Nieskończona szachownica - Henry Kuttner - ebook + audiobook

Nieskończona szachownica ebook i audiobook

Henry Kuttner

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

WIZJONERSKA POWIEŚĆ MISTRZA ZŁOTEGO WIEKU SCIENCE FICTION.

Toczy się wojna między Ameryką a Falangistami, czyli narodem paneuropejskim. Amerykanie okopali się w podziemnych miastach-jaskiniach. Przez wiele lat na wojnie prowadzonej przez roboty pod nadzorem techników trwał impas. Falangiści zdobyli jednak nową broń, dzięki której dokonują rzeczy na pozór niemożliwych. Amerykańscy specjaliści, którzy usiłują odkryć sekret Falangistów, masowo wpadają w obłęd i, co jeszcze bardziej zagadkowe, wykształcają przy tym nadnaturalne zdolności. Pracujący nad sprawą Robert Cameron z Dolnego Chicago, dyrektor do spraw psychometrii, także ma już halucynacje. Czy jego zespół znajdzie rozwiązanie problemu, zanim szef na dobre oszaleje?

Ta opowieść to znakomita przepowiednia cyberwojen. - Featured Futures.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 178

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 52 min

Lektor: Marcin Stec

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



I

Gałka w drzwiach otwo­rzyła nie­bie­skie oko i spoj­rzała wprost na niego. Came­ron zamarł. Nie dotknął gałki. Cof­nął rękę i stał nie­ru­chomo, tylko ją obser­wu­jąc.

Następ­nie — gdy nic się nie wyda­rzyło — prze­su­nął się na bok. Czarna źre­nica oka śle­dziła jego ruch. Wyraź­nie na niego patrzyła.

Z namy­słem odwró­cił się ple­cami i powoli pod­szedł do zaworu okien­nego. Gdy się do niego zbli­żał, okrą­gła szyba roz­świe­tliła się i stała prze­zro­czy­sta. Przez chwilę tkwił przed nią, dwoma pal­cami spraw­dza­jąc sobie puls i auto­ma­tycz­nie licząc odde­chy.

Okno uka­zy­wało zie­lone łagodne zbo­cza wiej­skiego kra­jo­brazu pocięte w kratkę cie­niami prze­pły­wa­ją­cych po nie­bie chmur. Złote świa­tło sło­neczne opro­mie­niało wio­senne kwiaty. Po błę­kit­nym nie­bie sunął bez­gło­śnie heli­kop­ter.

Wielki siwy męż­czy­zna skoń­czył spraw­dzać puls i odcze­kał jesz­cze chwilę. Nie miał ochoty się odwra­cać. Wpa­try­wał się w spo­kojny pej­zaż. Wresz­cie mruk­nął ze znie­cier­pli­wie­nia i dotknął przy­ci­sku. Szyba w ścia­nie się prze­su­nęła.

W dziu­rze uka­zała się czer­wona ciem­ność. Zagrzmiało.

W mroku pod­ziem­nego mia­sta sunęły ciemne kształty, które zni­kały natych­miast w tej kolo­sal­nej otchłani z kamie­nia i metalu. Sły­chać było jakiś odle­gły, głę­boki, ryt­miczny ryk. Tyta­niczna pompa dud­niła mecha­nicz­nym char­ko­tem. Sta­tyczne bły­ski roz­świe­tlały mia­sto na tak krótko, że nie uka­zy­wały wiele. Oto Dolne Chi­cago.

Came­ron wychy­lił się i zadarł głowę do góry. Gdzieś wysoko widział tylko jesz­cze głęb­sze cie­nie, które na chwilę się roz­świe­tlały, gdy po kamien­nym nie­bie prze­my­kały naszyj­niki bla­dych bły­sków. Poni­żej nie widział nic poza zupełną czer­nią.

Jed­nak taka wła­śnie była rze­czy­wi­stość. Solidne, roz­sądne maszyny w jaskini sta­no­wiły trwałą pod­stawę logiki — logiki, na któ­rej opie­rał się dzi­siej­szy świat. Nieco tym wido­kiem pod­bu­do­wany Came­ron cof­nął się i zamknął okno. Za szybą znów uka­zał się wido­czek błę­kit­nego nieba i zie­lo­nego wzgó­rza.

Came­ron się odwró­cił. Gałka w drzwiach znów była tylko gałką, niczym wię­cej. Zwy­kłym, solid­nym meta­lem.

