Pamiętnik złodzieja. A Thief in the Night - Ernest William Hornung - ebook

Pamiętnik złodzieja. A Thief in the Night ebook

Ernest William Hornung

0,0

Opis

Jedna z książek z serii o A. J. Rafflesie, złodzieju-dżentelmenie, której autorem jest Ernest William Hornung – angielski pisarz. Seria ta spowodowała w owym czasie pewien szok kulturowy, ponieważ jej bohaterem jest nie policjant lub detektyw broniący prawa i porządku, ale przestępca (a raczej para przestępców, bo Raffles zwykle działa w parze ze swoim przyjacielem i narratorem tej serii opowiadań, Bunnym Mandersem). Budzą oni w dodatku sympatię czytelnika, który kibicuje ich niebezpiecznym przygodom. Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 540

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Ernest William Hornung

 

Pamiętnik złodzieja

A Thief in the Night

 

przekład anonimowy

 

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Tekst wg edycji:

polskiej z roku 1906 

angielskiej z roku 1897

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7639-075-8 

 

 

 

PAMIĘTNIK ZŁODZIEJA

I. Wypędzony z raju.

 Chcąc mówić o Raffles’ie, muszę cofnąć się myślą do ubiegłych dni przeszłości i wypełnić luki w rocznikach egzystencyi naszej. Daleką epokę wezmę za tło, uwydatniające prawdziwe rysy charakteru mego przyjaciela; bezwzględna prawda bowiem nie może już teraz czynić mu ujmy. Opiszę wiernie wszystkie najdrobniejsze jego ułomności. Raffles był nicponiem, niema co tego obwijać w bawełnę; kłamliwemi pochlebstwami nie uczciłoby się jego pamięci; ja sam wszelakoż nie lepiej postępowałem dawniej: wolałem przemilczać o niecnych intrygach; trwałem uparcie w nieprawościach i gotów byłbym grzeszyć dziś jeszcze podobnie, zostając pod urokiem, nadającym memu nicponiowi pozór bohatera. Nie będę wszelako taił prawdziwego stanu rzeczy, a na dowód szczerości wyznam ciężkie przewinienie, jakie popełnił względem mnie ów bohater.

 Dobieram słów starannie, lubo sprawia mi to przykrość; pragnę nie okazać się zdrajcą wobec przyjaciela mego, a jestem mimo to zmuszony wspomnieć o fatalnym dniu marcowym, w którym on powiódł mnie na pokuszenie i następnie do zbrodni. Złą oddał mi usługę, lecz była to drobnostka w porównaniu z podstępnym czynem, jakiego dopuścił się kilka tygodni później. Druga wyrządzona mi krzywda stanowiła przewinienie wobec społeczeństwa; powinienem był oskarżyć Raffles’a, publicznie przed laty. Względy natury osobistej nakazywały zachowanie tajemnicy. Sprawa ta obchodziła mnie zbyt blizko i zbyt srogą winowajcy groziła karą. Wmieszana do niej została przytem droższa mi od Raffles’a osoba, której nazwiska nie godzi się kalać, łącząc je z naszemi imionami.

 Dość wiedzieć, że byłem zaręczony z nią przed spełnieniem złowrogiego czynu w owym fatalnym dniu marca. Jej rodzina, wprawdzie niechętna połączeniu naszemu, nazywała to „mezaliansem”; nie miała jednak nad moją lubą bezpośredniej władzy i nastąpiłoby między nami zupełne porozumienie, gdyby nie mój niecny postępek.

 Takie było położenie rzeczy nieszczęsnej nocy, w której przegrawszy w baczka znaczną sumę i wystawiwszy rewers na ten dług honorowy, zwróciłem się naciśnięty potrzebą do Raffles’a.

 Po tem zajściu widziałem drogą mi kobietę razy kilka jeszcze; w końcu jednak dałem jej do zrozumienia, że ciążą na mnie winy, których dzielićby ze mną nie mogła i napisałem, że zrywam z nią stosunki. Pamiętam dokładnie straszne przebyte później chwile.

 Było to pod koniec maja; czułem się tak zgnębiony, iż nie mogłem zebrać myśli dla śledzenia w dziennikach biegu wypadków, Raffles umiał zawsze znaleźć wyjście z najtrudniejszego położenia, lecz dotychczas nigdy nie widziałem zblizka jego sztuczek. W tym czasie w Yorkshire wygrał kilkaset funtów sterlingów i ta okoliczność właśnie zbliżyła nas, gdy szedł do mieszkania swego w dzielnicy Albany.

 – Zapraszam cię na obiad z okazyi szczęśliwej wygranej – mówił do mnie – wyglądasz, Bunny, jakbyś potrzebował szukać pociechy na dnie butelki. Możebyśmy się zeszli w Café Royal o ósmej? Będę tam czekał na ciebie; wybiorę potrawy i wina.

 W Café Royal tedy zwierzyłem mu nierozważnie kłopotliwe położenie moje, zachęcony do ufności wypróżnioną po winie butelką koniaku. Opowiedziałem wszystko szczerze, a Raffles słuchał mnie z wielką uwagą. Zwięzłą treściwością w wyłuszczeniu faktów zjednałem sobie jego sympatyę. Żałował, że nie odwołałem się do niego zaraz z początku niefortunnej komplikacyi wypadków i doradzał stanowcze z moją bogdanką zerwanie. Nie posiadała ona ani grosza posagu, a ja nie mogłem jej zapewnić środków utrzymania, zdobytych uczciwą pracą. Wyjaśniłem Raffles’owi, że była sierotą, która większą część czasu spędzała na wsi w majątku ciotki arystokratki, a resztę dni roku u dumnego polityka w Palace Gardens. Stara ciotka, jak sądziłem, żywiła skrytą dla mnie w sercu słabostkę, ale szanowny jej braciszek od pierwszej chwili spoglądał na mnie z góry.

 – Hektor Carruther! – powtarzał Raffles nienawistne mi nazwisko, utkwiwszy we mnie swe chłodne, badawcze wejrzenie. – Musiałeś go widywać często?

 – Bynajmniej – odparłem – przeszłego roku spędziłem w jego domu dni parę, lecz od tej chwili nie zapraszał mnie, a gdym go chciał odwiedzić, kazał oznajmiać, że niema pana w domu. Oczywiście stara bestya umie poznawać się na ludziach.

 To mówiąc, roześmiałem się z goryczą.

 – Ma dom ładny? – pytał Raffles, zajęty oglądaniem swojej srebrnej cygarnicy.

 – Szczyt komfortu – odparłem – wszak znasz domy w dzielnicy Palace Gardens?

 – Nie tak dokładnie, jakbym tego pragnął.

 – Jego najokazalszy w szeregu innych pałaców. Dumny lord, bogaty jak Krezus, posiada swą rezydencyę wiejską wśród murów stolicy.

 – Jak urządzone są okienice? – pytał Raffles od niechcenia.

 Cofnąłem rękę, nie przyjmując cygara, które mi podawał. Spotkały się nasze oczy; w jego wzroku był błysk złośliwej filuteryi, wyraz szatańskiego zuchwalstwa, czyniący ze mnie powolne jego narzędzie wtedy i zawsze do ostatniej chwili. Zrazu jednak stawiłem opór hypnotyzującemu wejrzeniu, odpłacając je zimnym jak stal rzutem oka. Raffles nie potrzebował wypowiadać planów swoich; czytałem je dokładnie na jego uśmiechniętej o wydatnych rysach twarzy. Odsunąłem krzesło ze stanowczością, świadczącą o postanowieniu mojem.

 – Cóż z tego, choćbym znał ich urządzenie – rzekłem – dom, w którym podejmowano mnie gościnnie obiadem; w którym ją widziałem; dom gdzie ona spędza całe miesiące! Nie tłómacz wyraźniej twych myśli, Raffles, inaczej wstanę i wyjdę bezzwłocznie.

 – Nie uczynisz tego przed wypiciem kawy czarnej i likierów – odparł mój towarzysz ze śmiechem. – Wypal pierwej prawdziwie królewskie cygaro, pozwalając zrobić sobie uwagę, że skrupuły twoje zaszczytby ci czyniły, gdyby stary Carruther mieszkał jeszcze w rzeczonym domu.

 – Chcesz dowodzić, że on tam już nie mieszka?

 Raffles potarł zapałkę i podał mi ją uprzejmie.

 – Dowodzę, że niema już lokatorów tego nazwiska w Palace-Gardens. Od roku przeszło nie odwiedzałeś Carruther’a; to tłómaczy nasze małe nieporozumienie: ja miałem na myśli dom jedynie, a ty mieszkające w nim osoby.

 – Kto są te osoby obecnie? Kto wynajął ów dom, jeśli Carruther z niego się wyprowadził? Skąd wiedzieć możesz, że opłaciłyby się odwiedziny w pałacu?

 – W odpowiedzi na twoje pierwsze pytanie odpowiadam: że tam mieszka teraz lord Lochmaben – odparł Raffles, puszczając z cygara kłęby dymu pod sufit. – Spoglądasz zdumiony, jakbyś nigdy o nim nie słyszał; ponieważ w gazetach raczysz tylko czytać artykuły tyczące się sportu i zapasów atletycznych po cyrkach, nie możesz wiedzieć o liście nowomianowanych parów. Na drugie pytanie twoje nie warto odpowiadać: skąd wiem, że opłaciłyby się odwiedziny w pałacu? Mój interes wymaga, bym o wszystkiem był dokładnie powiadomiony i na tem koniec. Faktem niewątpliwym jest, że lady Lochmaben posiada brylanty nie mniejszej wartości od brylantów lady Carruther, a wnosić należy, iż przechowuje te kosztowności w miejscu, gdzie chowała swoje poprzednia lokatorka; czy mógłbyś mi bliższych w tym względzie udzielić objaśnień?

 Zdołałem przypadkowo to uczynić, gdyż wiedziałem od jego siostrzenicy, że lord Carruther z wyjątkową starannością badał sposoby zabezpieczania się od sztuczek złodziejskich. Pamiętałem, jak mocnymi ryglami opatrzone były okienice w oknach na dole, a we drzwiach pokojów i sieni wychodzących na ulicę znajdowały się dodatkowe sztuczne zamki, trudne do zauważenia. Obowiązkiem klucznika było wszystkie te zamki przed nocą pozamykać i klucze z sobą zabierać. Klucz od skarbca tylko pozostawał pod wyłączną strażą samego pana domu.

 Ten skarbczyk tak był zręcznie ukryty, że nie potrafiłbym go nigdy odnaleźć, gdyby w niewinności serca nie pokazała mi owej kryjówki pewna osóbka, mówiąc, że nawet jej małowartościowe biżuterye były tam na noc zawsze uroczyście składane. Skarbczyk, wmurowany w róg ściany za szafami biblioteki, przechowywał drogocenne klejnoty lady Carruther: niewątpliwie Lochmaben’owie na ten sam cel używali skrytki, a wskutek zaszłej zmiany w personelu lokatorów, nie wahałem się udzielić Raffles’owi żądanych objaśnień. Odrysowałem mu nawet na karcie spisu potraw plan rozkładu mieszkania na dole.

 – Przezornie zrobiłeś, zwracając uwagę na urządzenie sztucznych zamków – rzekł mój towarzysz, chowając rysunek do kieszeni. – Nie pamiętasz, czy takim zamkiem opatrzone były drzwi frontowe?

 – Niema w nich podobnego zatrzasku – odparłem – mogę temu zaprzeczyć stanowczo, gdyż miałem raz powierzony klucz od wspomnianych drzwi, gdyśmy razem spędzali wieczór w teatrze.

 – Dziękuję ci, stary druhu – odezwał się Raffles życzliwie. – Nie potrzebuję nic więcej od ciebie, mój chłopcze. Wiwat, niech żyje noc dzisiejsza!

 Takiego używał zwykle wyrażenia, gdy w myśli układał najzdradliwszą jaką sztuczkę. Spojrzałem na niego przerażony. Cygara nasze nie były jeszcze dopalone, mimo to zadzwonił o rachunek. Nie mogłem mu czynić uwag póki nie znaleźliśmy się na ulicy.

 – Pójdę z tobą – rzekłem, biorąc go pod rękę.

 – To nie miałoby sensu, Bunny!

 – Dlaczego nie miałoby mieć sensu? Znam dokładnie miejscowość, a skoro dom zmienił lokatorów, nie doświadczam wyrzutów sumienia. Bywałem tam w odmiennym wprawdzie charakterze, lubo nie przynoszącym mi zaszczytu. Jest się zawsze złodziejem czy kradnie się grosz, czy cały funt sterling!

 Zwykłem tak dowodzić, gdy mam krew wzburzoną; mój przyjaciel jednak nie umiał się poznać na objawach rozdrażnienia mego. Przeszliśmy Regent-Street w milczeniu; musiałem trzymać się jego rękawa, nie mogąc znaleźć oparcia na niegościnnem ramieniu towarzysza.

 – Sądzę, że lepiej zrobiłbyś, rozstając się ze mną – rzekł po chwili Raffles – obecność twoja dla mnie zupełnie niepożądana.

 – Przypuszczałem, że przeciwnie byłem ci już bardzo przydatnym.

 – Nie przeczę, Bunny; mówię jednak szczerze, że tej nocy nie radbym mieć z ciebie świadka.

 – Znam miejscowość obcą dla ciebie – nalegałem – wskażę ci drogę, nie ujmując ani szeląga z worka twojej zdobyczy.

 Taką metodę stosował względem mnie zawsze z powodzeniem: odmawiał i odradzał z początku, a potem ustępował dobrodusznie; lecz on czynił to śmiejąc się wesoło, gdy ja unosiłem się często i traciłem panowanie nad sobą.

 – Ty mały kruku – żartował – otrzymasz swoją cząstkę zysku, czy zechcesz narzucać mi się uparcie, czy zaniechasz myśli towarzyszenia mi w tej wyprawie. Mówmy seryo; alboż dziewczyna tak głęboko utkwiła ci w pamięci?

 – Cóż z tego! – odparłem z żałosnem westchnieniem. – Dowodziłeś, że wypada z nią zerwać. Szczęśliwie się stało, że nie czekając twojej rady, sam o tem pomyślałem i pisałem do niej w tym celu w niedzielę. Dziś mamy wtorek, a dotychczas nie odpowiedziała ani jednem słowem; to przyczynia mi ciężkiego niepokoju.

 – Może adresowałeś list do Palace-Gardens?

 – Nie; wysłałem moją odezwę na wieś; gdziekolwiek jednak przebywałaby adresatka, mogłaby mnie już dojść jej odpowiedź.

 W Albany przystanęliśmy w pobliżu Picadilly.

 – Nie radbyś zajść do domu i przekonać się, czy list nie czeka tam na ciebie? – pytał Raffles.

 – Nie mam tego zamiaru – odparłem. – Skoro postanowiłem zerwać z nią, zapóźno już cofać powziętą decyzyę. Zaniechałem dalszej znajomości z tą kobietą i gotów jestem dotrzymać ci placu.

 Ręka, rzucająca najzręczniej w Europie kulami bilardowemi, spadła na moje ramię z zadziwiającą szybkością.

 – Bardzo dobrze, Bunny; zatem rzecz skończona, ale odpowiedzialność niechaj spadnie na głowę twoją, jeśli ci się przytrafi co złego. Tymczasem wstąpmy do mnie dla wypalenia cygara i wypicia filiżanki herbaty, w jakiej musisz zagustować dla nabrania animuszu w nowem twojem rzemiośle. Gdy nadejdzie pora właściwa, wyruszymy razem na zdobycie złotego runa, mój chłopcze.

 Mam żywo w pamięci chwile spędzone w jego pokoju, z oczyma niespokojnie śledzącemi posuwanie się wskazówek na zegarze, podczas gdy w myśli usiłowałem daremnie rozwiązać tajemniczą zagadkę, której wyjaśnienia Raffles odmawiał mi nielitościwie. Przypuszczał, że wyczekiwałem niecierpliwie tej przewodniej niteczki Aryadny; niedoświadczenie w grze, w której on był mistrzem, stanowiło ciężką próbę, przyczyniającą mi gwałtownego wzruszenia. Odnalazłszy w myśli jednak poszukiwany punkt wyjścia, doszedłem bezzwłocznie do równowagi, co zaraz spostrzegł Raffles i co zdumiewało go niepomiernie.

 Przejmowała mnie coraz większa odraza do czynu, na który zgodziłem się dobrowolnie; nietylko wstrętną mi była myśl wejścia w taki sposób do tego domu, a niechęć rosła w miarę jak ustępowało sztuczne podniecenie, rozpalające krew moją, lecz rozumiałem coraz jaśniej, że odważamy się na krok ryzykowny, mogący mieć groźne następstwa. Obawy te wyznałem Raffles’owi i serdecznie wdzięczny mu byłem, gdy oświadczył, że ta trwoga jest najnaturalniejszem w świecie uczuciem. Upewniał mnie jednocześnie, że lady Lochmaben i jej drogocenne klejnoty miał już na oku od kilku miesięcy, że obserwował je czas długi, rozważając, które wybrać a które odrzucić, że czekał jedynie na topograficzny opis miejscowości, jaki szczęśliwem zrządzeniem losu mogłem mu udzielić. Dowiedziałem się także, iż miał on na liście kilka innych domów, których urządzenie pragnął również poznać przed wykonaniem planów swoich. W jednym z jubilerów na Bond-Street znalazł wiernego sojusznika.

 Żałuję, że cały świat nie mógł go widzieć, słyszeć, wąchać dymu jego woniejącego cygara, gdy mnie wtajemniczał w arkana nikczemnego swego rzemiosła. Tej nikczemności nie zdradzał ani wzrok, ani wysłowienie mego towarzysza; lepszego od Raffles’a oratora nie zdarzyło mi się spotkać w życiu, a nie pamiętam, iżby kiedykolwiek przemówienia swoje kalał klątwą, lub chociaż nieprzyzwoitem słowem. W owej chwili wyglądał jak człowiek, który dopiero-co ukończył staranną toaletę na obiad proszony, a nie jak ten, który ów obiad spożył, zakropiwszy go paru butelkami wyborowego trunku; jego kędzierzawe włosy umiarkowanej długości czarne jak heban; na gładkiej, pełnej wyrazu twarzy nie pojawiała się zmarszczka żadna; całe zaś urządzenie mieszkania z rzeźbionemi na książki szafami, z meblami dębowymi, obrazami znakomitych mistrzów pendzla na ścianie świadczyły o wykwintnym guście właściciela.

 Około pierwszej po północy dojechaliśmy dorożką do kościoła w Kensington, zamiast obrać krótszą prowadzącą tam drogę. Unikając rozmyślnie tych dróg prostych, Raffles natrafił w dalszym ciągu na bal odbywający się w Pokojach Cesarskich, którego goście w przestankach między tańcami wychodzili odetchnąć chłodnem powietrzem pustej o tej godzinie ulicy. Nie chcąc zwracać ich uwagi, towarzysz mój prowadził mnie czas jakiś przez ulicę Kościelną a następnie ciasnymi zaułkami na Palace-Gardens. Znał ów upatrzony dom niemniej dokładnie ode mnie; przypatrywaliśmy mu się z chodnika po drugiej stronie. Nie panowała w nim ciemność zupełna; widać było światło w sieni, a jaśniej jeszcze świeciło się w zabudowaniach stajennych w głębi.

 – Niepożądana mitręga – rzekł Raffles – panie widocznie wyjeżdżały gdzieś na wieczór i mogą nam zepsuć projektowaną zabawę! Naturalnie, położą się one wcześniej od służby pałacowej, ale bezsenność prześladuje częstokroć płeć piękną niemniej jak ludzi trudniących się naszem rzemiosłem. Jeden z mieszkańców rodzaju męzkiego jest także prawdopodobnie nieobecny – syn właścicieli domu; on jednak, jako niepoprawny Don-Jouan, może tej nocy nie wracać do domu wcale.

 – Zatem drugi egzemplarz Aleksego Carruther! – szepnąłem, przypomniawszy sobie człowieka, który wśród członków wzmiankowanej rodziny najmniej był mi sympatyczny.

 – Mogą być braćmi rodzonymi z usposobienia – odparł Raffles, znający wszystkich hulaków w mieście. – Z tem wszystkiem, Bunny, sądzę, że obecność twoja jest mi niepotrzebną.

 – Dlaczego?

 – Jeśli drzwi frontowe przymknięte tylko, a dokładne są twoje objaśnienia tyczące się zamków sztucznych, wejdę do domu śmiało, jak gdybym był synem miejscowych gospodarzy.

 To mówiąc, brzęknął pęczkiem kluczy noszonych przy łańcuszku od zegarka, jak zwykli nosić uczciwi ludzie swoje klucze od zatrzasku.

 – Zapominasz o drzwiach wewnętrznych i o skarbcu.

 – Prawda; mógłbyś w tem być mi pomocnym. Nie radbym jednak narażać cię bez koniecznej do tego potrzeby.

 – Próżne skrupuły; wskażę ci drogę – odparłem i bezzwłocznie przeszedłem szeroką ulicę z okazałymi ogrodami dokoła domów, a szedłem tak śmiało, jak gdyby gmach, do którego dążyłem, był moją własnością. Sądziłem, że Raffles pozostał w tyle, gdyż nie słyszałem kroków jego za sobą, lecz odwróciwszy się, ujrzałem go tuż obok, gdym stanął przy bramie.

 – Muszę cię nauczyć chodzić – mówił, potrząsając głową – nie powinieneś piętami dotykać ziemi. Stąpaj po darninie nad uliczką; żwir pod nogami szeleści, a ślady pozostawione na klombach kwiatowych bywają zdradne. Czekaj: tędy przeniosę cię ostrożnie.

 Wypadało przejść drogę, którą zajeżdżały przed dom powozy i gdzie padało światło lampy z przedpokoju; żwir wyżłobiony kołami, groził usuwaniem się głośnem za każdym krokiem. Raffles trzymając mnie na rękach, przebył niebezpieczne miejsce, jak skradający się po zdobycz lampart.

 – Zdejm obuwie i włóż je do kieszeni, to najważniejsze! – szepnął mój towarzysz. Poczem wyjął ostrożnie pęczek kluczy, probował kolejno kłaść je w zamek a za trzecim otworzył drzwi do sieni. Gdyśmy stali jeszcze na słomiance i on zwolna drzwi przymykał, zegar w przedpokoju wydzwonił półgodziny dźwiękiem tak mi dobrze znanym, że uchwyciłem Raffles’a za rękę. Moje półgodziny szczęścia ubiegały przy takich właśnie dźwiękach! Przerażonym wzrokiem rozglądałem się dokoła. Kołki na kapelusze i wieszadła dębowe przypominały mi również przeszłość. Raffles śmiał się, trzymając drzwi na oścież otwarte, jakby tem samem zachęcał mnie do cofnięcia się w porę.

 – Skłamałeś przedemną! – wymawiałem szeptem.

 – Nie mam tego na sumieniu – odparł. – Meble są Hektora Carruther, ale mieszkanie jest lorda Lochmaben. Patrz!

 Pochylił się i podniósł z ziemi zgniecioną kopertę telegramu, na której przeczytałem skreślony ołówkiem adres: „Lord Lochmaben”. Wyjaśniło mi to zaraz położenie rzeczy: moi znajomi odnajęli mieszkanie umeblowane i każdy byłby mnie o tem uprzedził, za wyjątkiem Raffles’a.

 – Dobrze; zamknij drzwi – mówiłem.

 On nietylko drzwi te przymknął bez najlżejszego hałasu, ale jeszcze zasunął delikatnie ciężki rygiel.

 Po chwili dobieraliśmy się już do drzwi biblioteki: ja trzymałem w jednej ręce latarkę, w drugiej buteleczkę z oliwą, on wytrychy i maleńką piłkę. Sztuczny zatrzask znajdował się wysoko nad klamką, tak, że zegar wybił drugą wśród ciszy nocnej, zanimeśmy zdołali dostać się do wnętrza pokoju.

 Pierwszem staraniem Raffles’a było obwinąć serce dzwonka chustką jedwabną, zdjętą z wieszadła w przedpokoju, a następnie zabezpieczyć dla siebie i dla mnie na wszelki wypadek ucieczkę, otwierając okienicę i okno. Szczęściem noc była cicha, wiatr nie przeszkadzał wykonywaniu naszego zadania. Mój towarzysz zaczął więc operować przy skarbcu, ukrytym za szafami, podczas gdy ja trzymałem straż na progu. Stałem tak z dziesięć minut, przysłuchując się poruszaniu ciężkiego wahadła zegarowego i lekkiemu zgrzytowi przepiłowywanego przez Raffles’a zamka, gdy naraz inny jeszcze szmer ściął mi krew w żyłach: było to ostrożne drzwi otwieranie w galeryi na górze.

 Chciałem przestrzedz mego przyjaciela, lecz on miał się na baczności. Przykręcił knot w swojej lampce a po chwili czułem już oddech jego na karku. Za późno już było na porozumiewanie się szeptem, niepodobieństwem zatarcie poczynionych piłką w drzwiach skarbca uszkodzeń. Staliśmy: ja na progu, on tuż za mną, a ktoś ze świecą w ręku schodził ostrożnie ze schodów.

 Osoby tej nie mogliśmy dojrzeć, lecz z szelestu sukni kobiecej należało wnosić, że to była jedna z pań miejscowych w stroju wieczorowym, nie zdjętym jeszcze po powrocie z balu, czy z teatru. Gdy padło na nas światło świecy, cofnąłem się w tył instynktownie, jednocześnie ciężka ręka przysłoniła mi usta.

 Musiałem wybaczyć Raffles’owi użycie względem mnie takiej przemocy, inaczej byłbym krzyknął głośno, gdyż dziewczyną ze świecą w ręku, dziewczyną w balowym stroju i z listem wysyłanym na pocztę w dłoni, była właśnie istota, którą najmniej ze wszystkich na świecie pragnąłbym spotkać w podobnych okolicznościach – ja, złodziej nocny w domu, w którym z jej przyczyny niechętnie byłem przyjmowany!

 Zapomniałem o Raffles’ie; zapomniałem o ciężkiej nie do darowania krzywdzie, jaką wyrządzał w tej chwili; zapomniałem nawet o jego dłoni zatykającej mi usta, póki nie był tyle uprzejmy i nie usunął jej dobrowolnie. Dla mnie istniała tylko ta dziewczyna, zwracająca na siebie wyłącznie oczy i uwagę moją. Ona nie widziała i nie słyszała nas; szła nie oglądając się ani na prawo, ani na lewo. W pobliżu znajdowała się skrzynka, w którą rzucano listy na pocztę; pochyliła głowę, by przy świecy odczytać, o której godzinie korespondencya bywa wyjmowaną.

 Rozlegało się głuche „tik-tak” zegarowe. Postawiła świecę na stole, list ujęła oburącz, a na jej słodkiem obliczu widocznym był wyraz szczerego niepokoju, wywołujący łzy w moich oczach. Zauważyłem, że otworzyła świeżo zapieczętowaną kopertę i odczytywała ponownie odezwę swoją, jakby coś chciała zmienić w jej treści. Zapóźno już było na taką poprawkę; oderwała więc różę od boku i wsunęła ją do listu, a ja wtedy nie zdołałem powstrzymać głośnego jęku.

 Czy można się tem u dziwić? List był do mnie adresowany. Byłem tego tak pewny, jakbym czytał adres przez jej ramię. Miała charakter niezłomny, niby stal hartowna; do nikogo innego nie pisałaby i nie przesyłała róży o tej nocnej porze! Wysyłała list w tajemnicy, a czyniła to, aby złagodzić wyrzuty, na jakie zasłużyłem, złagodzić je różą płomienną, jak jej gorące serce. Ja zaś kimże byłem? – niecnym złodziejem, schwytanym na gorącym uczynku kradzieży! Sam jednak nie wiedziałem o głośnym mimowolnym wykrzykniku moim, póki ona nie spojrzała przerażona, a ręce mego towarzysza w tyle nie przykuły mnie do miejsca.

 Myślę, że musiała nas dojrzeć w cieniu, mimo to nie objawiała choćby głośniejszym oddechem przerażenia swego, odważnie spoglądając w naszą stronę. Staliśmy, jak skamieniali; tylko poruszenie wahadła zegarowego świadczyło, że musiała upłynąć minuta cała wśród tej ciężkiej, jakby zmory sennej. Niebawem jednak nastąpiło przebudzenie. Gwałtowne łomotanie i dobijanie się do drzwi frontowych przywróciło nam trojgu poczucie rzeczywistości.

 – Syn właściciela domu! – szepnął Raffles, ciągnąc mnie do okna, które miało nam ułatwić ucieczkę. On pierwszy wyskoczył, lecz wstrzymał mnie, gdy chciałem iść jego śladem, wołając: „Cofnij się, cofnij; wpadliśmy w zasadzkę“. W ciągu krótkiej sekundy widziałem, jak jednego człowieka przewróciwszy na ziemię, uciekał, goniony przez drugiego. Trzeci biegł ku mnie do okna. Cóż mogłem innego zrobić, jak tylko szukać ukrycia wewnątrz domu? W sieni spotkałem się oko w oko z moją ukochaną a straconą dziewczyną.

 Do tej chwili ona nie poznawała mnie. Spieszyłem jej z pomocą, widząc, że jest blizką zemdlenia. Dotknięcie mojej ręki przywołało ją do przytomności; odtrąciła mnie od siebie i odezwała się głosem zdławionym:

 – Ty, na Boga! ty jesteś! – Nie mogłem znieść bolesnego dźwięku jej mowy; biegłem z powrotem do okna biblioteki. – „Nie tędy, nie tędy!“ – wołała z rozpaczą – „wejdź tutaj“ – szepnęła, wskazując komórkę pod schodami, gdzie wisiały kapelusze i paltoty. Potem z głośnem łkaniem zamknęła drzwi za mną.

 Słychać było bieganie, hałas, alarm, wszczęty w całym domu. Lekkie kroki dochodziły uszu moich z galeryi na górze.

 Nie wiem, co skłaniało mnie do włożenia na nogi zdjętych poprzednio kamaszy; była to jakby instynktowna chęć wyjścia i oddania się w ręce poszukujących złoczyńcy ludzi. Nie potrzebuję mówić, czyje wspomnienie powstrzymało mnie od tego. Słyszałem powtarzane jej imię i niesiony ratunek zemdlonej. Poznałem wstrętny dla mnie głos Aleksego Carruther ochrypły, jak bywają zwykle głosy hulaków, zwracany do drogiej mi dziewczyny i cichą jej odpowiedź na pytanie przez kogoś drugiego zadane; to mnie przekonało, że ona nie straciła przytomności.

 – Powiadasz pani, że uciekł na górę? Jesteś tego pewną?

 Nie dosłyszałem słów przez nią wyrzeczonych; musiała prawdopodobnie ruchem ręki tylko wskazać na wschody, gdyż zaraz rozległo się takie tupotanie nad moją głowa, że zacząłem być w trwodze o własną skórę. Głosy jednak i krzyki oddalały się stopniowo a niebawem doszły mnie inne lekkie kroki. W rozpaczy wyszedłem z ukrycia na spotkanie mojej wybawicielki, odwracającej odemnie oczy, jakbym również uczynił od spodlonej jak ja istoty.

 – Spiesz się! – mówiła surowym lubo cichym tonem, wskazując na wyjście.

 Stałem przed nią, uparcie; serce moje buntowało się, dotknięte ostrem brzmieniem jej głosu; zobojętniało na wszelkie inne względy osobistego bezpieczeństwa. Spojrzałem na list, który zmięty trzymała jeszcze w ręku.

 – Prędko! – wołała, tupiąc nogą – jeśli mogłeś dbać kiedykolwiek...

 Ostatnie słowa wypowiedziała bez goryczy, bez pogardy, a jedynie błagalnym dźwiękiem, rozniecającym przygasającą we mnie namiętność uczuć. Rzuciłem ostatnie na nią wejrzenie i odszedłem, jak sobie tego życzyła – przez wzgląd na nią, nie na siebie. Odchodząc, słyszałem, jak darła list na drobne kawałki i rzuciła na ziemię.

 Wtedy stanął mi na myśli Raffles; miałem ochotę go zabić za to, co uczynił. Niewątpliwie siedział w tej chwili spokojny, bezpieczny w mieszkaniu swojem na Albany, nie troszcząc się wcale, jaki los spotkać mnie może. W każdym razie wypadek dzisiejszy zakończy stosunki nasze wzajemne, jak smutnym końcem wszystkiego dla mnie było przedsiębrane złowrogie nocne dzieło! Chciałem iść zaraz i oświadczyć Raffles’owi, że postanowiłem z nim zerwać, pierwej jednak należało wydostać się z matni, w jaką mnie wtrącił. Zaledwie wszelako uczyniłem krok jeden, zaraz cofnąłem się w rozpaczy. Czyniono poszukiwania za złodziejami w krzakach między dziedzińcem a ulicą; latarka policyanta przeświecała przez zieleń liści, poszukiwaniami zaś kierował młody człowiek w wieczorowym stroju. Tego eleganta należało mi niepostrzeżenie wyminąć, lecz gdym tylko nogę postawił na żwirze ulicznym, on odwrócił się i poznałem w nim Raffles’a.

 – Hola! – zawołał – przyszedłeś także brać udział w pościgu za złodziejami? Szukałeś ich już w pałacu? Lepiej zrobisz, pomagając nam odnaleźć ptaszków, ukrywających się pewnie gdzieś w ogrodzie. Bądź spokojny, panie stójkowy; to drugi gentleman z Pokojów Cesarskich.

 Pomagaliśmy dzielnie w bezowocnych naturalnie poszukiwaniach, póki nie nadeszło więcej policyantów a szorstka odprawa drażliwego rewirowego nie posłużyła nam za pretekst do odejścia, trzymając się pod ręce. Tym razem jednak Raffles oparł dłoń na mojem ramieniu a tę dłoń jego odtrąciłem z gniewem, gdyśmy się tylko oddalili od miejsc, będących świadkiem hańby naszej.

 – Wiesz, kochany Bunny, co mnie skłoniło do powrotu? – zagadnął.

 Odpowiedziałem szorstko, że tego nie wiem i o to nie dbam.

 – Miałem do czynienia z istnym dyabłem – ciągnął dalej mój towarzysz – przeskoczyłem przez trzy parkany ogrodowe, on równie zręcznie skakał przez nie, pędząc za mną w ten sposób, aż na High Street. Gdyby zdyszany głos dozwolił mu krzyczeć, byłbym zgubiony. Jak tylko dobiegłem do rogu ulicy, zrzuciłem z siebie paltot i oddałem go za biletem do kontramarkarni Pokojów Cesarskich.

 – Musiałeś również mieć bilet i na odbywającą się w nich zabawę taneczną? – szydziłem. Przypuszczenie to było prawdopodobnem, gdyż Raffles zaopatrywał się w bilety na wszystkie zabawy sezonowe Londynu.

 – Nie obchodziły mnie dziś tańce – odparł – skorzystałem tylko z tej sposobności, by poprawić nieład mojej toalety i pozbyć się zauważonego przez ścigających nas ludzi paltota, który wstąpię odebrać teraz. Podobnych zajść nie zwykłem tak bardzo brać do serca; mogłem tedy wejść na salę, gdzie spotkałbym niewątpliwie kogo ze znajomych, a byłbym nawet przetańczył walca, gdyby nie ciężki niepokój o ciebie, Bunny.

 – Zaszczyt ci to robi, żeś wrócił, iżby mi przyjść z pomocą – zauważyłem – lecz skłamać przedemną i tem kłamstwem ściągnąć mnie podstępnie do tego domu było niegodziwością z twej strony, Raffles; tego nigdy ci nie przebaczę.

 Mój przyjaciel ujął mnie znowu pod rękę. Dochodziliśmy do High-Street u bram Palace Gardens, a ja czułem się tak zgnębiony, że mimo czynionych postanowień nie miałem siły zwalczać uroku, jaki on na mnie wywierał.

 – No, no, Bunny – mówił – nie było w tem żadnych zdradzieckich podstępów. Wszak robiłem wszystko, co mogłem, by ci odradzać towarzyszenie mi w tej nocnej wyprawie; nie chciałeś mnie słuchać.

 – Gdybyś był powiedział prawdę, nie odważyłbym się na czyn podobny. Na co zdało się jednak mówić o tem teraz? Możesz przechwalać się z twojej przygody, z której wyszedłeś bez szwanku. Obojętny ci los, jaki mnie spotkał.

 – Tak dalece ten los twój nie był mi obojętnym, że wróciłem, by zaradzić złemu.

 – Mogłeś oszczędzić sobie tej fatygi! Wyrządzoną mi została krzywda niczem nie nagrodzona. Czyż nie poznałeś, Reffles’ie, kto ona była?

 Mówiąc to, chwyciłem go za ramię.

 – Odgadłem niestety! – rzekł z taką powagą, która mnie nawet zdziwiła.

 – Nie ty bynajmniej, ona mnie wyratowała; przyczynia mi to najsroższych cierpień! – zawołałem.

 Opowiedziałem mu, co zaszło, szczycąc się w żalu moim tą, którą z jego winy straciłam na zawsze. Gdym kończył mówić, doszliśmy do High-Street; dźwięki tanecznej muzyki dochodziły wśród ciszy nocnej z Pokojów Cesarskich; zawołałem dorożkę, a Raffles odchodząc, rzekł do mnie:

 – Nie należy mówić, że smuci mnie, co zaszło. Wyznanie tego smutku w podobnych okolicznościach powiększa jeszcze wyrządzoną zniewagę. Wierz mi jednak, Bunny, przysięgam, że nie domyślałem się, iż ona jest w tym domu.

 W głębi serca uwierzyłem jego słowom, lecz nie chciałem okazać tego.

 – Wspominałeś sam przecież, że odezwę twoją wysłałeś do niej na wieś? – zauważył Raffles.

 – List, pisany tej nocy i ukradkiem przez nią znoszony do skrzynki pocztowej był właśnie odpowiedzią, jakiej wyczekiwałem niecierpliwie – odparłem z goryczą – byłbym to pismo otrzymał jutro. Teraz nie dojdzie mnie już od niej żadne słowo ani w tem, ani w przyszłem życiu; straconą jest dla mnie na zawsze! Nie składam całej winy na ciebie. Nie wiedziałeś tak dobrze jak ja, że ona tu bawi. Skłamałeś jednak o wyprowadzeniu się z domu na Palace-Gardens jej rodziny i tego kłamstwa nie przebaczę ci nigdy!

 Uniosłem się gniewem; dorożka czekała tymczasem.

 – Nie dodam nic nad to, com już powiedział – rzekł Raffles, wzruszając ramionami. – Czy było to kłamstwem, czy prawdą, w każdym razie nie miało na celu skłonienie cię do brania udziału w wyprawie; pragnąłem tylko otrzymać z ust twoich potrzebne objaśnienia. Co się tyczy starego Hektora Carruther i lorda Lochmaben, każdy inny na twojem miejscu byłby zrozumiał położenie rzeczy.

 – Jakie położenie?

 – Powiedziałem już, o co chodzi.

 – Powtórz raz jeszcze.

 – Nie potrzebowałbym tego czynić, gdybyś uważniej czytywał gazety; jeśli chcesz wiedzieć, stary Carruther figurował na liścia zaszczyconych godnością parowską i obrał sobie tytuł lorda Lochmaben.

 Więc to był niegodny wybieg a nie kłamstwo. Na ustach moich osiadł pogardliwy uśmiech, odwróciłem się, nie mówiąc słowa i odjechałam do siebie na Mount Street, miotany wściekłym gniewem. Dowodził, że nie skłamał! Był to właśnie rodzaj najnikczemniejszego kłamstwa, mającego pozory prawdy, o które nie byłbym nigdy posądzał Raffles’a. Dotychczas w stosunku wzajemnym przestrzegaliśmy pewnego stopnia zasady uczciwości, o ile to możliwe między złodziejami. Teraz wszystko skończone; Raffles oszukał mnie; przyprawił o zgubę; nie chciałem słyszeć o nim więcej podobnie jak ta, której nazwiska nie godzi mi się wymieniać, nie usłyszy o mnie nigdy w życiu!

 A jednak w goryczy serca mego potępiając ciężko Raffles’a, nienawidząc podstępny czyn jego, w głębi duszy uznawać musiałem, że on nie miał złych względem mnie intencyj, że daleką była od niego myśl wyrządzenia mi jakiejkolwiek krzywdy; wynikło to raczej z nieporozumienia. Rzeczywiście towarzysz mój wspominał o nowomianowanym lordzie Lochmaben i i jego spadkobiercy w sposób, który powinien mi był nasunąć wniosek, że mowa o Aleksym Carruther, moją było winą, iż nie umiałem domyślić się prawdy. Raffles odradzał mi zresztą usilnie branie udziału w tej nieszczęsnej wyprawie; wprawdzie gdyby był jaśniej się tłómaczył, byłbym mu przeszkodził w wykonaniu jego zamiarów. W gruncie rzeczy przyznać jednak musiałem, że mój przyjaciel nie uchybił przyjętym wśród nas honorowym zobowiązaniem; trudno mi zawsze w sądach moich odłączyć przyczynę od skutku, czyn od intencyi. Tem więcej nie byłem zdolny w tym razie do sprawiedliwego ocenienia pobudek Raffles’a.

 W ciągu kilku następnych dni skwapliwie odczytywałem dzienniki, a znajdowane w nich szczegóły o nieudanej kradzieży w Palace-Gardens uspakajały mnie w części. Donoszono, że bezskutecznemi okazały się zbrodnicze zamiary łotrów, że nic nie zostało skradzione. Przytem... jedyna osoba z pośród domowników, która przypadkowo spotkała jednego ze złoczyńców, nie była w stanie udzielić o nim dokładnych objaśnień, zeznając, że w razie aresztowania złodzieja nie mogłaby go poznać.

 Nie będę rozwodził się nad sprzecznością uczuć, jakie to doniesienie budziło w sercu mojem, utrzymując w niem promyk złudnych nadziei do chwili, kiedy pewnego rana otrzymałem zwrot skromnego ofiarowanego jej podarku: były to książki – klejnoty z polecenia wyższej władzy zostały wzbronione – a te książki odesłała bez jednego w dodatku słowa, lubo adres na pakiecie jej ręką był skreślony.

 Postanowiłem nie widzieć więcej Raffles’a, niebawem jednak żałowałem tego postanowienia. Utraciłem istotę gorąco miłowaną, poświęciłem mój honor, a teraz dobrowolnie wyrzekałem się stosunku z człowiekiem, którego towarzystwo mogło mi w części nagrodzić poniesione straty. Dotkliwszem czynił jeszcze położenie stan moich finansów; z każdem nadejściem poczty obawiać się mogłem groźnego ultimatum od mego bankiera. Najważniejszem wszelakoż to było, że kochałem Raffles’a. Na moje uczucie nie oddziaływał wpływ występnego, wspólnie prowadzonego życia, a tem mniej wynikająca z tych występków korzyść materyalna; kochałem nie złoczyńcę, lecz człowieka śmiałego, pełnego humoru, niezrównanej odwagi, umiejącego w każdej okoliczności radzić sobie szczęśliwie. Przełamanie uczynionego postanowienia uważałem wprawdzie za objaw słabości, lecz gniew ustąpił wprędce, a gdy Raffles spróbował zarzucić na dzielącą nas przepaść złoty most zgody i pierwszy zgłosił się do mnie, powitałem go radosnym niemal krzykiem.

 On przyszedł jakby nic nie zaszło między nami – nie widzieliśmy się rzeczywiście dopiero dni kilka, lubo te dni wydawały mi się długimi miesiącami. Zauważyłem, że wzrok, który zwracał na mnie wśród obłoków tytuniowego dymu, nie był tak pogodny jak zazwyczaj. Doznałem też ulgi, gdy po krótkim wstępie dotknął najważniejszego dla ranie tematu.

 – Słyszałeś co o niej, Bunny? – pytał.

 – Doszła mnie stamtąd wiadomość – odparłem – lecz o tem nie będziemy z sobą mówili, Reffles’ie.

 – Jaka wiadomość? – zawołał jakby przykro zdumiony,

 – Wszystko między nami skończone – rzekłem – czy mogłeś spodziewać się czego innego?

 – Sam nie wiem – odparł mój przyjaciel – sądziłem, że dziewczyna, która narażała się odważnie, by człowieka wybawić z niebezpieczeństwa, nie zawaha się podać mu rękę z pomocy dla ratowania go ponownie od zguby.

 – Nie widzę, dlaczego miałaby się tak poświęcać? – zauważyłem z pobudek uczciwości, do których domieszało się rozdrażnienie, wypływające z samolubnych względów.

 – Wspomniałeś wszelakoż, iż słyszałeś o niej? – nalegał uparcie.

 – Odesłała mi nędzne podarki moje, bez jednego słowa od siebie – rzekłem.

 Nie chciałem wyznać Raffles’owi, że ofiarowywałem jej książki tylko. Pytał jeszcze, czy pewny jestem, że zwrot darów nastąpił z jej własnej woli, a usłyszawszy odpowiedź, położył rękę na mojem ramieniu, mówiąc, nie wiem czy z zadowoleniem, czy z żalem:

 – Jesteś więc stanowczo wypędzony z raju; gdybym to wiedział, byłbym wcześniej przyszedł do ciebie. No, Bunny, jeśli tam widzieć cię nie życzę sobie, jest małe piekiełko w Albany, gdzie będziesz witany z radością.

 Gdy to mówił, z pełnym uroku filuternym uśmiechem jego łączył się odcień smutku, którego znaczenie dziś rozumiem dopiero.

II. Skrzynka ze srebrem.

 Zarówno jak większa część trudniących się tym rzemiosłem ludzi, na których czele stał w przekonaniu mojem, Raffles gardził ciężkim, choćby z czystego złota lub srebra łupem, jeśli nie mógł go ukryć przy sobie. Niepodobny wszelakoż do drugich w tem jak we wszystkiem innem, mój przyjaciel dozwalał namiętności kolekcyonisty brać górę nad obowiązującą w zawodzie naszym przezornością. Stare oszklone szafy dębowe, za które płacił niewątpliwie gotówką jak każdy uczciwy obywatel, były napełnione drogocennymi metalowymi przedmiotami, odrobionymi kunsztownie, których nie śmiał używać i nie miał odwagi przetopić lub sprzedać. Przypatrywał im się tylko z zachwytem przez szyby, na czem zeszedłem go raz przypadkiem. Było to w drugim roku po odbytym przezemnie nowicyacie w zdradzieckim zawodzie, gdy w złodziejskich wyprawach niepoślednią już odgrywałem rolę. Przyszedłem do niego wezwany telegramem, w którym donosił, że zmuszony wydalić się z miasta, pragnie widzieć mnie przed wyjazdem. Mogłem sądzić, że chciał również żegnać się czule z bronzowymi talerzami i zaśniedziałymi srebrnymi przyborami, rozstawionymi dokoła niego, póki nie zwróciłem uwagi na dużą skrzynkę, w którą składał on te przedmioty kolejno.

 – Pozwól, Bunny – rzekł – iżbym zamknął drzwi za tobą, a klucz schował do kieszeni. Nie przypuszczaj, żebym chciał cię więzić, mój chłopcze, lecz między nami są tacy, którzy potrafią klucz przekręcić w zamku od zewnętrznej strony, lubo ja nigdy nie bawiłem się w podobne sztuczki.

 – Nie będziemy chyba mieli znowu do czynienia z Crawshay’em? – pytałem, nie zdejmując kapelusza z głowy.

 Raffles uśmiechnął się tym swoim czarującym uśmiechem tak głębokiego nieraz znaczenia; domyśliłem się bezzwłocznie, że spotkał naszego najzaciętszego wroga i najniebezpieczniejszego współzawodnika, dziekana wydziału starej szkoły.

 – Zobaczymy to dopiero – odparł mój towarzysz – nie widziałem go na oczy, odkąd ujrzawszy tego człowieka przez okno, padłem niby trupem na miejscu. Mniemałem, że on siedzi sobie spokojnie w więzieniu.

 – Niepodobne to na starego Crawshay’a – dowodziłem. – Zbyt on zręczny, by się miał dać przyłapać dwa razy. Zdaniem mojem, jest on księciem zawodowych złodziei.

 – Tak sądzisz? – odparł Raffles chłodno, przenikliwym wzrokiem wpatrując się we mnie – czekaj przynajmniej z mianowaniem książąt, póki nie odjadę.

 – Gdzie zamierzasz odjeżdżać? – pytałem, szukając miejsca na kapelusz i paltot, a następnie nalewając sobie kieliszek orzeźwiającego trunku z okazałego kredensu, będącego jednym z najdrogocenniejszych sprzętów mego przyjaciela – gdzie jedziesz, zabierając z sobą ten zbiór białych kruków?

 Raffles uśmiechnął się z zadowoleniem, słysząc określenie, jakie dałem cennej jego kolekcyi. Zapalił podobnie jak ja papierosa, lecz nie chciał krzepić się trunkiem.

 – Nie należy dwóch pytań zadawać naraz – mówił. – Otóż chcę, iżby odmalowano te pokoje, zaprowadzono w nich światło elektryczne i telefon, o który napierasz się od tak dawna, Bunny.

 – Ślicznie! – zawołałem. – Będziemy mogli rozmawiać z sobą w dzień i w nocy.

 – A w dodatku być podsłuchanymi i biedy sobie narobić. Będę czekał, aż ty pierwszy wpadniesz w pułapkę – zauważył złośliwie. – Potrzebne jednak odnowienie mieszkania nie dlatego, iżbym lubił zapach świeżej farby, lub wzdychał za światłem elektrycznem, lecz z przyczyn, które ci zwierzę pocichu, Bunny. Nie należy ci tego brać zbyt do serca, mój drogi, faktem jest wszelakoż, że zaczynają zadużo o mnie gadać w nieszczęsnem Albany. Musiał mnie wytropić ów stary wyżeł policyant Mackenzie; dotychczas położenie rzeczy nie jest bardzo groźnem, lecz nie życzę sobie właśnie dopuścić do tego. Miałem do wyboru: albo wynieść się stąd bezzwłocznie i potwierdzić tem samem plotki krążące w powietrzu, lub wydalić się na czas pewien pod pozorem nowych urządzeń w mieszkaniu, dających władzy pretekst do zajrzenia w każdy kącik. Cobyś zrobił na mojem miejscu, Bunny?

 – Wyniósłbym się, o ilebym mógł najprędzej – rzekłem.

 – Pewny byłem, że tak powiesz – odparł Raffles. – Przyznaj, o ile plan mój lepszy: zostawiam wszystko otworem.

 – Za wyjątkiem tej paki – mówiłem, wskazując na okutą dębową skrzynię, zawierającą poobwijane starannie wazony i kandelabry.

 – Tego ani zabieram, ani tutaj nie zostawiam – zauważył Raffles.

 – Co chcesz z tem robić?

 – Masz kredyt w banku i twego bankiera – odparł.

 Było to prawdą, lubo Raffles właśnie wyrobił mi ów kredyt w jednym, a zjednał dla mnie względy drugiego, gdym był naciśnięty potrzebą.

 – Cóż dalej?

 – Wnieś do kasy banku te pieniądze dziś po południu – rzekł, podając mi banknoty – i powiedz, że wygrałeś je w Liverpool’u i w Lincolnie; następnie zapytaj, czy nie chcieliby przyjąć w depozyt twoich sreber na czas kilku tygodni, które zamierzasz spędzić w Paryżu. Ja im szepnę, że to ciężka skrzynia – zbiór starych rodzinnych zabytków, które radbyś u nich złożyć, póki się nie ożenisz i nie urządzisz odpowiednio domu.

 Nie przystawałem na ostatnią wersyę, lubo zgodziłem się na wszystko inne. Tłómaczenia jego było dosyć prawdopodobnem. Raffles nie miał bankiera; trudno przychodziłoby mu wyjaśnić przed nim źródło znacznych sum w gotówce, jakie dostawały się niekiedy do rąk jego; być może, iż wyrobił dla mnie ten kredyt w przewidywaniu okoliczności, która nadarzyła się właśnie. W każdym razie nie mogłem odmówić jego żądaniu i przyjemnie mi dziś pomyśleć, że uczyniłem to z dobrą wolą.

