Piąta ofiara - J.D. Barker - ebook

27 osób właśnie czyta

Opis

Chicago. Jedna z najsurowszych zim od wielu lat. Pod powierzchnią zamarzniętego jeziora zostaje odkryte ciało nastolatki Elli Reynolds. Dziewczyna zaginęła trzy tygodnie temu, tylko że jezioro jest zamarznięte od kilku miesięcy… Media uważają, że za porwaniem stoi seryjny morderca. Wkrótce giną kolejne ofiary. Instynkt detektywa Portera podpowiada mu, że sprawa jest początkiem czegoś bardzo złego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 602

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1

Porter

Dzień pierwszy, 20.23

Ciemność.

Ogarnęła go, głęboka i gęsta, pochłonęła światło i zostawiła za sobą tylko atramentowoczarną pustkę. Mgła dławiła jego myśli – słowa próbowały się łączyć, utworzyć sensowne, spójne zdanie, ale w chwili, gdy zdawały się już bliskie osiągnięcia celu, przepadały w mroku, zastępowało je nasilające się poczucie strachu, wrażenie ciężkości – a ciało zapadało się w mętną toń.

Mokry zapach.

Pleśń.

Wilgoć.

Porter chciał otworzyć oczy.

Musiał otworzyć oczy.

One jednak się broniły, trzymały się mocno.

Głowa pękała mu z bólu.

Dokuczliwe pulsowanie za prawym uchem, a także w skroni.

– Staraj się nie ruszać, Sam. Nie chcę, żeby zrobiło ci się niedobrze.

Głos dobiegał z oddali, stłumiony, ale dobrze znany.

Porter leżał.

Zimna stal pod opuszkami palców.

Wtedy przypomniał sobie zastrzyk. Igła w szyi, szybkie ukłucie, zimny płyn przedzierający się przez skórę do mięśni, a potem…

Porter zmusił się do otwarcia oczu, choć ciężkie powieki nie chciały ustąpić. Suchość, pieczenie.

Próbował potrzeć oczy, wyciągnął prawą dłoń, ale coś szarpnęło ją z powrotem do tyłu: to naprężył się łańcuch na jego nadgarstku.

Zachłysnął się powietrzem, ale wytężył siły i usiadł. Przy zmianie pozycji zakręciło mu się w głowie. Mało brakowało, a natychmiast upadłby z powrotem na plecy.

– Hej, Sam, nie szalej. Działanie etorfiny powinno wkrótce ustąpić, skoro już odzyskałeś przytomność. Poczekaj minutkę czy dwie.

Zapaliło się światło, jasny halogen skierowany wprost na jego twarz. Porter się skrzywił, ale nie zamierzał odwracać oczu, uparcie wbijał wzrok w mężczyznę stojącego obok źródła światła – ciemny, niewyraźny kształt.

– Bishop? – Porter ledwie rozpoznał własny głos, chrapliwy jak szuranie po żwirze.

– Co słychać, Sam? – Cień zrobił krok w prawo, odwrócił pusty dwudziestolitrowy kubeł po farbie do góry dnem i usiadł.

– Przestań mi świecić po oczach, do jasnej cholery.

Porter szarpnął za łańcuch przymocowany do nadgarstka. Drugi koniec kajdanek zagrzechotał na jakiejś grubej rurze – wodociągowej, a może od gazu.

– Co to ma, kurwa, być?

Anson Bishop sięgnął do lampy i przekręcił ją nieco w lewo. Jarzeniówka umocowana na jakimś stojaku. Światło padło na mur z pustaków z bojlerem w przeciwległym kącie oraz starymi pralką i suszarką ustawionymi pod ścianą.

– Lepiej?

Porter znowu szarpnął łańcuchem.

Bishop uśmiechnął się pod nosem i wzruszył ramionami.

Kiedy Porter widział go ostatni raz, Bishop miał ciemnobrązowe, bardzo krótko obcięte włosy. Teraz były jaśniejsze i dłuższe, rozczochrane. Twarz pokrywał mu trzy-, czterodniowy zarost. Swobodny, acz elegancki strój został zastąpiony przez dżinsy i ciemnoszarą bluzę z kapturem.

– Wyglądasz dość podle – stwierdził Porter.

– Ciężkie czasy.

Nie mógł jednak zmienić swoich oczu, czającego się za nimi chłodu.

Jego oczy pozostały takie same.

Bishop wyciągnął z tylnej kieszeni łyżeczkę do jedzenia grejpfrutów i zaczął z roztargnieniem obracać ją w dłoni. Ząbkowana krawędź błyskała w świetle.

Porter postanowił zignorować łyżeczkę. Spojrzał w dół i postukał palcem wskazującym w metalową powierzchnię, na której siedział.

– To taki sam wózek, do jakiego przykułeś Emory?

– Mniej więcej.

– Nie miałeś jakiegoś łóżka polowego?

– Mniej wytrzymałe.

Spod wózka wyciekała kałuża ciemnoczerwonego płynu, rozległa plama na brudnej, betonowej posadzce. Porter wolał o nią nie pytać. Kiedy dotknął spodu metalowych noszy, poczuł na palcach coś lepkiego. O to też nie zapytał. Na ścianie po jego lewej stronie wisiało kilka półek pełnych rozmaitych przyborów malarskich: puszek, pędzli, folii ochronnej. Sufit zbudowano z drewnianych desek o szerokości mniej więcej piętnastu centymetrów, rozmieszczonych co niecałe pół metra. Przestrzeń między deskami wypełniały odsłonięte kable, rury kanalizacyjne i przewody wentylacyjne.

– To piwnica w domu mieszkalnym. Niedużym i raczej starym. Ta rura nad twoją głową jest pokryta azbestem, więc nie radziłbym jej obgryzać. Domyślam się, że budynek jest opuszczony, bo podłączyłeś sobie tę lampkę do przedłużacza, a kabel idzie na górę do… Hm, jakiegoś akumulatora? Na pewno nie masz tam generatora, byłoby słychać. Nie skorzystałeś z gniazdek w ścianie, więc pewnie nie ma tu prądu. Poza tym jest zimno jak w psiarni. Para leci mi z ust, czyli nie ma też ogrzewania. To znowu świadczy o tym, że dom jest opuszczony. Nikt by nie ryzykował, że zamarzną mu rury.

Bishopowi wyraźnie sprawiło to przyjemność, na jego ustach igrał wątły uśmieszek.

Porter kontynuował.

– Budynek jest raczej wąski, więc to pewnie jeden z tych tradycyjnych domów typu shotgun. Biorąc pod uwagę, że raczej nie wybrałeś modnej dzielnicy ze Starbucksami, gdzie mieszkańcy mają dostęp do internetu i zwykle od razu zgłaszają policji, że zauważyli ściganego przestępcę, zakładam, że wolałeś się trzymać zachodniej części miasta. Może to na przykład Wood Street. Dużo tam pustych domów.

Wolną ręką Porter sięgnął pod płaszcz na piersi po broń, ale znalazł tylko pustą kaburę. Komórki też nie było.

– Gliniarz w każdym calu.

Wood Street znajdowała się o dobry kwadrans jazdy samochodem od jego mieszkania przy Wabash Avenue, nawet przy małym natężeniu ruchu, a Porter poczuł ukłucie w szyję jakąś przecznicę od domu. Oczywiście snuł tylko dzikie domysły, ale zależało mu, żeby Bishop nie przestawał mówić. Im porywacz więcej mówił, tym Porter mniej myślał o tamtej łyżeczce.

Pulsujący ból skupił się w punkcie za prawym okiem Portera.

– Nie próbujesz mnie przekonać, żebym oddał się w ręce sprawiedliwości? Że jeśli będę współpracował, to pomożesz mi uniknąć kary śmierci?

– Nie.

Tym razem Bishop się uśmiechnął.

– Hej, chcesz zobaczyć coś fajnego?

Porter odpowiedziałby przecząco, ale wiedział, że jego słowa tak naprawdę są bez znaczenia. Ten człowiek miał obmyślony plan, działał w konkretnym celu. Uprowadzenie detektywa chicagowskiej policji to ryzyko, którego nikt by nie podjął bez ważnego powodu.

W prawej przedniej kieszeni czuł breloczek z kluczami. Bishop mu je zostawił, kiedy zabierał telefon i broń. Miał tam kluczyk do kajdanek, a do większości pasował ten sam. Kiedy zaczynał pracę w policji, wyjaśniono mu, że zazwyczaj to nie ta sama osoba zakuwa zatrzymanego w kajdanki i potem go z nich rozkuwa. Podejrzany jest często kilkakrotnie przenoszony między komisariatami. Dlatego nauczono ich, żeby podczas przeszukania zabierać klucze, wszystkie bez wyjątku. Każdy kryminalista z prawdziwego zdarzenia nosił przy sobie kluczyk do kajdanek, na wypadek gdyby jakiś żółtodziób zapomniał sprawdzić. Porter musiałby jednak wyjąć pęk kluczy z prawej kieszeni, przełożyć go jakoś do lewej ręki, otworzyć kajdanki i unieszkodliwić Bishopa, zanim ten zdążyłby pokonać dzielącą ich odległość półtora metra.

Napastnik chyba nie miał żadnej broni, tylko łyżeczkę.

– Oczy z przodu, Sam – rozkazał Bishop.

Porter zwrócił się ponownie ku niemu.

Bishop wstał i przeszedł na drugą stronę piwnicy do stolika koło pralki. Wrócił na miejsce z małym drewnianym pudełkiem, na którym leżał glock Portera. Odłożył broń na podłogę koło siebie i zwolnił kciukiem zatrzask, otwierając pokrywkę.

Sześć gałek ocznych gapiło się na Portera z czerwonej aksamitnej wyściółki.

Dawne ofiary Bishopa.

Porter spuścił wzrok na pistolet.

– Oczy z przodu – powtórzył Bishop i zachichotał.

Coś się nie zgadzało. Bishop zawsze postępował zgodnie z tym samym schematem. Najpierw usuwał ofierze ucho, potem oczy, a na końcu język i wysyłał je kolejno do bliskich ofiary wraz z liścikiem, wszystko w białym pudełku przewiązanym czarnym sznurkiem. Zawsze. Nigdy nie odstępował od tej zasady. Nie zostawiał sobie trofeów. Wierzył, że karze rodziny za jakieś złe uczynki. Samozwańczy obrońca wymierzający sprawiedliwość chorymi metodami. Nie zostawiał sobie oczu. Nigdy nie zostawiał…

– Lepiej już zacznijmy. – Bishop pogłaskał dłonią pokrywkę pudełka, gestem pełnym czułości, po czym odstawił je na podłogę obok pistoletu i podniósł łyżeczkę do światła.

Porter sturlał się z metalowych noszy na kółkach, wrzeszcząc z bólu, kiedy metalowa obręcz wpiła się w skórę nadgarstka – rura trzymała się mocno. Próbując zignorować ból, niezgrabnie wcisnął lewą dłoń do prawej kieszeni spodni, żeby wyciągnąć klucze, a jednocześnie kopnął wózek w kierunku Bishopa. Już muskał breloczek czubkami palców, kiedy Bishop uchylił się przed noszami, wierzgnął nogą do przodu i kopnął Portera w lewą piszczel. Porter nie zdołał ustać i zwalił się na ziemię, ale kajdanki na jego prawej ręce przyczepione do rury szarpnęły tak mocno, że prawie wyrwały mu ramię ze stawu.

Zanim zdążył zareagować, poczuł kolejne ukłucie igły, tym razem w udo. Próbował spojrzeć w dół, ale Bishop szarpnął go za włosy, odciągając głowę do tyłu.

Świadomość zaczęła powoli odpływać. Porter z tym walczył, walczył z całych sił. Walczył na tyle długo, żeby zobaczyć, jak do jego lewego oka zbliża się łyżeczka do grejpfruta, żeby poczuć, jak ząbkowane ostrze przecina tarczkę powieki, kiedy Bishop wcisnął łyżeczkę do jego oczodołu, na tyle długo, żeby…

– Niezła była?

Porter rzucił się na siedzeniu przytrzymywany przez pas bezpieczeństwa. Łapał gwałtownie powietrze, szarpiąc głową na boki, aż w końcu jego wzrok wylądował na Nashu siedzącym w fotelu kierowcy.

– Co? Kto?

Nash uśmiechnął się złośliwie.

– Panienka z twojego snu. Jęczałeś.

„Sześć gałek ocznych”.

Porter, wciąż zdezorientowany, uświadomił sobie, że siedzi na miejscu pasażera w chevrolecie Nasha, starej novie rocznik 1972, którą ten kupił dwa miesiące temu, kiedy jego ukochany ford fiesta wyzionął ducha na drodze numer 290 o trzeciej nad ranem. Musiał wtedy wezwać transport z centrali, bo nie mógł się dodzwonić do Portera.

Porter wyjrzał przez okno. Szybę pokrywała cienka warstewka brudnego lodu.

– Gdzie my jesteśmy?

– Na Hayes, zbliżamy się do parku – odpowiedział partner, włączając kierunkowskaz. – Może powinieneś sobie odpuścić tę akcję.

Porter pokręcił głową.

– Nic mi nie jest.

Nash skręcił w lewo do Jackson Park i pojechał odśnieżoną niedawno drogą. Czerwono-niebieskie światła odbijały się od ciemnych drzew wokół.

– To już cztery miesiące, Sam. Jeśli nadal masz problemy ze snem, powinieneś z kimś porozmawiać. Niekoniecznie ze mną czy z Clair, ale… z kimś.

– Nic mi nie jest – powtórzył Porter.

Minęli boisko do bejsbolu po prawej stronie, porzucone na okres zimy, i zagłębili się między nagie drzewa. Przed nimi migało jeszcze więcej świateł: pół tuzina samochodów, może więcej. Cztery wozy patrolowe, karetka, wóz strażacki. Wzdłuż brzegu zalewu stały wielkie reflektory iluminacyjne, a na całym terenie odgrodzonym żółtą taśmą policyjną rozsiane były ogrzewacze gazowe.

Nash zahamował za wozem straży pożarnej, przestawił dźwignię skrzyni biegów na tryb parkowania i zgasił silnik, który zakrztusił się dwukrotnie, jakby szykował się do spektakularnego strzału z rury wydechowej, ale w końcu ucichł. Porter zauważył kilku funkcjonariuszy gapiących się w ich stronę, kiedy gramolili się z samochodu na mroźne zimowe powietrze.

– Mogliśmy przyjechać moim – powiedział Porter do Nasha. Podeszwy jego butów zachrzęściły na świeżym śniegu.

Porter miał dodge’a chargera rocznik 2011.

Większość współpracowników nazywała samochód Portera „autem na kryzys wieku średniego” – dwa lata temu, w dniu jego pięćdziesiątych urodzin, dodge zastąpił toyotę camry. To była niespodzianka: Heather, świętej pamięci żona Portera, kupiła mu sportowy samochód po tym, jak ich poprzednie auto padło ofiarą wandali i wyzionęło ducha w jednej z niezbyt przyjaznych policji dzielnic na południu miasta. Porter nie ukrywał, że siedząc za kierownicą tego pojazdu, czuł się o ładnych kilka lat młodszy, ale przede wszystkim widok samochodu wywoływał uśmiech na jego twarzy.

Heather ukryła kluczyki we własnoręcznie upieczonym torcie urodzinowym i mało brakowało, a Porter złamałby sobie na nich ząb.

Potem zawiązała mu oczy i sprowadziła po schodach przed budynek, śpiewając Sto lat, chociaż z takim głosem raczej nie miałaby szans dostać się do Idola.

Porter myślał o żonie za każdym razem, kiedy wsiadał do samochodu, ale zdawało się, że z dnia na dzień coraz mniej rzeczy mu o niej przypomina, a rysy jej twarzy stopniowo zacierają się w jego pamięci.

– Twój samochód jeszcze pogarsza sprawę. Ciągle nim jeździmy, a moja Connie gnije na podjeździe przed domem. Jeśli będę nią jeździł, to nie zapomnę, że chcę ją odremontować. Jeśli będę pamiętał, że chcę ją odremontować, to może w końcu wezmę ją na warsztat i zabiorę się do roboty.

– Connie?

– Samochody powinny mieć imiona.

– Wcale nie. Samochodom nie powinno się nadawać imion, a ty nie masz zielonego pojęcia, jak ją… go wyremontować. Założę się, że jak już dotelepałeś się tym gruchotem do domu i zajrzałeś pod maskę, to się zorientowałeś, że zajmie ci to trochę więcej niż czterdzieści trzy minuty, nie tak jak w odcinku poTURBOwanych.

– Ten program to ściema. Powinni mówić, ile faktycznie trwa taka naprawa.

– Mogło być gorzej. Przynajmniej nie uzależniłeś się od HGTV i nie próbujesz w wolnym czasie dorabiać sobie renowacją i sprzedażą domów.

– Racja. Chociaż oni się z tym uwijają w dwadzieścia dwie minuty, a zwrot z inwestycji mają dużo większy – odparł Nash. – Jakbym tak opchnął z jeden dom czy dwa, to mógłbym komuś zapłacić za naprawę auta. Oho, tam jest Clair…

Przeszli pod żółtą taśmą policyjną i skierowali się na brzeg zalewu. Clair stała obok jednego z ogrzewaczy, do ucha przyciskała telefon. Kiedy ich zauważyła, skinęła głową w stronę wody, zakryła mikrofon i powiedziała:

– Wydaje nam się, że to Ella Reynolds. – Po czym wróciła do rozmowy.

Portera zakłuło w sercu.

Ella Reynolds była piętnastolatką, która trzy tygodnie wcześniej zaginęła po lekcjach w pobliżu Logan Square. Ostatni raz widziano ją, kiedy wysiadała z autobusu dwie przecznice od domu. Rodzice natychmiast zgłosili zaginięcie, w ciągu godziny uruchomiono system alarmowy. Niewiele to jednak dało. Nikt nie przekazał żadnych użytecznych informacji.

Nash ruszył nad brzeg zbiornika, Porter poszedł w jego ślady.

Zalew był zamarznięty.

Cztery pomarańczowe pachołki stały na lodzie kawałek od brzegu, a między nimi przeciągnięto żółtą taśmę, tworząc prostokąt. Śnieg został odgarnięty.

Porter ostrożnie postawił stopę na lodzie, nasłuchując charakterystycznego trzasku. Choć taflę pokrywały liczne ślady butów, zawsze się stresował, kiedy to on miał wkroczyć na zamarzniętą powierzchnię.

Postąpił kilka kroków do przodu i zauważył dziewczynę. Lód był przeźroczysty jak szkło.

Patrzyła z dołu oczami pozbawionymi wyrazu.

Miała przeraźliwie bladą skórę, zabarwioną na niebiesko z wyjątkiem okolic oczu. Tutaj jej skóra była ciemnofioletowa. Wargi miała rozchylone, jakby chciała coś powiedzieć, jakieś słowa, które nigdy już nie wybrzmią.

Porter przyklęknął, żeby dokładniej się jej przyjrzeć.

Miała na sobie czerwoną kurtkę, czarne dżinsy, białą wełnianą czapkę i rękawiczki do kompletu, a także różowe buty sportowe. Ramiona zwisały jej luźno po bokach, nogi skulone pod ciałem znikały w ciemnej toni. W wodzie zwłoki zwykle puchną, ale niska temperatura konserwuje. Porter wolał spuchnięte. Zauważył, że kiedy wyglądały na mniej ludzkie, łatwiej mu było przyswoić sobie ten widok – podchodził do sprawy mniej emocjonalnie.

Dziewczyna wyglądała jak niemowlę, opuszczone i bezbronne, śpiące pod szklanym kocem.

Nash stał za nim i lustrował wzrokiem drzewa na drugim brzegu.

– W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym trzecim urządzili tu wystawę światową. Po tamtej stronie zalewu był ogród japoński, zajmował cały ten obszar, gdzie teraz jest lasek. Ojciec przyprowadzał mnie tutaj jako dzieciaka. Mówił, że spieprzyło się dopiero w czasie drugiej wojny światowej. Czytałem gdzieś chyba, że udało się zebrać fundusze, żeby na wiosnę go przywrócić. Widzisz te oznakowane drzewa? Do wycięcia.

Porter podążył za wzrokiem partnera. Zalew rozgałęział się na dwie części, wschodnią i zachodnią, opływające niewielką wysepkę. Wiele z porastających ją drzew obwiązano różowymi wstążkami. Na drugim brzegu stało kilka ławek pokrytych cienką warstewką szronu.

– Jak myślisz, kiedy ten zbiornik zamarza?

Nash zastanowił się chwilę.

– Pod koniec grudnia, może na początku stycznia. A czemu?

– Jeśli to Ella Reynolds, to jak dostała się pod lód? Zniknęła trzy tygodnie temu. Zalew powinien być już wtedy całkowicie zamarznięty.

Nash znalazł w telefonie zdjęcie Elli Reynolds i pokazał Porterowi.

– Wygląda jak ona, ale może to tylko zbieg okoliczności, jakaś inna dziewczyna, która się utopiła, kiedy powierzchnia nie była jeszcze skuta lodem.

– Może, ale jest do niej bardzo podobna.

Pojawiła się przy nich Clair. Pochuchała w dłonie i roztarła je mocno.

– Rozmawiałam z Sophie Rodriguez z wydziału zaginionych dzieci. Wysłałam jej zdjęcie i upiera się, że to Ella Reynolds, ale ubranie się nie zgadza. Kiedy Ella zniknęła, miała na sobie czarną kurtkę. Troje świadków zeznało, że widziało ją w autobusie w czarnej kurtce. Zadzwoniła nawet do matki dziewczyny, ale kobieta twierdzi, że jej córka nie ma czerwonej kurtki ani białej czapki i rękawiczek.

– Czyli albo to zupełnie inna dziewczyna, albo ktoś ją przebrał – stwierdził Porter. – Jesteśmy ponad dwadzieścia kilometrów od miejsca, w którym Ella zniknęła.

Clair przygryzła wargę.

– Będzie potrzebna identyfikacja zwłok.

– Kto ją znalazł?

Clair wskazała na radiowóz stojący na obrzeżach odgrodzonego terenu.

– Jakiś chłopak z ojcem, dzieciak ma dwanaście lat. – Zerknęła na notatki w telefonie. – Scott Watts. Przyszli sprawdzić, czy lód na zalewie jest wystarczająco mocny, żeby potrenować jazdę na łyżwach. Ojciec ma na imię Brian. Podobno chłopak odgarnął śnieg i zauważył kawałek ręki. Facet kazał synowi się cofnąć, odśnieżył trochę większy kawałek, przekonał się, że to osoba, i zadzwonił pod numer alarmowy. To było jakąś godzinę temu, zgłoszenie przyjęto o dziewiętnastej dwadzieścia dziewięć. Upchnęłam ich w radiowozie, w razie gdybyście chcieli z nimi porozmawiać.

Porter poskrobał lód paznokciem palca wskazującego i rozejrzał się dookoła. Po lewej stało dwoje techników kryminalistycznych i podejrzliwie przyglądało się ich trójce.

– Kto odgarnął ten śnieg? – zapytał.

Młodsza z tej dwójki, na oko trzydziestoletnia blondynka z krótkimi włosami, w okularach i grubej różowej kurtce, podniosła rękę.

– Ja, proszę pana.

Jej kolega przestąpił niepewnie z nogi na nogę. Wyglądał na starszego od niej o jakieś pięć lat.

– Ja nadzorowałem. A o co chodzi?

– Nash? Możesz mi to podać? – Porter wskazał na pędzel z długim, białym włosiem, który wystawał z jednego z przyborników kryminalistycznych.

Gestem dłoni poprosił techników, żeby podeszli bliżej.

– Spokojnie, zwykle nie gryzę.

W listopadzie Porter wrócił przed czasem ze zwolnienia, na które wysłano go po tym, jak jego żona zginęła podczas napadu na miejscowy sklep spożywczy. Chciał pracować, głównie po to, żeby mieć jakieś zajęcie, nie myśleć o tym, co się stało.

Zdecydowanie najgorsze były dni bezpośrednio po jej śmierci, kiedy zamknął się sam w mieszkaniu. Wszystko przypominało mu o żonie.

Jej twarz patrzyła na niego z fotografii ustawionych na niemal każdej półce. W powietrzu unosił się jej zapach – przez pierwszy tydzień nie mógł zasnąć, jeśli nie rozłożył na łóżku jej ubrań. Siedział w domu i obsesyjnie myślał o tym, co zrobiłby facetowi, który ją zabił. Nie chciał, żeby takie myśli wypełniały mu głowę.

W końcu z mieszkania wyciągnął go Zabójca Czwartej Małpy, zwany 4MK.

To również 4MK dokonał zemsty na człowieku, który zamordował żonę Portera. I to z jego powodu ludzie zachowywali się dziwnie w jego towarzystwie, tak jak ta dwójka techników. Nie tyle z lękiem, ile z nabożnym podziwem.

To przez niego 4MK pod maską technika kryminalistycznego zdołał przeniknąć w szeregi zespołu prowadzącego śledztwo. To jego Zabójca Czwartej Małpy dźgnął nożem w jego własnym mieszkaniu. To on był tym gliniarzem, który złapał seryjnego mordercę i pozwolił mu się wymknąć.

Cztery miesiące później wszyscy nadal o tym rozmawiali, tyle że nie przy nim.

Technicy podeszli bliżej.

Kobieta kucnęła obok niego.

Za pomocą pędzla Porter odgarnął śnieg z obszaru przylegającego do linii brzegowej oraz wokół oczyszczonego wcześniej terenu. Kiedy powiększył już krąg o kolejne pół metra, odłożył pędzel i zaczął przeciągać dłonią po lodzie, zaczynając od środka i powoli przesuwając się ku brzegom. Zatrzymał się około dziesięciu centymetrów od granicy śniegu.

– Tutaj. Proszę dotknąć.

Młodsza techniczka zdjęła rękawiczkę i z wahaniem wykonała polecenie, opuszkami palców muskając lodową taflę.

Zatrzymała się parę centymetrów od jego dłoni.

– Czuje pani?

Skinęła głową.

– Delikatne wgłębienie. Płytkie, ale wyczuwalne.

– Proszę obwieść szczelinę dookoła i zaznaczyć. – Podał jej gruby flamaster.

Minutę zajęło jej narysowanie równego kwadratu dokładnie nad ciałem. Po bokach przylegały do niego dwa mniejsze kwadraty, każdy o krawędzi około dziesięciu centymetrów.

– No to chyba mamy odpowiedź – stwierdził Porter.

Nash zmarszczył czoło.

– O co chodzi?

Porter wstał i pomógł się podnieść techniczce.

– Jak się pani nazywa?

– Lindsy Rolfes.

– Rolfes, proszę wytłumaczyć, o co chodzi.

Zastanowiła się chwilę, zerkając to na Portera, to na lód. Nagle do niej dotarło.

– Zalew był zamarznięty, więc ktoś wyciął dziurę w lodzie, prawdopodobnie przy użyciu bezprzewodowej piły łańcuchowej, a potem wrzucił ofiarę do wody. Gdyby wpadła, zobaczylibyśmy poszarpane krawędzie, a nie idealny kwadrat. Ale to nie ma sensu…

– Co?

Zmarszczyła brwi, sięgnęła do przybornika, wyjęła wiertarkę bezprzewodową, przymocowała calową końcówkę i wywierciła dwa otwory, jeden poza obszarem wytyczonym przez jej linię, drugi blisko ciała. Linijką zmierzyła odległość do wody w obu miejscach.

– Nie rozumiem… Ofiara jest pod linią zamarzania.

– Nie nadążam – powiedziała Clair.

– Uzupełnił wodę – stwierdził Porter.

Rolfes pokiwała głową.

– No tak, ale po co? Mógł po prostu wyciąć przerębel, wepchnąć ciało pod lód i zostawić dziurę, żeby naturalnie zamarzła. Byłoby znacznie szybciej i łatwiej. Dziewczyna by zniknęła, może nawet na zawsze.

Clair westchnęła.

– Moglibyście wytłumaczyć bardziej po ludzku? Nie wszyscy tu jesteśmy ekspertami od przerębli.

Porter gestem poprosił o linijkę. Rolfes podała mu ją.

– Lód ma grubość co najmniej dziesięciu centymetrów. Widać tu linię wody. – Wskazał na podziałkę linijki. – Gdybyś wycięła stąd kwadratowy blok lodu, zostałby występ o wysokości dziesięciu centymetrów, od powierzchni lodu do wody. Powiedzmy, że potem wrzucasz ciało do przerębla, dziewczyna tonie, a ty chcesz ukryć dziurę. Musiałabyś zaczekać, aż zrobi się nad nią przynajmniej cienka warstwa lodu, a potem zalać dziurę wodą, wypełnić aż do górnej krawędzi lodu, żeby wyrównać.

– Woda zamarzałaby tutaj przynajmniej dwie godziny – oznajmiła Rolfes. – Może trochę krócej, ostatnio były bardzo niskie temperatury.

Porter przytaknął.

– Dolewał wody tak długo, aż świeży lód osiągnął grubość starego. Nasz sprawca jest cierpliwy. To musiało być bardzo czasochłonne. – Zwrócił się do starszego technika: – Ten lód będzie nam potrzebny. Wszystko, co nad nią, i dodatkowo po kilka centymetrów poza tym obszarem. Jest spora szansa, że jakieś ślady dostały się do wody, zanim zamarzła. Podejrzany długo się tu kręcił.

Technik przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby zamierzał protestować, ale potem niechętnie pokiwał głową. Wiedział, że Porter ma rację.

Wzrok Portera powędrował ku kępie drzew na drugim brzegu.

– Ale nie rozumiem, dlaczego ten ktoś nie zostawił jej po prostu tam. Wyciąganie ciała na otwartą przestrzeń, wycinanie przerębla, napełnianie wodą, czekanie, aż zamarznie… To spore ryzyko. Sprawca mógł ją przecież przenieść przez mostek i rzucić gdziekolwiek w tych chaszczach, nikt by jej nie znalazł przynajmniej do wiosny, kiedy mają się zacząć roboty. A on poświęcił długie godziny na to, żeby upozować ją w zbiorniku wodnym w pobliżu obszaru, gdzie panuje duży ruch. Zaryzykował, że ktoś go złapie. Po co? Chciał stworzyć iluzję, że ofiara była tu znacznie dłużej niż w rzeczywistości? Musiał się spodziewać, że się domyślimy.

– Zwłoki nie pływają – zauważył Nash. – Przynajmniej przez pierwsze kilka dni. Popatrzcie na nią. Ciało jest w idealnym stanie. Ciągle nie rozumiem, jakim cudem unosi się na wodzie.

Porter przeciągnął palcem po krawędzi kwadratu i zatrzymał się przy jednym z dwóch mniejszych kwadratów po bokach. Zbliżył twarz do tafli lodu i przyjrzał się ofierze z boku.

– A niech mnie.

– Co? – Rolfes też się pochyliła.

Porter przesunął dłonią po lodzie nad ramionami dziewczyny. Kiedy znalazł to, czego szukał, ułożył w tym miejscu dłoń Rolfes. Patrzyła na niego, coraz bardziej wytrzeszczając oczy, w miarę jak jej palce badały powierzchnię lodu. Sięgnęła do kwadratu po drugiej stronie.

– Nie pozwolił jej utonąć. Położył coś na dziurze, prawdopodobnie deskę o szerokości mniej więcej dziesięciu centymetrów, sądząc po tych śladach, po czym obwiązał ciało na wysokości ramion sznurkiem albo cienką linką i przymocował do deski na czas zamarzania dolanej wody. Po wszystkim odciął linkę. Ciągle da się wyczuć lekkie zgrubienia w lodzie. Został tylko taki kawałek linki, żeby utrzymywać ją blisko powierzchni. Jeśli spojrzeć pod odpowiednim kątem, to widać pod lodem sznurek.

– Chciał, żeby ją znaleziono? – spytała Clair.

– Chciał zrobić wrażenie, na wypadek gdyby ją znaleziono – odparł Porter. – Zadał sobie wiele trudu, żeby zaaranżować wszystko tak, jakby ofiara zamarzła w zalewie całe miesiące temu, mimo że jest tu zapewne od kilku dni, może nawet krócej. Musimy ustalić, dlaczego tak mu na tym zależało.

– Facet się z nami bawi – stwierdziła Rolfes. – Nakombinował się ze sceną zbrodni, żeby pasowała do jakiejś narracji.