Obszedł stół i dość szybko ruszył w jej stronę. Wycią­gnął dłoń i mocno zaci­snął ją na metalu.

Jego palce weszły w gałkę, jakby była z na wpół stę­ża­łej gala­rety.

Robert Came­ron, dyrek­tor cywilny do spraw psy­cho­me­trii, wró­cił do swo­jego biurka i usiadł. Z biurka wyjął butelkę i nalał sobie por­cję. Wzrok miał nie­spo­kojny. Prze­su­wał go po bla­cie, nie mogąc się sku­pić na żad­nym przed­mio­cie. W końcu naci­snął guzik.

Do gabi­netu wszedł Ben DuBrose, zaufany sekre­tarz Came­rona. Był to niski, przy­sa­dzi­sty trzy­dzie­sto­la­tek o zadzior­nych nie­bie­skich oczach i potar­ga­nych wło­sach w odcie­niu kar­melu. Wyraź­nie nie miał żad­nych pro­ble­mów z gałką w drzwiach.

Came­ron nie odwa­żył się spoj­rzeć w te nie­bie­skie oczy.

— Zauwa­ży­łem wła­śnie, że mój wide­ofon został wyłą­czony. Czy ty to zro­bi­łeś? — spy­tał ostro.

DuBrose wyszcze­rzył zęby.

— Ale, sze­fie… To prze­cież bez zna­cze­nia, nie? I tak wszyst­kie połą­cze­nia prze­cho­dzą przez moją cen­tralę.

— Nie, nie wszyst­kie — uści­ślił Came­ron. — Te z kwa­tery głów­nej idą pro­sto do mnie. Nie bądź taki pewny sie­bie. Gdzie Seth?

— Nie wiem — przy­znał DuBrose, marsz­cząc lekko brwi. — A chciał­bym wie­dzieć. On…

— Zamknij się.

Came­ron nasta­wił wide­ofon na odbiór. Roz­legł się histe­ryczny dźwięk dzwonka. Dyrek­tor posłał DuBrose’owi oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie, a ten zare­je­stro­wał napięte zmarszczki w kąci­kach oczu szefa i żołą­dek ści­snął mu się w lodo­wa­tej panice. Przez chwilę DuBrose zasta­na­wiał się, czy nie roz­trza­skać wide­ofonu, ale to by prze­cież nic nie dało. Gdzie się podziewa Seth?

— Szy­fra­tor — powie­dział głos.

— Szy­fra­tor włą­czony — zamel­do­wał Came­ron.

Jego silne dło­nie o wiel­kich kłyk­ciach poru­szyły się lekko po przy­ci­skach. Na pokrat­ko­wa­nym ekra­nie poja­wiła się twarz.

— Came­ron? — ode­zwał się sekre­tarz do spraw wojny. — Co się tam wypra­wia w tym pań­skim biu­rze? Pró­buję się z panem skon­tak­to­wać już od…

— No to się pan dodzwo­nił. Skoro dzwoni pan na ten numer, wnio­skuję, że to ważne. Co się dzieje?

— Nie mogę panu powie­dzieć przez wide­ofon. I nawet nie przez szy­fra­tor. Być może popeł­ni­łem błąd, wyja­śnia­jąc aż tyle pana czło­wie­kowi, temu DuBrose’owi. Ufa mu pan?

Came­ron spoj­rzał w zupeł­nie bez­na­miętne oczy DuBrose’a.

— Tak — powie­dział powoli. — Tak, DuBrose jest w porządku. Więc?

— Za pół godziny przy­je­dzie po pana mój czło­wiek. Chcę, żeby pan coś zoba­czył! Zwy­kłe środki ostroż­no­ści. Prio­ry­te­towa sytu­acja awa­ryjna. Zro­zu­miano?

— Będę gotów, panie sekre­ta­rzu — zapew­nił go dyrek­tor i zakoń­czył połą­cze­nie. Poło­żył dło­nie pła­sko na bla­cie biurka i się w nie wpa­try­wał.

— No, dobra, może mnie pan posta­wić przed sądem woj­sko­wym — bąk­nął DuBrose.

— Kiedy Kalen­der tu był?

— Dziś rano. Niech pan posłu­cha, sze­fie… Mam swoje powody. Wła­ści­wie jeden, ale dobry. Usi­ło­wa­łem to wyja­śnić Kalen­de­rowi, ale to zakuty łeb. Nie mam dość gwiaz­dek na ręka­wie, żeby w ogóle chciał ze mną gadać.

— Co ci powie­dział?

— Coś, czego moim zda­niem jesz­cze nie powi­nien pan wie­dzieć. Seth też by tak uwa­żał, a jemu pan by zaufał. I niech pan pamięta, że psych­te­sty zda­łem śpie­wa­jąco, bo ina­czej w ogóle by mnie tu nie było. Mamy do czy­nie­nia z pro­ble­mem psy­cho­lo­gicz­nym i wszystko wska­zuje na to, że nie powi­nien pan znać szcze­gó­łów, póki…

— Póki co?

DuBrose przy­gryzł pazno­kieć kciuka.

— Póki przy­naj­mniej nie skon­sul­tuję tego z Sethem. To ważne, żeby pan się do tego jesz­cze nie mie­szał. Cała sprawa jest para­dok­salna. Może się mylę, ale jeśli mam rację… to poję­cia pan nie ma, jak bar­dzo!

— Więc uwa­żasz, że Kalen­der popeł­nia błąd, zgła­sza­jąc się z tym bez­po­śred­nio do mnie. Dla­czego? — spy­tał Came­ron.

— Tego wła­śnie nie chcę panu powie­dzieć. Bo jeśli bym to powie­dział, to… bym prze­ry­pał sprawę.

Came­ron wes­tchnął i potarł czoło.

— Mniej­sza z tym — powie­dział zmę­czo­nym gło­sem. — To ja stoję na czele tego oddziału, Ben. To moja odpo­wie­dzial­ność. — Spoj­rzał ostrzej na DuBrose’a. — To słowo musi być dla cie­bie mocno nace­cho­wane emo­cjo­nal­nie.

— Jakie słowo? — spy­tał nie­pew­nie DuBrose.

— Odpo­wie­dzial­ność. Mocno zare­ago­wa­łeś.

— Pchła mnie aku­rat uką­siła.

— Dobra. Prawda jest taka, że jeśli mamy w Psy­chu prio­ry­te­tową sytu­ację awa­ryjną, powi­nie­nem o tym wie­dzieć. Wojna raczej się nie skoń­czy, jak będę sobie robił prze­rwy.

DuBrose chwy­cił butelkę i nią potrzą­snął.

— Kup sobie wła­sną — burk­nął Came­ron, ale pod­sta­wił mu swoją szklankę.

Sekre­tarz nalał do niej bursz­ty­no­wej cie­czy. Udało mu się przy tym tak szybko wrzu­cić do whi­sky pigułkę, że Came­ron tego nie zauwa­żył.

Nie wypił jed­nak whi­sky. Uniósł szklankę, pową­chał i odsta­wił.

— Dla mnie jesz­cze za wcze­śnie — rzekł DuBrose. — Naj­le­piej mi się pije w nocy. Nie wie pan, gdzie znajdę Setha?

— Och, zamknij się — mruk­nął Came­ron. Sie­dział, wpa­tru­jąc się w szklankę nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. DuBrose pod­szedł do okna i spoj­rzał na wyświe­tlany kra­jo­braz.

— Chyba zanosi się na deszcz.

— Nie tu na dole — wyce­dził Came­ron. — Takich cudów nie ma.

— Nie, ale na powierzchni ow­szem… Niech pan mnie wysłu­cha. Niech mi pan pozwoli cho­ciaż z panem poje­chać.

— Nie.

— Dla­czego nie?

— Bo mi się od patrze­nia na cie­bie robi nie­do­brze — odparł lako­nicz­nie Came­ron.

DuBrose tylko wzru­szył ramio­nami i wyszedł. Jesz­cze kiedy się­gał po gałkę u drzwi, czuł na sobie wzrok dyrek­tora, ale się nie odwró­cił.

Pod­szedł szybko do cen­trali, igno­ru­jąc sym­pa­tyczny uśmiech tele­fo­nistki sie­dzą­cej przed mru­ga­ją­cym świa­teł­kami pane­lem.

— Namierz Setha Pella — powie­dział DuBrose, dziw­nie świa­domy roz­brzmie­wa­ją­cej w jego gło­sie nuty bez­rad­no­ści. — Pró­buj, gdzie się da. Rób, co możesz.

— To ważne?

— Tak… bar­dzo!

— Komu­ni­kat gene­ralny?

— Ja… Nie — zaprze­czył DuBrose. W zamy­śle­niu prze­cze­sał sobie dło­nią żół­tawe włosy. — Gene­ral­nego wysłać nie mogę. Nie mam auto­ry­za­cji. Wyda­wa­łoby się, że te zakute łby u góry powinny zezwo­lić na…

— Szef by wydał zezwo­le­nie.

— Tak ci się tylko wydaje. Jestem w sza­chu, Sally. Po pro­stu zrób, co możesz, to wszystko. Nie wiem, czy nie wyjdę, ale zadzwo­nię. Tak czy siak, dowiedz się, gdzie dorwę Setha.

— Co jest grane? — spy­tała Sally, ale DuBrose tylko posłał jej słaby krzywy uśmiech i się odwró­cił. Modląc się w duchu, wró­cił do gabi­netu Came­rona.

Dyrek­tor miał otwarty zawór okienny i wpa­try­wał się w oświe­tloną na czer­wono ciem­ność. DuBrose kątem oka otak­so­wał biurko. Szklanka była pusta. Sekre­ta­rza ogar­nęła taka ulga, że aż się zatrząsł. A jed­nak nawet teraz…

Came­ron się nie odwró­cił.

— Kto tam? — spy­tał.

Laik mógłby nie zauwa­żyć zmiany w gło­sie dyrek­tora, ale DuBrose nie był laikiem. Widział, że alka­loid dostał się już do krwio­biegu i dotarł do mózgu Came­rona.

— To ja, Ben.

— Och.

DuBrose obser­wo­wał, jak masywna postać przy oknie lekko się koły­sze. Powinno to jed­nak szybko minąć. Etap zdez­o­rien­to­wa­nia był bar­dzo krótki. DuBrose pogra­tu­lo­wał sobie w duchu, że szczę­śli­wym tra­fem miał w kie­szeni paczkę pixów. Choć wła­ści­wie nie był to przy­pa­dek; więk­szość wojen­nych nosiła je przy sobie. Przy tak wielu nad­go­dzi­nach powolny pro­ces upo­je­nia alko­ho­lo­wego szybko się przy­krzył. Poza tym kac sta­no­wił wła­ści­wie ryzyko zawo­dowe. Nic więc dziw­nego, że w końcu jakiś bystry che­mik wziął sobie parę dni wol­nego, żeby się poba­wić alka­lo­idami. Tak powstały pixy, małe pigułki bez smaku, które miały siłę stu szkoc­kich. Wywo­ły­wały i pod­trzy­my­wały ten różany blask syn­te­tycz­nej eufo­rii, który cie­szył się na świe­cie nie­słab­nącą popu­lar­no­ścią, odkąd tylko czło­wiek zauwa­żył, że wino­grona fer­men­tują. Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych pra­cow­nicy wojenni byli gotowi wyko­ny­wać swoje nie­koń­czące się zada­nia i nie zwa­żać na dłu­go­trwały impas cią­gnący się od czasu, gdy oba narody zde­cen­tra­li­zo­wały się i oko­pały. Spo­łe­czeń­stwo wio­dło, o dziwo, życie bez­piecz­niej­sze i bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące niż przed wojną; cała praca zwią­zana z pla­no­wa­niem bitew i ope­ra­cji spa­dała jedy­nie na rzą­dową kwa­terę główną i pod­le­ga­jące im insty­tu­cje. Gdy sztuka wojenna osiąga tak wysoki poziom wyspe­cja­li­zo­wa­nia, nie ma już w niej miej­sca na ama­to­rów, zwłasz­cza że pań­stwo nie potrze­bo­wało już żoł­nie­rzy. Nawet kaprale byli teraz z metalu.

Taka sytu­acja nie byłaby moż­liwa bez wpływu II wojny świa­to­wej. Tak jak I wojna świa­towa zaini­cjo­wała roz­wój lot­nic­twa, na które zdano się w następ­nym glo­bal­nym kon­flik­cie, tak wojna z lat 40. XX wieku sta­no­wiła bodziec do postę­pów mię­dzy innymi w dzie­dzi­nie elek­tro­niki. Toteż kiedy po dru­giej stro­nie pla­nety nastą­pił pierw­szy atak Falan­gi­stów, zachod­nia pół­kula była gotowa i uru­cho­miła swoją wojenną maszynę z wręcz cudowną szyb­ko­ścią i pre­cy­zją.

Wojna nie wymaga motywu. Choć pew­nie w przy­padku ataku Falan­gi­stów głów­nym moty­wem był impe­ria­lizm. Była to rasa hybry­dowa, taka jak nie­gdyś Ame­ry­ka­nie. Po II woj­nie świa­to­wej utwo­rzył się bowiem w Euro­pie nowy naród. Spo­łeczne, poli­tyczne i gospo­dar­cze zawi­ro­wa­nia dopro­wa­dziły do powsta­nia wol­nego pań­stwa, zupeł­nie nowego kraju. Krew kil­ku­na­stu naro­dów — Chor­wa­tów, Niem­ców, Hisz­pa­nów, Rosjan, Fran­cu­zów, Angli­ków — zmie­szała się i tak powstali Falan­gi­ści. Ci emi­granci z całej Europy stwo­rzyli nowe wolne pań­stwo o arbi­tral­nych i dobrze strze­żo­nych gra­ni­cach. Nowy tygiel ras.

Zjed­no­czeni Falan­gi­ści zaczerp­nęli swoją nazwę z Hisz­pa­nii, tech­no­lo­gię z Nie­miec, a filo­zo­fię z Japo­nii. Byli mie­szanką zupeł­nie odmienną od wszel­kich innych naro­dów: czarni, żółci i biali zmie­szani razem w kotle, pod któ­rym roz­pa­lono ogień. Oni mówili o nowej jed­no­ści raso­wej, a tym­cza­sem ich wro­go­wie wyzy­wali ich od kun­dli; nie spo­sób było tego roz­strzy­gnąć. Nie­gdyś ame­ry­kań­scy pio­nie­rzy sko­lo­ni­zo­wali Zachód. Ale dla Falan­gi­stów nie było już nowych ziem.

I tak dwa ostat­nie wiel­kie narody tego świata utknęły w impa­sie na dzie­siątki lat. Wojna przy­po­mi­nała buja­nie się na huś­tawce, na któ­rej każda ze stron przy­kła­dała nóż do chro­nio­nego gar­dła prze­ciw­nika. Gospo­darka spo­łeczna obu kra­jów stop­niowo przy­sto­so­wała się do wojen­nych warun­ków — co mię­dzy innymi dopro­wa­dziło do takich wyna­laz­ków jak pix.

Pro­duk­cję pixa spon­so­ro­wał Urząd do spraw Morale, wspie­rany przez Psych. Poza tym wiele innych szyb­kich roz­wią­zań zastęp­czych miało spra­wić, by pra­cow­nicy wojenni byli zado­wo­leni: na przy­kład obrzy­dliwce, jak ktoś nie­zbyt uprzej­mie nazwał tak zwane filmy subiek­tywne, czyli takie, które wywo­ły­wały emo­cjo­nalne wstrząsy, a także Głę­boki Sen i Kra­ina Baśni, które mogły czę­ściowo zre­kom­pen­so­wać brak dzieci czy zwie­rząt domo­wych, a nawet dzia­łać lecz­ni­czo na psy­chikę. Naprawdę trudno było mieć kom­pleks niż­szo­ści, gdy można było grać rolę Jehowy we wła­snej, fan­ta­stycz­nie prze­ko­nu­ją­cej ilu­zji małego świata zamiesz­ka­nego przez ludzi i ich zwie­rzaki, które samemu się pro­jek­to­wało i two­rzyło. Nie były żywe, były po pro­stu gadże­tami, ale tak mister­nie skon­stru­owa­nymi, że wielu z tych, któ­rzy patrzyli, jak spod ich dłoni wyła­nia się ich wła­sna Kra­ina Baśni, miało potem trud­no­ści z powro­tem do rze­czy­wi­sto­ści. Jako mecha­nizm eska­pi­styczny roz­wią­za­nia te były mocno przy­datne.

DuBrose obser­wo­wał Came­rona. Chciał się z nim poro­zu­mieć, nim minie etap dez­orien­ta­cji.

— Czas na nas.

— Na nas?

DuBrose udał, że jest zasko­czony.

— Zmie­nił pan zda­nie? Jed­nak nie mam jechać z panem?

— A… Czy ja… Myśla­łem…

— Lepiej nie zosta­wiajmy otwar­tego okna. Mogłyby nam nale­cieć jakieś opary, jak nas nie będzie.

— W Dol­nym Chi­cago nie ma nie­bez­piecz­nych gazów — zwró­cił uwagę Came­ron, ale nie pod­wa­żył tego, że DuBrose ma z nim jechać. — Nie ma ich nawet w Prze­strze­niach.

— Ale zawsze może być jakiś silny smród — upie­rał się DuBrose.

— Pod­ziemne mia­sto…

— Tak, wiem. Bez względu na to, jak wysoko wykwa­li­fi­ko­wani tech­nicy tu pra­cują, na­dal znaj­duje się pod zie­mią. Ale to prze­cież pan sam spo­rzą­dził plany ska­ne­rów w zawo­rach okien­nych. Dla­czego mie­li­by­śmy ich nie uży­wać?

Came­ron zasu­nął szybę i spoj­rzał na zie­lone wzgó­rza, na które padał już teraz cień napły­wa­ją­cych desz­czo­wych chmur.

— Klau­stro­fo­bia nie należy do moich sła­bo­ści — rzekł. — Mogę bez pro­blemu mie­sią­cami sie­dzieć pod zie­mią.

— Czego nie mogę powie­dzieć o sobie — mruk­nął DuBrose.

Uznał, że Came­ron cał­kiem nie­źle znosi dopra­wiony przez niego tru­nek. I dobrze. Nie liczył na to, że dyrek­tor kom­plet­nie odleci. Jego plan był bar­dziej dłu­go­fa­lowy. Miał nadzieję, że wysłan­nik sekre­ta­rza do spraw wojny nawet nie zauważy upo­je­nia Came­rona. Upo­mniał się w duchu, żeby podać sze­fowi oczysz­czacz odde­chu, nim…

Zdą­żył w ostat­niej chwili. Po ruty­no­wym wyle­gi­ty­mo­wa­niu się do pokoju wszedł skwa­szony chudy męż­czy­zna z dwoma pisto­le­tami przy­pię­tymi do pasa.

— Locke — przed­sta­wił się. — Jest pan gotowy, panie Came­ron?

— Tak. — Dyrek­tor znów wyglą­dał na przy­tom­nego. — Dokąd jedziemy?

— Do Sana­to­rium.

— Na powierzch­nię?

— Tak, na powierzch­nię.

Came­ron ski­nął głową i ruszył w stronę drzwi. Tam zatrzy­mał się i lekko zmarsz­czył brwi.

— A więc? — rzu­cił.

— Prze­pra­szam. — Locke otwo­rzył drzwi i prze­pu­ścił Came­rona.

Kiedy DuBrose ruszył za sze­fem, facet z rządu zastą­pił mu drogę.

— Pan nie ma…

— Pro­szę się o to nie mar­twić.

Locke pokrę­cił głową.

— Panie Came­ron, czy ten czło­wiek ma jechać z nami?

Dyrek­tor obej­rzał się z nie­pewną miną.

— On… Co takiego? A, tak. Jedzie z nami.

— Skoro pan tak twier­dzi. — Locke miał teraz jesz­cze bar­dziej skwa­szony wyraz twa­rzy, ale ruszył za DuBrose’em.

Gdy mijali cen­tralę, sekre­tarz spoj­rzał pyta­jąco na Sally. Odpo­wie­działa bez­rad­nym gestem. DuBrose zro­bił głę­boki wdech. Teraz wszystko w jego rękach. A naprawdę oba­wiał się tego, co może zoba­czyć w tym Sana­to­rium. Win­do­spa­dem zje­chali na niż­szy poziom, gdzie Locke prze­jął dowo­dze­nie grupą i popro­wa­dził ich w stronę prze­ci­na­ją­cej całe mia­sto eks­pre­so­wej Drogi. DuBrose roz­siadł się na swoim miej­scu i usi­ło­wał się odprę­żyć. Patrzył na blady jak kość sło­niowa, świe­tli­sty sufit zjeż­dżalni, ale jej gładka syn­te­tyczna powierzch­nia nie sta­no­wiła sku­tecz­nej bariery dla natłoku myśli. Spa­dali w huk Prze­strzeni, gdzie biło mecha­niczne serce mia­sta, otchłani w dużej mie­rze zamiesz­ka­nej przez hała­śliwe maszyny. Tak nisko ludzie już nie pra­co­wali. Ci, któ­rzy obsłu­gi­wali te urzą­dze­nia, sie­dzieli w wygod­nych dźwię­kosz­czel­nych budyn­kach z kli­ma­ty­za­cją, a w oknach mieli zain­sta­lo­wane ska­nery, które dawały im złu­dze­nie życia na powierzchni. Jeśli tylko nie otwie­rało się zawo­rów, można było prze­żyć w Dol­nym Chi­cago całe życie i nawet się nie zorien­to­wać, że to ponad milę pod zie­mią.

Klau­stro­fo­bia wypły­nęła jako jeden z pierw­szych pro­ble­mów. Mnó­stwo neu­roz prze­szło w pełne psy­chozy, nim zapew­niono pod­sta­wowe potrzeby i roz­wią­zano pewne pro­blemy. Neu­rozy doty­czyły tylko wojen­nych, ponie­waż więk­szość lud­no­ści cywil­nej nie musiała miesz­kać pod zie­mią. Decen­tra­li­za­cja sku­tecz­nie chro­niła zwy­kłych oby­wa­teli przed bom­bami.

— To już ta sta­cja — rzu­cił przez ramię Locke.

DuBrose dotknął przy­ci­sku pod pod­ło­kiet­ni­kiem. Trzy krze­sełka zje­chały z szyb­kiego pasa na bocz­nicę, zwol­niły i się zatrzy­mały. Locke w mil­cze­niu popro­wa­dził ich do cze­ka­ją­cego pneu­mo­auta. Zamknął drzwi i się­gnął w stronę kon­tro­lek. DuBrose led­wie zdą­żył chwy­cić swój pas, nim smu­kły palec dźgnął mak­sy­malne przy­spie­sze­nie.

Żołą­dek znów maso­wał mu krę­go­słup. Nim odzy­skał wzrok po momen­tal­nym zamro­cze­niu, już odru­chowo grał w grę, którą znał każdy wojenny, a która pole­gała na dość roz­pacz­li­wych pró­bach zorien­to­wa­nia się w prze­strzeni i usta­le­niu kie­runku jazdy. Nie było to oczy­wi­ście moż­liwe. Tylko dwu­dzie­stu ludzi znało praw­dziwą loka­li­za­cję Dol­nego Chi­cago, naj­wyżsi ofi­cjele pra­cu­jący w kwa­te­rze głów­nej. Ten labi­rynt tuneli wyra­stał z jaskini i koń­czył się w wielu bar­dzo odmien­nych miej­scach, przy czym nie­które odda­lone były led­wie o milę, a inne o pięć­set mil. Ze względu na wijące się trasy pneu­mo­auta poko­ny­wały odle­gło­ści do celu zawsze w ciągu dokład­nie pięt­na­stu minut.

Dolne Chi­cago mogło się znaj­do­wać pod polami kuku­ry­dzy w India­nie, pod jezio­rem Huron albo pod ruinami sta­rego Chi­cago. Wojenni nie mieli jak się tego domy­ślić. Sta­wiali się przed jedną ze zna­nych sobie Bram, gdzie ich legi­ty­mo­wano, a potem wsia­dali do odpo­wied­niego pneu­mo­auta. Kwa­drans póź­niej byli już w Dol­nym Chi­cago. Tak po pro­stu. Każde pod­ziemne mia­sto miało ten sam sys­tem i te same zabez­pie­cze­nia prze­ciwko bom­bom wiert­ni­czym. Były też oczy­wi­ście inne środki bez­pie­czeń­stwa, ale DuBrose nie był tech­ni­kiem. Powie­dziano mu, że w przy­padku miast wojen­nych loka­li­za­cja radiowa jest nie­moż­liwa, więc po pro­stu przy­jął ten fakt do wia­do­mo­ści. W dzi­siej­szych cza­sach wojna przy­po­mi­nała bar­dziej grę w sza­chy niż serię bitew.

Auto się zatrzy­mało. Przez krótki tunel prze­szli do kabiny heli­kop­tera. Zatrzesz­czały łopaty. Śmi­gło­wiec uniósł się i szar­pią­cym ruchem obró­cił o dzie­więć­dzie­siąt stopni. Przez okno DuBrose widział zapa­da­jące się coraz niżej pie­rza­ste gałę­zie drzew. Potem, gdy unie­śli się jesz­cze wyżej, ujrzał suche pasma wzgórz. Zaczął się zasta­na­wiać, w jakim sta­nie się znaj­dują. W Illi­nois? W India­nie? W Ohio?

Pochy­lił się z nie­po­ko­jem. Było coś…

— Hę? — Came­ron obej­rzał się na niego.

DuBrose pokrę­cił gałką zain­sta­lo­waną we fra­mu­dze okna. Kółeczko w pla­stiku zmie­niło się w soczewkę i powięk­szyło odle­gły przed­miot. DuBrose tylko rzu­cił na niego okiem i się uspo­koił.

— Nie­wy­pał — mruk­nął Locke, choć DuBrose’owi jesz­cze przed chwilą zda­wało się, że pilot nie zauwa­żył jego ruchu.

— Jedna z kopuł, nic wię­cej — dorzu­cił Came­ron, roz­sia­da­jąc się znów spo­koj­nie.

DuBrose jed­nak na­dal patrzył na znisz­czony srebrny przed­miot na wzgó­rzu.

Była to pół­kula o śred­nicy stu stóp. W Ame­ryce znaj­do­wały się sie­dem­dzie­siąt cztery takie iden­tyczne pół­kule. DuBrose usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć czasy, gdy te muszle były jesz­cze ide­al­nie nie­przej­rzy­ste i srebrne jak lustra. Miał osiem lat, gdy poja­wiły się nagle nie wia­domo skąd, wszyst­kie naraz, skry­wa­jące tajem­nicę, któ­rej ni­gdy nie roz­wią­zano. Nikomu nie udało się dostać do ich środka i nie wyło­niło się z nich ni­gdy nic kon­kret­nego. Po pro­stu poja­wiły się nagle sie­dem­dzie­siąt cztery lśniące pół­kule i ten fakt nie­mal wywo­łał panikę w kraju. Kolejna tajna broń wroga.

Obszar wokół każ­dej z kopuł oczysz­czono z cywili w pro­mie­niu trzy­dzie­stu mil, a eks­perci zaczęli się gło­wić nad zagadką, w każ­dej chwili spo­dzie­wa­jąc się, że tajem­ni­cza broń wybuch­nie. Rok póź­niej prace na­dal trwały.

Pięć lat póź­niej testy wyko­ny­wano już bar­dziej spo­ra­dycz­nie.

A potem dotąd gład­kie kopuły zaczęły ule­gać znisz­cze­niu. Na wypo­le­ro­wa­nej powierzchni, która nie była mate­rią, poja­wiły się sieci prąż­ków. Roz­sze­rzały się niczym rtęć łusz­cząca się z tyl­nej strony lustra, aż sko­rupy stały się poszar­pane i pęk­nięte. W rezul­ta­cie można było teraz zaj­rzeć do środka, ale nie było tam nic — tylko goła zie­mia.

Nie­mniej jed­nak nikomu nie udało się dostać do żad­nej z kopuł. Siła, czy cokol­wiek to było, pozo­sta­wała stała; jakaś ener­gia two­rzyła nie­prze­kra­czalną barierę dla ciał sta­łych.

Ludzie uznali, że te tajem­ni­cze przed­mioty to tajna broń, która nie zadzia­łała, toteż ktoś zapro­po­no­wał ksywkę Nie­wy­pał. Przy­jęła się.

— Nie­wy­pał — powtó­rzył Locke i odpa­lił pomoc­ni­cze rakiety. Pej­zaż zama­zał im się przed oczami.

DuBrose rzu­cił okiem na Came­rona. Zasta­na­wiał się, jak szybko minie dzia­ła­nie alka­lo­idu. Pix nie było nie­za­wodne. Cza­sami…

Lecz widok spo­koj­nej zre­lak­so­wa­nej twa­rzy dyrek­tora nieco go pocie­szył. Jakoś to będzie. Musi być.

Came­ron spo­glą­dał na wyso­ko­ścio­mierz na desce roz­dziel­czej.

Wyso­ko­ścio­mierz się do niego uśmie­chał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: The Fairy Ches­smen

Copy­ri­ght © 1946 by Street & Smith Publi­ca­tions, rene­wed 1973 by C.L. Moore

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja serii

Sła­wo­mir Folk­man

Andrzej Hudo­wicz

Redak­cja: Krzysz­tof Tro­piło

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i okładki: Sła­wo­mir Folk­man / www.kala­dan.pl

Ilu­stra­cja na okładce: Igor Mor­ski

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Nie­skoń­czona sza­chow­nica, wyd. I w tym tłu­ma­cze­niu, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-646-1

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer