Neron. Inferno - Conn Iggulden - ebook

Neron. Inferno ebook

Conn Iggulden

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Rzym lśni bogactwem i tonie w intrygach.

Neron, odurzony władzą, wielbiony jest za wygląd i błyskotliwy umysł, jednak budzi strach z powodu nieprzewidywalnego temperamentu. Jego imperium rozciąga się od leśnych ostępów Brytanii po pustynie Partii, lecz wrogowie zawsze czają się gdzieś blisko – dowódcy legionów, senatorowie, lud, który oklaskuje go w cyrku, ale przeklina na ulicach.

Władzy się z nikim nie dzieli, tylko się ją przejmuje. Usunął już niejednego wroga, w tym także swoją matkę Agrypinę. Tymczasem teraz na północy zagraża mu Boudika, królowa plemienia Icenów, która wszczęła rewoltę przeciwko Rzymowi. A nieco bliżej Gajusz Juliusz Windeks, wyższy urzędnik rzymski, który jawnie potępił zepsucie Nerona i stanął na czele galijskiego powstania przeciwko cesarzowi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 497

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Polecamy

TEGO AUTORA POLE­CAMY RÓW­NIEŻ:

TRY­LO­GIĘ „NERON”

NERON

TYRAN

INFERNO

SERIĘ „ATEŃ­CZYK”

BRAMY ATEN

PRO­TEK­TOR

SERIĘ „ZŁOTY WIEK”

LEW

IMPE­RIUM

Dedykacja

Ala­nowi Bray­owi

Ilustracje

PROLOG

Dziew­czyna się pośli­zgnęła na mokrym bruku dzie­dzińca, ale od razu pod­nio­sła się nie­zdar­nie, ze stra­chu nawet nie krzyk­nąw­szy. Zresztą bra­ko­wało jej tchu, by krzy­czeć. Nie oglą­dała się za sie­bie, bo gniewne wrza­ski sena­tora sły­szała zale­d­wie kilka kro­ków za ple­cami. Miała czter­na­ście lat i otu­ma­niona panicz­nym stra­chem nawet nie wie­działa, w którą stronę ucie­kać.

Zoba­czyła go nagle, jak wyma­chi­wał wście­kle uchem roz­bi­tej przez nią wazy, war­tej ponoć wię­cej, niż zapła­cono by za nią samą na targu nie­wol­ni­ków. Matka ostrze­gała tysiąc razy, że ma nie doty­kać postu­mentu, ale nama­lo­wane figurki tak bar­dzo ją fascy­no­wały. Wodziła pal­cami po tych liniach za każ­dym razem, gdy kazano jej wysprzą­tać kom­natę. Były tam też słowa, imiona, które matka wypo­wia­dała szep­tem na jej prośbę. Achil­les… Hek­tor… Helena. Jej imię.

Sena­tor był ocię­żały i bar­dzo stary, miał ponad pięć­dzie­siąt lat, ona zaś była chu­der­lawa i pokraczna. Pod­czas biegu pie­kło ją od wcze­śniej­szego upadku i może dla­tego zdo­łał ją dogo­nić. Sadziła dłu­gimi susami, patrząc to w lewo, to w prawo, jakby to miało jej pomóc w ucieczce, jakby dzięki temu mogła wsko­czyć na wysoki mur ota­cza­jący domo­stwo i po pro­stu pofru­nąć. Z daleka dobie­gały ją pokrzy­ki­wa­nia matki.

Eleni poko­nała jesz­cze jeden zakręt, ale tu wła­śnie poczuła palce sta­ru­cha na szyi, usły­szała jego oddech i zro­biła unik. Krzyk­nę­łaby, gdyby star­czyło jej odde­chu. Ścieżką idącą w lewo dobie­głaby do sta­jen. Tam była furtka i gdyby aku­rat stała otwo­rem, uda­łoby jej się dotrzeć do drogi. A tym­cza­sem…

Zoba­czyła przed sobą gładki mur i spró­bo­wała dosko­czyć do szczytu. Cza­sami dzieci nie­wol­ni­ków wspi­nały się tam i urzą­dzały sobie wyścigi, zwłasz­cza w dni wolne od pracy. Eleni nie była wysoka i nie miała pod ręką żad­nej pod­pory; zde­spe­ro­wana pod­sko­czyła jak naj­wy­żej, ale zdo­łała tylko dotknąć naj­wyż­szej płytki i padła jak długa na zie­mię.

Sena­tor Lucjusz Peda­niusz stał nad nią, dysząc jak pies; był pur­pu­rowy na twa­rzy i myślała, że oczy zaraz wysko­czą mu z oczo­do­łów. Dźgał ją kawał­kiem roz­bi­tego naczy­nia z furią, która zakra­wała na sza­leń­stwo.

– Ty to zro­bi­łaś! – ryk­nął, uży­wa­jąc głosu niczym broni. – Ty roz­bi­łaś wazę! Wiem, że ty. Jak śmiesz ucie­kać! Patrz! Patrz, co zro­bi­łaś! Tego się nie da napra­wić. Ta waza miała pięć­set lat i kosz­to­wała wię­cej niż kil­ka­na­ście takich jak ty. Ty głu­pia, nic nie­warta…

Eleni, widząc zbli­ża­jącą się matkę, pobla­dła ze stra­chu. Sena­tor nie zare­ago­wał, kiedy uka­zała się po jego pra­wej, zakra­da­jąc się lękli­wie, jakby mogła osło­nić córkę przed jego gnie­wem. Eleni wycią­gnęła ku niej rękę, ale z gar­dła męż­czy­zny wydo­był się nie­mal wil­czy sko­wyt. Przy­ci­snął ostrą kra­wędź gli­nia­nej sko­rupy do jej pod­bródka.

– Powi­nie­nem cię zabić! – wark­nął. – W jed­nej chwili znisz­czy­łaś wię­cej, niż warte jest całe twoje życie. I nawet tego nie ogar­niasz rozu­mem.

Nachy­lił się nad nią. Eleni znowu poczuła ostry ból i zdjęta paniką rzu­ciła się na niego z paznok­ciami.

– Domine, pro­szę! – usły­szała mat­czyny głos.

Ale matka nie mogła nic zro­bić. Obie były jego wła­sno­ścią, od naro­dzin aż do śmierci. Mógł roze­drzeć gar­dło mło­dej nie­wol­nicy, bo był w swoim pra­wie.

Eleni patrzyła w jego nabie­głe krwią oczy, tak pociem­niałe, że wyda­wały się czarne. Wypeł­niły całe pole jej widze­nia, gdy wbi­jał w nią ucho od wazy. Nagle jego źre­nice zwę­ziły się, brwi opa­dły jakby z nie­zro­zu­mie­nia albo zasko­cze­nia. Odsu­nął się, a Eleni ode­tchnęła z roz­pacz­liwą ulgą, doty­ka­jąc dłońmi szyi. Zoba­czyła, że są czer­wone od krwi.

Gdy znowu zadarła głowę, ujrzała matkę ska­mie­niałą z prze­ra­że­nia. Sena­tor też się obró­cił, by na nią spoj­rzeć, spoj­rzeć po raz pierw­szy. Opu­ścił rękę i wycią­gnął nóż ster­czący mu spo­mię­dzy żeber. Uniósł go w górę ze zdu­mie­niem, chwie­jąc się.

– Coś ty zro­biła? – zapy­tał, dziw­nie spo­koj­nym gło­sem, nie­malże zre­zy­gno­wa­nym.

Zro­bił kilka kro­ków, po czym osu­nął się na kolana, a potem całym cia­łem zwa­lił się na zie­mię.

Eleni zoba­czyła, że matka szlo­cha, gwał­tow­nie potrzą­sa­jąc głową. Ona też jakby stra­ciła wszyst­kie siły. Kiedy sena­tor upadł, zro­biła głę­boki wdech i z jej gar­dła wyrwał się strasz­liwy okrzyk, wycie osa­mot­nie­nia i straty. Córka pró­bo­wała ją objąć, ale została ode­pchnięta.

Czy­jeś ręce zabrały Eleni, osa­czyły ją gniewne twa­rze. Razem z matką zostały zawle­czone do domu.

CZĘŚĆ PIERWSZA

A.D. 60

„Gdzie moje dawne ja, któ­remu tak nie­wiele przy­spa­rzało zado­wo­le­nia?”

Seneka, w: Tacyt, Rocz­niki

1

Morze pod nim było zimne i czarne jak atra­ment, a odbi­cia gwiazd na jego powierzchni roz­ma­zy­wały się i roz­pa­dały. Neron zląkł się nagle, że jest tak daleko od lądu. Wie­dział, że ryzy­kuje, pły­wa­jąc nocą, i pręd­kimi ruchami ruszył w stronę brzegu.

Poczuł, że coś dotyka jego stóp. Cokol­wiek to było, napie­rało na niego dłu­gim szorst­kim ciel­skiem. Deli­kat­nie był wcią­gany pod powierzch­nię wody. Tuż nad czub­kami jego pal­ców obró­ciła się srebrna tar­cza. Coś trzy­mało go za nogi; nie odwa­żył się spraw­dzić, co to takiego. Jego matka młó­ciła sto­pami w wodzie, z roz­pusz­czo­nymi wło­sami i roz­dętą suk­nią. Agry­pina szy­dziła z jego stra­chu, a była tak bli­sko, że mogła go poca­ło­wać.

