Pęknięta korona - Grzegorz Wielgus - ebook + książka

Pęknięta korona ebook

Grzegorz Wielgus

3,8

Opis

Kraków, rok 1273.

Na brzegu Wisły zostaje odnalezione ciało brutalnie zamordowanego mężczyzny. W śledztwo angażuje się brat Gotfryd, doświadczony inkwizytor, mający za sobą dochodzenia w Prowansji oraz Italii przeciwko katarom i waldensom.
U boku mnicha staje dwóch rycerzy z Małopolski − Jaksa, pogrążony w dekadencji członek zasłużonego rodu Gryfitów, oraz Lambert z Myślenic, szlachcic drobnego znaku, a zarazem wybitny fechmistrz. Dawni kompani szybko natrafiają na ślady wiodące do ruin owianego złą sławą zamku Lemiesz. Poszukiwania zabójcy zostają jednak przerwane przez doniesienie o kolejnym zgonie. W zgorzałym dworze pewnego magnata zostaje odkryte ciało zwęglonego rycerza – zginął w czasie odprawiania pogańskiego rytuału przed obrazem, którego nawet ogień nie odważył się tknąć.
Rozpoczyna się awanturnicza przygoda, prowadząca towarzyszy prosto w cień doliny mieczy. Teraz mogą ufać już tylko sobie nawzajem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 240

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © 2017 Grzegorz Wielgus

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © 2018 Wydawnictwo INITIUM

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja i korekta: ANNA PŁASKOŃ-SOKOŁOWSKA

Korekta:NATALIA MUSIAŁ

Projekt okładki, skład i łamanie: PATRYK LUBAS

Współpraca organizacyjna:ANITA BRYLEWSKA,, BARBARA JARZĄB

Fotografia użyta na okładce: AA1495421 Nik Keevil, www.arcangel.com

Wydanie I

ISBN 978-83-62577-75-0

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail:[email protected]

facebook.com/wydawnictwo.initium

Skład wersji elektronicznej: KAMIL RACZYŃSKI

konwersja.virtualo.pl

Rozdział 1

– Pater noster, qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum1 – słowa odbijały się echem po skąpanym w półmroku wnętrzu kościoła. Ukryte w cieniu bocznych naw posągi świętych oraz błogosławionych zdawały się słuchać inkwizytorskiej modlitwy, obserwując samotnego mężczyznę oczami pozbawionymi źrenic.

– Adveniat regnum tuum. Fiat voluntas tua, sicut in caelo et in terra. – Brat Gotfryd, Pies Pański, żarliwie modlił się o prawdę, najstraszliwszy spośród boskich darów. Prosił o prawdę nagą, pozbawioną skazy, płonącą jasnym światłem, w którym bez trudu będzie można odróżnić dobro od zła. Nawet inkwizytor będzie musiał stanąć kiedyś przed sądem i odpowiedzieć za wszystkie decyzje podejmowane w imię swego Boga. Cóż wtedy pozostanie, jeśli nie prawda?

– Panem nostrum quotidianum da nobis hodie, et dimitte nobis debita nostra sicut et nos dimittimus debitoribus nostris.

Opierać się będą grzesznicy przed słowami prawdy, ponieważ pierwszy dotyk zła zawsze jest miękki, racjonalny i pełen zrozumienia. Zło niesie pocieszenie, czułymi dłońmi odwracając uwagę od okrutnej rzeczywistości, kierując ją w zamian na miły widok kłamstwa. Prawda jest surowa, bolesna, a zło z początku nie wymaga – akceptuje wszystkie wady, sowicie wynagradza, zamykając jednocześnie oczy człowieka na rozpościerającą się tuż pod jego nogami otchłań zagłady. Żeby grzesznik runął w przepaść, wystarczy go delikatnie pchnąć.

– Et ne nos inducas in tentationem, sed libera nos a malo. Amen.

Gotfryd uniósł głowę. Posępne oblicze, przecięte głębokimi zmarszczkami skierował na idącego ku niemu mnicha Alberta, provisora krakowskiego klasztoru dominikanów.

– Coś się stało, bracie?

– Przed furtą czeka jakiś rycerz. Bardzo niemiły jegomość – odparł szeptem zakonnik. – Prosi o spotkanie. Mówi, że to pilne, a także że mnie wybatoży, jak się nie pośpieszę.

Gotfryd powstał z klęczek. Wyprostował grzbiet. Chociaż brat provisor nie należał do ludzi nikczemnej budowy, inkwizytor górował nad nim o głowę. Spoglądając nieruchomymi, błękitnymi oczami na brata Alberta, Gotfryd skinął i ruszył ku kamiennemu portalowi wyjścia, wyrzeźbionemu na kształt bramy oplecionej pnączami winorośli.

Dominikanin opuścił ciemne wnętrze kościoła, mrużąc powieki przed promieniami majowego słońca, zalewającymi targ na ulicy Szerokiej. Pomiędzy wysokimi ścianami kamienic zalegało powietrze drżące od upału, pachnące kurzem, świeżym chlebem oraz dymem dobywającym się z piekarni od strony Rynku Rzeźniczego. Od muru oddzielającego ziemie klasztorne aż do kościoła Wszystkich Świętych stały rozłożone kramy, uginające się pod ciężarem świeżo zebranych majowych plonów. Ostra zima ustąpiła miejsca łagodnej i deszczowej porze wiosennej, dzięki czemu obfite zbiory wypełniły opustoszałe na przednówku spichrze. Krakowskie rynki tętniły życiem, szumiąc setkami głosów oraz pozwalając przez moment zapomnieć, iż przed kilkunastu laty całe miasto do szczętu spłonęło pod uderzeniem tartarskiej hordy. Teraz wielokolorowy tłum przetaczał się od Wawelu poprzez ulicę Grodzką ku wielkiemu rynkowi Krakowa, korzystając z obfitości jedzenia oraz wszelkiego towaru, aby uczcić koniec chudych miesięcy.

