Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2011

Norwegia. Przewodnik nieturystyczny ebook

Opracowanie zbiorowe

3.66666666666667 (6)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 268 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Norwegia. Przewodnik nieturystyczny - Opracowanie zbiorowe

Największe PKB per capita, najwyższa na świecie jakość życia i ponad 75 procent szczęśliwych obywateli. Do tego dobre szkoły, piękne fiordy i czyste powietrze. Co to za kraj? Oczywiście Norwegia.


Pewnie wielu z nas zna mniej więcej norweską kulturę – potrafi wymienić nazwiska takie jak Ibsen czy Munch, przeczytało przynajmniej jeden norweski kryminał, a najtwardsi słuchają norweskiego black metalu. Pomimo tego kraj ten wciąż pozostaje dla nas egzotyczny.


Nie będziemy oszukiwać, też nie wiedzieliśmy wiele więcej. Dlatego pojechaliśmy do Norwegii i sprawdziliśmy, jaka jest naprawdę – a nie w rankingach.

 

W książce Norwegia. Przewodnik nieturystyczny pokazujemy ten „najlepszy kraj na świecie“ z perspektywy własnej oraz samych Norwegów. Poddajemy dyskusji norweskie marzenie o utopii, dążenie do dobrobytu, tożsamość kulturową, odcięcie od Europy i jej fundamentalizmu rynkowego. Próbujemy zdiagnozować kondycję tej dość homogenicznej, praktycznie  samowystarczalnej „wyspy”.

 

W Przewodniku oprócz tekstów o Norwegii zamieścilimy także tłumaczenia wybranych fragmentów literatury. Ta, choć z pozoru zwrócona ku wnętrzu, mroczna i pesymistyczna, nie rezygnuje z komentowania rzeczywistości społecznej, humoru ani ironii. Norweskie tytuły, które zamieszczamy w Przewodniku to fragmenty większych całości, wyraźnie zaangażowanych społecznie. Wśród pisarzy, których teksty prezentujemy, są Dag Solstad, Thomas Hylland Eriksen, Alexander Aarvik, Johan Harstad, Roy Jacobsen, Nina Lykke, Christer Mjåset, Nina Witoszek.

Opinie o ebooku Norwegia. Przewodnik nieturystyczny - Opracowanie zbiorowe

Cytaty z ebooka Norwegia. Przewodnik nieturystyczny - Opracowanie zbiorowe

„Bycie dobrym ma ten brzydki nawyk, że prowadzi do rozczarowań”. Mimo to sądzisz, że świat idzie naprzód? Zgodnie ze starym powiedzeniem nie można twierdzić, że świat nie rozwija, bo za każdym razem, gdy przychodzi wojna, zabija cię w nowy sposób. Ale
Sartre zrozumiał, jakie rzeczy wywołują mdłości i odruch wymiotny. Są nimi zjawiska graniczne, anomalie; to, co nie znajduje się ani wewnątrz, ani na zewnątrz, ale gdzieś pomiędzy. Takie rzeczy są groźne i nie podlegają kontroli. Często wydają się śluzowate i kleiste, nie są zatem ani suche, ani mokre, ale wcale nie muszą takie być. Mogą tkwić nie na swoim miejscu, poza właściwym kontekstem.

Fragment ebooka Norwegia. Przewodnik nieturystyczny - Opracowanie zbiorowe

NOR­WE­GIA

PRZE­WOD­NIK NIE­TU­RY­STYCZ­NY

WSTĘP

Hanna Gill-PiątekPowrót do Norwegii, w której nigdy nie byłam

Za­czął się prze­szu­ka­niem na war­szaw­skim lot­ni­sku. Być może uwa­gę straż­nicz­ki przy­cią­gnę­ły moje pan­cer­ne buty, może wzrost – nie wiem. Sto­jąc w skar­pet­kach na bacz­ność na oczach ko­lej­ki prze­ci­ska­ją­cej się przez bram­ki, czu­łam, jak ręce tej nie­wiel­kiej ko­bie­ty z su­ro­wo za­ci­śnię­ty­mi usta­mi fa­cho­wo prze­su­wa­ją się po moim cie­le. Ta uza­sad­nio­na za­sa­da­mi bez­pie­czeń­stwa, ale do­tkli­wa opre­sja ode­bra­ła mi kom­fort spo­koj­ne­go by­cia sobą, odar­ła z pol­skiej co­dzien­no­ści, zre­se­to­wa­ła do ja­kiejś pier­wot­nej, cie­le­snej war­stwy.

Może dla­te­go po przy­lo­cie in­a­czej czu­łam prze­strzeń. Naj­pierw do­świad­czy­łam jej rę­ko­ma, cią­gnąc dzie­więt­na­sto­ki­lo­gra­mo­wą tor­bę na kół­kach. Mój ba­gaż stał się jak­by nie­waż­ki, to­czył się grzecz­nie po rów­nych chod­ni­kach, lek­ko po­ko­ny­wał nie­wy­so­kie kra­węż­ni­ki i pe­ro­ny ide­al­nie do­pa­so­wa­ne do po­zio­mu pod­ło­gi w po­cią­gu. Wcze­śniej w War­sza­wie ta sama tor­ba pra­wie wy­rwa­ła mi sta­wy, kie­dy tar­ga­łam ją przez mak­sy­mal­nie skom­pli­ko­wa­ne i nie­przy­ja­zne be­be­chy Dwor­ca Cen­tral­ne­go, chy­ba spe­cjal­nie za­pro­jek­to­wa­ne­go do fi­zycz­nej eks­ter­mi­na­cji słab­szych po­dróż­nych. Na nor­we­skiej zie­mi dziel­na wa­li­zecz­ka tyl­ko dwa razy fik­nę­ła ko­zioł­ka na lo­dzie, ale przy­najm­niej w do­brej spra­wie, bo eko­lo­gicz­ni Nor­we­go­wie nie solą chod­ni­ków. Po­sy­pu­ją je tyl­ko gru­bym czar­nym żwi­rem.

Wie­le wy­ja­śni­ła mi wi­zy­ta w Na­ro­do­wym Mu­zeum Ar­chi­tek­tu­ry i Wzor­nic­twa, gdzie z wy­pie­ka­mi na twa­rzy mo­głam przez go­dzi­nę za­to­pić się prze­tłu­ma­czo­nej na an­giel­ski nor­we­skiej pra­sie bran­żo­wej. Już wiem, co cie­ka­we­go ak­tu­al­nie się w Nor­we­gii bu­du­je, wy­bu­do­wa­ło lub pla­nu­je wy­bu­do­wać. Zde­cy­do­wa­na więk­szość pre­zen­to­wa­nych pro­jek­tów to nie­ko­mer­cyj­ne obiek­ty pu­blicz­ne: sale gim­na­stycz­ne, ska­te­par­ki, skwe­ry, cen­tra kul­tu­ry czy park ma­ją­cy zbli­żyć dwie dziel­ni­ce – tę za­miesz­ki­wa­ną przez kla­sę śred­nią i tę, w któ­rej żyją imi­gran­ci. Prze­czy­ta­łam ar­ty­kuł na te­mat po­li­tycz­no­ści ar­chi­tek­tu­ry, w któ­rym au­tor za­sta­na­wiał się nad prze­kła­da­niem po­ję­cia „do­bre­go ży­cia” na pla­no­wa­ną prze­strzeń. Zo­ba­czy­łam też, że po­ję­cia zrów­no­wa­żo­ne­go roz­wo­ju, eko­lo­gicz­nych tech­no­lo­gii lub re­wi­ta­li­za­cji spo­łecz­nej trak­tu­je się tu ab­so­lut­nie po­waż­nie. Te za­gad­nie­nia w nor­we­skiej ar­chi­tek­tu­rze są punk­tem wyj­ścia, a nie ozdób­ką do de­we­lo­per­skie­go fol­de­ru re­kla­mu­ją­ce­go tony be­to­nu wy­la­ne na lewo przy Je­zior­ku Czer­nia­kow­skim. Nic dziw­ne­go, że kul­tu­ra or­ga­ni­zo­wa­nia prze­strze­ni pu­blicz­nej stoi tu­taj na wy­so­kim po­zio­mie.

Na­sza wy­pra­wa była po­świę­co­na po­szu­ki­wa­niom cie­ka­wej nor­we­skiej sztu­ki al­ter­na­tyw­nej. Al­ter­na­tyw­nej w zna­cze­niu, ja­kie przyj­mu­je się w Pol­sce: kon­te­stu­ją­cej, prze­kra­cza­ją­cej, of­fo­wej. I tu za­czę­ły się praw­dzi­we przy­go­dy. Od­wie­dzi­li­śmy w tym celu wie­le po­le­ca­nych miejsc: Hau­sma­nię – miej­sce pra­cy nie­za­leż­nych ar­ty­stów i al­ter­na­tyw­ny te­atr, Blitz – je­dy­ny squ­at w Oslo, fe­mi­ni­stycz­ne ra­dio, al­ter­na­tyw­ny kon­cert i re­wo­lu­cyj­ną księ­gar­nię. Po­tem chy­ba stra­ci­li­śmy na­dzie­ję. Za­miast ocze­ki­wa­nych eks­ce­sów lub przy­najm­niej sztu­ki kry­tycz­nej od­na­leź­li­śmy spo­koj­ne in­sty­tu­cje: luź­niej­szy dom kul­tu­ry z te­atrem roz­wi­ja­ją­cym myśl Ar­tau­da, we­gań­ską knaj­pę z wy­ćwie­ko­wa­ną ob­słu­gą, zwy­kłe ra­dio, dwo­je Nor­we­gów mę­czą­cych roz­stro­jo­ne gi­ta­ry oraz ele­ganc­ki skle­pik z pu­bli­ka­cja­mi o sztu­ce. Wie­le spo­dzie­wa­li­śmy się po nie­za­leż­nym fe­sti­wa­lu od­by­wa­ją­cym się w czy­imś miesz­ka­niu – i tra­fi­li­śmy na kon­cert mis ty­be­tań­skich. Tak­że po­szu­ki­wa­nia w mu­ze­ach i ga­le­riach nie dały spo­dzie­wa­ne­go re­zul­ta­tu. Naj­moc­niej­sze współ­cze­sne pra­ce po­cho­dzi­ły głów­nie z za­gra­ni­cy.

Już po kil­ku dniach zro­zu­mie­li­śmy, że trud­no o kon­te­sta­cję w spo­łe­czeń­stwie speł­nio­nym. Ist­nie­ją jesz­cze pola, gdzie w Nor­we­gii po­zo­sta­ło coś do zro­bie­nia: pra­wa zwie­rząt czy spra­wy imi­gran­tów, jak hi­sto­ria wy­da­lo­nej Ma­rii Ame­lie, ale są to już tyl­ko mar­gi­ne­sy. Szyb­ko też po­zna­li­śmy przy­czy­nę na­szych nie­po­wo­dzeń. Kul­tu­ra jest w Nor­we­gii dzie­dzi­ną bar­dzo za­dba­ną i każ­da cie­ka­wa ini­cja­ty­wa uzy­sku­je, wła­ści­wie na­tych­miast, po­trzeb­ne do­fi­nan­so­wa­nie. To z ko­lei sprzy­ja in­sty­tu­cjo­na­li­za­cji i po­szu­ki­wa­niom skie­ro­wa­nym w stro­nę apo­li­tycz­nej „czy­stej sztu­ki”, nie­wa­dzą­cej się z ni­kim. Przez cały wy­jazd do­świad­cza­łam cze­goś w ro­dza­ju fla­sh­bac­ku z wcze­snych lat 90. w Pol­sce, kie­dy ar­ty­ści uwol­nie­ni z opre­sji po­przed­nie­go sys­te­mu ucie­ka­li na gwałt od wszel­kie­go za­an­ga­żo­wa­nia i po­li­tycz­no­ści.

Spo­koj­ni Nor­we­go­wie za wszel­ką cenę uni­ka­ją wy­róż­nia­nia się. Wi­dać to na każ­dym kro­ku: w upo­rząd­ko­wa­nej prze­strze­ni, w skrom­nym stro­ju, w spo­so­bie ko­mu­ni­ko­wa­nia, w koń­cu – we współ­cze­snej sztu­ce. Eks­ces prak­tycz­nie nie ist­nie­je. Na­wet Varg Vi­ker­nes, li­der black me­ta­lo­wej gru­py Bu­rzum o otwar­cie fa­szy­zu­ją­cych oglą­dach, któ­ry w 1993 roku za­bił gi­ta­rzy­stę in­ne­go ze­spo­łu i pod­pa­lił kil­ka ko­ścio­łów, po zwol­nie­niu wa­run­ko­wym osiadł na wsi i za­de­kla­ro­wał po­wrót do spo­koj­ne­go ży­cia. Nie ozna­cza to jed­nak, że nic nas w Nor­we­gii nie zdzi­wi. Wę­dru­jąc po Oslo, wszę­dzie moż­na na­tknąć się na go­la­sy. Oczy­wi­ście nie ta­kie zwy­kłe, ró­żo­we i mięk­kie, bo te są po uszy za­ku­ta­ne w płasz­cze i sza­li­ki. Cho­dzi o go­la­sy nie­mar­z­ną­ce, z brą­zu lub gip­su. Wśród licz­nych rzeźb tyl­ko te przed­sta­wia­ją­ce praw­dzi­we oso­by mają ja­kieś wdzian­ka. Na przy­kład zwi­nię­ta w pa­ra­graf Kate Moss jest w bi­ki­ni. Resz­ta do­ty­ka lo­do­wa­te­go po­wie­trza na­gi­mi sto­pa­mi, pu­pa­mi i całą szcze­gó­ło­wo od­da­ną resz­tą. Jak­by Nor­we­go­wie lu­bi­li sym­bo­licz­nie mie­rzyć się z nie­moż­no­ścią wy­sko­cze­nia z ga­tek przy tem­pe­ra­tu­rze mi­nus 17 stop­ni. Cza­sem go­las jest sa­mot­ny, cza­sem sple­cio­ny z in­nym. Lub w gru­pie. Albo w jed­nej wiel­kiej lo­do­wa­to-go­la­so­wej or­gii, któ­ra od­by­wa się w słyn­nym Par­ku Vi­ge­lan­da.

I choć by­łam w Nor­we­gii po raz pierw­szy, to tak na­praw­dę do niej wra­ca­łam. Ósma część mnie po­cho­dzi wła­śnie stam­tąd za spra­wą mo­je­go pra­dziad­ka Ro­ber­ta An­der­se­na. W dzie­ciń­stwie w mo­jej gło­wie Nor­we­gia była na poły mi­tycz­ną kra­iną, miej­scem bo­jo­wych czy­nów mo­ich przod­kiń i przod­ków, któ­re opo­wia­da­no mi przed za­śnię­ciem. A tu pro­szę, nikt nie lata w ro­ga­tej czap­ce, a w po­cią­gu – przy­się­gam – wisi na­klej­ka z prze­kre­ślo­nym to­po­rem. Ta cała Nor­we­gia to po pro­stu spo­koj­ne miej­sce, za­pra­sza­ją­ce, by w nim żyć, ze­sta­rzeć się i nie wy­ry­wać so­bie sta­wów, kie­dy chce się gdzieś prze­wieźć bar­dzo cięż­ką tor­bę.

POLITYKA

Nina WitoszekNajlepszy kraj na świecie

NOR­WE­SKIE MA­RZE­NIE

Na jed­nym z naj­bar­dziej ma­gicz­nych ob­ra­zów współ­cze­snej nor­we­skiej idyl­li wi­dzi­my chór star­szych pa­nów, któ­rzy sto­ją na pla­ży na tle wzbu­rzo­ne­go zi­mo­we­go mo­rza i śpie­wa­ją sen­ty­men­tal­ne pie­śni o swo­jej oj­czyź­nie. Nie przej­mu­ją się ani sza­le­ją­cym do­oko­ła wia­trem i śnie­giem, ani lo­do­wa­tym zim­nem. Śpie­wa­ją ze szro­nem na brwiach i he­ro­icz­ny­mi so­pla­mi smar­ków wi­szą­cy­mi z no­sów.

Taki jest mo­tyw prze­wod­ni He­ftig og be­ge­istret (Mo­car­nych i na­wie­dzo­nych, 2001), naj­waż­niej­sze­go „ple­mien­ne­go” fil­mu w hi­sto­rii nor­we­skiej ki­ne­ma­to­gra­fii. To nie jego treść jest fa­scy­nu­ją­ca, lecz re­ak­cja pu­blicz­no­ści – dłu­go­trwa­ła ko­lek­tyw­na ka­thar­sis. Wszy­scy śmie­ją się i pła­czą rów­no­cze­śnie – i to w cy­nicz­nych cza­sach, gdy pa­trio­tycz­ne łzy są ra­czej rzad­ko­ścią. Dzie­je się tak nie dla­te­go, że chór mę­ski z Ber­le­våg jest spek­ta­ku­lar­ny, pie­śni urze­ka­ją­ce, a na­tu­ra nie z tej zie­mi. Jest ra­czej od­wrot­nie. Chór skła­da się głów­nie ze star­sza­wych, cał­kiem zwy­czaj­nie wy­glą­da­ją­cych męż­czyzn. Pie­śni są wy­ko­ny­wa­ne z im­po­nu­ją­cym za­pa­łem, któ­ry tu­szu­je nie­do­sko­na­ło­ści, na­tu­ra zaś jest su­ro­wa i nie­przy­ja­zna. Jed­nak star­si pa­no­wie z Ber­le­våg piesz­czą nor­we­ską du­szę, bo są do­wo­dem na to, że zwy­kli lu­dzie są nad­zwy­czaj­ni, świat pe­ry­fe­rii jest OK, a ży­cie jest wspa­nia­łe – na­wet je­śli jest się po sześć­dzie­siąt­ce i na bez­ro­bo­ciu. Sto­ją więc so­bie na tle wzbu­rzo­nych fal i śpie­wa­ją – jak ja­kiś chór z Ti­ta­ni­ca – dum­ni, peł­ni pa­trio­tycz­nej werwy i prze­ko­na­ni, że miesz­ka­ją w naj­lep­szym z naj­lep­szych świa­tów.

Mo­car­ni i na­wie­dze­ni to film oj­czyź­nia­ny, któ­ry wy­ko­rzy­stu­je wszyst­kie obo­wiąz­ko­we ob­ra­zy i sztam­po­we sym­bo­le nor­dyc­ko­ści: mu­zy­kę w przy­ro­dzie i przy­ro­dę w mu­zy­ce, wy­obra­że­nie Nor­we­gów jako „dzie­ci na­tu­ry”, he­ro­izm dnia co­dzien­ne­go w naj­od­le­glej­szych za­kąt­kach kra­ju oraz so­cja­li­stycz­ne i sek­su­al­ne fan­ta­zje. Sed­nem fil­mu jest Nor­we­skie Ma­rze­nie: ba­śnio­wy sce­na­riusz à la „z chło­pa król”, w któ­rym zwy­czaj­ni lu­dzie, za­rów­no me­ta­fo­rycz­nie, jak i do­słow­nie, obej­mu­ją rząd dusz. Mo­car­ni i na­wie­dze­ni do­wo­dzą, że aby zo­stać kró­lem, nie trze­ba być Ar­nol­dem Schwa­rze­neg­ge­rem; moż­na być zwy­kłym fa­ce­tem z brzu­chem i za­ko­la­mi – nie mó­wiąc o pro­za­icz­nych tę­sk­no­tach.

Ni­niej­szy pam­flet jest wy­ni­kiem mo­jej fa­scy­na­cji Nor­we­gian Dre­am i jego me­ta­mor­fo­zą w XXI wie­ku. Po­dob­nie jak Ame­ri­can Dre­am – jed­na z naj­bar­dziej cha­ry­zma­tycz­nych i mo­bi­li­zu­ją­cych opo­wie­ści w hi­sto­rii ludz­ko­ści – Nor­we­gian Dre­am, choć do­tąd „nie­sko­dy­fi­ko­wa­ny” tak, jak ten ame­ry­kań­ski, jest kon­ku­ren­cyj­nym mi­tem, któ­ry za­słu­gu­je na uwa­gę. W The Epic of Ame­ri­ca (Ame­ry­kań­skiej epo­pei, 1931) Ja­mes Tru­slow Adams pi­sze:

[…] ma­rze­nie o kra­ju, w któ­rym ży­cie mia­ło być dla wszyst­kich lep­sze, bo­gat­sze i bar­dziej kom­plet­ne, z moż­li­wo­ścia­mi dla każ­de­go, w za­leż­no­ści od zdol­no­ści i osią­gnięć. Eu­ro­pej­skiej kla­sie wyż­szej trud­no jest to ma­rze­nie od­po­wied­nio zin­ter­pre­to­wać, zbyt wie­lu z nas jest nim zmę­czo­nych i stra­ci­ło do nie­go za­ufa­nie. Nie jest to ma­rze­nie wy­łącz­nie o sa­mo­cho­dach i wyż­szej pen­sji, lecz o spo­łecz­nym po­rząd­ku, w któ­rym każ­dy męż­czy­zna i każ­da ko­bie­ta mogą w peł­ni się zre­ali­zo­wać i zy­skać uzna­nie in­nych za to, kim są, nie­za­leż­nie od przy­pad­ko­wych oko­licz­no­ści zwią­za­nych z na­ro­dzi­na­mi czy po­zy­cją spo­łecz­ną.

Od De­kla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści, przez li­te­ra­tu­rę na­ro­do­wą, do kul­tu­ry po­pu­lar­nej Ame­ry­ka­nie lan­so­wa­li ob­raz sa­mych sie­bie jako lu­dzi wy­bra­nych, dla któ­rych nic nie jest nie­moż­li­we: pod­bój ko­lej­nych te­ry­to­riów, wal­ka z lo­kal­ny­mi i mię­dzy­na­ro­do­wy­mi zło­czyń­ca­mi oraz nie­skoń­czo­ne bo­gac­two i wła­dza. Nie­zmien­ne prze­sła­nie brzmia­ło: i ty mo­żesz zo­stać Roc­ke­fel­le­rem, gwiaz­dą Hol­ly­wo­od lub ame­ry­kań­skim pre­zy­den­tem, na­wet je­śli je­steś jed­no­no­gim Al­bań­czy­kiem cho­rym na AIDS.

W ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach Ame­ri­can Dre­am zo­stał skom­pro­mi­to­wa­ny – je­śli nie trwa­le oka­le­czo­ny – z po­wo­du przy­gód su­per­mo­car­stwa, bez­myśl­nej kul­tu­ry kon­sump­cyj­nej i chci­wo­ści Wall Stre­et. W po­wsta­łej w ten spo­sób próż­ni wy­ro­sło Nor­we­skie Ma­rze­nie – ła­god­niej­sza, etycz­nie bar­dziej ak­cep­to­wal­na wer­sja pro­jek­tu ma­ją­ce­go na celu stwo­rze­nie a gre­at good pla­ce on Earth („wspa­nia­łe­go miej­sca na Zie­mi”). Po­dob­nie jak Ame­ry­ka­nie, Nor­we­go­wie chcą uwieść świat hi­sto­rią uko­cha­ną przez wszyst­kich: o dro­dze Kop­ciusz­ka z bie­dy do bo­gac­twa. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do Ame­ry­ka­nów – któ­rzy za­chły­snę­li się snem o nie­ogra­ni­czo­nym do­bro­by­cie, sła­wie, mi­ło­ści, wła­dzy i szczę­ściu – Nor­we­skie Ma­rze­nie mówi o świe­cie z ogra­ni­cze­nia­mi i nie­do­stat­ka­mi, świe­cie, któ­ry to­le­ru­je dyk­tat mier­no­ty i wy­śmie­wa wy­czy­ny Su­per­ma­na. Czy Nor­we­skie Ma­rze­nie jest od­po­wie­dzią na tę­sk­no­tę czło­wie­ka za bez­pie­czeń­stwem, po­ko­jem i szczę­ściem? Co jest jego siłą na­pę­do­wą? Czy jest wol­ne od hy­bris, tej tra­gicz­nej ska­zy, któ­ra spo­wo­do­wa­ła upa­dek Ika­ra, skło­ni­ła Dok­to­ra Fau­sta do za­prze­da­nia du­szy dia­błu, sta­ła się przy­czy­ną klę­ski Na­po­le­ona i Hi­tle­ra i do­pro­wa­dzi­ła pre­zy­den­ta Bu­sha do ka­ta­stro­fy w Ira­ku?

LA BEL­LE ÉPO­QUE

W roku 1976, kie­dy Eu­ro­pa Wschod­nia nadal znaj­do­wa­ła się pod so­wiec­kim bu­tem, Wi­sła­wa Szym­bor­ska na­pi­sa­ła ta­kie oto stro­fy o uto­pii:

Wy­spa, na któ­rej wszyst­ko się wy­ja­śnia.

Tu moż­na sta­nąć na grun­cie do­wo­dów.

Nie ma dróg in­nych oprócz dro­gi doj­ścia.

Krza­ki aż ugi­na­ją się od od­po­wie­dzi.

Ro­śnie tu drze­wo Słusz­ne­go Do­my­słu

o roz­wi­kła­nych wiecz­nie ga­łę­ziach.

Olśnie­wa­ją­co pro­ste drze­wo Zro­zu­mie­nia

przy źró­dle, co się zwie Ach Więc To Tak.

Im da­lej w las, tym sze­rzej się otwie­ra

Do­li­na Oczy­wi­sto­ści.

Je­śli ja­kieś zwąt­pie­nie, to wiatr je roz­wie­wa.

Echo bez wy­wo­ła­nia głos za­bie­ra

i wy­ja­śnia ocho­czo ta­jem­ni­ce świa­tów.

W pra­wo ja­ski­nia, w któ­rej leży sens.

W lewo je­zio­ro Głę­bo­kie­go Prze­ko­na­nia.

Z dna od­ry­wa się praw­da i lek­ko na wierzch wy­pły­wa.

Gó­ru­je nad do­li­ną Pew­ność Nie­wzru­szo­na.

Ze szczy­tu jej roz­ta­cza się Isto­ta Rze­czy.

Mimo po­wa­bów wy­spa jest bez­lud­na,

a wi­docz­ne po brze­gach drob­ne śla­dy stóp

bez wy­jąt­ku zwró­co­ne są w kie­run­ku mo­rza.

Jak gdy­by tyl­ko od­cho­dzo­no stąd

i bez­pow­rot­nie za­nu­rza­no się w to­pie­li.

W ży­ciu nie do po­ję­cia1.

Wiersz Szym­bor­skiej do­ty­czy świa­ta, w któ­rym so­cja­lizm stał się sce­ną naj­więk­szej ma­so­wej uciecz­ki z Uto­pii. Tak jak­by naj­lep­szą rze­czą, jaką moż­na było zro­bić w tym naj­lep­szym ze wszyst­kich świa­tów, był exo­dus miesz­kań­ców. War­to się za­sta­no­wić nad fak­tem, że gdy po­et­ka sta­ra­ła się uchwy­cić prze­ra­ża­ją­ce roz­cza­ro­wa­nie dyk­ta­tu­rą szczę­ścia, kil­ka ty­się­cy ki­lo­me­trów na pół­noc ro­sło je­dy­ne w swo­im ro­dza­ju, uto­pij­ne, praw­dzi­wie so­cja­li­stycz­ne kró­le­stwo – świat, któ­ry był dla swo­ich oby­wa­te­li do­mem, a nie wię­zie­niem.

Na po­cząt­ku XXI wie­ku Nor­we­gia wy­da­je się kra­jem, któ­ry jest bli­sko speł­nie­nia naj­waż­niej­szych po­stu­la­tów eu­ro­pej­skiej le­wi­cy z ostat­nich dwóch stu­le­ci: rów­no­upraw­nie­nia, wol­no­ści, spra­wie­dli­wo­ści – i bo­gac­twa. Pod­sta­wą ba­jecz­ne­go do­bro­by­tu są nie tyl­ko głów­ne źró­dła ener­gii: ropa, gaz i woda, oraz je­den z naj­wyż­szych na świe­cie pro­duk­tów na­ro­do­wych brut­to na miesz­kań­ca. Jest nią tak­że dłu­ga tra­dy­cja po­ko­jo­we­go roz­wo­ju, rola wspól­no­ty i spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skie­go, mą­dra po­li­ty­ka re­form, któ­ra stwo­rzy­ła je­den z naj­lep­szych na świe­cie sys­te­mów opie­ki spo­łecz­nej, urze­ka­ją­cy kra­jo­braz oraz toż­sa­mość opar­ta na part­ner­stwie z na­tu­rą.

W oczach świa­ta Nor­we­gia XXI wie­ku to ide­ał pięk­na, bo­gac­twa, spo­łecz­nej spra­wie­dli­wo­ści oraz oświe­co­ne­go sa­ma­ry­ta­ni­zmu. Kraj, któ­ry lan­su­je – sym­bo­licz­nie i po­li­tycz­nie – zrów­no­wa­żo­ny roz­wój – od jego kon­cep­cji stwo­rzo­nej przez Gro Har­lem Brund­tland do gi­gan­tycz­nych do­ta­cji dla kra­jów roz­wi­ja­ją­cych się. Nor­we­gia in­we­stu­je na­mięt­nie w ak­cje po­ko­jo­we, sze­rze­nie praw czło­wie­ka i pro­ces de­mo­kra­ty­za­cji w kra­jach mniej uprzy­wi­le­jo­wa­nych. Jest po­nie­kąd naj­więk­szym świa­to­wym eks­por­te­rem do­bra dla wszyst­kich. Jest rów­nież jed­nym z naj­więk­szych na świe­cie eks­por­te­rów bro­ni, lecz w tym ese­ju odło­ży­my to na bok i po­cze­ka­my na bar­dziej mrocz­ny mo­ment w dal­szej czę­ści książ­ki. Dzi­siaj, je­śli woj­na jest pro­ble­mem, Nor­we­gia jest roz­wią­za­niem. Kraj ten ma obec­nie naj­więk­szą licz­bę po­ko­jo­wych me­dia­to­rów, wszech­obec­nych na Bli­skim Wscho­dzie i w Ame­ry­ce Ła­ciń­skiej, w Su­da­nie, Ery­trei, Tan­za­nii i na Sri Lan­ce. Na po­cząt­ku no­wej ery nor­we­scy stra­te­dzy po­li­tycz­ni i me­dia prze­ko­na­li za­rów­no swo­ich oby­wa­te­li, jak i na spo­łecz­ność mię­dzy­na­ro­do­wą, że oj­czy­sty kraj Ib­se­na sta­no­wi ucie­le­śnie­nie od­wiecz­ne­go ma­rze­nia ludz­ko­ści o spra­wie­dli­wo­ści i do­bro­ci.

Ża­den inny kraj nie od­niósł tak wiel­kie­go suk­ce­su w dzie­dzi­nie au­to­re­kla­my (bran­ding). Weź­my parę epi­zo­dów z mo­ral­nej bio­gra­fii Nor­we­gii jako współ­cze­snej uto­pii: 10 stycz­nia 2002 roku „In­ter­na­tio­nal He­rald Tri­bu­ne” cy­to­wa­ło do­rad­cę pre­zy­den­ta Bu­sha, któ­ry wy­ra­ził na­dzie­ję, że „the Nor­we­gian co­un­trieswo­uld func­tion as pe­ace bro­kers in Afgha­ni­stan” („kra­je nor­we­skie mogą speł­nić funk­cję me­dia­to­rów w Afga­ni­sta­nie”). Czy­li nie Szwe­cja albo na­wet Skan­dy­na­wia – ale Nor­we­gian co­un­tries (sic!). 5 kwiet­nia tego sa­me­go roku „Lon­don Ti­mes” wy­dru­ko­wał list zna­ne­go pro­fe­so­ra fi­lo­zo­fii Lau­ren­ce’a Gold­ste­ina, któ­ry ar­gu­men­to­wał, że naj­lep­szym spo­so­bem na roz­wią­za­nie kon­flik­tu na Bli­skim Wscho­dzie by­ło­by od­da­nie Je­ro­zo­li­my w ręce Nor­we­gii na na­stęp­ne dwa­dzie­ścia lat. W wy­świe­tlo­nym w 2002 roku pro­gra­mie BBC o Sri Lan­ce wo­ju­ją­ce stro­ny, re­pre­zen­to­wa­ne przez skwa­szo­ne­go Ta­mi­la i me­lan­cho­lij­ne­go Syn­ga­le­za, po­zo­sta­ją w cie­niu pro­mien­ne­go nor­we­skie­go me­dia­to­ra, któ­ry pe­da­go­gicz­nym, śpiew­nym nor­we­go-an­giel­skim od­czy­tu­je pom­pa­tycz­ne oświad­cze­nie o ra­do­ściach po­ko­ju. 8 lip­ca 2002 roku w „Time Ma­ga­zi­ne” moż­na było prze­czy­tać ar­ty­kuł Lit­tle Fish in a Big Pond. How Tiny-Tho­ugh Rich-Nor­way Be­ca­me a Ma­ster in the Art of In­ter­na­tio­nal Di­plo­ma­cy (Mała ryb­ka w du­żym sta­wie. O tym, jak nie­wiel­ka, ale bo­ga­ta Nor­we­gia sta­ła się mi­strzem w sztu­ce mię­dzy­na­ro­do­wej dy­plo­ma­cji). W roku 2008 na­wet CNN i BBC po­ka­zy­wa­ły pro­gno­zy po­go­dy, w któ­rych fi­gu­ro­wa­ło Oslo, a nie Sztok­holm. No i Sir Cri­spin Tic­kell, bry­tyj­ski par­la­men­ta­rzy­sta, któ­ry twier­dzi, że „Nor­we­go­wie za­gar­nę­li dla sie­bie wszyst­kie szla­chet­ne cele i są te­raz Ro­bin Ho­odem na­szej pla­ne­ty. Szcze­rze mó­wiąc, nas, Bry­tyj­czy­ków, tro­chę to iry­tu­je, zwa­żyw­szy że nie­gdy­siej­si bar­ba­rzyń­scy wi­kin­go­wie skra­dli nam na­szą cy­wi­li­za­cyj­ną mi­sję!”. Jak­by tego było mało, obec­ny mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych Jo­nas Gahr Støre za­ło­żył na­ro­do­we „fo­rum re­pu­ta­cji”, ma­ją­ce na celu dal­szą po­pra­wę mię­dzy­na­ro­do­wej opi­nii o Nor­we­gii. Oto tyl­ko część ma­te­ria­łu do­wo­do­we­go, któ­ry po­ka­zu­je, że Nor­we­gia peł­ni za­rów­no funk­cję El­do­ra­do, jak i mo­ral­ne­go su­per­mo­car­stwa. Ta­kie­go po­łą­cze­nia nie spo­ty­ka się w świa­to­wej geo­po­li­ty­ce, jest to ra­czej hi­sto­ria z ba­jek. Na mi­tycz­nej ma­pie świa­ta bo­ga­cze fi­gu­ru­ją jako bad boys. Z wy­jąt­kiem Nor­we­gii – naj­lep­sze­go kra­ju świata.

Lecz to nie ko­niec hi­sto­rii.

NOR­DIC MO­DEL UNLI­MI­TED

Pro­fe­sor An­dré Sa­pir, wy­bit­ny ba­dacz glo­ba­li­za­cji i państw do­bro­by­tu, wy­róż­nia nor­dyc­kie, an­glo­sa­skie, kon­ty­nen­tal­ne i śród­ziem­no­mor­skie mo­de­le do­bro­by­tu. Mo­del an­glo­sa­ski kła­dzie na­cisk na efek­tyw­ność, lecz spo­łecz­nie jest bez­względ­ny. We fran­cu­skim eta­ty­zmie ego­cen­trycz­ne związ­ki za­wo­do­we blo­ku­ją efek­tyw­ne wy­ko­rzy­sta­nie za­so­bów spo­łecz­nych. Mo­del śród­ziem­no­mor­ski wy­pra­co­wał styl i struk­tu­rę, gdzie żad­ne pra­we uczyn­ki nie po­zo­sta­ją bez kary i gdzie efek­tyw­ność i spra­wie­dli­wość są rów­nie rzad­kie jak tru­fle. Z tych czte­rech mo­de­li, pod­su­mo­wu­je Sa­pir, tyl­ko nor­dyc­ki po­tra­fi łą­czyć rów­ność, efek­tyw­ność, wy­so­kie za­trud­nie­nie i względ­ny brak bie­dy.

Do nie­daw­na naj­wię­cej uwa­gi na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej przy­cią­gał „mo­del szwedz­ki”. Po II woj­nie świa­to­wej Szwe­cja sta­no­wi­ła cno­tli­wy wzór po­zy­tyw­nej współ­cze­sno­ści. Pod ko­niec XX stu­le­cia mit o szwedz­kim fol­khem­met („dom ludu”) uległ kom­plet­nej de­kon­struk­cji; ide­al­ne pań­stwo do­bro­by­tu zo­sta­ło zde­ma­sko­wa­ne jako kraj, któ­ry „nor­ma­li­zo­wał” swo­ich miesz­kań­ców za po­mo­cą róż­nych po­dej­rza­nych środ­ków: od in­wi­gi­la­cji kla­sy śred­niej do zbiu­ro­kra­ty­zo­wa­ne­go za­rzą­dza­nia. Szwedz­kie eli­ty oka­za­ły się „dziw­ka­mi ro­zu­mu” (Jan Myr­dal), róż­ne ba­da­nia zaś wy­ka­za­ły za­sad­ni­czą bez­sil­ność jed­nost­ki w spo­łe­czeń­stwie kie­dyś uwa­ża­nym za naj­bar­dziej de­mo­kra­tycz­ne na świe­cie. W or­gii na­ro­do­we­go sa­mo­bi­czo­wa­nia w la­tach 90. mó­wi­ło się na­wet o szwedz­kim „wa­rian­cie fa­szy­zmu z domu ludu”, po ujaw­nie­niu in­for­ma­cji o licz­nych za­bie­gach ste­ry­li­za­cyj­nych prze­pro­wa­dza­nych w imię zdro­wia ludu w okre­sie naj­więk­szej świet­no­ści so­cjal­de­mo­kra­cji.

Dzi­siej­sza Szwe­cja prze­sta­ła być nie­kwe­stio­no­wa­nym wzor­cem mo­ral­no­ści dla Za­cho­du – lub może nig­dy nim nie była. Bo­giem a praw­dą, nie była nim też Nor­we­gia. Rów­nież tu do po­cząt­ku lat 60. prak­ty­ko­wa­no lo­bo­to­mię „na rzecz zdro­wia na­ro­du”, a Cy­ga­nów ste­ry­li­zo­wa­no aż do roku 1977. Tak to już jed­nak jest, że mrocz­na prze­szłość na­ro­du jest za­wsze bar­dziej eks­po­no­wa­na w cza­sach kry­zy­su – i mniej wi­docz­na w okre­sach świet­no­ści.

Te­raz pora na „mo­del nor­we­ski”. Jest on bar­dziej atrak­cyj­ny od szwedz­kie­go, po­nie­waż wy­da­je się mniej au­to­ry­tar­ny i sła­biej na­zna­czo­ny sza­cun­kiem dla apa­ra­tu wła­dzy. Nor­we­gia ofe­ru­je świa­tu do­bro­byt bar­dziej ela­stycz­ny i cie­plej­szy, a tak­że po­ka­zu­je, w jaki spo­sób moż­na wy­ko­rzy­stać ogrom­ne bo­gac­two w no­wej mis­sion ci­vi­li­sa­tri­ce, kwe­stio­nu­ją­cej sta­re bry­tyj­skie i fran­cu­skie pro­jek­ty im­pe­rial­ne. Do­wo­dzi, że we współ­cze­snym świe­cie le­piej jest da­wać niż brać – i kosz­tu­je to mniej wię­cej tyle samo.

Kim więc są te aniel­skie isto­ty, któ­re peł­nią rolę współ­cze­snych stró­żów pół­noc­nej Uto­pii? Na ofi­cjal­nym zdję­ciu czer­wo­no-zie­lo­ne­go rzą­du wi­dzi­my gru­pę ro­ze­śmia­nych mło­dych lu­dzi ubra­nych nie­for­mal­nie w kurt­ki, nor­we­skie „re­ni­fe­ro­we” swe­try i czer­wo­ne ano­ra­ki. Mó­wią: je­ste­śmy tacy jak ty! Żad­nych kra­wa­tów czy biz­ne­so­wych gar­ni­tu­rów, żad­nych czar­nych li­mu­zyn. Sym­bo­le wła­dzy sta­ran­nie usu­nię­to z rzą­do­wych stron in­ter­ne­to­wych, po­dob­nie jak z nor­we­skie­go kra­jo­bra­zu. Aby zo­ba­czyć zam­ki i ka­te­dry, trze­ba prze­je­chać ty­sią­ce ki­lo­me­trów, a nowa, re­we­la­cyj­na Ope­ra Kró­lew­ska przy­po­mi­na sen­ną łódź pod­wod­ną lub ła­god­nie lo­do­wa­to-bia­łe zbo­cze do po­ło­wy za­nu­rzo­ne w wo­dach fior­du. Mi­ni­stro­wie w ano­ra­kach uśmie­cha­ją się i obie­cu­ją jesz­cze wyż­sze pen­sje, jesz­cze krót­sze dni pra­cy, jesz­cze dłuż­sze urlo­py i jesz­cze wyż­sze ceny ben­zy­ny.

Naj­bar­dziej ude­rza­ją­cą ozna­ką nor­we­skie­go suk­ce­su nie są jed­nak dane do­ty­czą­ce prze­my­słu naf­to­we­go czy pro­mo­cja po­ko­ju na świe­cie, ale do­bro­byt sa­mych miesz­kań­ców. Je­śli wie­rzyć ostat­nim wy­ni­kom ba­dań szczę­ścia na­ro­do­we­go brut­to (Gross Na­tio­nal Hap­pi­ness), Nor­we­gia jest ży­wym do­wo­dem na to, że za pie­nią­dze moż­na ku­pić szczę­ście. Ba­dacz Ot­tar Hel­le­vik i jego sztab prze­pro­wa­dzi­li wy­wia­dy z 40 ty­sią­ca­mi Nor­we­gów i stwier­dzi­li, że szczę­ście – „po­czu­cie do­bro­by­tu i za­spo­ko­je­nia oraz brak ma­te­rial­nych kło­po­tów” – jest w nor­we­skim spo­łe­czeń­stwie co­raz bar­dziej po­wszech­ne (W po­go­ni za nor­we­skim szczę­ściem, 2008). Nor­we­ski kry­zys toż­sa­mo­ści z po­cząt­ku lat 80., wy­wo­ła­ny nie­po­ko­jem, że do­bro­byt de­mo­ra­li­zu­je, wy­da­je się za­że­gna­ny. To samo do­ty­czy nie­po­ha­mo­wa­nej kon­sump­cji. Hel­le­vik su­ge­ru­je, że w roku 2003 na­stą­pi­ła zmia­na sys­te­mu war­to­ści z ma­te­ria­li­stycz­ne­go na bar­dziej ide­ali­stycz­ny: „Moż­li­we, że dla wie­lu lu­dzi nie ma już wię­cej rze­czy god­nych po­żą­da­nia. Przy­pusz­czal­nie wię­cej osób niż wcze­śniej przy­wią­zu­je też wagę do ogrom­nej prze­pa­ści mię­dzy pa­nu­ją­cą w wie­lu kra­jach bie­dą i cier­pie­niem a do­bro­by­tem, któ­ry mamy w Nor­we­gii. Czu­ją mo­ral­ny dys­kom­fort. Do tego do­cho­dzi za­nie­po­ko­je­nie kli­ma­tem i śro­do­wi­skiem”.

Nor­we­go­wie są tak szczę­śli­wi, że ga­ze­ty na­rze­ka­ją, że lu­dzie na­rze­ka­ją za mało. Na do­da­tek now­sze ba­da­nia wy­ka­zu­ją, że 70 proc. miesz­kań­ców „pła­ci swo­je po­dat­ki z en­tu­zja­zmem i jest w sta­nie pła­cić na­wet wię­cej” („Aften­po­sten”2, 2 maja 2008). Czy to jed­na wiel­ka au­to­ilu­zja, czy też mamy do czy­nie­nia ze wzo­rem od­po­wie­dzial­no­ści oby­wa­tel­skiej? A może z ma­so­chi­zmem? Pięk­ną fa­sa­dą, za któ­rą kry­je się mrocz­ny świat smut­ku i utra­ty? Czy tez sto­imy wo­bec au­ten­tycz­ne­go szczę­ścia, kie­dy pie­nią­dze nie sta­no­wią już pro­ble­mu?

NOR­WE­SKI KOSZ­MAR

Ist­nie­je już cały ba­ta­lion skwa­śnia­łych do­mo­wych kry­ty­ków, za­zdro­snych wschod­nich Eu­ro­pej­czy­ków i upo­ko­rzo­nych pięk­no­du­chów z kra­jów mu­zuł­mań­skich, któ­rzy de­ma­sku­ją Nor­we­gię jako upa­dłą kra­inę So­rii Mo­rii3. W Stra­te­gach na­ro­do­wych (1998) Rune Slag­stad do­ko­nał ana­li­zy roz­pa­du uni­kal­ne­go mo­de­lu „de­mo­kra­tycz­ne­go ka­pi­ta­li­zmu” oraz trium­fu ka­pi­ta­li­zmu bez­dusz­ne­go, pa­zer­ne­go i tech­no­kra­tycz­ne­go. W kry­tycz­nej an­to­lo­gii Nor­we­gia. Dia­gno­za (2008) au­to­rzy po­ka­zu­ją, jak da­le­ce mit o Nor­we­gach jako do­brych i szczę­śli­wych oby­wa­te­lach nie zga­dza się z rze­czy­wi­stą sy­tu­acją w kra­ju. Księ­ga skarg i za­ża­leń jest dłu­ga: jan­te­lo­ven („pra­wo Jan­te”, bę­dą­ce wy­ra­zem po­gar­dy dla elit), dys­kry­mi­na­cja ra­so­wa, fa­tal­ny stan edu­ka­cji, po­dej­rza­ne in­we­sty­cje w sko­rum­po­wa­nych kra­jach dyk­ta­tor­skich i ża­ło­śnie krót­ka li­sta za­sług w za­kre­sie ochro­ny śro­do­wi­ska (sic!). Kto de­ma­sku­je szczę­śli­wych Nor­we­gów? Czy szu­ka­ją­ce sen­sa­cji me­dia? A może eli­ty in­te­lek­tu­al­ne, któ­re za­wsze szu­ka­ją dziu­ry w ca­łym?

Eli­ty są po­dej­rza­ne. Od Wol­te­ra przez Sar­tre’a i da­lej, do Or­te­gi y Gas­se­ta kla­sy wy­kształ­co­ne nie­na­wi­dzi­ły wul­gar­ne­go gu­stu mas. Lu­dzie, któ­rych za­do­wa­la nie­wy­ma­ga­ją­ca pra­ca i któ­rzy wolą Ta­niec z gwiaz­da­mi od Pla­to­na, za­wsze byli po­strze­ga­ni przez in­te­lek­tu­ali­stów jako Unter­men­schen. Z dru­giej stro­ny me­diom też nie za­wsze moż­na ufać: cza­sa­mi mó­wią praw­dę, cza­sa­mi zmy­śla­ją, żeby coś sprze­dać, a jesz­cze in­nym ra­zem kon­spi­ru­ją z par­tią rzą­dzą­cą. A co z ludź­mi?

Kie­dy we wrze­śniu 2008 roku le­cia­łam sa­mo­lo­tem z Kra­ko­wa do Oslo, sie­dzia­łam obok roz­mow­ne­go star­sze­go pana. Za­py­tał mnie: „Czy to ty je­steś tą pol­ską Niną, któ­ra tak brzyd­ko pi­sze o Nor­we­gii?”. Przy­tak­nę­łam tro­chę nie­spo­koj­nie, przy­go­to­wa­na na pe­da­go­gicz­ną ty­ra­dę. „Co te­raz czy­tasz?”, za­py­tał. Po­ka­za­łam mu książ­kę le­żą­cą na mo­ich ko­la­nach: Nor­we­gia. Dia­gno­za. Spoj­rzał na nią scep­tycz­nie i po­wie­dział: „Ale Nor­we­gia ma dia­gno­zę. Jest nam do­brze”.

Wy­glą­da na to, że sy­tu­acja Nor­we­gii jest bez­na­dziej­na, ale nie po­waż­na. Nie jest po­waż­na, po­nie­waż więk­szość bia­łych Nor­we­gów ma się świet­nie i ko­niec. A tak­że dla­te­go, że z mię­dzy­na­ro­do­wej per­spek­ty­wy na­wet Te­le­nor oka­zu­je się jed­ną z naj­bar­dziej od­po­wie­dzial­nych spo­łecz­nie firm świa­ta. Jed­no­cze­śnie sy­tu­acja jest bez­na­dziej­na, po­nie­waż książ­ki ta­kie jak Nor­we­gia. Dia­gno­za są stra­tą cza­su. Nor­we­gia po­ka­zu­je, że Gross Na­tio­nal Hap­pi­ness nie ma nic wspól­ne­go z do­bry­mi szko­ła­mi czy kwit­ną­cy­mi bi­blio­te­ka­mi. „Nie na­uczy­łaś się jesz­cze, że za dużo my­śle­nia spra­wia, że czło­wiek sta­je się za­gu­bio­ny i nie­szczę­śli­wy?”, za­py­tał mnie mój są­siad z sa­mo­lo­tu. „We in Nor­way don’t want the bra­ins to go to our he­ads” („W Nor­we­gii nie chce­my, żeby mó­zgi ude­rzy­ły nam do gło­wy”).

OD WE­LFA­RE STA­TE DO LE­ISU­RE STA­TE

Nor­we­skie Ma­rze­nie nie­ko­niecz­nie opie­ra się na złu­dze­niach. Tak jak inne mity, jest to dy­dak­tycz­ny mo­ra­li­tet opo­wia­da­ją­cy nie o tym, jacy je­steśmy, ale kim chcie­li­by­śmy być. To, że Nor­we­gia wy­da­ła dwa razy tyle na woj­nę w Afga­ni­sta­nie, ile na dzia­ła­nia po­ko­jo­we, nie od­gry­wa tu roli. Bez zna­cze­nia jest tak­że na­sze zdzi­wie­nie nie­tak­tow­nym za­cho­wa­niem nor­we­skich eks­per­tów od po­ko­ju i po­mo­cy na Sri Lan­ce czy w Ban­gla­de­szu. Na­ro­do­we aspi­ra­cje – i ocze­ki­wa­nia ze­wnętrz­ne­go świa­ta – żeby uj­rzeć Nor­we­gię jako kraj ucie­le­śnia­ją­cy wszyst­ko, co naj­lep­sze: po­kój, pra­wa czło­wie­ka, zrów­no­wa­żo­ny roz­wój i de­mo­kra­cję, są tak wiel­kie, że Nor­we­go­wie mu­sie­li do­ro­snąć do roli świa­to­wej mek­ki pra­wo­rząd­no­ści i umia­ru.

Pra­gnę jesz­cze do­dać, że tym, co czy­ni Nor­we­gię szcze­gól­nie atrak­cyj­ną w post­mo­der­ni­stycz­nym świe­cie, jest oso­bli­wa kul­tu­ro­wa schi­zo­fre­nia. W rze­czy­wi­sto­ści ist­nie­ją dwie róż­ne mi­tycz­ne „Nor­we­gie”, któ­re nadal ze sobą kon­ku­ru­ją: cno­tli­wo-bied­na Nor­we­gia – dum­ny na­ród z wzo­ro­wy­mi tra­dy­cja­mi rów­no­ści, so­li­dar­no­ści i lu­do­wej mą­dro­ści – zde­rza się z nową „ma­mo­nicz­ną” Nor­we­gią, z pi­ra­nia­mi ryn­ku fi­nan­so­we­go, kul­tem pa­zer­no­ści i sa­mo­za­do­wo­le­niem. To Thor­ste­in Ve­blen, so­cjo­log nor­we­skie­go po­cho­dze­nia obu­rzo­ny ame­ry­kań­skim mar­no­traw­stwem, wy­my­ślił kie­dyś po­ję­cie con­spi­cu­ous con­sump­tion. Świ­nia przed­sta­wia­ją­ca sa­ty­rycz­nie bu­dżet pań­stwo­wy ra­dzi: „Po­sta­raj się wy­glą­dać za­rów­no chu­do, jak i gru­bo”. To nie tyl­ko żart: to ob­raz roz­dwo­jo­nej nor­we­skiej psy­chi­ki z pierw­szej de­ka­dy XXI wie­ku. To Nor­we­gia jako bied­ny-bo­ga­ty kraj o dzie­wi­czej pod­świa­do­mo­ści. Jak po­wie­dział Pi­cas­so: „Ma­rzę o tym, żeby być bie­da­kiem z gi­gan­tycz­ną kasą”. Po­wszech­ne mo­ral­ne obu­rze­nie, któ­re to­wa­rzy­szy re­we­la­cjom o prze­krę­tach fi­nan­so­wych, po­ka­zu­je, ze cno­tli­wo-bied­na Nor­we­gia jesz­cze nie zgi­nę­ła. Wy­star­czy wy­mie­nić na­ro­do­wą bu­rzę po ujaw­nie­niu in­for­ma­cji o in­we­sty­cjach Sta­to­il­Hy­dro w naf­to­we pola Ka­na­dzie, nie­le­gal­nym za­trud­nia­niu dzie­ci u pod­do­staw­ców Te­le­nor w Ban­gla­de­szu czy astro­no­micz­nie wy­so­kich pen­sjach i bo­nu­sach przy­zna­wa­nych dy­rek­to­rom du­żych przed­się­biorstw. Pu­blicz­ne obu­rze­nie, któ­re to­wa­rzy­szy tym sen­sa­cjom, do­wo­dzi, że w oczach Nor­we­gów ka­pi­ta­lizm i ope­ra­cje mi­li­tar­ne mają być mo­ral­ne. Nor­we­scy ka­pi­ta­li­ści mają być przy­zwo­ity­mi self-made men i je­śli chcą żyć jak kró­lo­wie – po­win­ni ro­bić to za gra­ni­cą. Raz na ja­kiś czas przy­my­ka się ich w wię­zie­niu, gdzie mają or­ga­ni­zo­wać im­pre­zy z piz­zą dla straż­ni­ków. Nor­we­scy pi­lo­ci my­śliw­ców mają być „mili” i spusz­czać wy­łącz­nie grzecz­ne bom­by, któ­re nie za­bi­ja­ją lu­dzi, tyl­ko „przy­czy­nia­ją się do na­ro­do­we­go bez­pie­czeń­stwa”. Dla­cze­go? Po­nie­waż Nor­we­gia chce być tym, czym była, kie­dy chcia­ła być tym, czym jest te­raz. I po­nie­waż „by­cie do­brym” jest ty­po­wo nor­we­skie. Nie ma żad­ne­go zna­cze­nia, że de­fi­ni­cja na­ro­do­wej kul­tu­ry i toż­sa­mo­ści sfor­mu­ło­wa­na przez byłą pre­mier Gro Har­lem Brund­tland – „To ty­po­wo nor­we­skie być do­brym” – jest po ci­chu wy­śmie­wa­na. De­fi­ni­cja ta utrwa­li­ła się na tyle moc­no, ze pro­ści lu­dzie w nią uwie­rzy­li. Na­ro­do­we za­fik­so­wa­nie na do­bro­ci, do­bro­by­cie i „przy­tul­no­ści” (kos) jest na tyle po­wszech­ne, że po­zwa­la wznieść się po­nad róż­ne go­spo­dar­cze i kul­tu­ro­we skan­da­le. Nor­we­gia ma wię­cej łó­żek szpi­tal­nych na miesz­kań­ca niż ja­ki­kol­wiek inny kraj, ale ko­lej­ki w służ­bie zdro­wia wciąż ro­sną i kraj ma pro­blem z pa­cjen­ta­mi le­żą­cy­mi na ko­ry­ta­rzach. Rocz­ne wy­na­gro­dze­nie ir­landz­kie­go pro­fe­so­ra wy­no­si mię­dzy 800 ty­sią­ca­mi a 1,1 mi­lio­na ko­ron, pod­czas gdy wy­na­gro­dze­nie nor­we­skie­go pro­fe­so­ra jest mniej wię­cej o po­ło­wę niż­sze. Po­mi­mo pra­wie peł­ne­go za­trud­nie­nia ko­biet mówi się, że zbyt mało z nich pra­cu­je na sta­no­wi­skach kie­row­ni­czych. Nor­we­gia do­bro­by­tu peł­na jest ab­sur­dów. W ocze­ki­wa­niu na miesz­ka­nie ko­mu­nal­ne z Urzę­du Pra­cy i Opie­ki Spo­łecz­nej (NAV) sze­ścio­oso­bo­wa ro­dzi­na zo­sta­je na trzy mie­sią­ce umiesz­czo­na w ho­te­lu, po­nie­waż nie moż­na zna­leźć lo­kum, któ­re kosz­tu­je mniej niż 8 ty­się­cy ko­ron na mie­siąc. Roz­wią­za­nie: pań­stwo pła­ci 100 ty­się­cy ko­ron mie­sięcz­nie za ho­tel, pod­czas gdy ro­dzi­na cze­ka i cze­ka.

Oczy­wi­ście w per­spek­ty­wie po­rów­naw­czej ta­kie po­tknię­cia są tyl­ko przy­sło­wio­wym szu­ka­niem dziu­ry w ca­łym. W roku 2011 Nor­we­gia to kraj, któ­ry moż­na po­rów­nać ze Zjed­no­czo­ny­mi Emi­ra­ta­mi Arab­ski­mi albo Ka­ta­rem, gdzie wkrót­ce nie trze­ba bę­dzie ro­bić nic poza cie­sze­niem się ży­ciem. Kraj w dro­dze z we­lfa­re sta­te do le­isu­re sta­te, jak opi­su­je to Atle Midt­tun, pro­fe­sor Wyż­szej Szko­ły Biz­ne­su (BI). Do tego Nor­we­gia ma rów­nież bar­dzo dy­na­micz­ną sfe­rę pu­blicz­ną. Szpal­ta Opi­nie i de­ba­ty w naj­więk­szym dzien­ni­ku „Aften­po­sten” jest przy­kła­dem, jak dzię­ki spryt­nej na­wi­ga­cji po­mię­dzy or­to­dok­sją, gło­sa­mi od­szcze­pień­ców i czy­stą pro­wo­ka­cją re­dak­to­rzy z du­żym suk­ce­sem po­tra­fią nie tyl­ko wsz­cząć dys­ku­sję wo­kół klu­czo­wych py­tań, ale tak­że uczy­nić Kro­nikk4 naj­bar­dziej pre­sti­żo­wą stro­ną w nor­we­skiej pra­sie. Cała nor­we­ska eli­ta i imi­granc­ka in­te­li­gen­cja ma­rzy o opu­bli­ko­wa­niu swo­jej kry­ty­ki Nor­we­gian Dre­am w Kro­nikk. Ni­żej pod­pi­sa­na, któ­ra przy­zna­je bez bi­cia, że kul­ty­wu­je po­le­micz­ne pió­ro, nie może wyjść z po­dzi­wu nad set­ka­mi li­stów i ma­ili, ja­kie otrzy­mu­je od zmar­twio­nych lub za­chwy­co­nych czy­tel­ni­ków w od­po­wie­dzi na swo­je ar­ty­ku­ły. Stwier­dze­nie, że Nor­we­go­wie są tyl­ko bo­ga­ci i za­du­fa­ni w so­bie, jest więc ry­zy­kow­ne; ide­ał od­po­wie­dzial­ne­go oby­wa­te­la prze­ję­te­go do­brem kra­ju jest nadal ak­tu­al­ny

Praw­dę po­wie­dziaw­szy, po­łą­cze­nie do­bro­ci i szczę­ścia jest nie­co mdlą­cą mie­szan­ką. Ale tak wła­śnie jest, że nie­któ­rzy lu­dzie na tym świe­cie mu­szą zno­sić za­rów­no bo­gac­two, jak i szczę­ście. Dzi­siej­sza Nor­we­gia jest ide­al­nym prze­ci­wień­stwem Uto­pii opi­sa­nej przez Szym­bor­ską. Mło­dzi i in­te­li­gent­ni Nor­we­go­wie mają od­wa­gę pi­sać: „Dzię­ki do­bre­mu za­rzą­dza­niu i spo­rej do­zie szczę­ścia Nor­we­gia jest pierw­szym spo­łe­czeń­stwem w hi­sto­rii, któ­re może so­bie po­zwo­lić na sys­tem do­bro­by­tu na­praw­dę czy­nią­cy wszyst­kich wol­ny­mi. My, któ­rzy ży­je­my dziś, je­ste­śmy bli­żej speł­nie­nia swo­ich ma­rzeń niż kto­kol­wiek wcze­śniej. Na­sza pro­duk­tyw­ność prze­kra­cza wszyst­ko, co świat kie­dy­kol­wiek wi­dział. Mamy wię­cej pie­nię­dzy i cza­su wol­ne­go niż nasi bliź­ni w resz­cie świa­ta. Dla­cze­go nie po­trak­to­wać po­waż­nie fak­tu, że wol­ność jest wa­run­kiem do­bre­go ży­cia? (Mar­tin Sand­bu, „Aften­po­sten”, 21 lip­ca 2008).

No wła­śnie. Dla­cze­go nie?

ŹRÓ­DŁA NOR­WE­GIAN DRE­AM

Hi­sto­ria każ­de­go kra­ju jest sumą geo­po­li­ty­ki, mą­dro­ści na­ro­do­wych stra­te­gów, szczę­ścia oraz siły prze­bi­cia mi­tów i przy­po­wie­ści two­rzą­cych i utwier­dza­ją­cych jego wła­sny ob­raz. Uwa­żam, że ist­nie­je je­den mit, któ­ry nie tyl­ko pod­su­mo­wu­je wszyst­kie skład­ni­ki nor­we­skie­go ma­rze­nia, ale któ­ry też, w mo­jej opi­nii, w du­żej mie­rze za­de­cy­do­wał o świa­to­wym suk­ce­sie Nor­we­gii. Mit opo­wia­da o tym, jak moż­na stać się bo­ga­tym, szczę­śli­wym i po­pu­lar­nym bez jed­no­cze­sne­go wy­rzą­dza­nia szko­dy na­tu­rze albo utra­ty czło­wie­czeń­stwa. Jest to oczy­wi­ście baśń o Aske­lad­de­nie5. Jej bo­ha­ter to uro­czy le­niuch, któ­ry ca­ły­mi dnia­mi prze­sia­du­je przed ko­min­kiem, grze­biąc i dłu­biąc w po­pie­le. Georg Sver­drup za­uwa­żył, że Aske­lad­den jest za­ska­ku­ją­co uni­wer­sal­ną po­sta­cią w mię­dzy­na­ro­do­wym folk­lo­rze: jest spo­krew­nio­ny z nie­miec­kim Aschen­brödel (Aschen­put­tel, Aschen­gut­tel itd.), szkoc­kim Ash­pit i As­si­pe­te oraz z fran­cu­skim Cen­dreu­il­le lub Cen­dril­lon. Wszyst­kich ich łą­czy uwiel­bie­nie dla do­lce far nien­te – słod­kie­go le­ni­stwa – i osią­ga­ją wie­le przy nie­wiel­kim wy­sił­ku. W świa­to­wych ba­śniach obec­ni są w róż­nych wer­sjach, jako ro­syj­ski Iwan-du­ra­czok, fran­cu­ski gu­ignol, an­giel­ski Ro­bin Hood, pół­noc­no­ame­ry­kań­skie ko­jo­ty. An­tro­po­lo­dzy mają dla nich imię: trick­sters alboun­der­dogs; ci, któ­rzy wspi­na­ją się na szczyt, wy­ko­rzy­stu­jąc spryt lub so­li­dar­ność ze słab­szy­mi.

Po­mi­mo że ge­ne­alo­gicz­nie jest to kul­tu­ro­wy „bę­kart”, nor­we­ska kul­tu­ra za­anek­to­wa­ła Aske­lad­de­na jako rzecz­ni­ka na­ro­du. Jest on wy­jąt­ko­wo nor­we­skim