Nie uto­nie, a już na pewno nie na jej oczach! Nie będzie go osą­dzała! Kop­nął to, co trzy­mało go za nogi, wkła­da­jąc w to całą sza­leń­czą siłę mło­do­ści. W tym momen­cie nie bał się ani bólu, ani ewen­tu­al­nych obra­żeń. Górę brała jego wola, jego wście­kłość. Wyrwał ciało, żeby wybić się na powierzch­nię i zaczerp­nąć jesz­cze jeden oddech.

Coś owi­nęło się wokół jego ud. Wie­dział, że to jakiś wąż, pła­ski stwór z koł­nie­rzem, ocie­ka­jący mlecz­nymi pasmami tru­ci­zny. Na nic się zdała jego mło­dość i siła – wąż go poj­mał bez trudu.

Matka uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem. Jego słowo przy­pie­czę­to­wało jej los. To Neron wydał roz­kaz, na mocy któ­rego wrzu­cono ją do morza razem z jej służką. Do tego morza. Czuł, że siła go zawo­dzi, że do jego ciała zakrada się odrę­twie­nie. Zwoje ciel­ska zaci­snęły się wokół jego piersi, ale już i tak było po nim. Spoj­rzał w twarz Agry­piny i chciał powie­dzieć, że strasz­nie żałuje. I że się cie­szy. Sio­stra cesa­rza Kali­guli, żona cesa­rza Klau­diu­sza… jego matka. Dopóki żyła, sta­no­wiła zagro­że­nie. Nikt nie był rów­nie zepsuty albo tak nie­bez­pieczny.

Dopły­nęła bli­żej, łypiąc srebr­nymi oczyma. Pró­bo­wał prze­raź­li­wie krzyk­nąć, bo za nic nie chciał, by go doty­kała. Ostat­nie tchnie­nie wypły­nęło z niego dono­śnym rykiem i wie­dział, że zaraz do jego ciała dosta­nie się mor­ska woda.

Obu­dził się o świ­cie, zaplą­tany w poskrę­caną pościel. Jego wzrok spo­czął na bran­so­le­cie, którą zawsze nosił, pre­zent od matki. Pasek wężo­wej skóry osa­dzo­nej w żywicy migo­tał zło­tymi reflek­sami, na podo­bień­stwo owa­dów zato­pio­nych w bursz­ty­nie. Zamru­gał. Gdzieś bli­sko budziły się wszyst­kie pałace i świą­ty­nie mia­sta. Bijące serce świata cuciło go. Setki tysięcy męż­czyzn i kobiet cało­wało się wła­śnie na poże­gna­nie, ska­zane na roz­łąkę przez pracę i potrzebę zdo­by­wa­nia jedze­nia.

Młody cesarz sły­szał kroki żoł­nie­rzy i krzą­ta­ninę nie­wol­ni­ków roz­po­czy­na­ją­cych dzień. Miał wra­że­nie, że w ogóle nie spał, i przez jakiś czas tylko leżał, gapiąc się w sufit. Kosz­mary nie chciały go opu­ścić. Nie pozwa­lały odpo­cząć, dla­tego przez cały dzień cho­dził wyczer­pany. Pamię­tał poja­wia­jącą się w nich twarz matki, prze­ma­wia­ją­cej do niego w zie­lo­nej wodzie, mio­ta­ją­cej oskar­że­nia. Posta­no­wił, że opo­wie o tym Senece. Sta­rzec znał się po tro­sze na wszyst­kim, a w każ­dym razie tak mówił. Brzmiało to śmiesz­nie, kiedy Neron był jesz­cze mały, ale z cza­sem oka­zało się zgodne z prawdą.

Może Senece uda się coś wymy­ślić, żeby go te sny prze­stały drę­czyć. Bur­rus twier­dził, że trzeba tro­chę pocze­kać, ale prze­cież minęły już mie­siące. Wino nie poma­gało, a sok z maku tylko wszystko pogar­szał.

Prze­tarł twarz dło­nią. Oczy­wi­ście zauwa­żono, że się obu­dził, i do kom­naty wkro­czyła mil­cząca kolumna cesar­skich nie­wol­ni­ków. Dwóch otwarło okien­nice, wpusz­cza­jąc świa­tło brza­sku, a dwóch innych usta­wiło krze­sło bal­wier­skie.

Neron dwu­krot­nie zakla­skał w dło­nie, po tro­sze po to, by się roz­bu­dzić, po tro­sze, by ich przy­mu­sić do pręd­szych ruchów. Przy­jął tacę z kwa­dra­to­wymi ście­recz­kami i udał się do pry­wat­nej toa­lety. Były tam cztery sie­dzi­ska, ale uży­wał ich tylko on i teraz zała­twiw­szy potrzebę pod­tarł się nimi – nie żadną żoł­nier­ską gąbką na patyku! Led­wie zwró­cił uwagę na nie­wol­ni­ków, któ­rzy weszli po nim do małej izdebki, gotowi natych­miast tam wszystko ide­al­nie wysprzą­tać. Pozo­sta­wił na posadzce opa­skę na bio­dra i nagi jak dziecko wkro­czył z powro­tem do głów­nej kom­naty.

Praca nie­wol­ni­ków była pobudką dla całego Pala­tynu. Jesz­cze przed świ­tem przy­no­sili dra­biny do wszyst­kich pomiesz­czeń, aby zdej­mo­wać paję­czyny, odku­rzać, czy­ścić sre­bra. Inni roz­pa­lali ogień w kuch­niach, przy­go­to­wu­jąc jedze­nie na cały dzień. Taka praca roz­po­czy­nała się w każ­dym domu zresztą, czy to boga­tym, czy bied­nym, już o brza­sku. Tylko pijacy prze­sy­piają słońce, mawiał Seneka. Biały dzień był dro­go­cenny tak dla kon­sula, jak i żebraka.

Neron roz­wa­żał, czy nie udać się do innych czę­ści sie­dziby cesar­skiej, gdzie cze­kały na niego baseny i pod­grze­wane łaź­nie. Na wscho­dzie zoba­czył na wid­no­kręgu złotą kre­skę. Nie, nie ma czasu na relak­so­wa­nie się w cie­ple, spo­dzie­wano się go już w sena­cie. Dał znak oso­bi­stym nie­wol­ni­kom i przy­nie­śli wia­dra pełne gorą­cej i zim­nej wody, gdy stał z rękoma wycią­gnię­tymi na boki, a oni oble­wali go i szo­ro­wali. Niczym dobo­ro­wego byczka, bo wszak był dobrze umię­śniony i miał zgrabną syl­wetkę. Na koniec wypluł pach­nącą wodę do zło­tej misy i cały lśniąc od świe­żej oliwy, zasiadł na krze­śle, by pod­dać się zabie­gom bal­wie­rza Tala­musa. Umo­ścił się wygod­nie na opar­ciu i dwóch nie­wol­ni­ków opo­rzą­dziło go spraw­nie – wyczy­ścili uszy, wyświe­co­wali je i na końcu spraw­dzili nos. Wysma­ro­wali też włosy oliwą, po czym uło­żyli je w drobne pukle, z któ­rych Neron był dumny, bo choć zakra­wało to na próż­ność, to prze­cież koja­rzyły mu się z lwią grzywą. Połowa senatu miała lśniące brą­zowe łysiny ster­czące niczym wyspy z morza. Szcze­rze czuł, że jest przy­szło­ścią Rzymu, kiedy zasia­dał pośród tych star­ców. Pomy­ślaw­szy to, par­sk­nął śmie­chem, gdy tym­cza­sem Tala­mus ostrzył brzy­twę z hisz­pań­skiej stali, oddy­cha­jąc przez nos.

Neron ski­nął głową, udzie­la­jąc mu pozwo­le­nia. Tala­mus zama­szy­stym gestem wyjął ręcz­nik z paru­ją­cego wia­dra i uło­żył go na twa­rzy cesa­rza. Zapie­kło, ale Neron wytrzy­mał. Po zdję­ciu ręcz­nika Tala­mus wtarł mu w policzki odro­binę oliwy z oli­wek i zabrał się do pracy z brzy­twą. Żaden władca Rzymu nie nosił brody od cza­sów Juliu­sza Cezara. Zresztą, ta moda zaczęła się pew­nie już w cza­sach tam­tego sta­rego wilka, w każ­dym razie stała się popu­larna. Neron był raczej miło­śni­kiem współ­cze­snych grec­kich tren­dów, ale Seneka tak się prze­ra­ził na myśl o tym, że naj­waż­niej­szy czło­wiek w Rzy­mie miałby cho­dzić nie­ogo­lony, że Neron w końcu obie­cał, iż nawet nie będzie o tym myślał. Zawarli kom­pro­mis – Neron zachowa swoje pukle woź­nicy rydwa­nów, ale za to będzie się co rano golił.

Teraz zaci­skał szczęki, a Tala­mus pra­co­wał. Nie­któ­rzy bal­wie­rze tak bar­dzo się bali, że mogliby zaciąć swych wysoko uro­dzo­nych klien­tów, że ich praca trwała wieki. Ten był wpraw­dzie stary, ale wciąż miał szyb­kie ruchy. Neron zwy­czaj­nie się zdzi­wił, gdy poczuł ukłu­cie. Spoj­rzał na Tala­musa, który stę­żał w bez­ru­chu.

– Jest bar­dzo źle? – spy­tał cesarz.

– To mała ranka, domine, na pod­bródku. Tylko kro­pelka krwi – odparł goli­broda, jąka­jąc się.

Tala­mus już się­gał po swoje przy­bory, wśród któ­rych miał pasma paję­czyny nasą­czone w oli­wie i occie. Neron nic nie powie­dział, kiedy pase­czek tej sub­stan­cji został przy­kle­jony do jego twa­rzy. W duchu był z sie­bie zado­wo­lony, że nie zare­ago­wał wybu­chem. Roz­my­ślał wcze­śniej o sena­cie i to go tak roz­ko­ja­rzyło, że gniew zaraz mu minął. Seneka byłby z niego dumny.

Kiedy gole­nie dobie­gło końca, bal­wierz sta­nął i cze­kał pokor­nie, na­dal cały się trzę­sąc. Neron potarł szczękę i ski­nął głową. Tala­mus ukląkł z ulgą, jesz­cze raz prze­pra­sza­jąc jąka­ją­cym się gło­sem, aż w końcu cesarz uci­szył go gestem dłoni. Nic nie mogło mu zepsuć nastroju w taki dzień.

Krze­sło zostało wynie­sione i cztery kobiety o macie­rzyń­skim wyglą­dzie ubrały Nerona w nową prze­pa­skę bio­drową, długą tunikę i togę w bar­wie ośle­pia­ją­cej bieli. Nie było mu w smak, że to wszystko było takie cięż­kie, ale mus to mus. Ni­gdy nie nosił tego samego stroju dwa razy; czuł, że jego umysł się uspo­kaja od tego nie­ska­zi­tel­nie czy­stego odzie­nia. Wyszko­lił swych nie­wol­ni­ków i dzięki temu każdy pora­nek prze­bie­gał nie­mal dosko­nale, zgod­nie z jego życze­niem. Dotknął pod­bródka w tym miej­scu, gdzie zacięło go ostrze brzy­twy. Ten epi­zod zakłó­cił rytm. Być może nale­żało ode­słać Tala­musa na eme­ry­turę i poszu­kać kogoś młod­szego. Neron skrzy­wił się pod wpły­wem tej myśli. Wybie­ra­nie kogoś na tyle zaufa­nego, by mógł sta­nąć obok cesar­skiego gar­dła z brzy­twą, to nie prze­lewki.

Neron usiadł na krze­śle obok drzwi, gdzie zawią­zano mu san­dały, a gdy pode­rwał się ener­gicz­nie, nie­wol­nicy teatral­nie odsko­czyli, uno­sząc dło­nie do twa­rzy. Uśmiech­nął się do nich sze­roko. Tę zabawę urzą­dzał każ­dego ranka, a oni dobrze odgry­wali swoje role. W tym momen­cie był Ody­se­uszem, Achil­le­sem… Przed oczyma sta­nęła mu skwa­śniała twarz Seneki, wytę­żył więc umysł w poszu­ki­wa­niu jakie­goś rzym­skiego boha­tera w miej­sce grec­kich. Był Ceza­rem pod­czas bitwy pod Far­sa­los. Był Hora­cju­szem Kokle­sem bro­nią­cym mostu na Tybrze, goto­wym oddać życie za Rzym.

Ruszył w stronę ogrom­nych odrzwi z brązu. Zanim je otwo­rzono, zatrzy­mał się jesz­cze, by w tej ostat­niej chwili dla sie­bie spraw­dzić wszystko, zanim pokaże twarz światu. W tym momen­cie pod­biegł do niego nie­wol­nik, ukląkł i podał szkla­nicę czy­stej wody. Neron zacze­kał, aż degu­sta­tor się napije, po czym przy­jął resztę, póki jesz­cze się nie ocie­pliła. Takie ostat­nio wyna­lazł sobie ulu­bione zaję­cie, że stale szu­kał naj­czyst­szej gór­skiej wody. Przej­rzy­sta ciecz widoczna w tym naczy­niu została spro­wa­dzona z Galii. Naj­pierw ją prze­ce­dzano i goto­wano, a potem mie­szano z pokru­szo­nym lodem. Była teraz tak zimna, że aż roz­bo­lało go gar­dło i zro­bił gło­śny wdech, uśmie­cha­jąc się do nich skąpo w ramach nagrody za te trudy.

Drzwi się otwarły. Nie­wol­nicy za jego ple­cami ode­tchnęli z ulgą, a dopiero potem zabrali się do sprzą­ta­nia pry­wat­nych kom­nat cesa­rza.

Neron kiw­nął głową w stronę ulu­bio­nych dorad­ców, usta­wio­nych według ich pozy­cji oraz wagi spraw, któ­rymi się zaj­mo­wali. Wie­dział, że mają zwy­czaj prze­py­chać się i kłó­cić o miej­sce za drzwiami do jego pry­wat­nej sie­dziby. Godził się na to, bo taka rywa­li­za­cja spra­wiała, że wyka­zy­wali się bystro­ścią umy­słu i oszczę­dzali mu czasu. Naj­pierw do jego uszu docie­rały rze­czy naj­waż­niej­sze.

Po chwili razem ze stad­kiem dorad­ców kro­czył pod arkadą, do któ­rej napły­wała woń jaśminu i szum pły­ną­cej wody. Napa­wał się tym wszyst­kim, jed­no­cze­śnie zauwa­ża­jąc, że Grek, któ­rego zatrud­nił na sta­no­wi­sku głów­nego kwe­stora zarzą­dza­ją­cego finan­sami, nie idzie na samym prze­dzie. I dobrze. Faon spraw­dzał się zna­ko­mi­cie w swej roli, ale Neron nie lubił zaczy­nać dnia od pro­ble­mów z walutą i pożycz­kami.

Zer­k­nął ukrad­kiem na pre­fekta pre­to­ria­nów, tuż za pra­wym ramie­niem. Bur­rus był sta­łym ele­men­tem jego świty i rzadko ustę­po­wał miej­sca innym, jeśli nie zacho­dziła jakaś wielka potrzeba. Jego obec­ność roz­pra­szała jakie­kol­wiek obawy, dokład­nie tak, jak powinno być. Neron zer­k­nął na Epriusa Mar­cel­lusa sto­ją­cego po jego lewicy. Pro­ku­ra­tor był łysy i brzydki jak pies, z tą pobruż­dżoną i ogo­rzałą twa­rzą od lat spę­dzo­nych pod rzym­skim słoń­cem. Trzy­mał w rękach zwoje papi­rusu owi­nięte wstę­gami barwy cesar­skiej pur­pury i cze­kał cier­pli­wie, aż cesarz pokaże, że dostrzega jego obec­ność.

Neron wes­tchnął i przy­spie­szył kroku. Omal nie obej­rzał się prze­pra­sza­jąco na Senekę. Jego nauczy­ciel nie był już mło­dym czło­wie­kiem, ale od zawsze towa­rzy­szyła mu dole­gli­wość, która także teraz spo­wo­do­wała, że rzę­ził i miał czer­woną twarz, gdy dotarli do Forum u stóp wzgó­rza. Neron zaci­snął zęby. Sprawy oma­wiane w sena­cie nie mogły cze­kać. Sena­to­rzy ocze­ki­wali, że będzie ich zaszczy­cał swoją obec­no­ścią raz w tygo­dniu i że obda­rzy cał­ko­witą uwagą. Seneka będzie musiał po pro­stu cier­pieć albo zostać z tyłu. Każdy się z czymś zma­gał w taki czy inny spo­sób. Bur­rus stra­cił na woj­nie dwa palce. Senece ści­skało się gar­dło przy byle wysiłku fizycz­nym, przez co zawsze żył ze śmier­cią na ramie­niu. A on sam… Neron pomy­ślał o srebr­nych oczach matki i dreszcz go prze­szedł.

Otwo­rzyły się skrzy­dła ostat­niej bramy i wypro­wa­dził swą grupę na uliczny bruk. Dołą­czyło do nich kil­ku­na­stu pre­to­ria­nów idą­cych w ide­al­nie rów­nej for­ma­cji, żeby pil­no­wać bez­pie­czeń­stwa cesa­rza. I jak każ­dego ranka miał przed sobą widok, który zapie­rał mu dech w pier­siach. Przez chwilę stał w miej­scu, radu­jąc się jego urodą.

Roz­ta­czał się przed nim widok na cały Rzym, mia­sto zamiesz­kane przez milion dusz, nie­wol­ni­ków, ludzi wol­nych i wyzwo­leń­ców, garn­ca­rzy, mala­rzy i stra­te­gów wojen­nych. Ze szczytu Pala­tynu widział Cir­cus Maxi­mus, świą­ty­nie przy Forum, akwe­dukty, które dostar­czały mia­stu wodę – oraz same wzgó­rza rojące się od ludzi, któ­rzy już han­dlo­wali, wytwa­rzali różne przed­mioty i kupo­wali żyw­ność, mimo że słońce dopiero co roz­świe­tliło hory­zont. Neron czuł się wolny od wszel­kich trosk, gdy dawał znak pro­ku­ra­to­rowi.