Na wapiennym murku kościelnego cmentarza siedział wysoki mężczyzna, odziany w czerń od czubków wypolerowanych butów po szyję obwiązaną ciemną chustą. Herbowy miał nieprzyjemną twarz, nie wynikało to jednak z jakichkolwiek braków w urodzie, lecz z kpiącego uśmiechu na wargach oraz stale przymrużonych oczu, skrzących się szyderstwem. Ciemne włosy, poprzetykane pierwszymi pasmami srebra, opadały mu na ramiona, a niedbały zarost upodabniał pasowanego do najemnych zawadiaków z Zachodu. Zakonnik dobrze znał Jaksę i ufał mu w wielu kwestiach – nie raz zawierzał rycerzowi nawet najbardziej delikatne kwestie, których gburowaty kompan bronił z wiernością Argosa, najczęściej wybijając przy tym zęby nadmiernie wścibskim osobnikom.

– Witam brata inkwizytora – powiedział pasowany, obracając w palcach zeszłoroczne jabłko. – Piękny dzień. Nie żal bratu tak w ciemnicy siedzieć?

– Powiedziano mi, że masz dla mnie ważkie wieści – odrzekł sucho Gotfryd, niezbyt rad, że oderwano go od modłów.

– Zgadza się. Mamy piątek, a więc dzień postny. Chciałem przynieść wam rybę, żebyście nie podupadli na zdrowiu od tego ciągłego klęczenia na posadzce. – Jaksa rozłożył ręce na boki. – Niestety, ryby nie mam.

Dominikanin wiedział, iż rycerz – jakkolwiek uszczypliwy w obejściu – nie zalicza się do osób na tyle nierozważnych, by żartować z zakonnika dla własnej uciechy. Pewnikiem istniał ważny powód, dla którego Jaksa przybył do Krakowa z podmiejskich włości, lecz zbrojny nie umiał odmówić swemu rogatemu charakterowi i od razu przejść do rzeczy; miast tego kluczył wokół meritum sprawy.

– Jesteś tu ponieważ? – Inkwizytor spojrzeniem przeszył Jaksę na wylot, jakby spoglądał na rzędy cmentarnych krzyży, nie dostrzegając siedzącego na murze mężczyzny.

– Chciałem osobiście sprawdzić pułapki na ryby – wyjaśnił pasowany z tajemniczym uśmieszkiem, wciąż bawiąc się owocem. – Ale znalazłem ciało i cały zamysł diabli wzięli.

– Jakby podmyło jakiś cmentarz i znalazłbyś nieboszczyka, nie kłopotałbyś mnie, tylko grabarza. – Mimo sceptycznej reakcji w chłodnych oczach inkwizytora błysnął ognik zainteresowania. – Mówże Jaksa, nie błaznuj.

– Widzę, żeś nie w humorze na krotochwile, braciszku. – Rycerz ugryzł jabłko. – Na trupach się znam, więc stawiam głowę, że nieboszczyk zeszłonocny, a nie topielec. Łeb szlachecki, patrząc po włosach, uduszony i bez palców u lewej dłoni. Na dodatek twarz okaleczona tak szpetnie, że nie sposób powiedzieć kto zacz.

– Ktoś już wie? – spytał inkwizytor chrapliwie.

– Nie. – Jaksa pokręcił głową, wyraźnie rad, iż zaintrygował dominikanina. – Leży u mnie w stodole, na drzwiach. Pachołkom nakazałem pilnować i gęby nie otwierać przed nikim, choćby sam diabeł zaszedł.

– Jedźmy – zadecydował Gotfryd, nieznacznie kiwając głową. – Zobaczymy twojego gościa.

Siedziba Jaksy znajdowała się milę w dół rzeki, na szczycie wyspy otoczonej przez nurt Wisły. Dostać się tam można było jedynie starym mostem ze smołowanych belek. Dworek stał w pewnym oddaleniu od podległych mu wsi, oddzielony bagniskami oraz podmokłym lasem, przez co droga do dawnej stanicy biegła poprzez miejsca niezbyt urodziwe i pełne latającego robactwa, unoszącego się chmarami w ciężkim powietrzu trzęsawisk. Dwie wsie rolne oraz jedna rybacka były nędznymi skrawkami znacznie większego majątku należącego do dumnej ongiś rodziny, ale Jaksa nie był zbyt skory do wspominania swych przodków, toteż zazwyczaj, zapytany o przeszłość, gniewnie zmieniał temat. Wrogom lub obcym od razu groził pięściami, znajomych natomiast zbywał ostrym słowem. Sam inkwizytor nigdy nie brał towarzysza na spytki, gdyż jedna wizyta w kasztelu Jaksy wystarczała mu za wszelkie wyjaśnienia.

Sędziwa była to stanica, strzegąca niegdyś Wisły, teraz zaś chyląca się ku nieuchronnej ruinie, wraz z otaczającym ją kręgiem murszejącego częstokołu, przywodzącego na myśl wyszczerbioną koronę. W ciemnym wnętrzu siedziby nieodmiennie panowała ciężka atmosfera, przepełniona wonią alkoholu i wilgotnego drewna. Niektóre pokoje zostały pozostawione własnemu losowi, zarzucone rozbitymi skorupami po miodzie lub zwęglonymi resztkami spalonych mebli. Widok niszczejącego dworu, otoczenie ponurych trzęsawisk i obecność stale noszącego czerń pana na włościach – to mówiło Gotfrydowi wszystko o Jaksie, jego dzieciństwie, rodzinie oraz uczuciach żywionych przez rycerza wobec ojcowizny.

Przed zamkniętą bramą kasztelu na brązowym wierzchowcu siedział barczysty rycerz, odziany w zblakłą czerwień, którą przykrywała wysłużona opończa z herbem – lwem białej barwy wspiętym na tylne łapy. Dostrzegłszy nadciągających dylowaną drogą konnych, czekający pod wrotami człowiek uniósł dłoń i zamachał ku nim przyjaźnie.

– Oto i padlinożerne ptactwo. Zawsze się zjawia, czując zdobycz – mruknął pod nosem Jaksa, ale natychmiast zawołał do przyjaciela głośniej: – Lambert! Jakie złe decyzje przywiodły cię w moje progi?

– Twoje zaproszenie – odparł mężczyzna o imponujących wąsach i gęstej jasnej brodzie. – Ale byłeś wtedy pijany, więc za złe nie mam, żeś tego niepomny. Bracie Gotfrydzie. – Lambert skłonił głowę przed dominikaninem. – Dziwi mnie, Jaksa, że twoje pachołki wejść mi bronią, a przecie jestem tu nie pierwszy raz.

– Kazałem im – odparł tamten. – Ciało wyłowiłem z Wisły i zostawiłem w stodole. Nie chciałem, żeby kto oglądał, bo ciekawy jegomość mi się zaplątał w pułapki.

– Teraz rozumiem, jak udało się brata Gotfryda z klasztoru wyciągnąć – zaśmiał się Lambert, gładząc przy tym brodę. – Dwie tajemnice rozwiane, ale cóż to za ciało, skoro już mowa o tym?

– Zaraz obaczymy. Rozewrzeć wrota, a żywo, bo rózgą wysmagam!

Drewniane skrzydła bramy rozstąpiły się z jękiem, wpuszczając konnych na zaniedbany podwórzec, wyłożony spękanymi kamieniami, poprzetykanymi kępami mleczy. Gotfryd powiódł wzrokiem po ciemnej sylwecie kasztelu; dostrzegł, iż dach zapadnięty jest głębiej niż zeszłego roku, a okiennice na najwyższym piętrze zwisają bezwładnie na rdzewiejących zawiasach. Czarne ptaszysko siedzące na kalenicy dopełniało obrazu nędzy rycerskiej siedziby. Jaksa jednak zdawał się nie dostrzegać ruiny swego domostwa – zeskoczywszy z konia, żwawym krokiem świadczącym o ekscytacji zaprowadził gości w kierunku stodoły. Dla przyjezdnych widok gospodarza, jego rozpadającego się dworu oraz ślepo oddanej służby stanowił widok niepokojący, tym bardziej iż jeden tylko przedmiot w tym miejscu zdawał się być nowy i zadbany: wiszący na uschłym dębie sznur zakończony katowskim węzłem.

Wyłowione przez Jaksę ciało spoczywało pod całunem na wyjętych z zawiasów drzwiach stodoły. Zza krawędzi lnianej płachty przykrywającej zwłoki wystawały mokre podeszwy wysokich butów. Zgodnie ze słowami rycerza nie były one zniszczone przez wilgoć, wręcz przeciwnie – wyglądały jakby niedawno wyszły spod ręki szewca. Gotfryd klęknął, by z bliska obejrzeć obuwie; ocenił kolor zaimpregnowanej woskiem dratwy, łączącej cholewę z podeszwą.

– Biel, czerwień oraz żółć – powiedział.

– Można popytać na mieście, czy który poznaje robotę – podsunął Lambert. – Dla byle kogo użyliby zwykłej, smołowanej nici.

– Po cóż się fatygować? – Jaksa stuknął palcem o podeszwę buta. – Tutaj jest znak rzemieślnika. Należy do Łukasza Niemca. Miejscowy, pracuje na Szewskiej.

– Odsłoń resztę – polecił inkwizytor.

Jaksa, niemal teatralnym gestem, posłusznie ściągnął lniany całun. Lambert uczynił znak krzyża, choć raczej z przyzwyczajenia, bo widok martwego niewiele się różnił od obrazu, który rycerz zwykł oglądać na bitewnych pobojowiskach.

Nieboszczyk odziany był dość solidnie jak na maj. Jego ramiona i tors okrywał kaftan błękitnej barwy, o ubrudzonych mułem rękawach, spod którego wyzierał skraj zakrwawionej koszuli. Twarz mężczyzny została tak dalece zmiażdżona, iż przypominała groteskowo wykrzywione oblicza wykutych w kamieniu czartów, wykrzywiających pyski ku wiernym w kościelnych wnętrzach. Zapadnięte oblicze było częściowo przykryte jasnymi włosami, przylepionymi do krwawej maski porozrywanych mięśni i rozciętej skóry. Gotfryd odjął wzrok z opuchniętej twarzy martwego i spojrzał na jego lewą dłoń, pozbawioną wszystkich palców za wyjątkiem kciuka. Paliczki odrąbano jednym ciosem ciężkiego ostrza – tasaka lub miecza – a kłykcie były zaczerwienione i obdarte z naskórka. Dominikanin popatrzył na prawicę zamordowanego, po czym zwrócił się do Jaksy:

– Nie miał żadnych pierścieni? Widać ślady po sygnecie i obrączce, ale ten drugi nieco zatarty. – Błękitne oczy inkwizytora wróciły na resztki serdecznego palca lewej dłoni, gdzie widać było nieco jaśniejszy pasek skóry. – Wdowiec, jak się zdaje.

– Nie miał ich, kiedym go znalazł – odparł Jaksa ze wzruszeniem ramion. – Pieniędzy mi zresztą nie trzeba. Może woda zabrała?

– Nie ma twarzy, palców, pierścieni – mruknął Lambert – nic, po czym go poznać by można.

– Tak właśnie miało być – odparł Gotfryd, wstając. – Za kilka dni zgnilizna i ryby zatarłyby trop do reszty. Jaksa, mówiłeś, że go uduszono?

– Stąd czerwień na szyi. – Czarnowłosy rycerz końcem buta wskazał na zmiażdżone gardło denata.

– Ściągnij mu kaftan – nakazał Gotfryd.

Jaksa bez dalszych pytań rozpiął lakierowane guziki z drewna, odsłaniając pociętą koszulę, przylepioną do kilku głębokich ran na brzuchu, pozostawionych przez wąskie ostrze sztyletu.

– Trzymano go za gardło, aby zadać mu śmiertelny cios. – Ktoś inny pokusiłby się o ton triumfu lub zadowolenia, ale grobowy głos dominikanina pozostawał niewzruszony. – Ma na szyi jakiś rzemień.

– Trzos, ale bez monet. – Lambert dobył spod koszuli zabitego sakiewkę z jeleniej skóry. – Za to z szachową figurą. Biały pion.

– Nieistotna pamiątka, a może kluczowy ślad? – zadrwił Jaksa. – Czy przenikliwy inkwizytor dojdzie prawdy?

– Deo juvante2. – Gotfryd uniósł na rycerza posępny wzrok, lecz nie okazał gniewu. Zbyt dobrze go znał, aby dać mu tę satysfakcję.

– Mam kilku znajomych, którzy grywają w szachy. Mogę ich o bierkę rozpytać. – Lambert obracał w palcach figurę. – Zwykle rzeźbiarze robią komplety, ale szansa nikła, że ktoś rozpozna rzemieślnika, nawet jakby był znad Wisły. Mało to pionków na świecie?

– Uczyń tak. – Inkwizytor oglądał ciało, chcąc wyryć w swojej pamięci wszystkie szczegóły, które mogłyby mu pomóc w rozwianiu tajemnicy jego śmierci. – Ale zachowaj powściągliwość. Nie chcemy zbyt szybko ostrzec sprawców tego czynu o ich porażce. Jeżeli cokolwiek ustalimy, zawiadomimy sędziego grodzkiego.

– Co zrobimy ze śpiochem? – spytał Jaksa, sprawdzając jeszcze, czy w rękawach kaftana lub u pasa nie zapodział się jakiś drobiazg. – Kawałki gliny z glazurą. Kufel pewno. Może popili, ktoś się pochwalił wizytą u cudzej żony i się zaczęło?

– Poślij go na pochowanie, tylko cichcem – podsunął Lambert. – Potem zbierzemy się do grodu i popytamy.

– Walek! – krzyknął Jaksa ostrym głosem, przywołując chłopa o pospolitej twarzy i ziemistej cerze. Służba w stanicy zawsze zachowywała milczenie w pobliżu swego seniora, ślepo wykonując powierzone im polecenia. – Umyj go, daj jakiegoś całunu i odstaw do kościoła na pochówek. Jakby ksiądz pytał, powiedz mu prawdę – to topielec, a ty wiesz tylko tyle, że trzeba mu spoczynku na cmentarzu. Po drodze kup jakiego wina. Srebro weź ze szkatuły.

Walek z ukłonem przyjął rozkaz, po czym ruszył oporządzić osiołka i zaprząc go do wózka.

– Requiem aeternam dona ei, Domine, et lux perpetua luceat ei. Requiescant in pace3 – wyrecytował inkwizytor ponurym tonem, przywodzącym na myśl zgrzyt grobowej płyty.

– Amen.

Trójka konnych jechała zakurzoną polną drogą prowadzącą wzdłuż Wisły, pomiędzy ścianą nadbrzeżnych zarośli a uprawnymi polami, należącymi do podległych Jaksie gospodarstw. Powietrze było duszne i nieruchome, a chmary owadów z uporczywym bzyczeniem oblegały spocone konie, wlekące się w upale ze spuszczonymi łbami. Niewiele czasu upłynęło od zenitu, toteż chłopi nie ruszyli jeszcze w pola i sady, lękając się uroków rzucanych przez południce. Przeto wkoło panował spokój, mącony czasem przez krzyki wodnego ptactwa lub odległy plusk wody.

– Bracie Gotfrydzie – zaczął Lambert, zwracając się do jadącego pośrodku zakonnika, któremu rycerze zawsze towarzyszyli u boków, akceptując bez sprzeciwu jego przewodnictwo – gdzieście wędrowali od naszego ostatniego spotkania?

– Po Italii, w służbie Bogu – odrzekł cierpko dominikanin. – Tropiąc niegodziwców w imię zysku nazywających bliźnich czarnoksiężnikami.

– Jak to się skończyło?

– Trzech niewinnych spłonęło w czasie samosądu urządzonego przez chłopów, a baron w ramach odwetu spacyfikował wieś, bo ludzie owi byli mu bliscy i z jednej krwi pochodzili. Mnie też nie byli oni obojętni – wyznał gorzko inkwizytor. – Tak się zaczęło żniwo grzesznych dusz. Później ogień i krew obmyły skały Kalabrii.

– Szlag, nielicho. – Jaksa pokręcił głową. – Skończyło się to…

– Dobrze? Nie. – Posępne lico zakonnika wykrzywiło się nieznacznie. – W piekle czekają na wielu ludzi od tamtych dni.

Przykre milczenie zapadło pomiędzy podróżnymi, kiedy mijali zarastającą drogę prowadzącą do ruin młyna nad rzeką. Lambert spojrzał ku niszczejącemu budynkowi i oberwanym łopatkom koła, sterczącym między kępami tataraku niczym murszejące zęby.

– Stary młyn, stare czasy, stare czyny – westchnął brodaty rycerz. – One zawsze wydają się lepsze z jakiegoś powodu. Tym jaśniejsze, im przyszłość ciemniejsze szaty wdziewa.

– Wcześniej nie było sposobności zapytać. Jak wam się powodzi? – odezwał się Gotfryd.

– Bieda, bieda, bo i czas nic dobrego nie niesie – odparł Lambert, poprawiając się w siodle. – Konrad z Mazowsza bruździł nam przez ostatnie lata, a teraz z Czechami i księciem opolskim…

– Nie o politykę pytam. – Inkwizytor pokręcił głową. – O was.

Jaksa wymienił z Lambertem krótkie spojrzenie, po czym odparł:

– Mnie przybyło blizn na plecach, a Lambertowi trosk na gębie. Wojowało się trochę tu i tam, z poganami nawet się rzezało, ale nigdy nie było tak jak wtedy, gdy jechaliśmy z wami na Czechy. Lambert raz był blisko ożenku, jednak panna zmarła na suchoty i…

– I od tego czasu jakoś mi się z białogłowymi nie układało – dokończył Lambert niechętnie. – Jaksa jak zawsze opowiada po swojemu, żeby nie wspomnieć o tym, jako mu na turnieju połamali żebra, ale… – Pasowany na moment zawiesił głos. – Ale to wszystko igraszki. Prawda jest taka, że tkwimy w miejscu, bo trudno o jakąkolwiek lepszą partię, gdy nasze ziemie to bławatne okrawki. Kiedy zemrzemy, książę Bolesław nawet nie zauważy, jak mu domeny przybędzie. Brak nam takich przygód, jak u boku brata inkwizytora. Czekaliśmy, co nastąpi szybciej: krucjata albo wasz powrót.

– Jak się okazało słusznie, bo znów jest okazja do wspólnej jazdy – dodał Jaksa z zadowoleniem.

– Ten sznur na wyspie, dla kogo on? – spytał inkwizytor, wspominając zawieszony we dworze powróz.

– Na mojego wyklętego siostrzeńca – odparł ciemnowłosy mężczyzna lekko i wesoło. – Nie troskajcie się, to nie ja chcę się powiesić.

U Bramy Grodzkiej Lambert pożegnał się z Gotfrydem i ruszył w kierunku przeprawy na Wiśle, by następnie udać się w drogę do Myślenic. Dominikanin natomiast – w towarzystwie Jaksy – wkroczył do miasta, zmierzając ku ulicy Szewskiej.

Już o poranku siła ludzi kręciła się w kręgu grodzkich murów, lecz teraz prawdziwe tłumy przybyły do Krakowa, zwabione wizją towarów z odległych stron, przybywających tu Praskim Traktem z Czech oraz cesarstwa. Piekarze, balwierze, tkacze, rzeźnicy – słowem: rzemieślnicy wszelkiego kunsztu – wszyscy mieli ręce pełne roboty w czasie targu, lecz była to krzątanina o tyle radosna, iż trud ten szczodrze opłacano srebrem przez przyjezdnych kupców. Pomimo pogodnej atmosfery dominikanin torował sobie drogę przez ciżbę z twarzą zastygłą w wyrazie niechęci, która rzadko opuszczała jego lico. Gotfryd wiedział, jak krucha jest skorupa radości i uczciwości okrywająca ludzką dwulicowość i nie ulegał wesołej iluzji festiwalu. Grzeszne serca biły w piersiach tak wielu osób, które z pozoru zdawały się być przykładnymi, wierzącymi ludźmi. Ile zbrodni i występku skrywały siedziby krakowskich mieszczan, tego zakonnik mógł się jedynie domyślać, wszakże twarz mordercy rzadko się różni od otaczającego ją tłumu.

– Patrz, jak leziesz – warknął Jaksa, odpychając na bok przechodnia, który wpadł na niego, zagapiwszy się na występy kuglarzy. – Trąd i zarazy na takich jak on.

Rynek Główny wypełniał gwar setek podniesionych głosów oraz nieprzeliczony tłum otaczający rzędy kupieckich kramów. Ludzie tłoczyli się pod stoiskami handlarzy sukiennych, pchali się pod wzornik w budynku Wagi Miejskiej, półkolem otaczali trupy aktorów lub dających pokaz fechmistrzów. Przykuty do pręgierza człowiek w oślej masce cierpiał od upału, drwin sąsiadów oraz z rąk dzieci, dźgających go patykami między żebra. Gotfryd nawet nie chciał próbować zagłębić się w falujący, rozwrzeszczany tłum, toteż szedł skrajem rynku, pod fasadami mieszczańskich kamienic, gdzie tłok był nieco mniejszy.

– Od upału w gębie suszy. Poczekajcie, inkwizytorze. – Jaksa zatrzymał się obok ogromnych beczek, w cieniu kamienicy należącej do cechu piwowarskiego. – Dajcie kufelek zeszłorocznego.

– Proszę bardzo, już patronowi lejemy. – Pomarszczony staruszek zdjął wieko beczki, odsłaniając mniejszą faskę, otuloną pasami materiału namoczonymi w zimnej wodzie. Stojący obok czeladnik napełnił glazurowany kubek piwem i podał go Jaksie. Spragniony rycerz wychylił naczynie jednym haustem, uregulował należność, po czym zwrócił się do inkwizytora:

– Dobre, możemy iść. – Oddaliwszy się nieco, dodał z zadowoleniem: – Okruch z podobnego kubka był w koszuli naszego gagatka. Popularny kolor, szykowny i wypalany z miejscowego surowca. Człek zginął niedaleko.

Na ulicy Szewskiej, zgodnie z jej nazwą, mieściły się liczne zakłady obuwnicze, a sama ulica prowadziła do bramy, za którą mieściły się garbarnie, przez co powietrze w tej części miasta miało charakterystyczny zapach wyprawianej skóry, wapna i cierpkiej taniny. Chociaż na rynku trwał jarmark, praca w warsztatach nie ustawała, a dźwięki młotków oraz narzędzi płynęły zza ścian oraz bram zakładów szewskich.

– To ten – powiedział Jaksa, zatrzymując się pod szyldem z wymalowaną ciżmą, otoczoną pasmami materiału trzech kolorów. – Biały, czerwony i żółty. Barwy Łukasza Niemca. Zawsze ich używa, choć nie wiem czemu. Znam go nieco, mam mówić?

– Nie zdradź zbyt wiele i nie kłam – odrzekł inkwizytor, skinąwszy głową.

– Trudne warunki, ale podejmę wyzwanie. – Rycerz uderzył pięścią w drzwi warsztatu. – Głusi czy co?

Klamka szczęknęła i w progu stanął łysy przysadzisty mężczyzna, lat około sześćdziesięciu, naznaczony głębokimi zmarszczkami na krągłej twarzy. W grubych, ubrudzonych atramentem palcach ściskał pióro. Nie wyglądał na zbyt radego z faktu, iż ktoś przeszkadza mu w pracy. Jednakże, jak każdy kupiec, Łukasz Niemiec szybko przybrał na twarz wygląd stosowny do przyjmowania potencjalnych klientów.

– Witam panów serdecznie. Czym mogę służyć? – Brązowe oczy szewca natychmiast strzeliły ku butom stojących przed nim gości. – Widzę, że jaśnie pan wie, jak dbać o swoje obuwie.

– Powiedzcie, czy ostatnio nie wykonaliście pary dobrych butów z cholewkami dla jakiegoś możnego pana? – zapytał Jaksa. – Na włościach znalazłem całkiem świeżą parę, wyrzuconą przez wodę. Znak cechowy znam, więc postanowiłem zapytać, do kogo mogły należeć, żebym mógł oddać zgubę. Sam też chyba takie zamówię, tylko czarne, jeśli stosowną skórę i barwniki na stanie macie.

– Ludzie dziś zupełnie o buty nie dbają! Wyrzucone przez wodę? Zgubione? Moje cudeńka? Przeklinam! – wykrzyknął Łukasz Niemiec w gniewie, unosząc zaciśniętą pięść ku majowemu niebu. Chwila minęła i mieszczanin powściągnął wzburzone emocje, po czym dodał: – Imienia tego człowieka nie znam, bo był to przyjezdny, z Czech, jak się zdaje. Jednakże przyprowadził go tu pan z Wróżdy, Zbylut Probus, więc jak chcecie oddać zgubę, to do niego się udajcie w odwiedziny.

Odebrawszy konie z miejskich stajni, Gotfryd i Jaksa ruszyli w kierunku Wielkich Bronowic – dóbr klasztornych należących do opactwa tynieckiego, a położonych na północnym brzegu Wisły, około mili od bram krakowskich. Opodal wsi, na szczycie kamienistego wzgórza, wznosił się niewielki dworek, stanowiący letnią rezydencję rodziny Turów, dumnie noszących na białych tarczach rogaty łeb byka. Bogaty był to ród, zasłużony w wielu bitwach i wiernie stojący za władcami Małopolski od wielu pokoleń, dzięki czemu w jego posiadanie trafiało coraz więcej ziem i zaszczytów, stanowiących fundament ich magnackiej potęgi.

Droga na Wróżdę wiodła pomiędzy szpalerami kilkudziesięcioletnich dębów, zasadzonych wzdłuż traktu po tatarskim najeździe, który pozostawił ziemie krakowskie spustoszone i okryte popiołami. Dzisiaj blizny straszliwej napaści ze wschodu goiły się szybko, a drzewa dawały nieco cienia przed wędrującym na zachód słońcem. Mimo tego Jaksa co rusz spoglądał na gorejącą tarczę ponad głową i wiercił się w siodle.

– Cóż to się wykluło w twoim siedzisku? – zapytał w końcu inkwizytor swoim ponurym głosem.

– Zbylut Tur to możny rycerz, pochodzący z rodziny o wielkich tradycjach – odparł Jaksa, przygładzając dłonią wilgotne od potu włosy. – Jeżeli nasz nieboszczyk był dobrym kumem Probusa, to wątpię, aby zginął w przypadkowej burdzie w jakimś zajeździe. Wśród potężnych ludzi zbiegi okoliczności to rzadka, o ile nie całkiem wymarła sprawa.

– Prawda – przyznał Gotfryd. – Dlatego musimy zachować czujność.

– Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale wszystkich, którzy wchodzili w drogę rodowi Turów, spotkał marny koniec – mówił dalej rycerz. – Chodzą słuchy, że to właśnie z powodu tej góry, Wróżdy. Tutaj oznacza to krwawą zemstę na…

– Wiem – przerwał mu dominikanin.

– Wieść niesie, że Turowie zbudowali ten dwór na pogańskiej świątyni, dlatego oddali klasztorowi wszystkie swoje tutejsze ziemie oprócz góry. Ponoć dlatego ich wrogów dosięga szybki koniec.

– Sugerujesz herezję? – Błękitne oczy Gotfryda skierowały się na Jaksę. – Ważkie oskarżenie, jeśli prawdziwe, jeszcze straszniejsze, gdy fałszywe.

– Nie. – Zbrojny potrząsnął głową, strącając kropelkę potu z czubka nosa. – Mówię tylko, że Turów nie warto mieć za wrogów.

– A czy są ludzie, których warto?

– Na przykład taki Lambert – zaśmiał się Jaksa. – Wtedy można spać spokojnie.

Zbylut Probus herbu Tur przyjął Gotfryda i Jaksę pośród jabłoniowego sadu, otaczającego jego posiadłość na podobieństwo spirali, zstępującej wężowymi splotami ze szczytu aż do podnóża góry. Arystokrata spoczywał na misternie rzeźbionym siedzisku, wydobytym wprost z pnia drzewa, które wciąż zdawało się żyć i wypuszczać zielone listki z gałązek na szczycie oparcia. Sam Zbylut był wysokim mężczyzną, obdarzonym posągowym obliczem, godnym monarchy. Ciemne, głęboko osadzone oczy morskiego koloru spoglądały na gości z mieszaniną dumy i wyższości, a na wąskich wargach błąkał się cień uśmiechu, charakterystycznego dla człowieka, który z wprawą kontroluje otaczające go wydarzenia. Całości dopełniały wystające kości policzkowe, kwadratowa żuchwa oraz opaska przecinająca srebrną wstęgą brązowe włosy magnata. Ze złotym kielichem w dłoni, Zbylut prezentował sobą niewymuszony majestat i prestiż, które podkreślał wysmakowanym odzieniem, zwłaszcza zdobionym pasem rycerskim z wytłaczanej skóry. Na tle drzew, z mieczem opartym o bok siedziska, mógł uchodzić przynajmniej za księcia krwi.

– Witam serdecznie tak znakomitego i światowego gościa, członka Ordo Praedicatorum4 – Zbylut miękko zwrócił się do Gotfryda, po czym przeniósł wzrok na rycerza w czerni. Usta Probusa wygięły się w szyderczym uśmiechu. – Oraz jego nie mniej wspaniałego towarzysza, Jaksę Czarnego od Gryfitów. Czym mogę ugościć? Dzień mamy jeszcze młody i godzin wiele na wspólne rozmowy.

– Dziękujemy za poświęcony nam czas – odrzekł dominikanin, kłaniając się płytko, zanim w gorącej wodzie kąpany Jaksa zdołał cokolwiek powiedzieć. – Żal przynosić złe wieści w tak piękny dzień.

– Złe wieści? Zostawcie nas samych. – Zbylut gestem upierścienionej dłoni odprawił giermków i służbę, stojącą w stosownej odległości z poczęstunkiem gotowym do podania. – Jak brzmi to hiobowe posłanie?

– Czy jesteście przyjaciółmi człeka, którego zaprowadziliście do Łukasza Niemca, szewca krakowskiego? – odparł pytaniem inkwizytor, nie odrywając wzroku od oblicza Probusa.

– Prawda to. Człek ten jest w istocie mi kompanem oraz gościem w mych wielickich włościach – przytaknął Tur, pociągając łyk wina z kielicha. – Czyżby wszedł w szkodę na Jaksowe ziemie?

– Nie. Został przezeń wyłowiony z Wisły dziś rano. Martwy.

Dłoń Zbyluta zacisnęła się mocniej na kielichu, a między jego ściągniętymi brwiami pojawił się głęboki mars.

– Jesteście tego pewni? – zapytał Tur opanowanym głosem, w którym próżno szukać drżenia. – Brzetysław pochodzi z Czech, a lewą dłoń miał okaleczoną, od kiedy mieczem odrąbano mu paliczki środkowego i serdecznego palca. Po tym niechybnie można go poznać.

– Pewności nie mamy, bowiem mordercy odjęli mu wszystkie palce u lewej dłoni. – Inkwizytor powoli wymawiał kolejne słowa. – Zapewne po to, aby trudniej było ustalić tożsamość zabitego.

– Brzetysław owdowiał przed pół roku, więc obrączkę nosi na lewej dłoni – dodał Zbylut, obracając kielich w palcach. – Mówi wam to coś więcej, bracie dominikaninie?

– Kosztowności zostały zdarte z martwego, lecz ślad obrączki na dłoni ostał się mimo czasu – odrzekł Gotfryd. – W istocie osoba ta nosiła pierścień na lewej dłoni jak wdowiec. Czy obrączkę? Tego nie wiem.

– A włosy? – rzucił Tur, lecz w jego oczach widać było, iż zna już odpowiedź na to pytanie.

– Jasne.

– W istocie. Zła to wieść. – Arystokrata milczał przez kilka chwil, stukając palcami lewej dłoni w podłokietnik, uformowany na kształt byczej głowy. Wreszcie uniósł wzrok na inkwizytora i przemówił: – Sprawa to poufna, bowiem Brzetysław ważne dokumenty oraz symbola nosił przy sobie. W sakwie na szyi zawieszonej. Znaleźliście panowie coś takiego? Nawet coś z pozoru codziennego dla odpowiednich osób mogło nieść ważne przesłanie.

– Żadnego listu, kwitu czy noty – odrzekł Gotfryd, nie odrywając oczu od Zbylutowego lica. – Najwyraźniej rabusie zabrali wszystko, co wydawało się im cenne.

– W istocie. Zła to wieść – powtórzył z westchnieniem Tur, jednak wyraz jego twarzy nieco złagodniał. – Obawiam się, panowie, że w istocie Brzetysław rozstał się z naszym światem. Boże, świeć nad jego duszą. Dziękuję za wizytę, ale te wieści zmuszają mnie do spełnienia pewnych obowiązków, które nie cierpią zwłoki, a droga przede mną długa.

Arystokrata wstał z siedziska, po czym zawołał ku siedzącym w cieniu giermkom:

– Przyprowadzić konie gości i siodłać mi Pegaza! Przed zmrokiem chcę być w Wieliczce!

– Z Bogiem – powiedział na odchodnym inkwizytor, kłaniając się lekko, by zaraz ruszyć długim krokiem w kierunku stajen.

Milczący dotąd Jaksa również skłonił się przed Zbylutem i podążył śladem Gotfryda. Dopiero gdy służba przyprowadziła ich wierzchowce, a oni sami odjechali na strzał z łuku od stoków Wróżdy, Jaksa odezwał się zadziornie:

– Pięknie brat inkwizytor ominął prawdę przed tym nadętym pyszałkiem. Czy mogę wiedzieć, co teraz? Oprócz tego, że panu Turowi należy się lekcja pokory.

– Nie pytał o to, gdzie leży ciało – odparł Gotfryd. – To wiele mówi.

– Czy może mieć to związek z figurą szachową? – spytał czarnowłosy rycerz.

– Być może to symbol, po którym wtajemniczone osoby rozpoznają posłańca, ale… – zakonnik zawiesił głos. – Nie snujmy domysłów ponad miarę. Gdyby ktoś go zabił z tego powodu, nie pozostawiłby zdobyczy przy ciele.

– Czyli ktoś zatłukł Brzetysława dla pospolitego rabunku?

– Dowiemy się tego, jadąc za Turem – odparł Gotfryd, spoglądając ponad ramieniem na drogę prowadzącą ku Wróżdzie. – Ukryjemy konie w zaroślach, pozwolimy mu przejechać i ruszymy jego śladem.

– Ja lubię się pchać tam, gdzie mnie nie chcą. Ale brat inkwizytor? – prychnął Jaksa z rozbawieniem.

– Nie ufam Turowi – stwierdził zakonnik z naciskiem. – Nie pytał o sprawców, nie snuł domysłów, a miast przed oblicze księcia, gotuje się ruszyć do Wieliczki.

– Możni ludzie mają swoje sekrety, jak każdy. – Jaksa wzruszył ramionami. – Kochanki, kochankowie, bękarty, orgie, zdeformowani kuzyni ukryci w piwnicach. Raz to nawet słyszałem o tym, że jaki rycerz miał całą kolekcję papieskich posłów w wieży zawartą.

– Wszyscy ludzie mają sekrety. Chłopi w stodołach kryją zbrodnie równe czynom królów – poprawił go inkwizytor gorzkim tonem, krzywiąc się do własnych wspomnień. – Nie śmierć Brzetysława, lecz troska o sekrety, jakie mogły ujrzeć światło dzienne – to poruszyło Tura. Teraz pan z Wróżdy wydaje pełne gniewu rozkazy, bo męczy go niepewność o to, ile mordercy dowiedzieli się, torturując Czecha, zanim cisnęli jego martwe ciało do Wisły. Najwyraźniej, podobnie jak my, woli też zachować wieści o zajściu w możliwie wąskim gronie.

– Cóż za elaborat – zauważył szyderczo Jaksa. – Zwykle brat inkwizytor szczędzi słów.

– Słowa są cenne. Dysponuj nimi mądrze.

– Zjedźmy tu z drogi. – Rycerz wskazał palcem na zalesiony pagórek wznoszący się nieopodal szlaku prowadzącego na Kraków. – Z tego miejsca łatwo ogarniemy wzrokiem trakt, nie będąc dostrzeżonymi przez jaśnie pana Zbyluta.

Gotfryd skinął głową, po czym zszedł z końskiego grzbietu i poprowadził swego rumaka za uzdę poprzez trawy i gęsto rosnące chwasty w kierunku kopca. Zagłębiając się w plątaninę gałęzi bzu, dzikiej róży i jarzębiny, duchowny dostrzegł pośród zieleni sczerniałe od ognia fundamenty zniszczonego budynku. Pod podeszwami butów chrzęściły mu zwęglone resztki drewna, a korzenie roślin wypychały spod ściółki ludzkie kości. Inkwizytor przywiązał wodze do brzozowego pnia, po czym usiadł na zakopanym w ziemi wapiennym bloku, przyglądając się pożółkłej czaszce o oczodołach wypełnionych ziemią. Kość była przebita tuż ponad nosem, a obok niej spoczywał grot mongolskiej strzały, okryty czerwienią trawiącej go rdzy.

– Teraz to miejsce zwą Trupielcem – powiedział Jaksa, opędzając się od komarów. – Mówią, że ukazują się tu duchy. Chodzą i płaczą, tuląc do piersi szczątki zabitych.

– A dawniej jak nazywano to wzgórze? – Gotfryd przesunął czubkiem buta po ziemi, odsłaniając zrudziałą skorupę kolczugi.

– A czy to ma jakiekolwiek znaczenie? – mruknął Jaksa rozdrażnionym głosem, siadając obok dominikanina. – Co tu było, spłonęło. Zostały tylko szkielety, ruina i mongolskie strzały. Ale dość tego ponurego gderania. Przy siodle mam bukłaczek wina. Komary może nas nie wyssą do sucha, nim pan Probus się ku nam pofatyguje.

Pomimo makabrycznego towarzystwa ludzkich szczątków zmarli nie napastowali żywych, pozostawiając latającemu robactwu nękanie inkwizytora oraz Jaksy. Na domiar złego powietrze było duszne i żaden podmuch wiatru nie przynosił ukojenia mężczyznom trwającym w oczekiwaniu. Nie minęła jednak godzina, a na trakcie pojawiły się wydłużone cienie koni należących do Zbylutowej kompanii. Jeźdźców było pięciu, a pomimo odległości dzielącej Trupielec od drogi Gotfryd bez trudu rozpoznawał wyniosłą postać magnata.

– Wreszcie – jęknął z udawaną boleścią Jaksa, otrzepując spodnie. – Żar się z nieba leje, głodnym jak wilk, kwartę juchy mi te latające paskudy upuściły. Najwyższy ku…

– Waż na język – ostrzegł go dominikanin, głaszcząc swego wierzchowca po grzywie i odwiązując wodze od pnia.

– Kurza nóżka rosołowa – dokończył rycerz – z marchewką i pasternakiem, gotowana przez noc, podana z pajdką chleba, smalczykiem oraz skwarkami.

– Mamy piątek bezmięsny – zauważył dominikanin. – Lepsze przekleństwa.

– Właśnie dlatego ludzie klną – mruknął pod nosem ciemnowłosy mężczyzna, by po chwili dodać: – Damy im jeszcze chwilę i ruszamy.

Powróciwszy na trakt, inkwizytor ruszył świeżym śladem Zbyluta, nadto się jednak nie śpiesząc, gdyż nie sposób było tych tropów przegapić, a droga do Wieliczki była Jaksie dobrze znana. Chociaż płonąca tarcza już osuwała się po zachodnich stokach nieba, popołudnie wciąż było gorące, a opuszczenie młodniaka uwolniło towarzyszy jedynie od obecności komarów, gdyż muchy – będąc postury znaczniejszej – wciąż kręciły się, bzycząc, wokół pary konnych. W milczeniu ujechali oni może pół mili i byli już opodal Bronowic, gdy od strony samotnego gospodarstwa, biegnąc co tchu przez pola, na drogę wypadła zdyszana kobieta.

– Pany, pany, pany! – zawołała, na chwiejnych nogach zbliżając się do karego wierzchowca Jaksy. – Ratunku! Ratujcie!

Pomimo aury oraz wysiłku, czerwienią rozlewającego się po pulchnej twarzy, w oczach wieśniaczki płonął strach. Niewiasta padła na kolana przed rycerskim koniem, brudząc kurzem błękitną spódnicę.

– Pany, ratujcie! Zabije go! Błagam! Po pomoc biegnę!

– Mówże jaśniej. – W mniemaniu Gotfryda jego ton uchodził za łagodny. – Kto kogo zabija? Pomożemy.

– W obejściu! Mirko