Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejsko-Powiatowa Biblioteka Publiczna w Rypinie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 186
Rok wydania: 1990
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
SZACHOWISKO
przełożył Jacek Manicki
3
4
5
8
9
10
11
12
13
SZACHOWISKO
Henry Kuttner
przełożył Jacek Manicki
3
4
5
8
9
10
11
12
13
Oficyna Wydawnicza „ARAX” Sp. z o.o.
Spółka Wydawniczo-Księgarska
BIAŁYSTOK—WARSZAWA 1990
Tytuł oryginału:
Chessboard Planet, Galaxy, New York 1956
Okładka:
David Martin
Redakcja tekstu i przygotowanie do druku: WIKTOR BUKATO
For the Polish translation
Copyright © 1990 by Jacek Manicki
ISBN 83-85004-99-8
Gałka u drzwi otworzyła niebieskie oko i spojrzała na niego. Cameron znieruchomiał. Nie dotknął gałki. Cofnął rękę i gapił się osłupiały.
Potem, kiedy nic więcej się nie wydarzyło, odstąpił w bok. Czarna źrenica oka przesunęła się za nim. Obserwowała go.
Odwrócił się ostentacyjnie plecami do drzwi i przeszedł powoli do zaworu okiennego. Gdy się doń zbliżał, okrągła szyba rozjaśniła się do przezroczystości. Po chwili stał już przed nią, sprawdzając sobie dwoma palcami tętno i jednocześnie licząc automatycznie oddechy.
W oknie roztaczał się zielony, pagórkowaty krajobraz upstrzony ciemniejszymi plamami cieni rzucanych przez płynące w górze obłoki. W złocistych promieniach słońca jaśniały wiosenne kwiaty na zboczach wzgórz. Po błękitnym niebie sunął bezgłośnie helikopter.
Tęgi, siwowłosy mężczyzna skończył sprawdzać sobie puls i czekał, odwlekając moment, w którym będzie musiał się odwrócić. Patrzył w zadumie na sielski krajobraz. Po chwili z cichym pomrukiem zniecierpliwienia dotknął przycisku. Szyba odsunęła się w bok znikając w ścianie.
Za oknem zalegał czerwony mrok dudniący łomotem.
W ciemnościach spowijających podziemne miasto majaczyły zarysy ogromnych, kanciastych kolosów z kamienia i metalu. Gdzieś w głębi rytmiczne posapywanie zlewało się w odległy ryk; stukot tytanicznych pomp zakłócały mechaniczne rzężenia. Od czasu do czasu mrok rozświetlały błyskawice wyładowań elektrostatycznych, ale trwały zbyt krótko, by odsłonić więcej Dolnego Chicago.
Cameron wychylił się zadzierając głowę. Tam wysoko widział tylko gęstniejący mrok rozpraszany sporadycznie przez naszyjniki bladych błyskawic przemykających po kamiennym nieboskłonie. W dole była tylko nieprzenikniona czerń.
Była to wciąż rzeczywistość. Masywne, realistyczne maszyny pracujące w schronie dawały solidny fundament logiki; logiki, na której opierał się dzisiejszy świat. Cameron, podniesiony trochę na duchu, cofnął się i zasunął szybę. Za oknem znowu roztaczał się krajobraz zielonych wzgórz na tle błękitnego nieba.
Cameron odwrócił się. Gałka u drzwi była gałką i tylko tyle. Prostym w kształcie, solidnym kawałkiem metalu.
Obszedł biurko i ruszył szybko w stronę drzwi. Wyciągnął rękę i stanowczo zamknął dłoń na gałce.
Palce nie napotkały oporu. To nie był metal; to była na wpół ścięta galareta.
Robert Cameron, Cywilny Dyrektor Departamentu Psychometru, wrócił za swoje biurko i usiadł. Wyciągnął z szuflady butelkę i nalał sobie jednego.’ Oczy miał rozbiegane. Omiatały blat biurka niezdolne do zatrzymania się choć na chwilę na czymkolwiek. Nacisnął klawisz.
Do gabinetu wszedł zaufany sekretarz Camerona, Ben DuBrose, niski, krępy mężczyzna około trzydziestki, o bystrych, błękitnych oczach i zmierzwionych włosach koloru toffi. Nie wyglądało na to, by miał jakiekolwiek trudności z gałką u drzwi. Cameron umknął wzrokiem przed spojrzeniem tych jasnoniebieskich źrenic.
— Zauważyłem właśnie, że mój monitor jest wyłączony — burknął niechętnie. — Czy pan to zrobił?
DuBrose uśmiechnął się. — Ależ szefie, co za różnica? Wszystkie rozmowy z zewnątrz i tak przechodzą przez moją centralkę.
— Nie wszystkie — warknął Cameron. — Te z Kwatery Głównej nie. Robi się pan za chytry. Gdzie jest Seth?
— Nie mam pojęcia — odparł DuBrose marszcząc lekko czoło. — Sam chciałbym to wiedzieć. On...
— Zamknij się pan. — Cameron przełączył monitor na odbiór. Rozległ się histeryczny sygnał brzęczyka. Dyrektor spojrzał oskarżycielsko na sekretarza. DuBrose zauważył zmarszczki napięcia wokół oczu starego i poczuł w żołądku skurcz zimnej, szalonej paniki. Przyszedł mu do głowy rozpaczliwy pomysł roztrzaskania monitora — ale teraz nawet to by nie pomogło. Gdzie podziewał się Seth?
— Szyfrator — rozległ się głos w głośniku.
— Szyfrator włączony — mruknął Cameron. Jego silne dłonie o wydatnych knykciach przesuwały się wprawnie po klawiaturze. Na ekranie monitora pojawiła się twarz.
— Cameron? — zaczął Sekretarz Wojny. — Co tam się wyprawia w waszym biurze? Próbuję pana złapać...
— No to mnie pan złapał. To musi być coś ważnego, skoro używa pan tego numeru. O co chodzi?
— To nie jest rozmowa na telemonitor. Nawet poprzez szyfrator. Być może popełniłem błąd zbytnio wtajemniczając tego pańskiego człowieka — DuBrose’a. Czy można mu ufać?
Cameron napotkał obojętny wzrok DuBrose’a. — Tak — powiedział powoli. — Tak, nie mam do niego zastrzeżeń. No więc?
— Za pół godziny będzie u pana człowiek ode mnie. Chcę, żeby rzucił pan na coś okiem. Zwykłe środki ostrożności. To bezwzględny priorytet. Zrozumiał pan?
— Będę czekał, Kalender — powiedział dyrektor i przerwał połączenie. Położył dłonie płasko na biurku i obserwował je.
— No cóż, proszę mnie oddać pod sąd — odezwał się DuBrose.
— Kiedy Kalender tu był?
— Dziś rano. Niech pan posłucha, szefie, zrobiłem to ce-Iowo. Miałem powód. Usiłowałem wyjaśnić to Kalendero-wi, ale to zakuty łeb. Mam za mało gwiazdek na pagonach, żeby go przekonać.
— Co panu powiedział?
— Coś, czego, jak sądzę, nie powinien pan jeszcze wiedzieć. Seth też przyznał mi w tym względzie rację. Jemu pan przecież ufa. I — wszak przeszedłem z wyróżnieniem wszystkie psychotesty, bo inaczej nie byłoby mnie tutaj z panem. Mamy tu do czynienia z problemem psychologicznym, a okoliczności nakazują, by nie był pan wprowadzany w sprawę, dopóki...
— Dopóki co?
DuBrose przygryzł paznokieć kciuka. — Przynajmniej dopóki nie porozumiem się z Sethem. To ważne, żeby nie był pan na razie wmieszany w tę sprawę. Rzecz wygląda paradoksalnie. Mogę się mylić, ale jeśli mam rację... nie wyobraża pan sobie nawet, co to za racja!
— Sądzi więc pan, że Kąlender popełnia błąd zwracając się z tym do mnie bezpośrednio —mruknął Cameron. ’— Dlaczego?
— Tego właśnie nie chcę panu powiedzieć. Bo gdybym to zrobił, wszystko... wzięłoby w łeb.
Cameron westchnął i potarł dłonią czoło. — Zapomnijmy o tym — zaproponował znużonym głosem. — To ja kieruję tym departamentem, Ben. Ja jestem odpowiedzialny za wszystko, co się tu dzieje. — urwał i spojrzał bystro na DuBrose’a. — To słowo musi mieć dla ciebie spore znaczenie emocjonalne.
— Jakie słowo? — spytał bezbarwnym głosem DuBrose.
— Odpowiedzialność. Dziwnie na nie zareagowałeś.
— Pchła mnie ugryzła.
— Ach, tak? W każdym razie to prawda. Jeśli wynika sprawa dotycząca departamentu psychometrii, i to sprawa, której nadano bezwzględny priorytet, moim obowiązkiem jest być o niej poinformowanym. Wojna się nie skończy, kiedy ja wezmę sobie urlop.
DuBrose wziął z biurka butelkę i potrząsnął nią.
— Strzel pan sobie jednego — zaproponował Cameron podsuwając mu kubek. Sekretarz nalał sobie bursztynowego płynu. Udało mu się wpuścić do whisky pastylkę nie zwracając uwagi Camerona.
Ale nie wypił. Podniósł kubek, powąchał zawartość i odstawił go. — Chyba za wcześnie jak dla mnie. Najlepiej pije mi się w nocy. Czy orientuje się pan, gdzie mogę znaleźć Setha?
— Och, zamknij się pan — burknął Cameron. Siedział zapatrzony w kubek niewidzącymi oczyma. DuBrose podszedł, do okna i spojrzał na wyświetlany w nim krajobraz.
— Chyba pada.
— Tu pod spodem nic nie pada — mruknął Cameron. — Nie ma prawa.
— Ale na powierzchni... proszę popatrzeć. Wracając do rzeczy, niech mi pan pozwoli sobie towarzyszyć.
— Nie.
— Dlaczego nie?
— Bo mi niedobrze, kiedy na pana patrzę — warknął Cameron. DuBrose wzruszył ramionami i ruszył w stronę drzwi. Sięgając do klamki poczuł na sobie baczne spojrzenie dyrektora, ale się nie obejrzał.
Zamknąwszy za sobą drzwi podszedł od razu do centralki łączności, ignorując zmysłowy uśmiech dziewczyny siedzącej przed migającym kolorowymi lampkami pulpitem.
— Niech mi pani złapie Setha Pella — polecił, osobliwie świadomy tonu tępej bezsilności przebijającego z jego głosu. — Proszę próbować wszędzie. Aż do skutku.
— To coś ważnego?
— Taaak... bardzo!
— Ogólnym kanałem łączności?
— Ja... nie — zająknął się DuBrose. Machinalnie przeczesał palcami żółtą czuprynę. — Nie wolno mi. Nie mam upoważnienia. Myślała pani, że te zakute pały z góry pozwoliłyby na...
— Szef by to załatwił.
— Tak się pani tylko wydaje. Lepiej nie ryzykować, Sally. Niech pani się tylko postara. Ja może wyjdę na chwilę, ale odezwę się. Pani niech się dowie, gdzie mogę złapać Setha.
— Coś się musiało stać — zauważyła Sally. DuBrose obdarzył ją bladym, wymuszonym uśmiechem i odwrócił się. Modląc się w duchu wszedł z powrotem do gabinetu Camerona.
Dyrektor stał przy otwartym oknie zapatrzony w podbarwiony czerwienią mrok zalegający na zewnątrz. DuBrose rzucił ukradkowe spojrzenie na biurko. W kubku nie było już whisky i DuBrose’a przeszedł mimowolny dreszcz ulgi. Ale nawet teraz...
Cameron nie odwrócił się. — Kto tam? — zapytał tylko. Laik nie zauważyłby różnicy w głosie dyrektora, ale DuBrose nie był laikiem. Wiedział dobrze, że alkaloid dotarł już krwioobiegiem do mózgu Camerona.
— To ja, Ben.
— Aha.
DuBrose patrzył na otyłą postać chwiejącą się lekko przy oknie. To powinno jednak wkrótce minąć; okres dezorientacji był bardzo krótki. Błogosławił szczęśliwy traf, że miał akurat w kieszeni paczuszkę Głupich Jasiów. Nie był to właściwie przypadek; nosiła je przy sobie większość wojskowych. Gdy pełni się służbę w nie normowanym, maksymalnie wyśrubowanym czasie pracy, powolny proces upijania się jest utrapieniem, a kac ryzykiem zawodowym. Pewien zdolny chemik eksperymentując w wolnych chwilach z alkaloidami wynalazł Głupie Jasie, maleńkie pastylki bez smaku, porównywalne w działaniu ze stuprocentową szkocką. Wywoływały one i podtrzymywały ten różowy żar syntetycznej euforii, tak popularny od chwili, kiedy człowiek po raz pierwszy zaobserwował fermentację winorośli. Była to jedna z przyczyn, dla których pracownicy departamentu wojny godzili się na harówkę do upadłego nad powierzonymi sobie, nie mającymi końca zadaniami, w tym długim klinczu trwającym od czasu, gdy oba narody zdecentralizowały się i okopały. Co ciekawe: ludność wiodła życie bardziej chyba bezpieczne i dostatnie niż przed wojną; planowaniem i prowadzeniem działań wojennych zajmowała się wyłącznie Kwatera Główna i podległe jej instytucje. W niebywale wyspecjalizowanej wojnie jest miejsce tylko dla specjalistów, zwłaszcza od kiedy żaden z krajów nie używał już do walki żołnierzy. Nawet zupacy byli z metalu.
Sytuacja ta byłaby niemożliwa bez impulsu, jaki dała druga wojna światowa. Tak jak pierwsza wojna światowa zaowocowała użyciem sił powietrznych w drugim konflikcie globalnym, tak wojna toczona w latach czterdziestych dwudziestego wieku stała się bodźcem do rozwoju rozmaitych dziedzin techniki — między innymi elektroniki. I kiedy nastąpił pierwszy zmasowany atak Falangistów na drugą stronę planety, półkula zachodnia była nie tylko przygotowana do jego odparcia, ale również zdolna do uruchomienia z graniczącą z cudem szybkością i precyzją własnej machiny wojennej.
Wojna nie potrzebuje motywu. Ale motywem stojącym za napaścią Falangistów był przede wszystkim imperializm. Stanowili rasę hybrydową, tak jak niegdyś Amerykanie; na zgliszczach drugiej wojny światowej powstał nowy naród. Splątany węzeł społecznych, politycznych i ekonomicznych uwarunkowań europejskich doprowadził do powstania wolnego państwa, całkowicie nowego kraju. W żyłach Falangistów płynęła wymieszana krew tuzina ras — Chorwatów, Niemców, Hiszpanów, Rosjan, Francuzów, Anglików. Bo Falangiści byli emigrantami napływającymi z całej Europy do wolnego państwa o arbitralnie ustanowionych i dobrze strzeżonych granicach. To był nowy tygiel ras.
I w końcu Falangiści zjednoczyli się, obierając sobie nazwę rodem z Hiszpanii, przejmując niemiecką technikę i japońską filozofię. Stanowili taką zbieraninę, jak żaden naród dotąd; w tym kotle, pod którym rozniecono ogień, mieszali się ze sobą czarni, żółci i biali. Głosili nową jedność rasową; nieprzyjaciele nazywali ich kundlami i trudno było rozstrzygnąć, po której stronie leży racja. Amerykańscy koloniści podbijali niegdyś zachód. Nie było jednak żadnych nowych krain dla Falangistów.
I w końcu dwa wielkie narody świata zwarły się na całe dziesięciolecia w toczącej się ze zmiennym szczęściem wojnie, przykładając jeden drugiemu nóż do opancerzonego gardła. Ekonomia społeczna obu krajów przystosowała się stopniowo do nowych warunków wojennych — co doprowadziło do powstania takich właśnie wynalazków, jak Głupi Jaś!
Produkcję Głupich Jasiów sponsorował Wydział do spraw Nastrojów Społecznych wspierany przez Departament Psy-chometrii. Istniało też wiele innych szybko działających zamienników podtrzymujących na duchu ludzi pracujących na rzecz aparatu wojny. Takie na przykład Gęsie Skórki wyzwalające natychmiastowy szok emocjonalny dla tych, którym nie wystarczały wrażenia czerpane z filmów subiektywnych. I Twardy Sen i Bajkowe Krainy, które mogły częściowo kompensować brak dzieci czy zwierząt domowych — a nawet spełniać rolę środków psycholeczniczych. Niewielu ludzi potrafiło trwać w kompleksie niższości, kiedy nic nie stało na przeszkodzie, by zostać Jehową w fantastycznie przekonywających iluzjach własnych małych światków zaludnionych istotami przez siebie samego projektowanymi i tworzonymi. Nie były to stworzenia żywe: po prostu kukły, ale o tak złożonej konstrukcji, że wielu ludzi, obserwując Bajkową Krainę budzącą się do życia pod ich palcami naciskającymi klawisze sterujące, miało trudności z decyzją powrotu do rzeczywistego świata. Jako mechanizm ucieczki od rzeczywistości urządzenia te spełniały swoją rolę idealnie.
DuBrose obserwował bacznie Camerona. Chciał załatwić swoją sprawę, zanim minie dezorientacja.
— Lepiej się przygotujmy.
— My?
— Zmienił pan zdanie? — DuBrose nadał swemu głosowi ton zdziwienia. — Nie chce więc pan, żebym też poszedł?
— Och. Czyja... myślałem...
— Lepiej nie zostawiać otwartego okna. Pod naszą nieobecność może tu nalecieć jakiegoś paskudztwa.
— W Dolnym Chicago nie ma żadnych niebezpiecznych gazów — mruknął Cameron przyjmując za rzecz naturalną, że DuBrose będzie mu towarzyszył. — Nawet w Przestrzeniach.
— To prawda, ale unosi się tam wiele cuchnących wydzielin — powiedział DuBrose.
— To podziemne miasto...
— Wiem. Bez względu na stopień zaawansowania rozwiązań technicznych, pozostaje ono pod ziemią. Ale to przecież pan wprowadził do projektu okna skaningowe. Czemu sam pan z nich nie korzysta?
Cameron zasunął szybę i zapatrzył się na zielone wzgórza, na które padał teraz cień gęstniejących deszczowych chmur. — Nie cierpię na klaustrofobię — powiedział. — Mogę miesiącami przebywać pod ziemią i nic mi nie jest.
— Ze mną jest gorzej. — DuBrose zauważył, że Cameron dobrze się trzyma po jego zastępczym trunku. To świetnie; nie chodziło mu przecież o to, by upić dyrektora do nieprzytomności. Jego plany obliczone były na dłuższą metę. Wysłannik Sekretarza Wojny prawdopodobnie nie zauważy nawet podniecenia Camerona. Przypomniało mu się, że ma poczęstować szefa pastylką odświeżania oddechu, zanim...
Zdążył w samą porę. Do gabinetu, po obowiązkowym sprawdzeniu tożsamości, wprowadzono chudego mężczyznę o zgorzkniałej twarzy, z dwoma pistoletami zwisającymi u pasa.
— Moje nazwisko Locke — przedstawił się przybysz. — Jest pan gotów, panie Cameron?
— Tak. — Dyrektor doszedł już do siebie. — Dokąd idziemy?
— Do sanatorium.
— Na powierzchnię?
— Na powierzchnię.
Cameron skinął głową i ruszył ku drzwiom. Zatrzymał się przed nimi i zmarszczył brwi. .
— No więc? — ponaglił.
— Przepraszam. — Locke otworzył drzwi i przepuścił Camerona przodem. Gdy DuBrose chciał pójść w ślady dyrektora, wysłannik rządu zastąpił mu drogę.
— Pan nie jest...
— Wszystko w porządku.
Locke potrząsnął głową. — Panie Cameron, czy ten człowiek idzie z nami?
Dyrektor zerknął przez ramię z wyrazem zaskoczenia na twarzy. — On... co, Ach, tak. On idzie z nami.
— Jak pan każę. — Locke zrobił jeszcze bardziej zgorzkniałą minę, ale przepuścił DuBrose’a i sam ruszył za nim.
Gdy przechodzili przez centralkę, sekretarz posłał Sally pytające spojrzenie. Dziewczyna wzruszyła ramionami w geście bezsilności. DuBrose westchnął głęboko. A więc wszystko spadało teraz na jego barki. A bardzo obawiał się tego, co mogą zobaczyć w sanatorium.
Dźwig zwiózł ich na niższy poziom i teraz Locke objął przewodnictwo. Doszli za nim do ekspresowej trasy przelotowej. DuBrose siadł w fotelu i usiłował się odprężyć. Patrzył, jak zasuwa się nad ich głowami podświetlony sufit kanału w kolorze spłowiałej kości słoniowej, ale ta gładka, syntetyczna substancja nie stanowiła żadnej bariery dla jego myśli. Przenikały przez nią w ryczący zgiełk Przestrzeni, gdzie maszyny dudniące rytmem miasta wypełniały te otchłanie własnym hałaśliwym życiem. Nie pracował tam ani jeden człowiek. Ludzie obsługujący maszyny siedzieli wygodnie w klimatyzowanych, dźwiękoszczelnych budynkach, a okna skaningowe dawały im złudzenie, że nie znajdują się pod ziemią. Jeśli nie otwierało się zaworów okiennych, można było spędzić w Dolnym Chicago całe życie nie zdając sobie nawet sprawy, że to prawie dwa kilometry pod powierzchnią ziemi.
Jednym z głównych problemów była klaustrofobia. I zanim rozwiązano problemy i poczyniono niezbędne kroki w ten sposób, wiele nerwic rozwinęło się w pełne psychozy. Nerwice te dręczyły tylko ludzi pracujących na rzecz wojny, ponieważ większość cywilnej populacji nie musiała zamieszkiwać pod ziemią. Decentralizacja chroniła ich przed wyborem za cele dla bomb.
— Tu się przesiadamy — rzucił przez ramię Locke. DuBrose dotknął przycisku pod poręczą swego fotela. Trzy krzesełka zsunęły się z pasa szybkiego ruchu do zatoczki, zwolniły i zatrzymały. Locke wprowadził ich w milczeniu do podstawionego pneumowagonu. Zamknął drzwi i sięgnął do pulpitu sterowniczego. DuBrose złapał za uchwyt w tym samym momencie, kiedy szczupły palec pchnął dźwignię przyspieszenia na maksimum.
Żołądek przywarł mu do kręgosłupa. Po chwilowym zamroczeniu wrócił mu wzrok. DuBrose przystąpił automatycznie do tej starej gry, którą uprawiał każdy wojskowy — do beznadziejnej próby zorientowania się w położeniu i odgadnięcia kierunku, w jakim mknie pneumowagon. Nie było to oczywiście możliwe. Tylko dwudziestu ludzi — najwyżsi rangą sztabowcy z Kwatery Głównej — wiedzieli, gdzie znajduje się Dolne Chicago. Labirynt tuneli rozgałęziających się od schronu kończył się w wielu rozmaitych miejscach odległych nawet do tysiąca kilometrów od niego. A do tego tunele te biegły tak dobraną, krętą trasą, że dotarcie do dowolnego miejsca przeznaczenia zajmowało wagonikom niezmiennie piętnaście minut.
Dolne Chicago mogło leżeć pod łanami zbóż Indiany, pod jeziorem Huron albo pod ruinami starego Chicago — tyle wiedzieli szeregowi wojskowi. Wystarczyło zgłosić się przy jednej ze znanych sobie Bram, poddać identyfikacji i wsiąść do pneumowagonu. I po upływie kwadransa było się już w Dolnym Chicago. Tak po prostu. Ten sam system — środek zabezpieczenia przed bombami drążącymi — obowiązywał we wszystkich podziemnych miastach. Stosowane były też inne formy zabezpieczenia, ale DuBrose nie był technikiem. Powiedziano mu tylko, że triangulacyjne namierzenie radiowe miasta jest niemożliwe i on przyjmował ten fakt do wiadomości. Współczesna wojna bardziej przypominała grę w szachy niż serię bitew.
Wagonik zatrzymał się; przeszli krótkim korytarzykiem do kabiny helikoptera. Rozległ się wizg łopatek wirnika. Śmigłowiec wzniósł się w powietrze i dygocząc obrócił w miejscu o czterdzieści pięć stopni. DuBrose ujrzał przez iluminator odpływające w dół pierzaste gałęzie drzew. Gdy wzlecieli wyżej, roztoczył się pod nimi spalony słońcem, pagórkowaty krajobraz. DuBrose ciekaw był, jaki to stan. Illinois? Indiana? Ohio?
Nagle zaniepokojony pochylił się w przód. Coś tam było... — Hę? — Cameron zerknął na niego.
DuBrose obrócił szybko podziałkę na oprawie iluminato-ra; plastyk pośrodku szyby pogrubiał tworząc kolistą soczewkę przybliżającą odległy szczegół terenu. Spojrzał przez nią i uspokoił się.
— Niewypał — rzucił przez ramię Locke. DuBrose’owi wydawało się, że pilot nie zauważył jego ruchu.
— To tylko jedna z kopuł — mruknął Cameron poprawiając się w fotelu. Ale DuBrose nie odrywał wzroku od srebrzystego, zerodowanego tworu wyrastającego ze zbocza wzgórza.
Była to półkula o średnicy jakichś trzydziestu metrów i po całej Ameryce rozrzucono ich w sumie siedemdziesiąt cztery — wszystkie dokładnie takie same. DuBrose nie przypominał już sobie, kiedy ostatnio były idealnie nieprzezroczystymi, lustrzanosrebrzystymi skorupami; miał osiem lat, kiedy pojawiły się nagle znikąd, wszystkie na raz, nieodgadnione w swej tajemnicy, której nigdy nie rozwiązano. Nikomu nie udało się dostać do ich wnętrza i nic realnego nigdy się z nich nie wydostało. Siedemdziesiąt cztery błyszczące półkule pojawiły się jak spod ziemi, wywołując popłoch graniczący z paniką. Kolejna tajna broń wroga.
Spodziewając się w każdej chwili wybuchu tych tworów, na czas, kiedy eksperci usiłowali rozwikłać problem, ewakuowano z ich sąsiedztwa wszystkich cywilów w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Minął rok, a specjaliści nie doszli jeszcze do niczego.
Pięć lat później kontynuowali badania, ale już bardziej sporadycznie.
Potem nieskalana gładź kopuł zaczęła ulegać erozji. Polerowana substancja, nie będąca materią, pokrywała się zwolna siecią rys. Pajęczyna ta rozrastała się niczym siatka pęknięć na warstwie odblaskowej lustra i po jakimś czasie skorupy zmatowiały i popękały. Można było wtedy zajrzeć do ich wnętrza, ale niczego tam nie było — po prostu naga ziemia.
Mimo to nikt nie był w stanie wejść do kopuły. Dostępu do nich broniła wciąż jakaś niewyjaśniona siła; coś w rodzaju materialnej energii tworzyło nieprzeniknioną barierę dla ciał stałych.
Już dawno opinia publiczna, nadal uważająca te tajemnicze twory za sekretną broń nieprzyjaciela, która zawiodła, nazwała je Niewypałami. Nazwa się przyjęła.
— Niewypał — wyjaśnił Locke i uruchomił pomocnicze silniki rakietowe. Krajobraz w dole rozmazał się i znikł.
DuBrose zerknął na Camerona, ciekaw, jak długo działać będzie jeszcze alkaloidowa namiastka. Głupi Jaś nie był środkiem niezawodnym. Czasami...
Ale widok spokojnej, odprężonej twarzy dyrektora rozproszył jego obawy. Wszystko będzie dobrze. Musi być.
Cameron patrzył na wysokościomierz z tablicy przyrządów. Wskaźnik uśmiechał się do niego.
Doktor Lomar Brann, naczelny neuropsychiatra sanatorium, był krępym, wytwornym, żwawym mężczyzną o pociągniętych woskiem wąsikach i lśniących czarnych włosach. Miał zwyczaj połykania końcówek słów, co sprawiało, że wydawał się bardziej szorstki niż w rzeczywistości. Teraz przymrużył nieco oczy na widok Camerona, ale jeśli nawet zauważył podniecenie dyrektora, nie dał tego po sobie poznać.
— Cześć, Cameron — zawołał rzucając na biurko trzymany w ręku plik kart chorobowych. — Spodziewałem się ciebie. Jak leci, DuBrose?
Cameron uśmiechnął się. — Działam na mocy tajnych rozkazów, Brann. Nie wiem nawet, po co tu jestem.
— No cóż... ja wiem. Ja też mam swoje rozkazy. Jesteś tu, żeby zbadać przypadek M-204.
Dyrektor wycelował kciukiem w ekran monitora zainstalowanego na ścianie. Widniał na nim pacjent wiercący się nerwowo na krześle, a umieszczony nieco wyżej owalny ekran pomocniczy ukazywał w zbliżeniu twarz mężczyzny. Z głośnika dochodził cichy głos:
— Wciąż za mną chodzili, a ptaki, których draki nigdy nie ustają i szelesty drzew, co mrożą, srożą, słowa są zawsze słowami...
Brann wyłączył monitor. Szpula z taśmą przestała się obracać, nagrany głos przycichł i zamilkł. — To nie ten — wyjaśnił Brann. —To...
— Dementia praecox, co?
— Tak, d.p. Dezorientacja, rymowanie słów — zwykła historia choroby. Nie będę miał jednak żadnych problemów z jego wyleczeniem. Dwa miesiące i będzie na farmie na powierzchni.
Była to normalna procedura leczenia pacjentów cierpiących na zaburzenia psychiczne, którzy przeszli kurację w podziemnym mieście-szpitalu. Oddawani byli później pod opiekę specjalnie dobranym sponsorom, gdzie leczenie mogło być kontynuowane w bardziej normalnych warunkach. DuBrose zapoznał się z tym systemem pracując jako psycholog.
Brann wyglądał na lekko zakłopotanego. Zauważył euforię Camerona — ale nie będzie tego komentował w obecności DuBrose’a i Locke’a. — Rzućmy lepiej okiem na tego M-204 ■— powiedział.
— Czy jego personalia są utajnione? — spytał Cameron.
— To nie moja sprawa. Nie martw się, Sekretarz Wojny wszystko ci później wyjaśni. Ja mam ci tylko pokazać pacjenta. Panie Locke, zechce pan tutaj zaczekać...
Przewodnik skinął głową i usadowił się wygodniej w fotelu. Brann wyprowadził Camerona i DuBrose’a drzwiami na chłodny, zalany łagodnym światłem korytarz. — To mój prywatny przypadek. Nikt prócz mnie go nie odwiedza, nie licząc dwóch pielęgniarzy. Oczywiście jest pod stałą opieką.
— Agresywny?
— Nie — odparł Brann. — To... właściwie nie moja specjalizacja. Ten człowiek... — przekręcił klucz w zamku. — Tędy. Ten człowiek ma halucynacje. Gdyby nie pewien szczegół, byłby to idealnie zwyczajny przypadek.
Cameron chrząknął. — Jaka jest diagnoza?
— No cóż, podejrzewamy paranoję. Przyjął inną osobowość. Raczej... hmmm, tego... egzaltowaną.
— Chrystus?
— Nie. Pacjentów podających się za Chrystusów mamy wielu, Cameron. M-204 utrzymuje, że jest Mahometem.
— Symptomy?
— Bierny. Karmimy go dożylnie. Widzisz, on jest Mahometem po śmierci Mahometa.
— Stara śpiewka — skomentował Cameron. — Odwrót do łona... mechanizm ucieczki od rzeczywistości?
— Jaka jest pozycja? — spytał DuBrose i Brann pokiwał z uznaniem głową.
— Otóż właśnie. Nie przyjął wcale pozycji płodowej.
Leży na plecach, nogi wyprostowane, ręce skrzyżowane na piersi. Nie odzywa się. Oczy ma stale zamknięte. — Neuro-psychiatra przekręcił klucz w zamku kolejnych drzwi. — .Trzymamy go w tej izolatce. Pielęgniarz!
Wkroczyli do komfortowo urządzonej sali szpitalnej witani przez krzepkiego, rudowłosego mężczyznę. W kącie stał stolik służbowy; sprzęt do odżywiania dożylnego spoczywał pod szklaną obudową, a w przeciwległej ścianie znajdowały się plastykowe drzwi z przezroczystymi szybami. Pielęgniarz wskazał te drzwi ruchem głowy.
— Pacjent jest właśnie badany, proszę pana.
— To jakiś technik — zwrócił się Brann do Camerona. — Nie ma nic wspólnego z medycyną. Zdaje się, że jest fizykiem.
DuBrose gapił się na sześcioszczeblową rozkładaną drabinkę, która zupełnie nie pasowała do schludnej, sterylnej sali. Plastykowe drzwi otworzyły się. Wypadł przez nie zaaferowany człowieczek, popatrzył na nich mrugając powiekami poprzez grube szkła okularów, po czym ze słowami — Potrzebne mi to — porwał drabinkę i znikł.
— No, dobrze — powiedział Brann. — Rzućmy okiem.
Sąsiednia salka była izolatką, ale dosyć komfortową. Łóżko odsunięto od ściany. Na podłodze stało kilka przyrządów pomiarowych, a fizyk pchał właśnie drabinkę w kierunku łóżka.
M-204 leżał płasko na wznak z rękami złożonymi na piersi i zamkniętymi oczami, a jego poryta zmarszczkami twarz była idealnie pusta i bez wyrazu. Nie leżał jednak na łóżku. Unosił się w powietrzu, jakieś półtora metra ponad nim.
DuBrose automatycznie poszukał wzrokiem przytrzymujących go sznurków, chociaż wiedział, że to nie miejsce na jakieś czary-mary. Sznurków nie było. M-204 nie spoczywał też na żadnym podwyższeniu ze szkła czy plastyku. On... le-witował.
— No i co wy na to? — spytał Brann.
— Trumna Mahometa... zawieszona w połowie drogi między niebem a ziemią — mruknął Cameron. — Jak to jest zrobione, Brann?
Doktor musnął palcami wąsik. — To nie moja specjalizacja. Przeprowadziliśmy rutynowe badania. Morfologia, badanie moczu, elektrokardiogram, podstawowa przemiana materii... a z tym mieliśmy sporo kłopotu — dodał krzywiąc się. — Musieliśmy przywiązać pacjenta pasami do łóżka, żeby go prześwietlić. On... unosi się w powietrze!
Fizyk, balansując niepewnie na drabince, wyczyniał tajemnicze manipulacje przewodami i sondami. Po chwili wydał stłumiony okrzyk. DuBrose obserwował technika przesuwającego powoli, tam i z powrotem, jakiś przyrząd pomiarowy.
— To niedorzeczne — wykrztusił.
— Jest tutaj od wczorajszego ranka — powiedział Brann.
— Znaleziono go w jego laboratorium, zawieszonego w powietrzu. Zachowywał się już wtedy nieracjonalnie, ale rozmawiał. Oświadczył, że jest Mahometem. Po upływie pół godziny przestał reagować na otoczenie.
— Jak go tu przetransportowaliście? — spytał DuBrose.
— W taki sam sposób, w jaki sprowadzilibyśmy tu balon — powiedział doktor szarpiąc palcami koniuszek wąsika.
— Możemy nim dowolnie manewrować. Gdy go puścimy, znowu podrywa się w górę. Tak to wygląda.
Cameron przypatrywał się pacjentowi ochrzczonemu kryptonimem M-204. — Mężczyzna około czterdziestki... zwróciliście uwagę na paznokcie u rąk?
— Ja zwróciłem — powiedział Brann. — Najdalej tydzień temu były dobrze utrzymane.
— Czym się zajmował przez ten ostatni tydzień?
— Pracował nad czymś, o czym mnie nie poinformowano. Tajemnica wojskowa.
— A więc... odkrył sposób neutralizowania grawitacji... i szok wywołany tym odkryciem... nie. Wtedy byłby przygotowany na taki rezultat. A jeśli pracował nad, powiedzmy, celownikiem bombowym i nagle stwierdził, że unosi się nad podłogą... — Cameron nachmurzył się. — Ale jak człowiek może...