– Epriu­sie – zagaił.

Męż­czy­zna ode­zwał się natych­miast, był bowiem wete­ra­nem poran­nych szarż w dół wzgó­rza.

– Senat zbiera się, by wysłu­chać argu­men­tów w kwe­stii mor­der­stwa sena­tora Lucju­sza Peda­niu­sza. Jako że sprawa doty­czy zabi­cia sena­tora, wasza cesar­ska mość będzie pro­szony o wyda­nie wyroku.

– Podaj mi główne tezy – rzu­cił Neron. Mimo hała­śli­wego mar­szu pre­to­ria­nów sły­szał, że Seneka oddy­cha coraz gorzej.

– Otóż… zgi­nął z ręki wła­snej nie­wol­nicy. Kobieta została poj­mana i czeka na karę. Nie ma dys­ku­sji co do tej zbrodni.

– W takim razie jaki mam tu wydać wyrok?

– Sena­tor Peda­niusz posia­dał ponad czte­ry­stu nie­wol­ni­ków, domine. Prawo i oby­czaj naka­zuje uśmier­cić wszyst­kich po takim mor­der­stwie.

Neron zmełł prze­kleń­stwo. Nie­mal czuł spoj­rze­nie Seneki na ple­cach.

– Męż­czyzn, kobiety i dzieci? – zapy­tał.

Eprius przy­tak­nął, doty­ka­jąc zwo­jów, które znał już na pamięć.

– Dzie­więć­dzie­siąt kobiet, domine, w wieku od czter­na­stu do sześć­dzie­się­ciu lat. Czter­dzie­ścioro ośmioro dzieci, w tym rów­nież bękarty sena­tora, ale Peda­niusz już nie żyje, więc nie może potwier­dzić ojco­stwa…

– Rozu­miem. Niech tak będzie, wysłu­cham argu­men­tów.

Eprius pokło­nił się i wyco­fał, ustę­pu­jąc miej­sca ulu­bio­nym archi­tek­tom Nerona. Cesarz omiótł spoj­rze­niem tych dwóch. Powia­dano, że Sewer i Celer pra­cują i miesz­kają razem, połą­czeni intym­no­ścią wszel­kiej odmiany. Zda­rzały się chwile – zazwy­czaj wtedy, gdy żona albo kochanka roz­zło­ściły się na niego – kiedy się zasta­na­wiał… Życie w męskim oto­cze­niu mogło przy­no­sić swo­iste korzy­ści, ale z dru­giej strony cena za to byłaby dość wysoka. Uśmiech­nął się pod wpły­wem tej myśli.

Młody cesarz pra­wie całą drogę szedł na czele grupy. Nie bar­dzo miał ochotę poru­szać jakiś nowy temat, ale osta­tecz­nie się ugiął.

– Sewe­ru­sie.

– Teatr na dru­gim brzegu Tybru jest już nie­mal ukoń­czony, domine – odparł natych­miast zapy­tany. On też zauwa­żył, że doszli już pra­wie do Forum. – Nale­gam tylko, byś przy­sta­wił swą pie­częć na ostat­nich rachun­kach. Trudno było zna­leźć pozłotę dobrej jako­ści, ale…

– Spo­tkaj się z Faonem – wszedł mu w słowo Neron. – Faonie? Wyraź zgodę na te rachunki.

Zer­k­nął na Bur­rusa i dostrzegł zna­jomą kamienną minę. Zaci­snął zęby i obró­cił się w stronę archi­tek­tów.

– Weź­cie obaj dodat­kową zapłatę za tę pracę. Niech to będzie jedna piąta kosz­tów budowy. Pierw­szego następ­nego mie­siąca zaaran­żuję tam coś, jakieś pry­watne przed­sta­wie­nie. Bur­ru­sie, nie musisz się tak na mnie krzy­wić. Tylko dla przy­ja­ciół i rodziny.

Pre­to­ria­nin pochy­lił głowę i obaj archi­tekci zostali z tyłu. Neron zauwa­żył, że młod­szy obej­muje towa­rzy­sza i potrząsa nim z zado­wo­le­niem. Gdy­byż wszyst­kie jego zada­nia były takie pro­ste…

Tego ranka cała grupa dotarła na Forum wyjąt­kowo szybko, dla­tego nie wszy­scy zostali wysłu­chani. Neron zatrzy­mał się przed wej­ściem do budynku Curia Iulia. Już nie byli sami: zebrała się tu spora grupa oby­wa­teli nad­sta­wia­ją­cych uszu, by przy­słu­chi­wać się deba­tom toczą­cym się w środku. Na widok cesa­rza męż­czyźni i kobiety zesztyw­nieli z czcią.

Neron spoj­rzał na swych dorad­ców, po raz kolejny zauwa­ża­jąc, z jakim wysił­kiem Seneka oddy­cha.

– Dziś rano ska­za­łem cię na zbyt wielki wysi­łek, stary przy­ja­cielu – rzekł cicho.

Filo­zof potrzą­snął głową.

– Odzy­skam siły. Moim obo­wiąz­kiem… jest być u twego boku.

Nie był to wcale wyraz ado­ra­cji i Neron wie­dział, że został ofuk­nięty. Seneka umiał być sub­telny, ale młody cesarz pra­gnął jego apro­baty, bo nauczy­ciel był pod nie­któ­rymi wzglę­dami dla niego jak ojciec. Chłopcy potrze­bują ojca, a jego… cóż, ledwo pamię­tał męż­czyzn, któ­rych poślu­biała matka. Tylko Klau­diu­sza pamię­tał naprawdę dobrze, a oprócz tego jakieś mgli­ste sie­lan­kowe chwile i kle­je­nie rydwanu. Zachmu­rzył się. Bogi­nie losu ode­brały mu ojców, dla­tego musieli go wszyst­kiego uczyć obcy męż­czyźni. Szu­kał ich i zna­lazł Senekę i Bur­rusa, bo im mógł ufać.

– Muszę tam wejść – powie­dział. – Bur­ru­sie? Toruj przej­ście. Znajdź miej­sce na ławach obser­wa­to­rów dla Seneki.

Pre­fekt ukło­nił się i wszedł do środka. Jego poja­wie­nie się na pewno uczu­liło sena­to­rów na obec­ność Nerona, jeśli jesz­cze nie usły­szeli, że przy­był. Wie­dział, że zosta­nie przy­jęty z nale­żytą czcią i sza­cun­kiem. Nie ze względu na niego samego, jak to mu kładł do głowy Seneka chyba z tysiąc razy, lecz przez wzgląd na donio­słość peł­nio­nej prze­zeń funk­cji. Był prin­cep­sem, tym, który w Rzy­mie zaj­mo­wał pierw­sze miej­sce. Był cesa­rzem i sku­piał w swych rękach całą wła­dzę.

2

Wszedł do gma­chu senatu przez drzwi, któ­rych ni­gdy nie zamy­kano. Oby­wa­tele Rzymu mieli prawo usły­szeć, co się mówi w tym miej­scu i jakie zapa­dają decy­zje, gdyż miały wpły­nąć one na ich życie. Teo­re­tycz­nie senat mógł się spo­ty­kać w dowol­nym miej­scu, ale tra­dy­cja była jak ten szlam usu­wany z dna Tybru i dla­tego pre­fe­ro­wali budy­nek zwany Curia Iulia. Prze­bu­do­wany przez Augu­sta po wiel­kim poża­rze miał ele­wa­cję ze wspa­nia­łego bia­łego mar­muru i sta­no­wił naj­waż­niej­szy obiekt Forum.

Sze­ściu­set sena­to­rów sie­działo już na swych miej­scach, przy­szli bowiem wcze­śniej, żeby je sobie zagwa­ran­to­wać; na widok cesa­rza zebrali fałdy bia­łych tog i powstali. Neron zatrzy­mał się, gdy herold oznaj­mił jego przy­by­cie, po czym ruszył naprzód, w samo serce mrocz­nego wnę­trza.

Pod ścia­nami stały setki innych uczest­ni­ków obrad, ści­śnię­tych ramię przy ramie­niu. Debaty chcieli tego dnia wysłu­chać przed­sta­wi­ciele wyż­szej magi­stra­tury, edy­lo­wie i try­buni ludu. Do Nerona dotarło, że każdy ma nie­wol­ni­ków, a jego wyrok będzie doty­czył ich wszyst­kich.

Dotarł do środka sali, ale nie zamie­rzał na razie sta­wać na mów­nicy. Zasiadł na oddziel­nym sie­dzi­sku, sta­ran­nie ukła­da­jąc fałdy togi. Mógł przy­wdziać pur­purę, ten kolor był zare­zer­wo­wany dla cesa­rzy, ale Seneka uwa­żał, że jest zbyt maje­sta­tyczna. Neron pomy­ślał z cierp­kim nie­za­do­wo­le­niem, że opi­nie tego czło­wieka męczą go nie­kiedy jak obse­syjne wspo­mnie­nia. Co by się stało, gdyby przy­wdział pur­purę następ­nego dnia? Czy to nie kłam­stwo z tym uda­wa­niem, że niczym się nie odróż­nia od prze­cięt­nego sena­tora? To rozu­mo­wa­nie mu się spodo­bało i stwier­dził, że przyda mu się w kolej­nej dys­pu­cie z Seneką. Potrzą­snął głową, zado­wo­lony, że obser­wu­jący go ludzie nie wie­dzą, o czym myśli. Seneka wyszko­lił mu umysł, Bur­rus dbał o jego kon­dy­cję fizyczną, a jed­nak obaj stale rzu­cali mu kłody pod nogi. Cza­sami odno­sił wra­że­nie, że narzu­cane przez nich wzorce są po pro­stu nie do osią­gnię­cia. Miał dwa­dzie­ścia dwa lata i życie rzym­skiego cesa­rza oka­zało się trud­niej­sze poza wszel­kie wyobra­że­nia. Taki Klau­diusz pra­wie wcale nie spał, z tego, co Neron się orien­to­wał. Jego matka…

Odru­chowo spoj­rzał ukrad­kiem na boczne drzwi. Agry­pina, kiedy jesz­cze żyła, kazała zawie­sić tam zasłonę, obrzy­dli­stwo jej wła­snego pomy­słu. Nikt z obec­nych ni­gdy nie wie­dział, czy ona tam jest, ukryta za ścianą z tka­niny, wzbu­dza­jąc obu­rze­nie bogów i naru­sza­jąc prawa Rzymu swoim bez­wsty­dem. Ta kobieta ni­gdy nawet nie pró­bo­wała żyć zgod­nie z ide­ałami wzo­ro­wej Rzy­mianki.

Neron poczuł ścisk w gar­dle, jakby oplo­tły go jej włosy. Podra­pał się po pod­bródku zadra­śnię­tym pod­czas gole­nia; ode­rwał pasemko paję­czyny, wał­ku­jąc je w pal­cach. Z wysił­kiem odzy­skał spo­kój i dał znak Len­tu­lu­sowi, że może zaczy­nać.

Kon­sul Kos­sus Len­tu­lus nie był dobrym mówcą, ale to aku­rat odpo­wia­dało cesa­rzowi, który już czwarty rok z rzędu peł­nił funk­cję dru­giego kon­sula. Kiedy prze­ma­wiał do senatu w tej roli, sta­rał się spra­wić, by jego głos dźwię­czał im w uszach – nie chciał, by Len­tu­lus wypadł od niego lepiej na sce­nie. Len­tu­lus wyraź­nie rozu­miał mario­net­kowy cha­rak­ter tej roli. Tra­dy­cja wyma­gała, aby każ­dego roku wybie­rano dwóch kon­su­lów. Neron sam sie­bie wyniósł na sta­no­wi­sko, stale bowiem sły­szał od senatu, że musi zasię­gnąć rady u obu kon­su­lów, zanim wyrazi zgodę na pod­ję­cie danych dzia­łań. Tak było znacz­nie pro­ściej – i prze­ko­nał się, że nie­mal zawsze to on przy­kłada kon­sularną pie­częć do wła­snych pla­nów.

Len­tu­lus chrząk­nął.

– Drogą gło­so­wa­nia, prze­pro­wa­dzo­nego dziś w tej sza­cow­nej izbie, wnio­sko­wano o wyda­nie wyroku. W związku ze sprawą okrop­nej zbrodni, któ­rej ofiarą padł sena­tor Peda­niusz, los jego nie­wol­ni­ków pod­lega pra­wom Dwu­na­stu Tablic. Ten, kto po prze­bu­dze­niu widzi sto­ją­cych przed nim nie­wol­ni­ków, rozu­mie na pewno, po co one ist­nieją.

Nero­nowi znie­nacka przy­szedł na myśl Tala­mus i jego brzy­twa. Podał się z napię­ciem do przodu.

Len­tu­lus mil­czał przez chwilę, cze­ka­jąc, aż wszy­scy przy­swoją jego słowa.

– Bunt nie­wol­ni­ków może znisz­czyć mia­sto do cna, jak byle wojna, o czym w prze­szło­ści prze­ko­nała się Sparta. Kara została wpi­sana do ustawy praw­nej; nie­wol­ni­ków danego domu ska­zuje się na egze­ku­cję, publiczną i okrutną, co słu­żyć ma ochro­nie nas wszyst­kich. Jeśli jakiś nie­wol­nik zamie­rza się nożem na swego pana, to inni nie­wolni ludzie z jego oto­cze­nia poha­mują go, a może nawet zabiją ze stra­chu przed utratą wła­snego życia. To dobre prawo, które dobrze nam wszyst­kim służy. Doma­gam się zatem wyroku prze­ciwko temu domowi. Nie­chaj nie­wolnicy sena­tora Peda­niu­sza zostaną zabrani na miej­sce publicz­nych egze­ku­cji. Nie­chaj ich los sta­nie się przy­kła­dem dla wszyst­kich rzym­skich nie­wol­ni­ków, niech wrazi się w pamięć kolej­nym poko­le­niom. Nie­chaj to będzie lek­cja. Pro­szę o udział mądro­ści bogów w naszych roz­wa­ża­niach.

Kon­sul zło­żył ukłon przed cesa­rzem i usiadł. Teraz powstał pro­ku­ra­tor Eprius, wciąż trzy­ma­jąc swe papi­ru­sowe zwoje. Neron umo­ścił się wygod­niej, zagry­za­jąc dolną wargę. Pra­gnął oka­zać litość, ale argu­menty podane przez dru­giego kon­sula oka­zały się jasne i oczy­wi­ste. Trudno się tu było spie­rać.

– Patres con­scripti, wasza cesar­ska mość. Nero­nie Klau­diu­szu Ceza­rze… przy­ja­ciele – zaczął Eprius. – Dwa­na­ście Tablic to pod­wa­liny tego mia­sta. Wyryto je w brą­zie, a jed­nak są dzie­łem dzie­się­ciu śmier­tel­ni­ków, któ­rzy tego doko­nali czte­ry­sta lat temu z okła­dem. Na­dal możemy spła­cać długi nie­wol­ni­kami, a także zabi­jać przy naro­dzi­nach zde­for­mo­wane dzieci, ale to są filary pań­stwa i dzięki nim powstaje zdrowa popu­la­cja. Po co wycho­wy­wać dziecko, które całe życie będzie żebra­kiem? Albo pozwa­lać dłuż­ni­kowi wymi­gi­wać się od spłaty długu? Fak­tem jed­nak pozo­staje, że od stu­le­cia nie mie­li­śmy pro­cesu o czary użyte do znisz­cze­nia plo­nów, zakaz picia bez umiaru zaś jest trak­to­wany na ogół jako żart.

Zacze­kał, aż fala śmie­chu prze­to­czy się przez salę.

– Pano­wie, te prawa stwo­rzyli ludzie tacy jak my. Jeśli ich nie będziemy pod­wa­żać, będą nami rzą­dzić, a my damy się znie­wo­lić. Nie, win­ni­śmy oce­niać stan rze­czy po męsku. Taki nasz obo­wią­zek, bo całe cesar­stwo patrzy na nas, na tę salę i te ławy, ocze­ku­jąc mądro­ści. Jest jesz­cze taka sprawa, że spad­ko­biercy sena­tora Peda­niu­sza doma­gają się kom­pen­saty. Twier­dzą, że czte­ry­stu nie­wol­ni­ków sta­nowi cenny skład­nik schedy po nim, które to stwier­dze­nie jest jak naj­bar­dziej zasadne.

Neron spo­strzegł, że Eprius zwraca baczną uwagę na reak­cję zgro­ma­dzo­nych w trak­cie prze­mowy. Ten brzydki czło­wie­czek był doświad­czo­nym praw­ni­kiem. Gdy zauwa­żył, że jego wywód się nie podoba, pra­wie nie­do­strze­gal­nie zmie­nił tak­tykę.

– Pro­po­nuję zatem szla­chetny kom­pro­mis, który nie spo­wo­duje więk­szej szkody. Nie­chaj nie­wol­nicy płci męskiej zostaną pod­dani egze­ku­cjom, pano­wie. Będzie to narzu­cona przez naszego czci­god­nego kon­sula lek­cja dla tych w nie­woli. Nasza lek­cja. Może zre­kom­pen­su­jemy rodzi­nie tę stratę. Suge­ruję z kolei, by kobiety i dzieci zostały zwró­cone spad­ko­bier­com. Będą mogli je sprze­dać albo zatrzy­mać.

Sena­to­ro­wie wyda­wali się teraz podzie­leni, na ile Neron mógł stwier­dzić. Nie­któ­rzy gło­śno wychwa­lali Epriusa za to, że zna­lazł roz­wią­za­nie dla nie­wy­god­nego pro­blemu. Inni jed­nak sie­dzieli z kamienną twa­rzą albo krę­cili głową, jaw­nie się nie zga­dza­jąc. Bo prawda była taka, że ludzie bali się swo­ich nie­wol­ni­ków. Jeśli czło­nek danego domu mógł zabić wła­ści­ciela i nie ponieść za to strasz­li­wej kary, to w takim razie nikt z nich nie był bez­pieczny. Prze­cież każdy ze znaj­du­ją­cych się na tej sali co rano wysta­wiał gar­dło pod dotyk brzy­twy… i po tym zda­rze­niu pew­nie jeden z dru­gim zacznie się zasta­na­wiać, czy aby ta poranna godzina nie jest jego ostat­nią.

Eprius zasiadł na ławie z tyłu, mię­dzy dwoma sena­to­rami pogrą­żo­nymi w zaja­dłej kłótni. Neron zamy­ślił się, wspie­ra­jąc głowę na pię­ści. Cze­kali na niego, a on czuł, że gorący rumie­niec wypełza mu na szyję. Wie­dzieli, że jego wyrok może się oka­zać poło­wiczny, dla­tego w tej chwili byli dość zado­wo­leni, jazgo­tali i wygła­szali uwagi, dźga­jąc pal­cami powie­trze. Neron zaklął bez­gło­śnie, wstał i pod­szedł do mów­nicy.

– Czci­godni sena­to­ro­wie, oby­wa­tele Rzymu… – zaczął.

Umil­kli, zanim skoń­czył mówić. Nawet zgiełk mia­sta docie­ra­jący przez otwarte drzwi przy­cichł. Neron zro­bił głę­boki wdech. W prze­ko­na­niu Seneki miał zaak­cep­to­wać kom­pro­mis – wie­dział o tym. Co jest dobrego w kara­niu nie­win­nych kobiet i dzieci? Zapewne znaj­do­wały się w innej czę­ści majątku sena­tora, nie wie­dząc, że ich los został przy­pie­czę­to­wany pod­czas jed­nej chwili wypeł­nio­nej krwią i sza­leń­stwem. Czemu mie­liby pono­sić publicz­nie śmierć za coś takiego? A jed­nak… Pomy­ślał o Tala­mu­sie i brzy­twie, o swoim degu­sta­to­rze, o całej gru­pie nie­wol­ni­ków, któ­rzy mogliby go przy­trzy­mać i pode­rżnąć mu gar­dło pod­czas snu. Zaci­snął dło­nie na skraju mów­nicy, pochy­la­jąc się do przodu.

– Wysłu­cha­łem wszyst­kich wywo­dów… – zaczął.

Mógł oka­zać litość! Ci ludzie poznali Tybe­riu­sza i Kali­gulę. Ich rządy koń­czyły się mor­der­stwami, dru­gie było jesz­cze gor­sze od pierw­szego. Powiódł spoj­rze­niem w stronę miej­sca, gdzie stali Seneka z Bur­ru­sem. Spoj­rze­nie filo­zofa było pełne bla­sku, jakby uwię­zło w nim świa­tło Forum. Nie­mal sły­szał głos starca mówią­cego o god­no­ści nie­wol­ni­ków. Jeśli ktoś sprze­daje czło­wieka za wła­sne długi, to jego upa­dek jest nie­unik­niony, bo zda­niem Seneki nie­wol­nicy także są ludźmi.

Młody cesarz przy­mknął oczy. Zbyt długo już mil­czał.

– Wycho­wa­li­śmy się wszy­scy na pra­wach i tra­dy­cjach Rzymu – powie­dział. – Chro­nią one lud przed okru­cień­stwem wysoko uro­dzo­nych, któ­rzy nie mają nad sobą żad­nych panów. Prawo uży­cza im spra­wie­dli­wo­ści, kiedy zostaną podle potrak­to­wani. Mogą zwra­cać się do sądów z rosz­cze­niami, wysłu­chują ich przed­sta­wi­ciele magi­stra­tury, try­buni wystę­pują w ich imie­niu. Słowa kon­sula Len­tu­lusa przy­po­mi­nają mi o mądro­ści tych, któ­rych nie ma już mię­dzy nami. Ich zapa­try­wa­nia nazwał­bym ponad­cza­so­wymi. – Urwał, wie­dząc, że w tym momen­cie roz­cza­ruje Senekę. – Zasto­suję to prawo zgod­nie z jego literą. Nie­wol­nicy, któ­rzy nale­żeli do sena­tora, zostaną zgła­dzeni na Forum, jesz­cze przed zacho­dem słońca dzi­siej­szego dnia. Ich los posłuży jako ostrze­że­nie dla nie­wol­ni­ków wszel­kich domostw w mie­ście i poza nim, dla wszel­kich nacji pod­le­głych Rzy­mowi. Bogo­wie odtrą­cają tego, który pod­nosi rękę na swego pana. Nie­wol­nicy służą i będą słu­żyć wedle naszych roz­ka­zów. Nie dopusz­czam ape­la­cji od tego wyroku. Ma on być dziś odno­to­wany pod pie­czę­cią kon­sularną i cesar­ską.

Sena­to­ro­wie pod­nie­śli się z miejsc i stali z pochy­lo­nymi gło­wami, gdy Neron kro­czył pośród nich ku wyj­ściu, ku świa­tłu dnia. Towa­rzy­szyli mu Bur­rus i Seneka, a gdy wychy­nął na słońce, zeszli się w parę za jego ple­cami. Nie odwa­żył się spoj­rzeć na żad­nego, bo nie wąt­pił, że ujrzy na ich twa­rzach zawód. Przed­sta­wi­ciele magi­stra­tury i pre­to­ria­nie szli za nim jedną grupą, jakby był kometą wlo­kącą za sobą długi war­kocz. Za nimi z kolei dołą­czyli lik­to­rzy z nie­wiel­kich koszar na skraju publicz­nych wło­ści, któ­rym pła­cono za ochronę pre­to­rów, westa­lek a także cesa­rzy. Neron nie spoj­rzał nawet na tych sze­ściu męż­czyzn stą­pa­ją­cych ciężko na samym końcu. Każdy na ramie­niu niósł pęk rózeg z osa­dzo­nym w środku topo­rem, ale nie pamię­tał, by któ­ryś ostat­nimi czasy roz­wią­zał rze­mień opa­su­jący pęk albo nawet użył rózeg; to był tylko sym­bol i ostrze­że­nie, że nie wolno tknąć cesa­rza. Gdyby jakiś oby­wa­tel się na to powa­żył, lik­to­rzy mogli narzu­cić posłu­szeń­stwo topo­rem albo rózgami.

Cała grupa prze­szła przez plac, kie­ru­jąc się do jego ulu­bio­nej łaźni, wiel­kiego budynku z kolum­nadą od frontu. Neron zauwa­żył nową twarz; jej wła­ści­ciel wśli­znął się mię­dzy nich i zie­wał jak ktoś, kto poszedł spać późno, a wstał wcze­śnie. Anne­usz Sere­nus był jego naj­bar­dziej zaufa­nym przy­ja­cie­lem i pre­fek­tem rzym­skich wigi­lów. W teo­rii zwal­czał pożary i polo­wał na prze­stęp­ców, w prak­tyce poczy­nał sobie bez umiaru. W całym Rzy­mie nie było takiego domu, do któ­rego by nie wszedł, jeśli chciał prze­pro­wa­dzić tam śledz­two. Żaden sena­tor nie mógł przejść obok niego, nie zasta­na­wia­jąc się, czy nie zosta­nie zatrzy­many i wypy­tany. Sere­nus przy­dał swemu sta­no­wi­sku waż­no­ści, choćby dzięki temu, że sam cesarz go cenił.

– Dobrze czy źle? – mruk­nął do niego Neron.

Sere­nus wzru­szył ramio­nami.

– Wszy­scy się bali, że pozwo­lisz tym nie­wol­ni­kom odejść wolno. Dopil­nuję, by to się doko­nało, choć wolał­bym mieć trzy dni wię­cej.

– Wyjadę na wieś – oznaj­mił Neron. – Do majątku w Ancjum albo Mize­num.

Bur­rus odkaszl­nął i Neron obró­cił się w stronę naj­waż­niej­szego pre­to­ria­nina. Aż za dobrze znał tego czło­wieka.

– Mów, skoro musisz, Bur­ru­sie. Bez ogró­dek.

– Stało się, wasza cesar­ska mość. Nie możesz teraz odwo­łać swo­jej decy­zji, bo oka­zał­byś sła­bość. To tyle ode mnie.

– Popeł­ni­łem błąd, twoim zda­niem? Mów! Roz­ka­zuję ci.

– Mogłeś oka­zać litość kobie­tom i dzie­ciom, któ­rzy nie brali w tym udziału. Eprius dał ci taką szansę, ale ją odrzu­ci­łeś. A teraz mówisz, że wyje­dziesz do jakie­goś spo­koj­nego majątku, gdy będą trwały egze­ku­cje? Powi­nie­neś zostać, wasza cesar­ska mość, i prze­ko­nać się na wła­sne oczy, jaką moc mają twoje słowa.

– A ty, Seneko? Zga­dzasz się z tym? – natarł na swego nauczy­ciela Neron, już poczer­wie­niały ze zde­ner­wo­wa­nia.

Sta­rzec na­dal rzę­ził, a oczy miał załza­wione z wysiłku.

– Doprawdy, wydaje się, że nie sko­rzy­sta­łeś z szansy – odrzekł. – Mogłeś ich… uła­ska­wić. Senat przy­stałby na to. W końcu kie­rują się twoim przy­kła­dem.

– A więc obaj prze­ciwko mnie? – wark­nął Neron. – Przy­naj­mniej ten jeden raz mówi­cie jed­nym gło­sem! A prze­cież zawsze chce­cie, żebym był Rzy­mia­ni­nem, żebym sza­no­wał tra­dy­cję, prawo i… god­ność! Nie mogę grać na lirze ani śpie­wać dla tłu­mów, bo moja repu­ta­cja mogłaby na tym ucier­pieć. Nie mogę mówić o Gre­kach, o ich sztu­kach teatral­nych i muzyce, ale kiedy wydaję wyrok cał­ko­wi­cie zgodny z Dwu­na­stoma Tabli­cami, to się mylę?

– Prawo powinno nam słu­żyć, a nie… – zaczął Seneka, zna­jo­mym jed­no­staj­nym tonem wykładu.

Neron dotarł do łaźni. Wsparł jedną dłoń na fila­rze i zebraw­szy się w sobie, spoj­rzał na nich wynio­śle.

– Stań­cie tu, wszy­scy. I cze­kaj­cie na słońcu, dopóki nie wrócę. Może wyko­rzy­stam ten czas na zasta­no­wie­nie się nad tym, co mi powie­dzie­li­ście. Bo ja… – Zaci­snął dłoń w pięść, nie posia­da­jąc się z gniewu. – Nawet nie wie­cie, jak się sta­ram… – Usły­szał sła­bość w swoim gło­sie i aż wark­nął z iry­ta­cji. A potem mach­nął ręką z obrzy­dze­niem i ski­nął głową na Sere­nusa. – Chodź ze mną! Chcę zmyć ten kurz i się najeść. A wy pozo­stali… zostań­cie tu sobie.

Obaj z Sere­nu­sem weszli w chłodny mrok, gdzie cze­kała na nich woda we wszel­kich odmia­nach, od zmro­żo­nej po paru­jącą, a także nie­wol­nicy, któ­rzy nacie­rali oliwą, szo­ro­wali i maso­wali bywal­ców przy­bytku goto­wych pła­cić za takie usługi. Po chwili jed­nak Neron bez ostrze­że­nia wyszedł znowu na zewnątrz.

Wyce­lo­wał palec w stronę Bur­rusa, wyróż­nia­jąc go spo­śród pozo­sta­łych.

– Moja kochanka, Pop­pea, jest brze­mienna, Bur­ru­sie. To już widać i skoro ocze­kuje mojego potomka, to w takim razie nad­szedł czas, bym się z nią oże­nił. Skrzyk­nij kohortę i pójdź­cie zebrać doby­tek Okta­wii. Życzę sobie, by dziś wie­czo­rem już jej nie było na Pala­ty­nie. Skoro mam się przy­glą­dać egze­ku­cji czte­ry­stu nie­wol­ni­ków, potrze­buję cze­goś, co doda mi ducha. Takie są moje roz­kazy.

Bur­rus wyglą­dał na ogłu­szo­nego. Rzecz jasna wie­dział o ciąży, ale nie miał poję­cia, że Neron zamie­rza roz­wieść się z żoną. Zer­kał na prze­chod­niów i na tłum, który się zebrał, kiedy tam stali. Bar­dzo nie­wiele rze­czy w Rzy­mie odby­wało się w praw­dzi­wej pry­wat­no­ści, a plotki tego rodzaju roz­cho­dziły się lotem ptaka po mie­ście i mogły zaraz dotrzeć do uszu samej cesa­rzo­wej. Pre­to­ria­nin zni­żył głos.

– Cały lud Rzymu wielbi twą mał­żonkę, domine, a jej ojciec Klau­diusz jest wciąż czczony jako bóg. Twoja wła­sna matka była jego główną kapłanką.

– To może Pop­pea będzie teraz doglą­dała jego ognia – odrzekł szorst­kim tonem Neron. Wciąż był ziry­to­wany na nich i pra­gnął czym prę­dzej zanu­rzyć się w chłod­nej wodzie, by zapa­no­wać nad zło­ścią.

– To ta sama Pop­pea Sabina, która na­dal jest żoną Otona? – ode­zwał się nagle Seneka.

Neron aż się wzdry­gnął pod jego spoj­rze­niem. Na to wyglą­dało, że Seneka dotąd o niczym nie wie­dział; teraz z tru­dem zno­sił obu­rze­nie na twa­rzy starca. Seneka był nauczy­cie­lem Otona, Sere­nusa i Nerona od cza­sów, gdy byli jesz­cze nie­do­rost­kami.

Nie potra­fił odpo­wie­dzieć, tylko zachmu­rzony patrzył w dal ponad Forum.

– Każę ofi­cjal­nie zakoń­czyć to mał­żeń­stwo. Oton jest wciąż w Luzy­ta­nii, już od dwóch lat. Wiem, że to ja jestem ojcem tego dziecka, Seneko. Nie możesz w to wąt­pić. Jesz­cze dziś poślę do niego kuriera z listem napi­sa­nym oso­bi­ście przez Pop­peę. Jestem pewien, że nie będzie nam stał na dro­dze.

Zer­k­nął na Bur­rusa i z wysił­kiem ukrył wstręt, gdy zauwa­żył, że pre­to­ria­nin pociera się po szczęce oka­le­czoną, szpo­nia­stą dło­nią przy­po­mi­na­jącą łapę wrony. Tego wła­śnie się nauczył od takich ludzi jak Seneka i Bur­rus. Opa­no­wa­nia.

– Myśla­łem, że dziś to uczcimy – powie­dział. Zmu­sił się do uśmie­chu, ale usta miał zaci­śnięte, a jego oczy wciąż lśniły. – Od prze­bu­dze­nia ta wieść miesi się we mnie. Myśla­łem, że wydam jakiś byle wyrok, któ­rego domaga się senat, a potem będzie­cie mi gra­tu­lo­wać, bo posu­cha naresz­cie się skoń­czyła. – Zawie­sił głos, ale po chwili zaczął mówić gło­śniej. – W tej łaźni czeka na mnie jadło i wino! Zapro­sił­bym tam was wszyst­kich, zanim wy… Ach, nie ma już o czym mówić. Sere­nus i ja zjemy sami, a wy posto­icie sobie na słońcu. Albo nie, może­cie się rozejść. Bur­ru­sie, zbierz doby­tek mojej żony i każ go wysłać do portu w Ostii. Niech ona tam na mnie czeka. Przy­będę się z nią roz­wieść, kiedy będę gotów.

– Gdy­byś zaufał memu osą­dowi, domine – zary­zy­ko­wał Bur­rus – może zechciał­byś jesz­cze raz się zasta­no­wić… nie musisz prze­cież zada­wać tej rany. Możesz przy­spo­so­bić to dziecko, jeśli takie twoje życze­nie, ale nie odrzu­caj Okta­wii. Lud…

– Lud i senat Rzymu zro­bią, co każę – wszedł mu w słowo Neron i Bur­rus prze­stał mówić, bo nikt się nie sprze­czał z cesa­rzem, nawet pre­fekt jego straży przy­bocz­nej. – I choć wpraw­dzie ufam twemu osą­dowi, Bur­rusie, to jed­nak w tej kwe­stii się mylisz. Mogę naresz­cie roz­po­cząć swe pano­wa­nie. Wolny od… wpły­wów. Takie są moje roz­kazy. Możesz odejść.

Zawa­hał się, bo w gło­wie miał wir myśli. Chciał uła­ska­wić nie­wol­ni­ków Peda­niu­sza, ale Bur­rus powie­dział prze­cież, że wów­czas oka­załby sła­bość. Uwiązł w pułapce i ten dzień już był zepsuty. Wydaw­szy jakiś nie­zro­zu­miały odgłos, okrę­cił się na pię­cie i wszedł do chłod­nego wnę­trza łaźni.

Sere­nus podą­żył jego śla­dem, nie oglą­da­jąc się. Nic go nie obcho­dziły opi­nie Seneki i Bur­rusa. To Neron miał do nich sła­bość, nie on. Urzą­dził sobie dobre życie i za nic nie miał ochoty go zmie­niać. Sły­szał, że Bur­rus naka­zuje trzem pre­to­ria­nom wejść do łaźni, ale już z odda­le­nia. Cesarz nie mógł się ni­gdzie prze­miesz­czać bez oso­bi­stej ochrony. Sere­nus zdjął ścią­gniętą pasem tunikę, prze­pa­skę z bio­der i płaszcz. Był pewien, że porządna kąpiel, a potem kilka kie­li­chów do lek­kiego posiłku popra­wią mu nastrój.

Okta­wia pła­kała. Było to widać, bo miała spuch­nięte oczy. Łzy zostały wytarte, a czy­jeś wprawne dło­nie doma­lo­wały nowe kre­ski koh­lem. Neron zasta­na­wiał się, czy jego wła­sna twarz uka­zuje oznaki smutku. Przy­był do niej z Forum i choć wpraw­dzie kąpał się tego ranka, znowu czuł się lepki od potu. Po czę­ści to upał spo­wo­do­wał, że odzie­nie przy­lgnęło do jego skóry i że oliwa, którą został natarty, zjeł­czała. Nie… w tym było coś wię­cej. To było poczu­cie winy.

Jego żona stała przed nim niczym ogłu­piałe cielę. Widział, że trzyma w dło­niach naszyj­nik z rubi­nów wiel­ko­ści prze­piór­czych jaj ofia­ro­wany jej przez ojca. Owi­jała go sobie wokół pal­ców niczym pasmo krwi. Wzdry­gnął się, sta­ra­jąc się nie myśleć o tym, co tego dnia widział. Wszy­scy nie­wol­nicy Peda­niu­sza zostali zabici. A on był zmu­szony na to patrzeć – ich los przy­pie­czę­to­wały jego słowa, a jed­nak… a jed­nak… nie powi­nien był prze­ka­zy­wać tego zada­nia Sere­nu­sowi. Jego przy­ja­ciel zro­bił się mroczny i ponury, odzwier­cie­dla­jąc nastrój tłumu. W życiu nie widział, by wśród zgro­ma­dzo­nych ludzi zapa­dło nagle takie mil­cze­nie. Zazwy­czaj wystar­czało rzu­cać w ich stronę żetony i zaraz wal­czyli ze sobą, albo nawet dźgali się nożami, oka­zu­jąc nad­zwy­czajną wolę życia.

Dotarło do niego, że cały cuch­nie dymem. Odór prze­siąkł jego togę i włosy, a przy tym zosta­wił ślady sadzy na jego skó­rze, jakby doglą­dał stosu pogrze­bo­wego. Na bogów, nie mógł powstrzy­mać obra­zów, które prze­my­kały mu przed oczyma, tych otwar­tych w krzyku ust. Bał się, że będą mu się teraz śniły, że jesz­cze inne dło­nie będą go wcią­gały w zie­loną topiel.

– W takim razie powiedz to! – rzu­ciła roz­ka­zu­ją­cym tonem Okta­wia. – Bur­rus mi powie­dział, że chcesz mnie odtrą­cić. Żałuję tylko, że twoja matka nie żyje i tego nie sły­szy! Albo mój ojciec. Bo oczy­wi­ście wtedy nie był­byś cesa­rzem.

Nie nale­żało tego mówić. Neron rzu­cił się w jej stronę i uchwy­cił dłońmi sznur rubi­nów. Nie zerwał go, ale w samym dotyku była pogróżka. Zasty­gła, bojąc się go, bojąc się woni krwi i ognia, którą biło od niego niczym żarem.

– Nawet o niej nie wspo­mi­naj, Okta­wio. Ona ode­szła i uwol­ni­łem się. Jestem cesa­rzem, tak jak kie­dyś twój ojciec.

Miała ochotę wychło­stać go sło­wami, ale ona też nauczyła się pano­wać nad sobą. Wpraw­dzie miała zale­d­wie dwa­dzie­ścia lat, ale nie­kiedy myślała, że rok spę­dzony na Pala­ty­nie jest jak cały żywot w innym miej­scu. Strach potra­fił posta­rzyć.

– Czemu mnie odsy­łasz? – spy­tała.

Głos jej się łamał; opa­no­wała się z wysił­kiem, bo nie chciała pła­kać. Nie­na­wi­dził, kiedy pła­kała. Wyrzu­cał wtedy ręce w górę i twier­dził, że ona nic nie rozu­mie, bo jest na to za głu­pia. A potem szedł poszu­kać swo­ich przy­ja­ciół i wra­cał ileś dni póź­niej, śmier­dząc winem i kur­wami.

Zmu­siła się do spo­koju i łzy skrzące się w jej oczach nie pocie­kły po twa­rzy.

– Bur­rus powie­dział, że Pop­pea spo­dziewa się two­jego dziecka. Pew­nie nie uwie­rzysz, ale moje serce aż pod­sko­czyło pod wpły­wem tych wie­ści! Tysiąc nocy modli­łam się, by moje łono się wypeł­niło… Skoro tak ma być, to ja się na to zgo­dzę. Pozwól mi tylko być na­dal twoją żoną, Nero­nie. Możemy wycho­wać to dziecko razem, a potem tylu jego braci albo sióstr, ile ona da radę uro­dzić. Czyż nie jest to wspa­niała per­spek­tywa? Pro­szę…

Spoj­rzał na nią z pogardą, widząc tylko despe­ra­cję. Okta­wia została nie­gdyś nazwana jego sio­strą, zaraz po ślu­bie jego matki z cesa­rzem Klau­diu­szem. Byli kuzy­no­stwem, a jed­nak rzym­scy plot­ka­rze zaba­wiali się tym fak­tem całe lata.

Zwią­zek był spo­so­bem na utar­cie nosa spi­skow­com i niczym wię­cej. Wyniósł go na pie­de­stał, ale przy oka­zji także jego matkę. Tyle przy­naj­mniej rozu­miał. To ni­gdy nie było mał­żeń­stwo z miło­ści! Okta­wia miała małe piersi, była blada i chuda i dla­tego ni­gdy nie uwa­żał jej za atrak­cyjną, w odróż­nie­niu od Pop­pei. Mimo woli wydął wargę. Gdyby Okta­wia została matką jego dzieci, rzu­ciłby jej cały świat do stóp. A tak… może spra­wił to ten potworny widok na Forum, ale miał ochotę zadać jej ból, wylać na nią całą swoją złość i nie­chęć.

– Nie potrze­buję cię – oznaj­mił zim­nym tonem. – Dociera to do cie­bie? Mojej matki już nie ma wśród żywych i two­jego ojca też nie. Zaczy­nam swoje dłu­gie pano­wa­nie w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat! Nawet sobie nie wyobra­żasz, jakie dzieła mam w pla­nach, Okta­wio! I w tych pla­nach nie ma dla cie­bie miej­sca. Nie, oże­nię się z Pop­peą Sabiną i to ona będzie rodzi­cielką potom­ków mojego rodu. To ona będzie ogrze­wała moje łoże… czego ty ni­gdy nie potra­fi­łaś, nawet kiedy w nim leża­łaś.

Sły­sząc to, zaczer­wie­niła się. Neron puścił rubiny, jakby je wła­śnie jej ofia­ro­wał.

– Jeśli sobie życzysz, jeśli masz coś do doda­nia, powiedz to teraz. Naka­zuję ci to.

Spoj­rzała na niego gniew­nie, ale bunt, jaki się w niej wcze­śniej naro­dził, rów­nie prędko wyciekł.

– Postą­pisz, jak zechcesz – odparła. – Ni­gdy mnie nie kocha­łeś, wiem o tym. Nie musisz być okrutny. Sta­ra­łam się, ale nie byłam w sta­nie począć nowego życia. Nie masz poję­cia, jak ja się modli­łam i jakie dziwne napary wypi­ja­łam, byle tylko począć. Tysiące razy dosta­wa­łam od nich wymio­tów, ale zaci­ska­łam zęby, w nadziei… Nie­ważne zresztą. A teraz ty mnie odrzu­casz. Bar­dzo ciężko się tego słu­cha. – Prze­krzy­wiła głowę, jakby naszła ją jakaś myśl. – Czy zwró­cisz mi moje wiano? Mają­tek, który dał ci mój ojciec?

Tym razem to Neron odwró­cił wzrok.

– Część z tego, ma się rozu­mieć. Przy­go­to­wa­łem akty wła­sno­ści kilku posia­dło­ści. Będziesz żyła jak zawsze, choć… – Zaci­snął zęby. – Nie będzie ci wolno wyjść po raz drugi za mąż, ani też wje­chać do Rzymu. Usza­nuj moją wolę. Zalecę sty­pen­dium z cesar­skiego skarbca, milion rocz­nie. Miesz­kaj sobie spo­koj­nie w Her­ku­la­num i…

– Mimo to musisz wypo­wie­dzieć te słowa – prze­rwała mu.

Zadarła głowę, a on spo­strzegł, ile odwagi ją to kosz­to­wało. Przy­tak­nął.

– Roz­wo­dzę się z tobą, Klau­dio Okta­wio. Jako głowa naszego domo­stwa zry­wam łączącą nas więź.

Zapa­dła się w sobie i wyglą­dała, jakby ją ude­rzył. Na swój spo­sób był to cios naj­po­waż­niej­szy z wszyst­kich, jakich do tej pory w życiu zaznała. Przy­mknęła oczy i ski­nęła głową, jesz­cze bled­sza.

– Jak sobie życzysz – wyszep­tała.

Była córką cesa­rza Klau­diu­sza, a potem żoną cesa­rza Nerona. W jed­nej chwili stra­ciła to wszystko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Inferno

Copy­ri­ght © 2025 by Conn Iggul­den

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Mał­go­rzata Chwa­łek

Opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i pro­jekt okładki: Ewa Skrzy­piec

Foto­gra­fia na okładce: © Pri­sma/Uni­ver­sal Ima­ges Group via Getty Ima­ges

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Inferno, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-894-6

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer