Kurs na śmierć - Wojciech Wójcik - ebook
NOWOŚĆ

Kurs na śmierć ebook

Wojciech Wójcik

4,3

52 osoby interesują się tą książką

Opis

Za grzechy trzeba płacić

Na terenie największej szkoły policyjnej kraju dochodzi do brutalnego zabójstwa. Ofiarą jest okryty złą sławą komendant, a pierwszą wskazówką dla śledczych – zdjęcie pięknej dziewczyny z jego portfela.

Wkrótce potem z okna swojego mieszkania w modnej warszawskiej dzielnicy wypada Olga Burzyńska. Samobójstwo? Wątpliwości wzbudza jej skrzynka mailowa. Trzydziestolatka wysyłała zamordowanemu komendantowi erotyczne wiadomości, a dzień po jego śmierci była widziana w okolicach miejsca zbrodni.

Policja traktuje tę sprawę priorytetowo. Do grupy śledczej zostaje włączony Paweł Łukasik – dawny as komendy głównej, przed trzema laty przeniesiony dyscyplinarnie na prowincję. Równolegle zabójcy szuka młodziutka kursantka Agnieszka Jamróz, chcąca pozbyć się łatki ofermy. Oboje odkrywają, że pod osłoną nocy w akademii dochodziło do dramatycznych wydarzeń. Wśród kursantów i wykładowców są osoby, które zrobią wszystko, by prawda nie wyszła na jaw.

Wojciech Wójcik – pisarz, autor książek Nikomu nie ufaj (2016), Garść popiołu (2016), Jezioro pełne łez (2017), Młoda krew (2018), Miałeś tam nie wracać (2019), Himalaistka (2020) i Dziedzictwo von Schindlerów (2020).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 794

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (126 ocen)
61
44
18
3
0

Popularność




Wojciech Wójcik Kurs na śmierć ISBN Copyright © by Wojciech Wójcik, 2021All rights reserved Redaktor Hanna Kossak-Nowocień Projekt okładki i stron tytułowych Joanna Wasilewska Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Ani, Beatce, Arturkowi i Madzi

Od Autora

Akademia Szkolenia Policji jest jednostką fikcyjną, wymyśloną na potrzeby tej powieści. Opisując ją, inspirowałem się topografią Centrum Szkolenia Policji w Legionowie, a także podległego mu ośrodka w Kalu. Chciałbym jednak z całą mocą podkreślić, że inspiracja ta ograniczyła się wyłącznie do topografii — wymienione w książce osoby, ich zachowania oraz rozgrywające się wydarzenia nie mają nic wspólnego z Centrum (ani inną szkołą policyjną), będąc od A do Z wytworem mojej wyobraźni.

Jestem przekonany, że w istniejących placówkach szkoleniowych służb mundurowych do opisywanych przeze mnie wydarzeń nigdy by nie doszło.

26 czerwca, Legionowo, dworzec PKP

Schody były strome, ale mężczyzna wbiegł na peron z lekkością dwudziestolatka, a przecież miesiąc temu świętował pięćdziesiąte urodziny. Metaliczny głos spikera z taśmy informował, że opóźniony pociąg Kolei Mazowieckich z Ciechanowa, planowy przyjazd godzina dwudziesta druga zero siedem, lada chwila będzie na miejscu. Mężczyzna wbił spojrzenie w ciemniejące niebo, usiłując zlokalizować potrójne światło lokomotywy, ale dostrzegł jedynie słaby blask latarni na Kozłówce. Wyciągnął elektronicznego papierosa i wypuścił z ust chmurę bezzapachowego dymu, a potem poklepał się po kieszeni, upewniając się, że zakupiony w automacie bilet do Warszawy wciąż tam jest. Korzystał z takiego automatu pierwszy raz. Kiedy poprzednim razem jechał pociągiem — a było to z piętnaście lat temu — bilety można było kupić wyłącznie w kasach.

— Dzień dobry, panie komendancie!

Drgnął, a potem odwrócił się szybko w kierunku pozdrawiającej go dziewczyny. Zobaczył obcisłą bluzkę i roześmiane spojrzenie, które — nie wiedzieć czemu — sugerowało zażyłość. Oczywiście, kojarzył ją. Miała najlepsze cycki na całym kursie. Z trudem powstrzymał się, by nie pożerać ich wzrokiem.

— Dzień dobry — odparł lodowatym tonem. Uśmiech dziewczyny natychmiast przybladł. — Korzystamy z weekendu, co? A egzaminy coraz bliżej…

Dziewczyna bąknęła coś speszona, a potem odeszła kilka kroków i utkwiła spojrzenie w witrynie z rozkładem jazdy. Zadowolony wydmuchał chmurę dymu i ruszył powoli wzdłuż peronu. Po kilkunastu latach pracy na stanowiskach kierowniczych wiedział, że fraternizowanie się z podwładnymi — nawet tymi z biustem o rozmiarze D — oznaczać może jedynie kłopoty. Owszem, jego reputacja bon vivanta była w pełni zasłużona, ale już od dawna nie umówił się nawet z koleżanką z pracy, a co dopiero z kursantką.

O tej porze nie było wielu amatorów jazdy podmiejską kolejką. Na peronie oprócz kursantki stały jedynie dwie osoby. Opryszek wyglądający na bezdomnego i szczupła młoda kobieta w długiej, powłóczystej sukience, w której przywodziła na myśl upadłego anioła. Nie mając ochoty na ich milczące towarzystwo, przeszedł na przeciwną stronę i z braku lepszego zajęcia utkwił wzrok w czerwonej eskaemce, która właśnie zatrzymała się przy sąsiednim peronie.

Wkrótce miały się zacząć wakacje. Mieszkańcy Legionowa — typowej podwarszawskiej sypialni — siedzieli w domach i planowali rodzinne wyjazdy. Z eskaemki wysypała się jedynie garstka pasażerów wracających z Warszawy po ostatnim, zbyt długim dniu pracy.

— Czarek?! To ty?! Co tu robisz?!

Po drugiej stronie wąwozu, którego dnem biegły tory, stała Majka. Komendant rozejrzał się, lekko stropiony. Była jedną z nielicznych kobiet, przy których czuł się zakłopotany. W łóżku była jeszcze bardziej sprośna niż on… I podobnie jak on nie szukała niczego na stałe.

— Zaraz mam pociąg.

— Jeździsz teraz pociągami? Ty?!

Jak na dziennikarkę przystało, była przesadnie dociekliwa. Przedtem pracowała w którymś z tygodników — nigdy nie pamiętał w którym — a ostatnio dostała się na staż do telewizji publicznej. W innych okolicznościach opowiedziałby jej o mechaniku partaczu, który naprawiał mu samochód już czwarty dzień, ale nie chciał, by usłyszało go pół Legionowa.

— Zdzwonimy się, okej?! — krzyknął, a ona pomachała ręką i ruszyła w kierunku przejścia podziemnego.

Była tak namolna, że przez moment obawiał się, iż przyjdzie na jego peron, ale wtedy zobaczył światła nadjeżdżającego pociągu. Natychmiast zapomniał o dziennikarce. Spuścił wzrok i przyjrzał się eleganckiej koszuli, a potem strzepnął z rękawa mikroskopijny pyłek. Z głośnika popłynął monotonny głos spikera. Przez stację przejedzie pociąg bez zatrzymania. Prosimy odsunąć się od krawędzi peronu.

Zaklął pod nosem, ale nagle zapomniał o irytacji. Poczuł, że pocą mu się dłonie.

— Halo! Co pani robi?!

Kobieta w powłóczystej sukni w ogóle nie zwracała uwagi na nadjeżdżające z ogromną prędkością pendolino. Chwiała się na skraju peronu, nieczuła nawet na przeszywający odgłos syreny. Odruchowo ruszył w jej stronę, a ona roześmiała się, spoglądając na niego spod przymkniętych powiek.

— Uratujesz mnie, piękny rycerzu?

Był policjantem, ale ostatnie kilkanaście lat spędził w biurze. Zabrakło mu zdecydowania. Zamiast zareagować, wybałuszył na nią oczy, a potem zerknął na bezdomnego. Mężczyzna usadowił się na ławce i najwyraźniej zapadł w drzemkę.

— Proszę się nie wygłupiać! Proszę…

Nogi same poniosły go w jej kierunku, ale było już za późno. Pociąg wjechał na peron, niemal się o nią ocierając. Zachwiała się, walcząc z grawitacją, a potem upadła na asfalt, tuż obok blaszanej burty pędzącego potwora.

— Ty głupia dziwko! — Opadł na nią i przycisnął do ziemi, starając się nie wygnieść przy tym koszuli. Leżeli do momentu, w którym po pendolinie pozostał tylko rezonujący ryk syreny. — Ty krowo! Ty cholerna wariatko!

Dziewczyna leżała nieruchomo, zanosząc się śmiechem. Gdy zaczął się podnosić, śmiech przeszedł w szloch. Łkała tak histerycznie, że się zawahał. Najwyraźniej potrzebowała pomocy. Ale zobowiązania towarzyskie były ważniejsze niż jakaś psychiczna małolata.

— Wstawaj! — Szarpnął ją brutalnie za ramię, stawiając na nogi. A potem zawlókł na ławkę, obok bezdomnego. Dopiero wtedy zauważył, że nogawkę dżinsów ma upapraną czymś ciemnym. Cholerny świat. — Popatrz, co narobiłaś, idiotko!

Dziewczyna skuliła się na ławce. Nie wyglądała już jak duch, tylko jak przerażone zwierzę, ale jego uwagę pochłonęła brudna nogawka, a potem światła kolejnego pociągu. Ukucnął i potarł zabrudzenie wciąż spoconą dłonią. Nagle za plecami usłyszał stukot obcasów o asfalt.

— O Jezu! Co to było? — Majka, która toczyła nierówną walkę z zadyszką, opadła na kolana i chwyciła dziewczynę za rękę. — Nie płacz, już po wszystkim.

Po policzkach dziewczyny spływały łzy. Zamknęła oczy i odwróciła głowę, ale zanim to zrobiła, oboje wyczuli alkohol.

— Jest pijana… Czarek, ty… uratowałeś jej życie.

Komendant chciał zaprzeczyć, ale zmienił zdanie. Rzeczywiście, gdyby jej nie przycisnął, cholera wie czy nie zsunęłaby się z peronu.

— Posiedzisz z nią chwilę? Bo ja niestety muszę jechać…

Ale nie pojechał. Dziennikarka szybko się uspokoiła. A gdy odzyskała równowagę, natychmiast zaczęła działać. Najpierw wystukała w telefonie numer alarmowy, a potem — gdy już powiadomiła służby — uwiesiła się ramienia Czarka i trajkotała z narastającym podnieceniem. Pociąg na dworzec Warszawa Gdańska — jego pociąg — odjechał bezpowrotnie.

— Widział pan, co się tu stało? — zwróciła się w pewnym momencie do bezdomnego, a ten otworzył kaprawe oczy i przez chwilę się zastanawiał.

— Facet jest bohaterem — wybełkotał wreszcie, a potem uśmiechnął się chytrze. — Uratował tę małą jak komandos. Postawiłbym mu piwo, ale…

Dziennikarka obdarzyła swojego świadka olśniewającym uśmiechem, a potem utkwiła wzrok w zainstalowanej nad ich głowami kamerze monitoringu. Była skierowana niemal dokładnie w miejsce, w którym doszło do zdarzenia.

— Myślisz, że działa? — spytała komendanta.

— A bo ja wiem? — Ze złością wzruszył ramionami. — Nie jestem wróżką.

Skwitowała tę uwagę poważnym skinieniem głowy, a potem znów podniosła do ucha telefon. Słuchał jej z kamienną twarzą. Do pewnego momentu.

— Co ty zrobiłaś? — spytał, blednąc jak ściana, gdy skończyła połączenie. — Jaka ekipa? Jaki operator kamery?

Uśmiechnęła się zwycięsko.

— Przecież wiesz, że jestem na okresie próbnym. Wybacz, kochanie, ale na tym etapie kariery nie mogę odpuszczać takich tematów. Przecież to będzie hit dnia!

— Jaki hit? O czym ty mówisz? Nie chcę mieć z tym nic wspólnego!

Popatrzyła na niego krytycznie.

— Ogarnij się! I nie rób takiej miny… Będziesz w telewizji. I na pewno dostaniesz kolejny awans. No, weź… Inni całe życie marzą, by tak się wykazać. I to w świetle jupiterów! — Wskazała na kamerę monitoringu.

— Ale ja nie mogę. Rozumiesz? Nie mogę…

Komendant rozejrzał się, jakby szukał drogi ucieczki. Ale nie znalazł. Zrządzeniem losu jeden z wozów transmisyjnych był w Serocku, gdzie realizowano reportaż o matce czworaczków. Po telefonie Majki ekipa TVP przyjechała na stację w Legionowie szybciej niż karetka i radiowóz. Majka zmusiła komendanta, by pogadał z reporterem jeszcze na peronie, a sama ruszyła do pomieszczenia ochrony, by wydębić taśmę z monitoringu. Zrezygnowaną dziewczynę, która przed chwilą igrała z losem, zbadano w karetce, a następnie, gdy nie stwierdzono zagrażających życiu zaburzeń, kazano jej dmuchnąć w alkomat. Odnotowano jedynie pół promila, więc policjant tylko pogroził palcem niedoszłej samobójczyni, a potem puścił ją do domu.

— Dziękuję, panie komendancie. — Zasalutował do czapki, jakby rzeczywiście było za co dziękować.

Ku swojemu niezadowoleniu Cezary Majchrzak, komendant legionowskiej Akademii Szkolenia Policji, został bohaterem serwisów informacyjnych. O jego wyczynie, który — odpowiednio przedstawiony w mediach — zyskał miano heroicznego i śmiertelnie niebezpiecznego, trąbiono przez kolejne czterdzieści osiem godzin na wszystkich kanałach. Komendant Główny Policji w nadesłanym liście gratulacyjnym wręcz nadużywał takich określeń jak wzorowa służba, niezłomny charakter, straceńcza odwaga… A kursanci z ASP na zorganizowanym z tej okazji apelu przez kilka minut w milczeniu bili mu brawo.

Majka Andrzejczyk również została doceniona. Materiał wyróżniono na cotygodniowej odprawie kierownictwa TVP, co zaowocowało wysoką gratyfikacją pieniężną i umową o pracę na czas nieokreślony, a także przydziałem do jednego ze sztandarowych programów rozrywkowych.

Wszyscy byli zadowoleni. Wszyscy — oprócz komendanta Majchrzaka. Tego wieczoru nie pojechał już do Warszawy. Wrócił do swojego apartamentu na terenie ASP i utopił niepokój w alkoholu. Przewidywał kłopoty i niestety miał rację.

Pozostał mu niecały miesiąc życia.

24 lipca, Legionowo, Akademia Szkolenia Policji

Agnieszka Jamróz ruszyła w kierunku szarego opla insignia, odruchowo podtrzymując zsuwające się z bioder spodnie. Gdy przed siedmioma miesiącami rozpoczęła kurs podstawowy, pasowały na nią jak ulał, ale codzienna zaprawa poranna zrobiła swoje. Ważyła teraz osiem kilo mniej. Traciła ponad kilo na miesiąc.

— Poproszę nazwiska — powiedziała zmęczonym głosem, kiedy kierowca opuścił szybę.

— Jan Majewski. — Mężczyzna zabębnił palcami w kierownicę. Gdy Agnieszka szukała nazwiska na liście zaproszonych gości, bębnienie stawało się coraz głośniejsze. — Jakiś problem? — Zmierzył dziewczynę krytycznym spojrzeniem. — Mogłabyś się pospieszyć?

Znalazła nazwisko i postawiła przy nim kropkę. Jan Majewski, Małopolski Komendant Wojewódzki Policji. Zerknęła do środka pojazdu i obok szpakowatego mężczyzny w galowym mundurze zobaczyła elegancką kobietę w średnim wieku. Oboje sprawiali wrażenie pochłoniętych rozmową. Popatrzyła na zniecierpliwionego kierowcę i przestąpiła z nogi na nogę, znów poprawiając spodnie.

— A ta pani?

Kierowca zaklął pod nosem, a potem rzucił kolejne nazwisko. Zanim odnalazła je na liście, szlaban powędrował w górę. Opel ruszył z piskiem opon, a po sekundzie obok niej zatrzymał się inny pojazd. Tym razem toyota.

— Co to za zator?

Aż zaniemówiła z wrażenia. Komendant główny policji opuścił tylną szybę i obrzucił ją na wpół surowym, a na wpół rozbawionym spojrzeniem, po czym machnął ręką w kierunku budki wartowniczej.

— Przepraszam, panie komendancie! — Dyżurny podbiegł i wyprężył się na baczność, wciskając jednocześnie przycisk na pilocie. Szlaban znów pojechał do góry. — Mamy tu kursantów. Wdrażają się…

— Bardzo dobrze — przerwał mu przełożony, a potem znów przeniósł wzrok na Agnieszkę. — Kursantka, tak? Jakie są środki przymusu bezpośredniego?

Uśmiechnęła się nieśmiało, ale po sekundzie dotarło do niej, że mężczyzna naprawdę oczekuje odpowiedzi. W teorii była niezła.

— Siła fizyczna, kajdanki, kaftan bezpieczeństwa, pas obezwładniający, siatka obezwładniająca… — recytowałaby dalej, ale podniósł rękę.

— A jakie masz teraz przy sobie?

Sięgnęła ręką za plecy i cicho zaklęła. Cholerne kajdanki. Znów jej wypadły. Rozejrzała się i wypatrzyła je na trawie, dwa metry od siebie. Schyliła się niezgrabnie, przytrzymując spodnie.

— To na razie… — Rozbawiony komendant klepnął kierowcę w ramię, a potem odwrócił głowę i jeszcze raz się uśmiechnął.

Agnieszka wyprężyła się jak struna, mając nadzieję, że nie widać, jak bardzo jest zawstydzona. Gdy pojazd komendanta zniknął za zakrętem, zadrżała jej dolna warga. Dyżurny spojrzał na nią smutnym wzrokiem i pokręcił głową.

— Oj, Agniecha, Agniecha… Weź się w garść.

Próbowała, ale jej orzechowe oczy wypełniły się łzami. Odwróciła głowę, lecz nie zrobiła tego wystarczająco szybko. Dyżurny westchnął ciężko.

— Idź na obchód — warknął, a potem wyjął jej z ręki zmiętą listę gości i odwrócił się w kierunku kolejnego samochodu.

Starając się zachować resztki godności, ruszyła dziarskim krokiem przed siebie. Minęła duży baner z napisem Akademia Szkolenia Policji i ustawioną pod nim tablicę informującą o harmonogramie zaplanowanych na dzisiaj obchodów Święta Policji. Po kilku krokach skręciła w ścieżkę i znalazła się między drzewami. Upewniwszy się, że tu nikt jej nie widzi, kucnęła, obejmując się ramionami. Miała tego kursu po dziurki w nosie. Żyła nadzieją, że z każdym kolejnym dniem będzie łatwiej, ale gdy wydawało się, że wychodzi na prostą, trafiały się takie dni jak dzisiaj.

Z jej charakterem i wrażliwością decyzja, by zostać policjantką, wymagała ogromnych pokładów samozaparcia. Czasami wydawało jej się, że podejmując ją, była zbyt odważna.

Odczekała kilka minut, stopniowo powracając do równowagi. Przełknęła ostatnią łzę i wstała, a potem poszła powoli w kierunku nowej, częściowo zadaszonej strzelnicy. Wokół nie było żywego ducha. Zaproszeni goście, a także kadra oraz ta część jej kolegów i koleżanek z kursu, która nie dostała na dziś wolnego — wszyscy zgromadzili się kilkaset metrów stąd, wokół placu apelowego. Tam, pocąc się w ponadtrzydziestostopniowym upale, oczekiwali na polową mszę świętą, którą tradycyjnie inaugurowano obchody Święta Policji.

Zatrzymała się w cieniu budynku i poklepała po tyłku, sprawdzając, czy ma kajdanki. Obciążone bronią spodnie znów zsunęły się jej z bioder. Poprawiła spinającą je agrafkę i syknęła z bólu, gdy jej ostry koniec zahaczył o miękkie ciało brzucha. W tym momencie ciszę przerwał pojedynczy odgłos wystrzału.

Odgłosy strzałów zazwyczaj sprawiały, że podrygiwała, ale ten był stłumiony, niewiele głośniejszy niż klaśnięcie. Zapięła agrafkę i ruszyła wzdłuż ściany budynku strzelnicy, zastanawiając się, kto właśnie teraz przyszedł sobie postrzelać. Stawiała na jednego z instruktorów, którego miłość do broni palnej była tak intensywna, że ocierała się o fetyszyzm. Wyłoniła się zza załomu muru i ze zdziwieniem stwierdziła, że drzwi wejściowe do budynku są otwarte na oścież, chociaż według wpajanego im regulaminu powinny być zamknięte.

Zerknęła na krótkofalówkę, którą dyżurny nazywał fachowo środkami łączności. Kusiło ją, by zignorować otwarte drzwi i pójść dalej, ale oczywiście tego nie zrobiła. Poczucie obowiązku było czymś, czego miała w nadmiarze. Wcisnęła klawisz. Po kilku sekundach zgłosił się dyżurny.

— To ty? — mruknął bez cienia entuzjazmu. — Co jest? Otwarte drzwi? Zaczekaj chwilę.

Głos zastąpiły jednostajne szumy. Po niecałej minucie odezwał się ponownie.

— Klucze pobrał dziś szef… Po prostu zamknij te drzwi, okej?

Rozłączyła się. Komunikat był klarowny, a ona nie zamierzała szukać dziury w całym. Regulamin, w którym była mowa o konieczności zamykania drzwi, a konkretniej „blokowania ciągów komunikacyjnych w budynku strzelnicy”, przeznaczony był najwyraźniej jedynie dla kursantów. A jeśli nawet dotyczył szefostwa, to podpadanie Cezaremu Majchrzakowi było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę. Komendant Akademii był człowiekiem zasadniczym i surowym, a ona… Cóż, nie była wzorem kursanta. Wystarczyłoby, żeby skinął najmniejszym palcem, a wyleciałaby stąd jak z procy. A tego nie chciała.

Marzyła, by być policjantką. Mimo wszystko.

Złapała za klamkę, ale zanim pchnęła drzwi, zobaczyła coś, co wprawiło ją w osłupienie. Pod jedną ze ścian obszernego holu, na podłodze z prostokątnych płytek leżał pistolet. Nawet z miejsca, w którym stała, mogła rozpoznać markę broni. Najprostsza z możliwych konstrukcja. Glock, siedemnastka.

Weszła powoli do środka, rozglądając się na wszystkie strony.

— Halo! Jest tu ktoś?

Głos miała urywany i zachrypnięty. Nie myślała już o tym, że podjęte przez nią działanie może zirytować komendanta. Instynktownie wyczuwała, że coś jest nie tak.

— Panie komendancie!

Zanim podeszła do porzuconej broni, zajrzała przez pancerne szkło na halę, w której strzelano, ale nie dostrzegła żadnego ruchu. Komendant mógł być gdzieś za filarami, ale równie dobrze mógł na przykład korzystać z toalety. Rozglądając się uważnie, podeszła do broni. Kucnęła, ale zanim ją podniosła, dostrzegła czerwony strumyczek, sączący się z wąskiego korytarzyka, który prowadził na stanowiska strzeleckie. Zerwała się na nogi.

— O Boże!

Otwarte oczy komendanta były utkwione w podwieszanym suficie. Pod przyklejoną do czoła grzywką ziała poszarpana rana, z której wciąż skapywała krew. Czerwona kałuża była niemal idealnie okrągła. Symetrię zakłócał jedynie wąski strumyk, spływający w kierunku broni. Pistoletu marki Glock, z którego — co do tego Agnieszka nie miała wątpliwości — padł feralny strzał.

Opadła na kolana, uruchamiając jednocześnie krótkofalówkę. Gdy usłyszała dyżurnego, obiema rękami nacis­kała już klatkę piersiową leżącego mężczyzny. Przez chwilę w ciszy rozbrzmiewał tylko zniecierpliwiony męski głos. Wreszcie, nie przerywając reanimacji, powiedziała, co się stało.

Chwilę później usłyszała dźwięk syreny. Uzmysłowiła sobie, że na terenie obiektu była karetka. Sama przepuszczała ją przez szlaban. Teraz jej kierowca sygnalizował dźwiękiem, że pomoc jest o krok. Nie przerwała reanimacji, nawet gdy usłyszała tupot kroków. Pierwszy nadbiegł dyżurny. Okazał się szybszy niż karetka.

— O kurwa… — wyjąkał i klapnął na podłogę. Agnieszka łypnęła na niego złym wzrokiem.

— Nie mdlej. Zmień mnie, bo już… nie mogę — wydyszała i w tym momencie poczuła pod dłońmi wstrętne chrupnięcie. Odgłos, z jakim pękał mostek. — Człowieku, rusz się…

— Za późno. — Głos dyżurnego łamał się jak u chłopaka przechodzącego mutację. Nie był takim twardzielem, za jakiego chciał uchodzić. — Nie żyje. Popatrz na oczy… Widziałaś, co tu się stało?

Otarła czoło, rozmazując po nim krew. Nie przerywała reanimacji aż do chwili, w której zjawiła się załoga karetki. Potem usiadła i przez dłuższy czas patrzyła obojętnym wzrokiem na szarą ścianę, z której spływały czerwone krop­le. Hol powoli wypełniał się zdyszanymi notablami. W pomieszczeniu rozległy się rozgorączkowane szepty. Baryton komendanta głównego zabrzmiał na ich tle wyjątkowo wyraźnie.

— Proszę państwa, proszę opuścić pomieszczenie… On potrzebuje tlenu.

Pomieszczenie opustoszało. Szef polskiej policji popatrzył przez moment na leżącego bez ruchu kolegę, a potem przeniósł wzrok na Agnieszkę. Była cała we krwi.

— W porządku, moje dziecko?

— Nie jestem pańskim dzieckiem.

Cofnął się o krok. Tym razem jego oczy nie patrzyły surowo. Ani z rozbawieniem. Dostrzegła w nich szacunek. Oraz smutek.

— Nie przeżyje, prawda? — spytała.

— Czarek? On już nie żyje — mruknął, a sanitariusz pokiwał głową.

Agnieszka przymknęła oczy.

Cezary Majchrzak po raz drugi w ciągu ostatnich tygodni miał stać się bohaterem serwisów informacyjnych. Tym razem bohaterem tragicznym.

19 sierpnia, Warszawa, Komenda Główna Policji

Dyrektor Biura Prewencji w Komendzie Głównej Policji Janusz Barszcz ważył kiedyś ponad sto dwadzieścia kilo, nic więc dziwnego, że podwładni nazywali go Grubym. Był to przydomek nieoficjalny, ale Barszcz nie miał nic przeciwko niemu. Z wiekiem zgubił większość sadła i teraz twarz miał obwisłą niczym buldog. Był sympatycznym człowiekiem, który nie miał wrogów. Z wyjątkiem jednego, który tego ranka zastąpił mu drogę w holu budynku komendy.

Ernest Łasicki, dyrektor Biura Kryminalnego, był pierwszą osobą, z którą Gruby zetknął się w pracy po powrocie z dwutygodniowego urlopu. Uznał to za zły omen, ale zmusił się do wykrzywienia warg w uśmiechu i wyciągnął rękę.

— Cześć, Erni.

— Czołem, dyrektorze — odparł Łasicki, nie odpowiadając na powitalny uśmiech. Stanowił przeciwieństwo sflaczałego Barszcza. Szczupły i wysportowany, nie wyglądał na swoje czterdzieści lat. Zimne oczy patrzyły z mieszaniną niechęci i szyderstwa. — Mamy dzisiaj taką niezapowiedzianą kontrolę. Sprawdzamy osoby wchodzące do budynku, wszystkie, niezależnie od rangi. Nie zauważyłeś?

Prawem kaduka Łasicki nadzorował nie tylko pracowników swojego biura, ale także ochronę budynku. Sztywni funkcjonariusze przepuścili torbę Grubego przez skaner, a potem poprosili, by opróżnił kieszenie. Łypnął na Erniego i udał, że z trudem panuje nad złością. Takie drobne złośliwości cholernie podkopywały autorytet, ale na tym etapie kariery miał to gdzieś. Zgarnął swoje rzeczy, podpisał protokół kontroli, burknął coś w odpowiedzi na pozdrowienie dwójki swoich podwładnych i — wciąż udając kiepski humor — wpadł do swojego sekretariatu.

— Szefie, dzwoniła Basia. Komendant zaprasza do siebie, na dziewiątą. Razem z zastępcą.

Barszcz nie był tym zaskoczony, ale i tak zaklął pod nosem, a potem wytarł spocone czoło kraciastą chustą. Była za pięć dziewiąta, a to oznaczało, że nie zdąży się wzmocnić poranną kawą. Skontrolował przed lustrem węzeł krawata i posłał sekretarce namiastkę swojego jowialnego uśmiechu.

— Jak wyglądam?

— Jak milion dolarów, szefie — skłamała. — Opalił się pan.

Uśmiechnął się nieco bardziej szczerze, a potem przemierzył sekretariat.

— Panie Wojtku! — Wsadził głowę do gabinetu swojego świeżo upieczonego zastępcy. — Czy mamy powody do niepokoju?

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki