Piąta z kwartetu - Dorota Combrzyńska-Nogala - ebook
Opis

Miejski survival w powieści nagrodzonej w Łódzkim Konkursie Literackim im. Władysława Reymonta. Rozchwiana emocjonalnie, niedojrzała do roli matki Mariolka goni za miłością u boku kolejnego nieodpowiedzialnego osobnika. Jej córka Kasia przejmuje rolę opiekunki swojego dziwnego przyrodniego brata. Kolejne etapy życia bohaterów są ściśle związane z miastem, którego wielokulturowość jest jeszcze obecna w przestrzeni i życiorysach mieszkańców. Łódź w 2018 roku zdobyła prestiżowe wyróżnienie brytyjskiego przewodnika turystycznego Lonely Planet i naprawdę warto ją zwiedzać śladami bohaterów, a nawet spróbować odnaleźć ich w tajemniczych zakamarkach, labiryntach ulic, kamienic, pałaców… szukać znaków przeszłości i podziwiać rewitalizowane miejsca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 461

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Dorota Combrzyńska-Nogala

Piąta z kwartetu

Strona redakcyjna

Dorota Combrzyńska-Nogala

Piąta z kwartetu

© by Dorota Combrzyńska-Nogala

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka:

Elżbieta Chojna

Redakcja i korekta:

Irena Bolek

Skład:

Joanna Pijewska

Wydanie II (poprawione)

I w Wydawnictwie Literatura Piętro Wyżej

ISBN 978-83-7672-571-0

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

www.pietro-wyzej.pl

Letnisko w Wiśniowej Górze

Wpadające przez brudne szyby zimowe słońce z bezlitosną skrupulatnością wydobywa pozbijany w kłaczki kurz. Na wielkim, czeczotkowym łożu śpią, opatulone różowymi kołdrami po czubki głów, trzy osoby. Stopa w pasiastej, dziurawej skarpetce wisi nad sznurkowym dywanikiem. Małe dziecko zaczyna płakać. Przez chwilę nic się nie dzieje. Potem matka i córka zrywają się gwałtownie. Jedna porywa chłopczyka na ręce i zaczyna energicznie kołysać.

– Cicho, maleńki, cicho, zaraz dostaniesz suchą pieluszkę.

Prześcieradło zostaje podarte na pieluchy. Dziecko wyje.

– Chyba jest głodny!

Matka idzie do kuchni.

– Woda zamarzła w czajniku – stwierdza beznamiętnym tonem.

– Trzeba napalić w piecu – radzi córka.

– Nie umiem napalić w piecu – odpowiada poirytowanym głosem matka. – A poza tym nie ma czym.

– Przyniosę trochę gałęzi.

Wzruszenie ramion

– Przynajmniej spróbuj – w głosie dziewczynki pojawia się błagalna nuta, a potem słychać trzaśnięcie drzwi.

Chłopiec stoi przy oknie na krześle. Przez kółeczko w zamarzniętej szybie patrzy na zimowy las. Siostra chodzi między drzewami i zbiera gałęzie. Z trudem wyciąga ze śniegu duże, czerwone boty. Dociera do siatki, za którą stary mężczyzna rąbie drewno na opał. Rozmawiają. Dziecko widzi ruch głowy starca w kierunku gałęzi, które trzyma w ramionach siostra. Dziewczynka potakuje. Mężczyzna wrzuca do starego wiklinowego kosza kilka polan i trochę węgla z drewutni. Podchodzi do niego kobieta, zawinięta w grubą chustę. Podaje parującą na mrozie butelkę mleka. Kręci głową z dezaprobatą i litością jednocześnie. Za szybą rozkwita jaśniejący uśmiech. Idą razem, dziewczynka już wesoło podskakuje. Tak! Sytuacja została opanowana i wszystko będzie dobrze. Ciepło i dobrze. Starzec człapie. Obarczony ciężarem opału, przechyla się niebezpiecznie na jedną stronę.

Matka chodzi nerwowo po pokojach. Obgryza paznokcie. Patrzy przez okno. Na przysypaną śniegiem kupkę cegieł, walające się po lesie deski. Potem na usmarkanego synka z czerwonym nosem. Stanowczo ściąga brwi.

– Idę – oświadcza nagle. – Zaopiekujesz się małym? – prosi błagalnie córkę.

Ta spogląda na nią naburmuszona.

– Jedziesz tam?

– Wiesz, że muszę! Nie mamy innego wyjścia.

– Nie! Proszę! Nie!

– Kasiu! Zrozum! Dłużej tu nie wytrzymamy. On nie wytrzyma.

Dziewczynka patrzy w rozterce to na matkę, to na brata.

– Jedź! – krzyczy. – Ale to nie jest dobry pomysł. Przecież ty nigdy nie masz dobrych pomysłów!

Matka nalewa wody do miski. Obmywa twarz, pachy. Jeszcze bardziej rozmazuje wczorajszy makijaż. Zaczyna się denerwować.

– Boże! Spóźnię się na pociąg.

Naciera twarz kremem. Maluje się starannie, choć trochę wyzywająco.

– Dlaczego zawsze robisz taki makijaż? – pyta córka, bacznie ją obserwując.

– Jaki?

– No, taki... duży.

– Zawsze się tak malowałam.

– Właśnie... Kobiety z tych pism, które kupujesz, inaczej to robią.

– Znowu ci się coś nie podoba – mówi rozgoryczona kobieta. Pociąga pomadką wargi. Przygryza je. Patrzy kokieteryjnie w lustro. Tapiruje grzywkę. Przeobraża się. Podnieca ją perspektywa wyjścia. Jeszcze kropelka perfum. Myśli: już za moment wyrwę się z tego lasu, odetchnę, choć na krótko. Zakłada buty. Długie, piękne futro. Chwyta czapkę, ale przypomina sobie o ufryzowanej grzywce i rezygnuje. Całuje Kasię i synka.

– Uważaj na niego. Błagam cię!

– ...

– Postaram się prędko wrócić!

– Dobrze. Nie martw się. Nie rób głupstw, mamo, i kup coś do jedzenia.

Dziewczynka zamyka za nią drzwi.

Kobieta przedziera się przez zaspy. Kiedy dochodzi do ulicy, jej krok staje się już zalotny, lekki. Podnosi wysoko brodę i wdycha z radością czyste powietrze, ciesząc się z odzyskanej na chwilę wolności od kłopotów, zimna i wyrzutów sumienia.

– Pani będzie uprzejma normalny bilet do Justynowa – prosi na małej stacyjce w Bedoniu, do której dociera po długim marszu.

Odbiera bilet, kryjąc paznokcie ze złuszczonym lakierem.

– Dziękuję uprzejmie. Na pewno tak powiedziała – Kasia opowiada bratu, towarzysząc matce myślami. – Zawsze tak mówi. To się nazywa wyszukana uprzejmość. Tak twierdziła babka.

– To były dobre czasy – zwierza się chłopczykowi, który uśmiecha się do niej promiennie. – Mieszkałyśmy wtedy u babci, mama i ja – milknie, a po chwili dodaje – i z tatusiem oczywiście. Ale się nie lubili. Babcia i tata. Tata nie był wykształcony. Dla naszej babci to zbrodnia... Chociaż mama też nie jest specjalnie wykształcona. Babcia uważała, że to przez ojca. Że ją w dół ciągnie, nie w górę. Czy coś takiego... Nie rozumiesz? Nie szkodzi. Ja wtedy też nie bardzo. Teraz myślę, że chodziło o to, że mogli się razem uczyć... Był jeszcze dziadek. Dobry i cichy. Nie odzywał się. Zupełnie jak ty. Ale umiał mówić. Czytał mi bajki... Nie możesz tego pamiętać. Nie było cię na świecie. Ani twojego ojca. To znaczy on już był. Ale zupełnie gdzie indziej. Dopiero później przelazł do naszego świata. Wszystko się zmieniło... Babcia tak bardzo nie była w stanie polubić mojego taty, że go przegoniła. Oczywiście mówiła, że sam poszedł... A ona przecież się starała. Panie Boże, prosiła, spraw, żebym tak go lubiła, jak go nienawidzę. Tak! Starała się, jak nie wiem co! Ale nic z tego nie wyszło. Ciągle pretensje miała o mamę. A przecież to nie była jego wina, że mama jest taka, jaka jest. Prawda?

Ubiera chłopca ciepło.

– Idziemy na spacer. Nazbieramy szyszek i gałązek. Napalimy w piecu.

Wychodzą. Nie zamykają drzwi. Jest błękitny, mroźny dzień. Wróble osypują na nich śnieg z choinek. Dziecko zanosi się czystym śmiechem. Trzeszczy suchy śnieg pod nogami. Śnieżki rozsypują się w powietrzu, nie docierając do celu. Skrzypi furtka.

Pani Mireczka, sąsiadka, wyciąga w ich kierunku talerz z gorącymi pyzami w gęstym sosie.

– Proszę. Akurat zrobiłam. Zjedzcie w domu.

Ale oni już jedzą łapczywie, parząc sobie usta. Sos ścieka po brodach na rękawy.

– Moje gołąbki – chlipie kobieta i odchodzi z pustym naczyniem.

Zbierają szyszki i gałązki do kosza. Zaprzyjaźniona wiewiórka przygląda im się z ciekawością. Przy furtce stawiają bałwana w czerwonym kapeluszu.

– Teraz dodamy mu oczy z szyszek i nos z patyka. Zobacz! Uśmiechnie się do ciebie, jak mu zrobię usta od ucha do ucha.

Chłopczyk w zachwycie bije brawo i tupie nóżkami.

– Pomachaj mu. Wracamy do domu. Dam ci mleka i może trochę pośpisz.

* * *

Stareńka Mireczka Czerwinow wraca ze sklepu. Jest późne zimowe popołudnie. Wszędzie pełno niebieskich cieni drzew.

– A pani czego szuka? – zagaduje młodą kobietę, która stoi bezradnie na drodze i rozgląda się.

– Szukam pewnej rodziny. Nie mogę znaleźć tego numeru – pokazuje kartkę.

– Pewnie chodzi o naszą Mariolkę, co się tu wiosną z dzieciakami sprowadziła.

– Tak, właśnie.

– To tu – staruszka kiwa głową w kierunku ogrodzenia. – A pani skąd? – pyta zaciekawiona.

– Ze szkoły. Kasia już dwa tygodnie nie chodzi na zajęcia. Czyżby chorowała? Nie mam od matki żadnych informacji.

Patrzą na siebie z troską.

– O, pani! Źle u nich. Matka w tych warunkach w ogóle sobie nie radzi. Pani wie, jak się żyje w lesie. Napalić trzeba w piecu, wody ze studni nanieść. A ona nienawykła. I ręce też takie lewe do roboty. A jak ją ten jej zostawił na rozgrzebanej budowie... to już – macha ręką zrezygnowana. – A zostawił – znacząco zniża głos – jak się pieniądze skończyły. Wyssał ją do cna. Dobrze, że ta Kasia chociaż jest. Inaczej zmarnowałaby małego. To taka zmyślna dziewczynka. I gałązek na podpałkę nazbiera, wody przyniesie i bratem się zajmie. Jak Mariolka, znaczy się jej matka, bo my ją od małego znamy, kompletnie sobie rady nie daje z piecem i mrozem, to Kasia do nas przyleci i ratujemy, jak możemy. No, do widzenia – kończy nagle i znika za swoją furtką.

Nauczycielka spogląda przez moment na mały domek letniskowy, ukryty w głębi leśnej działki, bierze głęboki oddech i rusza naprzód. Skrzypią zawiasy. Za furtką czai się bałwan z upiornym uśmiechem. Kobieta puka do drzwi. Nic. Naciska klamkę.

– Dzień dobry – mówi półgłosem.

Nikt nie odpowiada, tylko coś delikatnie się porusza. Dziewczynka kładzie palec na ustach, nakazując ciszę. Wykonuje gest zachęcający do zajęcia fotela. W wózku usypia niespokojnie dziecko. Jest zimno, a z kątów wyłazi już ciemność. Na stole, w słoiku stoi na wpół wypalona świeczka. Kobieta ogarnia dyskretnym spojrzeniem całą tę nędzę i zaciska palce na torebce. Trwają obie tak przez dłuższą chwilę, dopóki wózek z dzieckiem nie znika w sąsiednim pomieszczeniu. Nauczycielka zapala zapałką świeczkę. Dziewczynka siada naprzeciw. Milczą.

– I co będzie?

Wzruszenie ramion oznaczające rezygnację, nie lekceważenie.

– W szkole przynajmniej jest ciepło.

– Wiem. Lubię szkołę, ale mama nie dałaby sobie sama rady.

– Dałaby sobie radę. Jest dorosła. Zdrowa.

– Nie... chyba... nie jest.

– Boże! Napalmy w piecu. Twój brat zamarznie.

– Paliłam szyszkami, ale wygasło.

– Pomogę ci. O, tu jest trochę węgla – bierze się do rozpalania.

– Jadłaś obiad?

– Tak.

– A podwieczorek?

– Nie.

Nauczycielka zagląda do szafki. Jest w niej jedno jajko i resztka oleju.

– Macie mąkę?

– Tak. Gdzieś tam wyżej.

– Jak się lepiej rozpali, zrobię ci naleśniki.

Odsuwa z płyty pieca garnki ze spleśniałymi, a później zamarzniętymi resztkami jedzenia.

– Kasiu! Tak dłużej być nie może. Wiesz o tym?

– Wiem.

Robi się nieznacznie cieplej. Dziewczynka pochłania naleśniki posmarowane dżemem, który nauczycielka wyjęła ze swojej torby. Prosi o wieści z klasy. Jak tam jej koleżanki i kto teraz karmi świnkę morską. Za oknem głęboka noc. Ktoś gwałtownie otwiera furtkę i mknie ku cichemu domowi. Wraz z postacią wdziera się lodowate powietrze.

– Mamo! – krzyczy Kasia do szlochającej matki, która przytula ją mocno do siebie.

– Miałaś rację, kochanie! To nie był dobry pomysł. Ja naprawdę nie mam dobrych pomysłów.

– Dzień dobry pani.

Matka gwałtownie obraca się do nauczycielki. Nawet nikłe światło świecy ujawnia dramatyczny siniec pod okiem i zadrapania.

– Ach! To pani. Przestraszyłam się. Dzień dobry.

– Ktoś panią napadł!

– Mamo, co się stało? Mówiłam ci, mówiłam ci, mówiłam ci, żebyś tam nie szła!

Okłada matkę pięściami. Ta nieporadnie się zasłania. Nauczycielka łapie i odciąga wierzgającą i wyjącą dziewczynkę. Matka, płacząc, osuwa się na fotel. Z nóg zwisają podarte na strzępy rajstopy. Fragment kosztownego futra jest wyrwany.

– Już, już spokój. Daj mamie kawałek naleśnika, zrobimy herbatę. Już dobrze.

– Myli się pani. Nic nie jest dobrze! – kobieta wyciera nos wierzchem dłoni.

Zrywa się na płacz syna. Wraca, tuląc go do siebie.

– Nie płacz, maleńki. Mamusia już przyszła.

Gorąca herbata paruje w kubkach.

– Zrobiła pani zakupy? – nieśmiało pyta nauczycielka.

Kobieta patrzy na nią wroga i zdumiona.

– Jakie zakupy? Pani wie, przez co ja dzisiaj przeszłam?

Głos podnosi się aż do krzyku.

– No tak... ja rozumiem... ale dzieci muszą coś jeść.

Wystraszony chłopczyk wyrywa się matce. Kasia wciska mu w rączkę zwinięty naleśnik i malec natychmiast się uspokaja.

– Kasia musi się uczyć. W przeciwnym razie szkoła będzie zmuszona podjąć odpowiednie w takich wypadkach kroki. Czy pani zdaje sobie z tego sprawę?

– Tak, tak. Ale sama pani widzi, jak my tu żyjemy.

– Tym bardziej córka powinna chodzić do szkoły.

– Ja rozumiem. Ale... razem... wie pani. Razem jest nam tu raźniej – przyznaje rozbrajająco.

Nauczycielka nawet nie wie, co ma na to powiedzieć. Nic nie przychodzi jej do głowy poza banałami albo kazaniem. Siedzą więc w milczeniu.

– Pojechałam do jego rodziny, do Justynowa... No, wie pani – do ojca Damiana, żeby mi pomogli, bo przecież dłużej tu nie wytrzymamy. A tam... – bierze głęboki oddech. – Jego żona. Pani patrzy, co mi zrobiła. Zawołała siostrę, szwagrów, całą swoją zbójecką rodzinę. Jeszcze za mną krzyczała, że jej coś ukradłam – milknie na chwilę, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. Rozszerzone strachem oczy zwężają się nagle.

– To wilcza rodzina. Było strasznie. Ja nie mogę czasem uwierzyć, że tu jestem. Że nas tu zostawił, z maleńkim dzieckiem... Mówił, żebym mieszkanie sprzedała. Dom wybudujemy dla dzieci. Świeże powietrze, lepsze warunki do wychowywania... Początkowo było jak we śnie. Spotkania z architektem. Wybieranie koncepcji. Obiady w restauracjach. Pracę porzucił, żeby się budową zająć. A potem... zostawił nas bez niczego. Po tym wszystkim co dla niego zrobiłam i co jeszcze gotowa byłam zrobić. To naprawdę nie do wiary. Tyle pieniędzy wyrzuconych w błoto. Ale już przepadło. Tylko darować sobie nie mogę, że taka głupia byłam. A on mi takie bajki opowiadał, przekonywał – patrzy gdzieś w ścianę za nauczycielką. Z jej twarzy nie schodzi wyraz osłupienia, jakby dalej nie wierzyła, że to nie sen.

– Boże! Moja matka pewnie się w grobie przewraca, jak to widzi. Żeby ona żyła, to na pewno wszystko by inaczej wyglądało – nerwowo wyłamuje palce.

– Teraz musi sobie pani sama radzić. Nie myślała pani o pójściu do pracy?

– Do pracy? – totalne osłupienie. – A co ja z dzieckiem zrobię?

– Może do przedszkola?

– Do przedszkola! – pogardliwe prychnięcie. – Żeby mi zaczął chorować!

– No, ale przecież kiedyś będzie pani musiała coś zrobić.

– Coś wymyślę...

Łomotanie do drzwi przerywa coraz bardziej kłopotliwą dla obu kobiet rozmowę.

– Policja! Proszę otworzyć!

– Boże! Czego oni mogą chcieć? Otwarte! – zastanawia się kobieta i staje w drzwiach.

– Dzień dobry. Pani Mariola Jaros? – wchodzi wysoki, młody policjant. – Była pani dzisiaj w domu Zapałów?

– Byłam.

– Oskarżają panią o napaść, obrazę i próbę kradzieży.

– A to suka! To nieprawda! Poszłam tylko prosić o pomoc! Nie może mi go darować! A przecież jej nie chciał! Nawet jak odszedł ode mnie, to do niej też nie całkiem wrócił. A i to tylko dlatego, że mu obiecali ziemię. Co spokojnie? – rzuca szklanką o ścianą, kopie krzesło, krzyczy. – Jak mam być spokojna po tym wszystkim! Cała pościel poszła na pieluchy dla tego wilczego nasienia – wskazuje na krzyczącego wniebogłosy chłopca. Nienawiść zmienia jej głos w syk. – To z jego nasienia, wilczego. Ludzkie dzieci w jego wieku już dawno mówią, a on nie powiedział jeszcze ani jednego słowa, ani jednego najkrótszego słowa. I nie robią pod siebie!

Zapada cisza. Nawet chłopiec przestaje płakać. Wstrząśnięta Kasia patrzy na matkę, jakby zobaczyła ją pierwszy raz w życiu.

– A więc dlatego to wszystko.

– Dlaczego? – matka pyta napastliwie.

– Ty nas po prostu nie kochasz. Nigdy nas już nie zobaczysz!

Błyskawicznie bierze brata na ręce, chwyta czapkę i wybiega z domu. Policjant rzuca się za nimi. Ale Jarosowa łapie go za ramię.

– Niech idą. Ani się obejrzymy, jak wrócą. Kłopoty zawsze wracają, jak bumerang. – Zastyga w kamienny posąg, by po kilku sekundach wybiec z wrzaskiem na ośnieżoną ścieżkę prowadzącą do furtki.

– Kasiu! Wracaj! To nieprawda! Wracajcie! Ja przecież tak nie myślę. Kocham was.

Z płaczem osuwa się między drzewa. Młody policjant i nauczycielka stoją nad nią zakłopotani. W zimnym i srebrnym świetle ich ciała rzucają nikły cień na śnieg. Ciemny dom majaczy za gęstymi świerkami.

– Szukajmy ich. Nie mogli przecież daleko odbiec.

– Już ich nie znajdę! To moja wina! – matka dalej klęczy w śniegu i chowa twarz w dłoniach.

– A pewnie – nie wytrzymuje nauczycielka. – Pani Jarosowa, pani się lepiej w garść wreszcie weźmie, bo noc idzie i jeszcze w lesie zamarzną.

– To prawda. Pomogę paniom – popiera ją policjant. – Albo nie. Proszę zostać. Mogą przecież wrócić. Robi się coraz zimniej.

Kobieta wstaje i znużonym krokiem podąża za znikającą między drzewami nauczycielką. Próbuje się objąć zziębniętymi rękami. Staje niezdecydowana i w końcu wraca do cichego domu. Wolno zakłada podarte futro. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodzi słaby blask świeczki. Opiera się o drzwi. Dzieci niepostrzeżenie wróciły do domu. Córka pospiesznie się pakuje.

– Przepraszam.

– ...

– Przepraszam!

Kasia nadal milczy.

– Przepraszam! Przepraszam! Przepraszam! Kasiu... przecież wiesz...

– Wiem – dziewczynka dalej sprawnie ogarnia cały ich niewielki dobytek.

– Nie wiesz!

– Ależ wiem. Nic już nie mów. Pomagaj. Nie możemy przecież tu zostać. Chociaż, mimo wszystko – rozgląda się z gorzkim uśmiechem. – Dobrze nam tu, ale... Nauczycielka, policjant. Same kłopoty.

– Och, nie!

– Słyszałaś, co mówiła.

