Paradoks Sheffielda - Paul F. D. Lasher - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Paradoks Sheffielda ebook i audiobook

Paul F. D. Lasher

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Postęp nie zawsze oznacza lepsze jutro.

W niedalekiej przyszłości nauka odkrywa istnienie elastów - ludzi zdolnych do przekraczania biologicznych ograniczeń mózgu.

Bane Warner, jeden z trzech znanych elastów, dołącza do tajnego programu SALUS badającego potencjał ludzkiego umysłu. Wieloletnia hibernacja ma pomóc naukowcom zrozumieć naturę jego zdolności. Po wybudzeniu odkrywa jednak, że świat zmienił się bardziej, niż przypuszczał.

Rozwój sztucznej inteligencji, eksperymenty z binarytem i rosnące znaczenie elastów sprawiają, że Bane zaczyna kwestionować prawdziwy cel programu. Szukając odpowiedzi, trafia na tajemnicę mogącą zmienić przyszłość ludzkości.

„Paradoks Sheffielda” to realistyczne science fiction o ewolucji człowieka, granicach świadomości i świecie, w którym coraz trudniej ustalić, kto naprawdę kontroluje przyszłość. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 252

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 58 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jacek Rozenek

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pa­ra­doks

Shef­fiel­da

Paul F. D. La­sher

Co­py­ri­ght © Paul F. D. La­sher

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I 

Szcze­cin 2026

ISBN (druk): 978-83-68498-54-7

ISBN (e-bo­ok): 978-83-68498-55-4

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca

Mo­ni­ka Cał­ka | www.krop­ka­ispol­ka.pl

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce, ilu­stra­cje

Ma­gni­fic (Fre­epik)

Re­dak­cja

Ane­ta Sta­wi­szyń­ska-Mar­ci­niak

Mo­ni­ka Cał­ka | www.krop­ka­ispol­ka.pl

Ko­rek­ta

Mag­da­le­na Dzie­kan | mag­da­dzie­kan.com

Dag­ma­ra Jasz­czak-Bar­to­sik

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Roz­dział 0

Kost­ki chod­ni­ko­we ukła­da­ły się w mo­no­ton­ny wzór. Je­go po­wta­rzal­ność ude­rza­ła. Nie by­ło mnie tu­taj od po­nad ro­ku, ale jak za­wsze, gdy tę­dy sze­dłem, li­czy­łem na ja­kąś zmia­nę. Nie­lo­gicz­ne, praw­da? Bo ni­by dla­cze­go mia­ła­by się zmie­nić se­kwen­cja ko­stek chod­ni­ko­wych?

Tak to jest, gdy umysł bez prze­rwy po­trze­bu­je no­wych do­znań, cze­goś, co od­cią­gnie go od spo­wsze­dnia­łej rze­czy­wi­sto­ści i za­pew­ni za­strzyk do­pa­mi­ny. A mój mózg był żąd­ny neu­ro­prze­kaź­ni­ków wsze­la­kiej ma­ści.

Po­chło­nię­ty my­śla­mi prze­le­cia­łem trzy ty­sią­ce ki­lo­me­trów, by te­raz sta­nąć przed drzwia­mi ka­mie­ni­cy mo­ich ro­dzi­ców. Był rok 2089, a to miej­sce pre­zen­to­wa­ło się tak sa­mo, jak dwie­ście lat te­mu. Ta­ta dbał o to, by w wy­glą­dzie na­sze­go do­mu nic się nie zmie­nia­ło. Po­zwa­lał tyl­ko na drob­ne re­mon­ty. Kie­dyś mnie to dzi­wi­ło. Nie po­dzie­la­łem nie­chę­ci oj­ca do zmian, po­cią­ga­ła mnie no­wo­cze­sna opły­wo­wa ar­chi­tek­tu­ra. Dziś już ro­zu­mia­łem. Dzię­ki te­mu, że dom się nie zmie­niał, wspo­mnie­nia z nim zwią­za­ne rów­nież po­zo­sta­wa­ły ży­we.

– Cześć, ta­to – po­wie­dzia­łem, roz­glą­da­jąc się po sa­lo­nie. By­li­śmy sa­mi, ja i mój cięż­ko cho­ry oj­ciec. – Gdzie ma­ma?

– Po­szła na za­ku­py. Sia­daj. – Wska­zał fo­tel w ką­cie po­ko­ju.

Na­wet ten me­bel przy­wo­ły­wał ob­ra­zy z prze­szło­ści. To z nie­go Mi­ko­łaj roz­da­wał pre­zen­ty. To na tym fo­te­lu oj­ciec przy­lał mi kie­dyś pa­sem, pró­bu­jąc okieł­znać na­sto­lat­ka tar­ga­ne­go bu­rzą hor­mo­nów.

Usia­dłem.

– Jak się czu­jesz? – za­py­ta­łem.

– A jak mam się czuć? Umie­ram. A mój syn… – Wy­po­wiedź ta­ty prze­rwał char­czą­cy ka­szel. – A mój syn uda­je, że nie wie, co na­le­ży zro­bić – za­koń­czył, pa­trząc mi pro­sto w oczy.

– Wła­śnie po to przy­sze­dłem. Pod­ją­łem de­cy­zję.

Ta­ta pod­niósł się do po­zy­cji sie­dzą­cej o wła­snych si­łach, nie ko­rzy­sta­jąc z me­cha­ni­zmów, w któ­re wy­po­sa­żo­ne by­ło łóż­ko.

– No więc, słu­cham, Ba­ne. Ja­ka jest two­ja de­cy­zja?

Ba­ne? Nie pa­mię­ta­łem, kie­dy ostat­ni raz zwró­cił się do mnie w ten spo­sób. Mo­je imię wy­po­wie­dzia­ne na głos mo­gło ozna­czać tyl­ko jed­no: ro­bi­ło się po­waż­nie.

– Do­łą­czę do pro­gra­mu SA­LUS. Od­dam się im, bo tak trze­ba – od­po­wie­dzia­łem gło­sem po­zba­wio­nym emo­cji.

– Tak! – krzyk­nął ta­ta, za­kasz­lał i bez sił osu­nął się na łóż­ko. – Bóg dał ci coś, cze­go nie dał in­nym. Tak. – Po­pa­trzył mi pro­sto w oczy. – Tak na­le­ży zro­bić, sy­nu.

Już chcia­łem po­wie­dzieć, że­by Bo­ga w to nie mie­szał, ale wte­dy do­strze­głem, że po je­go po­licz­ku spły­wa łza. Mój ta­ta pła­kał. Pła­kał ze szczę­ścia na wieść o tym, że je­go syn bę­dzie cier­piał z po­wo­du pod­ję­cia de­cy­zji nie­zgod­nej z je­go prze­ko­na­nia­mi. Po­my­śla­łem na­wet, że­by po­dejść i go przy­tu­lić, lecz osta­tecz­nie nie ru­szy­łem się z miej­sca. Ta­ta po­gar­dzał ludź­mi, któ­rzy uze­wnętrz­nia­li swo­je emo­cje. Gdy­bym oka­zał mu współ­czu­cie, czuł­by się po­ni­żo­ny.

Zgrzyt­nę­ła klam­ka.

– Ba­ne! – Ma­ma wpa­dła mi w ra­mio­na. – Kie­dy przy­le­cia­łeś? Co u cie… – urwa­ła na wi­dok ta­ty, a jej twarz w se­kun­dzie po­bla­dła.

W jej oczach po­ja­wił się strach. Strach przed od­po­wie­dzią na py­ta­nie, któ­re mia­ła za­dać.

– Sy­nu, co ty zro­bi­łeś? – Po jej po­licz­kach po­pły­nę­ły łzy. – Co ty zro­bi­łeś?! – krzyk­nę­ła, upusz­cza­jąc klu­cze. – Chcesz się im od­dać? Zo­stać kró­li­kiem do­świad­czal­nym? Chcesz stra­cić na­sze ostat­nie wspól­ne la­ta? Dla­cze­go?

Usia­dła przy sto­le. Ukry­ła twarz w dło­niach i roz­sz­lo­cha­ła się.

– Bo tak trze­ba, ma­mo. Nie wiń za to ta­ty. Ja na­praw­dę do­strze­gam w tym głęb­szy sens. Mo­gę… Ma­mo! – pod­nio­słem głos, wi­dząc, że nic do niej nie do­cie­ra. – Nie chcę że­gnać się z wa­mi w ten spo­sób, pro­szę… – do­da­łem ci­szej.

Ma­ma otar­ła łzy, wsta­ła i przy­tu­li­ła mnie z ca­łych sił.

– Ko­cham cię, Ba­ne. Pa­mię­taj o tym – wy­szep­ta­ła, nie wy­pusz­cza­jąc mnie z ob­jęć.

Te­go wła­śnie po­trze­bo­wa­łem. Ta­kie­go po­że­gna­nia.

Ma­ma jesz­cze raz prze­tar­ła oczy i usia­dła na łóż­ku obok ta­ty.

– Na­pisz mi, pro­szę, kie­dy, gdzie… Po­dob­no mo­że­my tam być, po­że­gnać się przed… – Jej głos znów się za­ła­mał.

– Oczy­wi­ście. Dam wam znać – od­po­wie­dzia­łem, do­brze wie­dząc, że te­go nie zro­bię.

To by­ło na­sze po­że­gna­nie. In­ne­go nie bę­dzie.

Roz­dział 0.1

Nie je­stem ta­ki jak in­ni

Na­zy­wam się Ba­ne War­ner. Uro­dzi­łem się w ro­ku 2058. Mam trzy­dzie­ści je­den lat i je­stem wy­jąt­ko­wy. Wie­dzia­łem o tym już w pod­sta­wów­ce.

Mło­dość spę­dzi­łem w ma­łym mia­stecz­ku, w któ­rym przez co naj­mniej trzy mie­sią­ce w ro­ku pa­no­wa­ła praw­dzi­wa zi­ma. Ujem­ne tem­pe­ra­tu­ry i me­tro­we za­spy śnie­gu by­ły czymś nor­mal­nym. Wszy­scy cho­dzi­li opa­tu­le­ni po uszy, a ja nie mar­z­łem. Cie­pło jak­by mnie nie opusz­cza­ło. Na­wet przy mi­nus dwu­dzie­stu stop­niach. Wbrew oba­wom ma­my, nie cho­ro­wa­łem i nie od­mra­ża­łem so­bie uszu. My­ślę, że ro­dzi­ce już wte­dy czu­li, że róż­nię się od in­nych dzie­ci, ale do­pie­ro gdy po­sze­dłem do li­ceum, ich za­in­te­re­so­wa­nie mo­ją od­mien­no­ścią prze­ro­dzi­ło się w praw­dzi­we py­ta­nia.

Zi­mo­we po­po­łu­dnia spę­dza­łem nad za­mar­z­nię­tym je­zio­rem. Cza­sem jeź­dzi­łem na łyż­wach, in­nym ra­zem po pro­stu cho­dzi­łem po lo­dzie, ob­ser­wu­jąc wzo­ry ry­su­ją­ce się pod bu­ta­mi. Pew­ne­go dnia ta­fla nie­ocze­ki­wa­nie pę­kła, a ja z krzy­kiem wpa­dłem do wo­dy. By­łem prze­ra­żo­ny. Pró­bo­wa­łem wy­do­stać się na po­wierzch­nię, ale za każ­dym ra­zem, gdy tyl­ko tro­chę się pod­cią­gną­łem, lód za­ła­my­wał się pod mo­im cię­ża­rem. Po kil­ku nie­uda­nych pró­bach nie­spo­dzie­wa­nie się uspo­ko­iłem. Wte­dy za­uwa­ży­łem, że w jed­nym miej­scu ta­fla jest cień­sza i zro­zu­mia­łem. Sko­ro nie mo­gę po niej przejść, to się przez nią prze­bi­ję. Za­czą­łem roz­bi­jać lód wła­snym cia­łem, prze­su­wa­jąc się po­wo­li w kie­run­ku brze­gu. Po­ko­na­łem tak kil­ka­dzie­siąt me­trów. Wy­sze­dłem z wo­dy, wró­ci­łem do do­mu i opo­wie­dzia­łem ro­dzi­com o tym, co się wy­da­rzy­ło. Nie uwie­rzy­li mi, po­mi­mo te­go, że by­łem prze­mo­czo­ny do su­chej nit­ki. Gdy ścią­ga­łem mo­kre ubra­nia, do sa­lo­nu wpadł, dy­sząc – jak­by prze­biegł ma­ra­ton – nasz nie­my są­siad. Do dziś pa­mię­tam sło­wa ma­my tłu­ma­czą­ce ener­gicz­ne ge­sty męż­czy­zny.

– Wi­dzia­łem, jak wasz syn wpadł do je­zio­ra, przedarł się przez lód do brze­gu i jak gdy­by ni­g­dy nic wró­cił do do­mu. Wo­da ma dziś dwa stop­nie. Spraw­dza­łem ra­no.

Ro­dzi­ce za­mar­li, pa­trząc to na mnie, to na są­sia­da. Ma­ma po­bla­dła i za­sło­ni­ła usta dło­nią. Ta­ta tyl­ko po­krę­cił gło­wą, jak­by pró­bo­wał zro­zu­mieć, jak to w ogó­le moż­li­we.

Gdy roz­po­czą­łem stu­dia, mo­je nie­zwy­kłe umie­jęt­no­ści za­czę­ły przy­cią­gać lu­dzi, któ­rzy sta­ra­li się zro­zu­mieć, co tak na­praw­dę się ze mną dzie­je. Zo­sta­łem pod­da­ny dzie­siąt­kom prze­róż­nych te­stów ge­ne­tycz­nych, set­kom ba­dań w naj­bar­dziej za­awan­so­wa­nych pla­ców­kach me­dycz­nych na ca­łym świe­cie.

Oka­za­ło się, że… je­stem nor­mal­ny. Zgod­nie z opi­nią pro­fe­so­rów me­dy­cy­ny je­dy­nym or­ga­nem, któ­ry za­cho­wy­wał się nie­sza­blo­no­wo, był mój mózg. To w nim tkwi­ło wy­ja­śnie­nie ta­jem­ni­cy cie­płych dło­ni, pły­wa­nia w lo­do­wa­tej wo­dzie czy nie­sa­mo­wi­tej szyb­ko­ści przy­swa­ja­nia no­wych in­for­ma­cji. W od­róż­nie­niu od in­nych lu­dzi, mia­łem ogrom­ny wpływ na pro­ce­sy za­cho­dzą­ce w mo­im or­ga­ni­zmie. Po­tra­fi­łem po­ko­nać sche­ma­ty i wy­pra­co­wa­ne w pro­ce­sie ewo­lu­cji re­ak­cje. Za­in­try­go­wa­ni na­ukow­cy nie po­prze­sta­li jed­nak na dia­gno­zie i da­lej szu­ka­li przy­czy­ny mo­jej wy­jąt­ko­wo­ści.

Pod kie­row­nic­twem zna­ne­go neu­ro­bio­lo­ga, pro­fe­so­ra Jo­se­pha Ka­spe­ra, prze­pro­wa­dzi­li za­kro­jo­ne na sze­ro­ką ska­lę ba­da­nia nad zdol­no­ścią umy­słu do ad­ap­ta­cji, do zmia­ny sche­ma­tów i pro­ce­sów my­ślo­wych, czy­li ba­da­nia nad ela­stycz­no­ścią umy­słu. Ten sam ze­spół na­ukow­ców opra­co­wał te­sty „prze­zier­no­ści w od­po­wie­dzi na bodź­ce” oraz za­awan­so­wa­ne ana­li­zy bio­che­micz­ne, któ­re po­zwa­la­ły z wy­so­kim praw­do­po­do­bień­stwem okre­ślić, czy da­na oso­ba wy­ka­zu­je ano­mal­ną neu­ro­pla­stycz­ność. Gdy wy­ni­ki ba­dań zo­sta­ły opu­bli­ko­wa­ne w cza­so­pi­smach na­uko­wych, na­tych­miast roz­po­czę­to te­sty i ana­li­zy. To wte­dy się oka­za­ło, że nie je­stem je­dy­ny. Na ca­łym świe­cie ist­nia­ły jesz­cze dwie oso­by – męż­czy­zna i ko­bie­ta – o zdol­no­ściach po­dob­nych do mo­ich. Na­zwa­no nas ela­sta­mi. Po­nie­waż by­łem pierw­szym zi­den­ty­fi­ko­wa­nym przy­pad­kiem, to na mnie sku­pi­ła się ca­ła uwa­ga. Mo­że to i le­piej – zwłasz­cza dla po­zo­sta­łej dwój­ki, gdyż, jak się póź­niej oka­za­ło, za­in­te­re­so­wa­nie na­ukow­ców by­ło nie ty­le przy­wi­le­jem, co cię­ża­rem.

A te­raz cof­nij­my się do wy­da­rzeń, któ­re spra­wi­ły, że świat na­uki zwró­cił na mnie swo­ją uwa­gę.

Roz­dział 0.2

1 paź­dzier­ni­ka 2088 – 41. Kon­gres So­lvaya

Źró­dło: pi­qu­eshow.com | pa­stin­co­lo­ur

Kon­gre­sy So­lvaya by­ły kon­fe­ren­cja­mi na­uko­wy­mi kon­cen­tru­ją­cy­mi się na klu­czo­wych pro­ble­mach w dzie­dzi­nie na­uk pod­sta­wo­wych. Naj­słyn­niej­szym był kon­gres pią­ty, któ­ry od­był się w paź­dzier­ni­ku 1927 ro­ku pod ha­słem „Elek­tro­ny i fo­to­ny”. Wów­czas dys­ku­to­wa­na by­ła teo­ria kwan­to­wa. W gro­nie uczest­ni­ków te­go wy­da­rze­nia zna­la­zły się ta­kie oso­bi­sto­ści jak: Al­bert Ein­ste­in, Niels Bohr, Wer­ner He­isen­berg, Er­win Schrödin­ger, Max Planck i Ma­ria Skło­dow­ska-Cu­rie. Zdję­cie z pią­te­go kon­gre­su do dzi­siaj jest sym­bo­lem po­tę­gi ludz­kie­go umy­słu.

Po­dob­no to wte­dy Ein­ste­in, roz­cza­ro­wa­ny za­sa­dą nie­ozna­czo­no­ści He­isen­ber­ga, miał wy­my­ślić słyn­ne zda­nie: „Bóg nie gra w ko­ści”, na co Niels Bohr miał od­po­wie­dzieć: „Ein­ste­in, prze­stań mó­wić Bo­gu, co ma ro­bić”.

Dru­gim sław­nym kon­gre­sem So­lvaya był kon­gres trzy­dzie­sty siód­my, któ­ry od­był się w paź­dzier­ni­ku 2047 ro­ku. Dok­tor pre­cy­zyj­nych na­uk ją­dro­wych Er­nest Ek­to­fa­ga za­pre­zen­to­wał na nim no­wa­tor­ski pro­ces roz­sz­cze­pie­nia ją­dra ato­mu opar­ty na efek­tach kwan­to­wych, co do­pro­wa­dzi­ło do nie­by­wa­łej wręcz mi­nia­tu­ry­za­cji re­ak­to­rów ato­mo­wych. Po­mi­mo sil­ne­go sprze­ci­wu kon­cer­nów ko­rzy­sta­ją­cych z od­na­wial­nych źró­deł ener­gii, mia­ła na­dejść no­wa re­wo­lu­cja ato­mo­wa.

I wresz­cie kon­gres z ro­ku 2088, któ­ry po­za oso­bi­sto­ścia­mi świa­ta fi­zy­ki przy­cią­gnął sze­ro­kie gro­no dar­wi­ni­stów oraz bio­lo­gów mo­le­ku­lar­nych, na cze­le z pro­fe­so­rem Jo­se­phem Ka­spe­rem, twór­cą teo­rii ela­stycz­no­ści umy­słu.

Sa­la Mię­dzy­na­ro­do­we­go In­sty­tu­tu So­lvaya w Bruk­se­li pę­ka­ła w szwach. Był to pierw­szy kon­gres, na któ­rym oczy wszyst­kich nie by­ły sku­pio­ne na wy­bit­nych pro­fe­so­rach, lecz na ma­gi­strze me­cha­ni­ki – pierw­szym na­uko­wo po­twier­dzo­nym ela­ście. Na mnie.

Po krót­kim wstę­pie na spe­cjal­ne pod­wyż­sze­nie, przez nie­któ­rych na­zy­wa­ne try­bu­ną, wszedł pro­fe­sor Ka­sper – krót­ko ostrzy­żo­ny męż­czy­zna śred­nie­go wzro­stu, oko­ło sześć­dzie­siąt­ki. Zna­łem go dość do­brze, cho­ciaż on sam za­wsze po­wta­rzał, że wiem o nim tyl­ko ty­le, ile po­wi­nie­nem wie­dzieć.

– Sza­now­ni pań­stwo – za­czął pro­fe­sor. – Dzię­ku­ję za za­ufa­nie i wy­zna­cze­nie mnie na prze­wod­ni­czą­ce­go kon­gre­su. – Ro­zej­rzał się po sa­li. – Nie­skrom­nie do­dam, że to, czym się z pań­stwem po­dzie­lę, jest prze­ło­mem w zro­zu­mie­niu na­tu­ry ela­stów. – Po tych sło­wach oczy wszyst­kich sku­pi­ły się na mnie. – Ela­stów na­zy­wa­nych, cał­ko­wi­cie błęd­nie, no­wym ga­tun­kiem. Wraz z dok­to­rem Mi­cha­elem Frit­schem uwa­ża­my, że ela­ści są ko­lej­nym eta­pem ewo­lu­cji. Eta­pem, w któ­rym czło­wiek przej­mu­je peł­ną kon­tro­lę nad po­zor­nie sta­ły­mi i upo­rząd­ko­wa­ny­mi pro­ce­sa­mi za­cho­dzą­cy­mi w ludz­kim or­ga­ni­zmie. Eta­pem, w któ­rym do­świad­cza peł­ne­go po­zna­nia. Pa­nie dok­to­rze…

Pro­fe­sor zszedł z try­bu­ny, a z pierw­sze­go rzę­du sie­dzeń pod­niósł się dok­tor Mi­cha­el Fritsch, wy­so­ki i chu­dy wy­kła­dow­ca z ma­ło zna­ne­go uni­wer­sy­te­tu w Ari­zo­nie. Gdy wcho­dził na pod­wyż­sze­nie, ge­ne­ra­to­ry fo­to­no­we rzu­ci­ły na nie­go snop świa­tła. Fritsch się skrzy­wił. Ma­ło kto wie­dział, że dok­tor cier­pi na świa­tło­wstręt i no­si so­czew­ki przy­ciem­nia­ją­ce lub roz­ja­śnia­ją­ce ob­raz. Gdy jed­nak świa­tło zmie­nia­ło się zbyt gwał­tow­nie, so­czew­ki nie na­dą­ża­ły, wy­wo­łu­jąc na je­go twa­rzy gry­mas bó­lu.

Ja też się skrzy­wi­łem, ale z in­ne­go po­wo­du. Po pro­stu go nie lu­bi­łem.

– Dro­dzy pań­stwo – za­czął Fritsch, gdy za je­go ple­ca­mi wy­świe­tlo­no pierw­szy slajd pre­zen­ta­cji. – W cią­gu ostat­nich dwóch lat prze­pro­wa­dzi­li­śmy ba­da­nia, któ­re mia­ły przy­bli­żyć nas do zro­zu­mie­nia na­tu­ry ela­stów. W do­świad­cze­niu pierw­szym obiekt pod­da­ny zo­stał pro­mie­nio­wa­niu kan­ce­ro­gen­ne­mu. W dru­gim – na ekra­nie po­ja­wił się na­stęp­ny slajd – chcie­li­śmy spraw­dzić funk­cje po­znaw­cze ela­stów oraz ich hi­po­te­tycz­ne zdol­no­ści do za­pa­mię­ty­wa­nia po­za­zmy­sło­we­go.

Cof­ną­łem się pa­mię­cią do obu tych eks­pe­ry­men­tów. Pierw­szy miał miej­sce dwa la­ta te­mu.

Od ty­go­dnia prze­by­wa­łem w szpi­ta­lu w Can­nes. Utrzy­ma­ny w ja­snych ko­lo­rach bu­dy­nek kli­ni­ki wy­róż­niał się mi­ni­ma­li­stycz­ną ar­chi­tek­tu­rą z du­ży­mi prze­szkle­nia­mi, wpusz­cza­ją­cy­mi do środ­ka mnó­stwo świa­tła. We­wnątrz by­ło ste­ryl­nie czy­sto, a po­wie­trze pach­nia­ło mie­szan­ką środ­ków de­zyn­fe­ku­ją­cych i so­li mor­skiej przy­no­szo­nej przez bry­zę. W wy­jąt­ko­wo prze­stron­nej sa­li, w któ­rej prze­by­wa­łem, roz­miesz­czo­no ka­me­ry mo­ni­to­ru­ją­ce każ­dy mój ruch. Od ty­go­dnia prze­pro­wa­dza­li­śmy pro­ces ad­ap­ta­cji. Mó­wiąc wprost, uczy­łem mózg te­go, jak ma się za­cho­wać w okre­ślo­nych sy­tu­acjach.

Do po­miesz­cze­nia wszedł Dok­tor Fritsch.

– Gdy po­ja­wią się pierw­sze ko­mór­ki ra­ko­we, ni­cze­go pan nie po­czu­je – po­wie­dział, sta­jąc na­prze­ciw mnie. – Nie po­tra­fi­my jesz­cze wy­le­czyć każ­de­go no­wo­two­ru, ale po­tra­fi­my go bar­dzo szyb­ko stwo­rzyć. W cią­gu kil­ku dni osią­ga­my to, co w na­tu­rze trwa la­ta, gdy rak ewo­lu­uje i uczy się oszu­ki­wać układ od­por­no­ścio­wy. Prze­cho­dzi­my bez­po­śred­nio z fa­zy po­cząt­ko­wej do roz­ro­stu gu­za no­wo­two­ro­we­go. – Fritsch po­pa­trzył mi pro­sto w oczy. – Or­ga­nizm nie re­agu­je, nie nisz­czy tych mu­ta­cji, po­nie­waż uzna­je je za część sie­bie. Choć wie­my, że tak nie jest, nie mo­że­my nic zro­bić. Nie mo­że­my wska­zać miej­sca ob­ję­te­go cho­ro­bą i na­ka­zać lim­fo­cy­tom, by się do nie­go do­bra­ły. Nie mo­że­my my, zwy­kli lu­dzie.

Do sa­li wszedł asy­stent Frit­scha.

– Pa­nie dok­to­rze, są naj­now­sze wy­ni­ki. Po­twier­dza­ją, że pierw­sze ko­mór­ki no­wo­two­ro­we już się na­mna­ża­ją. Brak re­ak­cji ze stro­ny ukła­du im­mu­no­lo­gicz­ne­go. Da­je nam to pię­cio­dnio­we okno dla pa­cjen­ta. Po tym cza­sie bę­dzie­my mu­sie­li prze­rwać eks­pe­ry­ment.

– Co to zna­czy? – za­py­ta­łem, spo­glą­da­jąc na Frit­scha.

– To zna­czy, że je­że­li w cią­gu tych pię­ciu dni nie zmie­ni pan bie­gu wy­da­rzeń, uży­je­my pre­cy­zyj­ne­go la­se­ra, aby wy­pa­lić zmu­to­wa­ne ko­mór­ki i za­po­biec prze­rzu­tom – od­po­wie­dział z po­waż­ną mi­ną dok­tor. – Za­cznij­my ostat­ni etap ad­ap­ta­cji.

Jak mia­łem zmie­nić bieg wy­da­rzeń? To by­ło coś wię­cej niż ogrza­nie rąk. Po­trze­bo­wa­łem szcze­gó­ło­wej wie­dzy, aby uela­stycz­nić mózg i wy­wo­łać po­żą­da­ną re­ak­cję or­ga­ni­zmu.

Za­czę­ła się więc na­uka.

Naj­pierw su­che fak­ty o cho­ro­bie. Go­dzi­ny wy­kła­dów. Póź­niej set­ki zdjęć zmu­to­wa­nych ko­mó­rek oraz ciał po­zba­wio­nych na­rzą­dów – dra­stycz­nych do­wo­dów na to, ja­kie spu­sto­sze­nie sie­je no­wo­twór. A to wszyst­ko po to, by wy­wo­łać we mnie emo­cje nie­zbęd­ne w pro­ce­sie uela­stycz­nia­nia mó­zgu. Za­sa­da by­ła pro­sta: al­bo po­wol­na ad­ap­ta­cja i stop­nio­we re­zul­ta­ty, tak jak w przy­pad­ku zzięb­nię­tych rąk, al­bo sil­ne emo­cje i szyb­kie efek­ty, tak jak w przy­pad­ku ką­pie­li w lo­do­wa­tym je­zio­rze.

Koń­co­wy etap ad­ap­ta­cji spro­wa­dzał się do wska­za­nia mi miej­sca, w któ­rym roz­wi­ja się no­wo­twór oraz do po­ka­zy­wa­nia ob­ra­zów gu­za. Co go­dzi­nę do­star­cza­no mi ko­mu­ni­ka­ty ty­pu „no­wo­twór zło­śli­wy, za­gro­że­nie ży­cia”. By­ły też na­gra­nia, że­bym mógł zo­ba­czyć, jak szyb­ko ro­śnie. Póź­niej otrzy­my­wa­łem wy­ni­ki ba­dań ze­sta­wio­ne ze zdję­cia­mi cho­rych, któ­rym nie uda­ło się prze­żyć, i tak w kół­ko. Za­wsze ten sam sche­mat: da­ne, fak­ty, in­for­ma­cje, a na­stęp­nie bodź­ce ma­ją­ce wy­wo­łać okre­ślo­ne emo­cje.

Na­stęp­ne­go dnia nie­bie­ska pla­ma w mo­im le­wym płu­cu na­dal dy­na­micz­nie się po­więk­sza­ła.

Ad­ap­ta­cja od­by­wa­ła się w szpi­ta­lu, w któ­rym za­pew­nio­no mi nie­wiel­ki, no­wo­cze­śnie urzą­dzo­ny apar­ta­ment. Co go­dzi­nę uda­wa­łem się na se­rię szyb­kich, ustan­da­ry­zo­wa­nych ba­dań. Trze­cie­go dnia od­wie­dził mnie dok­tor Fritsch. Je­go bia­ły ki­tel zu­peł­nie nie pa­so­wał do wy­stro­ju sa­lo­nu. Męż­czy­zna usiadł na ka­na­pie i odło­żył ta­blet na sto­lik.

– Nic, pa­nie War­ner. Na­wet jed­ne­go lim­fo­cy­tu T. Pań­ski or­ga­nizm nie re­agu­je. Nic się nie zmie­nia oprócz cią­głe­go roz­ro­stu ko­mó­rek ra­ko­wych. Jak tak da­lej pój­dzie, bę­dzie­my mu­sie­li po­ło­żyć pa­na na sto­le – po­wie­dział.

– Ro­bię, co mo­gę – za­pew­ni­łem. – Bez prze­rwy my­ślę o no­wo­two­rze i o tym, co po­win­no się wy­da­rzyć. Tak mnie to po­chła­nia, że nie­kie­dy tra­cę kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią i na­gle się orien­tu­ję, że je­stem w in­nym po­miesz­cze­niu niż wcze­śniej.

– Wiem. – Fritsch uniósł rę­kę. – To nie pa­na wi­na. Być mo­że po­sta­wi­li­śmy po­przecz­kę odro­bi­nę za wy­so­ko. Pro­szę dać z sie­bie wszyst­ko, pa­nie War­ner. – Wstał. – Na ta­ble­cie znaj­dzie pan naj­now­sze zdję­cia no­wo­two­ru. Ro­śnie szyb­ciej, niż prze­wi­dy­wa­li­śmy. Ju­tro po po­łu­dniu wy­pa­li­my ko­mór­ki ra­ko­we. Nie ma­my już cza­su – rzu­cił na za­koń­cze­nie i wy­szedł.

Po­pa­trzy­łem na zdję­cia. Pla­ma zmie­ni­ła ko­lor z ja­sno- na ciem­no­nie­bie­ski, na­bie­ra­jąc zło­wiesz­cze­go wy­glą­du. Mo­że to do­brze, po­my­śla­łem. Po­mi­mo cał­ko­wi­te­go od­da­nia spra­wie by­łem już tym wszyst­kim zmę­czo­ny. Chcia­łem wró­cić do do­mu i cho­ciaż przez kil­ka dni po­żyć nor­mal­nie. Za­zdro­ści­łem in­nym ela­stom ano­ni­mo­wo­ści. Da­wa­ła im szan­sę na zwy­czaj­ne ży­cie.

Na­za­jutrz, gdy wsze­dłem do sa­li za­bie­go­wej, przy­wi­ta­ły mnie po­nu­re mi­ny per­so­ne­lu. Do­sta­li zdję­cia z ostat­nie­go ba­da­nia. Pla­ma ozna­cza­ją­ca no­wo­twór sta­ła się czar­na i nie­mal dwa ra­zy więk­sza niż ta na prze­świe­tle­niach z wczo­raj. Wszy­scy by­li za­wie­dze­ni, łącz­nie ze mną. Wte­dy do sa­li wpadł zde­ner­wo­wa­ny dok­tor Fritsch.

– Nie ma­my cza­su – po­wie­dział zde­cy­do­wa­nym to­nem. – Pro­szę przy­go­to­wać pa­cjen­ta do za­bie­gu. Za­czy­na­my na­tych­miast!

– Za­raz, za­raz! Co się dzie­je? – za­py­ta­łem ner­wo­wo.

– Zmia­ny za­cho­dzą zbyt szyb­ko, pa­nie War­ner – wy­ja­śnił peł­nym na­pię­cia gło­sem Fritsch. – Nie mo­że­my dłu­żej cze­kać. Na­sze al­go­ryt­my te­go nie prze­wi­dzia­ły.

Mi­na mi zrze­dła. Od­pły­ną­łem na kil­ka se­kund, pod­czas któ­rych przed ocza­mi po­ja­wi­ły mi się na­głów­ki ser­wi­sów in­for­ma­cyj­nych: „Ela­sta zmarł pod­czas eks­pe­ry­men­tu” czy „Nie po­do­łał za­da­niu – ewo­lu­cja za­wio­dła”. Po­my­śla­łem o ro­dzi­cach… Se­kun­dę póź­niej by­łem już spo­koj­ny. Prze­cież oni, ci wszy­scy le­ka­rze, wie­dzą, co ro­bią…

– Ro­zu­miem, pro­szę za­tem dzia­łać – od­par­łem.

Fritsch wpa­try­wał się we mnie bez sło­wa. Wy­glą­dał, jak­by nie ta­kiej od­po­wie­dzi się spo­dzie­wał. Mi­mo to ski­nął gło­wą i wy­szedł.

Za­bieg trwał pięć go­dzin, wy­bu­dze­nie z nar­ko­zy – pięt­na­ście mi­nut. Gdy otwo­rzy­łem oczy, wi­dzia­łem jak przez mgłę. Po chwi­li ostrość wzro­ku wró­ci­ła. Nad mo­ją klat­ką pier­sio­wą wi­siał ja­kiś przy­rząd, za­pew­ne do bez­in­wa­zyj­nej biop­sji. Wy­glą­dał tak sa­mo jak ten, któ­ry wcze­śniej wy­plu­wał zdję­cia te­go, co we mnie ro­sło. Po­wo­li od­zy­ski­wa­łem peł­ną zdol­ność wi­dze­nia. Ro­zej­rza­łem się.

– Ta­ta? Co ty tu ro­bisz?

Na krze­śle w ro­gu sa­li sie­dział mój oj­ciec. Miał po­nu­rą mi­nę, ale to aku­rat w je­go przy­pad­ku mo­gło kom­plet­nie nic nie zna­czyć. Mil­czał. Spoj­rzał tyl­ko py­ta­ją­co na ko­goś, kto stał przy łóż­ku z mo­jej le­wej stro­ny. Z du­żym wy­sił­kiem od­wró­ci­łem gło­wę. To był Fritsch. Od ra­zu wy­czu­łem, że coś jest nie tak.

– Pa­nie War­ner, za­bieg trwał go­dzi­nę dłu­żej, niż pla­no­wa­li­śmy… – za­czął roz­trzę­sio­ny na­uko­wiec. – Nie uda­ło się nam usu­nąć wszyst­kich ko­mó­rek – do­koń­czył ła­mią­cym się gło­sem.

– Nie uda­ło się? O czym pan mó­wi?! – Mia­łem na­dzie­ję, że się prze­sły­sza­łem. Krę­ci­ło mi się w gło­wie.

– Ja za to od­po­wia­dam, pa­nie War­ner. Rak roz­wi­ja się tak szyb­ko, że nic nie mo­że­my zro­bić… Po­dej­rze­wa­my, że za­wiódł al­go­rytm do­zu­ją­cy. Bar­dzo mi przy­kro. Zo­sta­ło pa­nu kil­ka mie­się­cy ży­cia. Mu­si­my…

Resz­ty nie usły­sza­łem. Mia­łem przed ocza­mi ma­mę oglą­da­ją­cą mo­ją po­wol­ną ago­nię, ta­tę, któ­re­go wy­jąt­ko­wy syn za­mie­nia się w wy­jąt­ko­we wa­rzy­wo, a póź­niej umie­ra. Jak mo­gli się tak po­my­lić?! Jak?! Mi­nę­ło kil­ka se­kund, za­nim wró­ci­łem do rze­czy­wi­sto­ści.

Ku mo­je­mu zdzi­wie­niu sy­tu­acja zmie­ni­ła się dia­me­tral­nie. Fritsch stał uśmiech­nię­ty, a ta­ta ki­wał gło­wą z uzna­niem.

– No i po wszyst­kim – po­wie­dział dok­tor i się wy­szcze­rzył.

– Co? O czym pan mó­wi? – za­py­ta­łem sko­ło­wa­ny.

– Nie by­ło żad­ne­go za­bie­gu, pa­nie War­ner. – Fritsch wy­glą­dał tak, jak­by wła­śnie wy­szedł z ła­zien­ki po re­lak­su­ją­cej ką­pie­li. – Uśpi­li­śmy pa­na na kil­ka go­dzin, na­wet nie prze­wieź­li­śmy pa­na do sa­li za­bie­go­wej, le­żał pan tu­taj przez ca­ły czas.

– Co… Ale mó­wił pan, że rak…

– Tak, wiem, co mó­wi­łem. Prze­pra­szam za to. Mu­sie­li­śmy uciec się do pew­ne­go for­te­lu. Chy­ba nie są­dził pan, że mo­że­my ogra­ni­czyć ad­ap­ta­cję do zdjęć? – Fritsch pod­szedł do mo­je­go ta­ty. – Po­trze­bo­wa­li­śmy wspar­cia. To mu­sia­ło wy­glą­dać na­tu­ral­nie, a pan miał uwie­rzyć, że to na­praw­dę ko­niec. Emo­cje mu­sia­ły być au­ten­tycz­ne, pa­nie War­ner. Na­wet wstrzyk­ną­łem so­bie ad­re­na­li­nę, że­by spra­wiać wra­że­nie zde­ner­wo­wa­ne­go – do­dał z sze­ro­kim uśmie­chem.

Spoj­rza­łem na ta­tę, nie wy­glą­dał na prze­peł­nio­ne­go po­czu­ciem wi­ny. Sie­dział i pa­trzył na mnie tak, jak­by nic się nie sta­ło.

– Czy­li te zdję­cia zo­sta­ły sfa­bry­ko­wa­ne? Oszu­ka­li­ście mnie?

– Zdję­cia by­ły praw­dzi­we. Co wię­cej, ko­mór­ki rze­czy­wi­ście na­mna­ża­ły się szyb­ciej niż za­kła­da­li­śmy. Dla­te­go mu­sie­li­śmy prze­su­nąć eks­pe­ry­ment o je­den dzień.

– Wy skur… – urwa­łem z sza­cun­ku do oj­ca. – Jak mo­gli­ście?! Ta­to, a ty? Jak mo­głeś mi zro­bić coś ta­kie­go?!

– Uzna­łem, że tak trze­ba, Ba­ne. Po­patrz, cze­go dzię­ki te­mu do­ko­na­łeś – od­po­wie­dział spo­koj­nym gło­sem.

W tym mo­men­cie dok­tor Fritsch od­wró­cił w mo­ją stro­nę bio­mo­ni­tor.

– Mu­sie­li­śmy wi­dzieć każ­dą mi­li­se­kun­dę. – Po­stu­kał w ekran. – To są uję­cia no­wo­two­ru z pierw­szych se­kund po pa­na prze­bu­dze­niu. Uda­ło się je zro­bić dzię­ki te­mu urzą­dze­niu. – Wska­zał sza­ry klosz wi­szą­cy na wy­so­ko­ści mo­jej klat­ki pier­sio­wej.

Na ekra­nie wid­nia­ła czar­na pla­ma. Zaj­mo­wa­ła po­ło­wę je­go po­wierzch­ni, co ozna­cza­ło, że rak jesz­cze się roz­rósł.

Fritsch stuk­nął w pa­nel.

– A to są uję­cia z chwi­li, gdy po­in­for­mo­wa­li­śmy pa­na o błę­dzie w al­go­ryt­mie i o prze­rzu­tach.

Czar­na pla­ma na­dal tam by­ła, tym ra­zem jed­nak po­ja­wi­ły się też ja­sno­nie­bie­skie obiek­ty, ma­łe kul­ki, któ­re wnik­nę­ły w nią, prze­ry­wa­jąc nie­wi­dzial­ną ba­rie­rę. Lim­fo­cy­ty T po­chła­nia­ły ra­ka w ta­kim tem­pie, że chwi­lę póź­niej na ekra­nie nie zo­sta­ło nic. Fritsch od­su­nął mo­ni­tor.

– Pa­nie War­ner. Na na­szych oczach w cią­gu kil­ku se­kund zmu­sił pan swój or­ga­nizm do za­ata­ko­wa­nia ko­mó­rek, któ­re wcze­śniej uzna­wał on za swo­je. Po­zbył się pan no­wo­two­ru zło­śli­we­go w do­kład­nie pięć i pół se­kun­dy! – oznaj­mił pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem.

– Je­stem z cie­bie dum­ny, sy­nu – do­dał ta­ta.

Ja jed­nak my­śla­mi zno­wu by­łem gdzie in­dziej.

Współ­pra­co­wa­łem, an­ga­żo­wa­łem się w peł­ni, zga­dza­łem się na wszyst­ko, a oni i tak mnie oszu­ka­li. Wy­ko­rzy­sta­li mo­je za­ufa­nie, ma­ni­pu­lo­wa­li mną. Ale mi­mo to… ro­zu­mia­łem ich. Czy mie­li wy­bór? Czy bez kłamstw i pół­prawd uda­ło­by się osią­gnąć cel? A mo­że to ja po­wi­nie­nem był po­sta­rać się bar­dziej…

– Trud­no mi prze­łknąć to, co się sta­ło. Ale wy­ba­czam ci, ta­to. Wi­dzę, że uda­jesz spo­kój, choć do­brze wiem, ile cię to kosz­tu­je – po­wie­dzia­łem.

Prze­nio­słem wzrok na Frit­scha.

– Na­to­miast pa­nu gwa­ran­tu­ję, że to ostat­ni eks­pe­ry­ment, ja­ki pan na mnie prze­pro­wa­dził.

W sa­li in­sty­tu­tu So­lvaya za­pa­dła ci­sza. Wszy­scy uczest­ni­cy Kon­gre­su wpa­try­wa­li się we mnie. Oczy­wi­ście dok­tor Fritsch w pre­zen­ta­cji nie wspo­mniał o mo­jej re­ak­cji na pod­stęp, sku­pił się na swo­ich nie­za­prze­czal­nych za­słu­gach. Mi­mo to eks­pe­ry­ment opi­sał do­sko­na­le. Czuć by­ło pa­sję, od­da­nie spra­wie i emo­cje. Wie­dział, że na­zwi­sko Fritsch za­pi­sze się na kar­tach hi­sto­rii już na za­wsze. W at­mos­fe­rze trium­fu na­uko­wiec zszedł z pod­wyż­sze­nia, a je­go miej­sce za­jął pro­fe­sor Ka­sper, by przed­sta­wić dru­gi eks­pe­ry­ment.

Po­now­nie cof­ną­łem się my­śla­mi do tam­tych wy­da­rzeń.

Pro­fe­sor no­to­wał coś w ze­szy­cie. Mi­mo za­awan­so­wa­nej tech­no­lo­gii wciąż lu­bił tra­dy­cyj­ne me­to­dy. Ja przy­ci­ska­łem wa­cik do przed­ra­mie­nia, ta­mu­jąc krew po trze­cim już dzi­siaj wkłu­ciu.

– Wi­dzisz, Ba­ne – ode­zwał się, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od za­pi­sków. – Do­tar­cie do te­go eta­pu, w któ­rym obec­nie się znaj­du­je­my, a wła­ści­wie, w któ­rym ja się znaj­du­ję, za­ję­ło ewo­lu­cji po­nad dwa­dzie­ścia mi­lio­nów lat.

Ka­sper pod­niósł ze­szyt bli­żej świa­tła, tak jak­by nie mógł od­czy­tać wła­sne­go pi­sma.

– Po­trze­ba by­ło wie­lu stu­le­ci, by­śmy na­uczy­li się cho­dzić w po­zy­cji wy­pro­sto­wa­nej. Mi­lio­ny lat za­ję­ło na­szym or­ga­ni­zmom wy­kształ­ce­nie więk­sze­go i wy­daj­niej­sze­go mó­zgu.

Pro­fe­sor wstał i pod­szedł do szaf­ki z am­puł­ka­mi w róż­nych ko­lo­rach.

– Mó­zgi tak nam uro­sły, zwięk­sza­jąc roz­miar cza­szek, że ro­dze­nie dzie­ci sta­ło się pro­ble­ma­tycz­ne. – Na­uko­wiec wo­dził ocza­mi po pół­kach, nie prze­sta­jąc mó­wić: – Ewo­lu­cja po­zo­sta­wi­ła więc no­wo­rod­kom cie­miącz­ko. Dzię­ki nie­mu czasz­ka dziec­ka nie jest sztyw­no zro­śnię­ta. Ko­ści mo­gą się z ła­two­ścią po­ru­szać wzglę­dem sie­bie, a ta­ka ela­stycz­ność jest nie­zwy­kle waż­na pod­czas na­tu­ral­ne­go po­ro­du.

Ka­sper wy­cią­gnął z sza­fy nie­bie­ską fiol­kę i wró­cił do biur­ka.

– Mi­lio­ny lat, Ba­ne. Mi­lio­ny lat – mruk­nął, za­mknął ze­szyt i od­wró­cił się w mo­ją stro­nę. – Dar­wi­ni­ści spie­ra­li się od bar­dzo daw­na, ja­kie jesz­cze zmia­ny bio­lo­gicz­ne mo­gą zajść w cie­le czło­wie­ka, ale ża­den z wiel­kich pa­nów pro­fe­so­rów nie prze­wi­dział cie­bie. Nikt. I trud­no się dzi­wić, pa­trząc na da­ne, któ­ry­mi dys­po­no­wa­li­śmy do cza­su od­kry­cia ela­stów. Da­ne wska­zu­ją­ce, że na po­waż­ne zmia­ny fi­zjo­no­micz­ne i struk­tu­ral­ne ewo­lu­cja po­trze­bu­je wspo­mnia­nych mi­lio­nów lat. Je­steś wy­jąt­ko­wy, Ba­ne. – Ka­sper wy­cią­gnął pa­lec wska­zu­ją­cy i stuk­nął mnie w czo­ło. – I wy­glą­da na to, że ta­kich jak ty jest nie­wie­lu. Pro­szę. – Pro­fe­sor wrę­czył mi ze­szyt. – Przy­go­to­wa­łem dla cie­bie krót­ki tekst o dzie­dzi­cze­niu ge­nów. Jak szyb­ko się te­go na­uczysz?

– Prze­cież pan wie. Wy­star­czy, że spoj­rzę.

W tym za­kre­sie mój mózg jest ela­stycz­ny, od­kąd się­gam pa­mię­cią. Po­tra­fię przy­swa­jać wie­dzę wręcz au­to­ma­tycz­nie. Mózg w jed­nej chwi­li za­mie­nia wszyst­kie li­te­ry i wy­ra­zy w zbiór po­jęć i ob­ra­zów, któ­ry tra­fia bez­po­śred­nio do pa­mię­ci.

– Sprawdź – od­po­wie­dział z uśmie­chem.

Nie­chęt­nie wzią­łem ze­szyt. Otwo­rzy­łem na za­zna­czo­nej stro­nie i za­czą­łem czy­tać.

– Co jest…? – Z za­sko­cze­niem od­kry­łem, że mu­szę, jak nor­mal­ny czło­wiek, czy­tać każ­dy wy­raz.

Spró­bo­wa­łem na głos, jak­by mia­ło to coś zmie­nić.

– „Na sku­tek wzier­nej re­gu­la­cji eks­pre­sji ge­nów re­ak­cyj­nych, od pięć­dzie­się­ciu czte­rech do sześć­dzie­się­ciu pro­cent ak­tyw­nych al­le­li po­cho­dzi od oj­ca”. Co się dzie­je? – za­py­ta­łem, spo­glą­da­jąc z dez­orien­ta­cją na pro­fe­so­ra.

– Po­tra­fisz au­to­ma­tycz­nie za­pa­mię­ty­wać tyl­ko to, co jest ci zna­ne, Ba­ne – od­po­wie­dział.

Się­gnął po ze­szyt, na­ba­zgrał w nim coś i mi go od­dał.

Tym ra­zem to sa­mo zda­nie w cią­gu mi­li­se­kun­dy tra­fi­ło wprost do mo­je­go ośrod­ka pa­mię­ci dłu­go­trwa­łej. Cho­ciaż nie, nie to sa­mo.

– „Na sku­tek re­gu­la­cji eks­pre­sji ge­nów od pięć­dzie­się­ciu czte­rech do sześć­dzie­się­ciu pro­cent ak­tyw­nych al­le­li po­cho­dzi od oj­ca”. Cho­le­ra! Co się wła­śnie sta­ło?

– Ad­ap­ta­cja. Gdy tyl­ko od­se­tek nie­zna­nych ci słów w da­nym zbio­rze prze­kra­cza pew­ną gra­ni­cę, mu­sisz ad­ap­to­wać się od no­wa. Tak jak prze­wi­dzia­łem. To do­wo­dzi te­go, że ela­ści nie za­pi­su­ją w pa­mię­ci cią­gu po­jęć, wy­ra­zów, lecz sa­mo zro­zu­mie­nie. Że­by, jak to mó­wisz, „au­to­ma­tycz­nie przy­swo­ić treść”, mu­sisz ją naj­pierw zro­zu­mieć. – Pro­fe­sor po­dra­pał się po gło­wie. – Po­wiem wię­cej. Gdy­by w tym pierw­szym zda­niu zna­la­zło się wy­tłu­ma­cze­nie słów, któ­rych wcze­śniej nie zna­łeś, wte­dy wszyst­ko w cią­gu mi­li­se­kund tra­fi­ło­by do two­jej pa­mię­ci! A to do­pie­ro po­czą­tek.

Przez ty­dzień, z lep­szy­mi lub gor­szy­mi wy­ni­ka­mi, po­twier­dza­li­śmy za­ło­że­nia teo­re­tycz­ne pro­fe­so­ra. Ka­sper nie wi­dział świa­ta po­za mną i swo­imi ba­da­nia­mi. Żo­na z cór­ką ode­szła od nie­go już trzy la­ta te­mu, czym zresz­tą spe­cjal­nie się nie prze­jął. Kie­dyś, po nie­ma­łej daw­ce al­ko­ho­lu, wy­ja­wił mi na­wet, że ode­tchnął z ulgą, gdy to się sta­ło, bo wresz­cie mógł się sku­pić na tym, co na­praw­dę waż­ne. Spe­cy­ficz­ny czło­wiek.

Pod ko­niec trze­cie­go ty­go­dnia prób prze­szli­śmy do dru­gie­go eta­pu – wła­ści­we­go za­pa­mię­ty­wa­nia po­za­zmy­sło­we­go. Wte­dy to okre­śle­nie nic dla mnie nie zna­czy­ło. Nie wie­dzia­łem jesz­cze, że to, co mia­ło na­stą­pić, na za­wsze zmie­ni mo­je po­strze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści.

By­li­śmy w jed­nej ze szpi­tal­nych sal. Na środ­ku znaj­do­wał się me­ta­lo­wy stół oraz dwa krze­sła. Ka­sper usiadł i z kie­sze­ni le­kar­skie­go ki­tla wy­cią­gnął skła­da­ny ta­blet. Roz­ło­żył go i wska­zał otwar­tą dło­nią na dru­gie krze­sło. Usia­dłem.

– Dziec­ko uczy się na róż­ne spo­so­by – za­czął. – Za­zwy­czaj mu­si do­tknąć, obej­rzeć, po­wą­chać, po­sma­ko­wać. Do­ro­sły, by po­zna­wać to, co no­we, uży­wa prze­waż­nie dwóch zmy­słów: wzro­ku oraz słu­chu. Rza­dziej ko­rzy­sta z do­ty­ku, pra­wie w ogó­le ze sma­ku i wę­chu.

Ka­sper po­stu­kał w ta­blet, po czym od­wró­cił ekran w mo­ją stro­nę. Zo­ba­czy­łem na­pis: „Każ­dy or­ga­nizm po­trze­bu­je bodź­ców”.

– Za­mknij oczy i po­łóż dłoń na sto­le – po­le­cił.

Zro­bi­łem, jak pro­sił. Coś stuk­nę­ło i po chwi­li po­czu­łem pod pal­ca­mi wy­pu­kły ka­wa­łek pa­pie­ru o wy­so­kiej gra­ma­tu­rze.

– Rusz dło­nią – do­dał.

Kil­ka cen­ty­me­trów w pra­wo wy­czu­łem ma­łe wy­pust­ki. Prze­je­cha­łem po nich pal­cem wska­zu­ją­cym. To by­ło to sa­mo zda­nie za­pi­sa­ne al­fa­be­tem Bra­il­le’a.

– Otwórz oczy i po­patrz na ta­blet – kon­ty­nu­ował pro­fe­sor.

Wy­ko­na­łem po­le­ce­nie.

„01001110 011…”.

Tym ra­zem zda­nie by­ło za­pi­sa­ne w sys­te­mie bi­nar­nym.

– A te­raz wy­obraź so­bie, że ze­ro to za­pach ro­so­łu, a je­den to za­pach siar­ki. – Ka­sper po­ło­żył ta­blet na sto­le. – Wy­obraź so­bie, że ze­ro to smak jabł­ka, a je­den ka­wy. Al­bo że wszyst­ko, co gorz­kie i słod­kie, to ze­ro, a sło­ne i kwa­śne, to je­den. Al­bo…

– Pa­nie pro­fe­so­rze, do­pły­nie­my do brze­gu? Ro­zu­miem. W ten spo­sób moż­na za­ko­do­wać każ­dą in­for­ma­cję.

– Po­cze­kaj, Ba­ne. Cier­pli­wo­ści. – Na­uko­wiec się uśmiech­nął. – Są na świe­cie lu­dzie, któ­rzy po­przez węch czu­ją smak, sły­szą ko­lo­ry czy sma­ku­ją dźwięk. To sy­ne­ste­ci1. Ja chciał­bym pójść o krok da­lej. Z to­bą. Chciał­bym, że­byś po­tra­fił przy­swo­ić ty­sią­ce li­ni­jek ko­du bi­nar­ne­go w se­kun­dę.

Pro­fe­sor Ka­sper się­gnął do kie­sze­ni, po czym po­ło­żył na sto­le am­puł­kę z nie­bie­skim pły­nem.

– To jest bi­na­ryt – po­wie­dział z ta­kim trium­fem w gło­sie, jak­by miał za to do­stać Na­gro­dę No­bla.

Po chwi­li nie­zręcz­nej ci­szy za­py­ta­łem:

– Bi­na­ryt?

– Sub­stan­cja zło­żo­na z dwóch ro­dza­jów wza­jem­nie nie­od­dzia­łu­ją­cych mo­le­kuł. – Był tak pod­eks­cy­to­wa­ny, że na je­go twa­rzy po­ja­wi­ły się wy­pie­ki. – Nie­od­dzia­łu­ją­cych, ale po­łą­czo­nych ze so­bą na sta­łe wią­za­nia­mi che­micz­ny­mi. Mo­le­kuł, któ­re nie wy­stę­pu­ją ni­g­dzie na świe­cie, w żad­nym zna­nym or­ga­ni­zmie. Na ty­le du­żych, że mo­że­my upo­rząd­ko­wać je sze­re­go­wo, oraz na ty­le ma­łych i obo­jęt­nych che­micz­nie, że sto pro­cent z nich po­ko­nu­je ba­rie­rę krew-mózg.

Wte­dy zro­zu­mia­łem. Zro­zu­mia­łem, po co był ten ca­ły wstęp o ko­dzie bi­nar­nym, sma­kach i za­pa­chach. Bi­na­ryt miał po­słu­żyć do prze­ka­za­nia mi in­for­ma­cji z po­mi­nię­ciem zmy­słów. Dla­te­go Ka­sper na­zwał ten pro­ces za­pa­mię­ty­wa­niem po­za­zmy­sło­wym. Coś mu­sia­ło­by do­zo­wać do mo­je­go krwio­bie­gu po­szcze­gól­ne mo­le­ku­ły bi­na­ry­tu. Jed­ne ozna­cza­ły­by ze­ra, dru­gie – je­dyn­ki. A ja mia­łem za­adap­to­wać mózg, uela­stycz­nić go tak, by każ­dą cząst­kę, każ­dą z tych mo­le­kuł, prze­twa­rzał wprost na in­for­ma­cję, ko­du­jąc ją w pa­mię­ci.

– Pa­nie pro­fe­so­rze. Jest pan… – wy­krztu­si­łem. – Jak pan na to wpadł?

– Mó­wi­łem ci kie­dyś, Ba­ne, że nie po­tra­fię my­śleć o ni­czym in­nym.

Kon­cept, że wie­dzę moż­na po­dać w za­strzy­ku, wy­wo­łał we mnie eu­fo­rię. Szyb­ko jed­nak ustą­pi­ła ona miej­sca py­ta­niu, któ­re na­gle po­ja­wi­ło się w mo­jej gło­wie: A co, je­że­li ktoś po­zna taj­ni­ki te­go pro­ce­su i wy­ko­rzy­sta go prze­ciw­ko mnie?

Pro­fe­sor mu­siał za­uwa­żyć na­głą zmia­nę mo­je­go na­stro­ju.

– Ty bę­dziesz otwie­rał i za­my­kał drzwi – po­wie­dział z po­wa­gą w gło­sie. – Na­uczysz się se­kwen­cji zer i je­dy­nek kon­tro­lu­ją­cych trans­mi­sję. Tyl­ko ty bę­dziesz ją znał. Pierw­sza i ostat­nia daw­ka bi­na­ry­tu sta­ną się two­imi ko­men­da­mi: otwie­ra­ją­cą i za­my­ka­ją­cą. Je­że­li jed­nak tak zde­cy­du­jesz, już dru­gą daw­ką bę­dziesz mógł prze­rwać trans­mi­sję.

Przez ko­lej­ne ty­go­dnie ćwi­czy­li­śmy. Ad­ap­to­wa­łem mózg tak, by prze­kształ­cał cząst­ki bi­na­ry­tu na sym­bo­le i ich zna­cze­nia. Sta­ran­nie uczy­łem się ję­zy­ka bi­nar­ne­go. Po każ­dej no­wej daw­ce wie­dzy do­zo­wa­li­śmy mi­kro­daw­ki cu­dow­ne­go wy­na­laz­ku, któ­re mia­ły mnie na­kie­ro­wać na wła­ści­wą ad­ap­ta­cję. Za­an­ga­żo­wa­łem się ca­łym so­bą. Chcia­łem, że­by to się uda­ło. Ma­rzy­łem, by fik­cja sta­ła się rze­czy­wi­sto­ścią. Gdzieś w środ­ku czu­łem, że to wła­ści­wa dro­ga.

Po dwóch mie­sią­cach nad­szedł czas pró­by. W sa­li szpi­tal­nej nie by­ło ni­ko­go. Je­dy­nie ja i Ka­sper. Tyl­ko do nie­go mia­łem peł­ne za­ufa­nie. Pod­łą­czo­na do mnie apa­ra­tu­ra mru­ga­ła i pi­ka­ła na wszel­kie moż­li­we spo­so­by. Pro­fe­sor w ci­szy ana­li­zo­wał set­ki pa­ra­me­trów okre­śla­ją­cych mój ak­tu­al­ny stan. Z pew­no­ścią chciał się upew­nić, że wszyst­ko prze­bie­ga pra­wi­dło­wo. Był przy­go­to­wa­ny na każ­dą oko­licz­ność. Za ścia­ną cze­kał ze­spół ni­cze­go nie­świa­do­mych me­dy­ków, któ­rych pro­fe­sor ścią­gnął pod pre­tek­stem ana­li­zy trud­ne­go przy­pad­ku kli­nicz­ne­go – pa­cjen­ta z ra­kiem opon mó­zgo­wych. Nie­ist­nie­ją­ce­go pa­cjen­ta.

Pierw­szy po­adap­ta­cyj­ny test z po­je­dyn­czy­mi, nic nie­zna­czą­cy­mi ze­ra­mi i je­dyn­ka­mi, za­koń­czył się suk­ce­sem. Ze stu­pro­cen­to­wą do­kład­no­ścią po­tra­fi­łem okre­ślić, czy wstrzyk­nię­ty we mnie bi­na­ryt to ze­ro czy je­den. Od­naj­dy­wa­łem te cy­fry w pa­mię­ci chwi­lę po po­ko­na­niu przez bi­na­ryt ba­rie­ry krew-mózg. Te­raz przy­szła ko­lej, by prze­te­sto­wać zda­nie: „Każ­dy or­ga­nizm po­trze­bu­je bodź­ców” w wer­sji ze zmie­nio­nym szy­kiem wy­ra­zów, że­by spraw­dzić, czy mózg roz­po­zna je mi­mo mo­dy­fi­ka­cji.

W spe­cjal­nej apa­ra­tu­rze zbu­do­wa­nej z se­tek ki­lo­me­trów na­no­ru­rek umiesz­czo­no do­kład­nie pięć upo­rząd­ko­wa­nych w sze­re­gu, mo­le­ku­ła za mo­le­ku­łą, na­no­li­trów bi­na­ry­tu z do­dat­ka­mi – zer i je­dy­nek na otwar­cie, wła­ści­we­go zda­nia oraz zer i je­dy­nek na za­mknię­cie.

– Go­to­wy? – za­py­tał wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­ny, ale i zde­ner­wo­wa­ny Ka­sper.

– Go­to­wy – od­po­wie­dzia­łem pew­nie.

Pro­fe­sor stuk­nął w ta­blet. Usły­sza­łem de­li­kat­ny, stłu­mio­ny syk apa­ra­tu­ry. Nie­spo­dzie­wa­nie na­szły mnie wąt­pli­wo­ści, czy aby na pew­no za­bie­ra­my się do te­go od do­brej stro­ny. Mo­że le­piej by­ło­by… Ech, tro­chę póź­no na ta­kie prze­my­śle­nia, Ba­ne. Za­ufa­łeś… Te­raz nie ma już od­wro­tu…

Na­gle po­czu­łem mdło­ści, któ­re z każ­dą se­kun­dą przy­bie­ra­ły na si­le. Usia­dłem, chwy­ta­jąc się za brzuch. Ka­sper pa­trzył na mnie z nie­po­ko­jem. Ja, zgię­ty wpół, z tru­dem ła­pa­łem po­wie­trze. Pro­fe­sor gwał­tow­nie od­wró­cił się na pię­cie i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szył do drzwi. Nie pro­stu­jąc się, pod­nio­słem rę­kę w ge­ście sprze­ci­wu.

– Niech pan po­cze­ka – wy­szep­ta­łem.

Mdło­ści znik­nę­ły. Po­czu­łem ir­ra­cjo­nal­ny nie­po­kój, a na­stęp­nie w mo­jej gło­wie za­czę­ły się po­ja­wiać sło­wa, któ­re po chwi­li uło­ży­ły się w zda­nie:

– Wszyst­kie bodź­ce po­trze­bu­ją or­ga­ni­zmu – po­wie­dzia­łem.

– Tak! – Ka­sper aż pod­sko­czył z ra­do­ści. – Tak!

Pro­fe­sor za­koń­czył pre­zen­ta­cję. Znów wszy­scy pa­trzy­li na mnie w mil­cze­niu. Nie by­ły to jed­nak te sa­me peł­ne uzna­nia spoj­rze­nia, co chwi­lę wcze­śniej. Po­my­śla­łem, że to za du­żo na­wet dla na­ukow­ców, któ­rzy na co dzień zma­ga­ją się z nie­in­tu­icyj­ny­mi teo­ria­mi, jak cho­ciaż­by teo­rie świa­ta kwan­tów. Nie… to by­ło coś wię­cej. Ten eks­pe­ry­ment wy­ka­zał, że mam coś, cze­go nie ma nikt in­ny.

– Wiem. Wiem, że to, co za­pre­zen­to­wa­li­śmy, wy­da­je się fan­ta­sty­ką na­uko­wą. – Pro­fe­sor prze­rwał ci­szę. – Jed­nak tak na­praw­dę jest to tyl­ko po­twier­dze­nie teo­rii o zdol­nych do ad­ap­ta­cji mó­zgach ela­stów. Ko­lej­ny krok na­przód… krok, któ­ry nie­ste­ty wią­że się z kom­pli­ka­cja­mi.

Kom­pli­ka­cja­mi? Po­pa­trzy­łem na pro­fe­so­ra. O czym on mó­wi?

Ka­sper spoj­rzał na mnie i zro­bił pau­zę. Dłu­gą pau­zę. Wy­glą­dał tak, jak­by chciał coś do­dać, jak­by prze­rwał tyl­ko po to, by pod­krę­cić emo­cje przed waż­nym oświad­cze­niem. Po chwi­li jed­nak od­wró­cił wzrok, zszedł z pod­wyż­sze­nia i usiadł w pierw­szym rzę­dzie, kil­ka me­trów przede mną.

Pod­czas prze­rwy znik­nął.

1 Sy­ne­ste­zja – zdol­ność, dzię­ki któ­rej do­świad­cze­nia jed­ne­go zmy­słu (np. słu­chu, wzro­ku) wy­wo­łu­ją jed­no­cze­śnie wra­że­nia cha­rak­te­ry­stycz­ne dla in­nych zmy­słów. Na przy­kład czer­wo­ny ko­lor mo­że wy­wo­ły­wać uczu­cie cie­pła, a cy­fra czte­ry bu­dzi sko­ja­rze­nie z ko­lo­rem zie­lo­nym.

Spis tre­ści

Roz­dział 0

Roz­dział 0.1

Nie je­stem ta­ki jak in­ni

Roz­dział 0.2

1 paź­dzier­ni­ka 2088 – 41. Kon­gres So­lvaya

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl