Miałeś tam nie wracać - Wojciech Wójcik - ebook
Opis

Młodość szybko przemija. A za nią czai się śmierć…

Hajnówką wstrząsa tragiczna śmierć Krzysztofa, młodego funkcjonariusza Straży Granicznej. Adam, mieszkający teraz w Warszawie, ze zdziwieniem odkrywa, że tuż przed śmiercią Krzysiek próbował się do niego dodzwonić, i to kilkanaście razy. Czego mógł chcieć? Czasy, gdy przyjaźnili się w liceum, dawno minęły. Po skończeniu szkoły Adam wyjechał z Hajnówki i przez trzynaście lat tam nie wracał. Aż do teraz…

Przeglądając rzeczy po zmarłym, Adam trafia na zdjęcie Kasi. Dawnej miłości Krzyśka, która zaraz po maturze popełniła samobójstwo. Tylko że na fotografii Kasia wcale nie wygląda na licealistkę. Zdjęcie przedstawia kobietę po trzydziestce…

Z każdą godziną pojawiają się kolejne pytania. Kogo przed śmiercią chciał odnaleźć Krzysiek? Kim naprawdę była Kasia? I dlaczego najbliżsi Adama błagają go, by natychmiast wyjechał Z Hajnówki?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 694

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wojciech Wójcik Miałeś tam nie wracać ISBN Copyright © by Wojciech Wójcik, 2019All rights reserved Redaktor Hanna Kossak-Nowocień Projekt okładki i stron tytułowych Joanna Wasilewska Łamanie Grzegorz Kalisiak Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Ani, Beatce, Arturowi i Magdzie

Mówią, że stara miłość nie rdzewieje, i chyba rzeczywiście coś w tym jest. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, na sekundę zabrakło mi tchu.

– Adaś?!

Na pogrzebach nie wypada się uśmiechać, ale jej usta na krótko wykrzywiły się w radosnym grymasie, tak znajomym, że poczułem, jak coś ściska mnie w gardle. Gdy się uśmiechnęła, w kącikach oczu dostrzegłem zapowiedź pierwszych zmarszczek. Nie była już tą nastolatką, z którą całowałem się przy dogasającym ognisku. Patrząc na jej starszą o kilkanaście lat twarz, zastanawiałem się przez chwilę, ile mnie ominęło.

– Cześć, Agato! – Głos drżał mi ze wzruszenia. – Cudownie cię widzieć. Cudownie…

Objąłem ją ramieniem i lekko cmoknąłem w policzek, przeklinając w myślach swój brak wyczucia. Przed cerkwią zgromadził się tłum żałobników. Określenie „cudownie” zupełnie tu nie pasowało.

Przedłużyła uścisk o dobrą sekundę.

– Jesteś tu sam?

Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu kolegi z dawnych lat, z którym przyszedłem z parkingu.

– Przed chwilą spotkałem się z Marcinem. Czekał na mnie, jakby się bał, że nie trafię.

Marcin stał kilkanaście metrów od nas i patrzył akurat w naszą stronę. Nie sposób było go nie dostrzec, bo miał na sobie szaroniebieski mundur policyjny. Pozostali żałobnicy ubrani byli w czerń albo zieleń. Kolory żałoby oraz galowych uniformów straży granicznej, w której pracował zmarły.

Agata skinęła Marcinowi ręką i złapała mnie za ramię. Tak mocno, jakby się obawiała, że zaraz odejdę.

– A gdzie Joanna?

Uśmiechnąłem się w przypływie rozbawienia. Była jedyną osobą, która tak ją nazywała – dla innych moja żona była po prostu Aśką. Ale chociaż od czasu, gdy były rywalkami, minęło tyle lat, to Agata najwyraźniej wciąż nie umiała wybaczyć. Cóż, emocje związane z niespełnioną miłością potrafią tkwić w człowieku przez całe życie, uwierając niczym cierń.

– Daleko stąd. W Kanadzie. Byliśmy na urlopie, ale musiałem wrócić wcześniej… – Urwałem, bo w moim głosie pojawiła się niezamierzona nutka goryczy. W małżeństwie ostatnio nie wszystko układało nam się jak należy, ale to nie był moment, w którym chciałem o tym rozmawiać. Zerknąłem z ciekawością na prawą dłoń Agaty, ale nie zauważyłem obrączki. – A ty? Co u ciebie?

Spiekła raka i odruchowo schowała dłoń za siebie.

– Jestem na najlepszej drodze, by zostać starą panną – zaśmiała się nerwowo. – Zresztą według niektórych już nią zostałam. Rodzice przestali nawet pytać, czy kogoś mam. Chyba postawili na mnie krzyżyk…

Uśmiechnąłem się z pobłażaniem, ale w głębi serca poczułem współczucie. Tu, w niewielkim wschodnim miasteczku, czas biegł inaczej. Kobiety w jej wieku miały już zazwyczaj męża i przynajmniej dwójkę dzieci.

– Masz jeszcze czas – mruknąłem, a ona trochę zbyt energicznie pokiwała głową.

Czarna sukienka, w którą była ubrana, spływała do samych kostek, ale nie zdołała zamaskować jej figury. Agata miała długie nogi i zgrabne pośladki. W liceum uganiała się za nią połowa chłopaków, a ona uwielbiała być w centrum uwagi. Zachowywała się jak kapitan drużyny cheerleaderek – kiedy z nią chodziłem, jej popularność trochę mnie irytowała. Aśka, moja żona, była inna. Chociaż też była bardzo atrakcyjna, nigdy nie flirtowała. Od razu odtrącała swoich adoratorów, nie pozostawiając im złudzeń. Sprawiała wrażenie zimnej i niedostępnej. Dla wszystkich, tylko nie dla mnie.

Może właśnie dlatego zostawiłem dla niej Agatę?

– O czym myślisz?

Drgnąłem i oderwałem wzrok od jej nóg.

– Na co dzień chodzisz w mundurze, prawda?

– Niestety tak – westchnęła. – Mam mało kobiecą robotę…

Wiedziałem, że – podobnie jak znaczna część żałobników – też jest funkcjonariuszem straży granicznej. Trudno mi było sobie wyobrazić, jak szarpie się z przemytnikami. Cóż, kapitanem drużyny cheerleaderek nie jest się przez całe życie…

– Patrolujesz granicę?

– Zdarza się. Ale najczęściej siedzę w biurze. Tak jak Krzysiek. Wiedziałeś, że pracowaliśmy w sąsiednich pokojach?

Pokiwałem ze smutkiem głową, a potem przeniosłem wzrok z jej twarzy na zaparkowany w cieniu karawan. Tylna klapa była podniesiona i z miejsca, w którym stałem, widać było fragment brązowej trumny. Czterech elegancko ubranych pracowników firmy pogrzebowej warowało nieopodal, czekając, aż w cerkwi skończy się wcześniejsze nabożeństwo. W pobliżu karawanu kręciło się kilkoro żałobników, wśród których rozpoznałem rodziców zmarłego. Matka staruszka drżała niczym gałązka osiki, a ojciec wyglądał tak, jakby balansował na krawędzi omdlenia. Rodzice nie powinni chować własnych dzieci.

– Zawsze myślałem, że z naszej paczki to on pożyje najdłużej – powiedziałem pod wpływem impulsu. – Rozumiesz, co mam na myśli? Krzysiek był taki…

– Rozsądny – dokończyła za mnie Agata. – Nie pił alkoholu, zawsze nosił czapkę i rękawiczki, a do lekarza szedł z każdą najmniejszą bzdurą… Pamiętasz, jak jeździliśmy kąpać się w Siemianówce? Nigdy nie zanurzał się głębiej niż do kolan. Nie mogę uwierzyć w to, co się stało.

Rozłożyłem ręce i pokręciłem bezradnie głową. Tu nie trzeba było słów. Krzysiek był ostrożny, rozsądny i panicznie bał się wody. Kiedy Marcin zadzwonił i powiedział mi, co się stało, myślałem, że to makabryczny żart.

Przed cerkwią gromadziło się coraz więcej ludzi. Było południe, a z bezchmurnego nieba lał się tropikalny żar. Pogoda bardziej kojarzyła się ze ślubem niż z pogrzebem.

– Chodź, staniemy z boku, bo zaraz nas stratują.

Chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem na trawnik, w kierunku plamy cienia rzucanego przez wiekowy wiąz. Przeciskaliśmy się przez tłum złożony w większości z mężczyzn w zielonych mundurach.

– Jest tu chyba cała nasza placówka – mruknęła, po czym skinęła głową wąsatemu funkcjonariuszowi. – Przyjechało też kilka szych z Komendy Głównej. Rozglądaj się, może spotkasz kogoś znajomego.

– Nie mam takich znajomości – przerwałem może zbyt gwałtownie, ale szybko się zmitygowałem, bo przecież tylko żartowała. – Nie gniewaj się, po prostu nie lubię mundurów. Wiesz, jak to jest… Uraz z dzieciństwa.

Pokiwała głową, ale nie byłem pewien, czy zrozumiała, co czułem. Cóż, jej ojciec nie był wysokim rangą funkcjonariuszem straży granicznej, obejmującym co kilka lat nową placówkę w zupełnie innym regionie kraju. Całe dzieciństwo i młodość spędziła w jednym miejscu. A ja? Szkoda gadać. Do chwili, w której opuściłem dom rodzinny, przeprowadzałem się pięć razy. W Hajnówce spędziłem cztery lata życia. Dobre lata. Lata liceum, do którego chodziłem między innymi ze zmarłym Krzyśkiem. A także Agatą, policjantem Marcinem i swoją obecną żoną.

– A co u taty?