Instynkt samozachowawczy i strach to dwa z najsilniejszych ludzkich instynktów. Porter nie był pewny, czy chce poznać człowieka pozbawionego obu z nich.

– Wyjmijcie ją – zarządził w końcu.

2

Porter

Dzień pierwszy, 23.24

– Mam wejść na górę?

Zaparkowali przed domem Portera przy Wabash. Nash trącał delikatnie pedał gazu, żeby silnik Connie nie zgasł. Noc zrobiła się przejmująco mroźna.

Porter pokręcił głową.

– Jedź do domu i się wyśpij. Od rana bierzemy się ostro do roboty.

Technicy kryminalistyczni piłami łańcuchowymi wycięli lód znad dziewczyny w formie jednego kwadratowego bloku, po czym ostrożnie podzielili go na mniejsze kawałki, załadowali do wiader i przewieźli do laboratorium do analizy. Ciało dziewczyny trafiło do kostnicy, gdzie miało czekać na identyfikację. Porter zadzwonił do Toma Eisleya, który zgodził się przyjść wcześniej do pracy i poinformować go, gdy tylko uda się zidentyfikować zwłoki. Kiedy Porter i Nash opuszczali park, patrol mundurowych nadal przeszukiwał okolicę, ale nic nie udało im się znaleźć. Clair zgodziła się zostać dłużej i przejrzeć materiał wideo z jedynej kamery umieszczonej przy wejściu do parku. Nie była pewna, czego właściwie szuka, a Porter nie potrafił powiedzieć jej nic konkretnego – tylko żeby wypatrywała czegokolwiek odbiegającego od normy w okresie ostatnich trzech tygodni, zwłaszcza po godzinach otwarcia. Park zamykano o zmroku, potem – nie licząc kilku latarni w najbardziej uczęszczanych miejscach – teren pogrążał się w ciemności. Nad zalewem nie było żadnego oświetlenia. Każdy, kto pojawiłby się tam po zmierzchu, na pewno by się wyróżniał.

– A co do tej sprawy wcześniej, kiedy jechaliśmy do parku… – zaczął Porter.

Nash wszedł mu w słowo.

– Nie ma sprawy, nie musisz się tłumaczyć.

Porter machnął ręką.

– Nie sypiam za dobrze. Mam tak od śmierci Heather. Kiedy wchodzę do mieszkania, wydaje mi się takie puste. Wydaje mi się, że ona lada chwila wyjdzie z sąsiedniego pokoju albo stanie w drzwiach wejściowych z siatami pełnymi zakupów, ale tak się nie dzieje. Nie chcę zerkać na jej połowę łóżka i widzieć, że jest pusta. Nie chcę patrzeć na jej szczoteczkę do zębów w łazience, ale nie jestem w stanie jej wyrzucić. To samo z ubraniami. Jakiś tydzień temu prawie zapakowałem wszystko, żeby oddać biednym. Włożyłem już nawet pierwszą bluzkę do pudła, ale nie dałem rady. Kiedy zacząłem grzebać w tych ubraniach, powietrze wypełniło się jej zapachem i poczułem się tak, jakby wróciła, choćby na krótką chwilę. Wiem, że powinienem zamknąć ten rozdział, ale nie jestem pewny, czy potrafię. Przynajmniej na razie.

Nash nachylił się ku przyjacielowi i ścisnął go krzepiąco za ramię.

– Dasz radę. To kwestia czasu. Nikt cię nie pogania. Pamiętaj tylko, że możesz na nas liczyć. Jesteśmy przy tobie, gdybyś czegokolwiek potrzebował. – Nash gmerał nerwowo przy kierownicy, skubał kawałek sztucznej skóry. – Może dobrze by ci zrobiła przeprowadzka. Znalazłbyś sobie nowe miejsce, mógłbyś zacząć od początku.

Porter pokręcił głową.

– Nie mogę. Razem znaleźliśmy to mieszkanie. To mój dom.

– To może jakieś wakacje? – zasugerował Nash. – Masz masę zaległego urlopu.

– No, może. – Porter zapatrzył się na fasadę budynku.

Nie przeprowadzi się. Nie w najbliższej przyszłości.

Drzwi chevroleta zaskrzypiały, kiedy pociągnął za klamkę i wysiadł.

– Jasny gwint, ale zimno.

– Pora wyjąć kalesony z szafy i whisky z barku.

Porter postukał w dach samochodu.

– Gdybyś poświęcił na to trochę czasu, mógłbyś z niej zrobić niezłą brykę.

Nash się uśmiechnął.

– Widzimy się w pokoju narad o siódmej?

– Tak, o siódmej będzie w sam raz.

I odjechał.

Porter poczekał, aż samochód zniknie w głębi ulicy, po czym wszedł do niewielkiego holu budynku, ostrożnie omijając zamarznięte psie odchody na schodach. Minął skrzynki na listy i zaczął się wspinać na swoje piętro. Nie jeździł już windami, przynajmniej jeśli miał wybór.

Kiedy przekroczył próg mieszkania, zaatakowała go mieszanka woni kilkunastu posiłków na wynos. Główna winowajczyni, sterta kartonów po pizzy na stole kuchennym, wypełniała powietrze odorem starego sera i nieświeżego pepperoni.

Porter powiesił płaszcz na oparciu krzesła, wszedł do sypialni i zapalił światło.

Łóżko zostało odsunięte w daleki kąt pokoju, podobnie jak dwa stoliki nocne.

Ścianę, pod którą wcześniej stało, pokrywały setki zdjęć, notatek, kolorowych karteczek i wycinków prasowych. Niektóre były połączone sznurkiem. Kiedy skończył mu się sznurek, zaczął malować linie czarnym markerem.

To wszystkie informacje, jakie zgromadził na temat 4MK vel Ansona Bishopa vel Paula Watsona – jednej osoby w trzech wcieleniach. Znał szczegóły jego dawnych zbrodni, ale najbardziej zależało mu na ustaleniu, dokąd Bishop mógł uciec.

Na podłodze w kącie pokoju leżał laptop, ekran świecił się jasno. Porter podniósł go i przestudiował wyświetlone informacje. Ustawił sobie alerty Google (okazało się to zadziwiająco proste nawet dla osoby pozbawionej choćby podstawowych umiejętności komputerowych), żeby śledziły każdą wzmiankę i każdy artykuł w internecie dotyczący Bishopa, Watsona lub 4MK i przesyłały mu wyniki na prywatną skrzynkę mejlową. Czasem trwało to godzinami, ale zawsze przeglądał każdą wiadomość i zaznaczał wspomniane lokalizacje na dużej mapie świata wiszącej na ścianie w samym środku całego zbioru danych. Były wśród nich także inne mapy. Dziesiątki szczegółowych planów wszystkich największych miast.

Dane z czterech miesięcy.

Mapy były ponakłuwane pinezkami – czerwonymi oznaczał miejsca, w których go zauważono, niebieskimi adresy autorów doniesień prasowych, a żółtymi domy osób zaginionych lub zamordowanych metodą podobną do tej opracowanej przez 4MK. Naśladowców nie brakowało. Większość pinezek skupiała się w Chicago, ale pojedyncze pojawiały się nawet w Moskwie i Brazylii.

Porter wziął do ręki żółtą pinezkę i poszukał zalewu w Jackson Park na planie Chicago.

– Ella Reynolds, zaginiona dwudziestego drugiego stycznia dwa tysiące piętnastego roku, prawdopodobnie odnaleziona dwunastego lutego dwa tysiące piętnastego – mruknął pod nosem. Nie miał powodów sądzić, że 4MK miał z tym coś wspólnego, ale zostawi pinezkę w tym miejscu, dopóki nie zdobędzie pewności.

Powieki miał ciężkie z niewyspania.

Męczył go okrutny ból głowy.

Usiadł na podłodze i zaczął przeglądać alerty Google z całego dnia, w sumie pięćdziesiąt dziewięć.

Kiedy dwie godziny później zadzwonił telefon, w pierwszej chwili zamierzał go zignorować, ale zmienił zdanie. Nikt nie dzwonił o wpół do drugiej nad ranem bez ważnego powodu.

– Porter – odebrał.

Dlaczego w środku nocy jego głos zawsze zdawał się głośniejszy?

Z początku odpowiedziała mu cisza. Ale potem:

– Panie detektywie, tu Sophie Rodriguez ze stowarzyszenia Zaginione Dzieci. Dostałam pana numer od Clair Norton.

– Czym mogę służyć?

Kolejna chwila ciszy.

– Mamy następną zaginioną dziewczynę. Muszą panowie tutaj przyjechać.

3

Porter

Dzień drugi, 2.21

„Tutaj”, czyli do budynku z szarego kamienia przy King Drive w dzielnicy Bronzeville.

Rodriguez nie podała żadnych szczegółów przez telefon, powiedziała tylko, że sprawa ma jakiś związek z ciałem dziewczyny znalezionej wcześniej w parku i że powinien tam się zjawić.

Porter zaparkował chargera na ulicy, za chevroletem Nasha, przedarł się przez zaspy na skraju jezdni i dotarł do budynku na rogu. Nie musiał pukać. Umundurowany policjant stojący przy drzwiach rozpoznał go i wpuścił do środka. W salonie po lewej stronie od wejścia siedział Nash z jakąś kobietą. „Pewnie to ta Rodriguez”, pomyślał Porter. Mężczyzna pod pięćdziesiątkę o szpakowatych włosach, wysportowany, w tweedowej marynarce i dżinsach, stał obok Nasha. Inna kobieta, niewątpliwie jego żona, też siedziała na kanapie, ściskając w dłoni chusteczkę higieniczną.

Siedząca obok niej kobieta wstała, kiedy Porter wszedł do pokoju.

– Detektyw Porter? Sophie Rodriguez z Zaginionych Dzieci. Dziękuję za przyjście. Wiem, że jest już późno.

Porter uścisnął jej dłoń i rozejrzał się po pomieszczeniu.

Większość tego typu budynków zbudowano na przełomie XIX i XX wieku. W tym wypadku ktoś dołożył starań, żeby przywrócić oryginalne instalacje i wykończenia. Dywany też wyglądały na autentyczne, ale musiały być podróbkami, starannymi kopiami oryginalnych. Salon umeblowano antykami.

Mężczyzna, który wcześniej rozmawiał z Nashem, wyciągnął rękę do Portera.

– Doktor Randal Davies, to moja żona Grace. Bardzo dziękuję, że pofatygował się pan o tej porze.

Mężczyzna wskazał fotel obok kanapy. Porter odmówił.

– To był długi dzień. Lepiej postoję.

– W takim razie może kawy?

– Chętnie. Czarną poproszę.

Doktor Davies przeprosił na chwilę i zniknął w korytarzu.

Porter zerknął na Rodriguez, która wróciła na swoje miejsce na kanapie.

– Pani Davies zadzwoniła do nas po północy, bo jej córka nie wróciła do domu – powiedziała.

Grace Davies uniosła czerwone, zapuchnięte oczy.

– Lili pracuje w centrum, w galerii sztuki. W czwartki idzie tam prosto po szkole, a po zamknięciu, o jedenastej, zamawia Ubera do domu. Zawsze wraca najpóźniej o wpół do dwunastej. Jeśli z jakiegoś powodu ma się spóźnić, wysyła mi esemesa. Wie, że się o nią martwimy, więc zawsze pisze. Jest odpowiedzialną dziewczyną, to jej pierwsza praca, wie, że się martwimy… – Osuszyła oczy chusteczką. – Do jedenastej czterdzieści pięć się nie odezwała, więc zadzwoniłam, ale od razu włączyła się poczta. Potem zadzwoniłam do galerii, rozmawiałam z jej przełożoną, panią Edwins. Powiedziała, że Lili nie pojawiła się w pracy. Próbowała się z nią skontaktować, ale za każdym razem to samo: poczta głosowa. Ani jednego sygnału, od razu poczta. To znaczy, że telefon jest wyłączony, a to bardzo nie w jej stylu. Nigdy nie wyłącza komórki. Wie, że się o nią martwię. Potem zadzwoniłam do Gabby, jej najlepszej przyjaciółki…

– Jak Gabby ma na nazwisko? – wtrącił się Porter.

– Deegan. Gabrielle Deegan. Podałam już namiary pańskiej partnerce. – Mówiąc to, zerknęła na Rodriguez. Porter jej nie poprawił.

Pani Davies kontynuowała relację:

– Gabby powiedziała, że w ogóle jej dziś nie widziała. Nie przyszła do szkoły, nie odpisywała na wiadomości. To zupełnie nie w stylu Lili, proszę zrozumieć. To wzorowa uczennica, ma świetne stopnie. Nie opuściła ani jednego dnia szkoły od czwartej klasy, kiedy chorowała na ospę. – Pani Davies przez chwilę w milczeniu przyglądała się twarzy Portera. – To pan jest tym detektywem, który… Boże, sądzi pan, że to Zabójca Czwartej Małpy porwał naszą córkę? Dlatego pan tu przyjechał? – Szeroko otworzyła oczy i zalała się łzami.

– To nie on – zapewnił Porter, choć sam wcale nie był tego taki pewny. – Na tym etapie nie mamy powodów sądzić, że ktokolwiek porwał pani córkę.

– Nie zniknęłaby tak po prostu.

Porter spróbował zmienić temat.

– Do której szkoły chodzi?

– Wilcox Academy.

Doktor Davies wrócił z kubkiem parującej kawy, który wręczył Porterowi, po czym znowu stanął obok żony.

– Wiem, co pan sobie myśli, ale jak już powiedzieliśmy pańskim partnerom, Lili nie ma chłopaka. Nie zerwałaby się ze szkoły, a już na pewno nie opuściłaby zmiany w galerii, kocha tę pracę. Coś jest nie tak. Ma włączoną opcję znajdowania telefonu, ale z naszego konta nic nie widzimy. Dzwoniłem do Apple, powiedzieli, że telefon nie jest podłączony do sieci. Córka nie wyłączyłaby telefonu.

Nash odkaszlnął.

– Czy mogłaby pani powtórzyć detektywowi Porterowi, w co Lili była dziś ubrana, kiedy widziano ją ostatni raz?

Pani Davies skinęła głową.

– Miała na sobie swoją ulubioną czerwoną parkę, białą czapkę, rękawiczki do kompletu i ciemne dżinsy. Zimą Lili wolała przebierać się w mundurek dopiero w szkole. Dziś rano przed wyjściem zajrzała do kuchni i się ze mną pożegnała. To jej ukochana kurtka. Kupiła ją w Barneys za pierwszą wypłatę. Była z niej bardzo dumna.

Rodriguez zacisnęła usta.

Porter nic nie powiedział.

4

Porter

Dzień drugi, 3.02

– Jak to w ogóle możliwe?

– Możemy im pokazać zdjęcie kurtki, żeby się upewnić – zaproponował Nash.

Porter pokręcił głową.

– Nie możemy im pokazać zdjęcia martwej dziewczyny.

Stali w trójkę przed domem Daviesów, a między nimi w mroźnym powietrzu unosiły się kłęby pary wydobywającej się z ich ust.

– Nie ma mowy, żeby ktoś zdążył uprowadzić Lili Davies, ubrać w jej ciuchy Ellę Reynolds i pogrzebać ją pod lodem na zalewie. Niemożliwe. Zbyt mało czasu. – Porter przestąpił z nogi na nogę. Temperatura musiała spaść grubo poniżej zera. – Musiałby to zrobić w ciągu dnia, w godzinach otwarcia parku. Ktoś na pewno by go zauważył.

Nash zastanowił się chwilę.

– Przy tej pogodzie w parku są pustki. Jedyne ryzyko to gdyby ktoś zobaczył sprawcę, jak przenosił ciało z samochodu nad wodę. O ile nikt nie podszedł zbyt blisko, o tyle właściwie nic nie powinno zwrócić niczyjej uwagi. Wyglądał pewnie jak zwykły facet, może wędkarz czy coś. Jeśli rozstawił wędkę, to założę się, że mógłby tam przesiedzieć cały dzień i nikt nawet nie zwróciłby na niego uwagi.

– Abstrahując od kwestii logistycznych – powiedziała Rodriguez – to po co to wszystko?

Porter i Nash wymienili spojrzenia. Obaj dobrze wiedzieli, że seryjni zabójcy rzadko działali w określonym celu, a przynajmniej takim, który miałby sens dla kogokolwiek poza nimi. Choć na razie mieli tylko jedną ofiarę, to jeśli okaże się powiązana z drugą zaginioną, mogą mieć do czynienia z seryjnym.

– Czy Ella Reynolds i Lili Davies się znały? – Porter zapytał Rodriguez.

Ta pokręciła głową.

– Rodzice Lili tylko kojarzyli jej nazwisko z telewizji.

– Powinniśmy pogadać z Gabby, przyjaciółką Lili – zauważył Porter. – O której dziewczyna wyszła do szkoły?

Rodriguez zerknęła do notatek.

– Kwadrans po siódmej.

Nash zamknął oczy i dokonał obliczeń.

– To nam daje tylko dwanaście godzin od chwili zniknięcia Lili do momentu, kiedy Ellę znaleziono w zamarzniętym zalewie.

– Ale z ciebie matematyk – rzucił Porter z przekąsem.

– Jeśli to tylko jeden facet, to jest szybki. Sprawny – stwierdził Nash.

Porter zwrócił się ponownie do Rodriguez.

– Sophie, tak?

Skinęła głową.

– Wróć do środka i przeszukaj pokój dziewczyny. Zwracaj uwagę na wszystko, co wygląda nietypowo. Zdobądź komputer, sprawdź mejle, zapisane pliki. Poszukaj pamiętnika, zdjęć… Jeśli cokolwiek znajdziesz, dzwoń do mnie. Dopytaj o jej drogę do szkoły. Chodzi pieszo czy jeździ? Sama czy ze znajomymi? Jasne?

Rodriguez przygryzła wargę.

– Co z Lili?

Porter nie był jeszcze gotowy na to pytanie. Odwrócił się do Nasha.

– Chodź, obudzimy Eisleya.

5

Porter

Dzień drugi, 4.18

Kostnica i biuro koronera hrabstwa Cook znajdowały się w centrum Chicago, przy West Harrison. O tej porze prawie nie było ruchu, a kiedy Porter i Nash dotarli na miejsce, okazało się, że parking przed budynkiem jest niemal pusty. Strażnik z recepcji spojrzał na nich sennym wzrokiem i skinął głową na powitanie.

– Proszę się wpisać.

Porter nabazgrał „Burt Reynolds” i podał podkładkę Nashowi, który napisał „Dolly Parton”, oddał listę i poszedł za nim do wind na końcu holu. Porter co prawda nie przepadał za windami, ale wolał już to od wspinaczki po schodach na wysokie piętra.

Kiedy przyjechała winda (druga od lewej), szybko wszedł za Nashem do środka, żeby nie zmienić zdania.

Porter nacisnął guzik z trójką.

– Dolly była swego czasu niezła.

– Nadal jest – odparł Nash. – GILF1 pełną gębą.

– GILF?

– Wytłumaczę ci, jak dorośniesz.

Drzwi windy otworzyły się na pusty korytarz.

Nash rzucił okiem na automat ze słodyczami, ale darował sobie i ruszył ku podwójnym drzwiom na końcu korytarza.

Tom Eisley siedział przy biurku. Kiedy weszli do gabinetu, podniósł na chwilę wzrok, ale zaraz wrócił do lektury.

Porter spodziewał się jakiejś uwagi na temat wczesnej pory, jednak lekarz zapytał:

– Widzieliście kiedyś ocean?

Porter i Nash wymienili spojrzenia.

Eisley zamknął książkę i wstał zza biurka.

– Nieważne. Chyba nie jestem jeszcze gotów o tym rozmawiać.

– Rozumiem, że pracujesz nad naszą dziewczyną? – zapytał Porter.

Eisley westchnął ciężko.

– Próbuję. Od kiedy ją tu przywieźli, staramy się podgrzać ciało. Widzicie, nie była całkowicie zamarznięta, ale sporo poniżej normalnej temperatury. W związku z tym trudno będzie określić czas zgonu.

– Znacie już przyczynę śmierci?

Eisley otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zmienił zdanie.

– Na razie nie. Będę potrzebował jeszcze kilku godzin. Oczywiście możecie tu zostać, jeśli chcecie.

Nie czekając na odpowiedź, zniknął za drzwiami sali sekcyjnej.

Nash skinął na Portera.

– Wygląda na to, że trochę to potrwa.

Porter opadł na żółte winylowe krzesło obok drzwi, przez które wyszedł Eisley, a powieki miał coraz cięższe z niewyspania.

6

Porter

Dzień drugi, 7.26

– Panowie?

Porter otworzył oczy, mrugając intensywnie, i dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, że znajduje się w gabinecie Eisleya w kostnicy. Przez sen zsunął się na winylowym krześle, strzykało mu w karku od spania w dziwnej pozycji. Nash półleżał za biurkiem Eisleya z głową opartą na stercie papierów.

Eisley wziął do ręki jakiś podręcznik medyczny, podniósł go na metr nad biurko i upuścił. Książka upadła z głośnym hukiem i Nash wyprostował się gwałtownie na krześle, ślina ciekła mu po podbródku.

– Co do…

– Kwiat naszej policji w akcji – rzucił Eisley z przekąsem. – Chodźcie.

Porter zerknął na zegar ścienny – prawie wpół do ósmej. Przyjechali tu nieco ponad trzy godziny temu.

– Szlag, nie sądziłem, że usnę – wymamrotał. Wyjął z kieszeni komórkę: trzy nieodebrane połączenia od Clair, żadnych wiadomości na poczcie głosowej.

Eisley zaprowadził ich przez podwójne drzwi na tyłach gabinetu do dużej sali sekcyjnej. Porter i Nash wzięli rękawiczki z pudełka umieszczonego na ścianie przy drzwiach.

Wszystkie odgłosy niosły się tutaj echem.

Ta myśl zawsze przychodziła Porterowi do głowy tuż po przekroczeniu progu tej sali. Wszystko brzmiało inaczej z powodu beżowych kafelków na podłodze i ścianach. Druga cecha pomieszczenia sekcyjnego, która zawsze zwracała jego uwagę, to temperatura – nie wiedział, ile dokładnie jest tu stopni, ale odnosiło się wrażenie, że o kilkanaście mniej niż w gabinecie. Na karku czuł gęsią skórkę, przeszedł go dreszcz. Trzecią rzeczą, do której nie potrafił się przyzwyczaić, był zapach. Nie pachniało tu źle, przynajmniej dzisiaj, ale bardzo mocno. Ciężka woń przemysłowych środków czyszczących miała zamaskować smród czegoś innego, o czym Porter wolał nie myśleć.

Jarzeniówki świeciły jasno pod sufitem, odbijały się w szafkach ze stali nierdzewnej. Duża, okrągła lampa chirurgiczna górowała nad stojącym na środku stołem sekcyjnym, na którym spoczywało ciało wyłowione z zalewu.

Eisley musiał zamknąć dziewczynie oczy.

„Śpiąca królewna”.

Z boku leżał koc elektryczny i stały cztery duże lampy.

Eisley zauważył, że Porter na nie patrzy.

– Poszczęściło nam się. Nie spędziła w zalewie dużo czasu, a ciało znajdowało się pod linią zamarzania. Gdyby całkowicie zamarzła, trzeba by parę dni poczekać z sekcją. W tym wypadku wystarczyło kilka godzin, żeby odpowiednio podnieść temperaturę ciała.

– Jeszcze jej nawet nie rozcięliście – zauważył Nash. – Wygląda na to, że wcale nie zaczęliście działać.

– Zdziwiłbyś się, jak wiele mogą powiedzieć zwłoki, jeśli wiadomo, gdzie szukać – odparł Eisley. – Będę mógł ją otworzyć dopiero jutro, ciągle jest zimna. Jeśli zbyt szybko ją ogrzejemy, ryzykujemy krystalizację i uszkodzenie komórek. Ale to wcale nie znaczy, że w międzyczasie dziewczyna nic nam nie może powiedzieć. W przeciwieństwie do was ciężko pracowałem. – Przeciągnął dłoń przez włosy dziewczyny. – Mówiła do mnie, a ja jej słuchałem.

– Przestań, zaczynam się ciebie bać – powiedział Porter.

Eisley uśmiechnął się i cofnął o krok od stołu.

– Chcecie się dowiedzieć, co ustaliłem?

– Byłoby bardzo miło z twojej strony.

Podszedł do jednego z boków stołu i podniósł rękę ofiary.

– Zimna woda świetnie ją zakonserwowała. Z większością wyłowionych ciał mamy problem, trudno zdjąć odciski. Skóra puchnie, musimy przywrócić ją do normalnego stanu przed zdjęciem odcisków. Tak jak kiedy marszczą wam się palce w kąpieli, tyle że w wersji ekstremalnej.

– Ja tam raczej wolę prysznic – stwierdził Porter.

Eisley zignorował jego uwagę.

– W lodowatej wodzie odciski palców zachowały się nietknięte, utrzymałyby się tak pewnie aż do wiosennych roztopów. – Opuścił dłoń dziewczyny z powrotem na stół, ułożył ją delikatnie u jej boku. – Dostałem wyniki jakieś dwie godziny temu. Potwierdzają, że to Ella Reynolds, dziewczyna, która zaginęła przed trzema tygodniami.

Porter westchnął. Spodziewał się tego, ale wypowiedziane na głos słowa brzmiały jakoś przygnębiająco.

– A co z czasem i przyczyną śmierci?

– Jak już mówiłem, z powodu lodowatej wody określenie czasu zgonu może być problematyczne. Na razie mogę stwierdzić, że najwyżej czterdzieści osiem godzin temu, ale nie mniej niż dwadzieścia cztery. Mam nadzieję zawęzić to okienko, kiedy już rzucę okiem na jej wątrobę i inne narządy – wyjaśnił. – Pomożecie mi ją przekręcić?

Porter i Nash wymienili spojrzenia. Nash cofnął się lekko. Jak na detektywa z wydziału zabójstw miał dziwną awersję do zwłok.

Porter złapał dziewczynę za nogi, Eisley wziął ją pod pachy i razem przewrócili ją na brzuch.

Eisley przeciągnął palcem po długiej, ciemnej linii biegnącej w poprzek jej pleców.

– To od liny, za pomocą której utrzymywał ją pod powierzchnią wody. Odbarwienie skóry wskazuje na to, że zawiesił ją po śmierci. Oczywiście wkrótce po śmierci, w przeciwnym razie ślad nie byłby tak widoczny, zwłaszcza biorąc pod uwagę tę grubą kurtkę, którą miała na sobie. – Skinął głową w stronę kupki schludnie poskładanych ubrań na stalowym blacie.

Nash podszedł, podniósł czerwoną parkę i zaczął przeszukiwać kieszenie.

– Zauważyłeś jakiekolwiek informacje identyfikacyjne na ubraniach?

– To nie są jej ubrania, prawda? – Eisley raczej stwierdził fakt, niż zadał pytanie.

Porter zwrócił się do niego.

– To twój wniosek z badania?

– Mam takie podejrzenia, ale nie jestem pewny, czy nazwałbym je aż wnioskiem. Wszystko zdawało się na nią trochę za małe. W normalnych okolicznościach uznałbym to za rezultat spuchnięcia ciała w wodzie, ale ponieważ w tym wypadku prawie go nie było, wydało mi się to dziwne. Zwłaszcza bielizna i dżinsy były przyciasne, co najmniej o rozmiar czy dwa. Wbiła się w nie, ale są obcisłe, wręcz niewygodne. Spójrzcie na czapkę – powiedział – wskazując na blat. – Na metce są jakieś litery, najprawdopodobniej inicjały.

Nash odłożył kurtkę, podniósł białą czapkę i wywrócił ją na lewą stronę.

– L.D. Trochę wyblakłe, ale nie ma wątpliwości, co jest tu napisane.

– Lili Davies – stwierdził Porter.

– Prawdopodobnie tak.

– A kto to? – zapytał Eisley.

– Inna nastolatka, dzisiaj zaginęła – wyjaśnił Porter.

– Czyli zabójca tej dziewczyny przebrał ją w ciuchy tamtej drugiej?

– Na to wygląda.

– Hmm.

– A przyczyna zgonu? Nie widzę nic na ciele. Żadnych ran ani śladów duszenia.

Eisley się ożywił.

– Aaa, tak. Zdziwicie się.

– Jak umarła?

– Utopiła się.

Nash zmarszczył czoło.

– A co w tym dziwnego? Znaleźliśmy ją w zalewie.

Porter uniósł dłoń.

– Mówiłeś, że ślady na plecach powstały po śmierci. Twierdzisz, że jeszcze żyła, kiedy włożył ją pod lód?

– Nie, nie, wtedy już była martwa. Mam na myśli, że utonęła, a potem wrzucił ją do zalewu. – Podszedł do mikroskopu ustawionego na podwyższeniu po jego lewej stronie. – Popatrzcie – powiedział, wskazując na urządzenie.

Porter podszedł i zajrzał w okular.

– Co mam tu zobaczyć?

– Kiedy ją przywieźli, udało mi się wprowadzić rurkę do płuc i wyciągnąć wodę, tę, którą tu widzisz.

Porter zmarszczył brwi.

– Co to za małe ziarenka w niej pływają?

Kącik ust Eisleya wygiął się w górę.

– To, przyjacielu, jest sól.

– Utonęła w słonej wodzie?

– Właśnie.

Na twarzy Nasha konsternacja walczyła z brakiem zrozumienia.

– Jesteśmy w Chicago… Do najbliższego oceanu mamy ile, z półtora tysiąca kilometrów?

– Najbliżej byłoby nad Atlantyk – odparł Eisley. – Baltimore w Marylandzie. Jakieś tysiąc sto kilometrów.

Zadzwoniła komórka Portera. Zanim odebrał, zerknął na wyświetlacz.

– Cześć, Clair.

– Wróciłeś z wywczasów? Dzwoniłam do ciebie z dziesięć razy.

– Trzy razy.

– Aha, czyli twój telefon jednak działa – powiedziała. – Nigdy nie ignoruj kobiety, Sam. To się nie może dobrze skończyć.

Porter przewrócił oczami i powoli przeszedł na drugą stronę sali.

– Jesteśmy u Eisleya w kostnicy. Potwierdził tożsamość dziewczyny z zalewu, to Ella Reynolds. Wygląda też na to, że miała na sobie ubrania Lili Davies.

– Jakiej znowu Lili Davies?

Wydawało mu się, że już jej powiedział o drugiej zaginionej dziewczynie, ale teraz uświadomił sobie, że wcale tego nie zrobił. Nie rozmawiali od czasu wizyty w parku. Potrzebował snu. Umysł zasnuwała mu jakby gęsta mgła.

– Spotkajmy się w pokoju narad, będziemy tam z Nashem za pół godziny. Musimy wymienić informacje.

– Jasne – zgodziła się Clair. – A nie spytasz mnie, dlaczego do ciebie wydzwaniałam?

Porter zamknął oczy i przeczesał włosy palcami.

– Dlaczego do mnie wydzwaniałaś, Clair?

– Znalazłam coś na nagraniach z parku.

– Za pół godziny w pokoju narad. Wszystko omówimy. Weź Kloza.

7

Lili

Dzień drugi, 7.26

– Masz może ochotę na mleko?

Lili Davies najpierw usłyszała jego głos, a dopiero potem go zobaczyła, tak naprawdę zobaczyła.

Mówił powoli, cicho, niewiele głośniej od oddechu, każde słowo artykułował niezwykle wyraźnie, jakby głęboko zastanawiał się nad tym, co chce powiedzieć, zanim przemówił. Lekko seplenił, potknął się na „sz” w „masz”.

Zszedł po schodach prawie pięć minut temu, deski skrzypiały pod jego ciężarem. Jednak kiedy dotarł na dół, stanął u podnóża schodów i znieruchomiał. Spowijał go cień, więc Lili nie mogła dojrzeć żadnych szczegółów, tylko sylwetkę mężczyzny.

Bo to był mężczyzna, a nie chłopak.

Coś w jego postawie, szerokie ramiona, głęboki oddech – wszystkie te elementy podpowiadały jej, że to dorosły mężczyzna, a nie jeden z kolegów ze szkoły. Nie jakiś znajomy, który postanowił zrobić jej idiotyczny kawał, ale mężczyzna, mężczyzna, który ją porwał.

Lili rzeczywiście miała ochotę na mleko.

Gardło wyschło jej na wiór.

Była też głodna.

Brzuch cichym, ale uporczywym burczeniem przypominał jej, jak bardzo jest głodna.

Nic jednak nie powiedziała, nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Wcisnęła się tylko głębiej w kąt, napierając plecami na wilgotną ścianę. Ciaśniej owinęła się śmierdzącą zieloną narzutą. Nie wiedzieć czemu materiał dawał jej poczucie bezpieczeństwa, jakby otulały ją matczyne ramiona.

Nie było go przynajmniej godzinę, może dłużej. Przez ten czas Lili próbowała się zorientować, gdzie jest. Nie pozwoliła sobie na strach, nie mogła sobie pozwolić na strach. To po prostu zadanie do rozwiązania, a ona była w tym dobra.

Znajdowała się w piwnicy starego domu.

Domyśliła się tego, ponieważ sama mieszkała w starym domu i pamiętała jeszcze, jak wyglądała piwnica, zanim rodzice zatrudnili architektów i ekipy remontowe. Sufit był niski, a podłoga nierówna. W powietrzu unosiła się woń pleśni, wszędzie panoszyły się pająki – w każdym zakamarku można było znaleźć starą albo nową sieć, a ich autorzy wypełzali z każdego kąta. Kiedy budowlańcy weszli do ich domu, całkowicie wypatroszyli piwnicę, wypoziomowali podłogę, uszczelnili ściany, wszystko na nowo otynkowali i pomalowali. To przegoniło pająki, przynajmniej na jakiś czas.

Jej przyjaciółka Gabby mieszkała w nowiutkim domu, zbudowanym zaledwie dwa lata temu, i jej piwnica wyglądała zupełnie inaczej. Wysoki sufit, równe podłogi, jasna i przewiewna. Położyli wykładziny, wstawili meble i urządzili przyjemny pokój rodzinny. Piwnicy w starym domu nie da się przerobić na przyjemny pokój rodziny, niezależnie od tego, ile pracy by się w to włożyło. Można zamalować plamy wilgoci, wypoziomować podłogi, położyć świeżą warstwę tynku i farby, ale pająki zawsze wrócą. Pająki tak łatwo nie oddadzą swojego terytorium.

W tej piwnicy też były pająki.

Chociaż nie widziała ich ze swojego miejsca, to wiedziała, że są tuż nad nią, wypełzają z odsłoniętych legarów podłogowych. Obserwowały ją tysiącami oczu, snując nowe pajęczyny.

Dał jej ubrania, ale to nie były jej ubrania.

Kiedy obudziła się na podłodze, owinięta zieloną narzutą, szybko się zorientowała, że rozebrano ją do naga i zamknięto w tej klatce, a koło głowy ktoś zostawił kupkę porządnie złożonych ubrań. Nie pasowały na nią. Były przynajmniej parę rozmiarów za duże, ale włożyła je, ponieważ nic innego nie miała, a lepsze to niż zielona narzuta. Potem jednak i tak otuliła się tą narzutą.

Znajdowała się w słabo oświetlonej, zawilgłej piwnicy. A dokładniej – w kojcu z siatki drucianej w słabo oświetlonej, zawilgłej piwnicy.

Ogrodzenie sięgało od podłogi do sufitu, a jego części były zespawane. Domyśliła się, że zbudowano je z myślą o psie, bo rodzina Gabby miała sukę rasy husky, Dakotę, którą trzymali w bardzo podobnej, a może nawet identycznej klatce w ogródku na tyłach domu. Kupili ją latem w Home Depot, widziały z Gabby, jak jej tata ją składał. Nie zajęło mu to długo, może z godzinę, ale on nie spawał.

Kiedy Lili wstała, otulona zieloną narzutą, i przebiegła palcami po rurach i grubych metalowych drutach, z których zbudowano jej klatkę, próbowała wymacać złączenia, wspominając, jak tata Gabby składał kojec, ale kiedy wyczuła miejsca spawów, straciła nadzieję. Drzwi do klatki były zamknięte na kłódkę, a nawet dwie – jedną na górze, drugą na dole. Szarpnęła, ale drzwi ani drgnęły. Całą konstrukcję przymocowano do betonowej posadzki. Lili tkwiła wewnątrz pewnej, solidnej klatki.

– Powinnaś się czegoś napić, będziesz potrzebowała siły na później – powiedział mężczyzna, znowu potykając się lekko na „sz” w słowie „będziesz”.

Lili nie odpowiedziała. Nie zamierzała się odzywać. Rozmowa z nim dałaby mu władzę, a ona nie była na to gotowa. Na nic od niej nie zasługiwał.

Jedynym źródłem światła były uchylone drzwi u szczytu schodów. Mężczyzna stał u ich podnóża w całkowitym bezruchu.

Lili próbowała przebić spojrzeniem mrok, jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności.

On jednak pozostawał poza zasięgiem jej wzroku, nieco ciemniejszy cień wśród innych cieni, sylwetka na tle ściany.

– Odwróć się. Stań twarzą do tylnej ściany i nie odwracaj się z powrotem, dopóki ci nie pozwolę – poinstruował.

Lili nie tylko się nie ruszyła, ale wręcz zesztywniała w dotychczasowej pozycji.

– Odwróć się, proszę. – Łagodniej, błagalnie.

Ścisnęła materiał i jeszcze mocniej owinęła narzutą swoją drobną sylwetkę.

– Masz się, kurwa, odwrócić! – wrzasnął, a jego głos rozbrzmiał głośno w całej piwnicy, odbijał się od ścian.

Lili wystraszyła się i cofnęła o krok, niemal się potykając.

Potem znów zapadła cisza.

– Proszę, nie zmuszaj mnie do krzyku. Wolałbym nie krzyczeć.

Lili poczuła, jak serce wali jej w piersi, ciężkie „łup, łup, łup”.

Zrobiła krok do tyłu, potem kolejny i jeszcze jeden. Kiedy dotarła do ściany na końcu klatki, zmusiła stopy, żeby się odwróciły, i stanęła twarzą do kąta.

Lili usłyszała, jak się zbliża, żywy cień. Coś było nie tak z jego chodem. Zamiast miarowych kroków słyszała, jak jedna stopa opada na ziemię, a druga przesuwa się przez sekundę po betonie i dopiero potem dołącza do pierwszej, i tak z każdym krokiem. Szuranie albo kulenie, może lekkie powłóczenie nogą, nie była pewna.

Lili zmusiła się do zamknięcia oczu. Nie chciała ich zamykać, ale i tak to zrobiła. Zmusiła się, żeby móc się skupić na dźwiękach, wyobrazić sobie otoczenie na ich podstawie.

Usłyszała brzęk kluczy i chrakterystyczne kliknięcie kłódki – sądząc po brzmieniu, górnej – a po chwili drugiej. Usłyszała, jak wysuwa obie kłódki z klatki, podnosi klamkę i otwiera drzwi.

Lili skuliła się z przerażenia na myśl, co się teraz stanie.

Spodziewała się poczuć jego ręce, myślała, że dotknie jej albo złapie od tyłu. Nic takiego się jednak nie zdarzyło. Po chwili usłyszała, jak zamyka drzwi i z powrotem zakłada kłódki, które zatrzasnęły się z kliknięciem.

Nieregularne kroki oddalające się od klatki.

– Możesz się już odwrócić.

Lili spełniła polecenie.

Stał ponownie pod schodami, znów pogrążony w mroku.

Na podłodze klatki stała szklanka mleka z kropelką wody spływającą po ściance.

– Niczego nie dosypałem – powiedział. – Potrzebna mi jesteś przytomna.

8

Porter

Dzień drugi, 7.56

– Zobaczymy się na miejscu, muszę skoczyć do kibla – powiedział Nash, kiedy wysiedli z windy w piwnicy komendy głównej policji Chicago przy Michigan Avenue. Nash skręcił korytarzem w prawo i zniknął za drzwiami łazienki. Porter poszedł w lewo.

Po ucieczce Bishopa agenci federalni wkroczyli do akcji i przejęli sprawę Zabójcy Czwartej Małpy. Porter był wtedy na zwolnieniu lekarskim, ale Nash wspominał, że z początku próbowali przejąć ich pokój narad. Nash wykorzystał cały swój urok osobisty, a także uciekł się do gróźb, żeby wygonić intruzów do sali po drugiej stronie korytarza, znanej głównie z dziwacznego zapachu, jaki się w niej nieustannie unosił, a zdawał się wydobywać z lewego kąta przy tylnej ścianie. Od tamtej pory obie grupy współżyły ze sobą mniej więcej tak pokojowo jak Korea Południowa z Północną.

W pokoju FBI nie paliło się światło.

Porter zaczekał na dźwięk zamykania drzwi toalety, a potem ostrożnie nacisnął klamkę do sali federalnych.

Otwarte.

Porter rozejrzał się szybko po korytarzu i wśliznął do środka. Nie zapalał światła.

„Sześć gałek ocznych”.

Siedem ofiar. Osiem, jeśli liczyć Emory.

Podświadomość próbowała mu coś powiedzieć.

Przemierzył pokój, skierował się ku dwóm białym tablicom ustawionym z przodu i przyjrzał się fotografiom ofiar. Patrzyły na niego znajome twarze, niczego nieświadome uśmiechy zastygłe na zawsze w chwili szczęścia. W ostatnich chwilach na jedenastym piętrze budynku przy West Belmont 314 Bishop przedstawił swój tok myślenia, wyłożył karty na stół, dumny z pokrętnej logiki swojego planu. „Ci ludzie zasługiwali na karę”, powiedział Porterowi. I to była prawda. Każda z ofiar zrobiła coś okropnego, musiała ponieść konsekwencje. On jednak nie atakował ich bezpośrednio. Zamiast tego porywał ich córki. Zadawał im okrutną śmierć, żeby rodzice cierpieli już do końca życia. Każda z tych dziewczyn zginęła nie z powodu własnych uczynków, a przez coś, co zrobił jeden z członków jej rodziny. Tyle pięknych, młodych twarzy zmasakrowanych, żeby zapłacić za cudze zbrodnie.

Porter podszedł do pierwszej tablicy i pogładził palcem zdjęcie Calli Tremell, pierwszej ofiary Bishopa. Dwadzieścia lat, uprowadzona 15 marca 2009 roku. Pierwsza ofiara Bishopa jako 4MK – Klozowski nigdy nie omieszkał tego podkreślić. Był dokładny, metodyczny i pewny siebie, co sugerowało, że najprawdopodobniej zabijał już wcześniej, dopracowywał technikę działania przez lata praktyki. Był zbyt wyrafinowany na debiutanta, a myśl o tym, że ktoś taki jak on chodził po świecie i zbierał śmiertelne żniwo, ćwicząc do popisowego numeru… Jeśli to były jego początki jako 4MK, Porter nie potrafił sobie wyobrazić, jakie były jego początki jako człowieka. Pamiętnik zapewnił mu pewien wgląd w przeszłość zabójcy, ale niewystarczający, zaledwie fragmencik – szybkie zerknięcie za zasłonę, zanim Bishop z powrotem ją zaciągnął.

Rodzice Calli Tremell zgłosili zaginięcie we wtorek. W czwartek dostali pocztą jej ucho. W sobotę dołączyły do niego oczy, a w kolejny wtorek dostarczono język. Wszystkie przesyłki w małych białych pudełkach przewiązanych czarnym sznurkiem, z ręcznie wypisanym adresem odbiorcy i bez śladu odcisków palców. Nigdy ich nie zostawiał.

Trzy dni po dostarczeniu ostatniego pudełka biegacz znalazł ciało dziewczyny w Almond Park – usadzono ją na ławce z przyklejonym do dłoni kartonem z napisem „NIE CZYNIĘ NIC ZŁEGO”. Zespół Portera już wcześniej domyślił się metody działania zabójcy, więc napis tylko potwierdził ich teorię.

Hasło „nie czynię nic złego” okazało się kluczem do zrozumienia Bishopa, z czego zdali sobie sprawę przy drugiej ofierze 4MK – Elle Borton. Zaginęła 2 kwietnia 2010 roku, ponad rok po pierwszej ofierze. Ekipa Portera przejęła sprawę od Zaginionych Dzieci, kiedy rodzice zgłosili otrzymanie przesyłki z uchem. Gdy nieco ponad tydzień później znaleziono jej ciało, trzymała w ręku zeznanie podatkowe swojej babci za rok 2008. Policja trochę poszperała i odkryła, że babcia zmarła w roku 2005. Matt Hosman z wydziału przestępstw gospodarczych ustalił, że ojciec Elle, kierownik domu opieki, składał zeznania w imieniu kilkunastu swoich zmarłych podopiecznych. Bishop zabił Elle Borton, ledwie dwudziestotrzylatkę, za przestępstwa ojca.

Kiedy motywy Zabójcy Czwartej Małpy stały się jasne, policjanci sprawdzili rodzinę Calli Tremell i odkryli, że jej matka prała brudne pieniądze w banku, w którym pracowała – ponad trzy miliony dolarów przez dziesięć lat.

Porter zrobił krok w prawo i spojrzał na trzecią fotografię. Missy Lumax, 24 czerwca 2011 roku. Jej ojciec handlował pornografią dziecięcą. Z kolei ojciec Susan Devoro podmieniał prawdziwe brylanty na fałszywki w swoim zakładzie jubilerskim. To ona była ofiarą numer cztery – 3 maja 2012 roku. Numer pięć: Barbara McInley, siedemnaście lat. Zaginęła 18 kwietnia 2013 roku. Sześć lat wcześniej jej siostra śmiertelnie potrąciła pieszego, więc Bishop zabił Barbarę w ramach kary. Brat Allison Crammer prowadził na Florydzie fabrykę wyzyskującą nielegalnych imigrantów. To ona była ofiarą numer sześć, zniknęła 9 listopada 2013 roku, w wieku dziewiętnastu lat. Ten sam los spotkał Jodi Blumington zaledwie kilka miesięcy później. Dwudziestodwulatka zaginęła 13 maja 2014 roku. 4MK zabił ją, ponieważ jej ojciec sprowadzał kokainę dla kartelu.

Ostatnia fotografia na tablicy przedstawiała dziewczynę, którą Porter dobrze znał, jedyną, którą poznał osobiście, jedyną, która przeżyła. Piętnastoletnią Emory Connors uprowadzono w listopadzie ubiegłego roku. Choć straciła ucho i spędziła kilka dni w niewoli, Bishop jej nie zabił. Najprawdopodobniej by to zrobił, gdyby Porter go wcześniej nie dopadł. Tak przynajmniej pisali w gazetach. Porter świetnie wiedział, że Bishop sam darował jej życie. Wiedział też, że Bishop pozwolił mu się wytropić. Chciał mieć okazję się pochwalić, wyjaśnić swoje motywy i cele, przedstawić swój manifest, zanim zamordował Arthura Talbota i zniknął.

Talbot – jak się okazało, ojciec Emory – był najgorszym przestępcą ze wszystkich krewnych ofiar. Choć Bishop porwał Emory, w końcu ukarał bezpośrednio Talbota: zmasakrował go i zrzucił do szybu windy. Zamordował go i oszczędził Emory.

Emory zaś odziedziczyła miliardowy majątek ojca, gdyż w chwili jego śmierci nabrała mocy prawnej klauzula w jego testamencie wymuszona lata wcześniej przez matkę dziewczyny.

Emory przeżyła, a Bishop wymknął się organom ścigania.

„Sześć gałek ocznych”.

Porter wpatrywał się w zdjęcia ofiar 4MK.

Siedem zabójstw, jedna dziewczyna puszczona wolno.

W listopadzie, podczas śledztwa w sprawie Emory, Anson Bishop zdołał przeniknąć do zespołu Portera – podszył się pod fotografa kryminalistycznego. Podczas pierwszej narady omówili wszystkie poprzednie ofiary Zabójcy Czwartej Małpy, żeby wprowadzić nowego kolegę w temat. Słuchał ich uważnie, chłonął informacje jak gąbka, udając, że to dla niego nowość. Porter często wracał myślami do tamtej chwili, doszukując się czegoś, co powinno zdradzić prawdziwą tożsamość mordercy, ale nic takiego nie było. Bishop zapewne podziwiał tę tablicę z poczuciem spełnienia, jednocześnie przejawiając przerażenie i zaciekawienie w idealnych proporcjach. Zadawał właściwe pytania i powstrzymał się przed ubarwianiem faktów przekazanych mu przez policję. Porter domyślał się, że musiało to być dla niego niezwykle trudne. W trakcie ostatniej konfrontacji przy Belmont Bishop zdawał się aż kipieć potrzebą podzielenia się swoją historią, wytłumaczenia swoich postępków. Pragnienie to musiało go przytłaczać, kiedy patrzył na te tablice i słuchał, co detektywi wiedzieli o poszczególnych ofiarach.

Bishop rzucił jednak kilka celnych uwag, uczepił się paru szczegółów.

Porter zamknął oczy i wrócił myślami do tamtego dnia, do jego słów.

Przypomniał sobie, że Bishop zwrócił uwagę na kwestię dostępu do informacji: trzeba się dowiedzieć, kto wiedział o tych wszystkich przestępstwach, i zacząć eliminować podejrzanych. Były to jednak tylko puste słowa, gdyż w końcu okazało się, że to Talbot posiadał wszystkie informacje, a Bishop mu je ukradł. Wspomniał o datach, zauważył, że 4MK eskaluje swoje działania. To akurat było prawdą, ale jeśli istniał ku temu jakiś powód, nie udało im się go odkryć. Wówczas byli przekonani, że zabójca nie żyje. Liczyło się dla nich tylko odnalezienie Emory.

No i kolor włosów.

Porter pamiętał, jak Bishop zafiksował się na zdjęciu Barbary McInley, jedynej blondynki. Nazwał ją anomalią. Jedyna blondynka w grupie atrakcyjnych brunetek. Potem zapytał, czy któraś z dziewczyn była napastowana seksualnie – żadna. Spytał też, czy wśród ofiar 4MK byli mężczyźni. Konkretnie chciał wiedzieć, czy któraś z dziewczyn miała brata, a potem powiedział coś w rodzaju: „Jeżeli przyjmiemy, że w połowie z tych rodzin byli synowie, a on wybierał ofiary losowo, powinniśmy mieć jedną lub dwie ofiary płci męskiej. Nie mamy, więc z jakiegoś powodu wolał córki od synów… Tylko nie wiemy dlaczego”2. Porter sądził, że Zabójca Czwartej Małpy porywał kobiety, bo łatwiej je kontrolować, mniejsze ryzyko, że będą się bronić.

Sześć gałek ocznych.

Siedem martwych dziewczyn.

Porter wrócił do fotografii Barbary McInley. Ukarana za siostrę, która przejechała pieszego i zbiegła z miejsca wypadku. McInley jako jedyna przyciągnęła uwagę Bishopa podczas narady, tylko na niej skupił się na dłużej. Porter wciąż miał przed oczyma obraz, jak stuka w to jedno zdjęcie, a jego umysł pracuje na najwyższych obrotach.

Zerknął na drzwi, nasłuchując kroków na korytarzu, ale panowała całkowita cisza.

Na stole pod ścianą po jego lewej stronie piętrzyły się stosy pudeł na akta – wszystko, co zebrali na temat 4MK. Na trzecim pudle od lewej widniał napis „Ofiary”, własnoręcznie wykonany przez Portera. Podszedł do stołu, zdjął pokrywkę i grzebał w papierach tak długo, aż znalazł akta Barbary McInley, również wypełnione jego charakterem pisma.

To były jego akta. Akta jego ekipy. Nie należały do FBI.

– Chuj z tym.

Porter zawinął akta w płaszcz, z powrotem przykrył karton i ruszył do drzwi wyjściowych. Kiedy upewnił się, że w holu nadal jest pusto, wyślizgnął się z pokoju i po cichu zamknął za sobą drzwi.

Wszedł do pokoju narad na końcu korytarza i włączył jarzeniówki wiszące pod sufitem.

– Już myślałem, że wzięliście sobie dziś wolne – stwierdził agent specjalny Stewart Diener. Siedział na miejscu Nasha, z nogami na biurku, i stukał zawzięcie w ekran telefonu komórkowego.

Porter miał nadzieję, że jakiś zbłąkany powiew wiatru rozwichrzy misterną zaczeskę tego typka. Nic z tego.

9

Porter

Dzień drugi, 7.59

Porter zmierzył Dienera wzrokiem.

– Znaleziono ciało, kolejna nastolatka zaginęła. Przez całą noc byłem na nogach. O co ci chodzi?

„Od jak dawna on tu się czai?”

– Wiem, wszyscy już wiedzą. Brawo za dyskrecję. – Diener rzucił na biurko Portera najnowsze wydanie „Chicago Tribune”.

Porter zerknął na nagłówek:

„4MK ZNOWU PORYWA NASZE CÓRKI?”.

Niżej umieszczono fotografię Emory Connors, która ze spuszczoną głową szła ulicą. Zarówno artykuł, jak i zdjęcie znajdowały się w górnej połowie pierwszej strony – najważniejszy tekst numeru. Pod linią zgięcia wydrukowano jeszcze dwie fotografie: wykonane teleobiektywem ujęcie sceny zbrodni w Jackson Park oraz dom Daviesów.

Diener wstał, obszedł biurko Portera, tak że znalazł się po jego stronie, i postukał palcem w gazetę.

– Wymieniają tutaj z nazwiska Ellę Reynolds i Lili Davies.

– Jak to możliwe? Nie ujawniliśmy żadnych informacji. Z rodzicami Lili Davies widziałem się parę godzin temu.

Diener wzruszył ramionami.

– Widocznie jeden z twoich genialnych podwładnych ma za długi język.

– To jakiś absurd – mruknął Porter, przebiegając tekst wzrokiem.