– Będziesz chodziła do szkoły!

– A dasz sobie radę?

– Dam – szczupła dłoń uderza mocno w piersi, aż dudni.

– Od jutra?

– No... Jutro może byś została. Ja po tym wszystkim... Od poniedziałku? – pyta z nadzieją.

– Sama widzisz – zrezygnowana Kasia wzrusza ramionami. – W końcu wylądujemy w pogotowiu opiekuńczym. I jeszcze ten policjant... Spiesz się – podnosi głos. – Spróbujemy zdążyć na ostatni pociąg.

– Mamy iść taki kawał po nocy do Bedonia, z bagażem i z dzieciakiem? – pyta ze zgrozą matka.

– A masz inny pomysł?

– Może ktoś nas podwiezie autostopem?

– Może ten młody policjant? Pewnie już czeka na drodze.

– No, dobrze już, dobrze, chodźmy.

Gaszą dopalającą się świeczkę i wychodzą z domku, nie zamykając drzwi na klucz.

– Przynajmniej zamka łomem nie rozwalą. A teraz cicho! – mruczy Jarosowa.

Z daleka dolatują nawoływania.

– Nie możemy iść normalnie, bo się na nich natkniemy – zauważa bystro matka. – Pójdziemy dookoła. Przez las.

Brną z wysiłkiem przez głęboki, sypki śnieg. Jarosowa ciągnie za rękę syna. W drugiej ręce trzyma walizkę. Kasia niesie szkolny plecak i wypchaną torbę podróżną. Przystają co chwila.

– Już nie mogę! – jęczy kobieta.

– Możesz. Skup się tylko.

– On w ogóle nie chce iść.

– Zmarzł... Mów do niego. Do niego trzeba mówić.

– Co mam mówić? – wścieka się matka. – Płakać mi się chce, a nie mówić – szarpie chłopca mocniej.

– Ty weź torbę, a ja będę prowadziła Damiana. Spieszmy się.

* * *

Nauczycielka i policjant wrócili po godzinnych poszukiwaniach.

– Pani przemarzła – policjant spojrzał na jej cienkie rękawiczki i lekką, elegancką kurteczkę. – Może są już w środku? – Zapukał. Bez skutku. – Jak to... Miała na nich czekać. – Nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły.

– Uciekła. Dlaczego nie jestem zdziwiona?

– Cholera. Daliśmy się wyprowadzić w pole.

– Dzieci szkoda... Dziewczynki. Jest bardzo zdolna i ma talent muzyczny. Podobno po matce. U sąsiadów jeszcze się świeci. Porozmawiajmy z nimi.

Zanim doszli do furtki, w ogrodzie pojawiła się Mireczka Czerwinow z naręczem drewna.

– Co się dzieje? – spytała.

– Kolejna awantura. Zdaje się, że się wynieśli.

Staruszka pokręciła głową i zaprosiła ich do domu na herbatę. Policjant przejął od niej ciężar. Przez drewnianą werandę weszli do kuchni. Przy kaflowym piecu siedział stary mężczyzna i w szklanej fifce palił połówkę papierosa. Powitał ich życzliwie. Wielki aluminiowy czajnik zaczął parskać zagotowaną właśnie wodą. Gospodyni zakrzątnęła się koło herbaty, opowiadając jednocześnie mężowi wydarzenia z ostatniej chwili.

– Oj, niedobrze się stało. Niedobrze. Wystraszyli wy ją – zaciągnął staruszek.

– Dzieci szkoda na poniewierkę. Tu chociaż my podkarmili i sczeznąć z głodu nie dali. A tam, w wielkim mieście – machnęła ręką. – A pani by się wstydziła – zwróciła się do nauczycielki. – Policję od razu ściągać.

– Sam przyszedłem. Doniesienie na obywatelkę Jarosową było. Że się awanturuje, kradnie i dziecko podobno głodem przymiera. Dlatego tak szybko tu jestem. To dokąd ona poszła?

– A mnie skąd wiedzieć? Do miasta Łodzi pewnikiem poleciała, bo tu nikogo nie ma. Oni tu za dawnych lat na letnisko tylko zjeżdżali. Jeszcze jak starsze państwo żyło. Zbigniew, znaczy jej ojciec, dziadek Kasi, to był pan, ino cichy, za cichy jak na taką żonę. Bo matkę miała Mariolka z tych, co to wszystko najlepiej wiedzą, wszystkimi rządzą. No, jędza to była, po prostu. Jak Mariolka podrosła, to – jak to młoda – z chłopakami się spotykała. Jak ją raz matka na całowaniu się przy furtce zobaczyła, za włosy do domu przy tym chłopaku zawlokła. Dziewczyna dorosła już była, jak ją siłą do ginekologa zawiodła, żeby sprawdzić, czy aby dziewictwa nie straciła... Okazało się, że nie tylko straciła, ale i w ciąży jest, i to z młodszym od siebie chłopakiem. A ten tak się ewentualnej teściowej przestraszył, że uciekł. Halina kazała usunąć. Parę lat był spokój. Mariolka na jakieś kursy chodziła. Pracowała i nawet nie buntowała się specjalnie. Widać od małego zwyczajna takiego traktowania. Ojciec, choć mu się nie wszystko w domu podobało, cicho siedział. Ale on starszy był od matki Mariolki. Jeszcze w wielkim powstaniu w Warszawie walczył i od tej pory taki dziwny.

– Wypalony on wyszedł z wojny i wypalony odszedł z tego świata, zostawiwszy córkę już wcześniej samą. Ot, grzech! – staruszek zapatrzył się melancholijnie w mrok za oknem.

– On – pochyliła się do nich konfidencjonalnie pani Mireczka – z dobrej, bogatej rodziny Komorowskich pochodził, a ona, znaczy matka Mariolki, prosta dziewucha z awansu, ale z tych ambitnych. Przed nami za wielką panią robiła. Myślała, że my tu w lesie swojego rozumu nie mamy i że nikt się nie pozna, kto ona naprawdę jest. Pilnowała córki dla Bóg wie kogo, bo chciała dla jedynaczki jakiegoś wykształconego lekarza albo innego inżyniera czy dyrektora. Kogoś ważnego i statecznego. Najlepiej starszego, żeby się córką opiekował. No, nie można powiedzieć, żeby zamysły jej były głupie... – zasępiła się starowinka. – Ale nic z tego nie wyszło, bo trafił się bardzo młody i miły chłopak, chociaż niewykształcony. No i – wzruszyła ramionami – dziewczyna w ciążę zaszła, bo głupia mimo swoich lat była i nic nie wiedziała, jak się zabezpieczać. Matka jej nie nauczyła, mimo że powinna, jak już raz się trafiło. Dopiero jak się brzuch pokazał, to Halina na oczy przejrzała. I na siłę ich pożeniła, chociaż tam żadnej wielkiej miłości nie było. Bała się, że jak teraz córce każe usunąć, to już wnuków może nie doczekać, ale wielki żal do Mariolki miała, że tak niefortunnie życiem swym pokierowała. I takiego sobie prostego chłopaka wybrała.

– Oj, zaraz wybrała, taka tam wakacyjna ruchawka – zaśmiał się rubasznie staruszek.

– Jeszcze by się może dogadali, gdyby nie Halina i to, że w Łodzi razem mieszkali. Do wszystkiego się wtrącała. Córce nigdy dorosnąć nie dała, jakby żyć miała wiecznie. Tak i stało się dnia pewnego. Najpierw odszedł stary Komorowski – snuła dalej opowieść Mireczka. – Gdyby Halina nie zatraciła się tak w kłótni z zięciem, którą sama wszczęła, to może zwróciłaby uwagę na chorobę męża i wezwała pogotowie. Ale nie! Ona właśnie sumienie temu zięciowi, Piotrek mu było, roztrząsała, że córce życie zmarnował. Że gdyby nie on i ta nieszczęsna ciąża, tak się podobno wyraziła, to Mariolka panią na salonach by była. Ale w te wakacje, co młodzi sami tu przyjechali, to szczęśliwi byli. Kasią się oboje zajmowali, na spacery po lesie i nad rzekę chodzili. I było dobrze. Szczęście się do tej biednej kobiety uśmiechnęło.

– Uśmiechnęło, ale na krótko i półgębkiem. Tak. Nie każdemu ono pisane jest. Niektórzy to jak przeklęci. Całe rodziny przeklęte. Nie wiadomo dlaczego? – dziadek rozłożył ręce w dramatycznym pytaniu, aż się z papierosa popiół osypał na drewnianą, wyszorowaną szarym mydłem podłogę.

– No a potem Piotrek do pracy musiał wracać, za to przyjechała Halina i tak się skończyło Mariolkowe szczęście.

– Mogła za nim jechać!

– Niby mogła. Ale ona nigdy samodzielna nie była. I jakże to, tak matkę samą na letnisku zostawić. A Halina zaczęła jej wmawiać, że sobie w mieście z dzieckiem nie poradzi, jak mąż do pracy pójdzie, a tu jest świeże powietrze i mleko zdrowe ze wsi.

– To i została.

– A za jakiś czas Halina Mariolkę rozwiodła. Omotała ją i dopięła w końcu swego. Sąd zakazał Piotrkowi widywać się z dzieckiem. Wstyd i obraza boska. Podobno matka po to zrobiła ten cyrk, żeby ją na nowo wydać, za takiego mocno starszawego pana, notariusza. Ale Mariolka po tym wszystkim jakby się zmieniła. Nie to, żeby okoniem matce stawać – ta przecież je utrzymywała, bo dziewczyna pracę straciła... Gdzie pracowała? Nie uwierzycie! W opiece społecznej. Opiekowała się innymi, a sama potrzebowała opieki. Piotrek niby płacił alimenty, ale co on tam wtedy zarabiał. Gońcem był, a potem nawet listonoszem. W każdym razie Mariolka za tego starego notariusza iść nie chciała. Za to zaczęła zostawiać Kasię babce i wychodzić wieczorami z domu, co wcześniej się nigdy nie zdarzało.

– I palić zaczęła. Stroiła się. Wszystkie pieniądze na modne ciuchy wydawała i na lokale. Latem towarzystwo tu na letnisko za nią szampańskie ściągało i po nocach spać ludziom nie dawało. Halina włosy z głowy rwała i już zaczęła żałować, że zięcia przegoniła, ale umarła. Zaraz po tym jak policja przywiozła pewnej nocy Mariolkę tu, do tego letniego domku, żeby matka potwierdziła jej tożsamość.

– Awanturę wszczęła z taksówkarzem i nie chciała mu zapłacić, a może zresztą nie miała. Nie wiadomo w każdym razie, co tak naprawdę się stało. Dokumentów nie miała. Chcieli ją do aresztu na noc wsadzić, więc Halina miała potwierdzić, że to ona, jej córka Mariolka. Ale matkę taka złość na nią wzięła, że się jej zaparła. Złość albo wstyd przed sąsiadami. Powiedziała, w oczy jej patrząc, że nigdy tej kobiety nie widziała. I że ta osoba lekkich obyczajów nawet jej Mariolki, kochanej jedynaczki nie przypomina. Stała przy samochodzie jak kamień. A z samochodu potargana Mariolka krzyczała do niej i biła pięściami w szybę: mamo, mamusiu, nie rób mi tego. A ona, matka, nic.

– Chwalić Boga, Kasia spała mocno i nic nie widziała. W każdym razie z tego wstydu, a może winy, bo dotarło do niej, że się dziecka swojego zaparła, Halina niedługo potem zmarła nagle. W Łodzi. Mówiła nam Mariolka, że wraca pewnego wieczoru lub też nocy, a matka jak zwykle, jak wyrzut sumienia siedzi w fotelu i czeka na nią. Córka mówi do niej, coś wykrzykuje o wyrodnych matkach. I że dorosła przecież jest. I żeby tak na nią nie czekała wiecznie. A matka osobliwie nic nie mówi. Zawsze coś takiego powiedziała, że dziewczynie w pięty szło. Awanturę robiła. Groziła, że nie będzie już jej utrzymywać. Zdziwiła się w końcu Mariolka, że pierwszy raz matka pozwoliła jej na tak długą przemowę, czy wręcz pyskowanie. Podchodzi bliżej fotela i chce powiedzieć, że przecież sama się do jej życia pchała, sama ją na siłę przy sobie trzymała. Wreszcie uwiedziona niemocą matki zdobyła się na odwagę, żeby coś jej prosto w oczy powiedzieć. Podchodzi, a ta nie żyje! Dobre dziesięć minut podobno mówiła do trupa.

– Tak i zostały same na tym świecie. Była jakaś rodzina, ale jeszcze za życia Komorowskich stosunki serdeczne nie były. Siostrę Halina ma, ale pokłóciły się przed samą śmiercią... A dalej to już mniej więcej wiecie.

Zapadła cisza, tylko w piecu trzaskały płonące szczapy. W końcu goście podnieśli się ciężko, podziękowali i poszli.

* * *

Siedzą w prawie pustym pociągu. Mariola wyciąga z torebki chusteczki, puderniczkę i usiłuje doprowadzić się do porządku. Z troską ogląda swoje podarte futro.

– Mamy jakąś igłę i nici?

– Nie mamy. W ogóle niewiele mamy.

Mimo że jest ciepło, zapatrzony w szybę chłopiec trzęsie się jak galareta. Kasia przenosi pełne wyrzutu spojrzenie z brata na matkę.

– No co tak patrzysz?

Córka wzrusza ramionami.

– Może to moja wina? No moja. Zgoda, ale chciałam dobrze.

– Ty zawsze chcesz dobrze, a potem wychodzi, jak wychodzi – spojrzenie dziewczynki chmurnieje z każdym przejechanym kilometrem. – Gdzie będziemy spały?

– Coś wymyślimy.

– Co?

– Może jakaś noclegownia?

– Zwariowałaś?! Może u ciotki.

– Nigdy! Znowu mnie wyzwie od wyrodnych idiotek. Wolę spać na dworcu.

– Ale ja nie!

– Łatwo ci mówić – wzdycha pojednawczo matka.

– Wcale nie. Też mi się nie uśmiecha.

– A masz może agrafkę? – Jarosowa doznaje nagle olśnienia.

– Mam – Kasia odchyla połę kurtki, gdzie tkwią dwie przyczepione agrafki. Podaje jedną matce, która spina oddarty kawałek futra.

– Daj drugą.

– Nie dam.

Matka patrzy na nią zaskoczona.

– Dlaczego? Oddam ci... wkrótce.

– Nigdy nie oddajesz.

– Po co ci ta agrafka?

– Może się przydać. Nigdy nie wiadomo.

– Ale do czego ci ona potrzebna?

– Na przykład do rozerwanych futer.

– No właśnie. Jest rozerwane, więc dawaj... O proszę, prawie nie widać.

– Prawie czyni różnicę... Ale i tak już z ciebie z powrotem wielka dama – obserwuje matkę spod oka, kiedy ta, podobnie jak kilkanaście godzin wcześniej, przemienia się ze stłamszonej kobiety po przejściach w może niespecjalnie elegancką, ale zawsze panią w futrze. A to dzięki lekko zardzewiałym agrafkom córki.

Czasami podmiejski pociąg zatrzymuje się na małych, słabo oświetlonych stacyjkach. Mija porośnięte rzadkimi lasami wzgórza i białe pola.

– Zaraz dojedziemy do Łodzi. Idźmy do ciotki! Mamo! Proszę! Pomarudzi trochę, ale pomoże.

– Kością nam ta jej pomoc stanie. Zobaczysz! No dobrze... Mnie stanie. A może jacyś znajomi...

– Oni nie lubią Damiana.

– Taki kawał stąd do ciotki.

– Wsiądziemy w nocny autobus i szybko będziemy przy Dworcu Kaliskim. Stamtąd mamy rzut beretem.

Jarosowa ponuro patrzy na pusty przedział.

– Niech ci będzie. Łódź Fabryczna. Wysiadamy.

Kasia pospiesznie ubiera brata. Dokładnie mu wszystko wyjaśnia.

– Zaraz ci będzie ciepło. Ciotka Nina jest siostrą babci. Niespecjalnie przepada za naszą mamą, ale na pewno nam pomoże. Nic się nie martw. Zaraz zjemy kolację, i to pyszną. Nina świetnie gotuje. Lepiej niż babcia i mama. Prawie tak dobrze jak Mireczka Czerwinow.

– Kasiu! Pospiesz się. Co ty tak do niego ciągle mruczysz? Przecież on cię i tak nie rozumie.

– Rozumie.

– Lekarz mówił, że nie bardzo.

– I kazał ci przyjść na badanie. Nie poszłaś.

– Przecież wtedy przenieśliśmy się na wieś, to jak miałam iść? – dziwi się matka.

– Pociągiem.

– Deski na dach mieli przywieźć.

– Nie przywieźli.

– A skąd niby miałam wiedzieć, że nie przywiozą? I nie denerwuj mnie więcej. Jesteś niemożliwa. I skąd wiesz, że on cię rozumie?

– Po prostu wiem i już. Chodź do wyjścia.

U ciotki Niny koło dworca Łódź Kaliska

Ciotka, otwierając im drzwi, nawet się nie zdziwiła, tylko lewa brew podjechała jej aż do nasady włosów w niemym, ale wymownym komentarzu. Matka trzymała głowę nienaturalnie wysoko, kiedy światowym głosem wtajemniczała Ninę w problemy związane z budową i awarią instalacji grzewczej w nowym domu, która to awaria zmusiła ich do opuszczenia sielskiej wsi i proszenia rodziny o nocleg. Ręce jej się lekko trzęsły, gdy zdejmowała futro. Wraz z nim zdjęła niestety swoją dobrą minę i poczucie pewności siebie. Zaczęła się tak plątać, że aż zniesmaczona ciotka machnęła ręką, żeby już lepiej nic nie mówiła.

– Zmroziłaś tego dzieciaka na kość. Wykąp go w ciepłej wodzie, a my z Kasią zrobimy herbatę i coś do jedzenia.

Jarosowa bez słowa zniknęła z chłopcem w łazience. Nina popatrzyła ciężko na Kasię.

– Nowe kłopoty? – spytała.

Dziewczynka skinęła głową.

– Będziesz chciała, to mi powiesz. Nie zamierzam ci wiercić dziury w brzuchu. A od niej i tak się niczego nie dowiem.

Po kolacji ciotka rozkłada im wielką, starą amerykankę w stołowym i powleka pachnącą krochmalem, sztywną pościel. Kasia gładzi ją zadowolona. Damian jak kawałek drewna bez protestu pozwala się przestawiać z kąta w kąt, aż w końcu przebrany w spraną piżamę zastyga biernie w rogu posłania.

– Chyba z nim gorzej? – nie wiadomo, czy pyta, czy stwierdza Nina.

– Przestraszył się i zmarzł – mówi dziewczynka.

Matka patrzy na nią z napięciem i oddycha z ulgą, gdy córka kładzie się do łóżka, nie wyjaśniając ciotce, co tak wystraszyło jej brata. Troskliwie otula dzieci kołdrą, gasi światło i obie kobiety wychodzą do kuchni.

Chłopiec wpatruje się szklanym wzrokiem w ciemność. Kasia mocno go przytula.

– Zamknij oczy. Musisz spać, żeby być silnym. Czujesz, jak przyjemnie, ciepło, czysto, nawet pościel jest. Kiedyś zawsze była... Nie wierzysz? Naprawdę! Dobrze, że ciotka Nina o tym nie wie, że cała pościel poszła na twoje pieluchy. I wiesz... lepiej, żeby tak zostało. Więc proszę cię – nachyla się nad bratem. Wisi nad nim, nad jego otwartymi oczami. – Więc bardzo cię proszę. Nie zlej się do tego czystego, cudownego łóżka. Mówię do ciebie, Damian, dużymi literami. Słyszysz! To znaczy, że to jest bardzo, bardzo ważne. Pamiętaj. Wiesz co? Na wszelki wypadek pójdziemy zrobić siku.

Ciągnie go do łazienki. Sadza na sedesie i cierpliwie czeka.

– Muszę ci coś wyznać. Wyznaje się coś szczególnego. O innych, bardziej zwyczajnych sprawach po prostu się mówi. Ja ci teraz wyznam, choć może nie jest to specjalnie odpowiednia chwila, że chłopcy i mężczyźni sikają inaczej. Ty sikasz, tylko proszę, nie przejmuj się tym za bardzo, jak dziewczyna, a oni stoją. Stoją z wyjętym siusiakiem i leją sobie wesolutko po ściankach kibelka, albo po trawce, albo, chociaż nie powinni, po jakimś murze. I powiem ci jeszcze, że to jest bardzo, ale to bardzo wygodne. Mówię ci to jako osoba, która sika tak, jak ty teraz, i co najwyżej mogę sobie obsikać nogę albo but, a to – zapewniam cię – nie jest ani wesolutkie, ani przyjemne. Więc przyzwyczajaj się do myśli, że będziesz się musiał nauczyć tej wygodniejszej wersji sikania. No wreszcie! Wracamy.

Prowadzi brata do amerykanki, a sama podchodzi na chwilę do okna. Kiedy przejeżdża samochód, w pokoju jest prawie widno. Blok ciotki stoi na samym zakręcie szerokiej drogi. Z okien widać tory kolejowe i słychać przejeżdżające przez zimną, białą noc pociągi pospieszne.

– Chciałabym pojechać takim ekspresem gdzieś daleko. Może do Chin.

Kładzie się z powrotem.

– Jechalibyśmy sobie w wygodnym przedziale, kelner przynosiłby nam same dobre rzeczy. A w Chinach też jest pyszne jedzenie. Pamiętasz? Kiedyś mama i twój ojciec zabrali nas do chińskiej restauracji. Mama śmiała się radośnie, a obiad wprost rozpływał się w ustach. No a potem ty dostałeś ataku kaszlu. Pewnie od sosu ostrygowego, i mało nie zarzygałeś swojego ojca. Zrobiłeś taki koncert charczenia i wypluwania płuc, że kelner chciał wezwać pogotowie. Twój tata wrzeszczał do mamy: no zrób z nim coś, do cholery – to brzydkie słowo, wspominałam ci o tym kilka razy. I już nie było tak miło. Nawet jak przestałeś charczeć, miły nastrój nie wrócił.

Kasia, widząc, że brat przymyka powieki, mówi coraz ciszej, aż do szeptu. Jej samej też się zamykają zmęczone, podkreślone sińcami oczy.

* * *

Nina i Jarosowa siadają przy niewielkim kuchennym stole. Przez chwilę przyglądają się sobie uważnie. Wzrok ciotki jest jak zwykle krytyczny. Nie widzi przed sobą swojej krewniaczki, córki zmarłej siostry, tylko bezwolną idiotkę, z której matka chciała zrobić kogoś lepszego, niż sama była, a w rezultacie niczego jej nie nauczyła. Mało tego – Nina była przekonana, że Halina zepsuła swoje jedyne dziecko. Może gdyby miała dwoje, to jakoś by sobie dały radę. Ale siostrze wydawało się, że tak będzie bardziej po pańsku: taka wypieszczona jedynaczka. Zresztą, pomyślała Nina, i tak cud boski, że się szwagrowi udało tę Mariolkę zmajstrować. Sama miała troje dzieci i biedę w domu. Jedno dziecko roku nie doczekało, zmarło. Gdzie jej się było z Haliną równać. Dwa pokoje w starym bloku i działka pracownicza – tyle mieli z Heńkiem. Ledwie koniec z końcem wiązali, żeby dzieci wyżywić i wykształcić. Co innego Halina. Ta miała wielkie mieszkanie w porządnej kamienicy. Obrazy na ścianach, fortepian i meble jak z kościelnej zakrystii. Za jednego Fałata [1] samochód kupili, dużego fiata. To Zbigniew taki zamożny był. A że sam jeden został po wojnie, to się im powodziło, wspomina bez żalu Nina. Nigdy niczego Halce nie zazdrościła. Miała swojego Heńka i to było jej szczęście. Ona, prosta kobieta, nigdy nikogo nie udawała. Do głowy by jej nie przyszło, żeby się jak Halina wiejskich korzeni wypierać. I Fałata by Nina na samochód nigdy nie zamieniła, chociaż zwykłą szwaczką z Wólczanki była. Pamięta jak dziś.

Wpadła razu pewnego Halina wczesnym niedzielnym popołudniem. Heniek był w pracy, dzieci się uczyły. Podekscytowana siostra powiedziała, że kupca na obraz znaleźli i samochód nabywać będą. W tamtych czasach własny samochód to nie byle co.

– Po co ci samochód, Halka? Lepiej ziemię kup. Za rodzinny obraz trzeba coś trwałego kupić, a nie samochód, który dzisiaj jest, a jutro już go nie ma.

– Nie mów do mnie Halka! Tyle razy cię prosiłam. Na działkę do Wiśniowej Góry będziemy jeździć. Co ty z tą ziemią, na co mi ona? Pieniędzy nam trzeba, żeby lepiej żyć, a nie szarpać się o wszystko. Wakacje się zbliżają. Mariolę trzeba nad morze zabrać, żeby się jodu nawdychała.

– Może wyślesz ją na obóz harcerski. Nasze dzieci jadą w lipcu do Mielna. Pojechaliby całą trójką. Niedrogo jest.

– Zwariowałaś! Moja córuchna pod namiotem! Przecież wiesz, że ona trochę słabowita jest. No i ćwiczyć musi pasaże. Na obozie jej tego nie zapewnią.

– No nie – stropiła się Nina.

– A co u cioci słychać? Dawno się nie widziałyśmy – przerwała ciotczyne rozmyślania siostrzenica.

– Widzisz przecież. Sama siedzę. Stasiek dalej w Szwecji. Drugie dziecko im się niedługo urodzi. Wtedy do nich pojadę na trochę. Wnukiem się zajmę. Wanda mieszkanie w Warszawie kupiła, na kredyt. Od rana do nocy tyra, na rodzinę czasu nigdy nie ma. Za to Stasiek nadrabia. Ta jego druga żona miła jest bardzo i pracowita. Lubi dzieci Staśka z pierwszego małżeństwa.

– To Wanda nie mieszka z ciocią? – zdziwiła się Mariola.

– Zachciało jej się samodzielności, to i poszła. Zadowolona jest. Nie ma co za długo z matką siedzieć.

– Co ciocia chciała przez to powiedzieć? – zareagowała nerwowo.

– Że kiedyś trzeba się usamodzielnić.

– Nie każdemu to na zdrowie wychodzi.

– Zapewniam cię, że każdemu.

– I zdaniem cioci, ja za długo matki się pilnowałam? – spytała zaczepnie.

– Ano, już ty najlepiej sama wiesz... Nie obwiniaj się za to. Halka trzymała cię przy sobie. Teraz to nieważne. Co zamierzasz?

– Jak tylko Bolesław naprawi awarię... na te kilka dni... zanocowałabym, jeśli się zgodzisz...

– Pewnie, co się mam nie zgodzić. Zostań. Pracy jakiej poszukaj.

– I będę potem dojeżdżała?

– Mariola! – ciotka popatrzyła na nią twardo. – Ty mi oczu nie mydl. Przecież widzę, że jesteś bez pieniędzy. A na to jest tylko jedna rada – praca. Inaczej się nie da.

No, zaczęło się, pomyślała z rezygnacją Mariolka, wijąc się pod nieustępliwym spojrzeniem Niny.

– Jak się skończy budowa...

– O czym ty mówisz? Jaka budowa? Tam jest tylko fundament! I domek letni twoich rodziców. Nie ma żadnego domu, dziewczyno, oprzytomnij. Nie pamiętasz, jak cię Stasiek odwoził jesienią na wieś. Ciebie, dzieci i tego twojego darmozjada – przyczynę twoich nieszczęść, Bola. Jak to się on chciał pochwalić przed rodziną... projektem i fundamentem. Więc nie sądzę, żebyście w ciężką, śnieżną zimę prowadzili jakieś prace budowlane. Oj, Mariolka!

Jarosowej tego już było za wiele, rozbeczała się jak małe dziecko.

– Nie mów tak do mnie!

– Jak?

– Mariolka! Tak jakbym... jakaś nienormalna była.

– Dobrze już, dobrze. Nie płacz. To gdzie naprawdę jest ten twój Bolesław?

Pytanie, zamiast uspokoić siostrzenicę, wywołało jeszcze gwałtowniejsze łkanie.

– To ja naparzę herbaty. A ty sobie tymczasem popłacz. Dobrze jest czasem zdrowo sobie popłakać. Potem człowiekowi lżej na duszy. I jaśniej patrzy się w przyszłość.

– Nie ma ciocia jakiegoś wermutu na te smutki?

– Nie mam. Nigdy nie lubiłam wermutu. Za to twoja matka piła wermut. Słodki. Uwielbiała go. Trzymałam dla niej specjalnie schowaną flaszkę. A twój ojciec krzywił się z niesmakiem. Mówił, że tego się tak samego nie pije. Ale jej się wydawało, że dzięki temu przynależy do lepszego świata... – zamyśliła się znowu. – Mam nalewkę z wiśni. Sama robiłam.

– Daj – chlipnęła usmarkana jak dziecko siostrzenica. – A papierosów ciocia nie ma przypadkiem?

– Przecież wiesz, że nie palę.

– No tak – Mariola rozżaliła się nad sobą jeszcze bardziej. – Więc... Bolo odszedł.

– Kiedy?

– Zaraz po Bożym Narodzeniu. Jak się opał skończył... i pieniądze – łkała już bez opanowania. – Ciociu, jak on mógł nas tak zostawić? – złapała Ninę za rękę. – No powiedz mi? Swoje dziecko zostawił, mnie... Kto to jest?

– Wzięłaś go sobie, chociaż każdy wiedział, kto to taki. Ty przecież też wiedziałaś. Zostawił dla ciebie żonę i dwoje małych dzieci.

– Kochał mnie i ja go też kochałam. On mnie jeszcze kocha. Tylko ta jego żona tak go przekabaciła i ta jego rodzina. Razem go przekabacili przeciwko mnie... Byliśmy tacy szczęśliwi. Kochał Damiana i lubił Kasię.

– No bardzo. Aż do szkoły przestała chodzić i waszego dzieciaka pilnowała.

– Ktoś go musiał pilnować, jak byliśmy zajęci.

– A pewnie. Słodkie życie bez obowiązków, pracy... Wykorzystywał cię.

– Nieprawda! Kochał mnie! Bardzo! Czułam to. Nikt mnie nigdy nie kochał tak jak on!

– Kochał, kochał nad życie. Dopóki były pieniądze.

– Jak mnie poznał, to nie miałam pieniędzy! Wiesz o tym!

– Prawda. Gotówki po rodzicach nie miałaś, ponieważ wycyckał cię z niej twój przedostatni narzeczony. Co to miało być? Osiedlowy sklepik spożywczy. Nic z tego nie wyszło, bo ani ty, ani on nie paliliście się specjalnie do roboty. Dlaczego ty wiążesz się tylko z takimi niebieskimi ptakami? I jeszcze zachowujesz się, jakbyś się sama prosiła, żeby cię wystrychnąć na dudka. Jeden z nich tylko pracował... Ojciec Kasi – toście go obie z matką precz przegnały.

– Ja nie!

– Jak nie, jak tak. Pozwoliłaś Halce sobą kręcić, jak chciała.

– Ale Bolo to mnie naprawdę kochał, tylko potem coś się zaczęło psuć...

– Brak gotówki popsuł waszą wielką miłość.

– Nieprawda. On mnie kochał bezinteresownie – zanosiła się rozpaczliwym łkaniem kobieta.

– A kto cię namówił, żebyś mieszkanie rodziców sprzedała? I to w niekorzystnym momencie, kiedy nieruchomości staniały? Ja?

– Mówił, że za te pieniądze zbudujemy willę w Wiśniowej Górze. Z basenem. Miał iść do pracy, jak tylko skończymy – głośno zatrąbiła w chusteczkę. – I co ja teraz zrobię? Gdyby mama żyła, wszystko wyglądałoby inaczej...

– Właśnie. Co zatem zamierzasz?

– Jakieś mieszkanie muszę sobie załatwić. Może opieka społeczna mi pomoże. Może sprzedam tę działkę. Co ja tam będę sama robiła?

– Ani mi się waż. Nic ci już nie zostanie. Zaraz się ktoś do ciebie przyczepi.

– Co też ciocia! Taka głupia to ja już nie jestem.

Ciotka Nina popatrzyła na nią z powątpiewaniem. Mariola poczuła się dotknięta do głębi.

– Rano pójdę się rozejrzeć. Tylko się wyśpię. Jak tu cudownie ciepło. Zapomniałam, że może być tak ciepło zimą. Damiaś cały czas miał z tego zimna katar. Paliłam szyszkami i drewnem z lasu. Kopciło się. Kasi to palenie jakoś lepiej wychodziło. Czasem sąsiad dał parę pecyn węgla, wtedy na dłużej wystarczało. Okropieństwo... Ale wiosną i latem było naprawdę cudownie. Posiłki jadaliśmy na werandzie. Słońce wpadało przez wszystkie okna. Upał nas nie męczył, bo pamiętasz, że dookoła sosny, więc nie jest jak na patelni. Siadywaliśmy na leżakach na polanie... Opalałam się. Chodziliśmy do lasu i czasami do restauracji na obiady. Jeszcze wiosną zapisałam Kasię do nowej szkoły. Bardzo zdolna jest, wiesz? I na dodatkowe zajęcia z muzyki. W Łodzi chodziła do szkoły muzycznej. Uczyła się grać na fortepianie. No, fortepian nie zmieścił się w domku, więc go sprzedaliśmy, ale Bolo obiecywał, że jak tylko dom będzie gotowy, kupi Kasi lepszy instrument. Ale w tym szkolnym kółku grała na pianinie. A potem, jak już zrobiło się zimno... chodziła do sąsiadów. Pan Czerwinow na klarnecie jak wujek Heniek grywał i nasza Kasia strasznie się do tego zapaliła. Pan Pawełek uczył ją trochę i bardzo chwalił. Nie było nam tam źle, tylko to zimno. Dobrze, że choć ten stary piec czasem grzał... – zapatrzyła się smutno w ścianę. Natapirowane włosy opadły smętnie, a upudrowana twarz zbladła ze zmęczenia. Ciotka Nina nalała jej trochę wiśniówki.

– Wypijmy i chodźmy spać. Rano lepiej się myśli. Pójdę po gazetę z ogłoszeniami o pracę. Może coś się znajdzie.

– Idź, ciociu, pierwsza. Ja będę trochę dłużej. Włosy umyję. W wannie poleżę.

– Dobrze, dobrze – pokiwała głową ze zrozumieniem ciotka.

* * *

Nina leżała bezsennie w mniejszym pokoju. Przewracała się z boku na bok, nie mogąc przestać myśleć o siostrzenicy i jej matce, swojej rodzonej siostrze Halce. Czyja to wina, że Mariola na taką gapę wyrosła? Przecież szwagier, mimo że po przejściach wojennych, bystry był, prawie uczony. A i Halka radziła sobie w życiu. Ona i bez bogatego Zbyszka dałaby sobie świetnie radę. Studium nauczycielskie skończyła z najwyższą notą. Rodzice pękali z dumy. Pierwsza w rodzinie maturę zdała. W Zduńskiej Woli w internacie mieszkała. Potem wyjechała do Łodzi i długo nie miały ze sobą kontaktu. Nina pracowała w rodzinnym gospodarstwie niedaleko Warty. W domu matka urodziła jeszcze brata i dwie siostry. Doszła chora babcia i zrobiło się ciasno i biednie. Więc Nina też postanowiła się usamodzielnić. Tylko szybko. Błyskawicznie. I poszła do zawodówki. Na szwaczkę. A potem do pracy. Każda fabryka z pocałowaniem ręki brała.

Halka pracowała już w szkole i zdążyła wyjść za mąż za Zbyszka. Długo nie mieli dzieci. Nina nie wiedziała, czy nie chcieli, bo siostra studia kończyła, czy też miała problemy z zajściem. Wolała o takie sprawy nie pytać, żeby czasem jej nie urazić. Wtedy, w tych pierwszych latach małżeństwa, strasznie się Halka drażliwa zrobiła.

A Nina na festynie majowym na Zdrowiu [2] poznała Heńka. W orkiestrze kolejowej grał na estradzie, na zmianę z tramwajarzami, i gdy miał przerwę, porywał ją do tańca. Ona już wcześniej zwróciła na niego uwagę, bo przystojny brunet był z niego, miał to coś, aż się dziewczynom oczy śmiały. Ale on wybrał ją i już do samego końca ze sobą walcowali... Był wtedy piękny, słoneczny dzień. Czuła się bardzo szczęśliwa, wręcz upojona tym dniem, tańcami. Heniek spytał, czy może ją odprowadzić do domu. Wsunęła mu rękę pod ramię. Było jej tak dobrze... Umówili się z Heńkiem za dwa dni. A potem spotykali się prawie codziennie. Kiedy jej gospodyni wyjechała na pogrzeb stryja do Szczecina, Heniek został na noc. Wtedy pierwszy raz ze sobą spali. Ach, co to była za noc. Kochali się do białego rana, i później bez tego już żyć nie mogli, więc się szybko pobrali. Tak, szast-prast, bez kościelnego, taniej.

Oboje z Henrykiem bardzo uważali, żeby się w dzieciaki od razu nie wpakować, ale co tam. Krew nie woda. Szaleli dwa lata, a potem wpadli. Urodził się Staś. Heniek z radości całą niedzielę w tę i z powrotem po ich ulicy Brzeskiej chodził, grał i wesołą nowinę ludziom ogłaszał. Wynajmowali wtedy kawałek domeczku z małym ogródkiem. Wodę ze studni nosili. W całym kwartale nie było kanalizacji. Wiadomo, Bałuty, kryminalne Bałuty. Uliczka kocimi łbami wybrukowana, a z przepływającej w pobliżu rzeki Łódki straszliwy fetor się czasami unosił, bo wszystkie brudy z dzielnicy nią płynęły. Ale jak jabłonie i bzy wiosną zakwitły po ogrodach, oj, jakże się pięknie robiło. Odrapane mury kleconych naprędce bałuckich domków zarastały krzewami. Z ludźmi, chociaż w tej dzielnicy, na tej ulicy, nie byli święci ani mądrzy, a wprost przeciwnie – czasem słabi i grzeszni, żyło im się wyjątkowo dobrze. Wiedziała, że jest tu bezpieczna, bo swoja. No... inni nie bardzo mogli się na Bałutach czuć bezpiecznie. Zresztą nikt tu się nie zapuszczał, nie będąc do tego zmuszonym.

Przy sobocie towarzystwo się schodziło do kulawego Arego Kapelusza, co na harmonii grał jak anioł, chociaż Żyd, i zabawa trwała do upadłego, do poniedziałku często, albo do wtorku, bo tu się do pracy nikt specjalnie nie spieszył. Pędzony w zaroślach nad rzeczkami bimber lał się strumieniami. Tak Ary świętował swoje cudowne ocalenie z getta i opłakiwał wywiezioną ze stacji Radegast i straconą w Chełmie nad Nerem rodzinę. Całą rodzinę: żonę Ester, dzieci Ezryjela, Chaję, Mordechaja, Ewę i najmłodszą Rebekę, a także rodziców Dorę i starego, mądrego Menema, kuzynów, kuzynki, bliższych i dalszych krewnych, sąsiadów i przyjaciół... A jak był sam, to zdarzało się, że nagle ni stąd, ni zowąd padał na kolana, gdziekolwiek był, padał na zieloną trawę ogrodu, na twardą podłogę sieni, na zabłocony uliczny bruk i kiwał się, kiwał w przód i w tył i tylko powtarzał ich imiona i daty urodzin. Dawid Berkowic syn Chaima i Hany z domu Liberson urodzony w Zgierzu w roku 1934, Ariel Lutomierska córka... I byłby tak powtarzał bez końca, gdyby go ktoś wtedy nie klepnął w ramię i nie wytrącił z transu. Ary podnosił się z klęczek, patrzył w niebo swoimi szarymi, wyblakłymi oczami, kiwał głową i wracał do życia, do zabawy. Gorzej, jak wypadał z gry gdzieś na ustroniu. Kiedyś – szczęście, że to latem się zdarzyło – utknął w czarnych bzach, gdy zbierał dojrzałe baldachy owoców, pewnie na nalewkę albo do bimbru na kolor, albo do czego innego, i w tych zaroślach powtarzał swoją mantrę od początku do końca, a potem jeszcze raz, i jeszcze, do rana, do południa, aż padł z wyczerpania. Dopiero wieczorem go Heniek znalazł. Zimą już by było po Kapeluszu, jak amen w pacierzu. Od tej pory go trochę pilnowali, dlatego też drzwi trzymał zawsze otwarte. Ary pił, bawił się, ale wszyscy, mimo że w większości obiboki i bandyci, takie to było towarzystwo, wszyscy wiedzieli, że ta zabawa bólem jest podszyta.

Jak to się stało, że myśli o siostrze doprowadziły ją do ulicy Brzeskiej i jej własnego życia? Wspomnienia zalały Ninę szeroką falą i już nie było ucieczki od przeszłości: odwijała się przed nią jak białe zwoje Tory, które pewnego dnia wyjął ze skrytki pod podłogą Ary Kapelusz i pokazał jej. I jeszcze wyciągnął mocowaną na framudze wejściowych drzwi mezuzę. Popatrzył z wyrzutem, a potem smarknął głośno ze wzruszenia i powiedział gorzko, że nawet to święte pismo nie uchroniło jego rodziny od straszliwego nieszczęścia.

Zawieszona między jawą a snem leciała ciotka Nina to nisko nad ulicą swojej młodości, to wyżej, ponad dachami. To bujała się na wstęgach Kapeluszowej Tory nad rzeczką, nad przerzuconymi przez nią kładkami i mostkami, to znów szybowała, zaglądając do okien starym sąsiadom. W końcu, gdzieś nad ranem, zmęczona tym lataniem usnęła.

Budzik na szafce nocnej dzwonił i dzwonił, ale nikt go nie słyszał. Pierwsza obudziła się Kasia. Z przestrachem przesunęła ręką po prześcieradle i odetchnęła z ulgą. Poleżała przez chwilę, a potem zaczęła budzić brata. Chciała, żeby jak najszybciej znalazł się w łazience.

W korytarzu zderzyła się z zamyśloną ciotką.

– Dzień dobry, Kasiu. Ranny ptaszek z ciebie. A ja, widzisz, zaspałam. Sny mnie męczyły. Całą noc...

Kasia dawno nie widziała ciotki Niny tak poruszonej. Wszystko jej z rąk leciało. Stłukła kubek i o mało się nie skaleczyła.

– Usiądź, ciociu. Ja się zajmę śniadaniem. Może mamę obudzę?

– Nie, lepiej nie – Nina zaprotestowała gwałtownie. – Niech sobie pośpi po tych przeżyciach. Zresztą, ja teraz za bardzo siły na nią nie mam. Muszę sobie wszystko uporządkować. Żeby czasem czego znowu nie przeoczyć... – i zamyśliła się tak głęboko, że potakiwała sama sobie głową, jakby rozmawiała z kimś niewidzialnym.

Dziewczynka poustawiała talerzyki, zrobiła herbatę, pokroiła chleb. Wyjęła z lodówki dżem i masło, a potem usiadła naprzeciwko i patrzyła na ciotkę, popijając ze smakiem herbatę.

– Całą noc śniłam moją młodość. Ulicę, gdzie urodziły się dzieci, gdzie byłam szczęśliwa... I wiesz, ja tam muszę iść! Tak, ja tam dzisiaj pójdę. Zaraz! – Po tym postanowieniu emocje ucichły i ciotka Nina całkiem się rozpogodziła. Pachnąca kawa, którą sobie zaparzyła, nastroiła ją do zwierzeń.

– Wiesz, Kasiu! Jak się z wujkiem wprowadziliśmy na Brzeską, to zaczęłam tam miewać sny. Gdy tylko zapadałam w sen, drzwi się ze skrzypieniem otwierały i do pokoju wchodził stary Żyd. Skąd wiedziałam, że to Żyd? Po ubraniu, pejsach i czarnym kapeluszu z rondem. Wchodził i już od progu wołał do mnie: Nina, Ninka, ty się mnie nie bój, ty mnie wysłuchaj. Kładł długi, sękaty palec na ustach i mówił: sza, sza, ty słuchaj. Ale ja nie słuchałam. Bałam się go tak straszliwie, że zaczynałam wrzeszczeć przez sen. Budził się Heniek, a wtedy stary Żyd machał zniechęcony ręką i szybko wychodził. Znowu, już niemal na jawie, słyszałam skrzypienie drzwi i widziałam rąbek jego wytartego chałata, takiego długiego żydowskiego ubrania męskiego. I tak, co jakiś czas przychodził do mnie we śnie ten Żyd i szeptem wołał: Nina, nie bój się. Mam ci coś ważnego do powiedzenia, tylko nie krzycz! Lecz ja nigdy nie mogłam go wysłuchać. W końcu bałam się zasnąć. Wujek naoliwił drzwi, żeby nie skrzypiały, nic to jednak nie dało. Sam był ciekaw, co też takiego ma mi do powiedzenia ten obcy człowiek. Prosił mnie, żebym go w końcu wysłuchała. Ja sama chciałam się tego dowiedzieć... ale nie dawałam rady. Moja senna mara też była zniechęcona. Już w drzwiach podnosił dłonie w górę, jak do tańca, wiesz, i błagał: Nina, ja ciebie proszę, ty nie krzycz tak okropnie. Znowu męża obudzisz, a mam do ciebie ważną sprawę, ja ci muszę coś powiedzieć... Oczami przewracał do góry, jakby wzywał Boga na świadka, że z taką głupią kobietą ma do czynienia.

– A ty nic, wrzeszczałaś? – domyśliła się Kasia. – Ja bym wytrzymała. Z ciekawości bym wytrzymała i nie pisnęła ani słowa, dopóki by mi wszystkiego nie powiedział.

– Łatwo ci teraz mówić. Nie mogłam go wysłuchać ze strachu i nie było na to rady. Trzeba ci jeszcze wiedzieć o okolicznościach. W Łodzi przed wojną mieszkało mnóstwo Żydów. Wiesz, co się z nimi stało, prawda? Zostało ich naprawdę niewielu. Całe domy po wojnie stały puste. I my te domy zajmowaliśmy. Wprowadzaliśmy się do ich mieszkań. Tak jak ja z Heńkiem. Chociaż to już było później, nie tuż po wojnie. Nie dało się nie myśleć, szorując białe deski podłogi szarym mydłem, o tej kobiecie Żydówce, która robiła to przede mną. O tych ludziach, co po tych deskach chodzili. I o śmierci. Nie dało się o tym nie myśleć! Rozumiesz? Więc ja nie jego się bałam właściwie, ale tego strasznego, co mógłby mi opowiedzieć. Lepiej było nie wiedzieć – i ciotką zimny dreszcz wstrząsnął. – A kiedyś mi pomógł. Ten stary Żyd ze snu. Leżałam chora, w gorączce, w biały dzień, sama jedna w domu. Nie miałam siły nawet palcem ruszyć. Majaczyłam. Nagle drzwi się otwierają i znowu wchodzi on. Ale tym razem nic nie mówi, tylko macha uspokajająco ręką. Ja nie byłam w stanie ust otworzyć, a co dopiero krzyczeć. Usiadł na łóżku. Popatrzył na mnie z troską i położył mi swoją zimną dłoń na czole. Lodowatą jak kompres ze studziennej wody w upalny dzień. Nie bałam się wtedy wcale. Potem zniknął, a ja usnęłam. Wieczorem się obudziłam, a gorączka spadła.

– To nie mógł ci wtedy powiedzieć?

– Widać nie. Jakiś czas później zepsuł się nam piec kaflowy, co w rogu stał. Wezwaliśmy zduna ze Zgierskiej, strasznego moczymordę. Z pomocnikiem przyszedł. Zabrali się do rozbierania pieca. Ja zajmowałam się dzieckiem. I oni nagle coś zaczęli do siebie szeptać. A potem roboty nie skończyli i poszli sobie w wielkim pośpiechu. Myślę, że żydowski skarb znaleźli. Może o tym chciał mi opowiedzieć stary Żyd.

– Na pewno. A ty go nie słuchałaś! – Kasia kręciła głową z wielkim żalem.

– Może o skarbie, a może o czym innym. Tego już się nie dowiem. Chyba że na sądzie ostatecznym – zaśmiała się figlarnie ciotka Nina. – Wystąpię przed szereg i powiem: Panie Boże, szukam jednego starego Żyda w chałacie. Całe życie ciekawa byłam, co takiego chciał mi powiedzieć, więc teraz zamierzam go o to spytać.

Kasia też zachichotała.

– A Pan Bóg ci powie: chciał, żebyś podłogę lepiej myła.

Ciotka Nina śmiała się już w głos.

– Na przykład...

Spoważniały.

– I właśnie dlatego chcę się wybrać na tę ulicę. Żeby tym razem niczego nie przeoczyć. Może to tylko senna mara. Ten sen dzisiejszy, ale i tak czuję, że muszę iść.

– A czy ja i Damian możemy iść z tobą?

– Zmarzniecie. Dzisiaj jest strasznie zimno.

– Ciociu Nino! Bardzo cię proszę!

– A twoja mama?

– Zostawimy jej kartkę... Zresztą, jak ją znam, będzie spała cały dzień.

– Mówiła, że chce pracy szukać.

– Na pewno nie od dzisiaj. Zmęczona jest. Jutro pójdzie.

– No dobrze. Tylko ubierzcie się ciepło. To daleko.

Wysiadają z tramwaju. Ciotka prowadzi ich do ulicy Brzeskiej, za zamarzniętą rzeczką.

– Nie byłam tu ponad trzydzieści lat. I wiesz co, Kasiu? Gdyby nie te plastikowe okna gdzieniegdzie i brak kilku domków, to... Nic tu się nie zmieniło. Nic.

– Jak w skansenie?

– Właśnie. O, tu mieszkaliśmy. Widzisz. Jest nasz domek. Za nim mieliśmy ogródek i altanę pod drzewem. Sadziłam pietruszkę, marchewkę i groch. Wszyscy w okolicy coś uprawiali. A jak ktoś więcej nasadził, to niósł na Bałucki Rynek i sprzedawał. Niektórzy tylko z tego żyli. Gdzieś tu stał drewniany dom Arego Kapelusza, co na harmonii grał. W sobotę, latem, wynosiło się stoły o toczonych nogach do ogrodu. Ary zapraszał. Twój wujek na klarnecie przygrywał i jeszcze taki jeden młodszy, znajomy Kapelusza, na skrzypcach. Ach, Kasiu, żebyś ty słyszała, jak oni wtedy grali. Jak oni grali! Mieliśmy tu koncerty najwyższej klasy – rozmarza się ciotka. – Czasami, jak Kapelusza zgryzota większa naszła za bliskimi, co w obozie zginęli, to prosił, żeby z nim grać smutne żydowskie melodie. A jak to nie pomagało na Kapeluszową melancholię i bezruch, to furmanką przywoziło się jego kolegów. Koła turkotały po ulicznym bruku, a oni podskakiwali, wychudzeni i smętni jak biedne, czarne kukiełki. Trudno ich było zwołać na modlitwę za zmarłych, co się kadisz nazywa... Jak by ci to powiedzieć. Na przykład w Warcie przed wojną połowa mieszkańców to byli Żydzi. A po wojnie została jedna, jedyna Żydówka. Jakimś cudem ocalała. Wyszła za Polaka i prowadziła sklep obok piekarni. Pamiętam ją bardzo dobrze. Na starość całymi dniami wysiadywała w oknie i patrzyła na rynek, ulicę i tę piekarnię, którą miała po drugiej stronie. Nic nie mówiła, tylko patrzyła. Co ona widziała na tym pustym rynku i ulicy?... Nie wiem.

Ale, kochanie, nasz Ary potrafił się też bawić jak nikt na świecie. Porywał całą ulicę. Sława naszych sobotnich zabaw, twoja babcia mówiła na nie hulanki, rozeszła się po całym mieście. – Nagle ciotce Ninie łamie się głos, gdy staje jak wryta przed na wpół zrujnowanym domem.

– To był, Kasiu, dom Arego Kapelusza. Rozbierają go... Niszczą...

Wokół posesji i maszyn rozbiórkowych kręci się kilku mężczyzn. Ciotka Nina podchodzi blisko, aż się robotnik w pomarańczowym kasku niepokoi.

– Co też pani! Życie niemiłe? Sprzykrzyło się? I jeszcze dzieci narażać? Spychacz tu zaraz wjedzie.

– Nie – ciotka cofa się potulnie. – Ja znam ten dom. I człowieka, co w nim mieszkał. Ja po wielu latach na stare śmieci przyszłam. A tu... – wyciąga bezradnie rękę przed siebie. Łza toczy się po policzku.

– Widać za długo pani zwlekała z tą wizytą. Akurat na pożegnanie pani trafiła.

– Na samo pożegnanie – powtarza za nim cicho ciotka Nina.

– Dach się zarwał pod śniegiem. Nikt tu od lat nie mieszkał, tylko bezdomni. Zagrożenie budowlane i zburzyć kazali. Przy tej ulicy żaden się do remontu nie kwalifikuje – cały czas przygląda się jej podejrzliwie, bo ciotka stoi jak we śnie i oczu od stosu drewna, który kiedyś był domem Kapelusza, nie może oderwać.

– A czy ja mogę do drzwi wejściowych podejść? – pyta nieoczekiwanie.

Robotnik patrzy na nią niezdecydowany.

– Tylko na chwilę – prosi Nina błagalnie.

– Jeszcze coś pani na głowę spadnie. Nie ma mowy.

– To może pan sam coś sprawdzi.

– Co?

– Niech pan wsunie rękę za framugę od wewnątrz i pociągnie. I jeszcze... to będzie jakieś dwa metry na prawo od wejścia. Skrytka... – prosi.

– Skarbu się zachciało?

– Może i skarbu. Pójdzie pan?

– Razem pójdziemy. Nie chcę mieć potem nieprzyjemności, że coś zabrałem. Dam pani kask. Dzieciaki zostają i nie ruszają się na krok. Zrozumiano?

Kasia gorliwie kiwa głową, a Damian bardzo, jak na niego, uważnie wpatruje się w przestrzeń nad ruiną. Ciotka Nina kroczy w wielkim, pomarańczowym kasku, nadzianym na wełnianą czapę z daszkiem. Kasia usiłuje zwrócić na nią uwagę brata.

– Patrz, jak dzielnie maszeruje. Nasza ciotka jest teraz bardzo ważną osobą w kasku. Gdybyś nie był taki, jaki jesteś, umierałbyś teraz z zazdrości i zachwytu. O, wychodzą. Ciotka uśmiecha się, ale pewnie nic nie znalazła, bo ręce ma puste. No, chyba że w tej swojej wielkiej torbie niesie skarb... Ty, zaraz ci głowa odpadnie od tego patrzenia w niebo. Może lepiej połóż się na drodze.

Damian odchyla się do tyłu coraz bardziej i wodzi wzrokiem za czymś, czego nikt inny zdaje się nie dostrzegać, a co – sądząc po jego zachowaniu – leciało teraz nad północną stroną ulicy.

– Tylko proszę, ani słowa o tym – robotnik rozgląda się nerwowo. – Znowu się zacznie szukanie skarbów. Raz się zdarzyło i teraz wszyscy się napalili. Nawet z zagranicy przyjeżdżają i grzebią. Potem, jak kto nogę złamie albo mu jaka deska na łeb spadnie, to od razu nasza wina, że niezabezpieczone.

– Dobrze, dobrze. Jeszcze raz bardzo panu dziękuję.

– A skąd pani wiedziała?

– Dawno temu pokazywał mi ją człowiek, który tu mieszkał.

– Żyd?

– Żyd. Ary Kapelusz, mój sąsiad. Najlepszy na świecie harmonista.

– No, no, to musiał być gość. A my ostatnio rozbieraliśmy w okolicy Bazarowej starą kamienicę. Rozebraliśmy. Robota skończona. Ostatnie prace porządkowe na placu trwają, a tu przychodzi taki jeden człowiek i pyta, gdzie macewa? Jaka macewa? Macewa, co w murze była, wyjaśnia on. Z gminy żydowskiej był. To lamentuje, to się wścieka, że mogliśmy im powiedzieć, że rozbiórka, toby przyszli i zabrali, a tak, na zatracenie poszła. Taki grzech, nie dopilnować, prawie płakał. Bo oni podobno wiedzieli, że to w tym murze tkwi, ale póki co ruszać nie chcieli. Kierownik wezwał urzędnika z gminy... naszej gminy. Miał pretensje, że mu nie powiedzieli. Zaczęli radzić, pytać, gdzie gruz? Jak to gdzie, odpowiadam, na wysypisku na Stokach. A bo co? To on mówi, ten Żyd, młody taki, już nie wojenny, że on będzie szukać tego kamienia. My mówimy, że to niemożliwe. Kupę tego wywieźliśmy. Szła ciężarówka za ciężarówką od rana do nocy. Musieliby przerzucić tony gruzu. A i tak pewnie rozbita ta macewa. A on się jednak upiera, żeby jechać i spróbować. Pojechali: urzędnik, nasz kierowca, co gruz woził, żeby pokazać, gdzie sypali, i on. I wie pani co? – zawiesił głos. – Znaleźli! Co było nieprawdopodobieństwem, bo jak dojechali, to już zaczynało szarzeć, wieczór się robił. Podchodzą podobno do góry gruzów i na samym czubie, na tle czerwieniejącego o późnym zachodzie nieba, zobaczyli ten kształt charakterystyczny. Była cała. Nie do wiary.

– A skąd się tam wzięła, w tym murze? – pyta Kasia.

– Tam był cmentarz żydowski, starszy od tego na Brackiej. To pewnie stamtąd. Te wielkie kamienice i bloki po wojnie na grobach stawiali. Nawet teraz ludzkie kości wyłażą z ziemi przy różnych pracach budowlanych.

– Jeszcze raz panu dziękuję.

– A tak na odchodnym, to dlaczego akurat dzisiaj... – robotnik nie zdążył nawet dokończyć pytania, kiedy ciotka mu odpowiada.

– Sen dziwny miałam. Tę ulicę śniłam i sąsiada.

– A wie pani? Ten człowiek od macewy też mówił, że sen miał...

W milczeniu mijają gapiów. Za ich plecami słychać szykujące się do pracy spychacze. Damian idzie z ociąganiem. Kasia czuje, że lepiej na razie o nic nie pytać... ani nie prosić, chociaż miałaby ogromną chęć przyjrzenia się, jak też wygląda wyburzanie domu, ale woli tego nie robić. Ciotka jest zamyślona. Z cieniem uśmiechu na twarzy przyciska do boku swoją torbę.

Kupują w piekarni chleb i bułki. Stojąc w ciepłym wnętrzu, zjadają po świeżej drożdżówce. Ciotka jest cały czas nieobecna. O czym ona myśli, zastanawia się dziewczynka. Nachyla się do brata i szepce mu do ucha.

– Pewnie wspomina swoją młodość i tego Żyda, co mu teraz dom zburzyli. Wiem, że też chciałbyś to zobaczyć, ale sam widzisz, to nie jest odpowiedni moment, nawet się nie obejrzała, żeby choć ostatni raz spojrzeć na ten dom. No wiem, to nie był jej dom, ale zawsze... – wyciera bratu chusteczką buzię i nos.

A potem idą na Rynek Bałucki. I ciotka wreszcie się odzywa.

– Dawniej to właśnie tu chodziłam na zakupy. Teraz mam bardzo daleko. Tu nic się nie zmieniło od tamtego czasu. W każdym razie niewiele... Dobrze, że przyjechaliśmy. Wiesz, w schowku nad drzwiami znalazłam Kapeluszową Torę. Gdyby nas tu dzisiaj zabrakło...

– Pokaż! – Kasia wie, że zaraz eksploduje z ciekawości, ale ciotka Nina ani myśli w kłębiącym się tłumie handlarzy i kupujących pokazywać jej skarb Arego.

– No coś ty, dziewczyno, rozum straciła? Nie widzisz, jaki tu tłok. Nie godzi się, żeby święty przedmiot bez szacunku traktować. Ja nawet nie wiem, co z tym zrobić.

– Ciociu, ale co to właściwie jest?

– To jest Biblia Żydów.

– Czyli po prostu książka? – Kasia, trochę rozczarowana, postanawia jednak spokojnie poczekać do powrotu do domu.

– Dawniej dniami targowymi były wtorek i czwartek. Tutaj były jatki. O! Popatrz, jedna jeszcze jest! Pies z niej wychodzi. Z kością!

Kasia i Damian patrzą we wskazanym kierunku. Rzeczywiście. Ze sklepu wychodzi potężny, czarny pies z ogromną kością w zębach. Za nim kroczą dwie zupełnie różne kobiety. Jedna przypomina dziewczynce postać z filmu rysunkowego. Ma chude nóżki i legginsy, krótką kurtkę i duży kapelusz. Wszystko czarne, a ona malutka, o wyraźnych, ostrych konturach na tle kolorowego tłumu. Druga kobieta jest wysoka i zwalista. Dźwiga siatkę z zakupami. Za chwilę malownicza trójka znika między budami rynku.

– Skręcimy teraz w Ceglaną i pójdziemy na Dolny Rynek po warzywa.

Cała Ceglana jest ciasno obstawiona straganami. Ledwo się przeciskają przez handlujących. Damian kurczowo trzyma siostrę za rękę, a ta ciotkę za rękaw płaszcza.

– Wiecie co, dzieci? Chyba zrezygnujemy z tych zakupów. Jeszcze mi się tu pogubicie, a i on – wskazuje na siny z zimna nos chłopca – coś nie najlepiej wygląda. Koło domu kupimy co trzeba – i energicznie zawraca.

Jechali długo tramwajem. Kasia zdała sobie sprawę z tego, że darzy sympatią Arego Kapelusza, ponieważ przez pół dnia myślała tylko o ciotczynej opowieści i zapomniała, że są właściwie bezdomni i przyszłość rysuje się przed nimi niewiele lepsza niż ruiny domu starego, nieszczęśliwego Żyda.

W domu matka dopiero co się obudziła i stwierdziła, że poszukiwania mieszkania zacznie jutro, ale za to musi odwiedzić znajomych, z którymi dawno się nie widziała, więc niech nie czekają na nią ani z obiadem, ani z kolacją. Ciotka tylko machnęła ręką i zabrała się do gotowania.

Jarosowa pożyczyła od ciotki pieniądze na bilety. Kiedy wyszła, Nina wytarła starannie ręce i sięgnęła po torbę, która wisiała sobie cierpliwie na wieszaku. Przeszli do pokoju i tam z płóciennego worka wyjęli Torę i mezuzę. Na drewnianych rączkach nawinięty był pergamin zapisany dziwnym pismem.

– Ta sama – pokiwała głową ciotka. – Ta sama, co mi pokazywał. Czytał ją. Wyjął ją pewnego dnia ze schowka pod drzwiami. We framudze drzwi trzymali mezuzę, fragment świętego pisma. Żydzi dotykają mezuzy, wychodząc z domu, żeby nie spotkało ich żadne nieszczęście. Ary mi mówił, że Tory nie powinno się przechowywać pod podłogą, że nie takie są zasady jego wiary. A raczej były. Machnął ręką i powiedział, że teraz nie ma co się tym przejmować w świecie bez reguł. A mezuza nie powstrzymała tego, na co nie ma nazwy i nie mieści się w słowie nieszczęście. Bo jakże to tak, nieszczęściem jest zgubić sto złotych i jak dziecko umrze na tyfus... Ale jak ginie naród... Na to nie ma słowa. Tak mówił Kapelusz.

– Co z nią zrobisz?

– Właśnie tego nie wiem. Może powinnam spytać Żydów. Tylko gdzie ich szukać?

– W książce telefonicznej.

– Dobry pomysł. Ale czego szukać? Synagogi? Na Rewolucji była. Pewnie tam jeszcze jest. Muszę nad tym pomyśleć. Schowamy to do szafy, albo lepiej na szafę – ciotka weszła na krzesło i wsunęła głęboko worek z Torą. – No! – otrzepała ręce z kurzu.

– A co się stało z tym Kapeluszem?

– Miał wyjechać do Izraela, bo okazało się, że ktoś z rodziny przeżył i szukał go całe lata. Chyba córka. Jedna jedyna z kilkorga jego dzieci. Ary nie chciał wyjeżdżać, ale pragnienie posiadania rodziny, kogoś bliskiego było tak wielkie, że w końcu się zdecydował. Załatwił paszport, kupił bilet i oczywiście postanowił zrobić pożegnalne święto i uczcić to ogromne szczęście, jakim jest odzyskanie dziecka, choćby jednego. Tak mówił, święto – ciotka Nina zapatrzyła się w ścianę jak w srebrny ekran, gdzie zobaczyła tamte pamiętne trzy dni: wielkie wesele całej ulicy Brzeskiej. Pożegnalny karnawał Arego Kapelusza.

– Tylu ludzi jeszcze u nas na ulicy nie było. Sprosił również tych, z którymi miał na pieńku, nawet rabina z Rewolucji... Nie wiem, o co im poszło. Przyszli Ruscy z bałałajkami, bajanem – to taki instrument, podobny do akordeonu – i z całymi misami pierogów. Kobiety nasmażyły blinów. Miejscowi zrzucili się na prosiaka dla naszych i barana dla nich. Jednego upiekliśmy, a drugiego przerobiliśmy na szaszłyki i czulent, ale i tak rabin był oburzony niekoszerną świnią.

Ary świętował i śmiał się. Trzy dni grał ze swoimi muzykantami, z twoim wujem, z Rosjanami, z innymi Żydami, co na skrzypcach smykami piłowali. Ach, Kasiu, co to była za zabawa. Ary grał dzień i noc, tylko bimbrem na śliwkach popijał i czasem zakąszał, ale niewiele. O dziwo, pijany za bardzo nie był... – Nina zamilkła.

– I co, wyjechał?

– Nie wyjechał... – pokiwała smutnie głową.

– Dlaczego? – Kasia z przejęcia wstrzymała oddech.