– Od lat jest na emeryturze. Mieszkają z mamą w Warszawie. Tak jak ja…

– Wiem – przerwała, a potem, nie wiedzieć czemu, spłonęła rumieńcem. – Byłam ciekawa, co się z tobą dzieje. Wyjechałeś tak nagle i nigdy nie wracałeś… Przez tyle lat nikt nie miał z tobą kontaktu. Poza Krzyśkiem.

Zakłopotałem się. Podtrzymywanie kontaktów nigdy nie było moją mocną stroną. W latach liceum tworzyliśmy zgraną paczkę, ale okazało się, że zawarte wtedy znajomości nie wytrzymały próby czasu. Z Krzyśkiem też kontaktowałem się sporadycznie.

– Był świadkiem na naszym ślubie – mruknąłem, czując, jak spływa na mnie wzruszenie. – Dzwonił do mnie w każdą rocznicę. Następna będzie za dwa tygodnie, ale tym razem już nie zadzwoni…

Gardło odmówiło mi posłuszeństwa. Położyła mi dłoń na ramieniu i mocno ścisnęła.

– Wpadnijcie kiedyś z Joanną. Będzie jak za starych czasów.

Pokręciłem głową.

– Nic już nie będzie takie samo – westchnąłem i zrobiło mi się jeszcze smutniej. – Życie gna tak szybko, że zapominamy o tym, co najważniejsze.

Położyła mi palec na ustach. Poczułem się tak jak dawniej przy tamtym ognisku. Nasze twarze znów znalazły się kilka centymetrów od siebie. Przez te lata zmieniła się z dziewczyny w kobietę. Dotknąłem jej policzka, wyczuwając pod palcami delikatną, dopiero zarysowującą się przy ustach zmarszczkę. Zdałem sobie sprawę, że czasu nie da się cofnąć.

Cofnąłem rękę, a złota obrączka rozbłysła w promieniach słońca.

– Która to rocznica? – spytała, patrząc na mnie ze smutkiem.

Dostrzegłem, że wciąż ma takie same oczy.

– Dziesiąta – odparłem, po czym ruszyłem powoli w kierunku cerkwi.

Przez cztery lata, które spędziłem w Hajnówce, wziąłem udział w dwóch prawosławnych pogrzebach, dlatego ceremoniał – znacząco różny od tego w kościele katolickim – nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak na stojącym obok mnie pograniczniku z Komendy Głównej. Mężczyzna w randze pułkownika wkrótce po otwarciu trumny zbladł jak prześcieradło i chwiejnym krokiem skierował się do wyjścia z cerkwi. Jego reakcja była o tyle dziwna, że jak na topielca Krzysiek prezentował się całkiem nieźle. Przypuszczałem, że by doprowadzić go do takiego stanu, pracownicy firmy pogrzebowej musieli zużyć rekordową ilość pudru.

– Wygląda, jakby spał – wyszeptała Agata, opierając się o moje ramię.

Pogrzeb odbywał się w przycmentarnej cerkwi. Wnętrze było przestronne, ale przyszło tak wielu ludzi, że nawet tu panował ścisk. Dopóki wszystkiego nie zakrył dym z płonących świec, wyławiałem z tłumu kolejne znajome twarze. Trzynaście lat to niby kawał czasu, ale nie miałem problemu z rozpoznaniem dawnych kolegów i koleżanek. Oni też mnie rozpoznawali. W ich oczach najczęściej dostrzegałem nieme pytanie.

Gdzie ty się podziewałeś?

U mojego boku – tego drugiego, w który nie wtulała się Agata – stał Marcin. Stał, a raczej warował, bo twarz miał tak zaciętą, że przywodziła na myśl jeden z pysków Cerbera. Policyjny mundur opinał mu brzuch tak ciasno, że niemal słyszałem trzeszczenie szwów. W liceum był szczupły niczym chart, ale najwyraźniej od tego czasu nie odmawiał sobie obfitych posiłków. Jego tusza była jednak dla mnie mniejszym zaskoczeniem niż ten niebieski mundur. Gdyby ktoś przed laty powiedział mi, że Marcin zostanie policjantem, umarłbym ze śmiechu. W szkole był strasznym łobuziakiem. Często żartowaliśmy, że spotkamy się kiedyś na więziennym spacerniaku.

– Idziesz?

Popatrzyłem na Marcina i potrząsnąłem głową. Nie zamierzałem ustawiać się w kolejce do zwłok. Uznałem, że zwyczajowe całowanie twarzy zmarłego powinno być przywilejem najbliższych. A poza tym… po prostu się brzydziłem.

Pod koniec ciągnącego się w nieskończoność nabożeństwa przemogłem się jednak na tyle, by zbliżyć się do otwartej trumny. Agata miała rację – z wyrazem sennej zadumy na szczupłym obliczu Krzysiek rzeczywiście sprawiał wrażenie śpiącego. Śmierć odjęła mu lat. Gdyby nie zarysowujące się zakola, wyglądałby tak samo jak na studniówce. Uśmiechnąłem się pod nosem. Na tym balu obaj strasznie się upiliśmy. Żona wypominała mi to przez kilka następnych lat.

– Kiedy go wyciągnęli, wyglądał zupełnie inaczej – szepnął mi do ucha Marcin.

Skrzywiłem się. Mógł sobie oszczędzić tego komentarza. Domyślałem się, że człowiek, który utonął w rzece, nie prezentował się po śmierci zbyt atrakcyjnie, ale nie miałem ochoty na obrazki, które podpowiadała mi wyobraźnia. Wolałem zapamiętać go takim, jakim widziałem go teraz. Dlatego zignorowałem policjanta i podniosłem wzrok na batiuszkę, który włożył do trumny ikonę z Matką Boską, a potem delikatnie zamknął wieko.

Cmentarz znajdował się blisko cerkwi. Po zakończeniu nabożeństwa kilku funkcjonariuszy straży granicznej chwyciło za trumnę i umieściło ją sobie na ramionach. Na twarzach mężczyzn widziałem autentyczny smutek. Ruszyli wolnym krokiem, a z cerkwi – przy akompaniamencie bijących dzwonów – wylała się reszta żałobników. Kondukt ruszył ku bramie cmentarza.

Zaraz za cmentarnym murem znajdowała się droga do Białowieży. Popatrzyłem w kierunku widocznej stąd puszczy, żałując, że pierwsze drzewa nie rosną nieco bliżej. Pomiędzy nagrobkami było gorąco jak na patelni. Agata zginęła gdzieś w tłumie i zostaliśmy tylko we dwóch z Marcinem. Niespodziewanie znaleźliśmy się na czele konduktu, który właśnie zatrzymał się przed otwartym grobem.

– Chodź gdzieś do tyłu – mruknąłem, ale było już za późno.

Batiuszka rozpoczął ceremoniał związany z pochówkiem, więc zastygliśmy w bezruchu. Tuż obok mnie chlipała matka Krzyśka, wsparta na silnym ramieniu grubego jegomościa, w którym – jak przez mgłę – rozpoznałem jednego z jego wujków. Czułem się głupio. Miejsca przy grobie powinny być zarezerwowane dla najbliższej rodziny, a nie kolegi, który ostatni raz widział zmarłego… no właśnie, kiedy?

Zastanowiłem się i wyszło mi, że ostatni raz spotkałem Krzyśka ponad trzy lata temu. Przyjechał do Warszawy na szkolenie i wieczorem wyciągnął mnie na dwa szybkie piwa. Pamiętam, że trochę się wzbraniałem, wymawiając się ogromem pracy, ale udało mu się mnie przekonać. Mówił, że tempo życia, które sobie narzuciłem, prędzej czy później mnie wykończy. Okazało się, że nie miał racji. Ja żyłem, a on leżał w trumnie, na którą właśnie padały grudki rzucanej przez batiuszkę ziemi.

Do grobu przepchało się trzech grabarzy. Zrobiłem znak krzyża i – korzystając z okazji – wcisnąłem się w powstałą w tłumie lukę. Marcin, który od dłuższego czasu śledził wzrokiem sunący po niebie pojedynczy obłok, odwrócił się do mnie i obrzucił pytającym spojrzeniem.

– Co teraz?

Wzruszyłem ramionami. Trochę obawiałem się tego pytania. Nie byłem w nastroju na wspominki. Chciałem wsiąść w samochód i wrócić do Warszawy.

– Jadę – powiedziałem, starając się, by mój głos zabrzmiał stanowczo. – Jestem wykończony. Kiedy zadzwoniłeś, właśnie wysiadłem z samolotu…

– Musimy pogadać – przerwał mi. – Po pogrzebie pojedziemy…

Nie dokończył. Przez twarz przemknął mu dziwny cień. Zerknąłem w kierunku, w którym patrzył, i moje serce nagle zaczęło bić szybciej. Ukłoniłem się niezgrabnie, marząc, by znaleźć się daleko stąd.

– Dzień dobry – wydukałem.

Przede mną stała matka Krzyśka. Po pomarszczonych policzkach spływały jej łzy. Nie miałem pojęcia, jak się zachować. Podręczniki savoir-vivre’u, które przestudiowałem, nie wspominały o takiej sytuacji. Uznałem, że lepiej będzie się nie odzywać. Pochyliłem się i oparłem dłonie na jej wątłych barkach, w geście, który miał symbolizować współczucie.

– Dobrze, że jesteś, Adaś – wyszeptała kobieta, bez trudu przywołując z pamięci moje imię.

To był odruch. Uśmiechnąłem się nieśmiało i dopiero po kilku sekundach zdałem sobie sprawę, że to niestosowne. Kąciki ust natychmiast mi opadły, ale wtedy niespodziewanie uśmiechnęła się ona.

– Bardzo mi przykro – wychrypiałem, bo tylko ta banalna formułka przyszła mi do głowy.

– Wiem – kiwnęła głową. – Byliście dobrymi kolegami. Krzyś tak często o tobie mówił…

Poczułem się głupio. Ja od lat o nim nie mówiłem, ba, nawet o nim nie myślałem. Tempo życia, o którym wspomniał, nie pozwalało mi na snucie wspomnień.

– Tak żałuję…

Głos uwiązł mi w gardle. W moim życiu było kilka rzeczy, których żałowałem. Jedną z nich były młodzieńcze przyjaźnie, a raczej to, co z nich zostało. Gdybym mógł cofnąć czas, to na pewno bym je pielęgnował. To coś, czego nie da się kupić za pieniądze.

Ująłem dłoń staruszki i ją ucałowałem. Obok nas pojawił się jej mąż.

– Dobrze, że jesteś, Adaś – powitał mnie tymi samymi słowami, co przed chwilą jego żona. – Przyjdziesz do nas po tym wszystkim na herbatę?

Wyglądał kiepsko, ale uścisk miał tak samo mocny jak niegdyś. W młodości pracował jako drwal. Przytrzymał moją rękę, patrząc mi w oczy. W oczy patrzyła mi także jego żona.

Cóż mogłem zrobić? Właśnie chowali swoje jedyne dziecko.

– Oczywiście, że przyjdę.

Odwrócili się w kierunku wciąż otwartego grobu, a ja z rezygnacją popatrzyłem na Marcina. Miałem nadzieję, że nie będzie mi już zawracał głowy, ale się myliłem.

– Naprawdę musimy pogadać. Jak myślisz, ile ci zejdzie u Krzyśka?

Westchnąłem ciężko, a potem zerknąłem na zegarek. Była druga po południu. Wczoraj o tej porze odbierałem bagaże na Okęciu.

– Mam nadzieję, że niedługo – szepnąłem, tłumiąc ziewnięcie. – Gdzie mieszkasz?

– Cały czas z rodzicami – odparł z zakłopotaniem. – Ale chciałbym cię prosić, żebyś wpadł do mnie do pracy.

Przez chwilę nie rozumiałem, co do mnie mówi.

– Do pracy? Masz na myśli… komendę policji?

Pokiwał ponuro głową.

– Tak. Muszę ci zadać kilka pytań. O Krzyśka.

Odruchowo cofnąłem się o krok. Nagle wszystko zaczęło wydawać mi się dziwne.

– O Krzyśka? Przecież on nie żyje.

Położył mi rękę na ramieniu. Ten gest – nie wiedzieć czemu – wydał mi się bardzo „policyjny”.

– Właśnie dlatego, że nie żyje. Nie denerwuj się. Po takich… nienaturalnych śmierciach policja zawsze prowadzi czynności wyjaśniające…

Mówił dalej, ale przestałem go słuchać. Cofnąłem się myślami do wczorajszego telefonu. Gdy zadzwonił, byłem jeszcze na Okęciu, czekając na taksówkę. Poinformował mnie o śmierci Krzyśka i o jego pogrzebie, upewniając się, że przyjadę. A potem zaproponował, że spotka się ze mną przed nabożeństwem w cerkwi.

– Ty nie dzwoniłeś do mnie jako kolega, prawda? Dzwoniłeś służbowo?

Chwycił obiema rękami za pasek i podciągnął spodnie, zsuwające mu się z wydatnego brzucha. Odniosłem wrażenie, że swoim pytaniem wprawiłem go w konsternację.

– I tak bym cię zawiadomił – powiedział wreszcie. – Ale masz rację, dzwoniłem służbowo.

Podobnie jak Marcin, Krzysiek też mieszkał z rodzicami. Zaparkowałem przed drewnianą chałupą na przedmieściach i ze zdziwieniem skonstatowałem, że wygląda dokładnie tak jak przed laty. Zupełnie jakby zatrzymał się czas. Wypatrzyłem nawet niewielką dziurę w jednej z desek – pamiątkę po niefortunnym wystrzale z wiatrówki. Pogrążyłem się we wspomnieniach, ale po chwili przywołałem do porządku. Zerknąłem na komin i zobaczyłem blady dym. Nie mogłem tego odwlekać dłużej. Przeszedłem przez furtkę i wszedłem do chałupy, wciągając do płuc ten sam co przed laty zapach starego drewna.

– Czekamy tylko na ciebie. Zjesz coś?

Matka Krzyśka narzuciła na czarną suknię fartuch kuchenny i krzątała się przy dymiących garnkach. Nie miałem ochoty na jedzenie. Na cmentarzu rozbolał mnie brzuch.

– Nie, dziękuję. Jeśli można, to napiłbym się herbaty.

Gdy gotowała wodę, przeszedłem do sąsiedniego pomieszczenia. Siedziało tu kilkoro starszych ludzi. Rozpoznałem wśród nich najbliższych sąsiadów i zażywnego wujka. Skłoniłem się im lekko i poszedłem dalej, do pokoju Krzyśka.

Na łóżku siedział ojciec. Starczą twarz ukrył w złożonych dłoniach. Chciałem się cofnąć, ale moją uwagę przykuło duże czarno-białe zdjęcie Krzyśka. Stało na biurku, między dwoma wazonami pełnymi białych róż. Tuż nad nim zawieszono ikonę.

– Tak już zostanie – odezwał się ojciec, nie odrywając dłoni od twarzy. – Dopóki żyjemy, Krzyś codziennie będzie miał świeże kwiaty.

Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Stąpałem tak ostrożnie, jakbym pod nogami miał nie dywan, tylko potłuczone szkło. Najchętniej bym wyszedł, ale uznałem, że nie wypada.

Zbliżyłem się do ołtarzyka i przez chwilę trwałem w zadumie, a potem zerknąłem na półkę z książkami. Stało na niej inne zdjęcie. Było dużo mniejsze i kolorowe. Sięgnąłem po nie, czując drapanie w gardle.

Na zdjęciu uwieczniono czterech elegancko ubranych młodzieńców stojących na tle czegoś, w czym z trudem rozpoznałem szkolną tablicę ogłoszeń. Wywieszono na niej wyniki egzaminu maturalnego. Roześmiane twarze chłopaków wskazywały na to, że wszystko poszło dobrze. Mieliśmy na sobie nasze pierwsze garnitury. Krzysiek stał po mojej prawej stronie, obejmując mnie ramieniem. Z mojej drugiej strony stał Marcin, o kilkanaście kilogramów szczuplejszy niż obecnie, ścis­kając w ręku butelkę piwa. Czwartym absolwentem był Alek. Uśmiech jak zawsze miał najszerszy, a garnitur – najbardziej elegancki. Po drugiej stronie aparatu – chociaż oczywiście nie uwieczniło się to na fotografii – stała moja żona.

Miałem takie samo zdjęcie w albumie. Ale nigdy bym nie wpadł na to, by postawić je nad biurkiem.

– Byliście tacy młodzi i szczęśliwi. – Matka Krzyśka zjawiła się obok mnie tak nieoczekiwanie, że aż podskoczyłem. – Krzyś zawsze powtarzał, że były to najpiękniejsze lata jego życia. Słodzisz?

Pokręciłem głową i wyjąłem z jej dłoni szklankę z herbatą. Była gorąca, więc chwyciłem za słomiany koszyczek.

– Ja też dobrze wspominam liceum…

– Ty wyjechałeś w świat – przerwała mi kobieta. – Krzyś opowiadał, że dobrze ci się powodzi. No i miałeś… masz Asię. Dla ciebie to, co najlepsze, zaczęło się później, ale w dorosłym życiu naszego syna nie było zbyt wiele radości.

– Wyglądał na szczęśliwego – stwierdziłem, chociaż nie wiedziałem, jak było w rzeczywistości. – Miał pracę, miał was…

– Ostatnio ciągle za czymś gonił. – Machnęła ręką. – Myślałam, że to kobieta, ale nigdy żadnej tu nie przyprowadził. Nie miał szczęścia do kobiet, oj nie…

Miała rację. Krzysiek był łagodnym, grzecznym człowiekiem, a trafiały mu się same cholery. Opowiadał o tym z rozbawieniem, ale wyczuwałem, że każda z nich zostawiała mu na duszy kolejną bliznę. Chociażby ta, z którą przyszedł na nasze wesele. Kelnerka z jednej z hajnowskich knajp. Kilka miesięcy później go rzuciła – podobno dla białoruskiego kierowcy ciężarówki, który zatrzymał się w Hajnówce tylko na obiad.

Matka Krzyśka przyklękła i sięgnęła do komody. Po chwili wyjęła z niej oprawny w płótno album ze zdjęciami. Otworzyła go na chybił trafił.

– Popatrz. Ty i twoja żona.

Zerknąłem na fotografię. Została zrobiona podczas wakacji. Leżeliśmy z Aśką plackiem nad brzegiem zalewu w Repczycach. Zrelaksowani, młodzi i bardzo szczęśliwi.

– Wtedy jeszcze nie żona – uściśliłem, ciesząc się, że nie skojarzyła miejsca, w którym zrobiono zdjęcie. Z tego, co mówił wczoraj Marcin, to właśnie w Repczycach odnaleziono ciało jej syna.

Przewróciła kilka stron albumu i usiadła na łóżku. Chcąc nie chcąc, usadowiłem się obok niej i jej trwającego wciąż w bezruchu męża.

– Spójrz tutaj – poprosiła, podtykając mi pod nos fotografię, na której wraz z Krzyśkiem maszerowaliśmy przez las. – To chyba z jakiejś szkolnej wycieczki. Nad morzem?

– Na Mazurach.

Mówiła coś dalej, ale przestałem słuchać. Całą uwagę skoncentrowałem na sąsiedniej stronie albumu. Było tam duże zdjęcie prześlicznej blondynki o intensywnie niebieskich oczach i sympatycznie zadartym nosie. Pierwsza wielka miłość Krzyśka… Przez moment dumałem nad przewrotnością losu.

– To Kaśka, prawda? – upewniłem się, a kobieta tylko pokiwała głową.

Na jej twarzy pojawiła się niechęć. Nie sądziłem, by obiektem tej niechęci była dziewczyna. Gniewała się raczej na los, który tak brutalnie obszedł się z młodzieńczym uczuciem jej syna.

– Nie żyje już od trzynastu lat – powiedziała po chwili. – Krzysiek nigdy się z tym nie pogodził.

Tę historię znałem tylko z opowieści, bo w tym czasie – podczas wakacji pomiędzy szkołą średnią a studiami – przebywałem z Aśką daleko stąd, na południu Francji. Pojechaliśmy, jak to się kiedyś mówiło, na saksy. Pracowaliśmy w winnicy i chociaż robota była ciężka, to i tak był to jeden z najwspanialszych wyjazdów w moim życiu. Słodkie wino, słońce i Aśka… Czego chcieć więcej? Niestety pod naszą nieobecność w Hajnówce rozegrał się ponury dramat. Kaśka – dziewczyna, którą znaliśmy ze szkoły i do której potajemnie wzdychał Krzysiek – popełniła samobójstwo. Była od nas o rok młodsza. Gdy wróciliśmy, cała Hajnówka mówiła tylko o niej, a pod gmachem liceum płonęły znicze.

– Paskudna historia – mruknąłem. – Krzysiek nigdy nie chciał o tym mówić.

Ojciec drgnął i po raz pierwszy od momentu, w którym wszedłem do pokoju, podniósł wzrok. W oczach miał dziwną pustkę.

– Pracował ze mną w lesie. Kiedy robotnicy przynieśli wiadomość o tym samobójstwie, po prostu pobiegł przed siebie. Przesiedział w puszczy do następnego dnia. Bardzo się o niego martwiliśmy.

Delikatnie wyjąłem album ze zwiotczałych dłoni staruszki i przewracałem kolejne strony. Zdjęć Kaśki było więcej. Na jednym z nich staliśmy obok siebie przy jakiejś ulicy, śmiejąc się jak para wariatów. Nie umiałem sobie przypomnieć, co nas tak rozbawiło, ale nie musiało to być nic specjalnego. W tamtych czasach wszyscy chichotaliśmy prawie przez cały czas, a przynajmniej tak to pamiętałem.

– Kiepsko ją znałem – przyznałem zgodnie z prawdą. – Mam wrażenie, że średnio dogadywały się z Aśką. Ale byliśmy razem na kilku imprezach. Nigdy bym nie powiedział, że… zrobi to, co zrobiła.

Westchnąłem, po czym przekartkowałem album do końca. Nie było to przyjemne. Staruszkowie wpatrywali się w każde zdjęcie syna jak w święty obraz, a po twarzach spływały im łzy. Z pewnością będą oglądać ten album jeszcze wielokrotnie, bo cóż im pozostało po jedynaku? Wyłącznie wspomnienia, zapisane na tych kilkudziesięciu blaknących fotografiach.

– Będę już leciał – powiedziałem, odkładając album i wstając z miejsca.

Ale nie wypuścili mnie tak łatwo. Musiałem dopić herbatę, a potem wmusić w siebie solidny kawał kiszki ziemniaczanej. Na szczęście przy stole siedziało kilkanaście osób, więc nie musiałem się odzywać. I bez tego czułem się wykończony.

– Jakie masz teraz plany? – spytała mnie matka Krzyśka, gdy wreszcie podniosłem się od stołu. – Zostaniesz na kilka dni?

Potrząsnąłem głową.

– Niestety muszę zaraz wracać do Warszawy. Może w lecie uda się nam przyjechać na dłużej.

Nie bardzo wierzyłem, by tak się stało, ale słowa nic nie kosztują. Skoro nie było mnie tu przez trzynaście lat, to niby czemu miałbym pojawić się znowu za miesiąc czy dwa?

– A nie wpadniesz nawet na swoją działkę?

– Może następnym razem. A co, domek jeszcze stoi?

Pytanie było zasadne. Kiedy byłem w liceum, ojciec odkupił od kogoś kawałek gruntu pod Hajnówką i postawił tam działkową altankę. A potem przepisał to na mnie. W czasach liceum urządzaliśmy tam niezapomniane imprezy, a potem… Przez wszystkie te lata pomyślałem o działce może ze trzy razy i – rzecz jasna – ani razu jej nie odwiedziłem.

– No pewnie, że stoi – poinformowała staruszka. – Ostatniego lata Krzysiek pomalował domek impregnatem. Spędzał tam wtedy dużo czasu.

– Wstawił do środka stare łóżko – włączył się jej mąż – więc od biedy można tam spać. Warunki są, jakie są, ale on czasem tam sypiał.

– Czasem? – zdziwiła się jedna z sąsiadek. – Jak było ciepło, to sypiał tam prawie codziennie.

Zdziwiłem się, ale po chwili skojarzyłem, że przed laty dałem mu klucze. Mówił, że czasem lubi sobie posiedzieć sam, bez rodziców. Widocznie z wiekiem samotność coraz bardziej mu odpowiadała. Żałowałem, że mi o tym nie powiedział. Od razu przepisałbym działkę na niego, bo przecież do niczego nie była mi potrzebna.

Teraz nie była potrzebna także jemu.

– Wracając, chętnie tam podjadę – oznajmiłem, po czym pożegnałem się po kolei ze wszystkimi gośćmi.

Matka Krzyśka uściskała mnie jak członka rodziny, a ojciec zmiażdżył mi dłoń w swoim drwalskim uścisku i odprowadził mnie do sieni.

– Klucze – przypomniał, zdejmując z gwoździa ich zaśniedziały pęk.

Jadąc na komendę, czułem przytłaczające zmęczenie. Organizm nie doszedł jeszcze do siebie po pokonaniu dziewięciu stref czasowych. W Vancouver była teraz siódma rano. Aśka zapewne dopiero wstawała z łóżka. Pod wpływem impulsu chciałem do niej zadzwonić, ale szybko włożyłem telefon z powrotem do kieszeni marynarki.

Zameldowałem się na dyżurce i po chwili skierowano mnie do Marcina. Siedział w pokoju na końcu korytarza, a na jego biurku piętrzyły się stosy dokumentów. Nie miał na sobie munduru, tylko zwykłą bluzę z kapturem, oczywiście w rozmiarze XXL.

– Na pogrzebie miałem mundur galowy – powiedział w odpowiedzi na moje nieme pytanie. – Pojechałem się przebrać, bo inaczej bym się tu ugotował.

W budynku nie było klimatyzacji. Słońce świeciło prosto w okno, podnosząc temperaturę w pokoju do jakichś trzydziestu stopni. Zrzuciłem marynarkę i powiesiłem ją na oparciu krzesła. Nie bardzo wiedziałem, w jakim charakterze tu przebywam.

– Jak mogę ci pomóc? – spytałem oficjalnym tonem.

Nalał do szklanki wody i przesunął ją w moją stronę po blacie biurka. Podniosłem ją i upiłem potężny łyk. Poczułem, jak wracają mi siły.

– Nie gniewaj się na mnie – powiedział pojednawczo, a ja machnąłem ręką. – Zaraz zrozumiesz, dlaczego zawracam ci głowę.

Wyglądał jak balon, z którego ktoś wypuścił trochę powietrza. Był przy tym wyraźnie spięty.

– Spokojnie. Aż tak mi się nie spieszy.

Uśmiechnął się krzywo, po czym się podniósł i począł przechadzać po pokoju. Pomieszczenie miało nie więcej niż dziesięć metrów kwadratowych, więc jego ruchy przywodziły na myśl rybę miotającą się w ciasnej sieci.

– Otóż, jak już wiesz, cztery dni temu ciało Krzyśka znaleźli wędkarze. W Repczycach, niedaleko plaży. Krzysiek nie umiał pływać, a na ciele nie było śladów świadczących o tym, że ktoś pomógł mu utonąć. Był w ubraniu, więc wszystko wskazuje na to, że doszło do nieszczęśliwego wypadku. Prawdopodobnie wypadł z łódki, którą znaleziono kilka godzin później. To wszystko mówiłem ci już przez telefon, prawda?

– Tak jest – potwierdziłem, przypominając sobie tę rozmowę. – Złapałeś mnie na Okęciu, wkrótce po tym, jak włączyłem telefon.

Marcin chrząknął z zakłopotaniem.

– Nie powiedziałem ci wtedy wszystkiego. Uznałem, że to nie jest rozmowa na telefon…

Urwał i otworzył okno. Do pomieszczenia dostało się trochę tropikalnego powietrza.

– Tak jeszcze gorzej – stwierdziłem, a on pokiwał głową i zamknął okno.

– Widzisz, w przypadku takiej gwałtownej śmierci stosujemy w policji pewne procedury. Jedną z nich jest sprawdzenie billingów zmarłego, czyli wykazu połączeń z jego telefonu…

– Wiem, co to są billingi.

– Widzisz, z tych billingów wyszło nam, że w dniu śmierci… bo zakładamy, że utonął kilka godzin przed tym, jak znaleziono ciało… Krzysiek kontaktował się tylko z jedną osobą.

– Z kim? – spytałem z ciekawością.

– Z tobą.

Zamilkł, ciekaw mojej reakcji. Popatrzyłem na niego przeciągle. Byłem zaskoczony, ale nie zszokowany.

– Jesteśmy kolegami. Czasem do siebie dzwonimy. Ale tym razem miał pecha. Byłem w Kanadzie i nie miałem roamingu, więc nie mógł się dodzwonić.

– Wiemy, że byłeś w Kanadzie. Sprawdziliśmy to. Brak roa­mingu też. Tak z ciekawości: dlaczego go nie aktywowałeś?

– Roamingu? To wynika z polityki firmy, w której pracuję. Na urlopach mamy odpoczywać, nie wolno nam nawet myśleć o pracy. A jeżeli chodzi o rozmowy prywatne, to przez te dwa tygodnie wystarczał nam telefon Aśki…

– Rozumiem. Czyli nie wiesz, czemu Krzysiek chciał się do ciebie dodzwonić?

– To z pewnością nie było nic pilnego. Dzwoni do mnie co kilka miesięcy. To znaczy… dzwonił. Zazwyczaj nie rozmawialiśmy o niczym ważnym. Najczęściej chwilę żartowaliśmy, chwilę wspominaliśmy, a kończyliśmy na tym, że warto by się spotkać. I tyle.

Westchnął, jakby ta rozmowa kosztowała go dużo wysiłku.

– A kiedy rozmawialiście po raz ostatni?

– Nie mam pojęcia. Chyba w grudniu…

– I od tego czasu nie mieliście ze sobą żadnego kontaktu?

Zmarszczyłem czoło i jeszcze raz przeszukałem pamięć.

– Żadnego – stwierdziłem z pewnością. – A dlaczego pytasz?

– Bo Krzysiek nie dzwonił do ciebie raz. W dniu swojej śmierci próbował się połączyć z tobą kilka razy.

– Kilka?

Podniósł z biurka jeden z wydruków i podsunął mi pod nos.

– Dokładnie czternaście.

Przez następne pół godziny roztrząsaliśmy zagadkowe zachowanie Krzyśka, ale nie doszliśmy do żadnych konstruktywnych wniosków. Nie miałem pojęcia, dlaczego nagle stałem się mu aż tak potrzebny. Czy te telefony były w jakiś sposób związane z jego śmiercią? Było to mało prawdopodobne.

– Jakby czuł się zagrożony, to dzwoniłby do kogoś tu, na miejscu – twierdził Marcin. – Chociażby do mnie. Albo do Alka. Przecież ty byłeś daleko. Nie chodzi mi nawet o Vancouver, bo o tym pewnie nie wiedział, ale Warszawa też nie jest blisko…

Z zalegającego na biurku stosu papierów wyciągnął papierową teczkę, na której – obok numeru sprawy – zapisano imię i nazwisko Krzyśka. Zanim zdążył ją otworzyć, spytałem go o kwestię, która nie dawała mi spokoju od chwili, gdy ujrzałem go w mundurze.

– Jak to się stało, że wylądowałeś w policji?

Pamiętałem, że w młodości miał awersję do wszelkiego rodzaju służb. Jego ojciec, podobnie jak mój, był wysokim rangą funkcjonariuszem straży granicznej. Ale ja ze swoim ojcem jakoś się dogadywałem, a ich wzajemne relacje pozostawiały dużo do życzenia. W latach liceum Marcin robił wszystko, by doprowadzić ojca do zawału – zapuścił włosy, nosił w uchu piracki kolczyk i regularnie popalał trawkę. Ze szkolnych przedmiotów lubił tylko wuef – uczył się tak słabo, że ledwo przechodził z klasy do klasy. Gdyby nie matka, która była wcieleniem łagodności i cierpliwości, w ich rodzinnym domu cyklicznie dochodziłoby do mordobicia. Dzięki niej kończyło się tylko na karczemnych awanturach.

– Wiesz, z tą policją wyszło zupełnie przypadkiem – odparł z zakłopotaniem, które było dziś chyba jego znakiem firmowym. – Tutaj nie ma zbyt wielu możliwości. Park narodowy albo mundur. Nie każdemu idzie tak jak Alkowi. Albo tobie.

W jego głosie wyczułem nutkę zawiści. A przecież wszystko, co miałem, zawdzięczałem tylko sobie.

– To dlaczego policja, a nie straż graniczna?

– Przez ojca – mruknął, a potem wyciągnął przed siebie ręce w obronnym geście. – Ale nie dlatego, że mamy na pieńku. Kiedy trochę zmądrzałem, zaczęliśmy się jakoś dogadywać. Po prostu nie chciałem, by za plecami mówiono, że wszystko zawdzięczam protekcji. Gdy składałem papiery do policji, mój ojciec wciąż był tu komendantem straży.

– A teraz co? Emerytura?

– Tak, od kilku lat. Ojciec jest już po sześćdziesiątce, podobnie jak twój. Tylko że twój tata przeszedł na emeryturę już dawno temu, prawda?

– I tej wczesnej emerytury wam wszystkim zazdroszczę – mruknąłem, nie chcąc rozmawiać o zawodowych perypetiach ojca. – Ja będę pewnie musiał pracować do siedemdziesiątki, ale… jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.

– Nie jest chyba tak źle – zauważył Marcin, nawiązując do moich sukcesów zawodowych. – Ta okładka w gazecie… Krzysiek wszystkim ją pokazywał. Mówił, że tak wygląda człowiek, któremu się powiodło. Młody gniewny…

Uśmiechnąłem się, maskując irytację. Kilka lat temu jedna z koleżanek Asi postanowiła – wbrew oczywistym niedostatkom talentu – spróbować swoich sił w dziennikarstwie. W ramach wprawki napisała tekst o blaskach i cieniach pracy w korporacji. Po długich namowach zgodziłem się odkryć przed nią trochę korporacyjnej kuchni. Wyrzuciłem też z teks­tu kilka piramidalnych bzdur, a dziewczyna wysłała go do redakcji paru największych tygodników. Pech chciał, że tekst spodobał się tak bardzo, iż jedno z czasopism – jak mawiało się wtedy w żargonie dziennikarskim – oddało mu okładkę. A koleżanka Aśki – w ramach źle pojętej wdzięczności – uparła się, by umieścić na niej właśnie moje zdjęcie. Nie miałem nic do gadania. Sesja zdjęciowa, idiotyczne ujęcie w rozpiętej koszuli, na mknącej po falach desce surfingowej i… mleko się rozlało. Przez następne kilka tygodni musiałem znosić docinki kolegów z pracy, pani ze sklepu spożywczego, mojego fryzjera i – co chyba irytowało mnie najbardziej – własnej żony. „Młodzi gniewni w korporacjach” – tekst, którym ozdobiono zdjęcie, prześladował mnie nawet teraz, po latach.

– Czasem mam wrażenie, że byłbym szczęśliwszy, gdybym został tu, w Hajnówce – powiedziałem niespodziewanie dla samego siebie. – Świat trochę za bardzo się rozpędził.

Marcin spojrzał na mnie uważnie, ale zamilkłem. Nie zamierzałem zwierzać się ze swoich problemów. Wyglądał tak, jakby chciał mnie o coś zapytać, ale się rozmyślił.

– Szkoda tego Krzyśka – odezwał się, rozsznurowując teczkę. – Miał takie ustabilizowane życie. Po jaką cholerę wsiadał do tej łódki?

Wzruszyłem ramionami. Z tego, co wiedziałem, nigdy nie wędkował.

– A czyja to była łódź?

– Gminy Kleszczele. Była na wyposażeniu kąpieliska gminnego. Używano jej głównie do rozstawiania bojek. Cumowano do pomostu, bez żadnego łańcucha. Była stara, zardzewiała i lekko przeciekała.

– Czyli każdy mógł ją wziąć?

Marcin pokiwał głową.

– Każdy. Przecież wiesz, jak jest w Repczycach. W czerwcu prawie nikt tam nie przyjeżdża. Oczywiście wyłączając weekendy, bo wtedy zjeżdżają się dzieciaki. W tygodniu bywają dni, że na plaży jest zupełnie pusto. Nie ma nawet ratownika, bo niby po co.

Miał rację. Plaża w Repczycach w czerwcu zazwyczaj świeciła pustkami. Niewielki zalew, nad którym urządzono kąpielisko gminne, był położony przy samej granicy, w oddaleniu od innych miejscowości. Aby się tam dostać z Hajnówki, trzeba było wlec się ponad godzinę zdezelowanym pekaesem, a potem iść kilka kilometrów przez pola. O takich miejscach mówiło się, że zawracają tam wrony.

Co wcale nie znaczyło, że było tam brzydko. W czasach lice­um spędziłem tam niejedno letnie popołudnie. Uwielbiałem ten zalew.

– Śmierć nastąpiła w wyniku utonięcia, prawdopodobnie kilka minut po dwudziestej trzeciej – kontynuował Marcin, przeglądając papiery. – W chwili śmierci we krwi Krzyśka nie było alkoholu. Na ciele nie miał żadnych śladów przemocy. Nawet jednego siniaka…

– Czekaj, czekaj – przerwałem, ale to nie siniaki tak mnie zainteresowały. – Skąd wiesz, że zmarł kilka minut po dwudziestej trzeciej? Jesteście w stanie tak dokładnie określić czas… zgonu? W jaki sposób?

Marcin uśmiechnął się wyrozumiale, po czym wyciągnął z teczki kopertę. W środku były kolorowe zdjęcia formatu A4. Rzuciłem okiem na pierwsze i natychmiast pożałowałem swej dociekliwości.

– Mówiłem ci w cerkwi, że ciało wyglądało kiepsko – przypomniał, gdy ja walczyłem, by nie zwymiotować. – Mówią, że utonięcie to paskudny rodzaj śmierci.

Krzysiek był siny i miał wybałuszone oczy. Zupełnie jak rozjechana ropucha. Skóra dziwnie mu się łuszczyła. Nie był to widok, który chciałbym utrwalić w pamięci.

– I co z tą godziną śmierci? – wychrypiałem, odwracając głowę od zdjęcia. – Wnioskowaliście po stanie zwłok? Po zasinieniu?

– Nie – zaprzeczył, a potem przejrzał fotografie i wyjął jedną z nich. – Zwróć uwagę na zegarek.

Na zdjęciu uwieczniono lewą stronę ciała. Mój wzrok prześlizgnął się po poczerniałych paznokciach i trafił na przegub dłoni. Wskazówki zegarka zatrzymały się na jedenastej piętnaście, a ledwie widoczna blaszka z podkreślonym markerem symbolem PM informowała, że chodzi o jedenastą wieczorem.

– Najwyraźniej nie był wodoodporny – stwierdziłem, odsuwając od siebie upiorne fotografie. – Mówiłeś, że Krzysiek nie był pijany, tak? A jakieś środki odurzające?

Marcin schował zdjęcia do koperty, a potem rozłożył ręce.

– Analiza toksykologiczna może trwać nawet kilka tygodni. Dopóki nie wpłyną wyniki, nie mogę zamknąć sprawy, ale między nami mówiąc, to nie sądzę, by Krzysiek miał w sobie jakieś świństwo. To był rozsądny facet.

Spuścił wstydliwie oczy. Na czym jak na czym, ale na środkach odurzających znał się jak mało kto. Uznałem, że najlepiej zmienić temat.

– Miał kogoś?

Na pogrzebie nie widziałem żadnej kobiety pasującej na jego partnerkę, ale przecież mogłem coś przegapić.

– Nie wydaje mi się. Dwa miesiące temu widzieliśmy się na piwie. Pewnie już nie pamiętasz, ale kiedy spotykają się dwaj kawalerowie, to głównym tematem są kobiety. Krzysiek nie wspominał o nikim szczególnym.

Urwał i zmarszczył czoło. Chociaż rysy twarzy rozmyły mu się pod wpływem dodatkowych kilogramów, to znałem go wystarczająco dobrze, by dostrzec, że nad czymś się zastanawia.

– O co chodzi?

Wyprostował się gwałtownie, jak uczeń złapany na ściąganiu. Popatrzyłem na niego surowo.

– O nic. Naprawdę o nic. To była zwyczajna rozmowa, dwóch facetów przy piwie… Chociaż…

– Krzysiek powiedział coś szczególnego?

– Czy ja wiem? Trochę za dużo wypiłem i nie jestem teraz pewien, ale wydaje mi się…

– Wydusisz to z siebie?!

Zaczerpnął powietrza, jak przed skokiem na głęboką wodę.

– Krzysiek pytał mnie o policyjne bazy danych. To mogła być zwykła ciekawość, ale ten kontekst…

– Jaki kontekst?

– Rozmawialiśmy wcześniej o poszukiwaniach osób zaginionych. Nie wiem, skąd akurat taki temat… Wtedy zapytał o te bazy. Zastanawiał się, czy można je oszukać. Po prostu wyjść z domu i nigdy nie wrócić. Zniknąć.

– Zniknąć? – zaniepokoiłem się. – To rzeczywiście dość dziwny temat na rozmowę przy piwie.

– Zniknąć samemu albo odnaleźć osobę, która zniknęła. Wtedy nie myślałem zbyt logicznie i nie dociekałem, po co mu takie informacje. A teraz jest za późno…

– I co mu powiedziałeś o tych bazach? – spytałem, po czym, nie czekając na odpowiedź, zacząłem wyliczać. – Jest baza PESEL, są pewnie jakieś bazy ubezpieczeń społecznych, są bazy urzędów skarbowych… Przed skarbówką się nie schowasz…

W moim głosie było tyle urazy, że Marcin odruchowo się roześmiał. Po chwili jednak spoważniał.

– Są też inne bazy. Z niektórych korzysta chociażby straż graniczna. Na przykład baza dotycząca przekroczeń granicy. Powiedziałem mu to, ale tylko machnął ręką. A potem zapytał mnie wprost o KSIP.

– O KSIP? A co to za diabeł?

– Krajowy System Informacji Policyjnej. To taka baza, w której są dane o przestępcach, osobach poszukiwanych albo takich, które usiłują ukryć swoją tożsamość. Jest tam mnóstwo danych wrażliwych, tak więc dostęp do KSIP-u jest kontrolowany. Policjant nie może tak po prostu go włączyć i korzystać jak z Facebooka czy Naszej Klasy.

Zaczynało tu coś brzydko pachnieć. Nie były to bynajmniej nasze spocone ciała.

– Krzysiek chciał, żebyś mu kogoś sprawdził w tym… KSIP-ie?

Marcin otarł czoło i wzruszył ramionami.

– A cholera go wie. Tak mnie jakoś dziwnie podchodził, a kiedy powiedziałem, że za coś takiego można mieć dyscyplinarkę, to obrócił wszystko w żart. A może rzeczywiście żartował? Widzisz, jak człowiek wypije kilka piw, to traci trochę rozeznanie.

Pokiwałem głową, bo znałem to z autopsji. Ich rozmowa z pewnością była dziwna.

– Czasem po pijaku człowiek uczepi się jakiegoś przypadkowego tematu i wałkuje go do upadłego, ale bez przesady. Zrozumiałbym, gdybyście pół nocy rozmawiali o cyckach barmanki, ale o policyjnych bazach danych?

– To już zboczenie – zgodził się Marcin.

– No właśnie. A Krzysiek… on też był pijany?

– A bo ja wiem? Przecież nie kazałem mu dmuchać w alkomat. Sam wydmuchałbym pewnie ze dwa promile.

Gwizdnąłem.

– Nie oszczędzacie się tutaj, na Podlasiu.

– Nie trafiamy na okładki, to pijemy – odciął się, a potem zerknął na zegarek i zaczął pospiesznie układać papiery w teczce Krzyśka. – Kurczę, taka głupia śmierć.

Zasznurował teczkę i położył ją na szczycie stosu papierów. Ogarnąłem spojrzeniem zawalone dokumentami biurko, a potem zacząłem się zbierać.

– Chyba nie narzekasz na brak pracy, co?

Podniósł oczy ku niebu.

– Nie narzekam. Powinienem teraz zajmować się czymś innym, a sprawę Krzyśka odłożyć do szafy. Ale nie potrafię. Dopóki istnieje choćby najmniejsze podejrzenie, że ktoś pomógł mu utonąć, dopóty będę węszył. Jak trzeba, to nawet w czasie wolnym.

Podałem mu rękę. Na jego miejscu uczyniłbym to samo. Przy drzwiach zatrzymałem się na moment.

– Mogę ci jakoś pomóc?

Wstał i podszedł do mnie, potrącając brzuchem biurową lampkę.

– Byłeś jego najlepszym kumplem – mówił tak szybko, że nie zdążyłem zaprzeczyć. – To nic, że przez długi czas się nie widzieliście, nikt nie znał go tak dobrze jak ty. Jakbyś sobie coś przypomniał, zauważył coś niepokojącego… cokolwiek… to wal do mnie jak w dym. O każdej porze dnia i nocy.

*

Od trzynastu lat żyłem w Warszawie. Duże miasta mają swoje zalety i nie chodzi mi tu o teatry czy filharmonię, bo przecież w takie miejsca i tak chodzi się tylko od święta. Albo w ogóle nie. W dużych miastach najbardziej podobała mi się anonimowość. Tam bardzo rzadko wpadało się przypadkiem na znajomego.

W Hajnówce było inaczej.

– Adaś, zaczekaj!

Zastygłem z ręką na klamce samochodu i odwróciłem się w stronę, z której dobiegał głos. Zmrużyłem oczy przed słońcem i po chwili ją dostrzegłem. Zbliżała się szybko, wymachując torebką.

– Chyba będę miał szczęście – powiedziałem z uśmiechem, bo widok Agaty sprawił mi radość. – Dwa razy w ciągu jednego dnia? To musi być przeznaczenie.

Podeszła do mnie, poprawiając włosy. W tym geście było coś dziewczęcego.

– Przeznaczeniu czasem trzeba pomóc – powiedziała zagadkowo, po czym pospieszyła z wyjaśnieniami: – Marcin powiedział mi, że zamierza zaprosić cię na komendę. Wyszłam na zakupy i kręciłam się po okolicy. Chciałam cię jeszcze zobaczyć.

Odruchowo wciągnąłem brzuch. Cóż, jak już wspomniałem, stara miłość nie rdzewieje. Popatrzyłem na nią z przyjemnością. Miała niewinny wyraz twarzy, ale w oczach coś, co sprawiło, że poczułem szybsze bicie serca. Cichy głosik w głowie nakazał ostrożność, ale postanowiłem go zignorować.

– I co? Kupiłaś coś?

Pokręciła głową.

– Nie zdążyłam. Wracasz do Warszawy?

Zdążyła się przebrać. Czarną sukienkę zastąpiły krótkie spodenki i koszulka na ramiączkach. Miała umięśnione i mocno opalone ramiona. A nogi wciąż idealne.

– Taki jest plan – odparłem, czując, że burczy mi w brzuchu. – Ale najpierw chciałbym coś zjeść. Najchętniej ze starą przyjaciółką.

– Mówisz o mnie? Tak naprawdę nigdy nie byliśmy przyjaciółmi. W liceum za każdym razem, gdy się do ciebie odzywałam, Aśka wyglądała tak, jakby chciała wydrapać mi oczy.

Parsknąłem śmiechem. Z tego, co pamiętałem, to niechęć była obustronna.

– Nie bój się, Aśki nie ma. Można tu coś zjeść? – spytałem, a potem dodałem proszącym tonem: – Tylko niech to nie będzie kiszka ziemniaczana, dobrze?

W Hajnówce, którą pamiętałem z dawnych lat, nie było zbyt wielu klimatycznych knajp. Turyści od zawsze woleli stołować się w pobliskiej Białowieży, a miejscowi najczęściej jadali w domu. Najwyraźniej od kiedy wyjechałem, niewiele się zmieniło, bo Agata dość długo się zastanawiała. W końcu wzruszyła ramionami.

– Zabiorę cię tam, gdzie sama jadam. Nie jest to jakiś super­elegancki lokal, ale nigdzie nie mają takich pielmieni.

Przełknąłem ślinę. Pielmieni, czyli wywodzące się z Rosji małe pierożki z mięsem, zaliczały się do moich ulubionych przysmaków.

– To prowadź – zarządziłem z entuzjazmem.

Główny punkt Hajnówki to zwykła uliczka zabudowana trzypiętrowymi blokami. Historia miejscowości jest krótka. W okresie międzywojennym otwarto tu kilka tartaków, a potem fabrykę. Przedtem – zanim rozwinął się przemysł drzewny – Hajnówka była zwykłą wioską. Prawa miejskie uzyskała dopiero po wojnie – w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym pierwszym roku. Siłą rzeczy nie ma tu więc rynku, zabytkowych kamieniczek i urokliwych knajpek, a w architekturze dominuje „późny socrealizm”, czyli bloki z wielkiej płyty poprzetykane – bez ładu i składu – domkami jednorodzinnymi. Tkanka miejska nie wyróżnia się niczym szczególnym – niektórzy powiedzieliby wręcz, że jest brzydka, choć ja tak nie uważałem.

Knajpka, do której szliśmy, mieściła się w zwykłym bloku. W rogu pojedynczej sali zainstalowano zlewozmywak, najwyraźniej po to, aby przychodzący tu robotnicy mieli gdzie umyć ręce. Lepiące się od brudu stoliki zajęte były głównie przez ogorzałych mężczyzn. Wolny był tylko jeden, najmniejszy, przy oknie z widokiem na parking.

Usiłowałem robić dobrą minę do złej gry, ale chyba nie bardzo mi to wychodziło. W pomieszczeniu było gorąco i duszno. Zacząłem żałować, że nie zatrzymałem się na stacji benzynowej na hot doga.

– Zobaczysz, nie będzie tak źle – obiecała Agata, gdy usadowiliśmy się przy stoliku.

Nie bardzo w to wierzyłem, ale okazało się, że miała rację. Pielmieni były pyszne. Mięsne pierożki, posypane obficie cebulą, dosłownie rozpływały się w ustach. Jedząc je, odnalazłem smak młodości.

– Krzysiek też tu przychodził? – spytałem z pełnymi ustami.

Posmutniała i wolno pokiwała głową.

– Tak. Co jakiś czas jedliśmy razem obiad. Trudno uwierzyć, że więcej go tu nie zobaczę.

Czas płynął nam… osobliwie. Z jednej strony prowadziliśmy coś w rodzaju niewinnego flirtu, z drugiej zaś – co rusz wspominaliśmy Krzyśka. Nieśmiały śmiech przeplatał się z dłuższymi chwilami zadumy.

– Niewiele się zmieniłaś – stwierdziłem w pewnym momencie, przerywając ciszę. – Za to Marcin… Wydaje się teraz zupełnie innym człowiekiem.

Nie miałem na myśli dodatkowych kilogramów. Zmienił się przede wszystkim mentalnie. Kiedyś byliśmy niemal nierozłączni, a teraz… Odnosiłem wrażenie, że nie mielibyśmy zbyt wielu wspólnych tematów.

– Kilka lat temu rzuciła go dziewczyna. – Agata mówiła tak cicho, jakby było w tym coś wstydliwego. – Bardzo wtedy spoważniał. I kto wie? Może wyszło mu to na dobre?

Nie byłem przekonany. Chyba wolałem tego starego Marcina. Ale w istocie było mi wszystko jedno. Prawdziwe życie czekało na mnie w Warszawie. Miałem nadzieję, że matka pamiętała, by podlewać kwiaty.

Zamyśliłem się i na chwilę zapomniałem, gdzie jestem. Ocknąłem się dopiero wtedy, gdy Agata pomachała mi ręką przed oczami.

– Ładny pierścionek – mruknąłem, maskując zmieszanie. – Czy Krzysiek z tobą też rozmawiał o bazach danych?

Zastygła w zaskoczeniu.

– Nie przypominam sobie. O bazach danych? Niby dlaczego?

Zrelacjonowałem jej rozmowę na komendzie. Wyglądała na zdziwioną.

– Chciał kogoś odszukać? Dziwne, że nie zwrócił się do mnie. W naszej placówce odpowiadam za kontakty z innymi służbami. Jeżeli potrzebował danych z KSIP-u, to powinien załatwiać to przeze mnie. Napisałabym wniosek do policji, a oni przesłaliby wszystko, czego byśmy chcieli.

– To chyba nie było takie proste – wyraziłem obawę, nabijając na widelec ostatniego pierożka. – Przypuszczam, że nie potrzebował tych danych do celów służbowych, bo wtedy nie poruszałby tego tematu przy piwie. Nie znam się na tym, ale chyba nie mógł zamówić ich u ciebie… prywatnie, prawda?

Prychnęła, a potem pochyliła się konspiracyjnie.

– Mógł ściemnić, że te informacje są mu potrzebne do pracy. Nie rób takiej zdziwionej miny, my często kogoś szukamy. Zapewniam cię, że nikt by w to nie wnikał.

Popatrzyłem na nią kpiąco.

– Nie sądzę, żeby Krzysiek był w stanie oszukiwać. To nie w jego stylu. W liceum nigdy nie ściągał, pamiętasz?

– Może masz rację – powiedziała po chwili, marszcząc w zamyśleniu czoło. – Sprawdzę historię ostatnich wyszukiwań w tych bazach, które miał w swoim komputerze.

– Możesz to zrobić?

Popatrzyła na mnie, przymrużając oczy. To spojrzenie wciąż na mnie działało.

– W naszej placówce jestem głównym administratorem systemów komputerowych. Kilka lat temu zrobiłam podyplomówkę z informatyki. Uznałam, że to lepsze od patrolowania granicy. Tam potrafi być naprawdę niebezpiecznie.

Nie polemizowałem. Nasłuchałem się w życiu historii o strzelaninach, bójkach i pościgach za przemytnikami. Ojciec na trzeźwo nie był zbyt wylewny, ale po alkoholu zmieniał się w urodzonego gawędziarza.

– Dasz znać? – spytałem pod wpływem impulsu.

– Pewnie. Za dwie godziny zaczynam służbę. Wpadnę do pracy wcześniej i wszystko dokładnie przetrzepię.

Wyciągnąłem z portfela wizytówkę. Jej dobry nastrój prysł jak bańka mydlana. Popatrzyła na mnie ze smutkiem.

– O co chodzi?

– Nie zostaniesz do jutra? Moglibyśmy się spotkać…

Przez moment się wahałem. Do pracy wracałem dopiero w poniedziałek, a w Warszawie czekało na mnie tylko puste mieszkanie. Ale gdy zerknąłem na rozłożony na stole portfel, podjąłem decyzję.

– Muszę wracać – powiedziałem stanowczo.

W portfelu miałem zdjęcie Aśki. Odniosłem wrażenie, że twarz z fotografii patrzy na mnie z aprobatą.

Włączając silnik, poczułem, że coś uwiera mnie w biodro. Sięg­nąłem do kieszeni i wydobyłem z niej pęk kluczy. Przez chwilę patrzyłem na nie ze zdziwieniem, aż wreszcie dotarło do mnie, co to za klucze. Głos spikera w radiu poinformował mnie, że właśnie minęła osiemnasta. Biłem się z myślami, ale potem machnąłem ręką. Te kilkadziesiąt minut nie mogło mnie zbawić. Postanowiłem odwiedzić swoją działkę.

Dwa kilometry za Hajnówką skręciłem w boczną drogę, która doprowadziła mnie do rozwidlenia. W tym miejscu kończył się asfalt. Zwolniłem do dziesięciu kilometrów na godzinę i potoczyłem się polną dróżką w kierunku falującej na horyzoncie ściany lasu. Po dalszych stu metrach zaparkowałem przy pojedynczej latarni, tratując zderzakiem wysokie źdźbła. Wysiadłem i wciągnąłem do płuc upajający zapach świeżej trawy, a potem dotknąłem ręką drucianego ogrodzenia. Nie rozsypało się, ale na dłoni pozostały mi drobinki rdzy.

Działka miała ze trzy hektary, z czego przynajmniej jedna trzecia przypadała na stare siedlisko i przylegający do niego sad. Tylko ta część była ogrodzona. Na moim polu rosło zboże – widocznie jakiś rolnik zlitował się nad nieużytkiem i postanowił go zagospodarować. Nie miałem pretensji. Przecież i tak nic bym z tą ziemią nie zrobił.

Zerwałem jeden z kłosów i roztarłem go między palcami. Na moje oko była to pszenica, ale mogłem się mylić. Wieś znałem głównie z serialu Daleko od szosy. Byłem typowym mieszczuchem.

Furtka zamknięta była na kłódkę. Po dłuższych wysiłkach udało mi się odszukać właściwy klucz i z trudem przekręcić go w przerdzewiałym zamku. Otwieraniu furtki towarzyszyło tak przeraźliwe skrzypienie, że ramiona pokryła mi gęsia skórka.

Zaraz za furtką potknąłem się o metalowy rupieć. Rozgarnąłem sięgającą w tym miejscu do połowy ud trawę i stwierdziłem, że kryła resztki kosiarki. W dawnych czasach, przed grillami, które tu organizowałem, zawsze starannie kosiłem trawę. Było to monotonne i nieco frustrujące, ale zostawiało taką opaleniznę, jakiej nie dawało najlepsze solarium.

Kiedyś było tu gospodarstwo, ale pozostały po nim jedynie szczątkowe fundamenty murowanej obory i tak zwana lodownia, czyli kamienno-ziemna budowla, wznosząca się zaledwie półtora metra ponad poziom gruntu. Przed elektryfikacją pełniła funkcję lodówki, a my korzystaliśmy z niej podobnie jak dawni mieszkańcy. Chłodziliśmy w niej piwo.

Po kupnie siedliska ojciec wybudował tu niewielką altankę, w której od biedy można było spać. Nie było tu rzecz jasna bieżącej wody. Na podwórku wykopano co prawda studnię, ale zaczerpnięta z niej woda nadawała się tylko do mycia. I to po odstaniu, bo była zimna jak lód.

Przebrnąłem przez wysokie zielsko i dotarłem na podwórze. Natknąłem się tu na czarne miejsce po ognisku. Wokół widniały też inne ślady obecności człowieka. Krzysiek nie był bałaganiarzem, ale przecież nie przeczuwał, że nie zdąży już posprzątać. Obok wygasłego dawno ogniska leżał zaostrzony patyk i foliowa torebka. Zajrzałem do niej i szybko się cofnąłem. To, co kiedyś było pętem kiełbasy, zmieniło się w zielonkawą, półpłynną substancję, cuchnącą niczym ściek.

Trawa była tu na tyle niska, że musiała zostać skoszona. Potoczyłem wzrokiem dookoła i pod ścianą altanki, obok pokrytego pajęczyną grilla, wypatrzyłem zabytkową kosę. Pamiętałem, że Krzysiek umiał się nią posługiwać. Podziwiałem go. Ja już w pierwszej minucie uciąłbym sobie stopę.

Usiadłem na drewnianej ławie, która zaskakująco dobrze zniosła upływ czasu, i przez dłuższy czas kontemplowałem widok na Hajnówkę. Był jedyny w swoim rodzaju. Kolorowe pola ciągnęły się aż po odległą linię zabudowy z górującymi nad nią dwiema cebulkami kopuł cerkwi. Wiedziałem, że przez lornetkę można stąd wypatrzyć nawet budynek liceum. Nieco w bok widać było Puszczę Białowieską. Drzewa były tak ciemne, że w słonecznym blasku wydawały się granatowe.

Pomyślałem z uznaniem o swoim staruszku. Kupując siedlisko, zrobił doskonały interes. Ta panorama była warta każdych pieniędzy. Razem z uznaniem przyszło jednak zastanowienie. Przy umiarkowanym nakładzie finansowym można było z tego zrobić idealne miejsce na emeryturę. Nie miałem pojęcia, dlaczego rodzice woleli gnieździć się w dwupokojowej klitce na zaniedbanych przedmieściach warszawskiej Ochoty. Czyżby ojciec – po tylu latach służby – miał zwyczajnie dosyć terenów przygranicznych?

Na myśl o trzygodzinnej podróży ogarnęło mnie paskudne lenistwo. Położyłem się na ławie, przymknąłem oczy i wystawiłem twarz do słońca. Wciąż nie doszedłem do siebie po locie z Kanady. Nie minęły dwie minuty, a spałem jak kamień.

Obudził mnie dziwny dźwięk. Zamrugałem oczami i ze zdziwieniem odkryłem nad sobą błękitne niebo. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że jestem na działce. Kilkanaście metrów nade mną unosił się jakiś drapieżny ptak. Otworzył dziób i zaskrzeczał, tak samo jak przed chwilą. To właśnie ten dźwięk wyrwał mnie ze snu.

Od niewygodnej pozycji zdrętwiały mi wszystkie członki. Podniosłem się jak osiemdziesięcioletni staruszek i przez dłuższą chwilę przywracałem prawidłowe krążenie. Słońce przesunęło się w kierunku zachodu. Uznałem, że najwyższy czas wracać do domu.

Obrzuciłem podwórko pożegnalnym spojrzeniem i wtedy dostrzegłem, że jedno z okien altanki jest niedomknięte. Jako właściciel uznałem, że muszę je zamknąć. Wygrzebałem z kieszeni klucze i otworzyłem drzwi. Gdy tylko przestąpiłem próg, moje nozdrza wypełniły się mdłym zapachem.

Wewnątrz było ciemno jak w grobie. Podszedłem do najbliższego okna i wymacałem sznurek rolety. Zanim go uchwyciłem, w pomieszczeniu rozległo się skrobanie. Zastygłem w bezruchu, ale za moment zacząłem się śmiać. Pociągnąłem za sznurek, odsłaniając okno. Moim oczom ukazała się mała polna mysz.

– Uciekaj! Bo umrzesz tu z głodu! – Tupnąłem dwa razy, a mysz przebiegła po starym dywanie i zniknęła w szparze. – No już! Uciekaj! – Pochyliłem się nad szparą i dostrzegłem cienki mysi ogonek.

Po chwili mysz zwiała przez drzwi, a ja otarłem czoło. Odsłoniłem drugie okno – to niedomknięte – i z lekkim wzruszeniem rozejrzałem się po wnętrzu altanki.

– O cholera!

Podskoczyłem tak gwałtownie, że ugięła się pode mną podłoga. Na łóżku, pod kocem, leżał osobliwy kształt, który od razu skojarzył mi się z małym dzieckiem. Zbliżyłem się tam na miękkich nogach i drżącą ręką chwyciłem za róg koca. Panicznie bałem się tego, co zaraz zobaczę. Wstrzymałem oddech i pociągnąłem za róg, a koc majestatycznie spłynął na podłogę.

– A idź w diabły! – warknąłem, a potem przyozdobiłem tę wypowiedź kilkoma epitetami.

Pod kocem leżał zwykły zrolowany śpiwór. Nieme świadectwo tego, że Krzysiek rzeczywiście tutaj sypiał. Zresztą tych świadectw było więcej. Teraz, gdy nieco opadło napięcie, zacząłem dostrzegać kolejne przedmioty, które należały do mojego przyjaciela z dzieciństwa.

– Ładowarka, etui na okulary… bo przecież był ślepy jak kret… przenośne radio… chyba jeszcze z czasów PRL… – wyliczałem, dodając sobie otuchy własnym głosem. – Książka… aha, Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy Piaseckiego… o, i latarka… ciekawe, czy działa?

Dotykałem każdej z tych rzeczy i za moment ręce przestały mi drżeć. Wyobraziłem sobie, jak opowiadam o tej przelotnej paranoi żonie i na samą myśl o jej reakcji uśmiechnąłem się od ucha do ucha. Ale uśmiech szybko zbladł. Aśka była daleko stąd…

– Trzeba będzie to wszystko pozbierać i oddać rodzicom – szepnąłem, obiecując sobie, że zaraz przestanę gadać do siebie, bo nie był to zdrowy objaw. – Tylko kiedy…

Włączyłem radio. Było ustawione na rosyjskojęzyczną stację, w której puszczano muzykę poważną. Krzysiek lubił takie klimaty, ja ich nie znałem. Podszedłem do stołu i zobaczyłem, że leżą na nim jakieś papiery. Przez chwilę dziwiłem się, że nie dobrała się do nich myszka, ale jedno spojrzenie na podłogę wyjaśniło wszystko. Nogi stolika stały w metalowych miskach, w których wciąż była odrobina wody.

Rozgarnąłem ręką papiery, ale na pierwszy rzut oka nie były ciekawe. Przynajmniej dla mnie, bo przecież nie byłem działkowcem. Na stoliku leżało kilkanaście numerów miesięcznika poświęconego pielęgnacji ogrodów. Czyżby Krzysiek planował stworzyć tu nowy Babilon? Jeżeli tak, to niestety już mu się nie uda.

Zerknąłem na zegarek i zdziwiłem się, że zrobiło się już tak późno. Przez chwilę bębniłem nerwowo palcami o blat stołu, aż wreszcie postanowiłem, że po powrocie odeślę klucze rodzicom zmarłego kolegi i napiszę do nich krótki list, informujący o pozostawionych tu przedmiotach. Uspokoiwszy w ten sposób sumienie, ruszyłem w kierunku radia, z którego – jakże stosownie – pobrzmiewał właśnie marsz żałobny Chopina. Wyłączyłem sprzęt, ale smutna melodia uczepiła się mnie jak rzep psiego ogona. Nuciłem ją jeszcze w momencie, gdy podnosiłem z podłogi zrzucony wcześniej koc.

Na podłodze została fotografia. Musiała wcześniej leżeć na kocu, ale w obliczu makabrycznych skojarzeń, które wywołał we mnie zrolowany śpiwór, nie zwróciłem na nią uwagi. Teraz podniosłem ją i z umiarkowaną ciekawością rzuciłem na nią okiem. Poczułem, że włosy stają mi dęba.

Musiałem się upewnić. Rzuciłem się do okna i stanąłem tuż przy brudnej szybie. Serce waliło mi niczym młot pneumatyczny.

Nie było wątpliwości. Na fotografii uwieczniono Kaśkę. Pierwszą miłość Krzyśka, dziewczynę, która trzynaście lat temu popełniła samobójstwo.

Tyle że Kaśka z fotografii nie miała osiemnastu lat. Była zupełnie dorosła. Na oko jakieś trzynaście lat starsza niż wtedy, gdy umarła.

*

Nie oszczędzałem resorów. Ciągnąc za sobą chmurę kurzu, dotarłem do asfaltu, a potem pomknąłem z powrotem w kierunku Hajnówki. Ludzie siedzący na poustawianych przy drodze ławeczkach patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Nie mogli zrozumieć, czemu pędziłem jak wariat. W ich uporządkowanym świecie nikt nigdzie się nie spieszył, a czas płynął jeszcze wolniej niż w miasteczku. Trochę im zazdrościłem.

Przed komendą zahamowałem tak gwałtownie, że pisk opon spłoszył kilkanaście siedzących na drutach jaskółek. Od razu ruszyło ku mnie dwóch funkcjonariuszy drogówki, ale zanim któryś z nich zdążył się odezwać, byłem już przy drzwiach.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki