Wydawca: Świat Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 469 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nigdy nie zapomnieć - Michel Bussi

6 powieści

2,5 milionów sprzedanych egzemplarzy we Francji

wydania w 29 językach

Jamal biegnie szybko, bardzo szybko. Z powodu protezy nogi i innych zrządzeń losu wiele musi w życiu nadrobić.

W Yport, dokąd pojechał trenować na najwyższej w Europie skale nadmorskiej, najpierw zauważył czerwony szal wiszący na ogrodzeniu, potem zobaczył niewiarygodnie piękną brunetkę w podartej sukience stojącą tyłem do przepaści i patrzącą mu prosto w oczy. Są sami na świecie; Jamal wyciąga rękę i rzuca jej szal, tak jak się rzuca koło ratunkowe.

Kilka sekund później na lodowatych kamieniach opustoszałej plaży przed oczami przerażonego Jamala leży nieruchome ciało nieznajomej. Na szyi ma czerwony szal.

Taka jest wersja Jamala.

Wierzycie mu?

Michel Bussi, tłumaczony na dwadzieścia dziewięć języków, stał się mistrzem alchemii łączącej manipulację, emocje i napięcie. W Polsce ukazały się już trzy jego książki, wielokrotnie nagradzane: „Samolot bez niej” , „Nie puszczaj mojej dłoni” oraz „Czarne nenufary”. W 2015 roku Bussi znalazł się na trzecim miejscu rankingu dziennika „Le Figaro” najbardziej poczytnych pisarzy francuskich.

Opinie o ebooku Nigdy nie zapomnieć - Michel Bussi

Fragment ebooka Nigdy nie zapomnieć - Michel Bussi

Tytuł oryginałuN’oublier jamais

WydawcaGrażyna Woźniak Agnieszka Koszałka

Redaktor prowadzącyTomasz Jendryczko

RedakcjaMaja Lipowska-Wiktorowska

KorektaEwa Grabowska Jadwiga Piller

Copyright © Presses de la Cité, un département de Place des Editeurs, 2014 Copyright © for the Polish translation by Maria Braunstein, 2016

Świat Książki Warszawa 2016

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

ŁamaniePiotr Trzebiecki

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10 www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-446-7

Spotykasz na skraju klifu ładną dziewczynę? Nie wyciągaj do niej ręki!

Żandarmeria Narodowa, Brygada Terytorialna okręgu Etretat, Seine-Maritime, 13 lipca 2014.

Od: pana porucznika Bertranda Donnadieu

Do: pana dyrektora Gérarda Calmette

Pan Gérard Calmette, dyrektor jednostki Żandarmerii do spraw Identyfikacji Ofiar Katastrof (UGIVC), Instytut Badań Kryminalnych Żandarmerii Narodowej (IRCGN)

Rosny-sous-Bois

Panie Dyrektorze!

W nocy 12 lipca 2014 roku około 2.45 powyżej miejsca zwanego Valleuse d’Etigues, trzy kilometry na zachód od gminy Yport, urwała się ściana klifu wielkości około 45 tysięcy metrów kwadratowych. Ten rodzaj osunięcia się skały nie jest rzadkością na naszym wybrzeżu. Ratownicy, którzy przybyli na miejsce zaledwie godzinę później, zdołali ustalić, że ten wypadek na pewno nie pociągnął za sobą żadnej ofiary.

Jednak o ile w zwalisku nie znaleziono żadnego ciała, to ratownicy – i to jest przedmiotem niniejszego pisma – dokonali dziwnego odkrycia. Na plaży między blokami skalnymi leżały porozrzucane kości trzech szkieletów.

Posiłki żandarmerii przybyłe pospiesznie na miejsce nie znalazły w pobliżu tych szczątków żadnej odzieży ani żadnych innych rzeczy osobistych, które by pozwoliły na identyfikację. Można wysunąć hipotezę, że byli to speleolodzy uwięzieni w klifie, ponieważ krasowa rzeźba terenu tych kredowych wybrzeży jest rejonem często uczęszczanym przez amatorów podziemnych wycieczek. Jednak w ciągu ostatnich miesięcy, a nawet lat, nie sygnalizowano nam zaginięcia speleologów. Być może te szkielety są jeszcze starsze, ale nie wygląda na to, o ile można wnioskować ze wstępnej analizy, bez użycia odpowiedniego sprzętu.

