczę, starając się nie zdradzić od razu, że chciałabym pójść tam razem z nim.
Spogląda na kolejkę, po czym nagle odwraca się do mnie i mówi:
– Pójdziemy tam razem. – Puszcza mi oczko, a ja zastanawiam się, czy się ze mną droczy, ale mimo to krew zalewa mi policzki. Czuję, jak przyciąganie uderza mi do głowy i to uczucie zapiera dech w piersi.
– Och… dobrze… brzmi cudownie. – Uśmiecham się. – Bardzo bym chciała – dodaję na wypadek, gdyby nie usłyszał mojej zgody. Muszę się powstrzymać, przestać się rozczulać, bo brzmię, jakbym go błagała.
– Cała przyjemność po mojej stronie. – Kładzie talerz na tacy i bierze butelkę wody. Och, czy on to naprawdę powiedział?
Idę za nim wzdłuż kolejki, zabieram talerz i bezwiednie sięgam po butelkę. Kolejka przesuwa się teraz dość szybko, a on patrzy przed siebie, machając do kolegi, który wydaje się na niego czekać. Mam nadzieję, że zaproponuje dzień i godzinę albo przynajmniej wymienimy się numerami, cokolwiek, co pozwoli utrwalić tę chwilę. Teraz jednak płaci kasjerce i żartuje z nią, a potem ktoś wciska się do kolejki i znikam mu z pola widzenia. Zanim docieram do kasy, Emilio zdążył już dołączyć do swojego przyjaciela i odejść.
Czuję się zdruzgotana i opuszczona, ale wmawiam sobie, że był po prostu miły, zamienił ze mną kilka słów, nic więcej. Muszę się uspokoić i przestać zachowywać jak pierdolona nastolatka. Najwyraźniej nie jest mną zainteresowany. Wędruję po stołówce z tacą i z ulgą dostrzegam swoją koleżankę Lucię, która siedzi z innymi i macha do mnie. Dołączam do nich, uśmiechając się głupkowato. Śmieję się z żartów, które ledwie rozumiem, mimo że grzecznie mówią powoli po włosku, żebym nie czuła się niekomfortowo. Prawda jest taka, że wcale mnie to nie obchodzi. Nie interesuje mnie jedzenie na moim talerzu ani ludzie dookoła, jedyne, czego pragnę, to z nim porozmawiać.
– Sophie uczy mnie angielskiego – wyjaśnia Lucia. – Pijemy kawę i rozmawiamy, a dzięki temu czuję się o wiele lepiej – dodaje.
Tylko się uśmiecham i biorę kęs swojej kulki arancino, którą bezwiednie wzięłam, gdy go pytałam, czy już ich próbował. Od kiedy ktoś używa kulki ryżowej jako tekstu na podryw? Jest twarda i pozbawiona smaku, mam więc ochotę ją zostawić, opuścić stołówkę i nigdy tu nie wracać.
– Sophie prosi mnie o plotki. Podoba jej się pewien mężczyzna i chce dowiedzieć się o nim więcej. – Puszcza mi oczko. Zdaję sobie sprawę, że zaraz powie swoim uśmiechniętym koleżankom, że podkochuję się w profesorze Emiliu Ferrante i zaczynam się czerwienić. One mogą go znać. To takie żenujące, muszę stąd natychmiast uciekać.
– Bardzo przepraszam – mówię, spoglądając na zegarek. – Mam konsultacje ze studentem, zupełnie o tym zapomniałam. – Wstaję. – Miło było was wszystkich poznać – bełkoczę. Posyłam Lucii buziaka i szybko wychodzę ze stołówki. Boże, jak mogłam być na tyle głupia, żeby rozmawiać o czymś tak osobistym z koleżanką z pracy? Czasami kwestionuję swoje wybory – naprawdę muszę przestać się wszystkim ze wszystkimi dzielić.
Otwieram drzwi i ruszam korytarzem, ale robię tylko kilka kroków, gdy ktoś pojawia się tuż za moimi plecami. To on i wygląda na zdyszanego. Biegł, żeby mnie dogonić?
– Witam ponownie – mówi, próbując brzmieć luźno.
– O, cześć – odpowiadam, dopasowując się do jego swobodnego tonu.
– Tak sobie pomyślałem… jeśli chcesz, możemy pójść do Teatro, kiedy tylko będziesz miała wolne.
Moje serce przyspiesza, a w ustach czuję suchość.
– Bardzo chętnie…
Stoimy na środku ruchliwego korytarza, ale gdy patrzę mu w oczy, wszystko inne znika – nie ma dźwięku, nie ma ruchu, jesteśmy tylko my. Ludzie pędzą obok w obu kierunkach, wszyscy się spieszą, by gdzieś dotrzeć, ale my stoimy jak wyspa pośrodku wzburzonego morza.
– Mogę podać ci swój numer? – mówi, wyjmując telefon.
– Och, tak, oczywiście. A może się wymienimy? – Nie chcę dzwonić do niego pierwsza.
Podaję mu swój numer, a on natychmiast wysyła mi wiadomość:
Cześć, mam na imię Emilio.
Odpisuję: Cześć, jestem Sophie, wykładam sztukę.
Uśmiecha się.
– Ach, artystka? – mówi, ale kiedy otwieram usta, by odpowiedzieć, kładzie obie ręce na moich ramionach i delikatnie odciąga mnie z drogi trzech facetów biegnących korytarzem. Nawet nie zauważyłam, jak zbliżali się w moim kierunku.
– Dziękuję – wzdycham. Stoi tak blisko, że czuję ciepło bijące od jego ciała i ogarnia mnie pragnienie, by się skulić i oprzeć głowę na jego piersi. Niezależnie od tego, czy to miłość, czy tylko feromony, jest w tym mężczyźnie coś, co sprawia, że czuję się bezpieczna, jakby nic złego nie mogło się wydarzyć, gdy jest w pobliżu.
Nagle jego przyjaciel, kolega czy ktokolwiek to jest, wychodzi ze stołówki i mocno klepie go w plecy, zachęcając, żeby się pospieszył.
– Słuchaj, muszę już iść, mamy teraz zebranie – mówi do mnie. – Kiedy masz czas?
– Może jutro?
– Świetnie. Widzimy się w Teatro o drugiej?
Kiwam głową z entuzjazmem, a on się odsuwa. Wydaje się niezadowolony, wycofując się powoli, rozdarty między chęcią pozostania a koniecznością odejścia. Po chwili znika w tłumie ludzi na korytarzu.
Rozmowa z Emiliem jest jak słuchanie starej piosenki, która przenosi mnie w inne czasy – wspomnienia z przeszłości, przyspieszone bicie serca; myślałam, że już nigdy tego nie poczuję. Ale nawet gdy rodzi się we mnie jakieś uczucie, czuję ostrzegawczy dreszcz i modlę się, aby tym razem miało to zupełnie inne zakończenie niż poprzednio.
Tablica przed Teatro Greco informująca o czasie oczekiwania wyświetla napis „2 godziny”. Jest upał, a przed wejściem do ruin starożytnego teatru ustawiła się długa kolejka oczekujących.
Wachluję się ulotką, czekając na Emilia. Umówiliśmy się na spotkanie o czternastej przy wejściu do Teatro, ale minęła już piętnasta, a jego dalej nie ma. Pomyliłam coś czy może zostałam wystawiona do wiatru?
Znajduję cień pod drzewem, żeby zaczekać jeszcze chwilę, obiecując sobie, że zostanę tu dziesięć minut i ani chwili dłużej.
Wtedy nagle pojawia się, zupełnie znikąd.
– Przepraszam, że musiałaś tyle czekać – mówi, nie wyjaśniając, dlaczego spóźnił się całą godzinę. – Kupiłem bilety, żebyśmy nie musieli stać w kolejce w tym skwarze.
Powstrzymuję chęć zwrócenia uwagi, że stoję w niej już od dłuższego czasu, ale czuję ulgę i żałosną wdzięczność, że w ogóle się pojawił. Uśmiecham się więc tylko, znów zaskoczona tym, jaki jest przystojny, aż ściska mnie w żołądku.
W milczeniu prowadzi mnie przez bramę obok spoconego, niezadowolonego tłumu. Wyrzeźbiony w skale Teatro wznosi się wysoko na wzgórzu, zapewniając panoramiczny widok na Morze Jońskie i dymiącą w oddali Etnę. Podążam za nim, gdy wspinamy się wyżej, w kierunku ruin, a następnie po zniszczonych, wytartych przez czas schodach. Im wyżej wchodzimy, tym lepiej widzimy krajobraz za ruinami, a na szczycie stajemy obok siebie, rozglądając się, każde w swoim własnym świecie.
– Chyba nigdy dotąd nie byłam w tak pięknym miejscu – prawie szepczę, wpatrując się w baldachim ciepłego, błękitnego nieba, a następnie w morze pod nami.
Emilio kiwa głową, nie odrywając wzroku od horyzontu.
– Chodź – mówi w końcu, chwytając mnie za rękę i prowadząc przez amfiteatr. Opowiada, wskazuje i mówi o datach, wydarzeniach, różnych wpływach i wojnach, ale niczego nie zapamiętuję. Wiem tylko, że tutaj jest i trzyma mnie za rękę.
– Nie jest ci za gorąco? – pyta nagle, zatrzymując się. Bez wątpienia zauważył pot spływający mi z górnej wargi i czoła. Włosy mam teraz spłaszczone i jestem pewna, że zostawiłam na lnianej sukience plamy pod pachami. Naprawdę tego nie przemyślałam. Nie tak to sobie wyobrażałam, kiedy dziś rano wybierałam ją z szafy i decydowałam o niespinaniu włosów.
– Napijmy się czegoś. – Patrzy na mnie teraz z pewnym zaniepokojeniem. – Andiamo.
Prowadzi mnie z powrotem przez zatłoczone ścieżki. Pomimo upału przebywanie z nim mnie uspokaja. Czuję się bezpieczna, jakbym mogła na nim polegać. Delikatnie schodzimy po stopniach do kawiarni teatralnej przy zboczu góry.
– Chodź, tędy – mówi, prowadząc mnie do stolika na zewnątrz. – Usiądź, proszę. Zaraz wrócę.
Wpatruję się w piękne widoki i zachwycam tym wspaniałym miejscem, do którego mnie przyprowadził. Fotografie nigdy nie uchwycą tego piękna, ale mimo to wyjmuję telefon i próbuję utrwalić chwilę, robiąc zdjęcie idealnego, ciepłego, błękitnego dnia i łapiąc przy okazji w kadrze Emilia wracającego do stolika. Niesie butelki z wodą i cytrynowe lody na patyku. Odsuwa się od aparatu, jakby nie chciał znaleźć się na zdjęciu. Zastanawiam się, dlaczego, a potem przypomina mi się wieczór w barze z Abbi, kiedy powiedziała, że mnie fotografował. Teraz kiedy siada, pytam go o to.
– Czy ja nie widziałam cię przypadkiem w M Barze na początku tego tygodnia?
Otwiera butelkę wody i upija duży łyk.
– Tak, byłem tam.
– Więc mnie widziałeś?
– Oczywiście, jak mógłbym cię nie zauważyć? – Nie uśmiecha się.
– Moja przyjaciółka twierdzi, że robiłeś mi zdjęcia. – Patrzę na niego, żeby zobaczyć, jak zareaguje, ale trudno to stwierdzić, bo ma na nosie okulary przeciwsłoneczne.
Powoli odkłada butelkę na stół, lekko, niemal niewidocznie kręcąc głową.
Czuję się nieco zawstydzona. Abbi najwyraźniej próbowała mnie przestraszyć, ale zapytanie go wprost, czy mnie fotografował, sprawiło, że wyglądam teraz jak cholerna narcyzka. Pochyla się do przodu, opierając na łokciach.
– Pamiętam, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy.
– Naprawdę?
Prawie niezauważalne skinienie głową.
– W kawiarni w mieście. Piłaś kawę z tą samą przyjaciółką, z którą widziałem cię w M Barze.
Czuję przypływ emocji.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