 – Kiedy skrzynia będzie gotową? – pytałem, chowając podane mi przez niego banknoty. Jak zdołamy ją przewieźć w godzinach czynności bankowych, bez zwracania na to niczyjej uwagi?

 Raffles skinął z uznaniem głową.

 – Cieszy mnie – rzekł – iż tak prędko nabyłeś zawodowego doświadczenia. Myślałem zrazu, że będziesz mógł tę skrzynkę nocną porą sprowadzić do siebie, lecz mógłby cię kto dostrzedz i uznałem, że lepiej to uczynić za dnia dla nieściągania podejrzeń. Jazda na miejsce z ładunkiem zabierze ci kwadrans czasu, najlepiej więc, iżbyś załatwił się z tem jutro o trzy kwadranse na dziesiątą. Musisz jednak zaraz teraz podążyć do banku, jeśli chcesz należycie przygotować wszystko i wnieść do kasy pieniądze po południu.

 Ta stanowczość i dowolne rozrządzanie moją osobą wiernie maluje ówczesnego Raffles’a, który wyciągnął bezzwłocznie rękę do mnie z pożegnaniem. Byłbym chętnie jeszcze wypalił papierosa, gdyż miałem dwie do rozstrzygnięcia wątpliwości. Przedewszystkiem pragnąłem dowiedzieć się, gdzie odjeżdża mój przyjaciel, a to objaśnienie wymogłem na nim w chwili, gdym już zapinał paltot i wkładał rękawiczki.

 – Do Szkocyi – oświadczył krótko.

 – Tam chcesz spędzić święta Wielkanocne? – pytałem zdziwiony.

 – Dla wyuczenia się miejscowego narzecza – tłómaczył. – Nie władam żadnym cudzoziemskim językiem, ale ojczystą mowę pragnę uprawiać we wszystkich jej odcieniach. O pożytku takiej znajomości miałeś sposobność sam się przekonać, Bunny. Przyswoiłem sobie dyalekty używane w Irlandyi w Devonshire, w Norfolk, w Yorkshire, tylko akcent mowy szkockiej muszę mieć czystszy i nad tem popracować zamierzam.

 – Nie powiedziałeś dotychczas, gdzie adresować listy?

 – Pierwszy napiszę do ciebie, Bunny.

 – Pozwól przynajmniej odprowadzić się na dworzec – prosiłem, odchodząc – przyrzekam nie spojrzeć na bilet kolejowy; powiedz tylko, którym jedziesz pociągiem?

 – Wychodzącym o jedenastej minut dziesięć z Euston.

 Odszedłem, o nic więcej nie pytając, bo czytałem zniecierpliwienie na twarzy Raffles’a. Potrafił wszystko wyłożyć dokładnie, unikając długich dyskusyj, w których ja miałem upodobanie. Rachowałem, że będziemy mogli spożyć razem obiad, a zawód przyczyniał mi niezadowolenia; siedziałem chmurny, póki nie przyszło mi na myśl przeliczyć dane przez niego banknoty, poczem nie mogłem już chować do przyjaciela urazy. Suma była znaczna, co dowodziło, iż Raffles pragnął, abym czas spędzał przyjemnie mimo jego nieobecności. Bez skrupułu tedy powtórzyłem urzędnikom w banku ułożoną przez niego bajeczkę i przygotowałem wszystko dla złożenia w depozycie skrzynki następnego rana. Załatwiwszy się z tem, pojechałem do klubu, mając nadzieję, że zjawi się tam mój przyjaciel i jak tego pragnąłem, zjemy razem obiad; zawiodłem się w tym względzie. O ileż przykrzejszy był mój zawód dnia następnego, gdy podążyłem do Albany.

 – Pan Raffles wyjechał – rzekł odźwierny jakby z wymówką, gdyż cieszył się względami swego lokatora, który usługi jego wynagradzał hojnie.

 – Wyjechał? – powtórzyłem zdumiony – gdzież mógł jechać tak wcześnie?

 – Do Szkocyi.

 – Jakto? kiedy?

 – Pociągiem, wychodzącym o jedenastej minut dziesięć w nocy.

 – W nocy! Sądziłem, że odjedzie o jedenastej minut dziesięć rano?

 – Domyślał się on takiej pomyłki z pańskiej strony, skoro nie przyszedłeś go pożegnać. Kazał mi panu powiedzieć, że o tej godzinie rano nie odchodzi żaden pociąg.

 Byłbym mógł drzeć szaty z gniewu na siebie i na Raffles’a. Nie wątpiłem, że z właściwą sobie przebiegłością chciał się mnie pozbyć.

 – Czy zostawił jakie zlecenie? – pytałem zasępiony.

 – Dał dyspozycye tyczące się skrzynki. Pan Raffles mówił, że pan obiecałeś czuwać nad nią w czasie jego nieobecności; mam przyjaciela, któryby mógł wynająć na przewiezienie wózek. Należność zaspokoiłby pan Raffles.

 Przyznać muszę, że nietyle ciężar, ile rozmiary przeklętej skrzyni wprawiały mnie w kłopot, gdym wiózł ją obok klubu przez park o godzinie dziesiątej rano. Jakkolwiek w tył się cofałem, nie mogłem ukryć osoby mojej, a tem więcej ogromnej okutej paki: podrażniony, wyobrażałem sobie, że zrobioną była nie z drzewa, lecz ze szkła, przez które świat cały mógł widzieć podejrzaną jej zawartość. Raz spotkany konstabl za naszem zbliżeniem podniósł w górę laseczkę, a ja złowrogie znaczenie przypisywałem tej zwykłej ceremonii. Gdy ulicznicy biegli za nami – może to nawet nie za nami, tylko mnie się zdawało – w ich krzyku rozróżniałem wyraźnie słowa: „Trzymaj złodzieja!“ Była to rzeczywiście jedna z najprzykrzejszych przejażdżek moich w życiu Horresco referens.

 W banku jednak, dzięki przezorności i hojności Raffles’a, wszystko poszło gładko jak po maśle. Zapłaciłem dorożkarza, dałem suty napiwek wysokiemu posługaczowi w liberyi, który pomagał zanosić skrzynkę i byłbym chętnie obsypał złotem urzędnika bankowego przyjmującego depozyt, który śmiał się z moich konceptów na temat nieprzyjemności, wynikających z posiadania rodzinnych sreber. Doznałem jednak przykrego wrażenia, gdy mi oświadczył, że bank nie wydaje kwitów na tego rodzaju depozyty. Teraz wiem, że z małym wyjątkiem postępują w ten sposób wszystkie banki londyńskie, wtedy jednak miałem zatrwożoną minę, jak gdybym narażał na niebezpieczne ryzyko wszystko, do czego największą przywiązuję cenę.

 Zrzuciwszy ciężar z rąk i z myśli, resztę dnia byłbym przyjemnie dość spędził, gdyby nie zagadkowy, budzący niepokój bilecik, otrzymany wieczorem od Raffles’a.

 Należał on do liczby ludzi, którzy telegrafują często, a rzadko tylko pisują listy. Czasami jednak przesyłał skreślonych słów kilka przez umyślnego posłańca. Kartkę do mnie pisał naprędce w pociągu:

 „Baczność, książę profesorów! Gdy odjeżdżałem, płynął znowu z wiatrem. Jeśliby istniał najlżejszy powód niepokoju, cofnij zastaw i trzymaj go u siebie jako cenny towar,

 A. J. R.

 P. S. Dokładniejsze wskazówki dojdą cię później.”

 Niemiła do rozwiązania zagadka! Pozbywszy się kłopotu i otrzymawszy od przyjaciela niespodziewany zasiłek pieniężny, obiecywałem sobie wesoło wieczór spędzić, lecz tajemniczy bilecik wbił mi ćwieczka w głowę; doszedł mnie późno w nocy; żałowałem, że go nie zostawiłem zapieczętowanym do rana.

 Nie dziwiła mnie wzmianka, tycząca się Crawshay’a; byłem pewny, że Raffles miał słuszne powody zwracania na niego uwagę przed podróżą, jeśli nawet z gburem nie spotkali się oko w oko. Ów nicpoń i ta niespodziewana podróż Raffles’a musiały być niewątpliwie w blizkim z sobą związku; wprawdzie mój przyjaciel nic mi o tem nie wspominał, w każdym razie jednak zdobycz jego umieściłem bezpiecznie w banku, gdzie Crawshay nie mógłby do niej się dobrać. Byłem zupełnie pewny, że nie śledził za dorożką, gdym skrzynię przewoził zrana; przeczułbym obecność łotra przez skórę. Stanął mi w pamięci przyjaciel odźwiernego pomagający w odwożeniu kosztowności; zauważyłem jednak dokładnie rysy jego i pamiętałem oblicza Crawshay’a; stanowili dwa odrębne typy.

 Trudno było myśleć o podnoszeniu bezzwłocznem depozytu z banku i przewożeniu powtórnem skrzyni, nie mając do tego usprawiedliwionych powodów. Rozważałem długie godziny, jak wypada postąpić. Pragnąłem służyć gorliwie Raffles’owi, mając na pamięci, co on dla mnie uczynił, jak od pierwszej chwili gotów był zawsze dążyć mi z pomocą. Nie potrzebuję taić, iż strachem przejmowała mnie myśl dostania się do więzienia za przeklętą skrzynię. On jednak na większe niejednokrotnie narażał się ryzyko; rad więc byłem przekonać go, że może również polegać na mojem dla niego poświęceniu.

 Dręczony w głębi duszy rozterką sprzecznych uczuć, zrobiłem to, co zwykłem czynić w niepewności i braku stanowczej decyzyi – udałem się na ulicę Northumberland do zakładu kąpielowego. Nic zdaniem mojem, czyszcząc ciało, nie rozjaśnia skuteczniej myśli, nie podnieca zdrowego sądu, o ile go człowiek posiada, nad kąpiel. Nawet Raffles przy właściwem mu zahartowaniu nerwów, oceniał dobroczynny wpływ, wywierany tuszami. Na mnie działa uspakajająco zanim zdążę nawet ściągnąć z nóg buty, samo urządzenie kąpielowego zakładu: miękkie kobierce, cichy szmer wodotrysku, bezwładnie spowinięte postacie leżące na sofach, wilgocią przejęta ciepła atmosfera, wszystko to sprawia, zdaniem mojem, rozkosz. Półgodziny spędzone w łaźni przywraca mi elastyczność w członkach, dodaje bodźca inteligencyi. A jednak... w tym gorącym pokoju właśnie, przy temperaturze 270° Fahrenheit’a spadł na mnie grom z Pall Mall Gazette, kupionej po drodze.

 Nabierając nowych sił w owej tropikalnej atmosferze, przewracałem wilgotne karty dziennika, gdy naraz niby w świetle błyskawicy oczy moje padły na artykuł:

Okradzenie Banku w West End.

Śmiała tajemnicza zbrodnia.

 „Zuchwała kradzież dokonaną została w banku miejskim na ulicy Sloane W. Wnosząc z pierwszych zebranych wiadomości, rabunek uplanowany był z góry i zręcznie dokonany dzisiaj o wczesnej porze rannej.

 „Stróż banku nazwiskiem Fawcett, zeznaje, że między pierwszą a drugą w nocy słyszał szmer jakiś w pobliżu skarbca na dole, gdzie przechowywane bywają drogocenne depozyta klientów bankowych. Chcąc się przekonać, co przyczyną tego szmeru, Fawcett poszedł w tamtą stronę, lecz bezzwłocznie rzucił się na niego jakiś łotr olbrzymi, który powalił stróża na ziemię zanim ten ostatni zdołał wszcząć alarm.

 „Fawcett nie może dostarczyć dokładnego rysopisu swego napastnika, czyli napastników, gdyż zdaniem jego więcej niżeli jeden człowiek brał udział w kradzieży. Gdy biedny człowiek odzyskał przytomność, nie było już śladu złodziei, za wyjątkiem palącej się świecy, zostawionej przez nich w korytarzu.

 „Skarbiec stał otworem; jest obawa, że został opróżniony ze wszystkich skrzyń ze srebrem i innemi kosztownościami, składanemi o tej porze roku w depozycie z okazyi licznych wyjazdów z miasta na święta Wielkiejnocy, co złodzieje brali widocznie w rachubę. Inne sale banku nie były przez nich nawiedzane, a dostali się prawdopodobnie do skarbca przez piwnicę, służącą na skład węgli. Do chwili obecnej policya nie wpadła na ślad złoczyńców i nie aresztowała nikogo.”

* * *

 Byłem jakby tknięty paraliżem straszną wiadomością i mógłbym przysiądz, że mimo podzwrotnikowej temperatury, zimny pot oblewał mnie od stóp do głowy. Crawshay naturalnie! Crawshay wytropił znowu Raffles’a i jego łupy! Winę tego poczęści przypisywałem memu przyjacielowi: ostrzeżenie swoje przesłał zbyt późno, powinien był odrazu skrzynię u mnie złożyć, nie odstawiając jej do banku. Postąpił jak szaleniec, składając kosztowności swoje w miejscu tak dostępnem dla wszelkiego rodzaju indywiduów. Zasłużoną będzie karą dla Raflles’a, jeśli wyłącznie tylko jego skrzynka uległa grabieży.

 Dreszcz jednak wstrząsnął mnie mimowoli na myśl o stracie, poniesionej przez towarzysza: był to zbiór występnie nabytych drogocennych przedmiotów. Jeśli rozbito skrzynię i zabrano z niej wszystko, zostawiając choćby jeden tylko drobiazg, ten drobiazg właśnie mógł wtrącić mego przyjaciela w ciemną otchłań więzienną. Crawshay zdolny był uczynić to rozmyślnie, mszcząc się na Raffles’ie bez skrupułów i wyrzutów sumienia.

 Wiedziałem, co czynić obowiązkiem moim. Powinienem spełnić dosłownie otrzymane zlecenie: odebrać skrzynkę choćby z narażeniem własnego bezpieczeństwa. Gdyby Raffles zostawił mi chociaż swój adres, dokąd mógłbym telegramem przesłać mu ostrzeżenie! Trudno było o tem myśleć; na wykonanie planów moich miałem czas do czwartej, a dochodziła dopiero trzecia. Postanowiłem tedy wykąpać się, zważywszy, że na powtórną kąpiel taką mogłem czekać długie lata.

 Nie byłem wszelakoż w stanie korzystać jak należy z tej przyjemności; czyniłem wszystko machinalnie wobec ciężkiej troski, przygniatającej mi serce; zapomniałem nawet dać sześć pensów posługaczowi, póki żałosną na pożegnanie intonacyą głosu nie przypomniał mimowolnego uchybienia mego przyjętym zwyczajom. Sofa w galeryi wypoczynkowej – ulubiona moja sofa w zacisznym kąciku, którą przychodząc, zamówiłem sobie – przemieniła się dla mnie w madejowe łoże ze wstrętnemi widziadłami tapczanów więziennych!

 Nadmienić jeszcze muszę, iż dochodziły mnie komentarze o spełnionej kradzieży, czynione przez gości kąpielowych na sąsiednich kanapach. Nadstawiałem uszy, lecz nie słyszałem pożądanego objaśnienia wypadku; jadąc zaś na ulicę Slaone, widziałem doniesienie o zaszłem wydarzeniu na wszystkich słupach ulicznych, a na jednym z nich wyczytałem wskazówkę, z której korzystać nie miałem ochoty.

 W pobliżu banku panował ruch niezwykły. Minęła mnie dorożka ze skrzynią znacznych rozmiarów, w kantorze zastałem jakąś damę wyprawiającą gwałtowną scenę. Co do grzecznego urzędnika, który śmiał się z moich konceptów dnia poprzedniego, nie był tym razem życzliwie usposobionym; ujrzawszy mnie rzekł szorstko: – Czekałem na pana całe rano.

 – Czy ocalała?

 – Pańska Arka Noego? Tak, o ile słyszałem; zabierali się właśnie do niej, gdy ich spłoszono; nie wrócili, rozumie się, więcej.

 – Nie otwierali paki?

 – Zaczęli ją odbijać dopiero.

 – Bogu dzięki!

 – Pan możesz być z tego zadowolonym; my niekoniecznie – odparł urzędnik – zdaniem dyrektora nieszczęsna skrzynia pańska narobiła nam tej biedy.

 – Z jakiego powodu? – pytałem zaniepokojony.

 – Z tej przyczyny, że widzianą być mogła o milę drogi, gdyś ją przewoził i że wskutek tego śledzili za nią złodzieje.

 – Czy dyrektor banku życzy sobie – widzieć się ze mną? – zagadnąłem.

 – W takim razie tylko, jeśli pan zobaczyć go pragniesz – odciął szorstko zagadniony – całe popołudnie nachodzili go klienci, którzy nie wyszli z tej przygody równie jak pan szczęśliwie,

 – Nie myślę narzucać dłużej panom sreber moich – odezwałem się niby z urazą – byłbym je w depozycie pozostawił, lecz nie chcę tego uczynić po tem, coś pan powiedział. Każ, proszę, skrzynię przynieść posługaczom miejscowym; oni byli może zajęci także całe popołudnie obsługą klientów, lecz potrafię wynagrodzić ich fatygę.

 Nie obawiałem się tym razem jechać z moim pakunkiem przez więcej zaludnione ulice. Przebyte wrażenia zagłuszały słuszne o bliską przyszłość obawy. Wiosenne słońce nigdy nie świeciło jaśniej jak w tym dniu ciepłym miesiąca kwietnia. Drzewa w parku pokrywały się złotawo-zielonymi pączkami przyszłych liści, w sercu mojem budziły się jakieś radosne uczucia. Obok przejeżdżały dorożki z uśmiechniętymi wesoło studentami, dążącymi na wakacye Wielkanocne, za nimi ciągnęły wózki naładowane rowerami, różnego rodzaju sportowymi przyrządami; żaden jednak z tych chłopców nie był szczęśliwszym odemnie jadącym z ogromną skrzynią, lecz z większym jeszcze spadłym z serca ciężarem.

 Na Mount Street oba z odźwiernym zanieśliśmy pakę do windy; wydała mi się teraz lekką fraszka, piórko; podniecony nerwowo, czułem się silny jak Samson. Będąc już w moim pokoju z drogocenną skrzynią pośrodku, chciałem ugasić pragnienie i naciskałem syfon z wodą sodową, gdy naraz ze zdumienia wypuściłem z rąk butelkę.

 – Bunny!

 Był to głos Raffles’a. Rozglądałem się dokoła; nie widziałem go ani w oknie, ani we drzwiach otwartych a jednak słyszałem niechybnie głos jego brzmiący radośnem zadowoleniem. Wreszcie spojrzałem na skrzynię i dostrzegłem oblicze mego przyjaciela z pod uchylonego wieka paki niby portret ujęty w ramy.

 Raffles śmiał się szczerze, nie tworząc ani tragicznego ani ułudnego zjawiska; wysuwał głowę otworem misternie wyciętym pod obręczami żelaznemi i tę sztuczkę musiał właśnie przygotowywać wówczas, kiedy go zastałem pozornie zajętym pakowaniem skrzyni. Gdym patrzał niezdolny ze zdziwienia wyrzec słowa, on przez otwór wysunął rękę z kluczem, otworzył nim dużą kłódkę zamykającą skrzynię, uniósł wieko i wyszedł niby cudowny sztukmistrz z kryjówki.

 – Zatem ty spełniłeś kradzież! – odezwałem się w końcu – rad jestem, że tego niewiedziałem pierwej.

 Ściskał już przyjaźnie dłoń moją, po tem odezwaniu omało mi jej nie zmiażdżył.

 – Dudku mały – żartował – wyznanie takie chciałem usłyszeć od ciebie! Czy mógłbyś postąpić jak to uczyniłeś, gdybyś był znał prawdę? Alboż potrafiłbyś odegrać komedyę lepiej od najznakomitszej gwiazdy scenicznej? Wszak byłem niewidzialnym świadkiem wszystkiego. Nie wiem istotnie Bunny, gdzie sprawowaniem swojem na większą zasłużyłeś pochwałę u mnie w Albany, czy w banku?

 – Nie wiem raczej, gdzie okazałem się większym nędznikiem – odparłem, zaczynając odczuwać nikczemność roli podjętej przeze mnie w tej nieszczęsnej sprawie, – nie dowierzasz mi widocznie; wolałbym jednak być przypuszczony do tajemnicy, choćby ze względu na mój spokój, którego nie bierzesz w rachubę.

 Raffles rozbroił mnie jak zawsze swoim czarującym uśmiechem. Miał na sobie stare, podarte ubranie, ręce i twarz zbrudzone, lecz mimo to zachował właściwy mu powab, a jak wspomniałem, jego uśmiech czarował mnie poprostu.

 – Byłbyś wtedy nietrafnie postąpił Bunny! Twoja bohaterska odwaga nie ma granic, ale zapominasz o słabości natury ludzkiej. Musiałem to mieć na względzie, gdyż nie wolno mi nic pomijać i lekceważyć. Nie przypuszczaj, iżbym ci nie ufał, wszak powierzałem ci życie moje nie wątpiąc, że dotrzymasz słowa! Cóżby się ze mną stało, gdybyś pozostawił mnie na łasce losu w tym sklepionym skarbcu? Sądzisz, że byłbym wyszedł z ukrycia i oddał się dobrowolnie w ręce policyi? Nie przełamałbym dla własnego ratunku praw obowiązującego nas kodeksu.

 Miałem dla niego dobre cygaro; po chwili leżał już na sofie, wyciągając z rozkoszą trzymane czas długi w skurczonej pozycyi członki; twarz moja jednak zdradzała przykre zakłopotanie.

 – Nie frasuj się Bunny – mówił – plan cały przyszedł mi do głowy, gdym istotnie zamyślał o wspomnianej ci podróży. Potrzebuję rzeczywiście zaprowadzić u siebie w mieszkaniu telefon i światło elektryczne.

 – Gdzieżeś schował srebro przed wyjazdem? – pytałem.

 – Nigdzie; zabrałem je z sobą jako pakunek podróżny, który zostawiłem w Euston; jeden z nas jechać po niego musi dziś wieczorem.

 – Mogę to zrobić – rzekłem. – Czy naprawdę dojechałeś aż do Crewe?

 – Odebrałeś mój bilecik? Byłem w Crewe, aby rzucić tam na pocztę kilka słów do ciebie, Bunny. Nie należy żałować fatygi, gdy się chcę osiągnąć pożądany rezultat: Pragnąłem, abyś miał w ręku taki dowód dla okazania go w banku lub gdzieindziej. Pociągi krzyżują się w Crewe; rzuciwszy do skrzynki mój bilecik, przesiadłem się znowu na kuryer, idący do Londynu.

 – O drugiej z rana?

 – Dochodziła trzecia; o siódmej byłem już z powrotem i miałem całe dwie godziny czasu do twego przyjścia.

 – Pomyśleć tylko, jak mnie zręcznie wywiodłeś w pole!

 – Z pomocą twoją – odparł Raffles śmiejąc się. – Gdybyś był zajrzał do rozkładu jazdy kolejowej, byłbyś wiedział, że żaden pociąg nie odchodzi o taj porze z rana; przez wzgląd jednak na powodzenie przedsięwzięcia nie chciałem cię wyprowadzać z błędu. Przyznaję, że gdyś mnie odstawiał do banku z tak godnym uznania pośpiechem, przebyłem nie bardzo miłe pół godziny, lecz wtedy tylko doświadczyłem niewygody. Później miałem świecę, zapałki, gazety do czytania i czas upływał mi w skarbcu przyjemnie, póki nie zaszło przykre wydarzenie.

 – Mów, co takiego?

 – Pierwej daj drugie cygaro i zapałki – dziękuję, – Nieprzyjemnem zajściem były posłyszane zbliżające się kroki, oraz klucz wsuwany do zamku. Miałem zaledwie czas zdmuchnąć świecę i schować się pod wieko skrzyni. Szczęściem był to tylko nowy depozyt wnoszony do skarbca; szkatułka z klejnotami, które będziesz mógł oglądać; zabrane łupy z okazyi składanych do banku kosztowności wskutek licznych wyjazdów na święta Wielkanocne, okazały się obfitsze niżeli się spodziewałem.

 Te słowa przypomniały mi czytaną w łaźni Pall Mall Gazette; wyjąłem ją z kieszeni i podałem Raffles’owi, wskazując palcem odnośny artykuł.

 – Wybornie! – zawołał, odczytawszy doniesienie – złoczyńców było kilku i mieli dostać się do skarbca przez skład węgli! Naturalnie, starałem się taki pozór nadać rzeczom, nakapałem umyślnie stearyny ze świecy obok wejścia do piwnicy, lecz wązkim od tej strony otworem sześcioletni chłopak nie zdołałby się przecisnąć. Oby jaknajdłuże] kochana nasza policya bawiła się w podobne przypuszczenia!

 – Dlaczego jednak nielitośnie obszedłeś się z biednym stróżem, którego powaliłeś na ziemię? – pytałem – tego rodzaju brutalne zachowanie niepodobne do ciebie Raffles’u.

 Spochmurniała twarz mego przyjaciela, leżącego na sofie z czarnemi pierścieniami włosów spadających bezładnie i profilem jakby wyrzeźbionym dłutem snycerza.

 – Rzeczywiście, drogi Bunny – przyznał z żalem – taka smutna konieczność nieodłączną bywa od zbieranych trofei złodziejskich. Parę godzin czasu zabrało mi wydostanie się ze skarbca, następnie zajęty byłem naprawą uszkodzeń poczynionych w zamku, gdy usłyszałem kroki skradającego się ku tej stronie stróża. Inny na mojem miejscu byłby nieproszonego świadka zabił bez skrupułu, lub zapakował go i zamknął w niedostępnej jakiej dziurze. Ja świecę zostawiłam, gdzie stała, przycisnąwszy się do mury, pozwoliłem intruzowi przejść obok mnie i z tyłu wymierzyłem mu cios, który lubo silny, nie był tak bardzo szkodliwy, skoro ten człowiek mógł odzyskać wprędce przytomność i składać sprawozdanie o zaszłem wydarzeniu.

 Raffles następnie pokazał mi flaszkę zabraną przezornie do kieszeni; była prawie pełną; miał przy sobie również nieco zapasów żywności. Zabezpieczył się w ten sposób na przypadek, gdyby niedopisała mu pomoc moja i musiał czekać dni świątecznych, zwalniających z zajęć personel bankowy, dla opuszczenia kryjówki. Narażał się tym sposobem jednak na wielkie niebezpieczeństwo i dumny byłem, że niezawiodłem pokładanej we mnie ufności kolegi.

 Co do łupów zabranych ze skarbca, nie rozwodząc się nad tem zbyt szeroko, wspomnę tylko, że zrealizowana ich wartość dozwoliła mi towarzyszyć memu przyjacielowi w jego zamierzonej podróży do Szkocyi, on zaś następnego lata mógł akuratnie opłacać wydatki pobytu naszego w Midlessex. Mimo więc odczuwanych w głębi duszy wyrzutów sumienia, usprawiedliwiony był w mniemaniu mojem fakt kradzieży, a tylko wymawiałem Raffles’owi straszenie mnie widmem Crawshay’a.

 – Nasuwałeś wniosek, że on gdzieś znajduje się w pobliżu – dowodziłem – jestem pewny, że go nie widziałeś od chwili, gdy uciekał przez okno twoje.

 – Nie myślałem o nim wcale Bunny, póki sam go nie przypomniałeś w rozmowie. Chodziło głównie, by zbudzić twój niepokój o depozyt sreber i to dokazałem, jak sądzę.

 – W każdym razie nie należało ci pisać kłamliwych doniesień, tyczących się tam tego nicponia.

 – Nie poczuwam się do winy wcale, Bunny.

 – Alboż nie donosiłeś o „księciu profesorów” że „płynie znowu z wiatrem?”

 – Bo też tak było, mój drogi. Niegdyś mogłem być uważany tylko za zwykłego amatora w rzemiośle; odkąd jednak nabyłem biegłości w mej sztuce, mam prawo przysądzać sobie tytuł „profesora profesorów” i radbym wiedzieć, kto zręczniej odemnie łodzią swoją kieruje?

III. Spoczynek kuracyą.

 Nie widziałem Raffles’a miesiąc prawie, a potrzebowałem jego rady koniecznie. Zatruwał mi życie pewien niegodziwiec, który uzyskał w sądzie na mnie wyrok, dający mu prawo zajęcia ruchomości moich na Mount Street; broniłem się tedy od najścia komornika, nie sypiając w domu i przebywając coraz gdzieindziej. Narażało mnie to jednak na znaczne koszta a bilans mój w banku wymagał gwałtownie – ponownego od Raffles’a zasiłku. Zniknął on wszelakoż bez śladu zarówno z miasta, jak i z przed oczu wszystkich znajomych.

 Było już pod koniec sierpnia; przyjaciel mój nie brał nigdy udziału w pierwszorzędnych rozgrywkach krokieta dłużej jak do lipca; napróżno tedy szukałem go na liście występujących w różnego rodzaju sportach; te sporty odbywały się, lecz wśród sportmenów nie mogłem odnaleźć nazwiska A. J. Raffles’a. Nic o nim również nie wiedziano w Albany; ani tam ani w klubie nie zostawił wskazówki, gdzie należało przesyłać mu listy. Ogarniała mnie już trwoga, czy nie przytrafiło mu się co złego. Przeglądałem starannie wizerunki pochwyconych świeżo przestępców, odbijane w ilustrowanych gazetach niedzielnych, za każdym razem oddychałem swobodniej, nie znajdując w nich podobizny mego kolegi. Wyznaję, że w niepokoju moim samolubne względy większą odgrywały rolę aniżeli troska o Raffles’a; w każdym razie spadł mi ciężar z serca, gdy on dał nakoniec znak życia.

 Zachodziłem do Albany po raz piętnasty i wracałem zrozpaczony jak zawsze, kiedy naraz podszedł do mnie znienacka jakiś włóczęga uliczny i zapytał, czy nazywam się Bunny, poczem wsunął mi w rękę zwitek papieru, mówiąc:

 – Kazano mi to oddać panu.

 Bilecik, skreślony ołówkiem, był od Raffles’a.

 „Z nadejściem nocy czekaj na mnie w alei Holland; przechadzaj się tam i napowrót, póki nie nadejdę. A. J. R.“

 Nic więcej nad kilka słów po tylu tygodniach nieobecności; pismo było niekształtne jakby początkującego ucznia! Nie dziwiły mnie tego rodzaju sztuczki mego przyjaciela, lubo nie przypadały mi one do gustu, na domiar niezadowolenia, gdy podniosłem oczy od tajemniczej kartki, niemniej tajemniczy posłaniec już zniknął; wieczorem dopiero spotkałem włóczęgę pod drzewami alei Holland.

 – Pan go już widziałeś? – zagadnął poufale, puszczając z fajki kłęby gryzącego oczy dymu.

 – Nie, ale chcę wiedzieć, gdzieś ty się z nim spotkał – pytałem szorstkim tonem. – Czemu uciekłeś zaraz, oddawszy bilecik?

 – Taki miałem rozkaz – odparł – umiem trzymać język za zębami, gdy tego potrzeba.

 – Któż jesteś? – dowiadywałem się, z uczuciem zazdrości – jaki stosunek łączyć cię może z panem Raffles’em?