Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jakie mogą być konsekwencje wszczepienia implantu cudzej osobowości?
W świecie Wikingów, gdzie magia splata się z nordycką codziennością, Orm doznaje urazu, który zmienia jego los na zawsze. Ocalony przez wędrownego kapłana Jonsa, trafia na druidyczny wiec. W transowym rytuale to właśnie on – cieśla, a nie kapłan – zostaje wybrańcem kosmicznej Istoty, która zostawia w jego umyśle implant własnej osobowości.
Dalsze sprawy nabierają zawrotnego tempa, a Orm jest wystawiany na kolejne próby. Czy jego śmiertelne ciało jest w stanie pomieścić wszechpotężny umysł? I jak w tym wszystkim znaleźć miejsce na... kiełkujące niepodziewanie uczucie?
Czwarta część opowieści z Uniwersum Auwae.
Dla fanów kosmicznej przygody łączącej technologię, duchowość i wielką tajemnicę przeszłości.
Uniwersum Auwae
W świecie zatartych granic między magią a technologią, grupa młodych bohaterów zostaje wciągnięta w międzygwiezdną intrygę, której stawką jest nie tylko przyszłość cywilizacji, ale i głęboko osobiste wybory. Wspierani przez istoty z wyższych wymiarów oraz biologiczne implanty, przemierzają czas, przestrzeń i odrębne światy, by wypełniać misje oraz przejść duchową ewolucję. Galaktyczna opowieść o odwadze, miłości, tajemnicach i sile, która rodzi się tam, gdzie światło spotyka cień.
Jarosław Kasperek (ur. 1960) – z wykształcenia magister włókiennictwa, z zamiłowania czytelnik, a od niedawna również pisarz. Autor powieści ,,Aerte’’. Mieszka pół na pół w Polsce i Anglii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 66
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jarosław Kasperek
Saga
Orm
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2025, 2025 Jarosław Kasperek i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727287812
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Dwóch mężczyzn wędrowało przez las. Idąc wzdłuż strumienia, uważnie przyglądali się mijanym drzewom. Oprócz niedużych skórzanych worków, każdy z nich dźwigał na plecach pokaźnych rozmiarów topór. Starszy z nich zatrzymał się i pokazał palcem na jedno z drzew.
– To będzie dobre – powiedział.
– To znaczy, że wyrosło wystarczająco krzywo? – zaśmiał się młodszy, zrzucając wyposażenie.
– Nie, ale może być.
– No to całe szczęście, być może zdążymy wrócić przed zmrokiem.
– Jak się pospieszymy, to może się udać.
Obaj wzięli się ostro do roboty i wkrótce pień wylądował w rzece. Poziom wody był wysoki i istniała duża szansa, że nigdzie nie zaczepi po drodze.
– Mam nadzieję, że Harald będzie dostatecznie trzeźwy, żeby wyciągnąć to z rzeki, zanim spłynie do morza – powiedział młodszy, odgarniając spocone blond włosy.
– Lepiej, żebyś nie krakał, gołowąsie, bo sprowadzisz pecha.
– Gołowąsie? Przynajmniej nie deptam swojej brody, czego niedługo nie będziesz mógł powiedzieć o sobie.
Starszy roześmiał się.
– Faktycznie, trochę mi przeszkadza, skrócę ją sobie po powrocie. Ruszajmy.
Szli szybko, aby dotrzeć do osady przed zmrokiem. Może gdyby szli wolniej i ostrożniej, nie natknęliby się za zakrętem na niedźwiedzicę z młodymi. Starszy mężczyzna, który szedł pierwszy, został pozbawiony głowy jednym uderzeniem jej łapy.
Jego towarzysz wyciągnął topór, ale w końcu rzucił go na ziemię i wskoczył do wody. Popłynął z prądem, nie widząc już, że niedźwiedzica weszła do rzeki, ale szybko zmieniła zdanie i wróciła do młodych. Dla niej potencjalne niebezpieczeństwo zniknęło. Zupełne niepotrzebnie zerknął za siebie, przez co jego głowa uderzyła o kamień i stracił przytomność.
Kiedy otworzył oczy, niebo już było czarne i gwieździste. Patrzył w nie bezmyślnie przez dłuższą chwilę. Bolała go głowa, ale zaczynał powoli zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje dookoła. Po pierwsze, wyraźnie nie był sam. Po drugie, ktoś go czymś przykrył, a po trzecie, obok płonął ogień. Poczuł woń pieczonej ryby. Pomacał swoją głowę.
– Cała – poinformował go głos dobiegający gdzieś z boku. – Masz sporego siniaka.
Właściciel głosu pojawił się w polu widzenia. Delikatnie pomógł rannemu usiąść i podał kubek z wodą. Ten się skrzywił, ale wziął naczynie.
– Rozumiem, że możesz czuć obrzydzenie do wody. Podejrzewam, że wypiłeś jej całkiem sporo, zanim wyciągnąłem cię z tej rzeki. Kim jesteś, młody człowieku?
Nieznajomy przyglądał mu się uważnie, zastanawiając się pewnie, z kim ma do czynienia. Był to mężczyzna w sile wieku ubranym na biało.
– Pochodzę z osady w dole rzeki, blisko morza – odpowiedział. – Budujmy tam łodzie... to znaczy, budowaliśmy ze Svenem. Szukaliśmy odpowiedniego materiału. Trafiliśmy na niedźwiedzicę z młodymi i Sven, który szedł pierwszy…
Zamilkł, czując nagły uścisk w gardle.
– Rozumiem, żal mi twojego przyjaciela, ale w puszczy trzeba być czujnym. Czasem zdarzają się takie wypadki, co uczy nas pokory wobec niej. Jak mam cię nazywać, młodzieńcze?
– Orm. Orm Ormsson
– Orm, syn Orma, zatem. Ja jestem Jons. Mówisz, że ścinaliście drzewa?
– Tak, na budowę łodzi.
– A Ducha Puszczy pytaliście o pozwolenie? Złożyliście ofiarę z miodu, piwa, placków, czy tam czegokolwiek?
– Nnno… nie, a trzeba było?
– Jak spotkaliście niedźwiedzia, to widocznie było trzeba. Ducha Puszczy nie należy lekceważyć i jeśli chcesz mu coś zabrać, należy poprosić o pozwolenie. Pewnie nie macie u siebie żadnego kapłana, co?
– To mała rybacka osada. Nie, nie mamy. Mało ich teraz. Głoszący nową wiarę ich nie lubią.
– Tępią, dlatego musimy ukrywać się po lasach. Zresztą to nam nie przeszkadza, bo to nasze środowisko i święte miejsce.
– Czyli jesteś kapłanem?
– Boli cię jeszcze głowa? – spytał Jons, zmieniając temat.
– Boli.
– Miałeś sporo szczęścia, trzeba przyznać. Prawie się utopiłeś. Spróbuj się przespać, a rano powinieneś poczuć się lepiej.
Kiedy Orm się obudził, Jons szykował śniadanie składające się z wczorajszych ryb i rozkładał je na kamieniach. Głowa go już prawie nie bolała, mdłości ustąpiły i odczuwał głód, co było dobrym znakiem.
Jon zaprosił gestem do jedzenia.
– Nie jest tego dużo, ale lepsze to niż nic.
– Trudno – uśmiechnął się Orm. – Na morzu łowimy większe, więc zapraszam na wieczerzę. Będzie dla nas zaszczytem gościć świętego człowieka, no i… mojego wybawcę. Uwarzyliśmy sporo piwa tej zimy, a i dobrego miodu też nie braknie.
– Brzmi zachęcająco – powiedział Jons. – Chętnie skorzystam z tak uprzejmego zaproszenia.
Po posiłku Jons spytał:
– Więc zajmujecie się głównie połowem ryb?
– Głównie – odpowiedział Orm, sięgając po kubek z wodą.
– Bartnictwem, piwowarstwem, hodowlą owiec?
– Też
Jons spojrzał bystro na Orma.
– Wypływacie w poszukiwaniu łupów?
– Paru dołączyło do króla Ragnara, przywieźli trochę srebra i broni, a niedawno wyruszyli ponownie. Nasza osada jest mała, nie budujemy drakkarów, tylko małe łodzie rybackie. Mężczyźni wypływają po ryby.
– A ty?
– Ja? Ktoś musi budować łodzie. Zwłaszcza teraz… kiedy Svena zabrakło.
Jons przyglądał mu się przez chwilę uważnie.
– Myślę, że po prostu jesteś spokojnym człowiekiem. Nie każdy lubi wojować i gromadzić łupy wojenne oraz zdobywać sławę. Często zresztą pośmiertnie.
– Przynajmniej trafiają do Walhalli.
Jons parsknął śmiechem. Orm spojrzał na niego zdziwiony.
– Zbyt wielu wojowników daje się zabić, wierząc w takie bajania.
– Dziwne to brzmi z ust kapłana Odyna – powiedział Orm.
– Nie wspominałem, że jestem kapłanem Odyna.
– To czyim?
– Niczyim. Mieszkam w puszczy. To jest moja świątynia. Czy masz zamiar pochować swojego towarzysza?
Orm zdziwił się, bo właśnie przed chwilą o tym pomyślał.
– Tak.
– Pomogę ci z tym.
– Dziękuję.
– No cóż, obiecałeś mi dobry obiad i towarzystwo. Przyda mi się jakaś odmiana.
Jons szybko spakował swoje rzeczy i po chwili byli już w drodze. Szli tą samą trasą, którą Orm pokonywał niedawno ze Svenem. Wspominał go dobrze i żałował, że stracił dobrego przyjaciela. Sven miał żonę i troje dzieci, ale ludzie na pewno im pomogą. Przecież na morzu co chwilę ktoś ginął i zawsze wspierano wdowy i sieroty.
Z jego przyjaciela niewiele zostało. Zwierzęta i ptaki zrobiły swoje, nie mówiąc już o niedźwiedzicy i jej potomstwie. Zgarnęli szczątki do płytkiego dołu i usypali kopczyk z kamieni. Orm zebrał jeszcze rzeczy swoje i Svena, w tym dwa topory ciesielskie, po czym ruszyli w drogę powrotną. Szli, dopóki nie zaczęło zmierzchać. Trasa była trudna, kamienista i niebezpieczna w ciemnościach, więc musieli rozbić obóz przed nocą. Jons zaskoczył Orma zawartością swojej podróżnej laski, która kryła w swoim wnętrzu stalowe ostrze. Kapłan z dużą wprawą upolował nią szczupaka i dwa leszcze, a Orm rozpalał w tym czasie ognisko. Spojrzał na Jonsa ze zdziwieniem.
– Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak szybko upolował trzy ryby.
Jons wzruszył ramionami, a potem starannie wytarł mokre ostrze.
– Po prostu wiem, gdzie je znaleźć.
Orm zerknął ciekawie na laskę. Ostrze było długie na łokieć i raczej służyło do kłucia. Pozostałą część kija wydrążono, co pozwalało na ukrycie szpikulca. Pomyślał, że kapłan wcale nie jest taki, jak inni kapłani, ale w sumie to nic dziwnego, jak się żyje w lesie. Zabrał się do oprawiania ryb. Niewiele rozmawiali, bo byli zajęci jedzeniem. Zmęczony ostatnimi wydarzeniami Orm zaraz po posiłku poszedł spać.
