Opowieści gdańskich uliczek - Edgar Milewski - ebook

Opowieści gdańskich uliczek ebook

Edgar Milewski

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Czy wiecie ile jest w Gdańsku uliczek? Sto? Dwieście? Trzysta? Warszawa ma ich ponoć dwa tysiące, Gdańsk - ponad osiemset. Osiemset nazw i imion związanych z dziejami miasta. Nazwy stare i nowe, znane i zapomniane, trafne i śmieszne, od A do Z. 

[Z przedmowy]  

  

/Opowieści gdańskich uliczekEdgar Milewski, 1979 rok, ISBN 8321571883wydanie IV zaktualizowane i poszerzone, Wydawnictwo Morskie/ 

 

Książka dostępna w zasobach:   
Ośrodek Kultury, Sztuki i Biblioteki Publicznej Gminy Pruszcz Gdański / Biblioteka Publiczna w Cieplewie 
Ośrodek Kultury, Sztuki i Biblioteki Publicznej Gminy Pruszcz Gdański Biblioteka Publiczna filia Mediateka w Straszynie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 290

Rok wydania: 1979

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

OPOWIEŚCI GDAŃSKICH ULICZEK

 

Edgar

Milewski

 

OPOWIEŚCI GDAŃSKICH ULICZEK

 

Wydanie IV

zaktualizowane

i poszerzone

 

Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1979

 

Okładkę projektowała

Walentyna Minciel

 

Zdjęcia wykonali:

Jerzy Augustyński, Edmund Balukiewicz, Stefan Figlarowicz, Zygmunt Grabowiecki, Jerzy Hajdul, Krzysztof Kamiński, Jan Kopeć, Jan Korpal, Zbigniew Kosycarz, Stefan Kraszewski, Mirosław Kubacki, Jan Kups, Włodzimierz Nieżywiński, Kazimierz Nowaliński, Adam Podlewski, Wiesław Prażuch, Nina Smolarz, Witold Węgrzyn, Roman Wyrobek, Edmund Zdanowski

 

Redaktor

Maria Aldona Kozłowska

Redaktor techniczny

Wiesława Górska

Korekta

Aniela Wilkanowicz

 

ISBN 83-215-7188-3

 

© Copyright by Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1964

Opowieści gdańskich uliczek

 

Czy wiecie, ile jest w Gdańsku uliczek? Sto? Dwieście? Trzysta? Warszawa ma ich ponoć dwa tysiące, Gdańsk — ponad osiemset. Osiemset nazw i imion związanych z dziejami miasta. Nazwy stare i nowe, znane i zapomniane, trafne i śmieszne, od A do Z.

Jest na przykład w Gdańsku ulica Matki Polki. I jest ulica Ojcowska. A także ulica Sieroca. I opodal uliczka... Kłopot.

Jest królewska ulica Długa i skromna uliczka Krótka, Wąska i Szeroka, Mała i Wielka, Dolna i Górna, Bliska i Daleka, Śnieżna i Plażowa, Cicha, Głucha, Pusta, Smętna oraz Dobra, Miła, Przyjemna, Swojska i Wesoła.

Na rogu Jaśkowej Doliny, u wlotu do miasta, wielobarwny neon zapewnia turystów, że GDAŃSK JEST MIASTEM KWIATÓW. I rzeczywiście: wokół zieleńców, skwerów, parków biegną uliczki Piwonii, Wrzosów, Bratków, Stokrotki, Szarotki, Konwalii, Niezapominajki, dalej Różana, Jaśminowa, Lawendowa, Daliowa, Bzowa i Słonecznikowa. A do kompletu ulica Kwietna. Nie uchroniło to jednak neonu od głośnej krytyki. Kosztował sporo i... nie pachnie. Na domiar złego zepsuł się troszkę i któregoś wieczoru zaskoczył autorów takim zdaniem: GDAŃSK MIASTEM K - I - TÓW. I co powiecie? W pełni sezonu! Jak plaża długa i szeroka tylko o tym mówiono i z tego się śmiano.

Innym razem zabłysnął złowrogo: GDAŃSK MIASTEM K - - ATÓW. Lecz teraz nikt się już nie śmiał. Neon wrósł w miasto. Jakby pojął swoją rolę. Przypomniał, że nie zawsze było tu tak pięknie, że obok Różanej jest ulica Stutthofska.

Szewską czy Stolarską znajdziecie w każdym mieście świata, ale aby spotkać wiekowe nazwy Rybołowców, Okrętników, Flisów, Kaprów, Kotwiczników — przyjechać trzeba do starego portu. Nie pozna Gdańska, kto nie zwiedzi Wiślnej i Bałtyckiej, Jantarowej i Bursztynowej, Wioślarskiej i Żeglarskiej, Lastadii i Brabancji, Spichrzowej i Szkotów, Gafle i Doki, Stępkarskiej i Burtowej, Sterniczej i Kutrowej, Kompasowej i Masztowej, Bosmańskiej i Kapitańskiej, Stoczniowców i Marynarki Polskiej. Tu wieje sztormowy wiatr, słychać echo szkutniczych warsztatów, pachnie rybą i morzem. A jeśli czegoś brak, to tylko dawnych tawern podobnych do kajut starych okrętów.

Jak przystało na morską stolicę, Jan z Kolna ma własną uliczkę. Co prawda, nie odkrył Ameryki przed Kolumbem, choć bardzo tego pragnął sam Joachim Lelewel, ale legendami śmiałych rejsów wpłynął do naszej literatury. Warto podumać nad powieściami Deotymy czy Wasilewskiej, Żeromskiego lub Fenikowskiego, a potem pójść na Jana z Kolna, popatrzeć na Gdańską Stocznię. Stojące na pochylniach kadłuby doskonale widać z ulicy, ale lepiej wprosić się na wodowanie.

O okazję nietrudno. Bądź co bądź czołowa stocznia świata! Uroczystość co tydzień. Załoga gościnna. Pryska butelka szampana, słychać sakramentalne słowa: Płyń po oceanach świata, sław imię polskiego stoczniowca i honor marynarskiej bandery... Matka chrzestna płacze, konstruktorzy dostają kwiaty, majstrowie premie, wszyscy są wzruszeni, a statek już kołysze się wśród fal i drżąc nabiera stateczności przed dziewiczym rejsem.

Gdańsk nie byłby Gdańskiem, gdyby nie miał uliczki Dantyszka. Kto nie zna dziejów naszej żeglugi, niechaj się dowie, że Jan Dantyszek to Jan Dantiscus, czyli Jan z Gdańska, który w 1485 roku bawił się w piasku gdańskiej plaży, a potem zrobił olśniewającą karierę zostając sekretarzem króla. Był morskim ekspertem, wybornym żeglarzem, sławnym podróżnikiem, dyplomatą i fraszkopisarzem, a co najważniejsze i co trwałą zachowało pamięć jego imienia, był pierwszym polskim ministrem żeglugi.

W czasach, kiedy ryb nie hodowano jeszcze w akwariach, nie chowano pod lady, nie zamykano w puszkach, nie sprzedawano z lodu, lecz wprost z wody na kopy, mendle, skrzynie, beczki — centrala rybna mieściła sią nad Motławą. Łodzie i kutry cumowały przy Długim Pobrzeżu. Szyprowie z synami znikali w piwiarniach, a teściowe z córkami targowały. Ryby były żywiołem. Miały mlecz i ikrę. Cały Gdańsk na tym targowisku sią spotykał. Połowy były tematem dnia. Dziś na Targu Rybnym mieszkają pisarze, malarze, aktorzy i tylko mała emaliowana tabliczka przypomina dawne dzieje.

Nie sposób minąć bez słowa uliczkę Strakowskiego, któremu Gdańsk zawdzięcza wiele swej urody. Przedziwnym przypadkiem uliczka biegnie w pobliżu Kolonii Uroda. Jan Strakowski był w XVI wieku starszym cechu kamieniarzy i miejskim murarzem. Dał miastu trzech wybitnych budowniczych, synów Izajasza i Jerzego oraz wnuka Efraima. Trzy pokolenia, niemal cały wiek gdańskiej architektury. Ta uliczka to aleja.

Strakowscy mieszkali na Św. Ducha, niedaleko domu Schopenhauerów, co to zaczęli od handlu zbożem, a skończyli na filozofii. Najsmutniejszy z wszystkich myślicieli — ten, który do umysłów wprowadził pesymizm mówiąc, jeśli istnieje Bóg, to nie chciałbym być Bogiem, gdyż jęk świata rozerwałby mi serce — tutaj się urodził. To było wtedy, gdy rajca miejski Jan Uphagen zdzierał barwne stroje i złote łańcuchy, wdziewał czarną togę i zamykał się w domu, bo do Gdańska wkraczali Prusacy. Dom Uphagena znajdziecie na Długiej, jego uliczkę w parku, który założył.

Czyż mogę nie wskazać imienia Falcka-Polonusa? Ulicy Daniela Chodowieckiego? Imienia pierwszego szukajcie w artystycznych monografiach, nazwiska Daniela w encyklopediach, a ich prac w muzeach. W XVII i XVIII wieku nie było świetniejszych, bardziej rozmiłowanych w Gdańsku malarzy. Wielu pisarzy jeszcze dziś patrzy na stare miasto poprzez ich obrazy.

Piekarze mieszkali oczywiście na Chlebnickiej, ale aby o nich czegoś się dowiedzieć, trzeba pójść na Kaletniczą. Nad portalem jednej z kamieniczek jest obraz wykuty w kamieniu, ale tak żywy, że słychać śmiech piekarczyków i uwagi mistrza. Płaskorzeźba przedstawia wnętrze starej piekarni, wprowadza w atmosferę gdańskiego rzemiosła, ba, nieomal do samego chlebowego pieca. Na Chlebnickiej natomiast warto przyjrzeć się domowi, który jedni nazwali angielskim, a inni anielskim. Niegdyś był tu skład angielskiego sukna, a potem urządzono hotel. Gości miał wybornych, atmosferę sztuki. Adiutant Tadeusza Kościuszki Julian Ursyn Niemcewicz stąd wysyłały ważne listy, Jadwiga Łuszczewska tu układała wiersze, a Józef Ignacy. Kraszewski nawet powieść napisał o „Kamieniczce w Starym Rynku”.

Na Długim Targu warto wspomnieć inny hotel, du Nord, w którym mieszkał mistrz Jan Matejko wraz z żoną i córeczką, a na Tobiasza 29 gościnny dom Jana Lindego, brata Samuela autora „Słownika języka polskiego”, gdzie zatrzymał się siedemnastoletni Fryderyk Chopin.

W Polsce nie ma bodaj miasta, w którym nie byłoby ulicy Adama Mickiewicza, lecz czy wiecie, że w Gdańsku jest cała mickiewiczowska dzielnica? Składają się na nią ulice o imionach mickiewiczowskich bohaterów. Jest więc Aldony, Grażyny, Konrada Wallenroda i Wajdeloty, Pana Tadeusza i Telimeny, Jacka Soplicy, Gerwazego, Protazego i rzecz wielce miła, także ulica Jankiela. Z popularnością wieszcza rywalizować może w Gdańsku tylko Henryk Sienkiewicz. Pamiętano bowiem o jego imieniu i o Danusi, i Zbyszku z Bogdańca. O Zagłobie, który tak bardzo chwalił gdańską wódkę, niestety zapomniano. Ot, szelmy — powiedziałby Zagłoba, gdyby o tym wiedział.

Gdańsk należy do tych miast Polski, które mają pełną tysiącletnią historię, a także do tych, które same opowiadają swoje dzieje. Wystarczy pospacerować jego ulicami...

Oto Słowiańska i Rybaki — to na pamiątkę tych, co przed wiekami u Wisłoujścia założyli rybacką osadę. Nieco dalej ulica Chrobrego — pierwszego władcy tej ziemi, a opodal Konrada Leczkowa, gdańskiego burmistrza, którego zamordowali Krzyżacy. Potem jest Grunwaldzka i Bitwy Oliwskiej. I znów Obrońców Westerplatte i Bohaterów Poczty Gdańskiej. Jest wreszcie Wojska Polskiego i Armii Radzieckiej. Dziesięć ulic, dziesięć wieków — w wielkim skrócie całe tysiąclecie.

Twierdza u Wisłoujścia

 

Klucz do najpotężniejszej polskiej twierdzy morskiej wręczyła mi młodziutka uśmiechnięta blondynka, sekretarka konserwatora gdańskich zabytków. O czasy, o obyczaje! Nawet nie musiałem pokazywać dziennikarskiej legitymacji. Powiedziała, że zna mnie z telewizji i życzyła mocnych wrażeń. Twierdza jest ogromnie romantyczna, poetyczna, historyczna, a nade wszystko jest szlachetnym klejnotem naszej wojskowo-morskiej architektury.

Do Wisłoujścia najlepiej przypłynąć staropolską komięgą i to spod samych Tatr, czytając po drodze flisaczy poemat Sebastiana Klonowica, zawijając do zabytkowych nadwiślańskich grodów — Krakowa, Sandomierza, Kazimierza, Warszawy, Włocławka, Torunia. Spływ taki jest kwintesencją krajoznawstwa, odświeżającym przeżyciem turystycznym. Daje właściwy pogląd na miejsce, w którym królowa naszych rzek łączy się z Bałtykiem, a o którym Fryderyk Wielki dokonując pierwszego zaboru powiedział: Kto posiada ujście Wisły, ten jest większym panem Polski niż król, który w niej rządzi.

Przed Prusakami walczyli o Wisłoujście Duńczycy, Czesi, Krzyżacy, Szwedzi, Rosjanie, Francuzi i... wcale nie jestem pewien, czy wymieniłem wszystkich. Forteca broniła się dzielnie i nigdy nie tchórzyła, a jeśli kiedy uległa, to wobec jawnej przemocy.

W szczęśliwy czas, czas pokoju, Wisła roiła się od komięg, szkut, dubasów, tratew i galarów, a Morska Strażnica oświetlała korabiom i kogom drogę do gdańskiego portu. W ogóle najpierw była latarnia, a potem forteca, a wszystko zaczęło się od smolnego łuczywa zatkniętego w miejscu rybackiej osady. Osady tak starej, jak dzieje tej ziemi, rzeki, morza.

Aż przyszedł czas, kiedy fale Wisły i fale Bałtyku, jakby w przeczuciu tego, co nastąpiło, utworzyły wokół starej fortecy nowy szaniec. Szaniec z polskiej ziemi znany światu — Westerplatte.

Nawet nie próbuję opisać architektury wiekowej twierdzy — arcypięknych linii gotyku, renesansu, baroku, które w ciągu stuleci formowały jej kształt; budowlanego kunsztu niderlandzkiego mistrza Antoniego van Obberghena i polskich budowniczych Jana i Jerzego Strakowskich; tajemnych forteli bastionów, fos, wałów, które umacniały jej obronność. W wieku fotografii i turystyki nie jest to już potrzebne. Zwiedzając Wisłoujście nie sposób jednak oprzeć się fali wspomnień. Warto posłuchać szumu morza, głosu rzeki, wiersza poety, które splotły się tutaj w tysiącletnią pieśń...

 

Wisło moja, Wisło stara,

Co tak smutno płyniesz?

Skąd tej wody nazbierałaś?

Mów, nim w morzu zginiesz.

 

Smętna ta piosenka o wyraźnie politycznej aluzji skomponowana została przez więźniów twierdzy — powstańców 1863 roku. Śpiewana była przez dziesiątki lat na pomorskich wieczornicach. Jej nuty znajdziecie w starych gdańskich śpiewnikach.

W zbiorach Wawelu zachował się inny dokument — tajny list, tak zwany gryps, przemycony z Gdańska 6 czerwca 1831 roku. Ukryty pod pseudonimem „Wiadomy” autor donosił Powstańczemu Rządowi w Warszawie, że na Wisłoujściu powiewa żółta flaga, a Gdańsk otoczony jest pruskim kordonem. Okręty rosyjskie przybyłe z żywnością przywiozły cholerę. W ciągu tygodnia zmarło w Gdańsku trzydziestu ludzi. Trzy ulice, kilka domów, trzy wioski zamknięto. Na koniec listu stroskany autor zapytuje o los swoich synów wyprawionych w obronie rodaków.

Równie rewelacyjnie brzmi fakt, że nauczyciel i dziennikarz, redaktor „Nadwiślanina” oraz „Przyjaciela Ludu”, Józef Chociszewski skazany na dwa lata twierdzy w Wisłoujściu wykorzystał ten czas na napisanie trzytomowego podręcznika języka polskiego pod tytułem „Przyjaciel polskich dzieci”. Pomagali mu w tym walnie współwięźniowie: Walenty Stefański — wybitny działacz zwany „czerwonym księgarzem”, znany na całym Pomorzu publicysta Ignacy Danielewski oraz Symforian Tomicki, który gdy tylko wydostał się z twierdzy, rozkolportował szeroko swoje „Kwiaty więzienia”, pierwszy bodaj w naszej literaturze poemat o Westerplatte. Zaczynał się pogodnie, lirycznie:

 

Objęta ramionami Wisły i Bałtyku

Wznosi się Westerplata; drzewa i murawa

Dodają jej uroku, a częsta zabawa

Nęci tu w dni pogody jej gości bez liku.

 

— lecz kończył posępnie:

 

A tu grad tłucze żniwo, nas chłoną więzienia.

 

Najstarszym rangą więźniem Wisłoujścia był generał brygady Szymanowski. Najmłodszym więźniem — wielkopolski lekarz i społecznik Karol Marcinkowski. Najczęściej przesiadywali, tu pomorscy dziennikarze, a najliczniej rewolucjoniści Wiosny Ludów.

Na szczęście bywało w Starej Latarni i wesoło. Zwłaszcza w sobótkowe noce, kiedy spływały kolorowe wianki rzucane do Wisły przez najpiękniejsze krakowianki, warszawianki i gdańszczanki. Bywało uroczyście, gdy nowy komendant Morskiej Strażnicy składał przysięgę wierności polskiemu monarsze. Bywało hucznie, gdy w twierdzy gościł król z dworem. Romantycznie, gdy bawił w niej królewicz Władysław lub piękny książę Józef.

Największy szum powstał, kiedy pięćdziesiąt sześć okrętów Zygmunta III Wazy podniosło kotwice i rozwinęło żagle, ruszając po szwedzką koronę. Podobno sześć tysięcy najprzedniejszej szlachty wybrało się wtedy za morze. Krocie wydano na dynastyczne mrzonki. Wyprawa była wspaniała, lecz wojna potem straszna. Twierdza się obroniła, ale szwedzki potop zalał kraj. Spod Wisłoujścia pod Oliwę popłynęła teraz wojenna flota po swe świetne zwycięstwo nad szwedzką eskadrą. Forteczne armaty znów biły wiwaty. Ta bitwa była w naszych morskich dziejach tym, czym bitwa pod Grunwaldem w dziejach walk lądowych. Ale po Oliwie, podobnie jak po. Grunwaldzie, sprzeczne interesy naszych magnatów zaprzepaściły żołnierski trud.

Mury nadmorskiej twierdzy pamiętają wielu śmiałych żeglarzy i wielu walecznych rycerzy, którzy nie raz wyruszali stąd na bój z Krzyżackim Zakonem i szwedzką armadą. Pamiętają także okres kaprów i piratów. Przez Wisłę przeciągnięto wówczas gruby łańcuch, który opuszczano dopiero wtedy, gdy statek pokazał ładunek i opłacił cło. Rozmaite bywały z tym kłopoty. Doświadczona załoga likwidowała je sprawnie. W skrytych fosach twierdzy stały gotowe na wszelki wypadek zbrojne galery. Między wierszami średniowiecznych kronik można wyczytać, że wśród wioślarzy owych galer bywali skazańcy, których dla zabezpieczenia wyroku przykuwano do łodzi. A więc i Gdańsk miał swoich galerników.

Chodząc po „Wisłoujściu można dojść do czasów najdalszych. Gdy rozpalano pierwsze ognisko, nie myślano o historii. Nie znamy więc daty. Opisano, za to dokładnie drugie, a właściwie dwa ogniska latarni. Były one tak przemyślnie rozstawione, że gdy sternik spostrzegł, iż znajduje się na linii obu ognisk świetlnych, to mógł być pewien, że statek jego jest na najlepszym kursie do portu.

W tysiąc lat potem pod tą właśnie latarnią podpalono świat. Ale tego nie dokonali już słowiańscy rybacy. Każdy może zobaczyć miejsce, gdzie pod pretekstem kurtuazyjnej wizyty stanął hitlerowski pancernik „Schleswig-Holstein”, skąd po zwodniczych manewrach i fałszywych gestach rozpoczął zaplanowany z premedytacją morderczy ogień.

Pod gruzami Gdańska ocalała krucha płyta patefonowa. Bezcenny dokument — pierwszy reportaż z ostatniej wojny światowej. Nagrany na gorąco na pokładzie hitlerowskiego pancernika przez niemieckiego korespondenta. Na płycie utrwalono kanonadę wszystkich dział okrętu, bombardowanie stukasów, ogień artylerii, szturm esesmanów. Korespondent donosi światu, że zaczął się totalny atak z morza, lądu i powietrza, że nawale przeciwstawia się garstka obrońców.

Tak, to był totalny atak na świat. Od ponad trzydziestu lat w każdą rocznicę Września płyta nadawana jest przez Rozgłośnię Gdańską Polskiego Radia. Bez komentarzy. Po prostu — memento.

U Wisłoujścia, na żołnierskich mogiłach Westerplatczyków, tych którzy polegli w jego obronie i tych którzy je wyzwolili, rosną teraz młode dęby nowego tysiąclecia zasadzone przez leśników całego kraju.

Społeczną ofiarnością wzniesiono tu monumentalny pomnik, symbol bohaterstwa polskiego żołnierza — widoczny z lądu i morza dokument hitlerowskiej agresji i hitlerowskiej klęski, obrony i wyzwolenia, początku i końca drugiej wojny światowej.

Pięćdziesiąt tysięcy ludzi uczestniczyło w odsłonięciu pomnika Bohaterów Westerplatte w Dniu Wojska Polskiego 9 X 1966 roku. Byli wśród nich także weterani historycznej reduty — por. Stefan Gródecki, por. Leon Pająk, sierż. Michał Gawlicki, chor. Władysław Deik, kapr. Janusz Stradomski, kapr. Julian Rejmer, kapr. Stefan Misztalski, kapr. Jan Zwierzchowski, kapr. Stefan Zimny, kapr. Jan Nowak, kapr. Piotr Barański, kapr. Bolesław Rybak. Pyli kombatanci wszystkich naszych frontów. Pod granitowym obeliskiem złożono urny z ziemią pobraną z bitewnych pól Warszawy i Lenino, Narviku i Kołobrzegu, Monte Cassino i Wału Pomorskiego. Dzień ten zgromadził przy ekranach telewizji całą Polskę.

Podniosły patriotyczny charakter miał też moment sprowadzenia do Ojczyzny i złożenia na Westerplatte prochów jego bohaterskiego dowódcy, zmarłego tuż po wojnie w Neapolu majora Henryka Sucharskiego.

Zakończono już także odbudowę zabytkowej twierdzy. Z jej latarniowej wieży widać wskrzeszone z ruin gotyckie kościoły, renesansowe ratusze, barokowe kamieniczki, nowoczesne wieżowce, elektryczne dźwigi, statki wielu bander... panoramę nowego Gdańska.

Na myśl przychodzi poetycki wieczór w klubie studentów Wybrzeża, gdzie Władysław Broniewski mówił gdańskim żakom:

 

Popłyń od źródeł po ujście

Wisły-matki,

niejedno porwie i skusi cię,

a na ostatku,

kiedy z wiślanej mierzei

zobaczysz morze,

pomyślisz: Dzieją się dzieje..

***

A jam nie Smętek, jam nie Żeromski

nie Fantazy, nie Zadumaniec,

ja jestem kamień, który do Polski

z szańca rzucali na szaniec.

***

Od źródeł Wisły aż po ujście,

od źródeł życia aż do śmierci,

aż do utraty tchu jam niósł cię

na czułych skrzydłach moich wierszy.

***

Od wież wawelskich aż po gdańskie,

od Nowej Huty aż po Stocznię

i w przeszłość — aż po gród pogański

umiłowaniem — po widoczne...

Trzej królowie w Gdańsku

 

Był 8 lipca 1552 roku, gdy dwutysięczny orszak królewski zbliżał się do bram Gdańska. Biły wszystkie dzwony. Strzelano z muszkietów i dział. Burmistrz otoczony trzystu najznakomitszymi obywatelami Gdańska wyszedł na spotkanie króla daleko poza mury miasta. Trzy tysiące rzemieślników i kupców przybranych w najbogatsze szaty utworzyło bajecznie kolorowy szpaler. Wśród nie kończących się wiwatów wkroczył Zygmunt August do Ratusza Głównego Miasta. Tutaj odbyło się oficjalne powitanie, po czym król udał się do swej kwatery przygotowanej dlań w okazałej kamienicy przy Długim Targu 11.

Tego samego jeszcze dnia rozpoczęły się wspaniałe imprezy, które trwały do chwili wyjazdu króla, to jest przez blisko dwa miesiące. Na Długim Targu odbywały się pokazy szermierki i fechtunku, rycerskie turnieje i tańce rozmaitych cechów rzemieślniczych, popisy kuglarzy i akrobatów. Fontanny Neptuna wtedy jeszcze nie było, podobnie jak Zielonej Bramy. Przed oknami królewskiej kwatery roztaczała się panorama starego portu. Wzdłuż brzegów Motławy ustawiono beczki wina, którym dwór królewski i rada miasta hojnie wszystkich częstowały. Każdy dzień witano radosnym biciem dzwonów, kończono palbą z dział i strzelb.

Nie obeszło się bez tragicznych i tajemniczych wypadków. Oto po jednej z częstych salw potężny odłam kamiennego gzymsu spadł z wysokiej bramy rozbijając się u stóp stojącego pod nią króla. Przypadek czy zamach? To pozostało tajemnicą królewskiej kancelarii. Innym razem w czasie dworskiej krotochwili, gdy jedni rycerze gonili drugich, którym dla większej zabawy zarzucono suknie kobiece na pancerze, jeden z jeźdźców zwalił się wraz z koniem, a spłoszone zwierzę potargało go na śmierć, wlokąc po ziemi zaplątanego nogą w strzemieniu.

Chcąc zatuszować przykre wrażenia wznawiano zabawy ze zdwojoną energią i pomysłowością. Któregoś dnia rozpięto długą linę między szczytem ratuszowej wieży a brzegiem Motławy. Ludzie wylegli na ulice. W chwili, gdy król zajął miejsce na podium przed swą rezydencją, na galeryjce ratuszowej wieży ukazała się smukła muskularna postać młodego akrobaty. Tłum zamarł w oczekiwaniu z zadartymi głowami. Lina przebiegała ponad dachami najwyższych domów i nie miała żadnego zabezpieczenia. Akrobata był nieustraszony. Na obnażoną pierś zarzucił rysią skórę, chwilę sprężał się jakby do skoku, potem położył się na linie, rozłożył szeroko ramiona i silnym ruchem nóg mocno odepchnął się od wieży. Widzowie wstrzymali oddechy. Zdawało się, że młody człowiek nie zjeżdża po linie, lecz szybuje ponad miastem. Długo trwały wiwaty, gdy szczęśliwie wylądował u królewskich stóp.

Bardzo myliłby się jednak ten, kto by sądził, że Zygmunt August zjechał do Gdańska dla samej tylko zabawy. Przeciwnie, właśnie owe wesołe imprezy, krotochwile i fajerwerki miały stanowić dymną zasłonę dla poważnych narad i głębokich trosk króla. Nękany groźnymi wojnami szukał pomocy nad morzem. Patrząc na życie portu, na pracę okrętowych cieśli, marzył o silnej polskiej flocie. Skąpe są zapiski kronikarzy, zaginęły ważne dokumenty, niewiele ujawniają dyplomatyczne listy. Wiadomo jednak, że Zygmunt August uczestniczył w wodowaniu statku zbudowanego w gdańskich warsztatach okrętowych na Lastadii. Wiadomo, że zwiedzał latarnię morską i fortecę u Wisłoujścia, że uważnie przyglądał się wojennej flocie francuskiej, której okręty zawinęły właśnie na redę gdańskiego portu. W kilkanaście lat później rozpocznie Zygmunt August budowę własnej floty w stoczniach Elbląga i powoła Komisję Morską — pierwsze polskie ministerium marynarki i admiralicji — której przewodniczącym został Jan Kostka, kasztelan gdański.

Jeszcze w trzydzieści lat po śmierci króla poeta Stanisław Grochowski tak go wspominał:

 

Było i na oceanie

Znaczne jego panowanie,

Bo i tam chciał być ogromnym

Nieprzyjaciołom koronnym.

 

Śmiałe idee morskie Zygmunta Augusta zostały zaprzepaszczone jak tyle razy w naszych dziejach przez interesy obcych mocarstw, fatalną politykę dworu, egoizm możnowładców. Trwałą pamiątką pobytu króla w Gdańsku — pozostał tylko pozłacany posąg spoglądający na Gdańsk ze szczytu ratuszowej wieży od czterystu lat. Posąg ten, zniszczony w czasie ostatniej wojny, został zrekonstruowany niemałym nakładem złota i pracy. Złoto dała Polska Ludowa, a pracę wykonali artyści i rzemieślnicy z gdańskich Pracowni Konserwacji Zabytków. Na królewskim płaszczu wyryto taki napis:

Zwycięski i władający Ojczyzną swą polski lud pracujący, kierując się troską o, zabezpieczenie dóbr kulturalnych odziedziczonych po przodkach, odnowił tę statuę króla Zygmunta Augusta w Gdańsku odzyskanym dla Polski wspólnie przelaną krwią bohaterskiej Armii Radzieckiej i Wojska Polskiego. Statuę tę przekazuje potomności.

Gdańsk 1950.

*

Jan III Sobieski z Marysieńką i dworem przypłynął do Gdańska Wisłą. Po drodze zatrzymał się we Włocławku, Toruniu, Pelplinie, Gniewie i Malborku. Korzystał skwapliwie z każdej okazji noclegu w wielkim romantycznym zamczysku lub małym przytulnym dworku. Wiosna 1677 roku była piękna, a Jasio chociaż kochał Marysieńkę całe życie, to przecież wiosną zawsze najgoręcej. A poza tym miał we wszystkich nadwiślańskich grodach swoje spichrze i zanim został królem, był starostą gniewskim.

Różne snuto domysły na temat tej podróży. W Warszawie panowała zaraza — mówiono więc, że kroi wywozi Marysieńkę bojąc się o jej zdrowie. Inni sądzili, że wizytuje dobra, lustruje spichrze, aby wzbogacić skarbiec. Zapewne nie były to opinie bez racji, ale zasadniczym powodem, dla którego Sobiescy zjechali do Gdańska aż na pół roku, były dyplomatyczne starania o odzyskanie Prus Książęcych. Chodziło o pokonanie Prusaków bronią dyplomatyczną przy pomocy Szwecji i Francji. Zostawmy jednak te sprawy historykom dyplomacji i zajmijmy się tym, czym zajmowali się Sobiescy w Gdańsku w chwilach wolnych od wielkiej polityki.

Król lubił polowania i interesy. Jeździł więc na łowy do Kolibek, Rzucewa, Pucka. Płynął łodzią na Wyspę Spichrzów, aby szacować eksportowe ziarno. Pod Żurawiem doglądał wyładunku cennych sprzętów, które akurat przypłynęły z Francji. Interesy zaprowadziły go w końcu do gdańskiego więzienia. Przesiadywał tam nawet kilka razy, pewien bowiem szlachcic podrobił królewską pieczęć i podpisy i to tak doskonale, że na własną rękę robił „sobieskie interesy”. Niestety, sprawa się wydała i biedny szlachcic powędrował do więziennej wieży. Król był tyleż wzburzony, co zaciekawiony i osobiście prowadził przesłuchania. Afera była niemała. Nie zanotowano jednak ani wyroku, ani aktu łaski.

Królowa wolała zabawy. Jeździła karocą do Królewskiej Doliny — tam, gdzie dziś jest ulica Sobieskiego — na wesołe krotochwile. Spieszyła to na przyjęcie u opata Łoknickiego w Oliwie, to na bankiet u francuskiego posła. Matkowała też pannie młodej, wojewodziance malborskiej Bąkowskiej, która ślubowała miłość staroście tolkmickiemu Janowi Działyńskiemu. Huczne to wesele odbyło się w Zielonej Bramie i trwało trzy dni.

O uczonych rozmowach, jakie toczyli Sobiescy ze słynnym astronomem Heweliuszem w jego obserwatorium przy ulicy Korzennej, oraz o rozmaitych innych siurpryzach i souvenirach wspomnę jeszcze na dalszych stronach. Teraz proponuję zatrzymać się przez moment przy Długim Targu pod drugim, gdzie królowa Marysieńka 9 września 1677 roku urodziła królewicza Aleksandra. Cóż to było za wydarzenie! Poprzedziło je siedem dni absolutnej ciszy. Na ulicach Gdańska wstrzymano wszelki ruch. Przestały bić dzwony. Zatrzymano skrzypiące zegary — wszystko po to, aby w niczym nie zaszkodzić młodemu królewiczowi. Za to gdy królowa i królewicz doszli do sił, zabawiono się po polsku, aż echo obiegło cały ówczesny świat. Pomysłowy architekt i pirotechnik zarazem Ernest Braun skonstruował wielką makietę bitwy pod Chocimem. Mieszkańcy Gdańska piali z zachwytu patrząc, jak wojsko polskie gromi Turków. Całe to widowisko, jak przystało na prawdziwy fajerwerk, rozegrało się w kolorowych blaskach pękających rakiet i huku rozrywających się petard. Na ulicach ustawiono łuki triumfalne ozdobione srebrnymi orłami, złotymi girlandami i górnolotnymi hasłami. Rycerskie turnieje, teatralne przedstawienia, a głównie toasty przypominały sławne zwycięstwa ojca, wróżąc większe jeszcze jego synowi. Muzykanci przez wiele dni wygrywali hymny na cześć urodzonego w Gdańsku polskiego królewicza.

Wszystko na nic. Po latach wyszło na jaw, że nie bardzo nam się udał ten gdańszczanin — ale fajerwerki były w Gdańsku piękne.

 

Minęło niespełna trzy wieki i oto Jan III Sobieski ponownie zjawił się w Gdańsku. Co prawda w pomnikowej formie, w barokowym stylu i plastycznej wizji artysty rzeźbiarza Tadeusza Barącza, lecz w atmosferze identycznie odświętnej. Przybył na spiżowym rumaku ciągniony przez setkę mechanicznych koni. Droga pomnika wiodła do Gdańska ze Lwowa, z popasem w Wilanowie. Spięty ostrogą posąg stanął jak wryty przed gmachem prasy Wybrzeża. Czy mógł marzyć o lepszym miejscu? On — równie utalentowany reporter wojenny co korespondent miłosny, którego listy, i te spod Wiednia, i te z Gdańska, cieszą się taką poczytnością? Związany z Gdańskiem alkową i tronem, Królewską Kaplicą i gwiezdną konstelacją, niejedną koronną historią. Jak niegdyś witał go tłum ludzi — kobiety, młodzież, adepci sztuki z pobliskiej uczelni, marynarze w galowych mundurach, stoczniowcy w roboczych kombinezonach i gdańscy radni z burmistrzem, czyli przewodniczącym Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Tylko zamiast wiwatów z muszkietów strzelano z fotoaparatów utrwalając królewską chwilę.

Przyznaję, że w dniu tym byłem monarchistą i zwolennikiem spiżu. Wińcie o to Tadeusza Boya, który uczynił, wszystko, co w mocy krytyka, aby odbrązowić posągową postać Jana III, a przecież nie ujął, lecz dodał mu barwy. Kpiąc z geniuszu monarchy zburzył niejeden mit o nim, ale zarazem odkrył jego talent pisarski i temperament publicystyczny. To Boy wprowadził Sobieskiego na piedestał literacki i ogłosił honorowym członkiem Pen-Clubu. Umotywował jego miejsce przed klubem gdańskich dziennikarzy.

Wiosną na Targu Drzewnym nie znajdziecie wolnej ławki. Skwerek wokół pomnika upodobała sobie młodzież. Chętnie spotykają się tu też gdańscy lwowiacy. Kto by przypuszczał, że królowi przypadnie w tym mieście jeszcze jedna doniosła integracyjna rola? Jeśli przyjdziecie tu 24 czerwca, zobaczycie wieniec czerwonych róż ze złoconą szarfą: Kochanemu Janowi w dniu imienin — gdańskie kwiaciarki.

*

Trzeci król — Zdzisław Król — przybył do Gdańska roku pańskiego 1948. Jego wjazd do miasta odbył się bardzo skromnie. Szczerze mówiąc zauważyła go tylko jedna kobieta, Dorota Goślińska, która wkrótce została jego żoną. Ponieważ szacowny ratusz, strojne kamieniczki, Zielona Brama i wszystkie inne rezydencje królów polskich w Gdańsku leżały jeszcze w gruzach zrujnowane pożogą ostatniej wojny, skierowano Króla Zdzisława do mizernej kwatery przy Alei Wojska Polskiego. Radni miejscy rozumiejąc szczególną sytuację Króla odwołali się do ludu Gdańska i za zgodą wszystkich lokatorów przydzielili mu dodatkowo kawałek strychu. Nędzne to wnętrze zostało przez Króla urządzone po królewsku, co jest niewątpliwie zasługą Krakowskiej Akademii Sztuki. Tam bowiem kształtował się jego smak artystyczny, tam poznawał dzieje sztuki, uczył się malarstwa i rzeźby.

Król Zdzisław tym różni się od swoich poprzedników, że zamiast śnić o dyplomatycznych podróżach na królewskich okrętach, zbudował sobie zwyczajną łódź z małym motorkiem i niewielkim żagielkiem. Łodzią tą żegluje z rodziną i przyjaciółmi po wodach zatoki i naturalnie czuje się jak król.

Urodził się na drugim krańcu Polski, u źródeł Wisły, w Krakowie. Będąc chłopcem zobaczył kiedyś obraz Antoniego Suchanka — jednego z najwierniejszych morzu artystów, mającego od lat malarską pracownię na orłowskim brzegu — przedstawiający panoramę Bałtyku. Pomyślał wtedy, że żyć i malować nad morzem to bardzo piękna rzecz. Wstąpił do krakowskiej szkoły plastycznej, a gdy miał już dyplom w kieszeni, wsiadł do gdańskiego pociągu. Wykonał tu już ponad dziesięć tysięcy rysunków. Trochę wstydzi się tej ilości, ale niesłusznie. Jakość jego prac mamy okazję oceniać niemal codziennie. Artysta ód dwudziestu pięciu lat jest grafikiem „Głosu Wybrzeża” — gdańskiej gazety, której dzienny nakład dawno przekroczył ćwierć miliona egzemplarzy.

Trzeba być ogromnie pracowitym, niewyczerpanym w twórczej inwencji artystą, aby tyle lat wytrzymać w dzienniku. Rysunek powstaje tu przecież z reguły w przysłowiowe pięć minut. W dobie depesz i telefonów, radia i telewizji, sputników i telstarów prasę obowiązuje tempo. Dziennikarze i literaci przynoszą materiały z ostatniej chwili. W wypadku reportaży z nowej budowy mówią: narysuj to, co napisaliśmy, lecz gdy zdarzy się opowiadanie o odwiecznej miłości, proszą: narysuj to, czego nie napisaliśmy. I Zdzisław Król zamyka się w swej pracowni. Za kilka godzin gazeta idzie do druku, a rysunek trzeba nie tylko ręcznie wykonać, ale i wewnętrznie przeżyć, jeśli ma to być rysunek prawdziwie artystyczny. Głównym inspiratorem jego prac jest morze i jego sprawy, ludzie morza i ich problemy oraz architektura Gdańska, na którą ten krakowianin jest tak bardzo czuły. Myślę, że warto zebrać jego grafiki, zwłaszcza te z niedzielnych wydań, w jakimś artystycznym albumie. Byłaby to nowa monarchiczno-demokratyczna pamiątka z Gdańska.

*

Wspomniałem o trzech tylko królach, gdyż nie sposób o wszystkich. W Gdańsku bywali przecież i to niejednokrotnie: Przemysł II, Władysław Łokietek, Kazimierz Jagiellończyk, Aleksander, Zygmunt Stary, Zygmunt III, Władysław IV, Jan Kazimierz, August II, Stanisław Leszczyński i przedostatni z naszych monarchów, August III, który wprawdzie nie wjechał do Gdańska, ale gościł w oliwskim opactwie i w twierdzy u Wisłoujścia.

A poza tym ten mój felieton powstał, jak wszystkie, mniej więcej tak:

Siedziałem najspokojniej w radiowym bufecie, kiedy zadzwoniła „Fojutka”. W radio wszyscy tak nazywali Wandę Fojut. Pracowała w Rozgłośni Gdańskiej od 1945 roku. Pilnowała planów i programów, goniła za autorami, lektorami, spikerami, taśmami, tekstami — słowem za całym radiem. Kiedy podnosiła słuchawkę telefonu, mówiła wprost: Tu Radio-Fojut. Wszystkich przekonała, że gdyby nie ona, nie byłoby ani rozgłośni, ani programu. Należała do tych pracowników, o których słuchacze nic nie wiedzą, lecz bez których na antenie panowałaby niczym nie zmącona cisza. Tym razem też zaczęła od krzyku:

— Co z pana audycją?!
— Jaką znów audycją?
— Na jutro!
— Na jutro?
— Ma pan chociaż tytuł?!
— A co jutro jest?
— 6 stycznia, wtorek, Trzech Króli.
— To niezły tytuł.

— Jaki?

— No ten: Trzej Królowie w Gdańsku.
— Żeby tylko jutro byli, bo słowo daję narobię rabanu...

Następnego dnia po nadaniu audycji „Fojutka” przyszła na kawę do bufetu i tak, żeby wszyscy słyszeli, mówiła:

— Wiecie, różne już w radio chały szły, ale ta wczorajsza, to była królewska chała.

I pomyśleć, że „Fojutka” była szkolną koleżanką mojej matki. Chodziły do jednej gdańskiej budy na Podwalu Przedmiejskim. Mówiły sobie same uprzejmości i nawet razem się fotografowały. Zachowałem w rodzinnych szpargałach zdjęcie, na którym obie mają po szesnaście lat i uśmiechają się mile. To było jeszcze za Wilusia. Wierzyć się nie chce.

Kilometry dokumentów

 

Spectabiles grate nobis dilecte,

Piszą do nas z Neapolu, iże w Królestwie Neapolitańskiem, i w Sicilijei, iuż po dwie lecie, był zły barzo urodzai, tek, iże, w mieśczie Neapolu, i drogośczi niezmiernei, i niedostatku wielkiego sie obawiaią, i przymawiają się stamtąd, że kto by tam żytka, który okrent zawiózł, miał by stego wielki pożytek. Czo zdaloście nam w.w. oznaimić, aby to przez was wiedzieć mogli, i inni obywatele gdańscy, że w Neapolu barzo by temu rado było, i barzo by dobrze spieniężył, ktokolwiek chcział żytka, albo pszenicze tam zawieść, by mial, i naiwienczy. Zalim v.v. Panu Bogu vszechmogącemu, vlaske, i wobrone iego szwientą poruczamy,

Anna Królowa Polska

v nowym mieśczie 7 Decembris Anno Domini Milesimo quingentesimo, nonagesimo, primo.

 

List Anny Jagiellonki do Rady Miejskiej Gdańska wyciągnąłem z Wojewódzkiego Archiwum Państwowego w Gdańsku. Na chybił trafił, wszak w historii nie ma przypadków. Gdy się szpera w gdańskim archiwum, co rusz szeleszczą pergaminy z pieczęciami Piastów, Jagiellonów, Wazów i Sasów, Sobieskich i Poniatowskich. Królewska korespondencja z Gdańskiem obejmuje ponad pięć tysięcy listów. Dotyczy polityki i gospodarki, handlu i żeglugi, kultury i sztuki, dyplomacji i... Bóg raczy wiedzieć czego, jako że wiele listów kończy się pobożnym życzeniem, a treść ma sekretną. Wszystkie dowodzą ogromnej roli, jaką morska stolica odgrywała w życiu kraju.

Osobliwością archiwów jest to, że zbiory mierzy się tu nie na tomy, nie na tony, lecz na... kilometry. Najmniejszą miarą jest metr bieżący. Po prostu mierzy się długość regałów szczelnie wypełnionych aktami. Gdańskie archiwum liczy mniej więcej dziesięć kilometrów dokumentów. Mniej, więcej to znaczy:

mniej o 405 skrzyń, które wywieźli stąd Prusacy w 1918 roku. Że zawierały one dowody polskości pomorskiej ziemi, nie ma co wyjaśniać. Warto natomiast przypomnieć, że dokumenty te dotąd do Gdańska nie wróciły;

więcej o dziesięć wagonów, które wywieźli stąd hitlerowcy w 1945 roku. Tym razem grabież się nie udała, mimo że akta ukryto w sztolniach nieczynnej kopalni soli w Goslar na terenie obecnej Republiki Federalnej Niemiec. Zostały tam odnalezione tuż po zakończeniu wojny i w ramach rewindykacji odesłane do Gdańska.

Z afer kryminalnych najciekawsza wydaje się sprzedaż akt kartuskich British Museum dokonana prawem kaduka przez berlińskich antykwariuszy w ubiegłym wieku. Dzięki temu nasi badacze folkloru kaszubskiego mają teraz znakomity pretekst do dłuższego pobytu w Londynie.

Anglików natomiast może zainteresować zachowany w gdańskim archiwum odręczny list Olivera Cromwella, w którym prosi on rajców miejskich o opiekę nad mieszkającymi w Gdańsku angielskimi kupcami i wyraża nadzieję na dalszy rozwój handlu między Polską i Anglią. Podpis Cromwella, jak przystało na rewolucyjnego republikanina, jest zdecydowany, prosty i czytelny.

Łowcy autografów są oczywiście wykluczeni z archiwum, co stwierdzam nie bez żalu, gdyż podpis Ludwika XVI jest piękny i najmniejszym drgnieniem nie zdradza, że list wysłany 20 sierpnia 1791 roku do Gdańska jest jednym z ostatnich jego listów. W nader uprzejmych słowach oznajmia król Francji gdańszczanom, że zatwierdził nową konstytucję i zapewnia, że Francja będzie odtąd rządzona zgodnie z wolą narodu. Jak wiadomo, konstytucja ta była owocem Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Niestety, na reformy było już za późno i Ludwik XVI w kilka tygodni potem został ścięty.

Do Przyjaciela, Komendanta i Dyrektora Miasta Gdańska zaadresował swoje pismo turecki dostojnik Batir Aga zapowiadając przybycie okrętu z posłem do króla Polski.

Pismo pełne jest pochlebstw, opatrzone małą pieczęcią i jedwabną barwną wstęgą, która w dyplomacji tureckiej miała doniosłe znaczenie.

Król Jan III Sobieski nadając gdańskim lekarzom Kronom przywilej leczenia w całej Polsce dołączył do aktu; swój portret olejny.

Hetman Stanisław Koniecpolski dziękując z wojennego obozu w Brzeźnie mieszkańcom Gdańska za wieści o ruchach wojsk szwedzkich, ozdobił list pieczęciami kasztelana krakowskiego i hetmana wielkiego koronnego.

Najwięcej, bo aż 65, czerwonych pieczęci potwierdziło akt utworzenia w roku 1440 Związku Pruskiego, czyli organizacji miast i szlachty Pomorza do walki z Krzyżakami.

Dawną świetność zachowały ozdobne pergaminy z przywilejami Kazimierza Jagiellończyka, który poza obdarowaniem Gdańska prawami handlu i żeglugi dodał do herbu miasta koronę Jagiellonów.

Atrakcją archiwalną są prowadzone od 1595 roku sprawozdania gdańskich delegatów na Sejmy Rzeczypospolitej. Grube tomy czekają na ciekawych naszej polityki morskiej, na badaczy naszego parlamentaryzmu.

Między żagle i statki, armatorów i ładunki, marynarzy i kupców wprowadzają akta Komory Palowej i księgi gdańskich cechów. Ileż tu śmiałych rejsów, egzotycznych wypraw, wspaniałych fortun, straszliwej nędzy, buntów i szkwałów, zysku i wyzysku. Każdy statek odnotowany, każdy żeglarz zapisany. Ten dział to archiwalne scenariusze marynistycznych opowieści.

Najstarsze akta wystawione przez książąt pomorskich i gdańskich Sambora, Mszczuja, Świętopełka II także dotyczą morza, mówią o budowie gdańskiego portu, podobnie jak akta najnowsze z ministerialnym podpisem Eugeniusza Kwiatkowskiego obejmujące okres budowy Gdyni. Nadane niegdyś gdańskim zbiorom miano Archiwum Morskiego Rzeczypospolitej jest zatem w pełni udokumentowane.

I tak milowymi krokami poprzez kilometry dokumentów doszliśmy do naszych czasów. W nowoczesnym magazynie piętrzą się dokumenty, którym początek dał rok 1945. Ostatnie listy więźniów Stutthofu, żołnierskie raporty Ludowego Wojska Polskiego, polecenia Krajowej Rady Narodowej, akta Morskiej Grupy Operacyjnej, dokumentacja Biura Odbudowy Portów... Pełno w tych aktach min, gruzów, wraków, ale więcej świeżej cegły i ogrom planów.

Na dnie którejś z teczek — znów na chybił trafił — znajduję świstek papieru zapisany pośpiesznie ołówkiem:

Wczoraj, w Liceum im. Bolesława Chrobrego w Sopocie zdało maturę osiemnastu eksternistów. Jeden o kulach, paru w mundurach, z medalami za Lenino, Warszawę i Bałtyk, reszta prawie dzieci.

 

Podpis nieczytelny. Obok inny dokument sporządzony na kawałku hitlerowskiej makulatury:

Do Gdańska nadszedł transport obuwia z demobilu (...) Są też sznurowadła (...) i trochę żywności (...) Zarządzam powołanie społecznej komisji rozdziału pomiędzy ludność.

Prezydent miasta Gdańska Kotus-Jankowski

 

Spojrzałem na moje buty z błyskawicznym zamkiem. Zerknąłem na nogi młodych archiwistek. Były w najmodniejszych pantofelkach. No cóż, widać w archiwum wszystko kojarzy się z historią...

Baszty i bramy

 

Każdy słyszał o Złotej Bramie i wie o Bramie Zielonej, widział Basztą Słomianą i zna Basztą Łabędź. Lecz idą o zakład z mieszkańcami Gdańska, że nikt nie wymieni wszystkich baszt i bram. Jeśli wygrałem, to przeczytajcie, jeśli przegrałem... to też przeczytajcie. Wyłączam z zakładu tylko dwie osoby: architekta Ryszarda Massalskiego i inżyniera Jerzego Stankiewicza. Pierwszy był konserwatorem gdańskich zabytków, drugi jest znawcą średniowiecznej architektury. Obydwaj wiedzą więcej ode mnie.

Baszta Narożna jest ponoć najstarsza. Jej cegłą wypalono w 1343 roku. Wypada więc zacząć od niej. Ale przedtem proponują wejść na wieżą ratusza. Poza tysiącem osobliwości mamy w Gdańsku dwa ratusze — jeden Staromiejski przy ulicy Korzennej i drugi Głównomiejski przy ulicy Długiej. Wybieramy ten drugi, gdyż ma wyższą wieżą. Baszt z wieżami nie należy mieszać, bo choć jednych i drugich jest niemal bez liku, są to zupełnie różne obiekty. Ze strzelnic baszty widać tylko wroga, a na galeryjce wieży ma sią miasto na dłoni. A o to właśnie chodzi, aby zbytnio nie błądzić i jednym spojrzeniem objąć całość.