Chciałbym od razu zaznaczyć, że podczas zawalenia się skały kości zostały rozrzucone na plaży na powierzchni około czterdziestu metrów. Departamentalna Brygada Informacji i Dochodzeń Sądowych z jej pełnomocnikiem pułkownikiem Bredinem przystąpiła do pomiaru różnych części szkieletów. Ich pierwsza analiza potwierdza naszą: wydaje się, że nie wszystkie kości osiągnęły ten sam stopień rozkładu, tak jakby poszczególne osoby poniosły śmierć we wnętrzu skały w różnym czasie, zapewne w kilkuletnich odstępach. Przyczyna ich zgonu również nie jest nam znana: powierzchowne oględziny kości i czaszek nie ujawniają żadnych ciosów, które mogłyby spowodować ich śmierć. Nie mając najmniejszej wskazówki ani punktu wyjścia, żeby ukierunkować śledztwo, nie możemy podjąć jakiegokolwiek tropu identyfikacji ante czy post mortem. Pytania pozostają więc otwarte: kim są te trzy osoby? Kiedy nastąpiła ich śmierć? Co było przyczyną ich zgonu?

Jest rzeczą oczywistą, że to odkrycie bardzo pobudza ciekawość mieszkańców regionu dotkniętego już przecież w ostatnich miesiącach makabryczną sprawą, niemającą jednak, jak się zdaje, związku ze znalezieniem tych trzech nieznanych zwłok.

Dlatego więc, Panie Dyrektorze, choć zdaję sobie sprawę z ogromu pilniejszych spraw, którymi musi się Pan zajmować, i z cierpienia rodzin czekających na formalną identyfikację swoich bliskich, którzy ponieśli śmierć w ostatnim czasie, pozwalam sobie zwrócić się do Pana, żeby pańskie służby mogły, w trybie wyjątkowym, potraktować to dossier w sposób priorytetowy, aby z największą starannością przeprowadzić identyfikację tych trzech szkieletów.

Proszę przyjąć, Panie Dyrektorze, wyrazy najgłębszego poważania

Porucznik Bertrand Donnadieu,

Brygada Terytorialna Okręgu Etretat

Pięć miesięcy wcześniej, 19 lutego 2014 roku

– Uważaj, Jamal, trawa na skale będzie śliska.

André Jozwiak, szef La Sirène, natychmiast pożałował, że wypowiedział te dobre rady zachowania ostrożności. Włożył trencz i stał przed drzwiami swojego hotelu-restauracji. Rtęć w termometrze wiszącym nad menu z trudem przekraczała niebieską kreskę zera. Prawie bezwietrznie. Wiatrowskaz przymocowany do jednej z belek fasady, żaglowiec z kutego żelaza, zdawał się nieruchomy, jakby zamarzł w nocy.

André Jozwiak obserwował, jak na wprost niego na plaży wstaje dzień, patrzył też na cienką warstwę lodu na samochodach zaparkowanych przed kasynem, kamyki otoczaki ściśnięte jeden przy drugim jak drżące z zimna jaja porzucone przez olbrzymiego drapieżnego ptaka, słońce ledwie rozbudzone, które z trudem wznosiło się nad morzem za martwym klifem w Pikardii, sto kilometrów na wschód.

Jamal oddalał się drobnymi krokami. André widział go, gdy przechodził koło kasyna i zaczął się wspinać ulicą Jean-Hélie. Hotelarz chuchnął w ręce, żeby je rozgrzać. Trzeba było podać śniadanie tym nielicznym gościom, którzy spędzali zimowe wakacje nad kanałem La Manche. Początkowo uważał za dziwne, że ten młody niepełnosprawny Arab codziennie rano biega ścieżką turystyczną, mając jedną nogę umięśnioną, a drugą zakończoną przyśrubowaną stopą z włókna węglowego w trampku. Teraz ogarniała go prawdziwa czułość wobec tego chłopca. Kiedy nie miał jeszcze trzydziestki, będąc w wieku Jamala, w każdą niedzielę rano André zasuwał ponad sto kilometrów na rowerze na trasie Yport–Yvetot–Yport i przez trzy godziny nikt mu nie zawracał głowy. W gruncie rzeczy rozumiał więc, że ten chłopak z Paryża i jego sztuczna gira mają ochotę pocić się w wiszących dolinach, jak tylko robi się widno.

Dyskretny cień Jamala znowu ukazał się w narożniku schodów prowadzących pod górę ku klifom i natychmiast zniknął za pojemnikami na śmieci kasyna. Szef La Sirène zrobił krok naprzód i zapalił winstona. Nie był jedynym już na nogach mieszkańcem Yport, nie zważając na zimno, w oddali na mokrym piasku odcinały się dwie sylwetki. Stara kobieta trzymała na niekończącej się smyczy śmiesznego pieska, coś w rodzaju zdalnie sterowanego modelu na baterie, małego zarozumialca, który urągał mewom, histerycznie je obszczekując i skowycząc. Dwieście metrów dalej dość wysoki facet z rękami wciśniętymi w brązową skórzaną kurtkę, trochę sfatygowaną, stał tuż nad wodą, posyłając pogardliwe spojrzenia falom, tak jakby miał wziąć odwet na horyzoncie.

André wypluł niedopałek i wrócił do hotelu. Wolał nie spotkać nikogo, bo był nieogolony, źle ubrany, rozczochrany, niczym prehistoryczny człowiek wychodzący ze swojej groty, którą pani z Cro-Magnon opuściła już wieki temu.

Jamal Salaoui wspinał się z regularnością taktomierza na najwyższy klif w Europie. Sto dwadzieścia metrów. Droga za ostatnimi willami przechodziła w szlak turystyczny. Rozciągała się stąd panorama aż do Etretat, dziewięć kilometrów dalej. Jamal zauważył dwie sylwetki odcinające się na końcu plaży, staruszkę z pieskiem i faceta wpatrzonego w otchłań morską. Trzy mewy, może wystraszone psim ujadaniem, zerwały się z klifu i zagrodziły mu drogę, po czym pofrunęły dziesięć metrów nad nim.

Pierwszą rzeczą, jaką po tablicy z nazwą campingu Le Rivage zobaczył Jamal, był czerwony szal. Wisiał na ogrodzeniu, ostrzegając przed niebezpieczeństwem. To była pierwsza myśl Jamala.

Niebezpieczeństwo.

Zapowiedź osuwiska, powodzi, martwego zwierzęcia.

Potem natychmiast odrzucił tę myśl. To po prostu szalik wiszący na drucie kolczastym, zgubiony przez spacerowicza i porwany przez wiatr od morza.

Zastanawiał się, czy nie przerwać rytmu swoich kroków, czy wykręcić szyję, żeby poobserwować ten kawałek materiału, który zwisał, mało brakowało nawet, żeby poszedł dalej, prosto przed siebie. Wtedy wszystko byłoby tak inne, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Ale Jamal zwolnił, potem się zatrzymał.

Szal wyglądał jak nowy. Błyszczał ostrą czerwienią. Jamal dotknął go, wczytał się w metkę.

Kaszmir. Burberry… Ten kawałek materiału wart był niezłą fortunę! Jamal, odczepiając delikatnie szalik z drutu ogrodzenia, pomyślał, że zaraz zaniesie go do La Sirène. André Jozwiak znał w Yport wszystkich, będzie wiedział, czy ktoś go zgubił. Jak nie, to Jamal go zatrzyma dla siebie. Pogładził tkaninę, nie przestając biec. Kiedy wrócił do domu, na osiedle 4000, nie był pewny, czy go doniósł. Kaszmir za pięćset euro, wystarczy, żeby stracić głowę!!! Ale na pewno znajdzie w swojej dzielnicy miłą dziewczynę, która chętnie owinie sobie nim szyję.

Koło schronu, po prawej stronie, z dziesięć baranów odwróciło głowy w jego stronę. Czekały, żeby trawa odmarzła, z takim samym lobotomicznym spojrzeniem, jakim kolesie debile z jego pracy w południe wpatrują się w mikrofalówkę.

Tuż za schronem Jamal zobaczył dziewczynę. Natychmiast oszacował odległość między nią a klifem. Niecały metr! Dziewczyna stała na brzegu pionowej stromej skały wysokości przeszło stu metrów! Wpadł w przerażenie. Włączył do podświadomości inne parametry, lekkie nachylenie nad otchłanią, oszroniona trawa: ta dziewczyna, wspinając się tam, ryzykowała o wiele więcej, niż gdyby stanęła na parapecie najwyższego okna trzydziestopiętrowego wieżowca.

– Proszę pani, wszystko w porządku?

Kilka słów Jamala pofrunęło w ziąb. Bez odpowiedzi.

Jamal był jeszcze w odległości stu pięćdziesięciu metrów od dziewczyny.

Mimo dojmującego zimna miała na sobie tylko obszerną czerwoną sukienkę rozdartą na dwa strzępy, z których jeden powiewał na jej brzuchu, potem na udach, a drugi rozchylał się od szyi do piersi, odsłaniając miseczkę biustonosza koloru fuksji.

Dziewczyna drżała z zimna.

Piękna. Jednak w danej chwili Jamal nie dostrzegł w tym obrazie erotyzmu. Zadziwiająca, wzruszająca, niepokojąca, ale nic, co by mogło wzbudzać pociąg seksualny. Kiedy później myślał o tym, zastanawiając się nad sytuacją, najlepsze porównanie, jakie przyszło mu do głowy, to było rozszarpane dzieło sztuki. Świętokradztwo, profanacja, niewybaczalna pogarda dla piękna.

– Wszystko w porządku, proszę pani? – powtórzył.

Odwróciła się do niego. Podszedł trochę bliżej.

Wysokie trawy sięgały aż do połowy łydki, więc przyszło mu na myśl, że dziewczyna może nie zauważyła protezy na jego lewej nodze. Stał teraz naprzeciwko niej. Dziesięć metrów. Dziewczyna zbliżyła się jeszcze bardziej do przepaści, za plecami miała pustkę.

Bardzo płakała, ale wydawało się, że źródło zdążyło wyschnąć. Makijaż wokół oczu się rozmazał, ale był już suchy. Jamal z trudem usiłował uporządkować sprzeczne ze sobą znaki, które kłębiły mu się w głowie.

Niebezpieczeństwo.

Nagłość sytuacji.

Przede wszystkim emocja. Emocja, która go opanowywała. Nigdy nie widział tak pięknej kobiety. Jego pamięć uwieczniła na zawsze doskonały, idealny owal twarzy, którą miał przed sobą, jakby zaokrąglony przez dwie pieszczotliwie opadające kaskady czarnych jak węgiel włosów, dwoje oczu jak węgliki osadzone w śnieżnej skórze, zarys brwi i ust, delikatny i żywy, jak trzy ostre kreski narysowane palcem maczanym we krwi i w sadzy. Następnie spróbował ocenić, czy zaskoczenie miało wpływ na jego osąd, również sytuacja, strapienie tej nieznajomej, konieczność pochwycenia jej ręki, brak odpowiedzi.

– Proszę pani…

Jamal wyciągnął rękę.

– Proszę się nie zbliżać – powiedziała dziewczyna.

Raczej prośba niż rozkaz. Ciemne oczy wydawały się definitywnie zgaszone w węglowych tęczówkach.

– Dobrze – wymamrotał Jamal. – Dobrze. Pani też niech się nie rusza, mamy dużo czasu.

Spojrzenie Jamala prześliznęło się po bezwstydnej sukience. Wyobraził sobie, że dziewczyna wychodzi z kasyna, sto metrów niżej. Wieczorem zamieniali salę widowiskową Sea View w dyskotekę.

Wyjście do lokalu, które się źle skończyło? Dziewczyna, wysoka, delikatna, seksy, miała warunki, by wzbudzać pożądanie. Nocne lokale pełne były facetów, którzy przychodzili tylko po to, by ujarzmić bombę wieczoru.

Jamal przemówił najspokojniej jak mógł.

– Podejdę powoli i podam pani rękę.

Dziewczyna po raz pierwszy spuściła wzrok i zatrzymała go przez chwilę na protezie z włókna węglowego. Nie mogła powstrzymać odruchu zdziwienia, nad którym prawie natychmiast zapanowała.

– Jeśli zrobi pan najmniejszy krok, skoczę…

– Dobrze, dobrze, nie ruszam się…

Jamal zamienił się w posąg, wstrzymując nawet oddech. Tylko oczy mu biegały, od tej dziewczyny, która wychynęła znikąd dziesięć kroków przed nim, do pomarańczowego świtu na horyzoncie. Podochoceni faceci, którzy napawają wzrok, śledząc każdy ruch bioder królowej parkietu, pomyślał znowu Jamal. A wśród nich przynajmniej jeden chory, a może kilku, wystarczająco, na tyle zuchwałych i bezwstydnych, by czyhać na dziewczynę przy wyjściu. Przyprzeć ją do muru. Zgwałcić.

– Czy… czy ktoś panią skrzywdził?

Węglowe kule zalały się lodowymi łzami.

– Nie może pan zrozumieć. Niech pan idzie swoją drogą. Proszę odejść! Szybko.

Jakaś myśl…

Jamal oplótł rękami szyję. Powoli. Jednak nie dość wolno. Dziewczyna cofnęła się raptem, prawie stawiając jedną stopę w pustkę.

Jamal zamarł. Ta dziewczyna to spłoszony wróbel, którego można złapać w rękę. Ptak, który wypadł z gniazda, niezdolny do fruwania.

– Nie będę się ruszał. Rzucę tylko pani mój szalik. Będę trzymał jeden koniec. Niech pani po prostu złapie drugi. Zdecyduje pani, czy go puścić, czy nie.

Dziewczyna się zawahała, znowu zaskoczona. Jamal wykorzystał to, żeby rzucić kawał czerwonego kaszmiru. Dwa metry dzieliły go od młodej samobójczyni.

Tkanina upadła jej pod nogi.

Nachyliła się ostrożnie, wiedziona śmiechu wartym wstydem, naciągnęła strzęp sukni na odsłoniętą pierś, potem wstała, chwytając szal oferowany przez Jamala.

– Spokojnie – powiedział Jamal. – Będę ciągnął szalik, nawijając go sobie na ręce. Niech się pani da przyciągnąć do mnie, dwa metry, tylko dwa metry dalej od czeluści.

Dziewczyna ścisnęła mocniej tkaninę.

Jamal zrozumiał, że wygrał, że wykonał właściwy gest, rzucając ten szal, tak jak marynarz rzuca koło ratunkowe topielcowi, teraz trzeba poprowadzić ją łagodnie po powierzchni, centymetr po centymetrze z niezwykłą ostrożnością, żeby nie zerwać nici.

– Powolutku – powtórzył. – Niech pani idzie w moją stronę.

W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że spotkał najpiękniejszą dziewczynę, jaką kiedykolwiek widział. I że właśnie ratuje jej życie.

Ta myśl wystarczyła, żeby w ułamku sekundy rozproszyć jego uwagę.

Nagle dziewczyna pociągnęła szal. Jamal spodziewał się wszelkich reakcji z wyjątkiem właśnie tej. Gwałtowny, szybki ruch.

Szalik wyśliznął mu się z rąk.

To, co nastąpiło, trwało mniej niż sekundę.

Spojrzenie dziewczyny, niezapomniane, wbiło się w niego niczym spojrzenie dziewczyny w oknie odjeżdżającego pociągu. Spojrzenie fatum.

– Nieeee! – zawył Jamal.

Ostatnią rzeczą, którą zobaczył, był czerwony kaszmirowy szal powiewający w rękach dziewczyny. Chwilę potem spadała w otchłań.

Życie Jamala również, ale on jeszcze o tym nie wiedział.

I

1 Dziennik Jamala Salaoui

Długo nie miałem szczęścia.

Ponieważ szczęśliwy traf zdarza się zawsze po jednej stronie, nigdy po mojej, doszedłem do tego, że wyobrażałem sobie życie jako coś w rodzaju gigantycznej konspiracji, składającej się wyłącznie z członków, którzy sprzysięgli się przeciwko mnie. Na jej czele – ktoś jakby bóg podobny do nauczyciela sadysty, który zawziął się na najsłabszego z klasy. A wszyscy pozostali koledzy, zbyt zadowoleni, że ciosy nie spadają na nich, również odgrywają gorliwych oprawców. Na odległość. Żeby uniknąć rykoszetów. Tak jakby pech był zaraźliwy.

Później, z biegiem lat zrozumiałem.

To złudzenie.

W swoim życiu nie spotykacie raczej występnego, szczwanego boga, spotykacie belfra, który was traktuje jak królika doświadczalnego.

Zarówno bogowie, jak i nauczyciele mają was gdzieś. Nie istniejecie dla nich.

Jesteście całkiem sami.

Żeby moneta spadła kiedyś na waszą stronę, trzeba po prostu grać, często, dużo, ciągle zaczynać od nowa.

Nie ustępować.

To jest po prostu kwestia prawdopodobieństwa. I może również, koniec końców, szczęścia.

Nazywam się Jamal.

Jamal. Salaoui.

Nie jest to nazwisko, które przynosi szczęście.

Chociaż…

Mam takie samo imię, jak może zauważyliście, jak Jamal Malik, chłopiec ze Slumdog. Milioner z ulicy. Nie jest to zresztą nasz jedyny wspólny punkt. Obaj jesteśmy muzułmanami w kraju, który muzułmański nie jest, i trochę sobie z tego kpimy. On dorastał w Dharavi, slumsie Bombaju, ja w wieżowcu Balzac osiedla 4000 w La Courneuve. Nie wiem, czy naprawdę można porównywać. Pod względem fizycznym też nie, nie wiem. On nie jest bardzo urodziwy z tymi swoimi odstającymi uszami i wyglądem lękliwego wróbla. Ja też nie. Gorzej, mam tylko jedną nogę, no, powiedzmy, jedną i pół, druga dochodzi tylko do kolana i zakończona jest plastikową protezą koloru ciała. Kiedyś wam opowiem.

To był jeden z tych razów, kiedy moneta nie spadła na dobrą stronę.

Ale główny punkt wspólny stoi przede mną. Dla Jamala Malika najważniejsza sprawa to nie miliony rupii, to Latika, jego najdroższa, piękna jak marzenie, zwłaszcza pod koniec, w żółtej chustce, kiedy odnajduje ją na dworcu w Bombaju. Jego jackpot to ona.

Ze mną jest podobnie.

Mam naprzeciw siebie niesamowicie powabną dziewczynę. Włożyła właśnie sukienkę koloru niebieskiego tulipana. Jej piersi tańczą pod jedwabnym dekoltem, w który wolno mi zanurzać wzrok tak długo, jak długo tego pragnę. Jak wam to powiedzieć, żebyście zrozumieli? Ona jest moim kobiecym ideałem, to trochę tak, jakby mnie podrywała w swoich marzeniach w ciągu tysięcy nocy, zanim któregoś pięknego ranka wynurzyła się przede mną.

Jem z nią kolację.

U niej w domu.

Płomienie w kominku jakby pieszczą białą skórę jej twarzy. Jest też szampan. Piper-Heidsieck 2005. Za kilka godzin, może nawet przed końcem kolacji, będziemy się kochać.

Będziemy się kochać co najmniej przez całą noc.

Może kilka nocy.

Może przez wszystkie pozostałe noce mojego życia, jak marzenie, które nie ulatnia się rano, które będzie mi towarzyszyć pod prysznicem, potem w obskurnej windzie ostatniego bloku na osiedlu 4000, którego nie wysadzono w powietrze, potem aż do stacji Courneuve-Aubervilliers metra RER B.

Uśmiecha się do mnie. Podnosi kielich z szampanem do ust, wyobrażam sobie bąbelki, które schodzą do jej ciała i musują w niej. Dotykam wargami jej warg. Wilgotne od piper-heidsiecka jak musujący cukierek.

Wolała intymność w swoim domu niż szyk nadmorskiej restauracji. Może w głębi duszy trochę się wstydziła afiszować ze mną, wstydziła się spojrzeń z sąsiednich stolików na niepełnosprawnego Araba w towarzystwie najpiękniejszej dziewczyny w tym regionie. Rozumiem ją, chociaż mam w nosie tę ich nędzną zazdrość. Bardziej niż kto inny zasłużyłem na tę chwilę. Postawiłem wszystko. Za każdym razem, kiedy moneta spadała na złą stronę, odgrywałem się. Nigdy nie przestając wierzyć w to, że się odegram.

Wygrałem.

Pierwszy raz spotkałem tę dziewczynę sześć dni temu w miejscu najbardziej nieprawdopodobnym, by spotkać czarodziejkę. Yport.

W ciągu tych sześciu dni kilka razy o mało nie umarłem.

Jestem żywy.

W ciągu tych sześciu dni zostałem oskarżony o morderstwo. O kilka morderstw. Najohydniejszych ze wszystkich. Mało brakowało, a sam bym w to uwierzył.

Jestem niewinny.

Zostałem zaszczuty. Osądzony. Skazany.

Jestem wolny.

Zobaczycie, wam też trudno będzie uwierzyć w szaleństwa biednego kalekiego innowiercy. Cud wyda się wam zbyt nieprawdopodobny. Wersja gliniarzy wyda wam się o wiele bardziej do przyjęcia. Zobaczycie, wy też będziecie mieć wątpliwości. Do końca.

Wrócicie do początku tego opowiadania, jeszcze raz przeczytacie te linijki i pomyślicie, że zwariowałem, że zastawiam na was pułapkę albo że wszystko zmyśliłem.

Niczego jednak nie zmyśliłem. Nie zwariowałem. Żadnej pułapki. Proszę was tylko o jedno, żebyście mi ufali. Do końca.

Wszystko się dobrze skończy, zobaczycie.

Jest 24 lutego 2014 roku. Wszystko się zaczęło dziesięć dni temu, w piątek wieczorem, czternastego, w porze, kiedy dzieciaki z Instytutu Terapeutycznego Saint-Antoine wracają do domów.

2 Ufać mi do końca?

Zimny deszcz zaczął padać bez uprzedzenia na trzy budynki z czerwonej cegły Instytutu Terapeutycznego Saint-Antoine w Bagnolet, na trzyhektarowy park i na białe posągi hojnych, sławnych i zapomnianych ofiarodawców minionych wieków. Około dziesięciu sylwetek ożywiło się raptownie, dając złudzenie, że ulewa wraca życie rzeźbom. Lekarze, pielęgniarze i noszowi w białych fartuchach przybiegli schronić się przed deszczem jak duchy, które się boją zamoczyć swój całun.

Niektórzy znaleźli schronienie w bramie, inni w dwudziestu samochodach typu monospace i minibusach zaparkowanych jeden za drugim w żwirowej alei, z otwartymi jeszcze drzwiami, z dzieciakami upchanymi w środku.

Jak w każdy piątkowy wieczór najbardziej niezależni młodzi ludzie wyjeżdżali na weekend do swoich rodzin. Tego piątku weekend plus dwa tygodnie ferii zimowych.

Ja też jak inni pobiegłem schronić się przed ulewą, kiedy już wcisnąłem Grégory’ego z tyłu scénica i zostawiłem na deszczu jego pusty fotel na kółkach. Rzuciłem tylko okiem na trzy samochody dalej, w stronę karetki, której kogut rozpryskiwał deszcz, żeby znaleźć Ophélie, potem wróciłem na salę personelu medycznego.

Panował tu nastrój sali w schronisku, w której spotykają się zmarznięci turyści po wycieczce narciarskiej na biegówkach. Koledzy z Instytutu Saint-Antoine, prawie wyłącznie kobiety, pielęgniarki, wychowawczynie i psychoterapeutki, ściskały w zlodowaciałych palcach kubeczki z herbatą lub kawą. Niektóre z nich nawet nie spojrzały w moją stronę, inne rzuciły przelotne spojrzenie, Sarah i Fanny, najmłodsze nauczycielki, uśmiechały się do mnie, Nicole, szefowa psycholożek, jak zwykle trochę za długo wpatrywała się w moją sztywną nogę. Większość dziewczyn z Instytutu w gruncie rzeczy lubiła mnie mniej lub bardziej w zależności od wieku, dyspozycyjności uczuciowej i zawodowej sumienności. Matki Teresy bardziej niż Marilyny.

Ten kretyn Jérôme Pinelli, szef działu kadr, wszedł tuż po mnie, powiódł spojrzeniem po zebranych, po czym zmierzył mnie wzrokiem zupełnie jak gliniarz.

– Zabierają Ophélie. Pewnie jesteś dumny z siebie, co?

Niezupełnie.

Wyobraziłem sobie koguta karetki na podwórzu. Ophélie wyjącą, żeby ją zostawili w spokoju. Przez kilka sekund próbowałem zastanowić się nad kilkoma słowami wyjaśnienia, przynajmniej przeprosin, żeby mieć spokój. Szukałem bez przekonania pomocy na sali. Nikogo. Dziewczyny opuszczały głowy.

– Załatwimy to po feriach – podsumował Pinelli.

Do listy codziennych oprawców, którzy szukają sobie ofiary, do występnych bogów i nauczycieli sadystów trzeba dodać jeszcze faszyzujących szefów: Jérôme Pinelli. Pięćdziesiąt trzy lata. Kadrowiec. W ciągu niecałych sześciu miesięcy przyczynił się do jednego cudzołóstwa, dwóch depresji i trzech zwolnień z pracy.

*

Stanął przed wielkim plakatem z Mont-Blanc, który powiesiłem na ścianie w sali personelu. Metr na dwa metry. Cały grzbiet, jego zarys. Mont-Blanc zwany przeklętą górą, igłą Południa, zębem Giganta, Zieloną igłą…

– Cholera – powiedział Pinelli – wcale mi nie będzie brakować tych smarkatych debili. Basta… Za niecałe dziesięć godzin będę w Courchevel…

Obrócił się powoli, jakby chcąc umożliwić damskiej świcie podziwianie swojego profilu, potem stanął naprzeciw mnie i ostentacyjnie utkwił wzrok w mojej protezie.

– A ty? Jedziesz poszaleć na śniegu? Fajnie masz, co? Z tą swoją węglową stopą możesz wypożyczyć tylko jedną nartę!

Roześmiał się. Śliski teren… Personel medyczny zawahał się, czy pójść w jego ślady. Wszystkie Marilyny parsknęły, Matki Teresy oburzyły się w milczeniu.

Pinelli nie zdążył dorzucić jakiejś głupoty ani się pogrążyć, kiedy w jego kieszeni rozległy się pierwsze akordy I gotta feeling. Wyciągnął komórkę, mrucząc pod nosem „psiakrew”, następnie nie spiesząc się, wyszedł z sali, rzucając mi oczywiście ostatnie spojrzenie.

– Po feriach trzeba będzie się policzyć, Salaoui. Mała jest nieletnia, nie będę cię mógł ciągle kryć.

Skurwiel!

W tym momencie wszedł Ibou i zamknął mu drzwi przed nosem.

Ibou był jedynym moim prawdziwym sprzymierzeńcem w tej pracy. W Instytucie sanitariusz od noszy zajmował się też zakładaniem kaftanów, unieruchamianiem, kiedy dwóch młodych naparzało się między sobą. Czasem też pomagał mi w różnych robotach. Stawiać rusztowania albo przesuwać meble, zmieniać koło jumpera. Ibou był szafą z lustrem wyrzeźbioną w baobabie. W rodzaju Omara Sy. Ten drań godził Marilyny i Teresy, przystojny, spokojny, śmieszny. Wysportowany.

No, wysportowany… One nie wiedziały, że nawet jeśli biegał ze mną w każdy czwartek piętnaście kilometrów z parku w La Courneuve do lasu Montmorency, to za każdym razem w końcowym sprincie go wyprzedzałem, choć dawałem mu fory na zakręcie.

Poklepał mnie po ręce.

– Słyszałem tego durnia i jego szyderstwa o nartach. Bez wygłupów, Jam, jedziesz na wakacje?

Odwrócił się do plakatu z Alpami. On też napawał oczy wiecznymi śniegami lodowców wiszących na ścianach sali.

– Do Yport. I to dzięki tobie!

– Yport? Łał! Tam są trasy?

– To jest miejscowość w Normandii, staruszku. Koło Etretat. Tysiąc metrów różnicy wysokości na dystansie dziesięciu kilometrów. Ale bez śniegu i wyciągów narciarskich…

Ibou gwizdnął, nie komentując, po czym zwrócił się do kobiecego audytorium.

– Bo ten skryty chłopczyk Jamal nie powiedział wam, że jest wysokiej klasy sportowcem! Ten uparciuch odmawia uczestniczenia w dyscyplinach paraolimpijskich, które mogłyby przysporzyć Instytutowi Saint-Antoine sławy, chwały i medali, za to wbił sobie do głowy, że będzie pierwszym jednonogim, który przekroczy metę najtrudniejszego biegu Ultra-Trail du Mont-Blanc…

Natychmiast poczułem, że dziewczyny zaczęły inaczej na mnie patrzeć. Ibou, jako usłużny kumpel, ciągnął:

– Najtrudniejszy na świecie wyścig. Mały nie ma żadnych wątpliwości, co?

Oczy dziewczyn wędrowały między mną a biało-niebieskim plakatem. Ja z kolei zapatrzyłem się na wysokość trzech tysięcy metrów. Morze lodowe. Vallorcine. Kolejka linowa na iglicę Południa. UTMB to było sto sześćdziesiąt osiem kilometrów włóczęgi, dziewięć tysięcy sześćset metrów różnicy wysokości, czterdzieści sześć godzin biegu… Na jednej nodze. Czy byłem zdolny do takiego wyczynu? Dojść do kresu swoich możliwości, zapomnieć o bólu? Pielęgniarki już się litowały, z łezką w oku. Miałem wrażenie, że zaczerwieniłem się jak prawiczek. Moje oczy ścigały niewidzialne detale, biały, brudny, chropowaty tynk ściany, ślady zagrzybienia i rdzy, które tworzyły zacieki na suficie.

– W dodatku Jam jest kawalerem – nawiązał Ibou. – Może by któraś z nim pojechała? Yport, cholera!

Puścił oko w moją stronę. Zwiększyłem czujność.

– No, dziewczyny… – zachęcał. – Która chętna? Tydzień marzeń w towarzystwie mistrza olimpijskiego, tydzień przyjemności.

Dziękuję ci, Ibou…

– Ale bez wygłupów, dziewczyny. Tym razem trzeba będzie mi go oddać.

3 Zapomnieć o bólu?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

II   Aresztowanie

III   Sąd

IV   Egzekucja

V   Rewizja