Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
Saga rodzinna opowiadająca o angielskim rodzie arystokratycznym. Rodzie skonfliktowanym walczącym o rodowe gniazdo Penmarric. Saga obejmuje trzy pokolenia Panmarrów. Miłość , nienawiści, żądza posiadania są w tej powieści motorem napędzającym!
Osadzona na tle posępnego pejzażu Kornwalii, pełna rozmachu opowieść o podzielonym wewnętrznie i zantagonizowanym angielskim rodzie arystokratycznym. W centrum konfliktu, stanowiąc jego oś, trwa stary dwór o nazwie Penmarric. Do niego właśnie młody dziedzic rodu sprowadza starszą od siebie o jedenaście lat żonę, co staje się pierwszym aktem dramatu obejmującego trzy pokolenia, od schyłku ubiegłego wieku do połowy naszego stulecia.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1155
Rok wydania: 1971
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Penmarric
Susan Howatch
Przełożyła z angielskiego Maryla Topczewska-Metelska
Wydawnictwo ,,Książnica”
Tytuł oryginału Penmarric
Opracowanie graficzne Marek J. Piwko
© Susan Howatch 1971
For the Polish edition
© by Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 1993
ISBN 83-85348-18-2
Mark
Honor i niegodziwość: 1890
Był to młody dwudziestoletni mężczyzna,wyruszający codziennie na niezwykle dalekie wyprawy, niemal dwukrotnie dłuższeod normalnych...Pracował do późnej nocy.Jego niezmordowaną ruchliwość przypisywano temu, że obawiał się utyć.
Społeczeństwo angielskie we wczesnym średniowieczuDoris Mary Stenton
Wzrostu średniego, krępej budowy, ze skłonnością do tycia,postać jego sprawiała wrażenie siły.Z natury był człowiekiem czynu, nigdy nie próżnował.Ta niespokojna energia to jego główna cecha charakterystyczna...Jako człowiek wykształcony był miłośnikiem literatury, lubił otaczać się ludźmi dowcipnymii uczonymi.
Oksfordzka historia Anglii: Od Księgi Katastralnej do Wielkiej Karty SwobódA. L. Poole
Mimo rozwiązłości obyczajów cieszył się przywiązaniem i szacunkiem ludzi...
Henryk II, Encyclopaedia Britannica
Matylda była trudna we współżyciu, kłótliwa... wyniosła, egocentryczna, niechętna poskromieniu popędliwego usposobienia rodzinnego...
Saksońscy i normandzcy królowie, Christopher Brooke
Do tronu Matyldy uzurpował sobie prawo jej kuzyn, Stefan z Blois... Od najwcześniejszych lat, jak zapamiętał Henryk, jej syn, pomiędzy zwolennikami rywali nie ustawała wojna domowa.
Król Jan, W. L. Warren
Miałem dziesięć lat, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Gniazdo, a dwadzieścia, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Jannę Roslyn; moja reakcja na widok obydwojga była jednakowa. Chciałem je mieć.
Chciałem mieć Gniazdo, ponieważ gotyk tego domu, koszmarny z punktu widzenia architektury, urzekł moją dziecięcą wyobraźnię; ponieważ walka, jaką toczyła matka, żeby zapewnić mi to dziedzictwo, w dziecięcych oczach nie wydawała się walką małostkową i poniżającą, tylko szlachetną i odważną; ponieważ odmówiono mi do niego prawa, a dziecko niczego bardziej nie pragnie niż tego, co jest nieosiągalne. I chciałem mieć Jannę Roslyn, ponieważ mnie, dwudziestoletniemu młodzieńcowi, podobały się kobiety, zwłaszcza piękne kobiety, a szczególnie piękne kobiety nie mające dostępu do sfery, w której przyszedłem na świat.
Spotkaliśmy się przypadkowo. Bez żadnego istotnego powodu o drugiej godzinie tego upalnego lipcowego popołudnia 1890 roku znalazłem się na cmentarzu w Zillan. Bez żadnego istotnego powodu znalazłem się w ogóle w samym Zillan. Nie pochodziłem z tej części Kornwalii, gdyż urodziłem się i wychowałem w pobliżu rzeki Helfort, w łagodnym klimacie Południowej Kornwalii pełnej drzew, ujść rzek i pofalowanych wzgórz, w świecie tak różnym od nagiego górniczego nadmorskiego krajobrazu Północy, gdzie dominują smagane wiatrem wrzosowiska, urwiste skały i zdradzieckie fale przyboju.
Zillan, gmina położona wśród wrzosowisk, należała do Północy.
Udałem się tam owego popołudnia po kłótni z ojcem, mieszkającym czasowo w sąsiedniej gminie, i ogromnię wytrącony z równowagi nie zwracałem uwagi na otoczenie, dopóki nie znalazłem się na wiejskiej drodze wiodącej w stronę kościoła. Zillan było ładniejszą wioską od skromnych i prostych, pełnych bezładnie rozrzuconych domów wiosek w Północnej Kornwalii. W ogródkach przed domami zbudowanymi z piaskowca rosły przeróżne kwiaty, a karczma „Pod Szczęśliwym Urobkiem” nosiła świeże ślady farby i nawet miejscowy pies-przybłęda miał wygląd nakarmionego. Najwidoczniej bieda, która przyszła w następstwie powolnego upadku kornwalijskiego przemysłu wydobywczego, nie dotknęła tego zakątka hrabstwa. Obrzuciwszy spojrzeniem dym buchający z kominów kilku kopalń widocznych na horyzoncie, otworzyłem bramę cmentarną osłoniętą daszkiem i poszedłem bez celu w cień wieży normańskiej górującej nad głównymi drzwiami.
Zatrzymałem się w podcieniu kościoła, niepewny, co robić dalej. Starałem się nie myśleć o niedawnej kłótni z ojcem, starałem się nie myśleć o nie kończących się utarczkach z matką, starałem się nie myśleć o Gnieździe, którego tak bardzo pragnąłem od dawna. Niejasno uświadomiłem sobie, że czuję się bardziej samotny niż kiedykolwiek w życiu, ale byłem zbyt zagubiony i przygnębiony, żeby w pełni zdać sobie sprawę z rozmiarów własnego nieszczęścia. Stałem zwyczajnie w podcieniu kościoła w Zillan, jakbym szukał tu azylu przed jakąś prześladującą mnie, przygniatającą siłą; i kiedym tak stał, od wrzosowisk powiał wiatr i słońce z bezchmurnego letniego nieba oblało je strumieniami światła. Na dziedzińcu kościelnym panował spokój. Nagle zdałem sobie sprawę z tego spokoju, z wszechogarniającej ciszy. Wszystko zamarło w bezruchu. Sam krajobraz trwał w stanie zawieszenia, jakby w tajemniczym wyczekiwaniu, i kiedy tak stałem nieruchomo, zafascynowany bezruchem wszechświata, spojrzałem poprzez bramę cmentarną daleko hen, na wiejską drogę, i zobaczyłem na wrzosowisku samotną postać kobiecą idącą wolno w moją stronę.
Była ubrana na czarno i trzymała gałązkę czerwonych róż.
Stojąc w podcieniu, nie spuszczałem z niej wzroku, a gdzieś wysoko nade mną dzwon z wieży kościelnej zaczął wybijać godziny.
Minęła pierwszy dom na skraju wioski — poruszała się tak spokojnie i swobodnie, jakby płynęła bezszelestnie wąską uliczką. Nie oglądała się ani na prawo, ani na lewo. Lekki podmuch wiatru od wrzosowiska uniósł na chwilę woalkę przypiętą do kapelusza; ręką w czarnej rękawiczce kobieta nasunęła ją z powrotem na twarz.
Dotarła już do bramy cmentarnej. W ręku miała zwykłe dzikie róże, takie jakich mnóstwo pięło się przy ścianach pobliskich domów, i w porównaniu z ich prostotą te londyńskie, cieplarniane, wydały mi się nagle krzykliwe i wulgarne. Szła przez dziedziniec kościelny w stronę podcienia i kiedy właśnie zamierzałem wyjść stamtąd na światło, dostrzegła mnie.
Na pewno zdumiał ją widok obcego człowieka w tej odległej wiosce na wrzosowiskach, najmniejszy jednak ślad zdziwienia nie pojawił się na jej twarzy. Szła jakby mnie nie było, i widziałem, że ma zamiar minąć podcień i dalej pójść ścieżką na drugi koniec dziedzińca.
Poruszyłem się mimo woli. Byłem bez kapelusza, zanim jednak przypomniałem sobie o tym, uniosłem do góry rękę.
— Dzień dobry — powitałem nieznajomą.
Raczyła na mnie spojrzeć: oczy miała niebieskie, szeroko rozstawione, w ciemnej oprawie rzęs, przesłonięte woalką. Po chwili lekko skinęła głową i przeszła obok bez słowa.
Gapiłem się za nią. W chwilę potem podszedłem do muru i rzuciłem okiem na groby za kościołem. Zobaczyłem ją tam. Czerwone róże złożyła przy nowym grobowcu, a sama stała bez ruchu, z głową opuszczoną, z rękoma splecionymi. Nie widziała mnie.
Postanowiłem przysiąść na murze i przyjrzeć się architekturze pobliskiego domu, niewątpliwie należącego do proboszcza. Przyglądałem mu się przez jakiś czas i kiedy właśnie stwierdziłem, że to zupełnie nieciekawy obiekt, usłyszałem zgrzyt bramy i zobaczyłem ją idącą drogą. Minęła zabudowania wiejskie i skręciła w dróżkę przecinającą wrzosowiska; nie spuszczałem z niej wzroku, dopóki nie zniknęła na horyzoncie.
Wtedy zrodziła się we mnie pewna decyzja; nie czułem już takiego obezwładniającego przygnębienia. Zaraz potem szybkim krokiem podążyłem do ojcowskiego domu, żeby uzyskać pozwolenie na przedłużenie mego pobytu w tej części Kornwalii, a przez całą drogę wśród wrzosów do Morvah nie opuszczała mnie myśl o różach rozbłyskujących czerwienią na spokojnym wiejskim cmentarzu i o czarnej woalce rozwianej na wietrze.
Do tego momentu — przyznaję niechętnie — najważniejszą rolę w moim życiu odgrywała matka. Może to całkiem zrozumiałe, skoro matki najczęściej zajmują uprzywilejowane miejsce w sercach synów, moja rodzicielka jednak nie była podobna do innych. Moje uczucia do niej, wystawione na ciężkie próby przez niechęć i urazę, uległy pewnej deformacji, tak że naszych stosunków nie można uznać za typowe.
— Musisz przede wszystkim zrozumieć — powiedziała matka, kiedy jako dziesięcioletni chłopiec po sześciu latach rozłąki odnowiłem z nią znajomość — że wzięłam sobie za punkt Honoru, aby w sprawie naszego Gniazda stało się zadość Sprawiedliwości.
Matka, o czym się przekonałem, o honorze i sprawiedliwości zawsze mówiła „z dużej litery”.
— Rozumiesz — dodała w formie wyjaśnienia — Penmarric powinien należeć do mnie. — Siedzieliśmy w obszernym, ponurym pokoju jej miejskiej rezydencji w Londynie: ja, mały chłopiec w sztywnym czarnym garniturku i jeszcze sztywniejszym kołnierzyku, ona, bardzo efektowna, w fioletowej jedwabnej sukni z czarną koronką i z brzydkim sznurem pereł na szyi. — Cała posiadłość i cała fortuna Penmarów należałaby do mnie, gdyby twój dziad — jak większość mężczyzn — nie był od urodzenia uprzedzony do kobiet. Lubił mnie na swój sposób, ale jego oczkiem w głowie był mój brat Arthur. Nie zważał na to, że Arthur to nieudolny, głupi i nieodpowiedzialny wyrostek, gdy tymczasem ja byłam inteligentna, zdolna i przywiązana do każdej cegły Penmarriku i do każdej piędzi tej ziemi. W Arthurze widział syna i dziedzica, mnie, córkę, ledwie tolerując, uważając prawie za roślinę, a w każdym razie za kogoś, kogo należy jak najlepiej i jak najszybciej wydać za mąż... Nawet kiedy Arthur utonął podczas wypadku z jachtem, ojciec nie zmienił swego stosunku do mnie. Przez jakiś czas miałam nadzieję, że może zmieni zdanie i uzmysłowi sobie, że zasługuję na wszystko to, czym mógłby mnie obdarzyć, ale wtedy... — przerwała. Zacięła usta, jej oczy stały się bardziej lodowate niż morze w środku zimy. — Wtedy — powiedziała matka — pojawił się Giles.
— Pod żadnym pozorem nie wspominaj przy matce imienia Gilesa Penmara — uprzedzał mnie tego popołudnia jej wierny poddany i najbliższy krewny, Robert Yorke, podczas naszego pierwszego spotkania. Matka poleciła mu wyjechać po mnie na stację i przywieźć do domu. W czasie jazdy udzielał mi instrukcji i ostrzegał aż do przesady, tak że zaniepokojony i przerażony niemal nie uciekłem ze strachu. Nie chciał mnie wcale przestraszyć; po prostu zależało mu, aby to moje spotkanie z matką było jak najmniej bolesne. Był to niski, łagodny, uprzejmy mężczyzna o wyglądzie cocker spaniela, psa mego ojca. Rezydencja przy Park Lane, gdzie mieszkała matka, należała do Roberta; swą osobowością tak silny wywierała na niego wpływ, oczarowała naturą tak całkowicie różniącą się od jego, że dawał jej to, co chciała, robił, co mu kazała, oczekiwał i nie otrzymywał nic w zamian, poza apodyktycznym przywiązaniem.
— Drogi Robert — wyznała później matka. — Ożeniłby się ze mną, gdybym była wolna, ale na szczęście więzy małżeńskie, łączące mnie z twoim ojcem, uchroniły go przed tym niemądrym krokiem. Doprawdy, mężczyźni są czasami zdumiewająco głupi! Nawet mój ojciec, człowiek wyjątkowo inteligentny, zrobił z siebie kompletnego głupca w przypadku Gilesa.
— Nie rozmawiaj z matką o Gilesie — przestrzegał kuzyn Robert Yorke w powozie w drodze ze stacji. — Maud jest bardzo wrażliwa na punkcie Gilesa Penmara.
— ...oczywiście on wcale nie nazywał się Giles Penmar — ciągnęła opowieść matka. Widzę ją teraz podczas nalewania herbaty ze srebrnego czajniczka, z pierścieniami błyszczącymi na palcach; wyniosłość emanowała z prostej linii jej pleców, ze sposobu trzymania głowy i kąta załamania łokcia. — Nazywał się Giles Baker. Baker to było nasze nazwisko rodowe, wiesz, zanim mój dziadek wygrał w kości Penmarric od księcia regenta. Potem, odpowiednio do zmiany losu i fortuny, zmienił nazwisko. Giles to nasz daleki krewny. Niebieski ptak, oczywiście. Wszyscy Penmarowie to niebieskie ptaki, które świetnie znają i umieją zdobywać pieniądze. Na przykład mój ojciec jako młody człowiek prawie podwoił swą fortunę w Indiach... Nie było zatem nic dziwnego w tym, że Giles, biedny krewny, umiał docenić znaczenie i wartość majątku rodzinnego ojca. Śmierć mego brata Arthura otworzyła przed nim wspaniałą perspektywę. Zjawił się w Penmarriku, omotał mego schorowanego ojca, zmienił nazwisko na Penmar i nawet był dla mnie miły. O tak, wiedział, jak mnie oczarować! Wszystkie niebieskie ptaki, którym szczęście sprzyja, wiedzą niewątpliwie, jak to robić, a Giles był szczęściarzem. Używając swego wpływu, podstępnie jak łotr i oszczerca tak ułożył sprawy, że kiedy w końcu ojciec zmarł...
— Cały majątek rodzinny przypadł Gilesowi — powiedział do mnie szeptem kuzyn Robert Yorke, gorączkowo udzielając pouczeń przed spotkaniem z matką. — Była to potworna niesprawiedliwość i druzgocący cios dla biednej Maud. Ojciec był przynajmniej na tyle przyzwoity, że zostawił jej skromne dożywocie, Penmarric jednak i reszta fortuny Penmarów wpadły w ręce tego szubrawca. Jeśli jednak Giles myślał, że Maud pogodzi się z tym i pozostawi sprawę w spokoju, grubo się pomylił...
— ...a więc, naturalnie — powiedziała matka, stawiając z brzękiem czajnik — uważałam za moralny obowiązek wnieść sprawę do sądu. Postawiłam sobie to za punkt Honoru; Sprawiedliwości musiało się stać zadość. Ufam, moje dziecko, że twój ojciec wychował cię w należytym poszanowaniu dla Honorowego Kodeksu Zachowania, jeśli nie dla innych spraw…
— Pod żadnym pozorem nie wspominaj Maud o swoim ojcu — ostrzegał wcześniej kuzyn Robert Yorke. — Maud jest bardzo drażliwa na punkcie swego niefortunnego związku małżeńskiego.
— ...Jak sądzę, ojciec nie mówił ci nic o Gnieździe — powiedziała lekceważąco matka, sięgając po posmarowaną masłem gorącą grzankę. — Jakie to typowe! Przypuszczam, że nie powiedział ci nic o sądowych potyczkach, jakie toczyłam i nadal toczę już od sześciu lat, od dnia, w którym opuściłam jego dom. Nic o moim bezustannym dochodzeniu Sprawiedliwości — nic o moich ciągłych wysiłkach zapewnienia ci pewnego dnia Gniazda? No cóż, nie powinno mnie to dziwić. Bez wątpienia przez ostatnich sześć lat sączył w twój umysł jad, opowiadając o mnie kłamstwa!
Udało mi się wydobyć z siebie głos. Otworzyłem usta i usłyszałem zupełnie niepodobny do mego dyszkant: — W ogóle nie mówi na ten temat, proszę matki.
— Możesz mówić do mnie mamo. Nie musisz zwracać się jak do królowej... A więc Laurence nigdy o mnie nie mówi! To ciekawe! Czy ty i Nigel nie mówicie z nim nigdy o mnie?
— Nie, mamo. Niania powiedziała, że nie należy mówić.
— Boże mój, co za okropna kobieta! Skoro jednak nie wymawia się mego imienia, dlaczego wobec tego ojciec pozwolił ci na tygodniowy pobyt w moim domu?
I nagle znalazłem się z powrotem w Kornwalii, w Gweek nad rzeką Helford, w tym pięknym, pokrytym patyną wieków dworze, należącym do rodziny ojca od setek lat, zanim ten parweniusz Baker szczęśliwym trafem losu zbił fortunę i zmienił nazwisko na Penmar. Znalazłem się w gabinecie ojca — trzymał w rękach list od matki i tym swoim spokojnym kochanym głosem mówił: „Oczywiście, Marku, musisz jechać. To synowski obowiązek odwiedzić matkę, jeśli ona sobie tego życzy...”
Zdobyłem się tylko na buntownicze pytanie: — Dlaczego chce mnie widzieć? Do tej pory nie chciała mnie w ogóle widywać! Dlaczego nie chce zobaczyć Nigela? On także jest jej synem!
— Być może Nigel zobaczy się z nią później.
A później w pokoju dziecinnym Nigel oświadczył mi ze spokojem: — Nie zależy mi na tym, czy ona chce mnie widzieć. Moim zdaniem nawet w połowie nie jest tak miła jak niania.—Nigel był ulubieńcem niani. Miał złociste loki, niebieskie oczy i niewinny wygląd nieznośnego cherubinka. — Jak się nad tym zastanowić — powiedział — to nawet lepiej, że mama woli ciebie. Czasami wydaje mi się to niesprawiedliwe, że wszyscy wolą mnie niż ciebie.
Miał zdumioną minę, kiedy porwałem się na niego z pięściami, chociaż do tej pory powinien był już wiedzieć, że nie omijałem żadnej okazji, żeby go zbić. Do niektórych dzieci okropnie wolno dociera nauka.
— Marku — zwykł był zwracać się do mnie głosem znużonym ojciec — musisz włożyć więcej wysiłku, aby opanować swoje gwałtowne usposobienie.
Matka miała gwałtowne usposobienie. Mimo że opuściła dwór Gweekellis przed sześcioma z górą laty, służba pamiętała jeszcze jej napady humorów.
— Charakter masz podobny do mamy — powtarzała mi często niania i za każdym razem dodawała posępnie, zwracając się do bony: — Tym gorzej dla niego.
— No cóż! — westchnęła matka, nalewając sobie drugą filiżankę herbaty w ponurym salonie kuzyna Roberta Yorke’a w domu przy Park Lane i przerwała, żeby na mnie spojrzeć krytycznym okiem. — Jesteś trochę za niski, trochę za tęgi i bez wątpienia mało urodziwy, ale na pewno powiedzie ci się w życiu. Widzę to po twoich oczach. Jesteś uparty. Podobny do mnie. Nie bądź taki przerażony! To komplement. Potrzebuję upartego, silnego syna. Teraz poczęstuj się grzanką i posłuchaj, co ci powiem. Mam wrażenie, że ty i ja będziemy się doskonale ze sobą zgadzać.
Nie miała racji. Wcale nie zgadzaliśmy się ze sobą. Patrząc wstecz widzę, że mylnie oceniła własne wymagania i błędnie założyła, że potrzebuje upartego, silnego syna. Nie potrzebowała. Chciała mieć syna, który by przytakiwał jej słowom, był jej cieniem, uzupełniał jej dominującą kobiecą osobowość. Niespełna jedenastoletniego chłopca ujarzmiła tak, jak ujarzmiła Yorke’a — samą siłą swego charakteru; kiedy jednak wyrosłem z wieku chłopięcego, nie tak łatwo było utrzymać mnie w ryzach. Ale tego dnia w londyńskim domu i podczas dziesięciu następnych lat zacieśniły się nasze stosunki, aż wreszcie wyłamałem się spod jej kurateli i odwróciłem role, nigdy jednak nie byliśmy sobie obojętni.
— Masz dziesięć lat — powiedziała matka w czasie tego naszego pierwszego spotkania w Londynie — i nigdy nie widziałeś swego Gniazda. Mam zamiar natychmiast to nadrobić. Jutro wyjeżdżamy do Penzance.
Najwidoczniej z tego tylko powodu zażądała widzenia się ze mną. Dziesięć lat to wiek, w którym z radością przyjmuje się propozycję zobaczenia Gniazda.
Oczywiście podniecała mnie myśl zobaczenia Penmarriku. Myślałem, że będę mógł obejrzeć dokładnie teren, objechać konno majątek i spenetrować dom od strychu do piwnic. Nie to jednak miała na myśli matka. Po uciążliwej podróży do Penzance, czterysta pięćdziesiąt kilometrów na południowy wschód od Londynu, zatrzymaliśmy się w hotelu „Metropole” położonym przy promenadzie, a następnego dnia wynajęła powóz i ruszyliśmy w dalszą męczącą podróż na północ, przez wrzosowiska, do gminy St. Just. Byłem za młody na podziwianie widoków, wiedziałem tylko, że znajduję się daleko od domu w Gweek, od spokojnego ujścia rzeki i łodzi rybackich. Przyglądałem się krajobrazowi tego obcego skrawka Kornwalii i w moim dziecięcym umyśle rodziła się myśl: diabeł czułby się tu jak u siebie. Bo krajobraz był ponury, choć imponujący; jak okiem sięgnąć same wrzosowiska, bez śladu drzew czy domostw. Wrzosowiska wystrzelające miejscami ponad skaliste, nagie i czarne wzgórza. Kiedy jechaliśmy stromą drogą przez te rozległe płaszczyzny, obejrzałem się i obrzuciłem przelotnym spojrzeniem zamek St. Michel’s Mount, migocący w oddali na tle błękitnych wód zatoki. Przez moment poczułem żal, że to nie St. Michel’s Mount jest moim Gniazdem, chociaż, oczywiście, nie śmiałem przyznać się do tego matce.
W miarę posuwania się w głąb kraju surowy krajobraz zaczęły urozmaicać kopalnie i po raz pierwszy zobaczyłem, jak wygląda okolica bogata w cynę i miedź, z których od stuleci słynęła Kornwalia, kamienne wieże maszynowni, buchające czarnym dymem kominy, olbrzymie hałdy żużlu. Na terenie posiadłości Penmarric znajdowały się dwie kopalnie, poinformowała mnie matka, ale tylko jedna, Sennen Garth, nadal była czynna. Druga, King Walloe, od dziesięcioleci stała zamknięta.
— Czy mogę zjechać do kopalni? — dopytywałem się z nadzieją w głosie.
— Na Boga, moje dziecko, nie jesteś górnikiem... No, spójrz przez okno, zobaczysz, jak wygląda północne wybrzeże. Proszę! Czyż nie wspaniały stąd widok na szczyty tego pasma wzgórz? Trzy gminy, jedna za drugą, stykają się z morzem. St. Just leży na zachód, Morvah wprost przed nami, a Zennor na wschód od Morvah. Penmarric, rzecz jasna, znajduje się w gminie St. Just.
— Jaka to jest teraz gmina?
— Zillan. Same wrzosowiska, położone z dala od morza, za Morvah... Robercie, powiedz stangretowi, żeby się pośpieszył!
Jechaliśmy nadal w kierunku zachodnim, przez szarą wioskę górniczą St. Just i dalej drogą do Land’s End, niebawem jednak zjechaliśmy z drogi prowadzącej do Land’s End i podążyliśmy w stronę morza.
— Teraz — powiedziała wreszcie matka — każ, Robercie, zatrzymać się stangretowi.
Powóz stanął.
— Wysiądź, moje dziecko.
Zrobiłem, co mi kazano. Wiosenny wietrzyk muskał lekko mój policzek, a słońce przygrzewało z wiosennego nieba. Na poboczu drogi pokazały się już polne kwiaty, za polnymi kwiatami płaszczyzny ciernistego janowca wybuchały płomieniem żółtego kwiecia.
Matka chwyciła mnie za ramię.
— Spójrz.
Spojrzałem. W dali za niewielką doliną, za gąszczem drzew niespotykanych w tym pustym krajobrazie, stał zamek zbudowany na urwisku, zwrócony frontem w stronę morza. Dech mi w piersi zaparło, a potem, raz jeszcze spoglądając, stwierdziłem, że to wcale nie zamek, tylko ogromna budowla wzniesiona z szaroczarnego kamienia, z wieżami i kolumnami, z wyszukanymi architektonicznymi ozdóbkami, które zafrapowały moją dziecinną wyobraźnię. W późniejszych latach musiałem oczyścić dom z tych śmiesznych nowoczesnych ozdób, ale wtedy, widziany po raz pierwszy, wydał mi się doskonale piękny.
— Chcę go mieć — powiedziała matka, wtórując moim myślom i właśnie wtedy chyba połączyła nas ta więź, która przetrwała przez wszystkie lata nieporozumień, jakie mieliśmy jeszcze przeżyć. — Chcę go mieć, i będę miała — jeśli nie dla siebie, to przynajmniej dla ciebie.
— Czy możemy jechać dalej? — zapytałem. — Dlaczego się tu zatrzymaliśmy? Czy nie możemy odwiedzić kuzyna Gilesa?
Popatrzyła na mnie jak na wariata.
— Odwiedzić Gilesa? Moje drogie dziecko! Czy naprawdę sądzisz, że po sześciu latach nieustannego procesowania zostanę przyjęta gościnnie pod dachem domu, który on nieprawnie uważa za swój? To wyjątkowo nieinteligentne pytanie! Mam nadzieję, że nie wyrośniesz na głupca. — Odwróciła się do stangreta, prostego kornwalijskiego kmiotka, który patrząc na nas z rozdziawionymi ustami, starał się pojąć, o czym mówimy w naszym angielskim języku.
Obrzuciłem po raz ostatni spojrzeniem Penmarric i podążyłem za nią do powozu. Zdarzyło się to na cztery lata przed ponownymi odwiedzinami Gniazda.
Miałem czternaście lat, kiedy matka wygrała sprawę sądową o Penmarric i zażądała widzenia się ze mną. Raz jeszcze pojechaliśmy do Penmarriku, tym razem z zamiarem przekroczenia progu domu, skoro Giles nie był już jego prawnym właścicielem; Giles jednak odwołał się od tej decyzji i sprawa nie została jeszcze zakończona, czyli była sub iudice. Przed naszym nosem drzwi frontowe zamknięto i zaryglowano od wewnątrz; matka, trzęsąc się z wściekłości, waliła pięściami w kasetony, ale na nic się to zdało. Penmarric wciąż należał do Gilesa.
Minęły dalsze dwa lata procesowania, a potem stało się nieszczęście. Sąd Apelacyjny przyznał rację Gilesowi — tym samym decyzja sądu niższej instancji została obalona.
— Odwołam się do Izby Lordów! — wykrzyknęła z płomieniem w oczach rozżalona matka. — Nigdy nie ustąpię, nigdy!
Ale Izba Lordów odrzuciła jej odwołanie. Po latach bezowocnego sporu i wielkich wydatków sprawa zakończyła się niczym.
Mimo to matka nie poddała się. Coś należy ocalić z tej ruiny nadziei. Zdecydowała. Pojedzie do Penmarriku, pogodzi się z Gilesem i przynajmniej nakłoni go, by pozwolił jej odwiedzać dom od czasu do czasu. Na próżno kuzyn Robert Yorke i ja dowodziliśmy, że Giles nie ma powodu przebaczyć i zapomnieć o dwunastu latach wrogości między nimi; na próżno tłumaczyliśmy, że marnuje czas. Pozostała — jak zwykle, kiedy przeciwstawiano się jej woli — arbitralna i niepoprawnie uparta.
— Niech będzie — powiedziałem z agresywną przekorą szesnastolatka, który chce pokazać pewną niezależność. — Jedź, jeśli chcesz, mamo. Ale nie oczekuj po mnie, że zmarnuję czas, żeby ci towarzyszyć w podróży.
— Pojedziesz ze mną, czy ci się to podoba, czy nie! — Ja, zbuntowany nastolatek nie mogłem w tym pojedynku dorównać matce. — Robercie, przypomnij chłopcu o jego synowskich obowiązkach!
— Marku, naprawdę winien jesteś to matce, rozumiesz — wypełniał posłusznie polecenie kuzyn Robert. — Maud tyle dla ciebie zrobiła.
Poddałem się, manifestując niezadowolenie popisem dąsów, a matka powstrzymała się jakoś przed natarciem mi uszu.
Przy trzeciej wizycie w Penmarriku poznałem dzieci Gilesa, kuzynów: Raymonda, Harry’ego i Clarissę Penmarów. W zasadzie Giles miał tylko jednego syna, Raymonda, mego rówieśnika, ale żona Gilesa, obecnie już nieżyjąca, ulitowała się nad sierotami po siostrze. Giles wyraził zgodę na przejęcie nad nimi opieki i pozwolił sprowadzić dzieci do swego domu. Harry, adoptowany syn, miał teraz jedenaście lat; jego siostra Clarissa była o rok czy dwa młodsza od nas, Raymonda i mnie. Poza tymi skąpymi wiadomościami nie wiedziałem o nich więcej i później. Zwłaszcza jeśli chodzi o Clarissę, żałowałem, że w ogóle cokolwiek o niej wiem. Dlaczego tak bardzo nie lubiłem Clarissy? Kiedy jako szesnastolatek po raz pierwszy ją ujrzałem, byłem już na tyle dorosły, żeby docenić jej urodę; ciemnowłose dziewczyny nigdy mnie jednak nie pociągały, może dlatego, że wyglądem przypominały mi matkę i jej despotyczny charakter, poza tym niechęć do Clarissy miała głębsze podłoże niż tylko urodę. Po namyśle wydaje mi się, że ta niechęć zrodziła się podczas pierwszego spotkania na stopniach Penmarriku. Znieważyła mnie wtedy ze zjadliwością piętnastoletniej pensjonarki i dała przedsmak złośliwości, z jaką mnie atakowała później, kiedy byliśmy starsi. Być może już wtedy, podczas pierwszego spotkania, wyczułem, że jej wpływ na moje życie nie będzie dodatni.
Kłopot zaczął się, kiedy — ku zdziwieniu jedynie matki — kamerdyner nie wpuścił nas do domu. Matka natychmiast zażądała widzenia się z Gilesem osobiście, ale pobladły z wrażenia kamerdyner powiedział, że pan Penmar jest niedysponowany i nie może się z nikim widzieć. W tym to właśnie momencie przyszedł mi do głowy niefortunny pomysł, żeby porozmawiać z kuzynem Raymondem; sądziłem chyba, że dwaj szesnastoletni chłopcy prędzej dojdą do porozumienia niż nasi rodzice, ale się myliłem. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił Raymond, to kazał mi wynosić się sprzed drzwi, jakbym miał żółtą febrę.
— Wynoś się stąd! — wrzasnął z typowym dla niego, jak się od razu zorientowałem, wdziękiem. Był to młodzieniec wysoki, o ustach rozkapryszonego dziecka, delikatnych dłoniach i rozdrażnionym wyrazie twarzy. Wydobywając z siebie na tyle donośny głos, żeby usłyszała go matka czekająca z kuzynem Robertem w powozie, dodał: — Penmarric nigdy nie będzie twój, wracaj więc do Londynu i złam kark!
— No cóż... przyjacielu — powiedziałem tak grzecznie, jak mnie nauczono w Eton, i nie mogłem się powstrzymać od zdzielenia go pięścią w nos.
Upadł jak rażony piorunem.
Rozkoszowałem się jeszcze skutecznością swego ciosu, kiedy z impetem otworzyły się frontowe drzwi i stanąłem twarzą w twarz z szermierzem znacznie niebezpieczniejszym od słabowitego kuzyna Raymonda. Jego przybrany brat Harry był wysoki, mocno zbudowany, barczysty, a pięści miał takie, że od razu uznałem, iż najwyższy czas nakazać sobie szybki, ale honorowy odwrót.
— Niech cię diabli wezmą, ty kanalio — wycedził przez zęby Harry Penmar. — Niech cię diabli wezmą, wynoś się stąd, zanim pożałujesz, żeś tu w ogóle przyjechał!
Nim zastanowiłem się nad stosowną ripostą, pojawiła się jego siostra, podeszła do nieruchomego Raymonda i uklękła. Piersi jej gwałtownie unosiły się i opadały z podniecenia. W innych okolicznościach przyjrzałbym się jej dokładniej, wówczas jednak za bardzo zajęty byłem szydzeniem z Harry’ego Penmara, jednocześnie zwiększając dzielącą nas odległość.
— Wydaje ci się, że kim ty jesteś? — cedziłem słowa zuchwale, chcąc zamaskować zbyt oczywistą rejteradę. — Lekką Brygadą przed atakiem?
Odpowiedź nadeszła nie od niego, lecz od dziewczyny. Spojrzała na mnie z wysokości schodów; ja, skrzypiąc po żwirowanym podjeździe, byłem już na dole i nagle uświadomiłem sobie, że dziewczyna ma płonące ciemne oczy i wykrzywione gniewem namiętne usta.
— Ty szpetny mały brutalu! — fuknęła na mnie. — Ty gruby szkaradny kretynie, wynoś się razem ze swoją wstrętną matką i nigdy — nigdy — więcej nie wracaj!
Mimo wrodzonej agresywności i tupetu nabytego w szkole prywatnej, byłem mniej odporny na ataki, niż się przyznawałem. Szesnaście lat to wiek wrażliwy. Wiedziałem, że wciąż jestem za gruby. Wiedziałem, iż mimo silnego rodzinnego podobieństwa do matki, nie odziedziczyłem jej urody. Już wtedy wiedziałem także, że więcej nie urosnę. Ale nie podobało mi się to, co usłyszałem z ust młodej dziewczyny, szczególnie dziewczyny w moim wieku: że jestem niski, gruby i szpetny.
Nie przestałem się jej przyglądać z twarzą pałającą bezsilnym gniewem, aż matka zawołała z powozu głosem, który sparaliżował nawet Harry’ego Penmara:
— Marku, natychmiast odjeżdżamy, proszę!
Tak zakończyła się moja trzecia wizyta w Penmarriku, czyli całkowitym fiaskiem, jak i prawnicze wysiłki matki, aby odzyskać dziedzictwo. Sprawa była przegrana, Gilesa nie dało się spacyfikować, Penmarric na zawsze pozostał dla mnie nieosiągalny.
Po raz pierwszy widziałem matkę plączącą. Patrzyła, jak Penmarric znika jej z oczu, i uroniła dwie duże łzy; kiedy jednak kuzyn Robert z niepokojem ofiarował jej chusteczkę, odsunęła ją ruchem ręki.
— Schowaj to, głuptasie — powiedziała, władcza nawet w smutku, i uniosła głowę trochę wyżej. — No cóż, to chyba jest koniec. Wrócę do Londynu i zajmę się ważniejszymi sprawami niż procesowanie. Być może prawami wyborczymi kobiet? To ważny problem społeczny. Albo kampanią na rzecz kontroli urodzin?
Kuzyn Robert i ja wymieniliśmy przerażone spojrzenia, zbyt jednak współczuliśmy jej, żeby się odezwać i zaryzykować, że jeszcze bardziej się rozzłości. Powinniśmy byli wiedzieć, że wbrew wszystkiemu ona nigdy nie porzuci nadziei na odzyskanie Penmarriku, nawet wtedy, kiedy na pozór wszystkie nadzieje zostały pogrzebane. Wszystkim, co dotyczy Penmarriku, była zaślepiona, a jej odporność na niepowodzenia tak wielka, że nie pogodziła się z oczywistością całkowitej i trwałej porażki, i wkrótce po przybyciu do hotelu „Metropole” w Penzance, snując dalsze plany, odzyskała pełny spokój. Przynajmniej na razie nie dyskutowaliśmy więcej o Penmarriku, natomiast na prawach substytutu została nagle uhonorowana zainteresowaniem rodzicielki moja osoba.
— No cóż, Marku — odezwała się po wysłaniu kuzyna Roberta z jakimś poleceniem, żebyśmy mogli zostać sami. — Miło mi było widzieć cię przy sobie podczas naszych zmagań o odzyskanie Gniazda i mam nadzieję nadal cię widywać, mimo że te zmagania się skończyły. A może byś przyjechał do Londynu i zamieszkał ze mną? Miałbyś własne mieszkanie, hojne kieszonkowe i całkowitą swobodę w korzystaniu z wszelkich kulturalnych przyjemności tej największej i pierwszej stolicy świata.
— Nie, dziękuję, mamo.
— Dlaczego, na miły Bóg, nie chcesz? — Czuła się urażona nagłą odmową. — Jakiż jesteś niewdzięczny!
— Mój dom jest w Gweek, przy ojcu.
— Przy ojcu! Ten twój ojciec, prowincjonalny dziedzic, zawsze po uszy zagrzebany w przeraźliwie nudnych książkach historycznych! Mój drogi chłopcze, nie przekonasz mnie, że masz z nim coś wspólnego! A teraz posłuchaj, ja...
— Nie — przerwałem tracąc nagle cierpliwość — ty mnie posłuchaj, mamo! Porzuciłaś mnie, kiedy miałem cztery lata, ściągnęłaś na tydzień do Penzance, kiedy byłem na tyle duży, żebym się zainteresował twoimi planami, oderwałaś od domu, kiedy miałem czternaście lat, i trzymałaś u siebie przez kilka tygodni dłużej, niż należało, pisałaś do mnie — wielkie poświęcenie z twojej strony! — raz na kwartał, a teraz masz odwagę proponować, żebym porzucił wszystko i został jednym z twoich bezwolnych poddanych, jak biedny kuzyn Robert!
Z kolei ona straciła cierpliwość. Musieliśmy chyba z dziesięć minut przynajmniej obrzucać się wyzwiskami, zanim purpurowa z wściekłości krzyknęła: — No to jedź do tego swego walącego się dworu w Gweek! Jedź do nudnego ponuraka ojca, i chwała Bogu! Ale nie waż się wracać tu potem skruszony, kiedy zrozumiesz swoją pomyłkę i zechcesz żyć jak młody mężczyzna w Londynie!
— A ty nie wracaj do mnie skruszona — ryknąłem za nią — kiedy zostaniesz na starość sama!
Po powrocie do Gweek i do ojca postanowiłem święcie, że nigdy więcej nie będę jej chciał widzieć.
Myślałem, że ojciec ucieszy się z mojego ostatecznego wyzwolenia spod wpływu matki, nic jednak nie powiedział. Chociaż pozwalał, a nawet zachęcał mnie do widywania się z matką, kiedy sobie tego życzyła, nigdy nie wypytywał o nic, a nawet gdy miałem lat dziesięć, wyczułem, że nie ma ochoty rozmawiać o planach matki związanych z odzyskaniem Penmarriku, jak również o niej samej. Tematy tabu odsunęły nas od siebie i kiedy podrosłem, zrozumiałem, że wprawdzie traktuje mnie zawsze dobrotliwie i okazuje zainteresowanie, ta jego tak uczciwa w stosunku do mnie, formalna ojcowska postawa maskuje jakiś mur chłodu, który zarówno bolał, jak i zbijał mnie z tropu. Wiedziałem, że często mu przypominam matkę. Spostrzegłem, że łatwiej akceptuje Nigela z jego łagodnym usposobieniem niż moją bardziej skomplikowaną naturę. Byłem jednak jego starszym synem, który jak i on pasjonuje się historią — z jakim uporem wkuwałem ten przedmiot! — i wydawało się to krzywdzące, że mimo woli jest uprzedzony do mnie z powodu matki, a jeszcze bardziej krzywdzące, że to przecież było moim marzeniem naśladować go we wszystkim, żyć takim życiem jak on, wyznawać te same ideały i wierzyć, w co on wierzy.
Był człowiekiem spokojnym. Potrafiłem zrozumieć, dlaczego matka uważała go za nieciekawego prowincjusza. Istotnie bowiem nienawidził życia miejskiego i najszczęśliwszy był w cichym kornwalijskim zakątku Gweek, gdzie mógł trochę jeździć konno, a od czasu do czasu spotykać się z przyjaciółmi z miejscowego ziemiaństwa, których znał od urodzenia. I najważniejsze: mógł pisać artykuły i monografie historyczne w spokoju i z dala od zgiełku. Ojciec nie mówił wiele na temat honoru i sprawiedliwością którymi tak lubiła szafować matka, nie odczuwał potrzeby mówienia o tym; ani mnie, ani Nigelowi nie prawił nigdy morałów; całkiem zwyczajnie z góry zakładał, że pójdziemy w jego ślady. Ponieważ ojciec był człowiekiem prawdziwie dobrym i moralnie nieskazitelnym, swoim życiem dawał przykład wystarczający za wszelkie wyjaśnienia słowne.
Tak bardzo pragnąłem naśladować go we wszystkim, że do siedemnastego roku życia udało mi się stłumić typowe dla Penmarów skłonności. Penmarowie byli niebieskimi ptakami, no i nie odznaczali się, niestety, cnotą czystości.
Co dziwniejsze, właśnie kłótnia z matką doprowadziła mnie do upadku. Było to niezrozumiałe i nielogiczne, ale odczuwałem jej brak i napisałbym do niej list, żeby usunąć dzielącą nas przepaść, gdyby nie duma zakazująca mi tego kroku. Niejako więc w zastępstwie zwróciłem się w kierunku płci reprezentowanej przez matkę, z pełną świadomością złamania ojcowskich zasad. Zdarzyło się to pewnego dnia podczas przypadkowej wizyty złożonej przeze mnie w Mullion Cove.
Ta kobieta była żoną rybaka. Jej mąż wypłynął na morze, a ona potrzebowała i towarzystwa, i pieniędzy, więc zostawiłem jej pięć szylingów. Była mi wdzięczna — ja jej z początku też. Kiedy jednak zakończył się ten epizod, stwierdziłem, że świadomość winy unieszczęśliwiła mnie w jeszcze większym stopniu. Co gorsza, uświadomiłem sobie, że nie mogę już zachowywać się tak jak dotąd, jakby ten incydent w ogóle się nie zdarzył, i powrócić do życia w czystości. Wreszcie, z mieszanymi uczuciami, chcąc zmazać winę zarówno wobec własnego sumienia, jak i wobec ojca, który przecież nic nie wiedział o mojej słabości, rzuciłem się w wir pracy jeszcze energiczniej niż dotychczas, przysięgając, że nie spocznę, aż osiągnę takie wyniki w pracy naukowej, jakie osiągnął mój ojciec.
Wcześnie rozpocząłem naukę w Oksfordzie. Nie zabrzmi to skromnie, ale muszę powiedzieć, że nie nauczyli mnie tam niczego więcej, niż mogli nauczyć w Eton, wzdychałem więc za gruntowniejszymi studiami i pragnąłem uciec od rygorów życia szkolnego do uniwersyteckiej wolności. Egzaminy końcowe zdałem latem przed ukończeniem dwudziestego pierwszego roku życia, z pierwszą lokatą, co w tak młodym wieku było raczej rzadkością. Kierujący mymi studiami wychowawca zachęcał mnie do pozostania na uczelni i oddania się życiu akademickiemu, miałem jednak dosyć studiów — kosztowały mnie przecież tyle wysiłku — odpowiedziałem więc, że chciałbym trochę odpocząć przed podjęciem ostatecznej decyzji co do dalszej przyszłości.
Przyjaciel zaprosił mnie do swego rodzinnego domu w Londynie, żeby skorzystać z kończącego się właśnie sezonu1 — zaproszenie przyjąłem. Lato 1890 roku było spokojne. Anglia trwała w oczekiwaniu; konserwatywny rząd lorda Salisbury zręcznie pokierował kwestią irlandzką, a strajki robotnicze z początków lat dziewięćdziesiątych miały dopiero nadejść. Świat znajdował się w okresie między kryzysami. Jeszcze nie pobrzękiwano wzajemnie na siebie szabelkami i nawet duch szowinizmu jakby trochę osłabł. Po trudach Oksfordu Londyn dał mi poczucie fałszywego bezpieczeństwa, jakim cieszył się świat wokół mnie. Potem nagle, bez ostrzeżenia, w moje życie wkroczyła matka, co pociągnęło za sobą splot tych wszystkich wydarzeń, które miały zaprowadzić mnie w końcu na wiejski cmentarz w Zillan i do Janny Roslyn. I do jej szeroko rozstawionych oczu w obramowaniu ciemnych rzęs za wdowią woalką.
Następcą Stefana był jego starszy syn Eustachy, któremu ojciec próbował zapewnić sukcesję...
W 1153 roku Eustachy nagle zmarł.
Saksońscy i normandzcy królowie Christopher Brooke
W rozpaczy Stefan zaprzestał nie kończącej się walki.
Miał żyć niedługo i wiedział o tym; skoro zmarł wyznaczony na następcę syn, jedynym jego życzeniem było umrzeć w glorii króla Anglii...
uznał za swego następcę Henryka, syna Matyldy, księcia Normandii...
Diabelskie plemię, Alfred Duggan
Miałem akurat zamiar wynająć mieszkanie przy Bruton Street, kiedy znów spotkałem matkę. Nie chciałem nadużywać gościnności domu mego oksfordzkiego przyjaciela i chociaż wcześniej planowałem wrócić do Gweek po doświadczeniu przyjemności sezonu przez dwa, trzy tygodnie, stwierdziłem teraz, że te plany spełzły na niczym. Ojciec na jakiś czas zamknął dwór Gweekellis w sposób, który mnie co najmniej zdumiał, i zaszył się w małej posiadłości Deveral Farm w gminie Morvah, na północnym wybrzeżu Kornwalii, około ośmiu kilometrów od Penmarriku. Już dawno odziedziczył ją po matce, która pochodziła z rodziny właścicieli ziemskich z sąsiedniej gminy, ziemię jednak od dziesiątków lat uprawiali dzierżawcy i chyba zapomniałby o tej posiadłości, gdyby nie śmierć dzierżawcy w 1890 roku, kiedy to wygasała też długoterminowa umowa. Problemy prawne związane z posiadłością wymagały wizyty dziedzica. Jeszcze podczas mego pobytu w Oksfordzie otrzymałem od ojca list z wiadomością, że zamierza pozostać w Morvah dwa, trzy tygodnie; w tym czasie Nigel przebywał za granicą, zwiedzając Europę, ja miałem pozostać w Londynie i dwór Gweekellis nagle wydał się ojcu bardziej opuszczony niż zwykle; poza tym jego praca naukowa na temat reform monetarnych Henryka II nie szła dobrze i ojciec uważał, że zmiana otoczenia dobrze mu zrobi.
Niewątpliwie tak się stało. Przebywałem w Londynie, kiedy dotarł do mnie jego drugi list z wiadomością, że zamknął Gweekellis na całe lato i postanowił pozostać w Deveral Farm do jesieni. „Po wielu latach spędzonych w południowej Kornwalii — napisał — zupełnie zapomniałem, jak pięknie jest na północnym wybrzeżu; krajobraz jest tu bardziej surowy, majestatyczny, stwierdziłem też, że pragnę samotności, której nie zapewnia mi krąg przyjaciół w Gweek. Być może skończę życie jako odludek! Daj mi znać, kiedy będziesz pragnął wrócić do Gweek, a ja przygotuję dom na twój przyjazd, nie ulega jednak wątpliwości, że pozostaniesz w Londynie do końca sezonu, a potem, jak sądzę, otrzymasz zaproszenie do rozmaitych wiejskich rezydencji...”
Była to prawda; rzeczywiście z początku planowałem pozostać w Londynie do końca sezonu i nie miałem wątpliwości co do zaproszeń na wieś, jak przewidział ojciec, szybko jednak rozczarowałem się sezonem i doszedłem do wniosku, że spotkania z tak wielu młodymi dziewczynami w moim wieku i z mojej sfery nie dają mi niczego. Mogłem być starszym synem właściciela ziemskiego, nie miałem jednak tytułu, żadnego majątku poza skromnym kwartalnym kieszonkowym i, co Clarissa Penmar tak dobitnie określiła, nie byłem urodziwy. Zamężnym szwaczkom i niezamężnym pokojówkom w Oksfordzie mogłem się wydawać bogatym młodzieńcem z arystokratycznego rodu, co przyciągało je do mnie, ale dla młodych dziewcząt z mojej sfery i dla ich mam z aspiracjami byłem zerem.
Mimo to pasjonował mnie pobyt w Londynie, nawet jeśli sezon nie spełnił moich oczekiwań, tak więc po otrzymaniu listu od ojca postanowiłem pozostać w mieście i wykorzystać czas jak najlepiej. Rozmyślałem nad odwiedzeniem go w Morvah, nie zaprosił mnie jednak do siebie, a byłem zbyt dumny, żeby pojawić się w progu jego domu bez zaproszenia, jak samowolny szczeniak przybiegający do pana, żeby go pogłaskał.
Pewnego ranka szedłem Piccadilly do Bruton Street, żeby obejrzeć mieszkanie do wynajęcia, kiedy to przed Akademią Królewską natknąłem się na matkę.
— Mark! — powitała mnie, jakbyśmy się nie widzieli cztery dni, a nie cztery lata. — Chciałam ciebie właśnie spotkać! Czy słyszałeś ostatnie wiadomości?
— Jakie wiadomości?
— Jezus Maria, nie czytujesz kolumny z nekrologami w „Timesie”? Twój kuzyn Raymond Penmar nie żyje! Był za granicą — najwidoczniej w Egipcie — i nabawił się cholery. Zmarł w ciągu dwóch dni, oczywiście. To strasznie bolesne przeżycie dla Gilesa. Pomyśl teraz, Marku, co to oznacza. Gilesowi pozostało tylko tych dwoje adoptowanych dzieci, Harry i Clarissa, a oni nie są w ogóle Penmarami, nawet nie krewnymi. Dochodzą mnie słuchy, że młody Harry jest bardzo zdemoralizowany i Giles prawdopodobnie zawiódł się na nim...
Słuchałem zbyt oburzony jej zachowaniem, żeby przemówić, ale mimo to zanadto ulegałem sile jej osobowości, żeby się odwrócić i odejść. W następnej chwili, nim zdołałem zaprotestować, pchnęła mnie w stronę Green Park i zmusiła do zajęcia miejsca obok siebie na najbliższej ławce.
— ...Napisałam do ciebie pod adresem Gweek — nie dostałeś moich listów? Jakie to szczęście, że cię tu spotkałam! Bóg czasami działa w tajemniczy sposób, ale działa.
— Mamo...
— Nie bądź nudny, Marku. Bezwzględnie musimy przedyskutować to razem...
Nie było ucieczki. Skoro już usiedliśmy na ławce, skrzyżowałem ręce i rzucałem gniewne spojrzenia na bujną trawę u naszych stóp, ona jednak była zbyt podniecona, żeby zwracać na cokolwiek uwagę.
— ...więc napisałam do Gilesa — list z wyrazami współczucia oczywiście — i powiedziałam...
Wykazała naprawdę zdumiewający tupet pisząc do tego człowieka, który akurat stracił jedynego syna, proponując, żeby mnie, jako jedynemu żyjącemu krewnemu w linii męskiej (jak zwykle zapomniała o istnieniu Nigela), zgodził się zapisać w testamencie Penmarric.
— Zaznaczyłam — dodała — że to kwestia Honoru, żeby posiadłość pozostała w rodzinie.
Oniemiałem. Kiedy w końcu dobrałem słowa wyrażające to, co o niej myślę, odezwała się triumfująco: — Wiem, o czym myślisz, ale się mylisz! Myślałeś, że Giles jest zbyt urażony i nie odpowie, prawda? Otóż nie jest! Odpisał na list w ciągu tygodnia, i to właśnie tak, jak oczekiwałam.
— Czy chcesz powiedzieć...
— Tak — odparła. — Giles pragnie cię zobaczyć. Zostaliśmy zaproszeni do Penmarriku.
Znów zaniemówiłem. Nagle jednak przypomniał mi się Penmarric, rozległe pofałdowane wrzosowiska północnej Kornwalii, skaliste granitowe pagórki, mury z piaskowca i kwadratowe wieże kościelne na tej obcej i odległej ziemi. I pomyślałem o tym domu z wieżyczkami i blankami wznoszącymi się nad urwiskiem — senne marzenie, które pragnąłem przyoblec w rzeczywistość, a które według mnie na zawsze pozostawało poza moim zasięgiem.
— Czy naprawdę tak cię to zdumiewa? — spytała szorstko matka. — Bliższa koszula ciału niż sukmana, rozumiesz?
Nic nie powiedziałem. Wciąż myślałem o Penmarriku.
— Marku, czuję, że muszę z tobą o czymś porozmawiać. Nie miałam zamiaru wcześniej o tym wspomnieć, ale teraz, skoro sprawa Gniazda znajduje się w punkcie przełomowym i tak wiele zależy od spotkania z Gilesem... — przerwała. — Marku, nie słuchasz tego, co mówię.
Z trudem powróciłem do rzeczywistości.
— Przepraszam.
— Widzisz, napisałam o tobie Gilesowi. Powiedziałam, że wyglądasz, myślisz i zachowujesz się jak Penmar...
To mnie rozwścieczyło. Zbyt wiele czasu poświęciłem na upodobnienie się do ojca, żeby z wdzięcznością przyjąć z jej ust, że nie przypominam go pod żadnym względem. Nie zdołałem się powstrzymać, wybuchnąłem ostro: — Jestem w równym stopniu Castallackiem jak i Penmarem!
— Naprawdę? — zdziwiła się matka. — Żałuję, że nie mogę być tego pewna tak jak ty.
Przez chwilę nic się nie wydarzyło.
Nadal przyglądałem się matce. Miała na sobie fałdzistą szkarłatną suknię spiętą na szyi diamentową broszką i wówczas widziałem tylko tę broszkę. Nadal ją pamiętam. Mogę zamknąć oczy i widzę wszystkie te diamenty, jeden przy drugim, rząd nierównych, drapieżnych zębów, które iskrzyły się w ostrym południowym świetle.
— No cóż, nie miałam zamiaru w ogóle ci o tym wspominać, ponieważ nie byłam całkiem pewna, ale widzisz, powiedziałam Gilesowi... — znów zaczęła mówić szybko, nie patrząc na mnie, a jej głos był obcy i daleki, jak głos kogoś nieznajomego, mówiącego o czymś, czego nie starałem się zrozumieć. — ...byłam nieszczęśliwa w młodości. Nie miałam ochoty wyjść za mąż, chciałam jedynie prowadzić dom ojcu, pozostać w Penmarriku... Ojciec się przeraził, powiedział, że jeśli w ciągu roku nie wyjdę za mąż, pominie mnie w testamencie... więc wyszłam za mąż za pierwszego, który poprosił o moją rękę. No więc, czy w tych okolicznościach twój ojciec i ja mogliśmy być szczęśliwi? Czy mogliśmy? Nie kochałam go, nie chciałam się zachowywać tak, jak powinna żona... w końcu powiedział, żebym odeszła. Ojciec musiał mnie przyjąć do siebie, bo nie miałam dokąd pójść. Było lato. Giles przebywał wtedy w Penmarriku. Kwitły rododendrony, powinieneś zobaczyć te rododendrony, były takie piękne i lato było takie piękne... Chciałam doprowadzić do unieważnienia małżeństwa z Laurence’em, poślubić Gilesa, ale nie życzył sobie tego ojciec. Akceptował Laurence’a. Penmarów nadal uważano za parweniuszy, rozumiesz, nadal byliśmy nouveaux riches, a Castallackowie z Gweek to stara i poważana rodzina... Ojciec nie pochwalał małżeństw pomiędzy kuzynami i kogo innego przewidział dla Gilesa — dziedziczkę z Launceton. Przeciwstawiłabym się ojcu nawet wtedy, ale Giles... Giles nie godził się na nieposłuszeństwo. Kiedy było po wszystkim, wróciłam do Laurence’a. Chciałam pokazać Gilesowi, że ja także mogę odwrócić się od kogoś, kogo kocham, i żyć z kimś innym... Bóg jeden wie, dlaczego Laurence przyjął mnie z powrotem. Sądzę, że uważał to za swój obowiązek. Przez pięć lat żyliśmy jak mąż z żoną, pięć razy byłam w ciąży, ty, Nigel, dwa poronienia i — nie pamiętasz dziecka, które zmarło wkrótce po urodzeniu. W końcu umarł ojciec i miałam pieniądze na wyjazd do Londynu... Po pogrzebie ojca nie widziałam więcej Gilesa, rozumiesz. Szesnaście lat... Nie przyjeżdżał w ogóle do Londynu w sprawach sądowych. Wszystko załatwiał przez prawników. Poza pogrzebem ojca — kiedy Giles zupełnie mnie zignorował — nie widziałam go od chwili opuszczenia Penmarriku tuż przed Bożym Narodzeniem 1868... Dziewięć miesięcy przed twoim urodzeniem.
Zatrzymała się. Nastąpiła długa pauza przed wyznaniem normalniejszym już tonem: — Kiedy więc usłyszałam, że Raymond nie żyje, a wiedziałam, że muszę napisać do Gilesa, nagle zdałam sobie sprawę, że gdyby Giles przypomniał sobie, gdyby się zastanowił... Nie mówiłam o tym nikomu, rozumiesz, bo nie byłam pewna. Skoro jednak nie jesteś w ogóle podobny do Laurence’a Castallacka...
Podniosłem się.
— Z pewnością rozumiesz, Marku! Jeśli Giles pomyśli, że jesteś jego synem, nie będzie w ogóle brał pod uwagę Harry’ego jako następcy! Marku, działałam w twoim najlepszym interesie! Pewnego dnia odziedziczysz Penmarric...
— Niech diabli wezmą Penmarric.
— Marku!
— I niech diabli wezmą ciebie — powiedziałem dobitnie i rzuciłem się do ucieczki. Biegłem przez park, przez gładkie trawniki pod drzewami zmęczonymi upałem lata, obok nianiek z wózkami i dzieci z kółkami. Biegłem, aż zabrakło mi tchu, ona jednak nie dała za wygraną. Biegła za mną, w końcu przystanąłem, opadłem na ławkę i czekałem, aż zaczniemy się kłócić.
— Marku... — Znalazła się obok mnie, z twarzą purpurową, bez tchu, co wcale nie przeszkadzało jej mówić. — Marku, proszę cię! Wysłuchaj mnie! Ja...
— Nie — zaprotestowałem — nie, to ty mnie posłuchaj, mamo. Dosyć długo ciebie słuchałem. Nigdy nie pojadę do Penmarriku. Nigdy nie zobaczę się z Gilesem Penmarem. I nigdy nie chcę cię więcej widzieć na oczy!
Kłóciliśmy się przez jakiś czas. Krzyczała, terroryzowała mnie, argumentowała, przymilała się, a nawet płakała. I w końcu użyła jedynego argumentu, który mógł mnie skłonić do zmiany zdania.
— Ale, Marku — powiedziała roniąc z desperacji łzę — jak mogłabym w ogóle zamieszkać w Penmarriku, gdyby Giles nie uznał ciebie za swego spadkobiercę? Wiesz, że największym moim pragnieniem jest spędzić tam resztę moich dni! Jeśli nie chcesz sam zamieszkać w Penmarriku, oczywiście nie musisz, ale... proszę Marku, ze względu na mnie...
Zobaczyłem wtedy wszystko jasno, czarno na białym. Widziałem dokładny plan zemsty i oczywiście dążyłem do jej urzeczywistnienia. Kiedy wreszcie przerwała dla zaczerpnięcia tchu, usłyszałem swój głos mówiący sucho: — Zgoda, mamo. Zrobię, jak sobie życzysz. Postąpię wbrew swej woli i wbrew rozsądkowi, i jeśli życzysz sobie widzieć Gilesa, będę ci towarzyszył.
Nie posiadała się z radości; w oczach rozbłysły jej łzy ulgi; gdyby jednak przewidywała, jaką szykuję jej zemstę, wątpię, czy czułaby się tak zadowolona z tego z trudem zdobytego, obrzydliwego zwycięstwa.
Miałem dwadzieścia jeden lat bez dwóch miesięcy, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg Penmarriku. Nie wydawał mi się teraz zaczarowanym zamkiem, tylko starym domem przebudowanym w ciężkim pseudogotyckim stylu przez mego dziadka Marka Penmara. Hall był ponury, źle utrzymany, służba niechlujna, a boazeria zdradzała wiele wytrwałych mysich działań. Wprowadzono nas do ponurego małego salonu z ciemnymi tapetami, ciężkimi meblami i przetartym indyjskim dywanem. Okna wychodziły na taras z widokiem na morze, ale sam taras zarośnięty był teraz gęstym zielskiem; rdza pokrywała armatę ustawioną przed laty zupełnie bez sensu, dla dekoracji, na płycie chodnikowej pod murem obronnym.
Wyglądało to nie lepiej niż opuszczony grobowiec, żałosne epitafium upadku.
— Nie tak tu kiedyś bywało — powiedziała matka z pobladłymi ustami. — Czyżby Giles wyczerpał wszystkie zasoby finansowe? Z pewnością nie! A jednak dopuścił do takiego zaniedbania! Giles był taki wesoły, taki wymagający! Sądzę, że zrobi na tobie silne wrażenie. Był to mężczyzna wysoki, z promiennym uśmiechem i doskonałymi manierami. Przystojny.
Ale ludzie się zmieniają. Kiedy wreszcie otworzyły się drzwi, zrozumiałem, dlaczego nigdy nie wyjeżdżał do Londynu na sprawy sądowe, dlaczego tak całkowicie zamknął się w Penmarriku. Pielęgniarka przywiozła kalekę na wózku inwalidzkim; trzęsącego się, zgarbionego kalekę z pobrużdżoną twarzą i martwymi oczami. Nigdy do tej pory nie widziałem człowieka tak bliskiego śmierci, a mimo to, wprost nie do wiary, żywego.
Po wyjściu pielęgniarki czekałem, aż matka odezwie się pierwsza, ale zaniemówiła. Zapanowała długa cisza. Spoglądał na nią, nie na mnie. Chyba nie spostrzegł obecności innej osoby. Spoglądał na nią ciemnymi zmęczonymi oczyma i po długiej chwili powiedział wolno: — Świetnie wyglądasz, Maud — jak gdyby zdumiało go jej aż nadto widoczne zdrowie i nieskazitelny wygląd.
— Gilesie — odezwała się i na tym zakończyła. Przyglądała mu się uważnie, ale niebawem spostrzegłem, że oczy jej błądzą po nędznym pokoju, wypełnionym smutkiem i zaniedbaniem.
— Przestało mnie to interesować — powiedział. — Przestało mnie to interesować już dawno temu, kiedy zaczęła się choroba. Walczyłem dla Raymonda, ale teraz po jego śmierci nie ma to już znaczenia.
— Tak — odparła. Miała taki wyraz twarzy, jakby nie była w stanie mówić. Odwróciła się, nie mogąc chyba dłużej znieść jego widoku, a wtedy ujrzała mnie stojącego w cieniu. — Marku.
Ruszyła w moją stronę. Mężczyzna w wózku inwalidzkim spojrzał na mnie wzrokiem pozbawionym wyrazu.
— Gilesie, to Mark.
Nic nie powiedział.
— Miło mi pana poznać, sir — mój głos zabrzmiał sztywno.
Nadal milczał. Cała jego energia skupiła się na obserwacji mojej osoby i mimo że przygotowany byłem na jego słowa, że wyglądam jak Penmar, nie powiedział nic na ten temat.
— Słyszę — powiedział w końcu grzecznie, głosem ostrym jak brzytwa — że jesteś utalentowanym historykiem. Pozwól, że ci złożę gratulacje.
— Ja... dziękuję panu, sir.
— Oczywiście twój ojciec cieszy się sławą uznanego historyka, nieprawda? Jak to miło, prawda Maud, że syn podąża z takim powodzeniem w ślady ojca?
Matka oblała się szkarłatnym rumieńcem. Nie widziałem jej nigdy tak zakłopotanej. Z góry zakładałem, że jej nie można wprawić w zakłopotanie.
— Już dawno nie widziałem twego ojca — zwrócił się do mnie — ale dobrze go pamiętam. Był to jeden z nielicznych uczciwych dżentelmenów, którzy przekroczyli próg tego domu. Wspaniały mężczyzna. Z przyjemnością dowiedziałem się, że intelektualnie i w upodobaniach idziesz jego śladami, a nie rodziny matki. Nie miałbym ochoty pozostawić majątku człowiekowi, który odziedziczył najgorsze cechy Penmarów.
Teraz nawet już na szyi matki płonął brzydki rumieniec. Nie sądziłem, że może tak długo milczeć.
— No cóż, Maud — odezwał się do niej ozięble — ponieważ łatwo się męczę, proponuję, żebyśmy od razu przeszli do sprawy. Mój majątek pomniejszył się o te ogromne kwoty, które musiałem zapłacić adwokatom, ale nadal jest pokaźny. Proponuję jedną trzecią zostawić swoim adoptowanym dzieciom, Harry’emu i Clarissie, a dwie trzecie twojemu synowi. W dwóch trzecich jest dom. Nie widzę powodu, dlaczego miałbym zostawić mu więcej niż dwie trzecie swoich pieniędzy, skoro w przyszłości odziedziczy majątek zarówno po tobie, jak i po ojcu, a tak naprawdę uważam, że dwie trzecie to niezwykle szczodra kwota. Jedynym powodem takiej wspaniałomyślności jest fakt, że w obecnej chwili jesteśmy z Harrym skłóceni i nie mam zamiaru zostawić mu nawet pensa. Ufam, że taki układ cię zadowala?
— Tak, proszę pana — odparłem za matkę, która nadal nie mogła wymówić słowa. — Dziękuję.
Wpatrywał się we mnie.
— Zaprosiłbym cię, żebyś tu pozostał i poznał dom — powiedział — obawiam się jednak, że Harry i Clarissa źle cię przyjmą i będziesz chciał wkrótce wyjechać. Oczywiście czują do ciebie urazę. Żałuję, że ich formalnie zaadoptowałem, stracili jednakże rodziców, a moja żona nalegała, więc spełniłem jej życzenie. Lubię Clarissę, Harry jednak sprawia mi wiele kłopotów i zawsze taki był. — Usiłował sięgnąć do dzwonka, ale zabrakło mu sił. — Zadzwoń, zrób to dla mnie, dobrze, chłopcze?... Dziękuję. Teraz, Maud, zanim wrócę odpocząć do swego pokoju, czy chcesz jeszcze coś mi powiedzieć?
Potrząsnęła głową.
— No to ustalone — powiedział ponuro. — Wezwę swoich prawników i spiszę nowy testament. Każę wysłać ci kopię, żebyś wiedziała, że jestem bardziej słowny teraz, niż przed dwudziestu dwoma laty.
W jej oczach zabłysły łzy. Nagle twarz matki postarzała się, nie wyrażała nic poza tragicznym, trudnym do ukrycia smutkiem.
— Gilesie...
— Miałaś rację — powiedział. — Powinienem był się z tobą ożenić. Byłem jednak za słaby, zbyt łakomy na pieniądze i pragnąłem spełnić wolę twego ojca, by odziedziczyć po nim majątek i mieszkać w jego domu. Miałaś zupełną rację prześladując mnie tymi sprawami sądowymi, każda kobieta by tak zrobiła. To nie w imię sprawiedliwości, prawda, Maud? To nie w imię prawdy — czy honoru — czy jakiejkolwiek innej górnolotnej zasady, prawda? To z zemsty. Czy powiedziałaś o tym swoim prawnikom? Albo swemu adoratorowi, kuzynowi Robertowi Yorke? Czy chociaż obecnemu tu twemu synowi? Nie, oczywiście, że nie! Lubisz występować w roli osoby szlachetnej, cierpiącej, kierującej się wspaniałymi zasadami, a nie w roli zawiedzionej kochanki, nurzającej się w brudzie skrytego cudzołóstwa! Mniejsza o to! W końcu zwyciężyłaś. Jak się czuje zwycięzca, Maud? Czy masz wrażenie, że sprawiedliwość wzięła górę nad bezprawiem? Tak? Albo też może przyznasz wreszcie sama przed sobą, że proces nie miał nic wspólnego ze sprawiedliwością, chciałaś tylko nasycić się do woli szczególnie małostkową zemstą?
— Och, Gilesie, Gilesie...
— W końcu, żeby zapewnić sobie zwycięstwo, zrobiłaś swego syna bękartem, czyż nie tak? Rozmyślnie minęłaś się z prawdą, naginając ją do swych celów.
— Nie! Ja nigdy nie kłamię!
— Żyłaś kłamstwem, Maud. Przez blisko siedemnaście lat od śmierci twego ojca i od wszczęcia procesów żyłaś kłamstwem. Nie próbuj mi teraz wmówić, że nie kłamiesz.
— Ależ Mark jest twoim synem! Jestem pewna... przekonana...
— Jak możesz być i pewna, i przekonana, kiedy nie masz dowodów?
— Ale...
— Zwykła prawda jest taka, że nie jesteś pewna, kim rzeczywiście jest jego ojciec, dlaczego więc rozmijając się z prawdą wyrokujesz o czymś, czego nie było?
— Ależ Gilesie, myślałam, że jeśli ci powiem...
— Faktycznie, dlaczego nie miałabyś mi powiedzieć wiedząc, że nic przez to nie tracisz. Tak, rozumiem, dlaczego mnie to powiedziałaś. Ale dlaczego powiedziałaś to chłopcu? Od razu się zorientowałem, że on wie. Zrobiłaś, Maud, rzecz okrutną, niegodziwą. Nie miałaś prawa posłużyć się nim we własnej osobistej wendecie.
Zastukano do drzwi i weszła pielęgniarka.
— Pan dzwonił, panie Penmar?
— Tak, proszę zawieźć mnie do pokoju i kazać Medlynowi odprowadzić gości do drzwi.
— Gilesie...
— Wszystko zostało powiedziane, Maud. Nie czuję do ciebie urazy. Po prostu nie mam nic więcej do powiedzenia. Żegnaj, młodzieńcze. Życzę ci powodzenia i tylko żałuję, że nie mam okazji poznać cię lepiej.
— Dziękuję panu — odpowiedziałem. — Do widzenia.
— Do widzenia, Maud.
Matka nie mogła wydobyć z siebie słowa. Koła inwalidzkiego wózka potoczyły się wolno W stronę hallu, a ona zakryła twarz rękoma i opadła na najbliższe krzesło.
Zamknąłem drzwi. Pozostaliśmy sami.
Wreszcie, nie patrząc na mnie, przemówiła: — Muszę być rozsądna. Oczywiście, czuję się wytrącona z równowagi. Giles jest chory, bez wątpienia umierający, dom... nie taki, jak pamiętam. Ale... — Zawahała się przed dodaniem z dawną wyniosłą determinacją: — Możemy jednak go przerobić, nieprawda? Przeprowadzimy remont, pomalujemy to i owo, kupimy meble... Wkrótce może być znów tak wspaniały jak za czasów mego ojca. Mogłabym zachować dla siebie Basztową Komnatę, tę wspaniałą Basztową Komnatę z widokiem na morze...
Nadszedł czas zemsty. Stałem bez ruchu na zniszczonym indyjskim dywanie i patrząc jej prosto w oczy powiedziałem: — Nie, mamo.
Wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem. Nie rozumiała.
—- Ależ chyba mogę wybrać własne pokoje! Stanowczo żądam, Marku, że jak będę tu już mieszkała...
— Nie będziesz tu, mamo, mieszkała.
Nadal patrzyła na mnie w osłupieniu. I kiedy z jej oczu poznałem, że wreszcie rozumie, że pojęła rozmiar mej zemsty, zastanawiałem się, dlaczego nie odczuwam zadowolenia w chwili triumfu, lecz tylko ponurą pustkę wewnętrzną, której nie jest w stanie zapełnić żadna zemsta.
— Wciąż powtarzałaś, że ten dom chcesz odzyskać dla mnie — usłyszałem własne słowa, a mój głos był spokojny, tak jakbym jej ani nie kochał, ani nie nienawidził, jakbym był po prostu obojętny na fakt, że jest przy mnie w tym ponurym przygnębiającym domu. — Już wkrótce będzie to mój dom i twemu najgorętszemu życzeniu stanie się zadość. Ale jeśli sądzisz, mamo, że moglibyśmy żyć pod jednym dachem w zgodzie, to myślę, że bardzo się mylisz. Mam zamiar sam być sobie panem, a nie bladym echem twoich życzeń, jak biedny kuzyn Robert. Stawałem na każde twoje zawołanie już zbyt długo.
Taka złość ją opanowała, że ponownie zaniemówiła i stała drżąc tylko z wściekłości. Potem, bez uprzedzenia, wściekłość opadła, przeszła w łkanie i usłyszałem jej błagalny głos: — Marku, proszę... Nie mogę znieść myśli, że mógłbyś być taki niedobry... Proszę cię... przecież cię kocham... Pozwól mi zostać... nie wyrzucaj mnie...
I nagle zapragnąłem mieć ją tutaj, zapragnąłem dać jej to, czego chciała, zapragnąłem jej wdzięczności, jej dumy i miłości. Bałem się odezwać, by nie zdradzić, jak blisko jestem tego, żeby nadać sprawom niemądry i sentymentalny volte-face2. Przemówiłem. Powiedziałem, dając próbkę jej własnego braku serca: — Podjąłem decyzję i nic nie może jej zmienić. Przykro mi.
Zaczęła na mnie krzyczeć, puszczałem to mimo uszu. Najzwyczajniej zaproponowałem, żebyśmy bezzwłocznie opuścili ten dom, a gdy wsiedliśmy do powozu, kazałem stangretowi wrócić do Penzance przez Morvah.
— Morvah? — zdziwiła się matka. — Morvah? Dlaczego przez Morvah?
— Ojciec przebywa tam na inspekcji swego majątku, mam zamiar pozostać z nim kilka dni. Kuzyn Robert zajmie się tobą, mamo, po przyjeździe do Penzance; nie widzę konieczności odwiezienia cię do Londynu.
— Ale...
— Chcę zobaczyć się z ojcem.
— Dlaczego akurat teraz? — Była na poły wściekła, na poły zrozpaczona. — Potrzebny jesteś bardziej mnie niż jemu!
— Być może — odparłem. — Ale on jest mi bardziej potrzebny niż ty.
Nie odpowiedziała. Być może zdała sobie w końcu sprawę, że nie ma więcej argumentów. Płakała całą drogę do Morvah, a kiedy powóz zatrzymał się przy kościółku w małej wiosce, znów w nią wstąpiła duma i odwróciła twarz, uchylając się przed moim pożegnalnym pocałunkiem.
Nie odpowiedziała. Powóz toczył się wolno drogą prowadzącą na południe w kierunku wrzosowisk, a ja patrzyłem za nim, aż wspiął się na pasmo wzgórz i zniknął mi z oczu. W końcu, czując się nadal odrętwiały pod wpływem wyczerpującej, emocjonalnej sceny w Penmarriku, spytałem o drogę przechodzącego wieśniaka i po pięciu minutach na poły biegnąc, na poły idąc, podążałem w stronę Deveral Farm.
Na widok domu, który ojciec wybrał na letnią rezydencję, doznałem wstrząsu. Powiedziano mi, co prawda, że ta posiadłość to farma, myślałem jednak, że Deveral Farm to dawna nazwa, i że będzie to niewielki wiejski dworek z małym gospodarstwem w pobliżu, zaopatrującym dwór w podstawowe produkty. Kiedy zszedłem z drogi do Penzance i skręciłem na dróżkę w kierunku widocznych już paru budynków z piaskowca, oddalonych o ćwierć mili, zdziwiłem się ich skromnym wyglądem, i pomyślałem, że to przybudówki do farmy, zasłaniające sam dwór. Dochodząc do podwórza odkryłem prawdę.
Nie było żadnego dworu.
Nie było nawet farmy, bo przybudówki stały puste, a stodoła prawie w ruinie. Cała posiadłość składała się ze starego domu mieszkalnego, kwadratowego i brzydkiego, liczącego na oko nie więcej jak cztery pokoje. Uważnym spojrzeniem obrzuciłem zewnętrzne mury w poszukiwaniu rur świadczących o istnieniu wewnętrznych urządzeń sanitarnych — niczego takiego jednak nie znalazłem. Pod rynną stała beczka na wodę deszczową, i to wszystko. Idąc przez ogródek zarośnięty chwastami, ścieżką prowadzącą wokół domu, dotarłem do frontowych drzwi, i nie mogąc uwierzyć, że ojciec to miejsce wybrał sobie na mieszkanie, zapukałem.
Otworzyła mi siwowłosa Kornwalijka, skromnie ubrana, choć wzbudzająca szacunek, i wprowadziła mnie do „salunu”, obskurnego pokoju z prostymi sprzętami, który wyglądał tak, jakby go nigdy nikt nie używał. Zacząłem się zastanawiać, czy ojciec stracił rozum? Pomyślałem o Gweekellis Manor, starym i pięknym dworze, z fasadą pokrytą patyną, ze wspaniale sklepionym hallem, ogrodem, który nadal jeszcze zachował kształt średniowiecznej fosy; pomyślałem o lasach ciągnących się od trawników aż po ujście rzeki, o spokoju i ciszy krajobrazu Południowej Kornwalii.
Ojciec należał bez reszty do tamtego otoczenia i nie mogłem wyobrazić go sobie gdzie indziej, a już najmniej w tym dzikim zakątku kornwalijskiego Cynowego Wybrzeża, w ubogim farmerskim domku. Właśnie zastanawiałem się, czy mam się zdobyć na odwagę i bezpośrednio zapytać ojca o motywy zamieszkania w tym domu, kiedy drzwi się otwarły i on sam wszedł do pokoju.
— Marku! — wykrzyknął. — Co za miła niespodzianka! Jak się masz? — wziął mnie w ramiona i ucałował. Na pewno zdumiał go mój mocny uścisk, z którego chciał się uwolnić, a ja mu nie pozwalałem; ale uśmiechnął się, poklepał mnie po ramieniu i powiedział łagodnie: — Chodź do mego gabinetu, poproszę panią Mannack, gospodynię, żeby przyniosła nam herbaty.
Spojrzałem na niego, na tak dobrze mi znaną kochaną twarz i nagle zacząłem go oceniać wzrokiem osoby całkiem obcej: widziałem szczere niebieskie oczy, zmysłowe usta i piękny owal twarzy, zobaczyłem szczupłą wysoką sylwetkę i szaroblond przerzedzone włosy, i długie wąskie dłonie naukowca. Pomyślałem o gwałtownych słowach matki w londyńskim parku i mimo że smutek ścisnął mnie za gardło, wydobyłem z siebie głos czysty i niezmącony:
— Dziwne, że oglądam tatę w takim domostwie! Nie zdawałem sobie sprawy z ubóstwa tej posiadłości. Z pewnością odczuwa tato brak wygód i chce już wrócić do Gweekellis?
— Nie rozumiem twego zdziwienia... — Poprowadził mnie do gabinetu. Rozpoznałem jego ulubione książki, kałamarz i starą fajkę; numer „Timesa” leżał rozrzucony na ławeczce w wykuszu okiennym, a za oknem roztaczał się wspaniały widok na Carn Kenidjack i morze. — Zmiana scenerii sprzyja pisaniu — mówił tonem przepraszającym, jakby zdawał sobie sprawę z dziwactwa swej decyzji pozostawania tutaj, ale za chwilę dodał głosem pełnym entuzjazmu: — Popatrz, co za sceneria! Urzekł mnie z jednej strony widok na wrzosowisko i dalej na morze, a z drugiej na wrzosowisko i pasmo wzgórz na tle nieba — nawet brzydota kopalń jeszcze bardziej podkreśla surowe piękno tych okolic... Tak, pani Mannack, napijemy się herbaty i zjemy trochę tych świetnych biskwitów do wina, jeśli jeszcze zostały... Usiądź, Marku. Na czym to ja stanąłem? Ach tak, okolice. Pod względem historycznym jest to najbardziej interesujący teren. Na szczycie pasma wzgórz za domem znajduje się stara warownia licząca co najmniej dwa tysiące lat, jak sądzę; zwie się Chûn, po kornwalijsku „Chy-An-Woon”, czyli „Dom na Wzniesieniu”, a w pobliżu jest kromlech3 o tej samej nazwie...
Dopiero kiedy gospodyni przyniosła herbatę, spytał, co robię w Kornwalii, skoro po ciężkiej pracy w Oksfordzie miałem odpoczywać w Londynie.
— Byłem z matką z wizytą w Penmarriku — odparłem.
— Rozumiem. — Odwrócił wzrok. — Pokażę ci pocztówkę od Nigela z Florencji...
— Tato...
— Słucham?
— Pojechałem do Penmarriku, bo Giles Penmar chciał się ze mną zobaczyć. Ponieważ zmarł jego jedyny syn, postanowił przekazać mi spadek. Po jego śmierci odziedziczę Penmarric.
Zapanowała cisza. Nic nie odpowiedział, ale zobaczyłem, jak przy napełnianiu fajki tytoniem drży mu ręka. Oświadczyłem poważnym głosem: — Zrzeknę się Penmarriku, jeśli zechcesz. Twoje życzenie znaczy dla mnie więcej niż życzenie matki.
— Mój drogi Marku, nie bądź taki nierozsądny! — odpowiedział od razu. — Oczywiście musisz przyjąć tę propozycję. Masz absolutne prawo odziedziczyć Penmarrik z tytułu praw matki i jeśli niechętnie mówiłem o niej albo o jej dziedzictwie, to dlatego, że sprawia mi to przykrość, bo przez nią spotkało mnie wielkie nieszczęście, z odrazą też wspominam jej kłótnie z Gilesem Penmarem. Poczuwam się również do winy za to, że zaniedbywałem w stosunku do ciebie obowiązki rodzicielskie i pozwalałem ci na widywanie się z nią i wciąganie w jej kłótnie, ale cóż innego mogłem zrobić? Nie można żądać od ojca, by trzymał syna z dala od matki, poza tym bałem się, że Maud zacznie urządzać sceny rozpaczy, gdybym ci nie pozwolił się z nią widywać, a tego nie chciałem za żadne skarby świata. — Położył fajkę na stole, roztargniony, i wyjrzał przez okno. — W każdym razie, jeśli twoja matka przestała się kłócić z Gilesem Penmarem, powinienem się cieszyć ze względu na nią, no i na ciebie, że sprawa jest wreszcie zakończona. Penmarric to w przyszłości piękne dla ciebie dziedzictwo.
Nastąpiła pauza. Wziął ze stołu fajkę.
— Mnie to również ułatwi pewną decyzję — powiedział wreszcie i wyczułem ulgę w jego głosie. — Skoro jesteś dobrze zabezpieczony, nie będę miał wyrzutów sumienia, jeśli Gweekellis Manor zostawię Nigelowi.
Zanim zdałem sobie sprawę z tego, co powiedział, poderwałem się na równe nogi. Zobaczyłem jego przestraszoną twarz, chyba coś mówił, niczego jednak nie słyszałem, bo zacząłem na niego krzyczeć ostrym obcym głosem; krzyczałem, że Gweekellis jest mój — mój — mój, ponieważ jestem najstarszym synem i jak on śmie traktować mnie, jakbym...
Ostry krzyk nagle ucichł. Przerażenie chwyciło mnie za gardło. Zacząłem cofać się w stronę drzwi.
— Marku—powiedział ojciec wielce strapiony. — Marku, proszę cię. Chyba się zapomniałeś.
Dotarłem do drzwi. Palcami po omacku szukałem klamki.
— Matka próbuje nastawić cię przeciwko mnie — powiedział. — Co ona takiego mówi? Lepiej będzie, jeśli od razu mi powiesz, o co chodzi.
Znajdowałem się w wąskim hallu i niepewnie zmierzałem przy schodach w stronę drzwi.
— Marku...
Uciekłem, nic nie słyszałem, nie mówiłem, nie widziałem. Zorientowałem się w pewnej chwili, że jestem już na zewnątrz, bo na obolałej szyi poczułem świeże powietrze, a wiatr od morza lekkimi palcami dotykał moich rozpalonych policzków i płonących oczu. Zacząłem biec. Wrzosy, chropowate i twarde, czepiały się spodni i drapały buty. Byłem na wrzosowisku, na odludnym cichym wrzosowisku, sam jeden, z trudem łapiąc oddech, ogarnięty jedyną myślą, żeby biec aż do utraty tchu. Więc biegłem, potykając się, aż do szczytu wzgórza i na oślep szukałem drogi do doliny Zillan, a potem w podcieniu kościoła parafialnego po raz pierwszy ujrzałem Jannę Roslyn i postanowiłem, że wbrew wszystkiemu, co się zdarzyło, pozostanę w Kornwalii i odłożę powrót do Londynu.
Intencja księcia Gotfryda była taka, aby po jego śmierci Henryk zadowolił się królestwem Anglii, jeśli potrafi je utrzymać, a dziedziczne lenna domu andegaweńskiego przeszły w ręce drugiego syna.
Król Jan, W. L. Warren
Henryk był mężczyzną młodym, o jedenaście lat młodszym od Eleonory...
Henryk II, John T. Appleby
Kiedy Janna Roslyn opuściła dziedziniec kościelny i zniknęła mi z oczu, zbliżyłem się wolno do grobu z czerwonymi różami, barwną plamą leżącą na szarej kamiennej płycie i odcinającą się od jasnej zieleni trawy wokół grobowca.
„Tu spoczywa JOHN HENRY ROSLYN — brzmiał napis na kamieniu nagrobnym — zmarły 15 maja 1890 roku w wieku 66 lat, i jego żona REBECCA MARY, zmarła 12 kwietnia 1885 roku w wieku 58 lat. Niechaj ich dusze spoczywają w pokoju. Na pamiątkę wznieśli ten nagrobek oddani synowie, JARED JOHN ROSLYN I JONAS HENRY ROSLYN, w Roku Pańskim 1890.”
Wpatrywałem się w napis i starałem odgadnąć, kim jest ta kobieta, która przyniosła kwiaty na grób, kiedy usłyszałem za sobą donośny głos.
— A więc pani Roslyn przyniosła te piękne róże! Co za szczęście mieć takie kwiaty na farmie.
Okręciłem się na pięcie i stanąłem twarzą w twarz z proboszczem parafii Zillan. Był to mężczyzna szczupły, w średnim wieku, z przedwcześnie posiwiałymi włosami i osobliwymi ciemnymi oczami. Piszę „osobliwymi”, ponieważ tylko raz jeden widziałem podobne, a było to podczas pewnego występu estradowego w Londynie; człowiek z takimi oczami czytał myśli ludzi i zapisywał je starannie na tablicy przy akompaniamencie aplauzu zachwyconej widowni. Z niepokojem pomyślałem, jak ogromnie kłopotliwy może być dla parafian duszpasterz ze zdolnościami telepatycznymi. Człowiek może przyznać się do takich rzeczy, do których nie chciałby się przyznać.
— Dzień dobry — odparł uprzejmie na moje z zażenowaniem wypowiedziane powitanie. — Witamy w Zillan. Bardzo rzadko przyjeżdżają do nas Anglicy. A może jest pan Kornwalijczykiem? Ma pan w sobie coś z Kornwalijczyka... Pozwoli pan, że się przedstawię. Nazywam się Edward Barnwell i jestem, jak bez wątpienia zorientował się pan po moim wyglądzie, proboszczem w tej parafii.
Kiedy powiedziałem, kim jestem, był najwyraźniej zaskoczony, a potem wyjaśnił, że dobrze zna mego ojca — przed laty byli razem w tej samej szkole — i że ojciec, od czasu gdy zamieszkał na Deveral Farm, chodzi do kościoła w Zillan. Dowiedziałem się również, że ojciec regularnie, co niedziela, po porannym nabożeństwie, jada lunch na probostwie z panem Barnwellem i jego rodziną, przed powrotem dwukółką do swej samotni w Morvah.
— Jeśli ma pan zamiar zostać z ojcem przez kilka dni — powiedział pan Barnwell — to zapraszam obu panów w przyszłą niedzielę na lunch na probostwo. Moja żona będzie uszczęśliwiona, a córka Miriam ucieszy się widokiem nowej twarzy. Prowadzimy w Zillan życie bardzo na uboczu... Miriam ma osiemnaście lat, jest dziewczyną utalentowaną, chociaż oczywiście przemawia przeze mnie ojcowska stronniczość. No cóż, nie mogę zatrzymywać pana dłużej. Proszę przekazać ojcu pozdrowienia i mam nadzieję, że będzie okazja zobaczenia pana niebawem.
— Tak, dziękuję — odparłem grzecznie i zanim się spostrzegłem, usłyszałem własny głos: — Proszę pana, czy ta kobieta z kwiatami to pani Roslyn? Może to żona jednego z synów, którzy postawili pomnik?
