Nikomu nie ufaj - Wojciech Wójcik - ebook

Nikomu nie ufaj ebook

Wojciech Wójcik

4,1

Opis

Są takie tajemnice, które nie powinny zostać odkryte. Nigdy…

Marek, młody i obiecujący funkcjonariusz ABW, otrzymuje z pozoru rutynowe zadanie. Podczas jego wykonywania wpada na trop afery i sprowadza na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo. W jednej chwili z myśliwego zmienia się w zwierzynę. Zapolują na niego przestępcy i zdrajcy, których łączą nie tylko ciemne interesy, ale pewne tajemnicze wydarzenia grudniowej nocy sprzed piętnastu lat.

Marek z przerażeniem uświadamia sobie, że może liczyć tylko na siebie, a klucz do nierozwikłanej zagadki spoczywa w jego rękach. Wie o tym jednak ktoś jeszcze... Rozpoczyna się dramatyczny wyścig z czasem. 

Od plaż Bałtyku, poprzez Warszawę, aż po mazurskie bezdroża toczy się brutalna gra, której stawką jest ludzkie życie. W tym gronie nie ma przyjaciół, każdy może okazać się wrogiem. W świecie skorumpowanych polityków, bezlitosnych funkcjonariuszy służb specjalnych i ludzi mafii narkotykowej obowiązuje tylko jedna zasada: nikomu nie ufać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 576

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (41 ocen)
15
15
10
1
0

Popularność




Wojciech Wójcik Nikomu nie ufaj ISBN: 978-83-7785-966-7 Copyright © by Wojciech Wójcik, 2016 All rights reserved Projekt okładki: Izabella Marcinowska Łamanie: Grzegorz Kalisiak Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Kobietom mojego życia —

Żonie i Córeczce

Szeroko otwarte oczy mężczyzny obserwowały przesuwające się po mazurskim niebie obłoki, ale nie rejestrowały już sielankowego widoku. Cienka strużka krwi, sącząca się z jego strzaskanej skroni, spływała po nieogolonym policzku, mieszając się z potem. Chciałem wyć ze złości, ale z mojego zaciśniętego gardła nie wydobył się żaden odgłos. Stałem jak zamurowany, spoglądając na leżące u mych stóp martwe ciało człowieka, którego chyba mogłem nazwać przyjacielem. Zabójca mierzył mnie zimnym spojrzeniem znajomych, błękitnych oczu.

Głosem, który trzaskał jak bat w rękach wprawnego woźnicy, rzucił w moim kierunku kilka złośliwych słów, których sens ledwo do mnie docierał. A potem uniósł broń i wymierzył w moją pierś. Lufa pistoletu przypominała tunel prowadzący do samego piekła.

Zanim moje serce zdążyło wykonać skurcz, powietrzem znów wstrząsnął huk wystrzału. Przygotowałem się na śmierć, ale się okazało, że nie nadszedł jeszcze mój czas. Na drodze przeznaczonej dla mnie kuli niespodziewanie znalazła się ona. Rzuciła się przed siebie jak akrobatka, osłaniając mnie własnym ciałem.

Na jej twarzy dostrzegłem determinację, która nie zniknęła nawet w momencie, gdy pocisk zagłębił się w tym delikatnym ciele. Miałem wrażenie, że śnię, i nie był to dobry sen. Dziewczyna, którą kochałem, poszybowała w powietrzu, opryskując mnie swoją krwią, a potem potoczyła się po trawie jak szmaciana lalka, którą jakiś znudzony dzieciak cisnął w kąt. Upadłem na kolana i złapałem się za głowę, a z moich ust wydobył się głośny jęk rozpaczy, od którego zadrżało niebo.

To nie mogło dziać się naprawdę. Wszystko — nawet śmierć — było lepsze od tego, co właśnie się wydarzyło. Pragnąłem tylko jednego — by kolejny wystrzał przerwał ten koszmar.

Od zabójcy dzielił mnie dystans około piętnastu metrów, a że wielokrotnie byłem świadkiem, jak na strzelnicy z takiej odległości zaliczał dziesiątkę po dziesiątce, wiedziałem, że moje cierpienie nie potrwa dłużej niż jeden szybki oddech.

Spojrzałem na spoczywającą na trawie dziewczynę moich marzeń. Wydawało mi się, że wyciąga do mnie rękę tak, jakby zapraszała mnie na długi spacer.

A potem znów rozległ się huk wystrzału. Byłem pewien, że to już…

Trzy tygodnie wcześniej.

W ciszy, w której tle pobrzmiewały jedynie stłumione dźwięki muzyki dobiegające z włączonego w sąsiednim pomieszczeniu radia, brzęczyk telefonu zabrzmiał niczym uruchomiony znienacka młot pneumatyczny. Wzdrygnąłem się i potrąciłem zalegający na moim biurku stos papierów. Zbudowana z pieczołowicie posegregowanych i ułożonych chronologicznie dokumentów wieżyczka przechyliła się powoli i znaczna jej część majestatycznie spłynęła na podłogę, niwecząc pół godziny mojej benedyktyńskiej pracy. Zakląłem pod nosem i odruchowo podniosłem słuchawkę. Zanim jednak przyłożyłem ją do ucha, zdałem sobie sprawę, że źródłem wwiercającego się w mózg dźwięku był aparat kolegi, z którym od blisko dwóch lat dzieliłem klitkę, w ewidencji środków trwałych szumnie określoną mianem gabinetu. Oprócz dwóch biurek zmieściły się tu jedynie — i to cudem — cztery metalowe szafy na akta. No i my, dwaj stukilowi mężczyźni wkraczający w wiek, w którym coraz trudniej wciąga się brzuch.

— No co tam, Marysiu? — Paweł, mój „współlokator”, miał wysoki, niemal dziewczęcy głos, który w ogóle nie pasował do jego sylwetki osiłka. Głos ten stawał się jeszcze o oktawę wyższy w sytuacjach, gdy rozmawiał z Marysią, czarnooką i biuściastą sekretarką dyrektora. Jego gorące uczucia do niej były w departamencie tajemnicą poliszynela, ale chociaż byliśmy dobrymi kolegami, nigdy — nawet podczas największych pijaństw w Emowie — nie wspominał o swym afekcie. A ja nie pytałem. W pewnych kręgach słynę z dyskrecji.

Spodziewałem się, że rozmowa potrwa przez jakiś czas, gdyż Paweł wykorzystywał zwykle każdą okazję, by poćwierkać ze swoim dorodnym bóstwem. Nie chciałem mu przeszkadzać. Machnąłem ręką na walające się po podłodze dokumenty, wziąłem papierosy i zamierzałem iść do palarni. Gdy jednak położyłem dłoń na klamce, usłyszałem przepełnione ledwie tylko tłumioną namiętnością „Pa” i dźwięk odkładanej słuchawki. Głos kolegi, teraz nieco niższy, osadził mnie w miejscu.

— Stary chce cię widzieć. — W ustach Pawła określenie „stary” zabrzmiało jak przekleństwo i nie był to przypadek. Nie lubił naszego dyrektora i nie próbował tego ukrywać. W pełni podzielałem jego uczucia.

— A czego chce? — spytałem na wpół zaskoczony, na wpół zirytowany, gdyż audiencje u dyrektora nie były czymś częstym i zwykle wiązały się z nieprzyjemnościami. Jeszcze nigdy nie usłyszałem od niego dobrego słowa, a w ostatnim czasie z psychotyczną satysfakcją wylewał na mnie kubły pomyj. Na szczęście nasze kontakty nie były częste, na ogół bowiem nie lubił zniżać się do rozmowy z szeregowymi funkcjonariuszami i większość spraw załatwiał za pośrednictwem dwójki naczelników, którzy byli raczej w porządku.

— Nie mam pojęcia. — Paweł wzruszył ramionami i komicznie zmarszczył czoło. Przez chwilę wyglądał jak młody szympans. — Może to ciągle ta sprawa z Ministerstwem Środowiska? — wydukał wreszcie, unikając mojego spojrzenia.

— Może i tak — zgodziłem się zgnębiony. Przez ostatnie dwa miesiące tworzyłem raport analityczny dotyczący mechanizmów wydawania koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego i wnioski, które przedstawiłem, nie spotkały się z pozytywnym przyjęciem. Usłyszałem, że szukam dziury w całym, i zostałem przywołany do porządku. W iście żołnierskich słowach. Przez chwilę się zastanawiałem, czy po raz wtóry nie wdać się w polemikę i jeszcze raz próbować przekonać szefostwo do swoich racji, ale zrezygnowałem. Moje poprzednie nieudane próby rozmowy na ten temat w dyrektorskim gabinecie skłoniły mnie do refleksji, że nie warto kopać się z koniem.

Powiodłem smutnym spojrzeniem po zagraconym pokoiku, skinąłem patrzącemu na mnie ze współczuciem Pawłowi i wyszedłem na wyłożony starą wykładziną korytarz. Do miejsca, w którym urzędował dyrektor, miałem zaledwie kilkanaście metrów, ale pokonałem je w ślimaczym tempie. Kto by się spieszył na własną egzekucję?

Sekretariat Dyrektora Departamentu Analiz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego był pusty — Marysia najwyraźniej oddawała się swojej największej pasji, czyli plotkowała z dziewczynami w kancelarii tajnej. Zastukałem w dębowe drzwi. Usłyszawszy gromkie „Proszę”, przywołałem na twarz fałszywy uśmiech i wszedłem do jaskini lwa.

— A, pan Marek, zapraszam, zapraszam. — Dyrektor Wiesław Duda uśmiechnął się szeroko, wstał i wyszedł zza ogromnego biurka z wyciągniętą do mnie ręką. Kiedy chciał, potrafił być jowialny i sympatyczny. Pamiętałem jednak treść naszej ostatniej rozmowy, podczas której zostałem nazwany „gówniarzem”, więc uścisnąłem jego dłoń z rezerwą. Przez głowę przebiegła mi myśl, że gdybyśmy żyli w okresie międzywojennym, to zamiast podawać mu rękę, pewnie wysłałbym do niego sekundantów. Cóż, czasy się zmieniają, a ja wciąż lubiłem swoją pracę.

Dyrektor chwycił mnie za łokieć i poprowadził do niskiego stołu w rogu pomieszczenia, wskazując jeden z dwóch wygodnych foteli. Gdy usiedliśmy, osobiście nalał mi do szklanki trochę wody z karafki, nie pytając nawet, czy mam ochotę się napić.

— Ale dziś upał — odpowiedział na moje pytające spojrzenie i gestem dłoni wskazał na szklankę. — Koszmarny — dodał, a ja zupełnie zbaraniałem, gdyż termometr za oknem mojego pokoju wskazywał ledwie dziewiętnaście stopni. Jak na czerwiec, było raczej chłodno. Powstrzymałem się od skomentowania jego uwagi i przyoblekłem twarz w wyraz uprzejmego zainteresowania.

Dyrektor wyglądał na nieco zdenerwowanego. Wypił duszkiem wodę ze swojej szklanki i otarł twarz kraciastą chustką, wydobytą z kieszeni tweedowej marynarki. Na pokaźnej łysinie, otoczonej siwymi kędziorami włosów, perlił się pot, spływając strużkami po nosie aż do wiechci bujnych wąsów. „Rzeczywiście mu gorąco”— pomyślałem z nutką mściwej satysfakcji.

— Panie Marku, niech mi pan przypomni, od kiedy pełni pan służbę w agencji? — zapytał wreszcie i spojrzał z udawanym zainteresowaniem.

— Od trzech lat — odpowiedziałem machinalnie. — Od trzech lat i pięciu miesięcy — sprecyzowałem po kilku sekundach zastanowienia.

— I to od początku u nas. — Dyrektor otworzył teczkę, która zawierała prawdopodobnie moje akta osobowe. Przez moment ją przeglądał, aż wreszcie odnalazł to, czego szukał. — Przedtem służył pan w policji?

— Niecałe dwa lata — wyjaśniłem. — Zdążyłem zaliczyć kurs podstawowy i popracować przez chwilę w charakterze „krawężnika”. To była moja pierwsza praca po studiach — dodałem, uprzedzając kolejne pytanie.

— A czemu pan chciał pracować w naszym departamencie? Ludzie z policji najczęściej idą do operacyjnych albo do procesu, a nie do analiz.

— Może nie wyglądam, ale jestem raczej „molem książkowym” i lepiej mi idzie praca z dokumentami niż rozmowy z ludźmi. Nie widzę się w pracy operacyjnej — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie dodałem przy tym, że podczas zajęć w trakcie szkolenia podstawowego w Emowie wdałem się w przepychankę z ówczesnym dyrektorem Departamentu Operacyjno-Śledczego. Cóż, taki już mój urok, że nie lubię, gdy ktoś po alkoholu robi z siebie świnię. W efekcie tego zajścia dostałem wilczy bilet do jego jednostki i cudem tylko uniknąłem natychmiastowego relegowania ze służby. Ale to wszystko zapewne było w aktach.

— No tak — westchnął dyrektor i popatrzył na mnie z mieszaniną troski i niezadowolenia. — Niestety nie mam dla pana dobrych informacji. Przyszło dzisiaj takie pismo… — Podsunął mi dokument z logo ABW.

Rozpamiętując wciąż moją niesławną potyczkę z dyrektorem operacyjno-śledczym, zerknąłem na pismo i pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę, był figurujący pod nim podpis. Aż przetarłem oczy, gdyż autorem był nie kto inny, jak ten właśnie dyrektor, pułkownik Karol Walewski. Z narastającym zaciekawieniem przebiegłem wzrokiem treść, a potem popatrzyłem zaskoczony na swojego przełożonego.

— Ale dlaczego? — zapytałem tonem, w którym pobrzmiewały defensywne nuty.

— Panie Marku. — W oczach dyrektora dostrzegłem coś, czego się tam nie spodziewałem. Tak jakby współczucie. — Wiem tyle, ile pan. Z dniem dzisiejszym został pan oddelegowany do służby w Departamencie Operacyjno-Śledczym, we właściwości osobowej pułkownika Walewskiego. Ze swojej strony mogę dodać tylko tyle, że na podstawie przepisów ustawy takie oddelegowanie może trwać maksymalnie rok. Spokojnie — dodał, widząc moją niezadowoloną minę — jestem pewien, że wróci pan do nas wcześniej. No, chyba że będzie się pan tam bardzo starał, żeby pana przyjęli na stałe — zawiesił głos i mrugnął okiem.

— Ale ja mam swoje sprawy. Kompletnie rozgrzebane — próbowałem polemizować, lecz bez przekonania. Nie lubiłem Walewskiego, ale Duda też nie znajdował się na czele listy moich przyjaciół.

— Z tych pana spraw nie wychodziło ostatnio nic dobrego — przerwał mi, nawiązując do mojego raportu z Ministerstwa Środowiska. — Paradoksalnie to właśnie pewnie ta sprawa z koncesjami zwróciła ich uwagę. Oni zawsze działają na opak — prychnął lekceważąco, dając mi do zrozumienia, że nie ma najlepszej opinii o komórce pułkownika Walewskiego. — Ale chciałbym z panem porozmawiać jeszcze o innej sprawie…

Gdy piętnaście minut później wychodziłem z jego gabinetu, na mojej twarzy musiał rysować się wyraz kompletnego zaskoczenia, gdyż Marysia — która najwyraźniej wróciła z plotek — zapytała mnie, czy stało się coś niedobrego. „Dobre pytanie” — pomyślałem, posyłając jej uspokajający uśmiech i przykładając palec do ust w geście oznaczającym, że wiąże mnie tajemnica służbowa. Oddelegowanie do komórki operacyjno-śledczej nie było oczywiście moim marzeniem, ale dalsza część rozmowy z dyrektorem Dudą sprawiła, że znajdowałem się w dobrym humorze.

Mój przełożony, a raczej — przynajmniej od tego momentu — były przełożony, poinformował mnie, że wystąpił dla mnie o awans, który wiązał się ze znacznym zwiększeniem mojego uposażenia. Po ostatnich szykanach prędzej spodziewałbym się własnej śmierci. Poza tym Duda obiecał, że po powrocie z oddelegowania zostanę skierowany na kurs oficerski, co było marzeniem chyba każdego funkcjonariusza naszej służby. Moja kariera miała wystrzelić niczym pocisk balistyczny, ale pod jednym warunkiem — że będę robił wszystko, by jak najszybciej powrócić do Departamentu Analiz. Czyli, czytając między wierszami, otrzymałem nieformalne polecenie, by podczas oddelegowania zbytnio się nie przepracowywać.

— W bumelanctwie nie masz sobie równych — pokrzepił mnie Paweł, gdy po powrocie do pokoju opowiedziałem mu o rozmowie z dyrektorem.

— Kurs oficerski. — Cieszyłem się jak dziecko, a mój kolega przybił mi piątkę. — Jakoś wytrzymam te kilka miesięcy. A może uda się to skrócić do kilku tygodni. Zawsze mogę znowu wytargać Walewskiego za marynarkę…

Duda zasugerował, żebym jeszcze dzisiaj poszedł do dyrektora Departamentu Operacyjno-Śledczego i omówił zasady mojego oddelegowania. Nie miałem żadnego doświadczenia w pracy operacyjnej, nie brałem udziału w żadnym szkoleniu dla „przykrywkowców”, na które zawsze szukano chętnych i w których uczestniczyły nawet niektóre sekretarki. Przez ostatni rok zajmowałem się głównie sektorem energetycznym, z naciskiem na prywatyzację zakładów górniczych oraz udzielanie przez Ministerstwo Środowiska koncesji poszukiwawczych i wydobywczych. Moja wiedza w tym zakresie nie była jakaś nadzwyczajna — wykonywałem pracę analityczną i w żadnym wypadku nie mogłem uchodzić za eksperta. Bił mnie na głowę każdy, nawet najmłodszy, pracownik jakiegokolwiek Okręgowego Urzędu Górniczego. Byłem zatem ciekawy, czego ode mnie chcą.

Moja ciekawość nie była jednak tak wielka, jak uczucie głodu, które dopadało mnie zwykle koło czternastej. Postanowiłem, że pójdę do Walewskiego po obiedzie. Pod wpływem impulsu zrezygnowałem z posiłku w stołówce i zamiast zjeść w towarzystwie kolegów funkcjonariuszy, wybrałem samotność w pizzerii po drugiej stronie Rakowieckiej. Chciałem sobie w spokoju przemyśleć kilka spraw.

Nie miałem jednak szczęścia. W momencie gdy na mój stół wjechała pizza, a ja — przełykając ślinę — chwyciłem nóż i widelec, poczułem na karku czyjąś dłoń i delikatne drapanie paznokciami po dawno niestrzyżonych włosach. Unoszący się w powietrzu zapach Chanel 5 nie pozostawiał wątpliwości. Westchnąłem z rezygnacją i odwróciłem raptownie głowę, muskając ustami wypielęgnowane, długie palce. Powietrzem w pizzerii wstrząsnął pełen udawanego przestrachu okrzyk, który po sekundzie przeszedł w perlisty śmiech.

— Cześć, Oliwka — powiedziałem i równocześnie nabiłem na widelec dwie czarne oliwki.

— Cześć, przystojniaku. — Dostałem mokry pocałunek w kącik ust. Gdy dziewczyna sadowiła się przy moim stoliku, instynktownie czułem, że oczy wszystkich mężczyzn w knajpce skierowane są na nas. Ich spojrzenia pełne były zachwytu i zawiści — zachwytu dla Oliwki, zawiści… do mnie.

Oliwka była wysoką brunetką o wyrazistej urodzie i swobodnym sposobie bycia. Smagłą cerą i ciemnymi oczami przypominała Hiszpankę. Była przepiękna, ale ja uodporniłem się już na jej urodę i — w przeciwieństwie do innych mężczyzn w pizzerii — nie wodziłem za nią błędnym wzrokiem. Zamiast tego zaatakowałem swój posiłek.

— Co u ciebie? — zapytałem z pełnymi ustami, wywołując słowotok, który puszczałem mimo uszu. Jej gadulstwo nie irytowało mnie już tak jak wtedy, gdy byliśmy razem. Choć od tamtego czasu upłynęły dwa lata, Oliwka wciąż zdawała się mnie lubić, tak jak dawniej.

Zabierałem się do drugiej połówki pizzy, gdy zapadła cisza. Nim podniosłem wzrok znad talerza, poczułem żartobliwe trzepnięcie w ramię.

— W ogóle mnie nie słuchasz. — Oliwka strzeliła do mnie oczami. — Pytałam, czy to prawda, że przechodzisz do nas.

— Na jakiś czas — przyznałem, przypominając sobie, że moja była dziewczyna jakiś czas temu przeniosła się z kadr do operacyjno-śledczych i teraz łamała męskie serca w innej jednostce. — Słyszałem, że podobno ostatnio słabo sobie radzicie i potrzebujecie pomocy z zewnątrz — zażartowałem, zapominając, że Oliwka czasami kontaktowała dosyć wolno.

— Ja też o tym słyszałam — odpowiedziała poważnym głosem, przygryzając z przejęcia wargę, a potem mrugnęła do mnie okiem, bym nie przegapił tego, że żartuje. Była urocza. W takich chwilach jak ta zadawałem sobie pytanie: jak mogłem ją kiedyś zostawić? Te cztery miesiące, kiedy byliśmy razem, to chyba najweselszy okres mojego życia.

Kiedy kończyłem pizzę, zdałem sobie sprawę, że dziewczyna nic nie zamówiła.

— Zjesz coś? — spytałem.

— A, zupełnie zapomniałam. — Znowu się roześmiała, odchylając do tyłu głowę. Jej ciemne włosy mieniły się w słońcu wpadającym przez szybę. — Ale właściwie nie jestem głodna.

Uśmiechnąłem się i odruchowo z czułością odgarnąłem z jej czoła włosy. Po chwili przywołałem się do porządku. Gdy z nią zrywałem, spodziewałem się — jak to zwykle w takich sytuacjach bywa — krzyków i płaczu, ale Oliwka nie płakała, tylko spojrzała na mnie z nieuzasadnioną ufnością i zaproponowała, żebyśmy zostali przyjaciółmi. Poczułem się wtedy jak kretyn i obiecałem sobie, że zawsze będę wobec niej w porządku i będę dla niej może nie jak starszy brat, ale jak starszy kuzyn. A kuzyni nie głaszczą swoich kuzynek po włosach. Chyba że tacy, jak ze starych francuskich filmów erotycznych, ale za takiego nie chciałem uchodzić.

Posiedzieliśmy jeszcze z dziesięć minut, po czym razem wróciliśmy do pracy. Kilka minut przed piętnastą zatrzymałem się przed sekretariatem Departamentu Operacyjno-Śledczego. Oliwka, która pracowała na innym piętrze, pocałowała mnie na pożegnanie — przechodzący korytarzem starszy funkcjonariusz posłał mi potępiające spojrzenie, ale się tym nie przejąłem.

— Powodzenia! — Usłyszałem jeszcze i pchnąłem drzwi.

W sekretariacie, pomieszczeniu o wymiarach pięć na pięć metrów, tłoczyło się kilkanaście osób wyraźnie czymś podenerwowanych. Przepchnąłem się przez ciżbę, po drodze wymieniając pozdrowienia ze znajomymi, i stanąłem przed biurkiem, przy którym urzędowała leciwa sekretarka w grubych okularach. Zanim zdążyłem się przedstawić, podniosła wzrok i popatrzyła na mnie beznamiętnie.

— Pan Marek? — Wymieniła też moje nazwisko, a gdy skinąłem potakująco głową, wskazała na drzwi. — Szef czeka na pana już od godziny. Proszę wejść.

Jej ton głosu nie wróżył niczego dobrego, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Całą tę sytuację traktowałem jak przygodę. Minąłem kilka osób i bez pukania — gdyż drzwi obite były skórą — szarpnąłem za klamkę i wszedłem do środka, zostawiając za plecami zaaferowany tłum.

W gabinecie Walewskiego oprócz gospodarza zastałem jeszcze jedną osobę — szczupłego, szpakowatego mężczyznę o stalowych oczach. Jego twarz miała w sobie pierwiastek ascezy. Rozmawiali ściszonymi głosami. Przerwali dopiero w momencie, gdy dyskretnie chrząknąłem.

— Cześć, Marek, jesteś wreszcie — w głosie Walewskiego wyczułem jedynie nutkę zniecierpliwienia, którą od razu zamaskował uśmiechem. Był wysoki, żylasty, łysy jak kolano i musiał mieć około pięćdziesiątki — podobnie jak jego ascetyczny rozmówca. — Czekaliśmy na ciebie. Kawy? — zapytał, a gdy odmówiłem, wskazał dłonią na „ascetę”. — Poznajcie się. To pułkownik Janusz Głowacki. Będziecie razem pracować.

Nie uznał za stosowne, by mnie przedstawić, z czego wywnioskowałem, że rozmowa, którą przerwałem, musiała dotyczyć właśnie mojej osoby. Uścisnąłem podaną mi przez Głowackiego dłoń i — zachęcony przez gospodarza — zająłem jedno z krzeseł przy długim stole konferencyjnym. Usiadłem naprzeciwko tak zwanej ściany. W naszym slangu jest to ściana obwieszona różnymi dyplomami, medalami, certyfikatami i zdjęciami w ramkach, wskazującymi na liczne sukcesy i wyjątkowość użytkownika gabinetu. Taką „ścianę” miał u nas niemal co drugi funkcjonariusz. Dla mnie były one symbolem kiczu, nachalnego dowartościowywania samego siebie, kompleksów, ale może wynikało to z faktu, że sam nie zdobyłem dotąd zbyt wielu dyplomów. Na mojej „ścianie” wisiał tylko kalendarz z panoramą Tatr.

Walewski nie musiał prezentować swoich osiągnięć. Wszyscy w firmie i tak uznawali go za legendę i darzyli mniej lub bardziej niechętnym szacunkiem. Ocena ta nie była zresztą bezpodstawna. Plotka głosiła, że jeszcze jako policjant był pionierem działalności pod przykryciem — podobno w latach dziewięćdziesiątych zmieniał tożsamości jak rękawiczki, rozpracowując grupy przestępcze zajmujące się handlem bronią i narkotykami, później zaś, w pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku, wyszkolił całą armię następców. I w przeciwieństwie do najsłynniejszego w ostatnich latach funkcjonariusza pod przykryciem (czyli tak zwanego FPP), agenta Tomka z CBA, nigdy się nie ujawnił. Od kilku lat pełnił służbę w ABW i nie zamierzał publikować pamiętników.

— Witamy na pokładzie — zagaił, gdy mój wzrok przesunął się po dyplomie ukończenia kursu w Quantico i spoczął na jego gładko ogolonej twarzy. — Wiesiek Duda wszystko ci powiedział, prawda?

— Właściwie to nie. W zasadzie zapoznał mnie tylko z pańskim pismem.

— No tak, on nigdy nie lubi się wychylać. To może zacznijmy od tego: czy się domyślasz, dlaczego o ciebie wystąpiliśmy?

— Nie mam pojęcia — odparłem ostrożnie. Nie chciałem się wygłupić.

— Bardzo dobrze. — Nieoczekiwanie się roześmiał i mrugnął okiem na Głowackiego, który siedział w milczeniu i obrzucał nas spojrzeniem, jakie pasażer limuzyny rezerwuje dla stłoczonych w autobusie użytkowników komunikacji miejskiej. — To mi się podoba. Nigdy nie pokazuj, co wiesz, a czego nie wiesz. To elementarz w naszej robocie, zobaczysz.

— Jeżeli zdążę — wtrąciłem. — Takie oddelegowanie do innego departamentu nie może przecież trwać w nieskończoność. A poza tym — poczułem irytację, jak zawsze, gdy ktoś bawi się ze mną w kotka i myszkę — niezależnie od tego, co wiem, a czego się domyślam, chciałbym usłyszeć to od pana. W końcu wy mnie chcieliście, a ja się do was nie pchałem.

— Słusznie. — Walewskiemu nie drgnęła nawet powieka, chociaż pewnie nie był przyzwyczajony do takich wystąpień ze strony szeregowych funkcjonariuszy. Z tego, co się orientowałem, akurat w tym departamencie panowały stosunki wasalne, w których to dyrektor był panem, a podwładni plebsem, prześcigającym się w czołobitności. — Pewnie będzie to dla ciebie niespodzianką, ale obserwujemy cię już od dawna. Pamiętasz naszą sprzeczkę podczas szkolenia? — zapytał niespodziewanie.

— Jak przez mgłę — odpowiedziałem, wywołując tym kolejny wybuch wesołości Walewskiego. Nie wytrzymałem i sam się uśmiechnąłem.

— Myślisz, że naprawdę byłem wtedy pijany?

— A nie był pan? — spytałem zaskoczony. Wbrew temu, co powiedziałem przed chwilą, incydent z imprezy na zakończenie kursu w Emowie pamiętałem bardzo dobrze. W moich oczach Walewski był pijany jak bela i obmacywał w tańcu kursantki, aż jedna z nich zaniosła się płaczem. Nie wytrzymałem i odciągnąłem go od dziewczyny. W nieparlamentarnych słowach wygarnąłem mu, co sądzę o takim wykorzystywaniu swojego stanowiska. I zanim kilka osób do mnie podbiegło, brutalnie go odepchnąłem.

— Przez piętnaście lat pracowałem pod przykryciem. Czy myślisz, że nadawałbym się do tej roboty, gdybym z jednej strony nad sobą nie panował, a z drugiej nie umiał odegrać scenki?

— Czyli co? To był jakiś test?

— Tak najłatwiej sprawdzić, co siedzi w danym człowieku. Wystarczyło zmęczenie, alkohol i jakaś niestandardowa sytuacja… Było was tam kilkunastu, a zareagowałeś tylko ty. Zapamiętałem to.

Coś mi w tym wszystkim nie grało.

— To dlaczego wtedy nie zaproponował mi pan pracy u siebie, tylko czekał z tym prawie cztery lata? — zapytałem, patrząc mu prosto w oczy.

— Bo uważałem, że nie masz predyspozycji do pracy operacyjnej. To, co zrobiłeś, było szlachetne, ale też ryzykowne. Widzisz, uważam, że dobry FPP musi mieć w sobie coś ze świni, a ty niestety, jakkolwiek to zabrzmi, nie okazałeś się świnią.

— Jakoś nie martwi mnie to, co pan mówi. — Roześmiałem się i odprężyłem. Cokolwiek by mówić o Walewskim, potrafił w kilka minut wprawić mnie w dobry nastrój. — A skoro nie jestem świnią, to dlaczego zawnioskował pan o oddelegowanie mnie do siebie?

Walewski sięgnął po szarą teczkę i wyciągnął z niej plik kartek formatu A4, w którym rozpoznałem swój nieszczęsny raport analityczny o wydawaniu przez Ministerstwo Środowiska decyzji koncesyjnych. W górnym rogu dostrzegłem duży, czerwony napis autorstwa dyrektora Dudy. Zaskakująco kształtne litery układały się w zdanie: „Nie popieram wniosków”. Znowu zagotowało się we mnie ze złości, a mój dobry nastrój — wywołany awansem, kursem oficerskim i rozmową z Walewskim — prysł jak bańka mydlana. Z trudem koncentrowałem uwagę na słowach pułkownika.

— Ten raport ma wiele wspólnego z bajkopisarstwem. — Walewski popatrzył na mnie i uniósł rękę. — Nie złość się, jestem po prostu szczery, nie chcę ci kadzić. Twoje tezy nie są poparte żadnymi dowodami. Gdyby nie jeden szczegół, ten raport, podobnie jak wszystkie inne raporty Departamentu Analiz, powinien trafić na śmietnik.

— Jaki szczegół? — Udało mi się nie wysapać tego pytania, ale tylko dlatego, że bardzo się starałem.

— Pamiętasz, co napisałeś o spółce Gazostar? — odpowiedział mi pytaniem.

Zmarszczyłem czoło, usiłując przypomnieć sobie wszystkie szczegóły.

— Gazostar to spółka akcyjna z większościowym udziałem Skarbu Państwa. Najmniejsza i najmłodsza z trzech takich spółek funkcjonujących w branży paliwowo-gazowej, bo są jeszcze PGNiG i Orlen. Powstała dwa, trzy lata temu i uzyskała dwie koncesje na poszukiwanie gazu konwencjonalnego, gdzieś na Pomorzu. Według dokumentacji o koncesje na ten obszar starał się też Poloil, będący spółką córką międzynarodowego giganta, British Petroleum.

— Gazostar wkrótce po uzyskaniu tych koncesji zbył je na rzecz Poloil, tak? — przerwał mi Walewski. Chyba się przestraszył, że będę długo gadał.

— W dużym skrócie. W zasadzie koncesji nie można zbyć, ale jest możliwość przekazania jej za pomocą szeregu przekształceń własnościowych…

— Mniejsza o to. — Znów mi przerwał, tym razem w połowie zdania. Może parę lat temu poczułbym irytację, ale w ostatnim czasie zrozumiałem, że przełożeni w większości wolą mówić, a nie słuchać. — W raporcie twierdzisz, że Gazostar to jakiś dziwny twór, który spekuluje koncesjami. Nie przedstawiasz żadnych twardych dowodów, ale z naszych informacji wynika, że w tym przypadku akurat możesz mieć rację. Z tym że według nas sprzedawane są nie koncesje, ale miejsca pod odwierty. Nieruchomości.

— Gazostar nie zrobił jak dotąd ani jednego odwiertu. Ba, nie doszli nawet do sejsmiki 2D…

— Nie mówię, że robili odwierty czy tę… jak mówisz… sejsmikę. — Walewski najwyraźniej nie miał zbyt dużej wiedzy o technikach poszukiwania gazu ze złóż łupkowych. — Wiemy, że najpierw kupowali ziemię od gmin, a potem sprzedawali ją spółce Poloil. Z kilkunastokrotną przebitką. Z prawnego punktu widzenia mogli tak zrobić, bo w umowach sprzedaży nie zostało zawarte prawo odkupu. Interesujące jest coś innego. Ta ziemia, a mówimy tu o dziesiątkach hektarów w atrakcyjnych lokalizacjach, sprzedawana była przez gminy za grosze.

— Na to nie zwróciłem uwagi — przyznałem, przysłuchując się z zainteresowaniem. — A o których gminach mówimy?

— Szczególnie jaskrawy jest przypadek jednej z gmin w powiecie wejherowskim. Wójt tej gminy sprzedał reprezentantowi firmy Gazostar trzydzieści cztery hektary gruntu za sto dwadzieścia tysięcy złotych. To niewiele ponad trzy i pół tysiąca za hektar, a średnie ceny na przykład gruntów rolnych w tamtych okolicach kształtują się na poziomie dwudziestu– dwudziestu kilku tysięcy.

— To spora różnica — skomentowałem, zanim zdążyłem się ugryźć w język. Wykazałem się wyjątkową błyskotliwością, ale na szczęście Walewski zbył to milczeniem.

— Sprawą zajmuje się od pewnego czasu pułkownik Głowacki — powiedział i odsunął się wraz z krzesłem od stołu. — Pogadajcie sobie, a ja w tym czasie trochę popracuję. — Wstał i poszedł do swojego biurka zawalonego stosem papierów.

Głowacki usiadł naprzeciwko mnie, wyjął z kieszeni paczkę papierosów i podsunął mi ją pod nos. Zerknąłem kątem oka na Walewskiego, ale gdy nie wyartykułował żadnego sprzeciwu, poczęstowałem się. Zapaliłem i z przyjemnością wydmuchnąłem dym. Głowacki przesunął w moją stronę popielniczkę, przypalił sobie papierosa i przez chwilę patrzył na mnie w zamyśleniu.

— Naszym głównym figurantem w sprawie jest wójt gminy Rytwino, Alfred Giersz — powiedział wreszcie nieco zachrypniętym głosem. Zdałem sobie sprawę, że jeżeli nie uda mi się wreszcie zerwać z tytoniowym nałogiem, to za kilkanaście lat będę mówił tak jak on. Zafrasowany, zaciągnąłem się głęboko. — Występując w imieniu gminy, sprzedał przed kilkoma tygodniami grunty, o których mówił dyrektor — ciągnął beznamiętnym tonem. — Kupił je niejaki Antoni Szydłowski, bezdomny z Warszawy. Z analizy monitoringu przed kancelarią notarialną przy Długiej w Warszawie, w której zawarto umowę sprzedaży, wynika, że Szydłowskiego w ogóle tam nie było. Był za to mecenas Szarecki, który od kilkunastu miesięcy pracuje na umowę o dzieło w spółce Gazostar. Nadążasz?

— Tak. — W tych kilku zdaniach nie było niczego skomplikowanego. Żałowałem jedynie, że nie mam czym notować, gdyż się obawiałem, że nazwiska wójta, bezdomnego i mecenasa za chwilę wylecą mi z głowy.

— Czy coś wydaje ci się niejasne? — zapytał Głowacki, a ja zacząłem się zastanawiać, czy nie przeprowadza na mnie jakiegoś pokręconego testu na umiejętność logicznego myślenia. Nie zależało mi, by zrobić na nim wrażenie, ale jak każdy człowiek nie lubiłem, gdy ktoś chciał zrobić ze mnie durnia.

— Dwóch rzeczy nie rozumiem. Po pierwsze, dlaczego wójt tego Rytwina, czy jak tam się nazywa ta miejscowość, przeprowadził tę transakcję w Warszawie? — spytałem niewinnym tonem. — A po drugie, jak notariusz mógł w tak jaskrawy sposób poświadczyć nieprawdę? Przecież przy notarialnej umowie sprzedaży muszą być fizycznie obecne obie strony transakcji. Bo chyba ten mecenas spółki Gazostar nie był jednocześnie pełnomocnikiem bezdomnego? To by było przecież zbyt oczywiste.

— Brawo, chłopie! — Usłyszałem z odległego końca gabinetu głos Walewskiego. Dyrektor najwyraźniej miał podzielną uwagę i podpisując jakieś pisma, uważnie śledził przebieg naszej rozmowy. — Widzisz, Janusz, będziesz miał z niego pociechę. Szybko skumał, nie?

Janusz, czyli pułkownik Głowacki, niemal obcesowo zignorował swojego przełożonego. Nawet nie odwrócił głowy.

— Odpowiedź na oba pytania zawiera się w jednym zdaniu: do takiej transakcji potrzebny jest zaufany notariusz. — To, co powiedział, miało sens i chociaż nie mieściło mi się w głowie, że notariusze mogą w tak prymitywny sposób łamać prawo, to wcale tego nie wykluczałem. Za długo już pracowałem w organach ścigania, by czemuś się dziwić. Tyle że kolejne odpowiedzi rodziły dalsze wątpliwości.

— Przecież tacy elastyczni notariusze muszą bardzo uważać — zauważyłem przytomnie. — Jeżeli się decydują na sporządzenie aktu notarialnego pod nieobecność jednej ze stron, poświadczając przy tym nieprawdę, to muszą brać pod uwagę, że nie żyjemy w dziewiętnastym wieku: jest monitoring, karty kredytowe. Nie mogę uwierzyć, jak ten notariusz mógł dopuścić do sytuacji, w której sfilmowano mu klienta. I to nie klienta oficjalnego, tylko kogoś… kto powinien pozostać w cieniu — zakończyłem trochę zbyt literacko, ale Głowacki nie zwrócił na to uwagi, gdyż zajęty był kiwaniem głową.

— Masz rację — powiedział. — Ale w tej sytuacji pomógł nam przypadek. Kamienica z kancelarią notarialną objęta została monitoringiem na zaledwie trzy, cztery dni, akurat wtedy, gdy zawierana była transakcja. To był kompletny przypadek. Pamiętasz, co się działo w Warszawie w połowie maja?

— Nie bardzo — odpowiedziałem powoli. — Mecz reprezentacji na Narodowym?

— Podpowiem ci, że kamery rozstawiało Biuro Ochrony Rządu — odezwał się zza swojego biurka Walewski. Musiał mieć naprawdę doskonały słuch, gdyż rozmawialiśmy dosyć cicho.

— Wizyta Obamy. — Przypomniałem sobie.

— Tak jest — potwierdził Głowacki. — Zwróciliśmy się do BOR-u o zapis cyfrowy jednej z kamer, która obejmowała między innymi jedyne wejście do kancelarii. Analiza nie pozostawiła żadnych wątpliwości. I w tym miejscu dochodzimy do twojej roli w tej sprawie.

— Nie bardzo sobie wyobrażam, jak mogę wam pomóc. Nigdy nie pracowałem z ustawą dotyczącą prawa o notariacie, nie znam się na tych przepisach…

— Błędnie zakładasz, że zaczniemy od notariusza. — Głowacki pokręcił głową. — Tymczasem naszym celem będzie Alfred Giersz. Wójt — dodał, gdy wzruszyłem ramionami.

— Jak to wójt? — zapytałem zdumiony. — Przecież to kompletna blotka. Kluczem do sprawy jest notariusz i zarząd spółki Gazostar. Przecież notariusza możemy zamknąć jeszcze dziś…

— Nie gorączkuj się tak. — Na twarzy Głowackiego po raz pierwszy zagościł uśmiech, ale więcej było w nim pobłażania niż sympatii. — Zatrzymanie notariusza nie wchodzi w grę. Po pierwsze dlatego, że obowiązuje go tajemnica notarialna, więc nawet gdyby chciał, to i tak nic by nam nie mógł powiedzieć. Przynajmniej do czasu, aż izba notarialna zwolniłaby go z tajemnicy zawodowej, czyli, nie ukrywajmy, może nigdy. Po drugie, nagranie z monitoringu to żaden dowód i nie moglibyśmy wykorzystać go w sądzie. Zjadłby nas na śniadanie każdy adwokat, chyba to rozumiesz, prawda?

— Rozumiem — poddałem się. — Ale zatrzymanie wójta też niewiele nam da.

— Dlatego nikt nie będzie go teraz zatrzymywał, bo po prawdzie to na razie nie ma za co. Na mój gust wydaje się najsłabszym ogniwem tego łańcucha. Nikt nam jednak nie może zabronić wyciągnąć z niego trochę informacji. I to właśnie będzie twoja rola.

Westchnąłem ciężko, gdyż zaczęły się potwierdzać moje najgorsze obawy.

— Ale przecież ja nigdy nie… — zacząłem, ale znowu mi przerwano.

— Spokojnie, Marek, nikt nie będzie od ciebie wymagał, żebyś zrobił z niego OZI — powiedział Walewski, podnosząc się i podchodząc do stołu, przy którym siedzieliśmy. W technice operacyjnej OZI oznaczało osobowe źródło informacji. — Ty po prostu znasz się trochę na tych wszystkich przepisach dotyczących przyznawania koncesji. Chcemy, żebyś wziął udział w spotkaniu i w razie czego służył swoją wiedzą. Rozmowę poprowadzą inni. — Pochylił się nade mną, opierając dłonie na blacie.

— Będziemy działać w piątkę — wtrącił Głowacki. — Dwójka naszych ludzi jest już na miejscu, a my w trójkę dołączymy do nich jutro rano. Ja, ty i jeszcze taki Adam od nas.

— Adam Krajewski? — zapytałem z nadzieją w głosie.

— Tak. Znacie się? — zdziwił się Głowacki. — No to super, będzie ci łatwiej.

Pogadaliśmy jeszcze kilka minut, podczas których dowiedziałem się — ku swojemu niezadowoleniu — że wyjeżdżamy już o szóstej rano i że mam wziąć ze sobą broń palną. Nie lubiłem wstawać zbyt wcześnie, ale jeszcze bardziej nie lubiłem chodzić z pistoletem. Na strzelnicę jeździłem trzy, maksymalnie cztery razy w roku, nie czułem się zatem zbyt otrzaskany z bronią i zwykle się bałem, że nieopatrznie nacisnę na język spustowy i przestrzelę sobie stopę. Albo — co byłoby jeszcze gorsze — gdzieś posieję swojego glocka i następnego dnia pożegnam się z pracą. Co prawda nie słyszałem nigdy, by któryś z naszych funkcjonariuszy zgubił służbową broń, ale przypadkowe wystrzały czasem się zdarzały. Jeden z moich kolegów odstrzelił sobie w taki sposób pół pośladka…

Wyszedłem od Walewskiego z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony cieszyłem się na tę podróż, która — według tego, co mówili mi obaj rozmówcy — zapowiadała się raczej na miłą wycieczkę. Z drugiej zaś strony nie do końca wierzyłem, że będę tam jedynie obserwatorem i kimś na kształt eksperta. Walewski pośrednio się przyznał, że w naszej pięcioosobowej grupie nikt oprócz mnie nie miał bladego pojęcia o mechanizmie przyznawania koncesji. To mogło niestety oznaczać, że ciężar rozmowy z niczego niepodejrzewającym wójtem jakiejś dziury spadnie na moje barki.

Adam Krajewski był moim kolegą z kursu podstawowego, tego, na którym przepychałem się z Walewskim. Ponad trzy miesiące mieszkaliśmy w jednym pokoju, więc poznaliśmy się dość dobrze. Przez następne lata utrzymywaliśmy jedynie sporadyczne kontakty, ale na szczęście miałem jego numer telefonu. Zadzwoniłem i umówiłem się z nim na piwo zaraz po pracy.

Przyszedł jak zwykle spóźniony i przez chwilę wypatrywał mnie wśród morza studentów, mrużąc oczy jak każdy krótkowidz. Zlitowałem się nad nim i podniosłem rękę.

— Cześć, Marek — przywitał się ze mną dosyć wylewnie i ciężko klapnął na wolne krzesło, ocierając pot spływający mu po wszystkich trzech podbródkach.

Był doskonałym materiałem na FPP, a jego największy atut to wygląd pierdoły. Nawet jasnowidz nie odgadłby, że ten niewysoki, łysiejący grubasek w wiecznie zaparowanych grubych okularach jest funkcjonariuszem służb specjalnych. Ale Adam, chociaż wyglądał jak skrzyżowanie beneficjenta opieki społecznej i cherubinkowatego maminsynka, znał się na swojej robocie, a na macie rozkładał na łopatki osiłków dwa razy większych od siebie. I nie spotkałem jeszcze człowieka, który mógłby dotrzymać mu kroku przy butelce, co wbrew pozorom jest w naszej pracy umiejętnością bardziej przydatną, niż mogłoby się wydawać.

W kilku słowach opowiedziałem mu o swoim oddelegowaniu i rozmowie z Walewskim. Kiedy skończyłem, dopił jednym haustem swoje piwo i położył mi dłoń na ramieniu.

— Przejdźmy się — zaproponował, a gdy posłałem mu pytające spojrzenie, wyjaśnił, że lepiej nie ryzykować, bo ściany mają uszy.

Nieco zirytowany, powlokłem się za nim do parku.

Na Polach Mokotowskich było chyba jeszcze tłoczniej niż w knajpce, z której wyszliśmy. Wąskimi alejkami przetaczały się tłumy studentów z pobliskiej Szkoły Głównej Handlowej i usytuowanych po drugiej stronie parku akademików Uniwersytetu Warszawskiego. Oprócz studentów w słoneczne popołudnie relaksowało się tam chyba z pół Warszawy. Adam pociągnął mnie i zeszliśmy ze ścieżki. Zatrzymał się dopiero wśród gęstych krzaków, które zdawały się odstraszać spacerowiczów. Wreszcie byliśmy sami i mój kolega dopiero teraz się odprężył.

— Słyszałem, że ma z nami jechać jakiś mózgowiec z analiz, ale nie spodziewałem się, że to będziesz ty — powiedział cicho. — Muszę przyznać, że kiedy Walewski o tym wspomniał, byłem trochę wkurzony. Między wierszami dał mi odczuć, że ja i moi koledzy umiemy pracować tylko z marginesem społecznym, a gdy pojawia się jakaś sprawa z białymi kołnierzykami, to potrzebujemy pomocy z zewnątrz.

— Mnie powiedział mniej więcej to samo — powiedziałem, zapalając papierosa. — Z tego, co usłyszałem, można było wyciągnąć wniosek, że na przepisach to za bardzo się nie znacie, a jedyne, co wam wychodzi, to wymuszanie zeznań. Jakbym cię nie znał, to może bym w to uwierzył. — Zabrzmiało to jak pochlebstwo, ale nim nie było. Adam, w przeciwieństwie do mnie, był prawnikiem, obecnie na półmetku aplikacji radcowskiej. Jeżeli ktoś miał tu kogoś uczyć przepisów, to prędzej on mnie niż ja jego.

— Dziwne to wszystko. — Zamyślił się i czubkiem wyglansowanego pantofla trącił zagrzebaną w ziemi szyszkę, po czym się schylił i zawiązał sznurowadło. — To jest dosyć prestiżowa sprawa, wielu ludzi od nas chciałoby zostać dokooptowanych do naszego zespołu. Ktoś chce ci zrobić dobrze — zawyrokował tonem wschodniego mędrca.

— Może i masz rację — potwierdziłem bez przekonania. — Ale jeżeli to jest prestiżowa sprawa, to aż się boję pytać, jak wyglądają te nieprestiżowe. Przecież to tylko jakiś wójt i kilka hektarów ziemi na końcu świata.

— Fajne sprawy w tej firmie to już były — rzucił filozoficznie. Przez chwilę miałem wrażenie, że rozmawiam z weteranem, pamiętającym jeszcze czasy, w których formowano Urząd Ochrony Państwa. Parsknąłem śmiechem.

— A ten Głowacki? Co to za gość? — spytałem, wciąż uśmiechnięty.

Adam spoważniał w okamgnieniu. Rozejrzał się wokoło i przez moment nad czymś się zastanawiał. Kiedy wreszcie przemówił, jego głos był cichszy od powiewu letniego wiatru.

— Różnie o nim mówią, ale słyszałem, że to jakaś mętna postać. Przyszedł podobno z policji, ale tak naprawdę niewiele o nim wiadomo. Kontakty, które utrzymuje, są bardzo selektywne. Jakiś czas temu interesowała się nim kontrola wewnętrzna, ale chyba ktoś kazał im odpuścić.

— Mnie też nie zachwycił — stwierdziłem i nagle zdałem sobie sprawę z czegoś, co od odprawy z nim i Walewskim tkwiło na granicy mojej świadomości. — Słuchaj, odniosłem dzisiaj takie wrażenie, jakby ten Głowacki totalnie zlewał twojego szefa. Pełne lekceważenie, na granicy niesubordynacji.

— I Walewski nie zareagował? — zdziwił się Adam. — To do niego niepodobne. Jego styl bycia może być mylący, gra równiachę i w ogóle… A tak naprawdę jest bardzo wrażliwy na swoim punkcie. Niejeden już się o tym przekonał — dodał nieco urażonym tonem, z czego wywnioskowałem, że sam kiedyś naraził się szefowi.

Pożegnaliśmy się na przystanku autobusowym. Adam wsiadł do 167, a ja wolnym krokiem podążyłem do wynajmowanego przez siebie mieszkania. Nie miałem daleko — moja kawalerka mieściła się w budynku oddalonym od siedziby ABW o jakieś pięćset metrów.

* * *

Biorąc kąpiel, jeszcze raz przemyślałem wydarzenia tego nieco zwariowanego dnia, który rozpoczynałem jako pogrążony w niesławie analityk, a kończyłem jako awansowany i mamiony obietnicami o kursie oficerskim „operacyjniak”, przydzielony do prestiżowej sprawy. Im dłużej myślałem, tym większe odczuwałem zdziwienie. W końcu — gdy opuszki palców zmarszczyły mi się od wody — nabrałem instynktownej pewności, że za moim oddelegowaniem musi kryć się jakaś tajemnica.

Wyszedłem z obtłuczonej wanny, sięgnąłem po służbową komórkę i w kontaktach odnalazłem interesujący mnie numer. Jednak zamiast sygnału usłyszałem głos, który informował, że „abonent jest poza zasięgiem sieci albo ma wyłączony telefon”. Rozczarowany wróciłem do wanny, by jeszcze przez chwilę pomyśleć.

Czasy, gdy z Warszawy w okolice Gdańska jechało się blisko sześć godzin, na szczęście bezpowrotnie minęły. Z Adamem za kierownicą pokonaliśmy kilkusetkilometrową trasę, prowadzącą niemal przez cały czas autostradami — najpierw dwójką, a potem jedynką — w niecałe trzy i pół godziny. I nie jechaliśmy bynajmniej bmw. Był to fiat brava, od lat główny model samochodu na stanie ABW. Choć mocno wysłużony, na prostej drodze bez problemu rozpędzał się do ponad 200 kilometrów na godzinę. Jazda z taką prędkością była z pewnością nieco męcząca i bardzo ryzykowna, ale narzekanie na niewygody i przyznawanie się do strachu o własną skórę było w naszym środowisku w złym tonie. I choć momentami bladłem, wyobrażając sobie scenariusz z pękającą przy zawrotnej prędkości starą oponą, to z moich ust nie dobył się najmniejszy głos skargi. Ze zdenerwowania bezwiednie zaciskałem palce na uchwycie torby z laptopem leżącej obok mnie na tylnej kanapie.

Dziwna to była podróż. Przez cały czas jej trwania zamieniliśmy najwyżej kilka zdań. Adam koncentrował się na drodze, co uważałem za błogosławieństwo, a pułkownik Głowacki sprawiał wrażenie kompletnie niezainteresowanego podtrzymywaniem rozmowy na jakikolwiek temat — czy to prywatny, czy też służbowy. Jeszcze przed Strykowem poniechałem prób wciągnięcia go w pogawędkę i resztę drogi spędziłem, spoglądając przez okno.

Gdy wreszcie dojechaliśmy do Rytwina — niewielkiej miejscowości pomiędzy Wejherowem a Kartuzami — byłem porządnie wynudzony i spragniony werbalnego kontaktu z drugim człowiekiem, choćby nawet był to największy w świecie nudziarz pasjonujący się, dajmy na to, curlingiem. Nieoczekiwanie otrzymałem od losu znacznie więcej. Na urokliwym ryneczku, nieopodal zabytkowej fontanny, czekało na nas dwoje pozostałych członków naszego zespołu: specjalista od obserwacji, czyli znany mi z widzenia Radek, oraz dziewczyna, którą widziałem po raz pierwszy w życiu. „Jest niezła” — pomyślałem. W następnej sekundzie byłem już w niej zakochany po same uszy.

— Jestem Magda — przedstawiła się i dygnęła przede mną żartobliwie. Gdy uścisnąłem wyciągniętą w moim kierunku dłoń, poczułem ucisk w gardle i przyspieszone bicie serca. Świat wokół mnie na moment zawirował i niemal odebrało mi mowę.

— A ja Marek — zdołałem wydukać i chyba się zarumieniłem. Skwitowała to uśmiechem, takim z dołeczkami.

Na pierwszy rzut oka nie była pięknością z gatunku tych z okładek kolorowych czasopism. Gdyby postawić ją koło Oliwki, pewnie większość mężczyzn nie zwróciłaby na nią uwagi. Ale miała w sobie to coś — wystarczyło mi jedno spojrzenie, bym zdał sobie sprawę, że jej obraz będzie mi towarzyszył do końca życia. Może były to jej mądre, śmiejące się oczy, w których dostrzegłem inteligencję, determinację i pierwiastek spontaniczności? A może to, że była jednocześnie kobieca, a zarazem skrywała w sobie pokłady trudnej do zdefiniowania siły? Nie miałem pojęcia, wiedziałem jedynie, że wpadłem jak śliwka w kompot. Gdybym miał przy sobie pierścionek, pewnie od razu bym się oświadczył.

Byłem do tego stopnia skołowany, że do rzeczywistości przywołało mnie dopiero mocne trzepnięcie w ramię.

— Co tak stoisz jak baran? — Usłyszałem głos Adama. — Chodź, napijemy się kawy. — Dosłownie wziął mnie pod ramię i poprowadził w kierunku fontanny, do kilku stolików skrytych w cieniu czerwonego parasola Coca-Coli.

Nie przepadam za smakiem kawy, ale tego przedpołudnia, gdybym wypił nawet wyciąg z piołunu, i tak nie wyczułbym goryczy. Siedziałem w milczeniu, starając się, by nie wyglądać głupio. Chyba mi się udało tylko dlatego, że nikt nie zwracał na mnie większej uwagi. Starałem się śledzić przebieg rozmowy, ale docierało do mnie nie więcej niż co drugie słowo.

— Skąd jesteś? — Milczący całą drogę Głowacki wyraźnie się ożywił i skoncentrował na dziewczynie. Na jego kościstej szczęce zagościło coś, co przypominało uśmiech.

— Z delegatury w Gdańsku — odpowiedziała Magda. Miała przyjemny dla ucha, dość niski głos. — Od początku służby pracuję w obserwacji. Już prawie dwa lata.

— Ale to chyba nie ty miałaś z nami pracować?

— Koleżanka musiała wziąć wolne. Parę miesięcy, a potem urlop macierzyński. — Mrugnęła okiem. Odniosłem wrażenie, że to mrugnięcie przeznaczone było dla mnie. — Mój dyrektor poprosił, bym ją zastąpiła. Nie dostaliście pisma w tej sprawie? Sama je przygotowałam.

Głowacki zbył jej uwagę milczeniem. Wyglądał na niezadowolonego.

— Mam nadzieję, że przekazano ci dokładnie, co masz robić do czasu przyjazdu człowieka od nas? — zapytał, wskazując na Radka.

— Dostałam instrukcję i jestem tu już od tygodnia, ale szczerze mówiąc, wciąż nie mam pojęcia, o co chodzi w tej sprawie. Myślałam, że dowiem się czegoś od niego — tym razem to ona wskazała na Radka — ale nie chciał nic powiedzieć. Taki tajemniczy Don Pedro — żartobliwie trąciła go łokciem. — Trochę głupio się czułam, obserwując człowieka, o którym niczego nie wiem — dodała i jej twarz przybrała poważny wyraz.

— Nadmiar wiedzy może czasem szkodzić. — Szarmanckość Głowackiego nie trwała dłużej niż kilkanaście sekund, ale dziewczyna nie przejęła się obcesową uwagą pułkownika. Wzruszyła tylko ramionami.

— Jak chcecie być tajemniczy, to sobie bądźcie — powiedziała, uśmiechając się beztrosko. — W waszym figurancie nie zaobserwowałam niczego niezwykłego. Pan wójt co rano wychodzi do sklepu po świeże pieczywo, a potem udaje się do Urzędu Gminy i siedzi tam, z przerwami, prawie do nocy. Tak było także w sobotę i niedzielę. Wraca do domu około dziewiętnastej…

— Z jakimi przerwami? — przerwał jej Głowacki, rozglądając się dookoła. Byliśmy sami, ziewający kelner znajdował się poza zasięgiem słuchu i wyglądał na człowieka, dla którego liczyła się w tej chwili jedynie nierówna walka z kacem.

— Kilka razy dziennie wpada do domu. Tak na dziesięć, piętnaście minut — wtrącił Radek.

Z przebiegu rozmowy domyśliłem się, że przyjechał do Rytwina znacznie później niż Magda i od tego czasu pomagał jej śledzić Alfreda Giersza. Na myśl, że pracowali we dwójkę, poczułem lekkie ukłucie zazdrości. „Nie daj się zwariować — upomniałem się w duchu. — Przecież nawet jej nie znasz”.

— Wpada do domu? A wiecie po co? — Pułkownik nie wiedzieć czemu okazał temu fragmentowi relacji dość duże zainteresowanie.

— Pewnie ma problemy z żołądkiem i musi się po wszystkim umyć — powiedział Radek i parsknął śmiechem. Zauważyłem, że Magda zmarszczyła z niesmakiem nos. A Głowacki wyglądał na zamyślonego.

— Na czym skończyłam? — Magda przerwała ciszę i spojrzała na mnie. Wytężyłem całą siłę woli i udało mi się nie uciec wzrokiem.

— Wraca do domu około dziewiętnastej… — powtórzyłem jak automat.

— Ogląda telewizję i punktualnie o dwudziestej trzeciej gasi światło — dokończyła, posyłając mi promienny uśmiech, od którego zrobiło mi się gorąco.

— Jakieś kontakty, znajomi? — Głowacki zapalił papierosa, co przypomniało mi, że sam od rana nie paliłem.

— Tylko w pracy — odpowiedziała dziewczyna w taki sposób, jakby została wywołana do tablicy przez upierdliwego nauczyciela. — Jego żona od kilku tygodni przebywa w sanatorium, dzieci nie mają, a sąsiedzi… Odniosłam wrażenie, że za nim nie przepadają. Tylko suche „dzień dobry”, nic więcej. To typ samotnika. Nie odwiedza go nawet listonosz.

— To typ samotnika — powtórzył jak echo Radek. Wyczułem, że zależy mu na uznaniu ze strony Głowackiego i nie może się pogodzić z tym, że został przez Magdę zepchnięty na dalszy plan. — Moja obserwacja — zaakcentował słowo „moja” — nie wskazuje na utrzymywanie przez niego jakichkolwiek kontaktów osobistych poza pracą. Rzecz jasna okres jej prowadzenia… — Pułkownik przerwał mu, miał już chyba dosyć tej autopromocji.

— A gdzie jest teraz pan Giersz? — zapytał krótko z niewinnym wyrazem twarzy.

Magda, która najwyraźniej wyczuła nastrój Radka, odchyliła się do tyłu na krześle, dając do zrozumienia, że nie zamierza się odzywać. Chłopak posłał jej spojrzenie pełne wdzięczności.

— Figurant dotarł do miejsca pracy równo o siódmej rano — powiedział urzędowym tonem. — Między dziewiątą piętnaście a dziewiątą trzydzieści przebywał w domu, po czym wrócił do Urzędu Gminy. Potem przyjechaliście wy, więc odstąpiłem od obserwacji, ale na podstawie jego mobilności w poprzednich dniach można założyć, że pozostaje do chwili obecnej w miejscu pracy. — Radek kątem oka zerknął na Magdę, a ta niemal niedostrzegalnie kiwnęła głową.

— Brawo, kapralu — skwitował ten raport Głowacki. Jego mina wskazywała na to, że uznał Radka za idiotę. Sytuacja była dość komiczna i tylko ze względu na solidarność zawodową powstrzymałem się od śmiechu. Magda też walczyła z wesołością i — mogę przysiąc — znowu do mnie mrugnęła.

Urząd Gminy Rytwino znajdował się kilkadziesiąt metrów od nas, przy zachodniej pierzei rynku. Udaliśmy się tam we trzech. Radek i Magda dostali wolne i pojechali do hotelu na przedmieście, żeby się trochę przespać. Wspięliśmy się wąską, drewnianą klatką schodową na pierwsze piętro i pewnym krokiem weszliśmy do sekretariatu.

— Jesteśmy funkcjonariuszami ABW i chcielibyśmy przez chwilę porozmawiać z wójtem — powiedział cichym tonem Głowacki, błyskając legitymacją służbową.

Sekretarka, która zajęta była parzeniem kawy, wzdrygnęła się i nieco zbladła pod grubym makijażem. Drżącą ręką podniosła słuchawkę.

— Panie wójcie, są tutaj panowie z ABW — powiedziała urywanym szeptem. — Tak, z ABW — powtórzyła głosem osoby stojącej przed plutonem egzekucyjnym.

Po kilku sekundach drzwi z tabliczką „Wójt Gminy Rytwino” uchyliły się i stanął w nich wysoki, chudy mężczyzna o ziemistej cerze, z imponującymi worami pod oczami. Minę miał niewyraźną, a na jego czole perliły się kropelki potu.

— To ja — rzucił w przestrzeń i wycofał się w głąb pokoju, odwracając się do nas plecami.

— Można na momencik? — zapytał bezosobowym tonem Głowacki, przekraczając próg.

— Bardzo pan zabawny. — Głos wójta nieco drżał. Mężczyzna odwrócił głowę, posłał pułkownikowi trochę urażone, a trochę zrezygnowane spojrzenie i włożył marynarkę. Przez chwilę grzebał w wewnętrznych kieszeniach — zobaczyłem, że moi koledzy zesztywnieli na moment, ale zaraz się odprężyli. Alfred Giersz nie wyciągnął pistoletu ani noża, tylko paczkę papierosów i zapalniczkę. — Mogę jeszcze zapalić?

Zrozumieliśmy, że wójt Rytwina jest przekonany, iż zaraz wyprowadzimy go w kajdankach. Trochę mu współczułem, gdyż zdałem sobie sprawę ze stresu, o który przyprawiła go nasza wizyta, ale sytuacja dawała też do myślenia. Niewinni ludzie nie reagują w taki sposób, nie spodziewają się aresztowania i zwykle dominującym uczuciem przy pierwszym kontakcie z nami jest ciekawość. A Giersz w ogóle nie sprawiał wrażenia zaciekawionego — jakby wiedział, po co tu jesteśmy.

— Niech pan pali — powiedział spokojnie Głowacki. — My też sobie zapalimy. I niech pan, do cholery, trochę się uspokoi, bo nie chcemy wzywać po pana karetki. Nie jesteśmy tu po to, żeby pana zatrzymać.

Spodziewałem się, że wójt się teraz rozluźni, a może nawet roześmieje, tak jak to zwykli czynić ludzie, czując nagłą ulgę. Nic z tych rzeczy. Mężczyzna przygarbił się nieco i oklapł niczym balon, z którego ktoś spuścił powietrze. Mógłbym przysiąc, że w jego oczach dostrzegłem na moment… rozczarowanie. „Do diabła, on chyba chciał, żebyśmy go wsadzili” — pomyślałem.

— To o co panom w takim razie chodzi? — zapytał, wydmuchując dym. Zaciągnął się tak głęboko, że jedna trzecia jego papierosa zamieniła się w popiół, który strzepnął do dużej, w połowie pełnej popielniczki.

Usiedliśmy przy okrągłym stoliku. Głowacki niczym dziewiętnastowieczny detektyw rozłożył przed sobą notes i z namysłem przypalił papierosa. Najwyraźniej nie zamierzał od razu udzielać odpowiedzi na zadane pytanie. Zamiast tego milczał i przypatrywał się Gierszowi.

Siedzący obok mnie Adam mrużył oczy i machał ręką, by rozgonić dym. Ze względu na niego zrezygnowałem z palenia, ale i tak niewielkie pomieszczenie zaczynało przypominać wędzarnię.

— Proszę powiedzieć, dlaczego się pan spodziewał, że pana zatrzymamy? — W panującej ciszy mój głos zabrzmiał zaskakująco donośnie. Wiedziałem, że podczas spotkania powinienem choć kilka razy się odezwać, żeby Głowacki nie uznał mnie za gamonia. Jeżeli tym pytaniem zburzyłem chłopakom jakąś strategię, to nie dali mi tego odczuć. Poza tym spodziewałem się, że wójt zareaguje na moje pytanie agresją, a zawsze chciałem odegrać rolę „złego policjanta”. Może dlatego, że zazwyczaj byłem łagodny jak baranek.

— Niczego się nie spodziewałem — odpowiedział Giersz. W jego głosie nie było ani grama agresji. Co najwyżej rezygnacja. — Ale chyba nie wpadliście tak po prostu na kawę?

— Nie wpadliśmy — odpowiedział Głowacki. — Chcemy z panem porozmawiać o sprzedaży przez gminę działek.

Giersz usiłował się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego jedynie blady grymas. „Rany, ale ten człowiek jest zmęczony” — pomyślałem. Albo chory. Wydawało mi się, że zaraz zamknie oczy i zaśnie na siedząco. Albo zemdleje.

— Gmina sprzedaje niepotrzebne działki i przeznacza zarobione w ten sposób pieniądze na inwestycje zatwierdzone przez Radę Gminy. W zeszłym roku budżetowym zarobiliśmy w ten sposób blisko dwa miliony złotych. Wybudowaliśmy za to ścieżkę rowerową i dwie świetlice wiejskie: w Zalesiu i Sadlnie. Gdzieś tu miałem zestawienie. — Wójt sięgnął po segregator i drżącą ręką zaczął przeglądać dokumenty. — O, mam. — Wypiął kartkę i położył ją przed Głowackim. Ten nawet na nią nie spojrzał.

— Niech pan nie udaje, że nie wie pan, o co nam chodzi. Chcemy z panem porozmawiać o sprzedaży działek 24/1 i 24/2 z obrębu Rytwino 0004 — powiedział pułkownik, zerkając do swojego notesu. — Szesnastego maja bieżącego roku. Co ma pan nam do powiedzenia?

Giersz przez chwilę usiłował wyglądać na zdziwionego, ale dał za wygraną. Kiepski był z niego aktor.

— A co panowie chcieliby wiedzieć? — zapytał z pozornym spokojem, gasząc papierosa. Jego wzburzenie zdradzały jednak dłonie, a w zasadzie palce u rąk, które wyginał do tyłu tak mocno, że w każdej chwili można się było spodziewać trzasku łamanych kości. — Działki sprzedane zostały w trybie przetargowym. Kupił je jakiś inwestor z Warszawy, nie pamiętam jego nazwiska.

— Jak wyglądał ten inwestor? — Ton pytania był niewinny, ale Głowacki wbił wzrok w wójta.

— Nie pamiętam — odparł Giersz natychmiast, patrząc w przestrzeń ponad naszymi głowami. Nawet dla mnie było jasne, że bezczelnie kłamie. — Chyba nie mam obowiązku pamiętać każdego człowieka, któremu gmina sprzedała działkę gruntu. — To, co powiedział, zabrzmiało jak wyuczona kwestia. Nie zdobył się nawet na defensywny ton.

Zapadła cisza. Głowacki wpatrywał się w wójta zimnym wzrokiem. Podążyłem w jego ślady, usiłując nadać swej twarzy okrutny wygląd. Adam, obserwując całą sytuację z boku, hamował śmiech.

— Naprawdę nie wiem, jak mógłbym panom pomóc — odezwał się wreszcie Giersz. Mówił bardzo cicho i strzelał oczami na boki.

— A może to ja panu pomogę? Transakcję, o którą pytamy, zawarto w Warszawie. Oczywiście mogę się mylić, ale chyba niecodziennie wójt Rytwina reprezentuje swoją gminę w stolicy, co? — Głos pułkownika ział jadem.

Giersz usiłował przybrać pokerowy wyraz twarzy. Jego słowa znowu brzmiały jak kwestia, którą wcześniej wykuł na blachę i kilkakrotnie przetrenował przed lustrem.

— Fakt, niecodziennie. Byłem akurat w Warszawie, ale proszę nie wymagać ode mnie, bym zapamiętał takie szczegóły. Spotykałem się tam z wieloma ludźmi. Akt notarialny podpisałem w kancelarii notarialnej obok placu Bankowego. Chyba przy ulicy Długiej. Wszystko to trwało niewiele ponad dziesięć minut. Nie wiem, czy panowie się orientujecie, ale umowa sprzedaży nie jest pisana na miejscu. Przygotowuje się ją wcześniej, przesyła e-mailem, a przed podpisaniem tylko się ją odczytuje i sprawdza, czy wszystko jest w porządku. Chcecie ten akt? — zapytał, wstając i podchodząc do telefonu. — Zaraz poproszę naczelnika wydziału nieruchomości. — Zamierzał podnieść słuchawkę, ale ostry głos Głowackiego osadził go w miejscu.

— Siadaj pan! — Pułkownik był nieco zniecierpliwiony. — Nie wmówi mi pan, że nie pamięta tej transakcji. Mamy nagranie z monitoringu, z którego wynika, że znał pan osobę, z którą przebywał pan u notariusza.

Nie widziałem tego nagrania, więc nie wiedziałem, czy Głowacki blefował, czy rzeczywiście kamery utrwaliły jakieś zachowanie wskazujące na zażyłość wójta z mecenasem reprezentującym Gazostar. Jak się nazywał ten mecenas? Szarecki?

— Znam wielu ludzi — powiedział powoli Giersz. Wyglądało na to, że gra na zwłokę, usiłując sobie przypomnieć, co mogło zostać nagrane. Wreszcie na jego twarzy pojawił się grymas zrozumienia. — Czekając na notariusza, zawarłem przelotną znajomość z jakimś prawnikiem, który też miał tam jakąś sprawę. Gadaliśmy kilkanaście minut, potem podpisałem ten akt… — Sprawiał wrażenie, jakby wydobywał tę historię z mroków niepamięci, ale moim zdaniem po prostu ją zmyślał. — Jak byłem już po wszystkim, znowu go spotkałem. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę i potem się pożegnaliśmy. Może właśnie ten moment został wychwycony przez wasze kamery.

Kamery nie były nasze, ale Głowacki nie uznał za stosowne, by to sprostować. Wypytywał jeszcze Giersza o temat rozmowy z mecenasem, ale wójt zasłonił się brakiem pamięci. Wyglądało na to, że czuł się pewniej.

— Widzi pan, możemy tak sobie rozmawiać do końca dnia, ale wydaje mi się, że do niczego nie dojdziemy. — Grymas na jego twarzy coraz bardziej przypominał uśmiech. — A ja mam jeszcze dzisiaj sporo pracy. — Zerknął na zegarek. — Za niecałe dwie godziny mam posiedzenie Rady Gminy, a potem chciałem się urwać do domu i trochę zdrzemnąć. Dziś wieczorem muszę być na święcie jajka czy czymś takim. W Kartuzach, mają tam smażyć wielki omlet czy wielką jajecznicę… Taki festyn, wypada mi być. Pewnie wszystko nie skończy się przed drugą w nocy. Dlatego byłbym wdzięczny, gdyby panowie…

Giersz poczuł się tak pewnie, że próbował nas grzecznie wyprosić. Głowacki popatrzył na niego pustym wzrokiem.

— Będzie panu potrzebny dobry prawnik — powiedział groźnie. — Lepszy niż ten cały mecenas, którego nazwisko tak szybko pan zapomniał.

Obserwowałem go przez chwilę i dostrzegłem w jego zachowaniu coś, co zwróciło moją uwagę nieco wcześniej, gdy przypatrywałem się Gierszowi. Obaj mężczyźni sprawiali wrażenie wyczerpanych i zdenerwowanych i obaj wykonywali przez cały czas ruchy wskazujące na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Wójt z upodobaniem obgryzał paznokcie, a Głowacki ustawicznie bębnił palcami po blacie stołu. O ile zachowanie Giersza nie dziwiło — w końcu wizyta funkcjonariuszy ABW w urzędzie zaniepokoiłaby każdego pracownika, a co dopiero wójta — o tyle zdenerwowanie doświadczonego oficera było zastanawiające. Ale nie rozmyślałem o tym długo, gdyż w moim przekonaniu pominęliśmy najważniejszą kwestię, od której trzeba było zacząć.

— Ma pan operat szacunkowy, na podstawie którego ustaliliście cenę wywoławczą sprzedawanych działek? — zapytałem spokojnie. Głowacki zerknął na mnie z niemym wyrzutem. Pewnie miał w zanadrzu szereg innych pytań, ale o to nie dbałem. Wycena rzeczoznawcy była w tej sprawie najważniejsza.

Giersz nieco się wzdrygnął. Skoncentrował się bowiem na rozmowie z Głowackim, zapominając, że w pomieszczeniu przebywają jeszcze dwie osoby.

— Naprawdę bardzo się już spieszę — powiedział, próbując wykręcić się od odpowiedzi. — Proszę przyjść jutro. — Wstał i wyciągnął rękę na pożegnanie.

Chciałem zaprotestować, ale ubiegł mnie Głowacki. Mógł sobie być zdenerwowany, ale to nie przytępiło instynktu.

— Proszę usiąść i odpowiedzieć — powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu, a minę miał jak pies gończy, który podjął trop.

Giersz posłusznie usiadł i kręcił się przez chwilę.

— Nie było operatu szacunkowego — przyznał wreszcie cichym głosem.

Czekałem przez moment na jakieś dodatkowe wyjaśnienie, ale wójt milczał. O ile przedtem sprawiał wrażenie zmęczonego i zrezygnowanego, o tyle teraz właściwym określeniem byłoby „przegrany”. Aż żal było na niego patrzeć.

Po wyrazie twarzy Głowackiego domyśliłem się, że zamierza zabrać głos. Postanowiłem go ubiec, w końcu to moja działka.

— A na podstawie jakiego przepisu zbył pan w przetargu składnik majątku gminy bez uprzedniego określenia jego wartości? — zapytałem, choć znałem odpowiedź. Nie mogło być takiego przepisu. Pierwsza lepsza kontrola i wójt tłumaczyłby się przed prokuratorem.

— Panowie — powiedział wreszcie. — Najlepiej będzie, jak mnie zamkniecie. Poważnie. — Przetarł dłonią oczy, które zaszkliły się łzami. — Złamałem prawo i powinienem ponieść konsekwencje.

— Dlaczego pan się tak spieszy za kraty? — odezwał się pułkownik. — Niech mi pan wierzy, tam nie jest przyjemnie. Porozmawiajmy spokojnie. Pan powie nam wszystko, co wie, a my się postaramy, żeby uniknął pan więzienia.

— Nie — powiedział matowym głosem Giersz.

— Co nie? — Adam, który dotąd milczał, nie wytrzymał. Wydawało się, że nie przysłuchuje się naszej rozmowie, gdyż od pewnego czasu spoglądał za okno. Na widocznym z gabinetu wójta fragmencie rynku zatrzymała się spora grupa rowerzystów, wśród których nie brakowało zaróżowionych z wysiłku, młodych dziewczyn. — Naprawdę woli pan więzienie?

— Nie będę waszym kontaktem operacyjnym, czy jak to nazywacie. — W głosie Giersza zabrzmiały stalowe nuty. Najwyraźniej podjął decyzję. — Nie powiem ani słowa. Wam też z dobrego serca radzę, żebyście nie grzebali przy tej sprawie. Lepiej niech nikt się nie dowie o waszej wizycie. Nagrałem każde słowo — mówiąc to, wyjął z kieszeni marynarki dyktafon. Musiał go włączyć wtedy, gdy sądziliśmy, że szuka papierosów. Przez chwilę gmerał w miniaturowym urządzeniu. — Skasowałem tę rozmowę i liczę, że wy tak samo wykasujecie ją ze swojej pamięci.

— Pan się czegoś strasznie boi — zauważyłem.

— Panie, bardzo pana proszę. — Wójt skierował na mnie błagalne spojrzenie. — Niech pan już nie naciska. Widzi pan, jak wyglądam — powiedział i wskazał na swoje podkrążone oczy. — Gdy badacze z Państwowego Instytutu Geologicznego wytypowali naszą gminę jako jeden z bardziej obiecujących obszarów występowania gazu łupkowego, skakałem z radości. Teraz uważam, że to było przekleństwo. To poważna gra, a my jesteśmy w niej zbyt małym pionkiem.

Chcieliśmy się dowiedzieć, co miał na myśli, mówiąc o pionkach i grze, ale odmówił komentarza. Zresztą ta część układanki zdawała się oczywista — bo gdy do podziału jest tak smakowity tort, każda ze stron chce wykroić dla siebie jak największy kawałek i dochodzi do konfliktów, w których gmina jest najsłabszym graczem. Podstawowe pytanie brzmiało: czego wójt bał się tak bardzo, że wolał, za cenę milczenia, trafić nawet za kratki? Przecież to, co określiłem mianem konfliktu, powinno być w istocie starciem prawników i kapitału, a nie starciem, w którym mogliby ucierpieć konkretni ludzie. Grupy kapitałowe mogły co najwyżej nie żałować środków na to, by zohydzić wójta w oczach społeczeństwa, a tym samym nie dopuścić, by został wybrany na następną kadencję. Czy odsunięcia od władzy tak się obawiał? Chyba nie, skoro był gotów iść do więzienia. Kryminalna przeszłość skuteczniej odstraszyłaby wyborców od nawet najbardziej wyrafinowanej kampanii finansowanej przeprowadzonej przez potężnych graczy rynku gazowego.

— Czym pan się wcześniej zajmował, zanim został pan wójtem? — spytałem.

— Byłem nauczycielem geografii i jednocześnie dyrektorem w tutejszym zespole szkół — odpowiedział. — To było dobre zajęcie. Nie wiem, co mnie podkusiło, by zostać samorządowcem — dodał z goryczą.

Mieliśmy już wychodzić, kiedy do drzwi zastukała sekretarka.

— Panowie siedzą już tak długo, że pewnie chce się panom pić. Przyniosłam kawy — powiedziała z nieśmiałym uśmiechem, który zniknął, gdy ujrzała zimne spojrzenie wójta.

— Jeszcze jedna kawa nam nie zaszkodzi — zauważył przytomnie Adam, który był amatorem tego napoju. Pamiętałem z Emowa, że rzadko zdarzał się dzień, podczas którego nie pochłonąłby przynajmniej czterech filiżanek.

Kawa była tak smaczna, że wypiliśmy ją w całkowitym milczeniu.

Tuż przed południem wyszliśmy z Urzędu Gminy i na chwilę usiedliśmy na murku okalającym fontannę, smażąc się w promieniach słońca. Czyżbyśmy mieli zaraz wsiąść do samochodu i wrócić do Warszawy? Myśl, że przed wyjazdem nie zobaczę Magdy, napełniła mnie smutkiem, ale się okazało, że nikt oprócz mnie nawet nie pomyślał o wyjeździe.

Głowacki i Adam cichymi głosami omawiali spotkanie. Nie brałem udziału w ich rozmowie, gdyż dla mnie wnioski były oczywiste. Giersz obawiał się czegoś tak bardzo, że prawie prosił o bilet do celi. I to o bilet w jedną stronę. Trudno sobie wyobrazić, co może być gorsze od więzienia.

Zamyśliwszy się głęboko, przymknąłem oczy.

— Wstawaj, młody, jedziemy obejrzeć te działki. — Pułkownik trącił mnie w ramię.

Mój entuzjazm był tak wielki, że nawet się nie obruszyłem na określenie „młody”. Zająłem miejsce na tylnej kanapie i czekałem, aż Adam odnajdzie w swojej komórce witrynę Geoportalu. Wreszcie ruszyliśmy i po kilku minutach wyjechaliśmy z miasteczka.

Jechaliśmy na zachód krętą nitką szosy, mijając malownicze wzniesienia, pomiędzy którymi rozlewały się wody niewielkich jezior. Krążące od rana po niebie pierzaste obłoki odbijały się w wodnej tafli, a samotne drzewa delikatnie się kołysały w lekkich podmuchach wiatru. Szwajcaria Kaszubska — kraina, którą przemierzaliśmy — stała się w ostatnich latach mekką dla turystów, ale była dopiero połowa czerwca, więc jedynie z rzadka mijaliśmy rowerzystów i samochody obładowane biwakowym sprzętem.

Działki, których szukaliśmy, znajdowały się na końcu świata, wciśnięte pomiędzy ścianę lasu i podmokłą łąkę. Chociaż dzieliło je od Rytwina najwyżej dziesięć kilometrów, to dwukrotnie zgubiliśmy drogę, a raz zakopaliśmy się samochodem w piaszczystej dróżce. Wreszcie, spoceni i nieco umorusani, dojechaliśmy do celu. Naszą uwagę od razu zwróciło wysokie ogrodzenie z solidnej siatki, zwieńczone dwoma zwojami drutu kolczastego. Czerwone tablice informowały, że teren jest własnością prywatną.

— Grodzą się tak, jakby uważali, że okoliczni chłopi podjadą ciągnikami i ukradną im ten cały gaz — zażartował Adam. — Uważaj, może być pod napięciem.

Obaj wiedzieliśmy, że proces wydobywania gazu z głębi ziemi był gigantycznym przedsięwzięciem logistycznym, kosztującym dziesiątki milionów dolarów. Do wydobycia czegokolwiek z łupkowych czeluści nie wystarczyłoby nawet tysiąca traktorów. Dlatego dziwiliśmy się właścicielowi terenu. Tym bardziej że i tak nie trafiłby tu nawet pies z kulawą nogą.

Wypaliliśmy z Głowackim po papierosie, podświadomie czekając, że z lasu wyjdzie kilku uzbrojonych, potężnych ochroniarzy i przepędzi nas, gdzie pieprz rośnie. Ale wokół nie było żywego ducha — wskazywała na to obecność jelonków, które beztrosko baraszkowały po ogrodzonym terenie. Widocznie siatka nie była tak szczelna, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

Wróciliśmy do miasteczka i zajechaliśmy pod hotel. Po drodze dowiedziałem się od pułkownika, że nie wracamy dzisiaj do Warszawy. Z zagadkową miną wyjaśnił mi, że nasze czynności jeszcze się nie zakończyły. Nie wnikałem w ich charakter — z wiadomych względów nie uśmiechał mi się powrót na południe.

Po obiedzie Głowacki wziął nas obu na stronę.

— Panowie, do wieczora macie wolne — powiedział konspiracyjnym szeptem. — Tylko umówmy się: zero alkoholu. Prześpijcie się albo idźcie na spacer. Spotykamy się o dwudziestej pierwszej — dodał i po chwili już go nie było.

Adam wybrał pierwszą propozycję i poziewując, zniknął na piętrze. Poszedłem w jego ślady, ale nie chciało mi się spać. Rozpierała mnie energia.

Zdjąłem marynarkę i koszulę, zamieniłem pantofle na adidasy i wyszedłem z dwuosobowego pokoju, który przypominał komnatę. Adam skinął mi na pożegnanie ręką i umościł swą wielką głowę na poduszce. Z doświadczenia wiedziałem, że zaraz będzie chrapał jak niedźwiedź.

Hotel mieścił się w zaadaptowanym dworku otoczonym zabytkowym parkiem. Wolnym krokiem zapuściłem się w kręte alejki, pogwizdując, mrużąc oczy w słońcu i rozkoszując się zapachem lata. Ogarnęło mnie uczucie rozleniwienia. Kiedy w ustronnym miejscu natknąłem się na drewnianą ławkę, niewiele myśląc, usadowiłem się na niej. Położyłem pod głowę podkoszulek i nie minęło więcej niż kilkadziesiąt sekund, a znalazłem się na granicy snu.

Kiedy chłopak zakochuje się w dziewczynie, do tego stopnia skupia się na obiekcie swych uczuć, że obraz tej jedynej towarzyszy mu niemal przez cały czas: w porannym korku, na basenie, na meczu, a nawet… w toalecie. No i we śnie. Leżąc na ławce i zapadając w drzemkę, miałem przed oczami każdy centymetr twarzy młodej funkcjonariuszki — od ściętych na pazia ciemnych włosów, przez pełne, niewielkie usta, aż po łabędzią szyję, na której wiek nie zdążył jeszcze pozostawić ani jednej zmarszczki. Wydawało mi się, że czuję też jej zapach — delikatną mieszankę egzotycznych kwiatów — a wyobraźnia podsyłała mi obraz jej szczupłych dłoni, odganiających fruwającą nade mną, bzyczącą muchę. Bzyczenie rzeczywiście ustało, a ja, jak na zwolnionych obrotach, powróciłem do rzeczywistości. To było niczym impuls elektryczny: hej, przecież ona rzeczywiście siedzi tu, na ławce!

Poderwałem się gwałtownie, ocierając czubkiem głowy o jędrne udo. Nad ławką rozległ się nieco nerwowy śmiech, w którym mieszały się niepewność i rozbawienie.

— Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć. — Słyszałem jej głos, cały czas zastanawiając się, czy to sen, czy jawa. — Chciałam tylko sprawdzić twoją czujność. — W jej głosie pojawiły się defensywne nuty.

Moja twarz zmieniła się w bezlitosną maskę. Tak już po prostu mam, gdy jestem przestraszony lub zdenerwowany. Połączenie mojej potężnej postury i faktu, że nie należałem do przystojniaków, zawsze robiło na świadkach moich nastrojów piorunujące wrażenie. Tak było już w szkole. Moi znajomi lubią przywoływać pewne wspomnienie z klasy maturalnej. Wyrwany do odpowiedzi ze znienawidzonej przez mnie fizyki, spojrzałem na nauczycielkę w taki sposób, że wybuchnęła płaczem. A ja byłem tylko zestresowany. Podobną przygodę miałem kilka lat później. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej o pracę w ABW psycholog pytał mnie, czy często zdarzają mi się wybuchy agresji. Dopiero gdy opowiedziałem mu o swojej „mimicznej” reakcji na stres, porzucił myśl o skierowaniu mnie na leczenie psychiatryczne. Zdrowo się przy tym uśmiał.

Teraz też byłem zdenerwowany — w końcu emocjom towarzyszącym wstępnej fazie zakochiwania się często towarzyszy stres — i wyraz mojej twarzy musiał przywoływać na myśl najbardziej krwawe sceny z Milczenia owiec. Oczy Magdy, jeszcze przed chwilą roześmiane, zrobiły się wielkie jak spodki. Zauważyłem, że lekko drżała jej warga. Wykrzywiłem twarz w sztucznym uśmiechu.

— Chyba cię przestraszyłem — powiedziałem, patrząc na nią z czułością. — Wiem, że wyglądam groźnie, ale to tylko pozory. — Opowiedziałem jej o swojej przypadłości, nie pomijając swoich przejść z psychologiem podczas rozmowy kwalifikacyjnej. A co!

To rozluźniło nieco atmosferę. Pobladła twarz dziewczyny znów się zaróżowiła.

— Powinieneś prowadzić przesłuchania — powiedziała, a w jej głosie usłyszałem nutkę podziwu. Pochlebiło mi to. — Wyglądałeś przez chwilę jak Bogusław Linda w Psach.

Moje ego urosło na wysokość Pałacu Kultury. Wolałem być porównywany do młodego Lindy niż do starego Anthony’ego Hopkinsa.

— Trochę już przysypiałem, ale zdawało mi się, że czuję jakiś ładny zapach. — Próbowałem zrewanżować się czymś miłym, ale zabrzmiało to dość niezgrabnie. Nie wiedziałem, co się dzieje. Na ogół byłem mistrzem w nawijaniu dziewczynom makaronu na uszy, ale teraz gadałem jak gimnazjalista, który zamiast spotykać się z dziewczynami, całymi dniami grał na konsoli. Albo wyciskał pryszcze.

Na szczęście Magda należała do osób z dystansem do samej siebie.

— To nie mogłam być ja — powiedziała pozornie poważnym tonem. — Nie używam perfum, a myję się tylko szarym mydłem. — Mięśnie na jej twarzy zadrżały, a w oczach pojawiły się złośliwe iskierki.

Zaśmiałem się ochryple. Przed oczami miałem widok Magdy pod prysznicem. Nie przeszkadzało mi nawet to szare mydło. Mój wzrok bezwiednie przesunął się z jej twarzy na obcisłą bluzeczkę. Było ponad dwadzieścia pięć stopni i wszystkie trzy guziki nad dekoltem były rozpięte. Serce waliło mi jak młot.

— Odpoczęłaś trochę? — Zmieniłem temat na nieco bezpieczniejszy. Jeżeli Magda zauważyła moje natarczywe spojrzenie, nie dała tego po sobie poznać.

— Nie umiem spać w dzień. Czekałam na was przy recepcji, a kiedy mi się znudziło, przyszłam tutaj. Lubię takie miejsca. — Wskazała na otaczający nas park. — Czytałam książkę, o tam. — Pokazała ręką rozłożony pod drzewami koc. Przegapiłem go wcześniej, oślepiony słońcem. — Widziałam cię, szedłeś taki zamyślony, że nie odważyłam się do ciebie odezwać. Przyszłam dopiero, jak się położyłeś.

— Pewnie znasz tu każdą piędź trawy. — Naprawdę powiedziałem „piędź trawy”. Nie wiem, skąd biorą się u mnie takie obciachowe określenia.

— Jestem tu od tygodnia, ale dopiero od dwóch dni mam trochę czasu dla siebie — westchnęła. — Przed przyjazdem twojego kolegi pracowałam niemal na okrągło.

— Masz męczącą pracę — zauważyłem. W ABW jest specjalna komórka zajmująca się obserwowaniem figurantów. Funkcjonariusze tej komórki nie pracują od ósmej do szesnastej. Często sytuacja wymaga od nich, by byli dyspozycyjni dwadzieścia cztery godziny na dobę.

— Pracuję tak od samego początku. Jak tylko przyjęli mnie do służby, od razu przydzielili mnie do obserwacji. Żartowali, że mam predyspozycje, bo nikt nie rozpozna we mnie funkcjonariuszki. Mówili, że bardziej wyglądam na bibliotekarkę.

— Jakby każda bibliotekarka wyglądała tak jak ty, to do tej chwili przeczytałbym już chyba wszystkie książki. — Tym razem byłem z siebie zadowolony. To, co powiedziałem, zabrzmiało dowcipnie, a komplement nie był wymuszony.

— Nie przesadzaj. — Magda udała onieśmieloną, ale jej oczy śmiały się do mnie. — Opowiedz lepiej, jak wam poszło u wójta.

Przedstawiłem dokładnie przebieg rozmowy z Gierszem, podkreślając oczywiście — w ramach autopromocji — podniesioną przeze mnie kwestię operatu szacunkowego. Dziewczyna słuchała z uwagą, ale gdy zagłębiłem się w niuanse związane z przeprowadzaniem przez gminy przetargów na zbycie nieruchomości, pokręciła tylko głową.

— Zupełnie się na tym nie znam — przyznała. — Studiowałam na AWFiS, a tam nie mieliśmy takich przedmiotów jak prawo czy gospodarka nieruchomościami.

— A w czym się specjalizowałaś? Rzucałaś młotem — zażartowałem. Była szczupła i wiotka, ciężko było sobie nawet ją wyobrazić kręcącą się w klatce i ciskającą stalową kulę na lince.

— Och ty. — Próbowała klepnąć mnie po dłoni, ale chwyciłem jej rękę i przez chwilę się siłowaliśmy. Miała delikatną skórę i zadbane paznokcie. — Byłam w klasie floretu — powiedziała.

Nie puściłem od razu jej dłoni i przez jakiś czas nasze palce delikatnie się stykały. Znowu poczułem przeskakujące iskry.

— To chyba bardziej taniec niż normalny sport — powiedziałem, przypominając sobie olimpiady i występy Sylwii Gruchały.

— Zdziwiłbyś się. To droga przez ból, pot, krew i łzy. Ale tańczyć też lubię — dodała, uśmiechając się z zadumą. — A ty?

— Na parkiecie ruszam się jak hipopotam. Albo słoń — przyznałem, chociaż gdyby mogło mnie teraz usłyszeć któreś z tych zwierząt, na pewno by się obraziło. Tańczyłem fatalnie. — Na imprezach zwykle podpieram ściany.

— Na pewno nie jest tak źle. Musimy kiedyś pójść na jakieś balety. — Propozycja wynikała pewnie z uprzejmości, ale i tak poczułem nagły przypływ energii. Dla Magdy byłem gotów nawet zatańczyć.

Aby podtrzymać rozmowę, spytałem ją o wrażenia z obserwacji Giersza.

— Facet jest kompletnie rozbity — powiedziała od razu. Jej opinia w stu procentach pokrywała się z moją. — Może boi się o swoje stanowisko?

— A może ktoś go szantażuje? — Ten pomysł stopniowo dojrzewał w mojej głowie, aż wreszcie zdecydowałem się go wyartykułować. — Tylko ten szantaż musi być naprawdę mocny, skoro wójtowi milsze wydaje się więzienie niż współpraca.

— Może zdradził swoją żonę? — zastanawiała się Magda. Kupiła mój pomysł o szantażu bez zmrużenia powieki, ale zabierała się za dedukcję z typowo kobiecą logiką, według której każdy facet ma na sumieniu skoki w bok. — Ale jej nie ma już od kilku tygodni, podobno przebywa w sanatorium. Podsłuchałam rozmowę sąsiadek — dodała tonem wyjaśnienia. — Tylko do jakiego stopnia zdesperowana musiałaby być kobieta, żeby mieć romans z takim człowiekiem jak ten Giersz? — jej retoryczne pytanie zawisło w próżni.

Moje wnioski poszły w zupełnie innym kierunku.

— Chyba nie chodzi o zdradę. Spójrz, facet przechodzi najgorszy okres w swoim życiu, a żona, zamiast go wspierać, imprezuje sobie w Krynicy czy innych Dusznikach. Wydaje mi się, że ogień w tym małżeństwie wygasł już dawno. Nie, tu może chodzić o coś wstydliwego. Może hazard? To plaga naszych czasów.

— Wyobrażasz sobie Giersza, jak stawia całą pensję na czerwone? — zaśmiała się Magda. — Tak, to może być to. Już widzę te nagłówki w prasie: Wójt hazardzista przepuścił w kasynie środki przeznaczone na podwyżki w gminnym ośrodku zdrowia — urwała i wstrząsana śmiechem, otarła oczy. Nie wiedziałem, czy odrzuca moją hipotezę, czy tak zabawna wydała jej się wizja wójta pochylonego nad ruletką. — A może jest na przykład kryptogejem i boi się skandalu obyczajowego? — Śmiała się dalej, a ja jej zawtórowałem. Wizja Giersza jako homoseksualisty w skórzanych spodniach przekraczała granice mojej wyobraźni.

Przez chwilę śmialiśmy się razem, a świat wokół nas przestał istnieć. Magda raz po raz ocierała oczy, aż wreszcie oparła głowę o moje nagie ramię, które szybko stało się mokre od jej łez. Objąłem ją, niby przypadkiem, a ona drżała w moich ramionach, wstrząsana paroksyzmami śmiechu. Po blisko minucie odsunęła się gwałtownie.

— Dosyć — powiedziała, a ja poczułem, jakby przywoływała mnie do porządku. Okazało się jednak, że nie chodziło o mój uścisk. — Dawno się tak nie uśmiałam. Aż rozbolał mnie brzuch. Pogadajmy przez chwilę o czymś poważniejszym, bo mi nie przejdzie do wieczora i będę zmuszona iść na zwolnienie, a płacą teraz tylko osiemdziesiąt procent.

— Dobrze — zgodziłem się. Dziewczyna ciągle chichotała, wciąż trzymając się za brzuch, który chyba naprawdę ją rozbolał. Postanowiłem, że przez chwilę będę poważny.

— Co sądzisz o Głowackim? — zapytałem. — Poznałem go dopiero wczoraj, ale to jakiś dziwny facet.

Magda wzięła kilka głębokich oddechów. Przez chwilę czekałem na kolejny atak śmiechu, ale ten nie nastąpił. Zastanowiła się nad moim pytaniem.

— Nie ma w nim niczego dziwnego — odpowiedziała wreszcie. — W naszej delegaturze jest na pęczki takich jak on. Tanich cwaniaczków z dwudziestopięcioletnim stażem, traktujących młodych jak zło konieczne albo — co gorsza — przechwalających się dawno przebrzmiałymi sukcesami. Takich pseudotwardzieli.

Pokręciłem głową.

— Wiem, o czym mówisz, ale Głowacki nie jest do końca taki. Wydaje się jakby — szukałem odpowiedniego słowa — wycofany. Jak dotąd nie wyczułem w nim lekceważenia. On jest tylko czasem… nieobecny.

Zamilkłem, gdyż nie byłem w stanie precyzyjnie określić, co myślę o pułkowniku. Intuicyjnie zrobił na mnie dużo lepsze wrażenie niż Walewski, a w każdym razie nie był taki absorbujący jak słynny „przykrywkowiec”. Odzywał się rzadko i nie próbował nawiązywać osobistego kontaktu. Czasami swoim zachowaniem przypominał detektywa z czasów sanacji.