Ogród ukrytych słów - Agnieszka Stec-Kotasińska - ebook + książka

Ogród ukrytych słów ebook

Agnieszka Stec-Kotasińska

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Marta po rozwodzie z dręczącym ją mężem Igorem ucieka do Orłowa – jedynej w Polsce miejscowości, w której nie ma zakrętów – gdzie próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Pewnego dnia poznaje Tomka, policjanta, który po ostatniej akcji musiał zaszyć się w tych stronach, ponieważ grozi mu wielkie niebezpieczeństwo. Niepostrzeżenie między dwojgiem ludzi naznaczonych trudnymi doświadczeniami zaczyna rozkwitać uczucie.

Ich losy przeplatają się z historią Jadwigi i Antoniego, którzy mieszkali w tej okolicy osiemdziesiąt lat wcześniej. Poznajemy opowieść o miłości w cieniu wojny, a wszystko za sprawą pamiętnika, który Marta znalazła w swoim ogrodzie.

Przeszłość spotyka się z przyszłością, a choć czasy się zmieniają, trudne decyzje będą wymagać niekiedy wielkiej odwagi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 481

Data ważności licencji: 2/2/2031

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

Copyright © Agnieszka Stec-Kotasińska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja . Anna Zientek

 

Korekta . Anna Miotke

 

Projekt okładki . Iza Szewczyk

 

Skład i łamanie . Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej . Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN . 978-83-68923-42-1

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected] | www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niniejsza powieść jest dziełem fikcji literackiej. Występujące w niej postacie, dialogi i część przedstawionych wydarzeń zostały stworzone na potrzeby fabuły. Autorka odwołuje się jednak do rzeczywistych miejsc, realiów epoki oraz wybranych wydarzeń historycznych, które stanowią tło dla opowiadanej historii. Wszelkie podobieństwa do osób żyjących lub zmarłych, poza postaciami historycznymi, są przypadkowe lub wynikają z literackiej interpretacji faktów.

 

 

 

 

 

Sierpień 1944

 

 

 

 

 

Jadwiga wiedziała, że powinna się spieszyć. Niebezpieczeństwo wisiało nad mieszkańcami wsi niczym topór i wydawało się, że zaledwie minuty dzieliły wszystkich od apokalipsy. Wbrew temu, co nieuniknione, stała jak słup soli i nadwyrężała uprzejmość, a być może nawet i cierpliwość Wojciecha, który czekał na nią przy bryczce już od dłuższego czasu. Wyraźnie czuła na sobie jego wzrok, lecz jej nie ponaglał. Ten dobrze wychowany i kulturalny mężczyzna wciąż skrywał pozostałość po jakże odległej nadziei, że coś mogłoby się między nimi wydarzyć.

Kobieta słyszała narastający gwar za swoimi plecami. Wszak nie tylko oni postanowili w tym dniu opuścić, nie wiadomo, na jak długo, swoją bezpieczną przystań. Wpatrywała się w dom, licząc, że przenigdy nie zapomni nawet najmniejszego w nim szczegółu. Odstającej lekko blachy z jednej części dachu, której naprawienie po śmierci Antoniego przestało być pilną sprawą, trzech drewnianych schodków prowadzących do drzwi wejściowych, na których uwielbiała wysiadywać, zanim świat stanął na głowie, dalii, które jakby na przekór wszystkiemu ledwo dopiero zdążyły przed paroma dniami zakwitnąć. Jak zwykle przy kuchennym oknie. Jadwiga patrzyła na niegdyś wspólny dobytek, przeżyła tutaj tyle lat, tyle chwil pełnych radości, ale także cierpienia. Dlaczego zatem dziś przychodzi jej to zostawić?

– Już czas, Jadziu. – Wzdrygnęła się, gdy Wojciech podszedł do niej niepostrzeżenie i delikatnie dotknął jej ramienia. – To przecież nie potrwa wiecznie. – Mężczyzna próbował ją pocieszyć, lecz jej przeczucia były silniejsze niż słowa dawnego przyjaciela. – Być może dom ocaleje – dodał.

Już wtedy jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że oto widzi swoje ukochane miejsce po raz ostatni.

– Przypilnuj go, Wojtku – szepnęła w odpowiedzi i wcisnęła w jego dłoń małą, spoconą rączkę pięciolatka, którego dotąd obejmowała chyba zbyt mocno. – Poczekaj z wujkiem – rzuciła szybko do syna, a sama ruszyła w kierunku domu, trzymając oburącz metalowe pudełko zamknięte szczelnie mosiężną kłódką i zawinięte w sprane bawełniane ściereczki.

– Ale Jadziu! – usłyszała za sobą wołanie Wojciecha, nie odwróciła się jednak ani na moment w jego kierunku.

Piwnica. Że też nie przyszło jej to do głowy wcześniej. Tam powinna udać się od razu i jak najdokładniej ukryć przedmiot, zamiast rozmyślać, czy nielepiej zabrać go ze sobą. Ileż to razy skrywała się w niej, tuląc do siebie syna. Antoni zadbał przecież o to, by pomieszczenie było duże i solidne. Miało służyć do przechowywania zapasów żywności i zapewnić im spokojne i dostatnie życie, by nigdy nie zaznali głodu. Któżby wtedy przewidział, że karty historii tak prędko pokrzyżują ich plany? A może to właśnie wiara w spełniające się marzenia kazała im odpychać od siebie czarne myśli?

– Tu jest twoje jedyne miejsce – powiedziała do zawiniątka, zanim włożyła je do ukrytego w ziemi głębokiego schowka.

Następnie zmówiła krótką modlitwę o to, by jej mały sekret nigdy nie wpadł w nieodpowiednie ręce.

– Pamiętaj, kim jesteś – zwróciła się do synka, gdy wszyscy troje siedzieli już bezpiecznie w bryczce Wojciecha, a całe ich życie ze wszystkimi wspomnieniami zostawało w tyle niczym nic nieznaczący, oddalający się od nich, zapomniany punkt na mapie.

Chłopczyk pokiwał nieznacznie głową, nie rozumiejąc do końca tych słów. Czuła jego niepokój całym, poranionym matczynym sercem. Właśnie opuszczał jedyne miejsce, w którym czuł otuchę pomimo niebezpiecznych czasów, w jakich przyszło mu spędzić początki dzieciństwa.

– Nie martw się – dodała, pochylając się nad synkiem i głaszcząc go po głowie. – Módl się gorąco, a jeszcze kiedyś tu wrócisz.

– A ty? – zapytał.

– Też, kochanie. – Jadwiga skinęła delikatnie głową, nie chcąc go niepokoić, jednak złe przeczucie wciąż rozlewało się po całym jej ciele. W tym momencie miała wrażenie, że to właśnie ono krąży w jej żyłach zamiast krwi.

– Ależ Jadziu, wrócimy wszyscy – wtrącił się do rozmowy Wojtek, znów chcąc pocieszyć kobietę i jej dziecko. – Wrócimy tu, jak tylko nadejdzie spokój i odnajdziemy Wandusię.

Jadwiga nic nie odpowiedziała na jego słowa.

– A teraz powtórz to, czego cię uczyłam – zwróciła się do chłopca. – Chcę, żebyś to dobrze zapamiętał.

Kobieta pragnęła, by powtarzane teraz chłopcu słowa przez całe lata brzmiały w jego pamięci jak dziecięca wyliczanka, senny majak, którego sensu nie będzie rozumiał. Otulała go tymi zdaniami niczym ciepłym kocem i marzyła, by towarzyszyły chłopcu na każdym etapie dorastania.

Antoś westchnął i zamknął oczy. Był znużony, głodny i nie pojmował, dlaczego muszą wyjeżdżać. Dlaczego wokół dzieją się te wszystkie okropne rzeczy? Dlaczego opuszczają dom, w którym przyszedł na świat, bawił się, śmiał się i płakał, a czasem chował z mamą w piwnicy, gdy było bardzo niebezpiecznie? I dlaczego któregoś razu nie wrócił tata?

– Nazywam się Antoni Janowicz.

– Co dalej, Antosiu?

– Nazywam się Antoś Janowicz i pochodzę z Schönanger, koło Mielca.

– I co jeszcze? – pytała konsekwentnie.

– Mój tata był inżynierem, a mama… mama… nauczy…

Dzielny synek zasnął, zanim zdążył wypowiedzieć tekst do końca.

 

 

 

 

 

Tomasz

 

 

 

 

 

– Dzień dobry, pani Alino! – Wyprostowałem się dumnie i odezwałem dziarsko do kobiety, próbując ukryć grymas bólu, który nieproszony zawitał mi na twarzy. Choć już od tygodni czułem się znacznie lepiej, miejsce pod żebrami,w którym utknęła kula, przypominało mi o sobie w najmniej oczekiwanych momentach. Kobieta przyjrzała mi się ze łzami w oczach, a dłoń przycisnęła do ust.

– To pan – odparła niemal szeptem, jakby zobaczyła ducha.

Pucowała właśnie korytarz, więc drugą ręką trzymała kurczowo trzonek od masywnego, obrotowego mopa, którego końcówka wciąż wirowała zanurzona w wiadrze. Wyglądało to komicznie. Uśmiechnąłem się, zapominając o bólu, i położyłem jej dłoń na ramieniu. Mogła być w wieku mojej nieżyjącej matki i pracowała u nas od wielu lat, regularnie doprowadzając każdy centymetr powierzchni do lśnienia, tak że można byłoby odnieść wrażenie, jakby człowiek przebywał właśnie w muzeum sztuki narodowej, a nie w siedzibie warszawskiego pododdziału kontrterrorystycznego, którego ściany widziały już zbyt wiele.

– Spokojnie – rzekłem. – Jak pani widzi, wróciłem. To już nie czas na łzy.

Jakby na przekór moim słowom, pani Alina wybuchła głośnym szlochem, a ja poczułem się co najmniej niezręcznie. Pomimo całej mojej sympatii do tej kobiety już kilka razy chciałem dać do zrozumienia dowódcy, że najlepszym rozwiązaniem jest zatrudnienie zewnętrznej firmy sprzątającej, by uniknąć niepotrzebnych sentymentów, które w naszym zawodzie mogły przynieść więcej szkody niż pożytku. Nie zrobiłem tego jednak. Kobieta zostałaby bez zajęcia, a ja byłem ostatnią osobą na świecie pragnącą komuś utrudniać życie.

– Wszyscyśmy się tu modlili za pana. I cała moja rodzina wierzyła, że pan z tego wyjdzie, panie Tomku – wydukała, a ja poczułem się jak skończony drań za myśli towarzyszące mi chwilę wcześniej.

Pokiwałem z wdzięcznością głową i wypuściłem wstrzymywane powietrze. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić swojego przełożonego, człowieka czynu, twardo stąpającego po ziemi i trzymającego się swoich jeszcze twardszych zasad, jak po godzinach klepie zdrowaśki z resztą załogi i panią Alinką na czele, ale równie dobrze wiele mniejszych lub większych cudów mogło się wydarzyć, gdy przebywałem w śpiączce, i pierwszy raz w życiu było mi wszystko jedno.

– Dziękuję pani – odparłem szczerze. – Naprawdę bardzo dziękuję. Chciałem tylko… dowódcy szukam… jest u siebie, prawda?

Oczywiście, że był. Umówiłem się z nim przecież i najpewniej czekał na mnie teraz, łypiąc co chwilę okiem na drzwi wejściowe. Czułem się niekomfortowo, uczestnicząc w tej rozmowie, i chciałem jak najszybciej zakończyć tę ckliwą chwilę.

Pospiesznie pożegnałem się z panią Aliną i zapukałem do drzwi Ryszarda jedynie pro forma, następnie wszedłem do jego gabinetu, podałem mu rękę i bez większych ceregieli usadowiłem się naprzeciw masywnego biurka, jak zwykle zawalonego pod sam sufit rzeczami, które absolutnie nie były związane z jego pracą. Niedopita kawa, kawałek kanapki z serem i jakąś nieapetycznie wyglądającą pastą, opakowanie po skończonych chipsach – wszystko to walało się wśród dokumentów, notatek i dwóch rzuconych niedbale telefonów z ładowarkami. Przez lata nie mogłem się nadziwić, jak Rysiek – bez wątpienia na ten moment najbardziej ceniony dowódca pododdziału w tej części Polski – jest w stanie ogarnąć się w takim chaosie i wciąż prowadzić strategiczne działania, gdyż ja, miłośnik porządku i rutyny, nie byłbym najpewniej w stanie w takim burdelu nawet przypomnieć sobie własnego imienia.

– Witaj wśród żywych – powiedział wreszcie po tym, jak przez dłuższą chwilę przyglądał mi się tak intensywnie, jakbym był jakimś rzadkim eksponatem muzealnym. W dodatku kiwał głową, nie dowierzając, że to faktycznie ja.

– Chociaż ciebie proszę o oszczędzenie mi zbędnego patosu – odparłem z westchnieniem. – Lekarze mówią, że jestem zdrów jak ryba – dodałem, nie wspominając ani słowem o moim kłującym miejscu pod żebrami.

Zresztą na co niby miałaby mu się przydać ta informacja? Wylizałem się. Żyję. Byłem facetem w kwiecie wieku, policjantem, antyterrorystą, który kilka miesięcy wcześniej przyczynił się do rozbicia jednego z najgroźniejszych w kraju gangów narkotykowych. Koleżkowie trafili wreszcie za kraty, chociaż jeden z nich prawie wysłał mnie na tamten świat. Na szczęście mu się to nie udało. Lekarze dali mi zielone światło, a nawet gdyby tego nie zrobili, to pewnie sam bym sobie takie przyznał, bo siedzenie w domu na przedłużającym się urlopie sprawiało, że moja psychika zaczęła szwankować. Przebierałem nogami pod biurkiem Ryszarda, czekając z utęsknieniem na to, aż z powrotem przywita mnie w swoich szeregach. – To kiedy mogę wrócić?

– Tomek, chłopie – odparł i zawiesił głos, co trochę mnie zaniepokoiło. – Myśleliśmy, że już po tobie.

Przytaknąłem. Zawsze byłem pewien, że ten moment spotkania ze śmiercią, w którym rzekomo przed oczami przelatuje całe życie, jest tylko łzawą anegdotą rodem z hollywoodzkich dramatów, teraz jednak mogłem potwierdzić z pełnym przekonaniem, że ja również tego doświadczyłem. Dzieciństwo, młodość, wszyscy ci, z którymi już nie mam kontaktu, nieżyjący rodzice, brat, którego nie widziałem całe wieki. To oni właśnie ukazali mi się wtedy przed oczami. Barbara. Moja żona skarżąca się, że do naszego związku zbyt intensywnie wkrada się moja praca, a ona nie potrafi żyć w trójkącie. I nie chce. I odchodzi, a ja może kiedyś zrozumiem, że wszystko w życiu ma swój czas i miejsce. Otrząsnąłem się i spojrzałem w oczy dowódcy.

– Taka praca. – Wzruszyłem ramionami. – Widocznie mam coś tu jeszcze do zrobienia.

– Czy ty wiesz, że tygodniami wszystkie media o tobie mówiły?

– Niestety – przytaknąłem. Za wszelką cenę chciałem uniknąć rozgłosu, ale rozbicie takiej grupy przestępczej nie zdarzało się przecież codziennie, rozumiałem zatem zainteresowanie dziennikarzy. – Było, minęło. – Machnąłem lekceważąco ręką. – To kiedy wracam? – zapytałem pewnym tonem. – Bo jeśli o mnie chodzi – dodałem – mogę zaczynać od razu.

Ryszard splótł dłonie i położył je przed sobą na biurku, następnie popatrzył na mnie wzrokiem, który niespecjalnie mi się spodobał. Wtedy zorientowałem się, że nasze spotkanie wcale nie musiało oznaczać dla mnie dobrych wieści i rychłego powrotu do służby.

– Nie tak prędko, stary – odparł po chwili. – Nie możemy pozwolić na to, byś się narażał.

– Przecież nic mi nie jest. Mówiłem już – zaoponowałem, choć przeczuwałem, że jestem na straconej pozycji.

– Jest czy nie jest, to już inna kwestia. Niestety nie wszyscy siedzą za kratami – kontynuował. – Te tryumfy medialne były zdecydowanie zbyt wczesne i pospieszyli się też z tym zrobieniem z ciebie bohatera. Oczywiście, nie ujmuję twoich zasług – dodał naprędce.

– Jak to? – zapytałem zdumiony. – Myślałem, że zgarnęliśmy całą bandę.

– Gdy leżałeś w szpitalu, doszliśmy do tego, że mają znacznie szersze zasięgi – mówił Rysiek. – Niektórzy spieprzyli za granicę, ale mogą wrócić. Wciąż są poszukiwani.

– To ilu ich tam, do cholery, jest? – zapytałem zdezorientowany. – Czy dobrze pamiętam, że celowaliśmy w osiemnastu i właśnie tylu udało się złapać?

– Niestety okazało się, że jest ich znacznie więcej – odparł Ryszard. – Bliżej pięćdziesiątki. Będziemy zatem drążyć głębiej.

Z wrażenia opadłem na oparcie fotela.

– Niezły wynik jak na ich niewinną nazwę – odparłem. „Chłopaki z sąsiedztwa” brzmią jak grupka sympatycznych łobuziaków.

– Mogą cię namierzyć i wtedy grozi ci śmiertelne niebezpieczeństwo – mówił dalej dowódca. – Nie wiem zresztą, po co ja to ci wszystko gadam, skoro i tak powinieneś o tym wiedzieć.

– Daj spokój – odpowiedziałem, starając się opanować narastające zdenerwowanie. – To ja powinienem ich namierzyć i dopilnować, by wszystko zostało pozamiatane, a śmieci wyniesione.

Ryszard pochylił się w moją stronę, jakby w obawie o to, że ściany komendy mają uszy.

– Odstrzeliłeś łeb ich największemu guru i przez to pokrzyżowałeś trochę planów, ale to nie znaczy, że nie potrafią zmobilizować się na nowo. Niektórzy tylko marzą o tym, żeby się zemścić. Jesteś pierwszy do eliminacji, jak tylko nadarzy się okazja. Jako twój przełożony nie mogę na to pozwolić. Powinieneś zatem poczekać, aż temat ucichnie, a dokończeniem dzieła, jeśli będzie trzeba, zajmie się ktoś inny. Na ten moment masz za słabe zdrowie.

Ze skrzyżowanymi ramionami kręciłem głową, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszę.

– Pozbawiasz mnie roboty, bo coś może mi się stać? Jestem gliniarzem, do cholery, a nie przedszkolanką. Przecież mnie znasz… – Wszyscy z mojej załogi, łącznie z dowódcą, wiedzieli, że przepracowałem już ładnych kilkanaście lat i w przyszłym roku miałem otrzymać prawo do emerytury, ale wiedzieli również, że to ostatnie, o czym marzę. – Serio mam odpuścić i siedzieć w domu, oglądając W11, żeby nikt nie strzelił mi w łeb?

– Nie udawaj głąba, bo dobrze wiem, że masz więcej niż dwie klepki na krzyż pod czachą – odparł z irytacją. – Nie możesz tu zostać, rozumiesz? Nie jesteś bezpieczny, nawet gdybyś całymi dniami faktycznie siedział w domu. Ktoś może cię capnąć, gdy będziesz wynosił śmieci. Spokojnie, dokończymy dzieła. Nie obraź się, stary, jesteś świetny, ale nie niezastąpiony. I nie, nie chcę byś rezygnował z pracy. Zmienisz tylko stanowisko i przeniesiemy cię w inne miejsce.

Mówiąc to, podsunął mi pod nos smartfon z wyświetloną mapą.

– Co to jest? – zapytałem, wciąż trzymając się ostatniej nadziei na to, że cała ta rozmowa okaże się durnym żartem.

– Orłów – odparł komendant z wyczuwalną satysfakcją. – Taka wieś pod Mielcem. Podkarpackie. Ta wieś, jak i cała gmina Borowa, będą należeć do ciebie już od poniedziałku. Potrzebują dobrego dzielnicowego. A służbowe mieszkanie już czeka na ciebie w Mielcu. Skromna kawalerka, ale po co ci więcej? W weekend chyba zdążysz się ogarnąć i przenieść, nie?

– Dzielni… co? Co to ma znaczyć? Do kurwy nędzy! – Nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. Musiałem jednak się opanować, by nie utwierdzać Ryszarda w przekonaniu, że mój stan psychiczny jest niestabilny i nie nadaję się do służby.

– Hola. – Rysiek podniósł dłoń w górę, jakby wstrzymywał właśnie ruch drogowy. – Nie zapominaj, że jestem twoim przełożonym. To polecenie służbowe. Wrócisz, gdy temat będzie zakończony na amen. Twoja akcja przyniosła wiele dobrego i była widowiskowa, o czym do znudzenia przypominały wszystkie stacje radiowe, telewizyjne i cały internet. Niestety wcale nie oznacza to, że możemy otwierać szampana, bo radość była zbyt wczesna. Myślę, że wyraziłem się już dostatecznie jasno. Najlepiej będzie, jeśli rozejdzie się fałszywa informacja o twojej domniemanej śmierci. Dobrze byłoby przekazać ją mediom, żeby wspomnieli o tym, że jednak nie dałeś rady. Tylko niech nie robią z tego głównej informacji dnia, bo po co miałby ktoś…

– Chwila… – wszedłem mu w słowo. – Zdegradowałeś moją funkcję do spisywania małolatów pijących piwo w parku i wystawiania mandatów za złe parkowanie? – Byłem pewien, że ostatnim i najpewniej jedynym razem czułem się tak załamany, gdy Baśka postanowiła odejść.

– To tylko tymczasowa sytuacja – dodał spokojniej, widząc, że jego propozycja bez możliwości odrzucenia zdecydowanie nie wprowadziła mnie w euforię. – Wrócisz. Masz moje słowo, że tak właśnie się stanie. Zgłoś się do niejakiego Marka, będzie twoim komendantem. Zrobi ci też przyspieszony kurs.

Pokręciłem głową, mając nadzieję, że nadal przebywam w śpiączce, a brednie, które właśnie dochodzą do moich uszu, to jedynie pokłosie silnych medykamentów. Przyspieszony kurs. Nie dość, że faktycznie mam teraz jedynie grozić palcem przysklepowym pijaczkom w jakiejś podkarpackiej wsi, to w dodatku muszę się do tego zadania specjalnie wyszkolić.

– Kawał drogi stąd – dodałem z westchnieniem, znów spoglądając na smartfon.

– Tym lepiej dla ciebie. Masz nikomu nie mówić o tym, kim naprawdę jesteś ani czym zajmowałeś się do tej pory. Po mediach na szczęście nie krążyło twoje zdjęcie i nazwisko.

– Zajebiście – odparłem, powoli godząc się z nieuniknionym losem. Mój sprzeciw i tak niewiele by tu wskórał.

– No dobra. – Rysiek skrzyżował nonszalancko dłonie za głową i mrugnął do mnie okiem, jakby miał ochotę powiedzieć „prima aprilis”, choć było już dawno po pierwszym kwietnia. – Najlepszy smaczek zostawiłem ci na koniec. Bycie milusim dzielnicowym to niejedyne twoje zadanie do wykonania.

– Czyżby? – Podniosłem brwi ku górze. – Co takiego jeszcze? Mam w wolnych chwilach być „Panem Agatką” i w kamizelce odblaskowej przeprowadzać dzieci przez ulicę w drodze do szkoły?

– To miło, że humor cię nie opuszcza, bo tym sposobem zyskasz większe zaufanie wśród mieszkańców gminy. Nie, bystrzaku. Masz bliżej przyjrzeć się tej oto kobiecie. – Znów poszukał czegoś na smartfonie i przytknął mi pod nos zdjęcie.

– Co to za jedna? – rzuciłem okiem na fotografię blondynki.

– Alicja Bachta, ale możliwe, że teraz przedstawia się nazwiskiem panieńskim: Trolecka. Spróbuj dyskretnie zdobyć od niej jakiekolwiek informacje i melduj wszystko jak najszybciej do mnie. Jest całkiem prawdopodobne, że wie coś na temat naszych „Chłopaków z sąsiedztwa”.

Powoli trawiłem polecenie Ryszarda, podczas gdy ten patrzył na mnie wnikliwie. Wisienka na torcie w postaci jego polecenia sprawiła, że nadal czułem się aktywną częścią jednostki i trochę ujęła mocy z mojej wcześniejszej frustracji.

– Mogłeś tak od razu – odparłem.

– Mogłem, ale nie chciałem. Twoim głównym zadaniem jest zniknięcie z planszy na jakiś czas, tak aby faktycznie kolesie mogli cię uznać za zmarłego. A Trolecką wytrop mimochodem, i jeszcze raz proszę o to, byś przekazywał mi wszystko. Niedawno kupiła dom w Orłowie i się do niego przeprowadziła. Wiesz, co robić. Działaj.

– Czy ta cała Trolecka nie będzie wiedzieć, kim naprawdę jestem?

– Nie ma takiej możliwości – odpowiedział z przekonaniem Rysiek. – Od teraz jesteś dzielnicowym gminy Borowa i nie masz bladego pojęcia o niczym innym.

Skinąłem głową.

– A wiesz, że Orłów to jedyna w Polsce miejscowość bez żadnego zakrętu? – dodał Ryszard i skrzyżował frywolnie ramiona, jakby dokonał właśnie niezwykłego odkrycia. – Przyznaj, że jak znalazł dla ciebie, biorąc pod uwagę fakt, że miałeś ich w swoim życiu całkiem niemało. – Wybuchł śmiechem, ucieszony z własnego żartu.

 

 

 

 

 

Marta

 

 

 

 

 

W głębi serca wiedziałam już, że decyzję podjęłam dawno temu. Kto wie, może nawet w momencie, w którym natknęłam się na ofertę w internecie i podświadomie wracałam do niej kilkukrotnie, nawet gdy wciąż niestrudzenie wertowałam dziesiątki, jak nie setki innych. To uczucie było dla mnie zaskakujące, po latach wyuczonej bezradności i rozkładaniu na części pierwsze nawet najdrobniejszej rzeczy. Byłam z siebie dumna, że wreszcie idę pewniejszym krokiemw kierunku uzdrowienia.

Brałam właśnie udziałw przedłużającej się rozmowie z deweloperem jedynie dla formalnościi z każdą minutą coraz bardziej byłam pewna, że to właśnie tutaj chcę się zakotwiczyć.W tym domu na końcu wiejskiej drogi. We wsi Orłów na Podkarpaciu, jedynej miejscowościw Polsce bez zakrętu,o czym dowiedziałam się przypadkiem. Na jakiś bliżej nieokreślony czas mojego życia,a najchętniej na zawsze, oby jak najdalej od spraw, które zostawiłam za sobą. Tyle tylko, że to nie była ucieczka, a katharsis, oczyszczenie z przeszłości, odrodzenie po najdłuższej zimie, powstanie jak Feniks z popiołów. Zmieniłam ubiór, kolor włosów, a nawet imię, posługując się drugim, a nie pierwszym, jak dotychczas. To wszystko przez to, że tak bardzo chciałam stać się tą swoją wersją, na którą nigdy dotąd nie miałam krzty śmiałości.

– Czy coś jeszcze panią interesuje? – Mężczyzna rzucił mi baczne spojrzenie, jakby nie do końca dowierzał, że sprzeda jeden ze swoich świeżo postawionych domów jednorodzinnych właśnie mnie. Samotnej kobiecie po trzydziestce z drugiego końca Polski, która kilka dni po zapoznaniu się z ofertą przyjechała pociągiem na umówione spotkanie.

– Kto zamieszkiwał ten teren, zanim postawił pan tu domy? – zapytałam.

– Przez wiele lat ta ziemia stała pusta – odparł. – A wcześniej, przed wojną, były tu chaty, głównie kryte strzechą, lecz większość z nich spłonęła lub została zniszczona. Potomkowie rodzin odsprzedali działki, a resztę przejął Skarb Państwa. To miejsce aż prosiło się o zagospodarowanie. Niech sama pani przyzna, niedaleko do sklepu, dobry dojazd do miasta, można by wyliczać.

Przytaknęłam i choć byłam już gotowa na to, by wywrócić swoje życie do góry nogami, wziąć kredyt, który najprawdopodobniej będę spłacać przez resztę życia, pozbyć się większości oszczędności i odepchnąć niczym od tarczy argumenty malkontentów, którzy próbowali mi wybić ten pomysł z głowy, odparłam dyplomatycznie:

– No dobrze, przemyślę temat podczas mojego pobytu na Podkarpaciu. Odezwę się do pana góra za kilka dni i jeśli podtrzymam decyzję o kupnie, umówimy się na podpisanie umowy przedwstępnej.

– Oczywiście! – odparł, prawie wchodząc mi w słowo, tak jakby się bał, że ucieknę mu sprzed nosa. Było to dość dziwne, bo przecież na moje miejsce na pewno dość prędko znaleźliby się nowi kupcy, a sąsiadujące domy, z tego, co zdążyłam się zorientować, zaludniały się całkiem szybko. – Proszę pomyśleć na spokojniei czekam na pani telefon.

Przez moment nastała między nami krępująca cisza, podczas której zastanawiałam się, czy powinnam jeszcze coś powiedzieć, czy raczej się pożegnaći udać na przystanek do Mielca, gdzie zarezerwowałam pokójw hotelu. Na mój samochód kupiec znalazł się równie szybkoi miałam dziwne przeczucie, że znaki na ziemii niebie wskazują na to, bym postawiła wszystko na jedną kartę. Z dala od miasta, które, choć kochałam całym sercem, od długiego czasu kojarzyło mi się tylko z cierpieniem. Daleko od pracy, której poświęciłam znaczną część życia. Żegnałam ją teraz z mieszanymi uczuciami, gdyż z jednej strony była dla mnie jedynym azylem spokojui bezpieczeństwa, z drugiej zaś wiedziałam, że koniec etatu będzie moim początkiem życia na własny rachunek. Przecież to właśnie tak sobie kiedyś obiecałam. Aż w końcu… setki kilometrów od człowieka, na którego nie chciałam już nigdy się natknąć.

– Jestem pewien, że będzie się tu pani wyśmienicie mieszkać. Jeśli oczywiście zdecyduje się pani na moją ofertę. A czy teraz ja mogę o coś zapytać? – zaczął deweloper dość na mój gust zuchwale, a ja natychmiast postanowiłam przygasić jego entuzjazm.

Domyślałam się, jakie pytanie mogłoby za moment paść z jego ust, ja jednak nie musiałam i przede wszystkim nie chciałam się z niczego tłumaczyć. Mamy niby dwudziesty pierwszy wiek i niektóre decyzje nie powinny nikogo ciekawić ani tym bardziej dziwić, lecz odniosłam wrażenie, że temat mojej samotnej przeprowadzki na drugi koniec kraju i potencjalnego kupna domu będzie intrygował nie tylko moich bliskich z Poznania. Byłam na to przygotowana i, co więcej, liczyłam się z tym, że zostanę jeszcze nieraz zasypana tego typu pytaniami, i mogę również stać się tematem plotek. Nie dbałam o to. Tego oto dnia zaczęłam właśnie tworzyć swoją nową tożsamość, po tym, jak wybiłam się ze zbudowanej przez lata skorupy ekstremalnie niskiej samooceny i lęku przed własnym cieniem. Najwyższy czas wyjść z własnej nory i zobaczyć, czy życie ma dla mnie coś jeszcze do zaoferowania.

– Może pan zapytać, o co tylko pan sobie życzy – odparłam, gratulując sobie w myślach odwagi, na którą mało kiedy było mnie do tej pory stać. – Ja jedynie wcale nie muszę odpowiadać. Do widzenia, będziemy w kontakcie – dodałam i udałam się w kierunku wyjścia, czując na sobie wzrok mężczyzny.

Zadzwoniłam do dewelopera dopiero następnego dnia po południu, co było dla mnie prawdziwą próbą cierpliwości, ponieważ chciałam zrobić to znacznie wcześniej.

– Kupuję dom – powiedziałam bez ogródek, gdy tylko odebrał.

– Niezmiernie się cieszę, pani Marto. Rozumiem, że pani czas pobytu w Mielcu jest dość ograniczony, dlatego jak najszybciej umówię nas na podpisanie umowy przedwstępnej,

Z westchnieniem i uczuciem ulgi opadłam na hotelową kanapę. Spojrzałam na lewy nadgarstek i blizny, które zadałam sobie prawie trzy lata temu. Czas ten minął tak szybko, jak uderzenie skrzydeł motyla, choć w międzyczasie wydarzyło się tyle złych rzeczy. Zegarek nie zakrywał znamion dobrze, zawsze już będą widoczne, ale ja przejmowałam się nimi coraz mniej. Tworzą przecież część mnie. Tworzą moją historię, a o niej nie wolno zapominaćw obawie, by się nie powtórzyła. Właśnie zaczynam coś od nowa. Może tym razem będzie to już po raz ostatni.

 

 

 

 

 

Tomasz

 

 

 

 

 

Rozpakowanie kilku gratówi wstępne zadomowienie sięw przypisanej mi kawalerce zajęło mi jakieś dwie godziny,a rozmowa z moim nowym przełożonym – komendantem Markiem, tęgim facetem przed sześćdziesiątką, dla którego, jak odnosiłem wrażenie, moje pojawienie sięw mieścinie było jedynym zawodowym urozmaiceniem, którego doświadczył od lat – może z dwadzieścia minut. Czekał mnie jeszcze przyspieszony kurs na dzielnicowego, lecz opowiadający mio nim Marek mrugnął porozumiewawczo okiem, jakby głęboko wierzył, że zakamuflowana informacjao jego charakterze pro forma sprawi mi niespodziewaną radość. Mnie jednak nie było do śmiechu.

Do końca pierwszego dnia pobytuw Mielcu postanowiłem zatem posnuć się bez celu po przypisanych mi obszarach, wykorzystując fakt, że byłem jeszcze zwolniony z obowiązków,a zresztą nie mogłem oprzeć się odczuciu, że moja nowa funkcja była tak naprawdę eufemizmem na dożywotnie bezrobocie. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że spotkała mnie właśnie taka degradacja – bo inaczej nie umiałem odnieść sięw myślach do owej zmiany, czułem żali zwyczajną ludzką złość na Ryśka, żeby nie powiedzieć inaczej, który niczym dobry wujaszek postanowił wielkodusznie zadbaćo „moje bezpieczeństwo”. Czułem się jak ptak, któremu podcięto skrzydłai którego zamkniętow złotej klatce, stwierdziwszy, że teraz to już mu nic nie grozi. Nie zaatakuje go drapieżnik, nie skrzywdzi go człowiek, on sam nie zeżre nic trującego,a dziób rozwali sobie co najwyżej o szczebelki i zrobi to jedynie z nudów, kto wie, może nawet i całkiem niedługo. Nie miałem jednak zamiaru się niczemu sprzeciwiać, bo i co by to dało? Pozostało mi jedynie liczyć na to, że zanim się obejrzę, reszcie naszej jednostki uda się rozwalić szajkę do końca, winni zostaną ukarani, a ja wrócę do swoich normalnych obowiązków, do tych, do których szkoliłem się przez lata.

Wracałem właśnie na piechotę do mieszkania, gdy w kieszeni zawibrował mi telefon.

– Rzuciłeś już okiem na to miejsce? – zapytał mój nowy, tymczasowy, jak wciąż chciałem podkreślać, komendant wyraźnie znudzonym głosem.

– Jasne – odpowiedziałem, nawet nie siląc się na udawany entuzjazm.

Za tydzień na placu rekreacyjnym miał odbyć się piknik rodzinny dla miejscowej dzieciarni z okazji Dnia Matki, czy jakoś tak. Sam dzieci nie miałem, a lata własnego dzieciństwa pamiętałem jak przez mgłę, więc ta cała idea obchodziła mnie jak zeszłoroczny śnieg. Gdyby jeszcze kilka dni wcześniej ktoś powiedział mi, że zamiast wyważać drzwi, wpadać szturmem do przejętych nor i zajmować się sprawami, w których stawką jest życie, będę stał jak dureń i pilnował, czy nikt nie wnosi alkoholu albo czy mamuśki nie pokłócą się o to, której dzieciak dostał większą watę cukrową, to chyba umarłbym ze śmiechu. Taki zresztą scenariusz byłby dla mnie znacznie łaskawszy.

– No i dobrze – odparł Marek. – Co roku tam kogoś wysyłamy, bo zbiera się spory tłum, pozjeżdżają się jak zwykle z okolic. Fajna impreza ogólnie, rodzinna.

– Ta informacja odmieniła moje życie – bąknąłem pod nosem, niezbyt jednak cicho, bo komendant zdołał mnie usłyszeć.

– Słuchaj… – dodał po krótkiej chwili milczenia. – Ja wiem, że jesteś stworzony do innych celów. Twój dowódca przekazał mi jednak, jak ważne w tym momencie jest twoje bezpieczeństwo.

– Zdaję sobie z tego sprawę – odpowiedziałem z westchnieniem. – Słyszę to do znudzenia.

– Trochę tu odpoczniesz, ale wciąż pozostaniesz w zawodzie.

– Poniekąd.

– Pamiętaj, żeby nie zdradzać nikomu zbyt wiele.

Niby komu? – zapytałem samego siebie. Nie znam tu jeszcze nikogo, a nawet gdyby miało to się zmienić, od zawsze byłem raczej typem samotnika.

– Ma się rozumieć – przytaknąłem, siląc się na okazanie należytego szacunku człowiekowi, który był, bądź co bądź, nade mną, następnie przyspieszyłem kroku.

Do mieszkania dojdę najwcześniej za godzinę, tymczasem przyda mi się ruch chociażby w takiej formie, skoro już nie mogę liczyć na jakikolwiek przypływ adrenaliny. Okolica faktycznie zdawała się całkiem ciekawa i choć zrobiłem to niechętnie, musiałem sam to przyznać. Zmierzając w kierunku miasta, postanowiłem zrobić coś, do czego zawsze namawiała mnie Baśka, gdy jeszcze byliśmy razem, a ja najczęściej lekceważyłem jej słowa: postarać się zobaczyćw każdej sytuacji jej dobre strony. Nie wiedziałem, ile czasu będzie mi tu dane spędzić, liczyłem na to, że minie niczym mrugnięcie okiem, wynudzę się jak mops, pilnując rodzinnych pikników, spisując poczciwych pijaczkówi uzupełniając jakąś nikomu niepotrzebną papierologięw biurze, ale może przynajmniej nauczę się patrzeć na życie z innej perspektywy. Choć przez jakiś czas nie będę musiał balansować na krawędzi, pewien, że każdego dnia po pracy wrócę do domu. Może jestw tym jakiś głębszy sens. Noi jeszcze ta cała Trolecka. Wiedziałem, że muszę namierzyć ją jak najszybciej, bo po pierwsze, znów przyczynię się do posunięcia sprawy naprzód,a po drugie, Rysiek będzie mi suszyło to głowę.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej