Papież Franciszek i nasze marzenia o Kościele - Zdzisław Józef Kijas OFMConv - ebook

Papież Franciszek i nasze marzenia o Kościele ebook

Zdzisław Józef Kijas OFMConv

0,0

Opis

13 marca 2013 r. kardynał Jorge Mario Bergoglio, jezuita i dotychczasowy arcybiskup Buenos Aires, został wybrany na papieża. Przybrał imię świętego z Asyżu. Nieprzypadkowo. Franciszek, skromny, rozumiejący biednych i doświadczonych przez los, stał blisko ludzi. Podobnie czynił i czynić nadal chce obecny papież.
Książka układa się w opowieść nie tylko o człowieku, ale także o Kościele i jego reformie. A to przecież najważniejsze zadanie, przed którym stoi biskup Rzymu. Ojciec Zdzisław Kijas rozważa możliwe scenariusze tej reformy, odnosząc się do charyzmy świętego Franciszka i świętego Ignacego Loyoli.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 208

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wstęp

Ogłaszając 11 lutego 2013 r. swoją rezygnację, a następnie 28 lutego 2013 r. ustępując z urzędu papieża, Benedykt XVI zaskoczył wszystkich, od wiernych poczynając, a na kardynałach kończąc. I chociaż niektórzy o takiej możliwości spekulowali, jednak nie spodziewali się, że to nastąpi. Nie brakowało więc wierzących, którzy decyzję papieża porównywali do zamachu terrorystycznego na World Trade Center i Pentagon 11 września 2001 r., dodając, że po tym, co nastąpiło, Kościół nie będzie już tym samym Kościołem, którym był przed 28 lutego 2013 r. Mnożyły się pytania dotyczące papieża emeryta i jego następcy. Kto nim będzie? Skąd będzie pochodził? Kiedy zostanie wybrany? Co nowego wniesie i jakie podejmie kroki, aby uczynić Kościół nadal wiarygodnym i przyciągającym? Pytań stawiano wiele, zarówno z czystej ciekawości, jak i ze szczerej troski o Kościół. Były też czarne scenariusze na temat przyszłości wiary i Kościoła. Czy ich autorzy mieli rację? Trudno po ludzku wyrokować, lecz dla wierzących było pewne, że Bóg nie zapomni o swoim Kościele i że da mu ludzi na miarę potrzeb oraz współczesnych wyzwań.

Od chwili wyboru, 13 marca 2013 r., około godziny dziewiętnastej1, kard. Jorge Maria Bergoglia, jezuity i dotychczasowego arcybiskupa Buenos Aires, na papieża, który przybrał imię Franciszek, o Kościele znów stało się głośno. Pozytywnie pisze o nim prasa, również ta, która dotychczas zazwyczaj go krytykowała lub przemilczała dobro, które Kościół czyni. Media z zachwytem komentują pierwsze pozdrowienie nowego papieża, jego pokorne pochylenie się przed wiernymi, tłumnie zebranymi na Placu św. Piotra, i skierowaną do nich prośbę o modlitwę w jego intencji i błogosławieństwo. Z przyjemnością przyjmują jego uśmiech, którym wita ludzi, proste słowa, które kieruje do zebranych, i liczne gesty, którymi wyraża pragnienie bycia blisko biednych, pokornych, poszkodowanych przez życie, chorych czy wątpiących.

Franciszek jest pierwszym papieżem, który przyjął imię świętego z drugiego tysiąclecia chrześcijaństwa. Mieliśmy przed nim długą serię papieży, którzy wybrali imię Jan (23), Benedykt (16), Leon (13) czy Pius (12). Franciszka dotąd nie było. Wybrany na papieża kard. Jorge Mario Bergoglio jako pierwszy przyjął imię świętego z Asyżu, pochodzącego z czasów, w których chrześcijaństwo utraciło już widzialną jedność. Nie przeszkodziło to jednak, aby wszyscy chrześcijanie, nie tylko katolicy, widzieli w nim bratnią duszę, wrażliwą na potrzebę odbudowania widzialnej jedności, gotową podjąć w tym kierunku trudne wyzwania i w nich wytrwać. W nowym papieżu dostrzegają osobę sobie bliską również ludzie biedni i doświadczani przez los, którzy byli tak bliscy asyskiemu Poverello z XIII w., że sam obrał on ubóstwo, aby być z nimi. Papież Franciszek naśladował go, kiedy był jeszcze arcybiskupem argentyńskiej stolicy, i chce czynić to również w Rzymie, jako biskup tego miasta. Być może właśnie to chciał podkreślić, rezygnując (przynajmniej na początku) z przeniesienia się do apartamentów papieskich w Pałacu Apostolskim.

Ale Franciszek, pierwszy papież jezuita, przyjmujący za przewodnika patrona franciszkanów, chce również ukazać Kościołowi i światu, że jedynym prawdziwym sensem życia jest służba i ubóstwo – jezuicki duch służby i franciszkańska tęsknota za ubóstwem. I Kościół, i świat tego potrzebują. O jedno i drugie zabiega również mocno współczesny człowiek, który wpadł w sidła egoizmu i pychy, dławiące postawę służby i ubóstwa, niszczony przez ślepy materializm i kulturę konsumpcji. Wielu mówiło, że już samo imię Franciszek jest programempontyfikatu nowego papieża. Czy się mylili? Niekoniecznie. Wiemy, że autentycznym programem każdego pontyfikatu jest Jezus Chrystus, którego również św. Franciszek pragnął naśladować.

Swoim życiem święty z Asyżu wskazał, że człowiek może żyć na miarę pragnień Bożego Syna, praktykować miłość do wszystkich stworzeń, rozumnych i nierozumnych, słabych i mocnych, tych z pierwszych stron gazet i z kolorowych reklam oraz tych, którzy są w więzieniach, często niesłusznie oskarżonych, których może nie stać na adwokata lub którzy nie mają wystarczająco dużo pieniędzy, aby wpłacić kaucję i wyjść na wolność. Franciszek uczy, że miłość jest żywa, że solidarność i współczucie, nawet w naszym świecie, są możliwe. Przypomina, że człowieka stać na to, by wyzwolić się z niewoli grzechu, odrzucić pokusę wiary, że wyłącznie pieniądz lub dobra materialne są w stanie zapewnić szczęśliwą przyszłość. Święty Franciszek przypomina to w równym stopniu wierzącym, co niewierzącym. Tym pierwszym jednak w sposób szczególny i ze zdwoją siłą.

Lecz nie te kwestie interesują mnie w pierwszym rzędzie w niniejszej pozycji. A zatem jakie? Kościół! O Kościele i jego reformie chcę pisać. Dlaczego moje zainteresowania idą w stronę Kościoła? To proste: ponieważ papież Franciszek nie jest osobą prywatną, zwierzchnikiem jakiejś diecezji, ale – jak uczy Kodeks Prawa Kanonicznego – jako biskup Rzymu, „w którym trwa urząd udzielony przez Pana samemu Piotrowi, pierwszemu z Apostołów” (KPK, kan. 331), jest pasterzem całego Kościoła. Oznacza to, że jego wybory stają się wskazaniem dla całego Kościoła. Odtąd jego słowa uczą, a przykłady pociągają.

Jak każdego, który był przed nim, również papieża Franciszka interesuje reforma, czyli odnowa Kościoła. Chce, aby jaśniał on jeszcze bardziej światłem Chrystusa, czystością Jego nauki, blaskiem świętości. I nawet jeżeli tego jeszcze nie powiedział, chce z pewnością reformować go na wzór swoich świętych patronów, duchowych ojców: Franciszka (1181–1226) i Ignacego (1491–1556). Ja też pragnę iść jego śladem i przyjrzeć się sposobom, narzędziom i środkom reformy Kościoła, jakie zastosowali owi dwaj wielcy święci, którzy żyli w różnych czasach i miejscach, pochodzili z różnych grup społecznych, zdobyli inne wykształcenie, ale których ożywiały takie same pragnienia – miłości Boga i człowieka, przywrócenia do głosu Boga i troski o dobro Kościoła, jako głosu sumienia.

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza, bardziej obszerna, zatrzymuje się na postaciach Franciszka i Ignacego. Przez analizę ich życia chcę pokazać początki każdej autentycznej reformy Kościoła, która jedynie przynieść może pozytywne owoce, ponieważ nie dzieli, lecz wzmacnia istniejące już więzy jedności, nie ogranicza się do krytyki innych, lecz stawia niewygodne pytania o osobistą gorliwość i gotowość do miłości Boga i służby bliźniemu. Franciszek i Ignacy zaczynali reformę Kościoła od siebie. W pierwszym rzędzie nawracali samych siebie, zapraszając następnie, lecz nie zmuszając, innych do czynienia tego samego. Ich Kościół był otwartą wspólnotąosób sobie bliskich, gotowych do wzajemnej troski o siebie, chętnych do udzielania pomocy będącym w potrzebie, gotowych nieść radość, pokój i dobro, wskazywać drogę do szczęścia, dając do ręki narzędzia pomagające je osiągnąć. Dla obu świętych Kościół nie był bezduszną instytucją, ale bardziej Matką, która z wielką miłością troszczy się o prawdziwe i nieprzemijające dobro swoich dzieci. Jakże potrzeba, aby wierzący i świat odkryli dzisiaj takie właśnie oblicze Kościoła! Oblicze macierzyńskie, a nie instytucyjne, życzeniowe czy pełne pretensje. Franciszek i Ignacy chcą nam w tym pomóc.

Druga część książki dotyczy papieża Franciszka. Opierając się na jego tekstach publikowanych przed 13 marca 2013 r. oraz na pierwszych wypowiedziach już jako papieża nakreślę drogi odnowy Kościoła, jakie sugeruje nowy następca św. Piotra. Przyznam, że jego wskazań nie jest wiele, ale te, które proponuje w sposób pośredni lub bezpośredni, są ważne. Szczególnie wiele mówi jednak jego życie i styl duszpasterzowania. Jego gesty są czytelne i zrozumiałe, jak gesty jego świętych patronów – Franciszka i Ignacego. Zapraszam czytelnika do przygody odkrywania ich w niniejszej książce. W końcowych partiach tej części próbuję wskazać te tematy dotyczące Kościoła, które wykraczają poza reformę wyłącznie wewnętrzną, duchową, wymagając zastosowania narzędzi bardziej prawnych. Należą do nich m.in. reforma Kurii Rzymskiej, szukanie odpowiedzi na pytania o prymat Piotra, kwestia kolegialności, konferencje biskupie czy ważna, aczkolwiek ciągle kulejąca, współodpowiedzialność wszystkich wierzących za rozwój Bożego orędzia i duchowy stan Kościoła. Kiedy mówię o szerokiej współodpowiedzialności, myślę o świeckich i duchownych, mężczyznach i kobietach, o wszystkich ochrzczonych, którym ostatni sobór zlecił troskę o Kościół i jego rozwój dla dobra świata.

Rzym, 7 czerwca 2013 r.

Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa

Krótki życiorys papieża Franciszka

Jorge Mario Bergoglio urodził się 17 grudnia 1936 r.w Buenos Aires (Argentyna) jako najstarsze z pięciorga dzieci włoskich imigrantów z Piemontu. Jego rodzicami byli Mario (który pracował jako księgowy najpierw w firmie należącej do rodziny, a potem w innych przedsiębiorstwach) i Regina Bergoglio.

Jeszcze w czasie nauki w technikum chemicznym rozpoczął pracę w laboratorium. Pracował tam jeszcze przez kilka lat po ukończeniu nauki z dyplomem technika chemika. W wieku 21 lat wstąpił do seminarium diecezjalnego w Villa Devoto koło Buenos Aires. Jego pobyt tam nie trwał jednak długo. 11 marca 1958 r. wstąpił do zakonu jezuitów i kontynuował naukę w zakonnych domach studiów. Po nowicjacie Jorge Mario wyjechał do sąsiedniego Chile, aby w centrum edukacyjnym San Alberto Hurtado położonym na peryferiach Santiago de Chile studiować tzw. humaniora, czyli nauki humanistyczne. Z kolei w Colegio Máximo de San José (Kolegium św. Józefa) w San Miguel koło Buenos Aires obronił licencjat z filozofii. W latach 1964–1965 był wykładowcą literatury i psychologii w Colegio de la Inmaculada Concepción (Kolegium Niepokalanego Poczęcia) w Santa Fe. W 1966 r. wykłady z tych samych przedmiotów prowadził również w Colegio El Salvador (Kolegium Zbawiciela) w Buenos Aires. W latach 1967–1970 studiował teologię na Wydziale Teologicznym Colegio Máximo de San José w San Miguel koło Buenos Aires, gdzie wcześniej studiował filozofię. Święcenia kapłańskie przyjął 13 grudnia 1969 r., natomiast uroczystą profesję złożył 22 kwietnia 1973 r.

Po ślubach wieczystych, w latach 1971–1973, był mistrzem zakonnego nowicjatu w Villa Barilari i równocześnie wykładał na Wydziale Teologicznym w Colegio Máximo de San José w San Miguel. W roku 1972 został wybrany na członka konsulty (rady) prowincji jezuickiej, a rok później został mianowany prowincjałem jezuitów w Argentynie. Urząd ten pełnił do 1979 r., a po zakończeniu kadencji ponownie został rektorem Colegio Máximo de San José w San Miguel na następne siedem lat, czyli do 1986 r. W tych latach pisze książki z zakresu duchowości. W 1982 r. publikuje pracę zatytułowaną Meditaciones para religiosos (Medytacje dla zakonników), w 1986 r.Reflexiones sobre la vida apostólica (Refleksje o życiu apostolskim),a w 1992 r. Reflexiones de esperanza (Refleksje o nadziei).

W 1985 r. na pół roku wyjechał do Niemiec, gdzie studiował w Wyższej Szkole Filozoficzno-Teologicznej Sankt Georgen we Frankfurcie nad Menem. Po powrocie do Argentyny podjął wykłady w Instituto Secundario El Salvador w Córdobie. W latach 1986–1988 był członkiem komitetu redakcyjnego Boletín de Espiritualidad (Biuletyn Duchowości), zaś w latach 1990–1991 spowiednikiem w Residencia Mayor w Córdobie.

20 maja 1992 r. Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym Buenos Aires, przydzielając mu stolicę tytularną Auca. Sakrę otrzymał 27 czerwca 1992 r. z rąk arcybiskupa Buenos Aires kard. Antonia Quarracina. Współkonsekratorami byli: ówczesny nuncjusz apostolski w Argentynie abp Ubaldo Calabresi i arcybiskup Mercedes-Luján – Emilio Ogñénovich. 3 czerwca 1997 r. bp Bergoglio został promowany na arcybiskupa-koadiutora Buenos Aires. Rządy w archidiecezji objął 28 lutego 1998 r., po śmierci kard. Quarracina. W listopadzie 1998 r. został również ordynariuszem dla wiernych rytów orientalnych, mieszkających w Argentynie, którzy nie posiadają własnego ordynariusza. Pełnił funkcję Wielkiego Kanclerza Katolickiego Uniwersytetu Argentyny oraz przewodniczącego Konferencji Episkopatu Argentyny (2005–2011). Wziął udział w Synodzie Biskupów, w tym również w sesji specjalnej poświęconej Kościołowi w Ameryce, w listopadzie i grudniu 1997 r.

21 lutego 2001 r. Jan Paweł II wyniósł go do godności kardynalskiej, nadając mu tytuł prezbitera kościoła św. Roberta Bellarmina. W jednym z rzadkich wywiadów, jakich kard. Bergoglio udzielił, przyznał, że „godność kardynała jest wezwaniem do służby, nie zaś godnością, którą należały się chlubić. Postawa próżności, czyli obnoszenie się, jest postawą świecką, i jest najgorszym grzechem w Kościele”2. Pośrednio nawiązywał do tematu pokory, o której pisał kilka lat wcześniej na łamach Boletín de Espiritualidad (nr 87, maj–czerwiec 1984), wydawanego przez prowincję argentyńską Towarzystwa Jezusowego 3. Podczas konklawe w 2005 r. kard. Bergoglio był wymieniany w gronie papabili, jako potencjalny następca zmarłego Jana Pawła II. Jako kardynał był członkiem rzymskich dykasterii: Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, Kongregacji ds. Duchowieństwa, Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego i Papieskiej Rady ds. Rodziny. W lutym 2013 r., krótko przed abdykacją, papież Benedykt XVI mianował go członkiem Papieskiej Komisji ds. Ameryki Łacińskiej.

Kard. Jorge Mario Bergoglio znany był ze skromnego trybu życia, jaki prowadził, będąc arcybiskupem Buenos Aires. Wielu nazywa go Padre Jorge. Odnawiał kościoły, ustanawiał nowe parafie, reorganizował administrację, inicjował programy pro life i podejmował nowe działania duszpasterskie – powołał np. komisję na rzecz małżeństw rozwiedzionych. W Wielki Czwartek 2001 r. Mszę Wieczerzy Pańskiej odprawił w hospicjum, gdzie umył i ucałował stopy 12 osobom chorym na AIDS. Nie oszczędzał sił w służbie swojej archidiecezji, którą nazywał la mía Esposa (moja Oblubienica). W 2009 r. wystąpił z ostrą krytyką rządów prezydenta Argentyny Ernesta Kirchnera, któremu zarzucał „niemoralność, bezprawie i niesprawiedliwość”, obwiniając go o rosnącą nierówność społeczną w kraju. Uważał, że rząd „nie tylko jej [nierówności – przyp. Z. K.] nie zapobiega, lecz wydaje się, że jest w jego zamiarze dodatkowo pogłębić istniejące nierówności”. Kiedy Bergoglio mówił, że Argentyna stała się zakładnikiem demagogii, totalitaryzmu, korupcji4 i chęci przywłaszczenia sobie władzy nieograniczonej, prezydent kraju, Cristina Fernández de Kirchner, odmówiła w 2012 r. udziału w dorocznym święcie, nazywanym Te Deum, obchodzonym 9 lipca, w dniu niepodległości.

13 marca 2013 r., drugiego dnia konklawe, w piątym głosowaniu, kard. Bergoglio został wybrany na papieża i przyjął imię Franciszek. Jak sam przyznał w rozmowie z dziennikarzami, ujęła go postać św. Franciszka z Asyżu, szczególnie jego ubóstwo, duch pokoju i szacunku dla stworzenia.

Początki autentycznej odnowy

Każde dzieło, zwłaszcza wielkie, ma swój początek – mniejszy lub większy, mniej lub bardziej dyskretny, w ciszy lub w świetle reflektorów. I chociaż zazwyczaj wielkie rzeczy, do których zaliczyć należy również wielkie idee, niezwykłe dzieła malarskie, odkrycia naukowe, które zrewolucjonizowały życie człowieka, powstają w warunkach raczej skromnych i ubogich, w oddaleniu od wielkich aren i bez fajerwerków, w ubóstwie, a bywa że i w materialnej biedzie5, to jednak nie jest to konieczną regułą. W tej materii mogą być wyjątki, aczkolwiek należą one do rzadkości.

Ale reforma, której chcę tutaj poświęcić nieco miejsca, różni się znacznie od tworzenia wielkich dzieł literackich czy malarskich. I chociaż ona również wymaga ogromnego zaangażowania, gotowości do poświęcenia i rezygnacji z tego, co już się posiada, kim się jest i czym się dysponuje, aby stworzyć coś nowego, nijak ma się do naukowych odkryć i podróży międzyplanetarnych. Reforma Kościoła ma w sobie coś z wielkiej sztuki, ducha odkryć i podróży, bo chociaż jej początki sięgają sfery duchowej, wewnętrznej, wcześniej czy później przelać się muszą, niczym woda z obfitego dzbana, na zewnątrz, na otoczenie i świat. A wówczas po owocach, czyli owym „rozlaniu”, poznaje się jakość ducha, czystość intencji reformatora, siłę jego pokory i cierpliwości, żar miłości przemiany tego, co płonie – jego zdaniem – zbyt słabym płomieniem miłości.

Prawdziwy reformator nie używa sformułowania: „gdybym tylko”. Nie mówi: gdybym tylko był mocniejszy, gdybym tylkomiał większe możliwości, odpowiednie środki i przygotowanie, gdybym tylkomiał bardziej dogodne warunki i odpowiednią grupę wiernych, gorliwych osób, gdybym tylkoposiadał czas i pieniądze, gdybym tylkomiał lepsze wykształcenie i bogatsze doświadczenie, gdybym tylkobył starszy (lub młodszy), zabrałbym się z pewnością za reformę Kościoła6. Problem z „gdybym tylko”polega na tym, że ten, kto takie słowa wypowiada, w istocie nigdy niczego nie zmieni – ani siebie, ani otoczenia. Mówi wyłącznie puste słowa. Spogląda w złym kierunku, ponieważ zamiast patrzeć przed siebie, ogląda się za siebie. Sięga w przeszłość, której nie da się już zmienić, a nie patrzy w przyszłość, która zmian oczekuje. Mówienie wówczas o reformie jest stratą czasu, jałową dyskusją, zniechęcaniem siebie i innych do podjęcia konkretnych gestów, mogących dokonać zmiany na lepsze. Prawdziwy reformator Kościoła stara się unikać mówienia „gdybym tylko”, ponieważ w ten sposób zrzucałby odpowiedzialność za brak konkretnych gestów na innych, na zewnętrzne warunki czy osoby, sam zaś czułby się zwolniony z odpowiedzialności za brak inicjatyw prowadzących ku odnowie. Kto chce odnawiać wspólnotę, mówi: muszę zacząć się poprawiać, muszę być lepszym, bardziej gorliwym i oddanym sprawie. Kiedy nie wykorzystał nadarzającej się okazji, powie, że następnym razemlepiej się przyłoży, postara się nie przegapić nadarzającej się okazji do rozpalenia w sobie gorliwości i podejmie Boże wezwanie do nawrócenia osobistego i rozpalenia gorliwości w sercach innych. I o to właśnie chodzi! Bóg, ponieważ jest dobry dla nas, zsyła nam bardzo wiele okazji sprzyjających nawróceniu i zapoczątkowaniu własnej odnowy. Trzeba je tylko dostrzec i z nich skorzystać.

Początkiem każdej pozytywnej i trwałej odnowy jest osobiste nawrócenie reformatora. Chodzi bowiem o to, aby przyszły reformator umiał najpierw sam zerwać z grzechem, który jest odmową przyjęcia miłości Boga, otwarciem się na Jego działanie, powołanie, aby działa się Jego wola. Autentyczna reforma jest owocem miłości ewangelicznej, nie egoistycznej. Tylko rezygnacja z własnego „ja” stwarza dogodną możliwość właściwej, pełnej i autentycznej komunikacji, szczerej i bezinteresownej. Jeśli zatem człowiek sam nie kocha Boga i nie pozwala Mu się ukochać, tkwiąc ciągle w grzechu, zamyka się na kontakt z Nim i z innymi ludźmi. Wówczas Bóg nie komunikuje mu swojej łaski, ale również on nie wyjawia Bogu swoich szlachetnych potrzeb. Trwa w egoistycznym zamknięciu bez realnej możliwości przyjmowania Bożych darów i komunikowania ich wspólnocie. Dopiero gdy otworzy się bezgranicznie na Boga, kiedy pozwoli Mu w sobie działać, przyjmie Jego łaskę, wówczas zaczyna się autentyczna reforma Kościoła. Bierze ona początek od środka, w sposób pozornie niewidoczny i w ciszy, ale tylko w taki sposób rodzą się wielkie dzieła trwające przez wieki.

Tak właśnie rozpoczęli reformę Kościoła święci Franciszek i Ignacy. Nie przywiązywali przesadnej wagi do słowa „reforma”, lecz nawracali siebie, reformowali swoje wnętrze, doskonalili swoje relacje, pogłębiali swoją miłość, cierpliwość, uszlachetniali swoją modlitwę i robili się bardziej wrażliwi na tchnienie Ducha. Wszystko inne przychodziło jakby mimochodem, rodziło się niejako samoistnie, bez większego wysiłku z ich strony.

Nawrócenie osobiste, czyli korzenie odnowy

Gdzie leżą korzenie autentycznej odnowy? Co robić, aby rozpoczęta odnowa Kościoła i osoby w nią zaangażowane nie zeszły na manowce, nie znalazły się na marginesie wspólnoty? Jak ustrzec odnowę przed jednostronną krytyką, kierując jej energię na duchową odnowę, otwarcie się na powiew Ducha, doskonałość? Jak oprzeć się pokusie pośpiechu i obronić cierpliwość, nieodzowną do przeprowadzenia gruntownych reform? Jakich środków użyć, aby trwać w jedności ze wspólnotą, jednocześnie ciągle ją ulepszając, doskonaląc jej ducha, czyniąc bardziej wrażliwą na potrzeby świata i jego mieszkańców? Jak kochać Kościół, aby mimo jego słabości widzieć w nim ciągle obecnego i działającego Zbawiciela? Jak zwalczać pokusę odejścia z Kościoła, kiedy nie spełnia on moich oczekiwań, kiedy objawia się słaby w swoich członkach – duchownych lub świeckich, kiedy przestał być „atrakcyjny” i przynależność do niego zdaje się już nie opłacać? Pytań jest wiele, ponieważ zagrożeń również nie brakuje. Pragnienie reformy niesie ze sobą poważne ryzyko i może Kościół wzmocnić, wiążąc z nim jeszcze bardziej reformatora, ale może go też oddalić od wspólnoty kościelnej. Pisał o tym Yves Congar: „Jest rzeczą pewną, że w każdym przedsięwzięciu reformistycznym, a nawet w samej postawie proroka, jest coś niebezpiecznego. Tego typu dynamizm niesie w sobie zarówno zalążek prawdziwej i płodnej odnowy, jak i zalążek odstępstwa lub schizmy. Ujęty w swym pierwszym porywie, jest on ambiwalentny i może zaowocować zarówno tym, co najlepsze, jak i tym, co najgorsze”7.

Odnowa Kościoła nie jest łatwa, ponieważ niesie poważne niebezpieczeństwo utraty jedności już posiadanej bez równoczesnego zyskania nowej, mocniejszej i bogatszej. Trudno również przekonać się od razu o szczerości i bezinteresowności intencji tych, którzy ją proponują lub do niej nawołują. Nie brakowało przecież w długiej historii Kościoła ludzi, którzy pod pozorem troski o większe dobro Kościoła ukrywali własne egoistyczne interesy, chęć podkreślenia własnego „ja” i własnych racji. W istocie nie chodziło im o Kościół i jego dobro, ale raczej o realizację swoich planów, pozornie tylko większych od dobra całej wspólnoty. Jest to poważne ryzyko, które ciągle – niczym lew ryczący (por. 1 P 5, 8) – próbuje zniewolić człowieka. Wielokrotnie przestrzegał przed uleganiem tej pokusie kard. Bergoglio. Czynił to również krótko przed wyborem na papieża w eseju, opublikowanym z okazji 200. rocznicy niepodległości Argentyny, który nosi tytuł: Nosotros como ciudadanos, nosotros como pueblo. Hacia un Bicentenario en justicia y solidaridad 2010–20168. Pisał w nim o potrzebie przezwyciężenia pokusy indywidualizmu, który narusza egzystencję wspólnoty, wprowadza chaos, rodzi negatywne tendencje, które zmierzają do libertynizmu, hedonizmu czy konsumizmu9. Indywidualizm, który nie szuka dobra wspólnego, nie może być narzędziem odnowy życia chrześcijańskiego. Jest szkodliwy, wprowadza dodatkowe zło, nie promując żadnego dobra.

O wąskiej granicy, oddzielającej reformatorów prawdziwych od fałszywych, pisał Yves Congar, zarzucając tym drugim brak koniecznej rozwagi, pokory i nade wszystko miłości. „Ojciec Lacordaire w swoim dziele Vie de saint Dominique (rozdz. I) – czytamy u dominikańskiego teologa – pisze następująco: «Jakże niewiele różnią się często myśli, które stwarzają wielkich ludzi, od myśli, które stwarzają tylko publicznych wichrzycieli. Gdyby Piotr Waldo miał więcej cnoty i geniuszu, stałby się św. Dominikiem lub św. Franciszkiem z Asyżu. Jednakże uległ on pokusie, która we wszystkich epokach gubiła wielu niepospolicie inteligentnych ludzi. Uznał, że nie da się ocalić Kościoła przez Kościół…»”10.

Historia uczy, że żaden ze znanych reformatorów, którzy rzeczywiście odnowili Kościół, nie rozpoczynał zmian od zewnątrz, skupiając się wyłącznie na materialnych strukturach lub nawołując do zmiany obyczajów wszystkich poza sobą. Nie zmuszali oni innych do powrotu do pierwotnej gorliwości, uważając, że sami tego nie potrzebują, ani nie uważali siebie za bezgrzesznych, gdy innych nawoływali do zerwania z grzechem. Kiedy Franciszek wystosował list do rządzących i duchownych, w którym przypominał o godności i świętości Eucharystii, nie stawiał siebie w lepszym świetle, ale również siebie zachęcał do większej gorliwości. Nie zabiegał o uczniów, aby rozesłać ich w cztery strony świata z zadaniem naprawy Kościoła, podnoszenia jego moralności, rozpalania gorliwości. Nic podobnego. On w ogóle nie miał zamiaru kogokolwiek nawracać. Chciał nawrócić tylko siebie, przekonany, że to jego moralna słabość i nikła wierność Ewangelii są głównymi powodami duchowego stanu Kościoła. W tym sensie odczytał słowa skierowane do niego przez Chrystusa z krzyża: „Franciszku, idź odbuduj mój Kościół”, o czym piszą jego pierwsi biografowie11. Odczytał je jako zachętę do osobistego nawrócenia, wzrostu w gorliwości, do wyjścia z ukrycia ze swoją wiarą, nabrania odwagi w dawaniu świadectwa o Bogu. Identyczne kroki podejmował św. Ignacy. Również jego biografowie potwierdzają, że zachęty do nawrócenia kierował w pierwszym rzędzie do siebie, apelował o ciągły wzrost osobistej gorliwości, przepraszając jednocześnie za zaniedbania, słabości i grzechy. Franciszek i Ignacy odnawiali życie Kościoła, odnawiając przede wszystkim samych siebie.

Franciszek odkrywa bliskość Pana

W młodości Franciszek doświadczył życia wygodnego, a nawet, jeżeli wierzyć biografom, przepychu. Jego ojciec, chociaż nie pochodził z rodziny szlacheckiej, był człowiekiem zamożnym i w takich też warunkach wychowywał syna. Wiązał z nim wielkie nadzieje na przyszłość. Ufał, że chociaż jemu nie udało się wejść na wyższy poziom drabiny społecznej, powiedzie się jego synowi. Nie były to życzenia wyssane z palca. Pietro Bernardone był dumny z bystrości syna, cieszył się, że ma on wielu przyjaciół i sławę trubadura. Nie szczędził więc pieniędzy na spełnianie zachcianek syna, ufając, że kiedyś się ustatkuje, przejmie rodzinny interes i zdobędzie szacunek wśród szlachetnie urodzonych obywateli Asyżu. Pierwszy biograf Franciszka, którym był br. Tomasz z Celano, nie waha się napisać: „Aż prawie do dwudziestego piątego roku życia [Franciszek – przyp. Z. K.] mizernie tracił i trwonił swój czas. A nawet bardziej grzesznie niż jego rówieśnicy brnął w próżności, podżegał ich do złego i bardziej od nich hołdował głupocie. Wzbudzał ogólny podziw, a w pogoni za próżną chwałą nie dał się nikomu prześcignąć w żartach, w krotochwilach, w dowcipach, w piosenkach, w miękkich i powierzchownych strojach”12.

Lecz chwila nawrócenia nadeszła. Kiedy między Perugią a Asyżem wybuchła wojna, młody Franciszek stanął w obronie swojego rodzinnego miasta, gotów oddać za nie życie. Przeżył, stracił jednak wolność, kiedy podczas walki przy moście św. Jana został wzięty do niewoli i wtrącony do lochu w Perugii (1202 r.). Spędził tam wprawdzie tylko rok, ale był to rok dla niego bardzo ważny, który odmienił jego dotychczasowy sposób myślenia, wizję życia i szczęścia. Przyczyniła się do tego także choroba, na którą zapadł. Jego biograf pisze: „Przez ucisk ducha i trud dla ciała pomogła mu ona [niewola – przyp. Z. K.] wycofać się z błędnego usposobienia, zgodnie z wypowiedzią proroka: «Oto ja zagrodzę drogę cierniem i zagrodzę ją parkanem»(Oz 2, 6). Skruszony długą chorobą, jak na to zasługuje upór ludzki, który jedynie cierpieniem daje się naprawić, wszedł w siebie i zaczął się zastanawiać”13.

Nie było to jednak pełne nawrócenie, ale dopiero jego przedsmak, pierwsze oznaki. Ostateczny powrót do zdrowia przyniósł zapomnienie o tym, czego wcześniej doświadczył, i zrodził chęć szukania nowych przygód. „Nadęty wichrem próżnej chwały” w 1205 r.wyrusza do Apulii z nadzieją zdobycia sławy rycerskiej. W drodze do swojego nowego przeznaczenia przeżywa kolejne spotkanie z Bogiem. Tym razem jest to sen, równie dziwny, co intensywny. Słyszy czyjś głos, który go pyta, dokąd podąża i co pragnie osiągnąć. Kiedy Franciszek dzieli się z nieznanym swoimi zamiarami, mówiąc, że udaje się do Apulii w poszukiwaniu rycerskiej sławy, tajemniczy głos zadaje dodatkowe pytanie: „Kto może mu lepiej zrobić, sługa czy pan?”. Franciszek odrzekł: „Pan”, na co głos odpowiedział: „Dlaczego więc szukasz sługi zamiast Pana?”. Jak podają hagiografowie, miał wówczas odpowiedzieć: „Panie, co chcesz, abym uczynił?”14. To kolejne ważne przeżycie w historii wewnętrznych nawróceń św. Franciszka, które doprowadziły go do radykalnej zmiany. Odtąd jego stosunek do Boga ulega zmianie i osiąga lepszą jakość. Pierwszym krokiem jest rezygnacja z poszukiwania ziemskiej sławy. Nie chce być dłużej rycerzem, jak inni młodzieńcy w jego wieku. Nie znajduje również przyjemności w dobrach materialnych. Pozbywa się ich, rozdaje ubogim, sprzedaje sukna, którymi handlował ojciec, a otrzymane pieniądze przeznacza na remont kościołów. Z wolna staje się innym człowiekiem. Traci dotychczasowych przyjaciół, zyskując nowych, którzy myślą podobnie jak on.

Ignacy odwraca się od marności tego świata

Podobny proces wewnętrznego nawrócenia można zaobserwować u św. Ignacego. Opisuje go on sam w swojej duchowej biografii. Jest ona niczym dziennik duchowy, w którym Ignacy opowiada o swoim życiu przed nawróceniem i po nim. Przedstawia etapy odwracania się od marności świata i odkrywanie wielkości Boga. Zapoznaje czytelnika ze wzrastającą miłością do Boga i chęcią pomagania innym, aby i oni ją odkryli. Pisze:

„Aż do dwudziestego szóstego roku życia był człowiekiem oddanym marnościom tego świata. Szczególniejsze upodobanie znajdował w ćwiczeniach rycerskich, żywiąc wielkie i próżne pragnienie zdobycia sobie sławy. Tak więc znalazł się pewnego dnia w twierdzy [Pampelunie] oblężonej przez Francuzów. Kiedy wszyscy jego towarzysze widząc jasno, że nie potrafią się obronić, byli zdania, że trzeba się poddać, o ile tylko otrzymają obietnicę zachowania życia, on przytoczył tyle racji Alkadowi, iż zdołał go przekonać i skłonić do obrony – wbrew opinii oficerów, których także do odwagi zachęcał swoim zapałem i energią. Gdy nadszedł dzień, w którym spodziewano się szturmu i kanonady, wyspowiadał się z grzechów przed jednym ze swych towarzyszy broni. Ostrzeliwanie twierdzy trwało już dobrą chwilę, gdy nagle kula z działa ugodziła go w nogę i zdruzgotała ją zupełnie. A ponieważ kula przeszła mu pomiędzy nogami, więc i druga noga była też ciężko zraniona”15.

Uderza podobieństwo wieku i zdarzeń, które dały początek nawróceniom Franciszka i Ignacego. Biografowie są zgodni, że nie odstawali oni od młodzieńców swojego czasu i wieku. Pragnęli sławy i miłości, zabiegali usilnie o ludzkie względy, pozycję, wpływy. Nie gardzili przyjemnościami, jakie daje pieniądz czy pozycja społeczna. Ich koledzy byli tacy sami, podtrzymując czy umacniając ich w tym zachowaniu. Jednak pod wpływem łaski zaczęli się zmieniać. Próżność, na którą pozwalał ekonomiczny status ich rodziców, ustępowała powoli miejsca tęsknocie za czymś trwalszym i bardziej duchowym. Chorowali, a słabości ciała, cierpienie, doświadczenie duchowej pustki dokonywały reszty. Samotność, poczucie wewnętrznej pustki, wyobcowanie ze środowiska dotąd bliskiego miały zbawienne skutki. Luis Gonsalves skrupulatnie odnotował, że choroba i fizyczna niemoc sprzyjały bardzo przemianie życia Ignacego. Na skutek tych dolegliwości zaczął zastanawiać się nad sobą:

„Czytał więc często te książki [życiorysy świętych – przyp. Z. K.] i nawet poczuł w sobie pewien pociąg do tego, co tam było napisane. Ale kiedy przerywał to czytanie, rozmyślał niekiedy nad tym, co przeczytał, kiedy indziej zaś nad sprawami światowymi, które przedtem zajmowały jego umysł. (…) Tymczasem Pan nasz spieszył mu z pomocą i sprawiał, że po tych myślach następowały inne, zrodzone z tego, co przeczytał. W rzeczy samej podczas czytania żywotu Pana naszego i żywotów świętych myślał nad nimi i tak rozważał sam w sobie: «Co by to było, gdybym zrobił to, co św. Franciszek albo co zrobił św. Dominik?». I rozmyślał o wielu rzeczach, które wydawały mu się dobre, a zawsze miał na oku rzeczy trudne i ciężkie”16.

Jego myśli o ziemskiej sławie, dotąd tak mocne i częste, zaczęły powoli ustępować miejsca szlachetnym pragnieniom miłości Pana i służby Jemu.

„Pewnej nocy, gdy nie spał, ujrzał obraz naszej Pani ze świętym Dzieciątkiem Jezus. Widzenie to napełniło go na dłuższy czas nadzwyczajną pociechą i tak wielkim wstrętem do całego życia przeszłego, a szczególnie do grzechów cielesnych, iż zdawało mu się, że wymazane zostały z jego duszy wszystkie te obrazy i wyobrażenia, które aż do tej pory były w niej wyryte”17.

Bolesne doświadczania okazały się nieodzowne, aby Franciszek i Ignacy zakwestionowali dotychczasowe życie i otworzyli się na nowe, przygotowywane im przez Pana. Pozwalali się zubażać, aby następnie wzbogacić się o nowy obraz Boga. Powoli Pan przekonywał ich, że ziemskie korzyści czy przyjemności, zmienna sława, cielesne uciechy są niczym w porównaniu z radościami, jakie daje bliskość Boga. On też stawał się jedynym celem ich życia, wyłącznym pragnieniem, pięknem nieprzemijającym. Nawróceni zachęcali do tego samego swoich przyjaciół. Nie na siłę, lecz osobistym przykładem życia. Bez zakazów czy nakazów, ale z dobrocią i miłością. W ten sposób zaczynała się odnowa Kościoła. Raz odkryte piękno Boga z czasem rosło, zwiększając jednocześnie pragnienie Jego posiadania. Odtąd nic już nie było w stanie Go zastąpić lub przyćmić.

Gotowi do przyjęcia miłości Bożej

Zazwyczaj wszystkie wielkie dzieła biorą początek od gestów niepozornych, decyzji, które mogą ranić nasze ego, zmuszając je do zejścia w cień, zajęcia drugiego miejsca, aby pierwsze mógł zająć Ten, który jest jedynie ważny i któremu ono jedynie się należy. Tak było zarówno w przypadku Franciszka, jak i Ignacego. Podobne doświadczenia są udziałem każdego świętego. Bardzo często decyzje takie rozsadzają głowę i serce, sprawiają ból i rodzą bunt. Człowiek czuje, że nie stać go na to, by dać Bogu pierwszeństwo, uczynić Go Panem swojego życia. Z jednej strony sądzi, że bardzo cierpi i że swoim cierpieniem mógłby obdarzyć wielu innych. Z drugiej zaś coś wewnętrznie mu mówi, że zejście z drogi, na której się znalazł, obranie łatwiejszej, będzie równie bolesne, a w dodatku zaprowadzi donikąd. Musi więc iść swoją drogą. Czyni to wbrew przeczuciom, wbrew dotychczasowemu wychowaniu, wygłaszanym dotąd poglądom, wbrew wszystkiemu, co miał i co kochał. Czuje się zmuszony do porzucenia wszystkiego, w co dotąd wierzył, zejścia ze ścieżki, którą uważał za swoją, zerwania radykalnie z tym, co dostarczało mu przyjemności i mocnych doznań, co stawiało go w dobrym świetle w gronie przyjaciół i znajomych. Odejść musi od tego, co dotąd kochał, i pozwolić się kochać Bogu.

Kto pozwoli się ukochać Bogu, ten stopniowo zaczyna tracić pieniądze, urodę, przyjaciół… Jego życie ulega zmianie i on sam się zmienia. Czuje się zaskoczony, że coraz bardziej znajduje przyjemność w czymś, czego dotąd unikał i czego się lękał, przed czym uciekał, z czym być może walczył. Zmęczony obojętnością najbliższych przestaje prosić, żeby go dostrzegali i rozumieli, żeby szli za nim i kochali to, co odkrył jako godne miłości. I kiedy oni zaczynają traktować go jak kłodę, którą się omija, żeby się nie potknąć, on wzlatuje wysoko, w nowe, dotąd obce dla siebie przestrzenie radości. Żyje pełną piersią i pragnie dzielić się tym Boskim życiem z innymi, z całym światem. Chciałby wykrzyczeć wszystkim smutnym, opuszczonym, zagubionym w życiu, pozbawionym przyjaciół i bliskich, chorym, żeby się radowali, bo jest ktoś, kto ich bardzo kocha i chce im pomóc. Z całej piersi woła do nich, żeby nie pozwalali się poniżać i nie dawali sobie wmówić, że są nic niewarci. Jest wręcz odwrotnie, dlatego że są biedni i opuszczeni, z marginesu, Bóg ich bardzo kocha, a kochając, udziela im swojej łaski, która zdolna jest przywrócić im radość i utracone zdrowie, miejsce w społeczeństwie i nadwerężone poczucie własnej wartości. Jednocześnie wszystkim zdrowym chce przypomnieć, żeby byli prawdziwie wdzięczni i umieli docenić to, co posiadają. Zachęca ich do pogłębienia przyjaźni z Bogiem, zapraszając do niej innych, bliskich, przyjaciół i osoby dalekie, ponieważ tylko On zapewnić im zdoła trwanie w radościach18.

Jednakowo zrozumieli to Franciszek i Ignacy. Obaj, chociaż żyli w różnych czasach, w różnych krajach i w odmiennej sytuacji społecznej, z równą siłą doszli do przekonania, że jeśli nadal mają żyć, muszą żyć inaczej. Osobiste nawrócenie odczytali jako nieodzowny warunek nowego życia. Postanowili zerwać z tym, co dotąd było dla nich ważne, i otworzyć się ufnie na nowość, która spływa z góry, od Boga. Chcieli rozmawiać z Nim, aby odgadnąć Jego zamiary względem siebie. Modlili się lub czytali święte historie, prowadzili budujące rozmowy lub z radością słuchali Pisma świętego, odkrywając sposoby działania Pana Boga w życiu poprzedników i swoim. Był to bardzo ważny moment. W zasadzie był on początkiem wszystkiego, co nastąpi później, ich szerokiego serca, zdolnego kochać i przebaczać wszystkim, ich wielkich czynów miłości, duchowej siły i fizycznej wytrwałości, którą zadziwiają potomnych.

Poznać, aby naśladować

Święty Franciszek zwykł mówić, że źródłem grzechu jest fałszywe przekonanie o swojej wiedzy. Uważał, że egoistyczna pewność siebie, swoich racji i posiadanej wiedzy, zatrzymuje człowieka na sobie, uśmierca cnotę pokory i wyklucza chęć naśladowania Jezusa, co stanowi początek doskonałości. Człowiek przestaje dostrzegać wokół siebie obecność Boga i zaczyna skupiać się na własnym „ja”, osobistych przyjemnościach i interesach. A to staje się źródłem narzekań i krytyki, nie zaś twórczego myślenia i gotowości do poświęcenia. Jest to pseudowiedza, a nie wiedza prawdziwa. Nie prowadzi do Boga, ale od Niego oddala.

Także św. Ignacy wiedział o pokusie czyhającej w ludzkiej wiedzy. Dlatego zachęcał współbraci, aby podawali w wątpliwość to, co znają, i poszukiwali prawdziwej mądrości, Bożej prawdy, którą Stwórca ukrył w stworzeniu, które ich otacza, oraz w zdarzeniach, w których uczestniczą. Chciał, aby zdobywali prawdziwe poznanie, odnajdując ukryte ślady Boga we wszystkim. W ten sposób obaj święci upominali się o wiedzę prawdziwą, czyli taką, która nie zawęża się do własnego „ja”, lecz szuka mocnych i szczerych więzi z Bogiem. W taki też sposób rodziło się w nich pragnienie naśladowania Boskiego Mistrza, który z kolei sprawiał, że inni naśladowali ich.

Co znaczy naśladować? Jak rozumieć wyrażenie „iść za kimś”? Można się zgodzić z odpowiedzią, że naśladowanie kogoś sugeruje chęć odwzorowania, możliwie najwierniej, czyjegoś zachowania, wyborów, wartości, które są dla niego ważne, utożsamienie się z jego pragnieniami. Mówimy wówczas, że ktoś naśladuje, imituje (z łac. imitare)czyjeś zachowanie, czyjąś mowę czy strój, wybór profesji czy miejsca wakacyjnego wypoczynku itd. Chęć naśladowania dotyczyć może także zakupu takiego samego samochodu, domu czy wyboru tych samych przyjaciół. W takich sytuacjach naśladowanie zdaje się mieć bardzo wiele wspólnego z postawą zniewolenia, która prowadzić może wręcz do uśmiercenia kreatywności. Kiedy to ma miejsce, naśladujący czuje się poniekąd przymuszony do odwzorowania w swoim życiu postaw osoby naśladowanej. I chociaż nie jest to zniewolenie narzucone, ale rodzi się ze źle rozumianej miłości, z tęsknoty za tym, którego się kocha, to jednak, w zależności od tego, kim jest osoba naśladowana, można mówić o zniewoleniu pozytywnym lub negatywnym.

Inaczej jest w przypadku naśladowania Chrystusa. Franciszek czy Ignacy, którzy poszliza Jezusem, mieli mocne pragnie odwzorowania w sposób możliwie najbardziej pełny życia Boskiego Mistrza, Jego miłości i wolności, Jego pragnień i celów. Chcieli być tacy, jak On; stać się podobnymi do Niego możliwie we wszystkim; stać się jednoz Panem.

Obaj byli przekonani, że aby prawdziwie żyć, muszą odejść od tego, co posiadają, i wybrać to, co zsyła im Bóg. Odkryli, że muszą nadać swemu życiu większy sens, oprzeć się na kimś innym, czyli na kimś, kto pomoże im odnaleźć właściwy cel, przekraczający cele już osiągnięte albo te, które do tej pory sobie wyznaczali. Szukali czegoś, co kryje się poza horyzontem, na którym skupiają się ziemskie oczy, niezdolne spojrzeć dalej, sięgnąć głębiej. W ich przypadku sequi oznaczało silne pragnienie odkrycia ideału życia i zarazem gotowość do pójścia za nim, ponieważ tylko wówczas, jak sądzili, ich życie nabierze właściwego sensu. Odtąd ich dotychczasowe pragnienia przestały być ostatecznym i wyłącznym celem, ustępując miejsca temu, co dawał Bóg. Idąc za Mistrzem, nie zamierzali bynajmniej imitować Jego gestów, ślepo kopiować Jego zachowania, mechanicznie powtarzać Jego postaw i słów. Chcieli twórczo żyć Jego nauką, odczytywać ją (czy też interpretować w kluczu swoich potrzeb i czasu, w jakim żyli) w konkretnym kontekście historycznym i kulturalnym, aktualizując do określonych potrzeb.

Kiedy dusza idzie za Jezusem, oznacza to, że nie idzie już dłużej za sobą. Nie paraliżuje jej lęk ani ludzkie obawy o wyśmiewanie czy brak akceptacji. Nie obawia się, czy sobie poradzi z propozycją, z którą zwraca się do niej Pan, czy podoła obowiązkom, które na nią spływają, czy wytrwa na obranej drodze powołania, czy jest w stanie uczynić coś dobrego. Obawy te tracą na znaczeniu, bo Pan zapewnia duszę, że On, który pokonał śmierć, pomoże jej odnieść zwycięstwo nad lękiem i innymi słabościami, jakie niesie życie. Tym właśnie przekonaniem żył Franciszek, który upominał swoich braci:

„Wszyscy, bracia, zwróćmy uwagę na Dobrego Pasterza, który dla zbawienia swych owiec podjął krzyżową mękę. Owce Pańskie naśladowały Go w udręczeniu, prześladowaniu, we wstydzie i głodzie, w chorobach i próbie, i w innych pozostałych doświadczeniach; i za to otrzymały od Pana życie wieczne. Stąd wielki wstyd dla nas, sług Boga, że święci czynili dzieła, a my przez odczytywanie i głoszenie ich chcemy otrzymać chwałę i cześć”19.

Pragnienie naśladowania świętych, w których Franciszek i Ignacy widzieli duchowych mistrzów, wzory odwagi i żywą zachętę do swojej przemiany, było mocne i trwałe, nie chwilowe i przelotne. Pójście za Chrystusem jako Mistrzem oznacza wejście w określoną i konkretną dynamikę ducha. Wymusza wyjście z określonego miejsca czy stanu, aby móc wejść w nową rzeczywistość, często odmienną od dotychczasowej, w której są nowi ludzie, nowe ideały, nowe pragnienia i cele. Naśladowanie jest porównywalne z nawróceniem, ponieważ jest odejściem od tego, co było dotychczas bliskie, miłe i przyjemne, aby przyjąć to, co proponuje Chrystus. I nawet jeżeli początkowo wydaje się to obce i gorzkie, szybko staje się przyjemne i warte zaangażowania. Bez tej duchowej dynamiki, która obejmuje myśli, pragnienia, decyzje, osoby i miejsca, bardzo trudno mówić o autentycznym pójściuza Bogiem.

Można powiedzieć, że kto idzie za Jezusem, przemawia swoimi czynami. Rozgłasza wszem i wobec, że Bóg jest mu potrzebny, że życie bez Niego nie ma sensu, jest ponure, pełne mgły, ciemności i beznadziei. Robił tak Franciszek, naśladował go Ignacy. Każdy z nich żył silnym przeświadczeniem, że coś lub ktoś istnieje, a on istnieje dla tego kogoś lub czegoś. Jego egzystencja otrzymuje pełnię tylko wtedy, kiedy jest dzielona z kimś drugim, kiedy się mu daje. Dla nich owym Kimś był Jezus i Jemu oddali swoje życie. Byli przekonani, że wyłącznie we wspólnocie z Nim autentycznie wzrastają, duchowo się wzbogacają, doskonalą. Obaj zatem byli pełni wewnętrznej dynamiki w poszukiwaniu i osiąganiu tego, co chociaż jawiło się jako trudne i wymagające, warte było jednak ich starań i wysiłku. W zasadzie każdy człowiek pragnie poznać i osiągnąć coś, co przetrwa śmierć i co zarazem nada właściwy (głębszy) sens temu, co teraz przeżywa, co boli lub daje radość. Święci jednak pragną tego ze zdwojoną mocą i zwielokrotnioną siłą.

Kto podejmuje decyzję pójścia zaChrystusem, za tym, kim On był i czego nauczał, opowiada się za tym, co trwałe, co nie przemija z czasem, nie dematerializuje się. Jest gotów iść za czymś/kimś, co/ktoz upływem czasu nabiera coraz większej wartości, bogatszego znaczenia. W ten sposób wszystko, co robi i co go spotyka, zaczyna nabierać nowego sensu. Znaczenia nabierają wówczas słowa Apostoła Pawła: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31).

Chrystus w centrum życia

W pierwszej homilii, wygłoszonej następnego dnia po wyborze, papież Franciszek mówił, że najważniejszym powołaniem człowieka wierzącego i całego Kościoła jest być w drodze. Kondycją człowieka jest pielgrzymowanie. Ojciec święty powiedział, że nasze życie jest podążaniem, a kiedy się zatrzymujemy, dzieje się coś złego, i dodał, że gdy nie idziemy, stajemy w miejscu. W jego słowach jak echo odbijały się myśli św. Ignacego, który powtarzał swoim braciom, że pracownicy w winnicy Pańskiej jedną nogą powinni stać na ziemi, drugą zaś winni trzymać podniesioną i gotową do wyruszenia w drogę.

Wiara uczy, że najważniejszym celem życia osoby duchownej jest jedność z Chrystusem. Sequela, jak wspomniano,nie jest dowolnym poruszaniem się w jakiejś przestrzeni miejsca i czasu, ale świadomym, czyli rozumnym dochodzeniem do celu, cierpliwą i systematyczną realizacją obranego ideału. Tak jest w przypadku osób zakonnych, ale nie tylko. Dotyczy to wszystkich powołań czy zawodów, których celem jest służba człowiekowi, chęć osiągnięcia pierwszego miejsca w zawodach sportowych, pragnienie dokonania naukowego odkrycia. Ich przyjęcie jest konkretną formą odpowiedzi na pragnienia serca, środkiem do realizacji nakreślonego celu. Żywa i szczera miłość każe wówczas człowiekowi iść za Jezusem (czyli wiernie wypełniać swoje zadanie), kiedy inni nie idą lub odwodzą go od tego. Człowiek idzie za Nim, ponieważ odkrył, że w Nim tkwi źródło jego życia, pełny sens egzystencji. Zrozumiał, że mimo dokonujących się zmian On trwa, jest jedynym, który autentycznie istnieje.

Człowiek pyta siebie: co jest rzeczywistym celem mojego życia? Zastanawia się, co chce osiągnąć w swoim życiu, czemu służą wysiłki, które podejmuje, w jaki sposób i w jakim celu wykorzystuje czas, który posiada. Kto wierzy, odpowiada, że robi wszystko nie tylko po to, aby przedłużyć swoją egzystencję. Nie żyje, aby cieszyć się przyjemnościami, ale aby zjednoczyć się z Bogiem. Sensem jego życia jest posiąść w sposób trwały to, co sprawia radość, przyjemność, co cieszy i nadaje sens życiu, a co dać może wyłącznie Bóg. Taki tylko cel jest w stanie nadać sens codzienności, uzasadnić cierpienie, zmęczenie, doznane przykrości. Wiara w bliskość Boga mimo wszystko tłumaczy potrzebę wysiłku i uzasadnia konieczność składania ofiary. Nie pozwala się zniechęcić ani nie każe zawrócić z obranej drogi, która prowadzi do spotkania z Nim.