Natura Derwana - Ewelina C. Lisowska - ebook

Natura Derwana ebook

Ewelina C. Lisowska

3,0

Opis

Ewelina C. Lisowska

Natura Derwana

Romans historyczny, wiek XIX

Romans historyczny, wiek XIX. Miłość pana i służącej. Jadwiga jest uduchowioną ogrodniczką, Derwan to surowy urzędnik państwowy. Kiedy on zakochuje się w niej, ona go odrzuca. Nauczona przez życie, aby trzymać się z daleka od swoich panów, Jadzia ukrywa przed ukochanym swoją miłość. Bo przecież bogacz nigdy nie ożeni się z biedną - co najwyżej może ją wykorzystać i porzucić. Sytuacja materialna dziewczyny poprawia się, gdy dziedziczy ona ogród po pewnym arystokracie. Jej własność staje się nagle obiektem zainteresowań partii, które będą z sobą walczyły o władzę w mieście. W jednej z partii jest Derwan. Jak zachowa się ten mężczyzna? Czy weźmie ślub z Jadzią, aby zyskać władzę nad najbardziej strategiczną działką w mieście? Czy Jadzia pozwoli na zniszczenie ogrodu w imię miłości do Derwana? Jaka jest druga ukryta Natura Derwana Drozda? Natura Derwana to lekki romans z lekką nutką duchowości, która ukrywa się w zapiskach głównej bohaterki zafascynowanej naturą. Połączenie fabuły, osadzonej w końcowych latach wieku XIX, z pamiętnikiem tworzą unikalny klimat, który docenią romantyczne Czytelniczki.

Odwiedź stronę autorską www.ecl-pisarka.pl

Kup książkę w druku na życzenie w RIDERO KSIĄŻKI

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 469

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Natura Derwana

Natura Derwana

Ewelina C. Lisowska

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Książka chroniona jest prawem autorski na mocy ustawy o prawie autorskim (Dz.U. 1994 Nr 24 poz. 83). Zabrania się kopiowania, udostępniania i publikacji fragmentów książki w Internecie bez zgody autorki.

Natura Derwana

Ewelina C. Lisowska

Wydanie 1

Rajcza 2020

Okładka

Ewelina C. Lisowska

Opracowanie graficzne i techniczne

Ewelina C. Lisowska

ISBN 978-83-955314-0-4

Wydawnictwo Romanse

Rajcza 498B, 34-370 Rajcza

[email protected]

www.ecl-pisarka.pl

Kilka słów od autorki

„Natura Derwana” to nie tylko lekki romans historyczny, ale także westchnienie nad pięknem otaczającego nas świata natury. Bliska relacja głównej bohaterki z Bogiem, jako stwórcą przyrody, ukazuje świat widziany jej oczami. To subiektywne, poetycko prozaiczne podejście do natury jest mi bliskie, a zachwyt Jadwigi nad pięknem przyrody jest także moim zachwytem.

Drugą stroną powieści jest Derwan – człowiek, który na pierwszy rzut oka jest zimnym urzędnikiem, starym kawalerem, na którego łasce są osoby służące w jego domu. Ale jaka jest prawdziwa natura Derwana? Mężczyzna skrywa ją w swoim sercu, i tylko Jadwiga może sprawić, że wydostanie się ona na zewnątrz.

Lubię, gdy akcja książki toczy się prędko, a bohaterowie przeżywają istny Roller Coaster uczuć oraz przygód. Zaskoczę jednak osoby, które poszukują silnych wrażeń! Powieść jest napisana dla osób wrażliwych, romantycznych, które pragną oderwać się od surowości świata nastawionego na pęd i zysk za wszelką cenę. Choć „Natura Derwana” zawiera malutką dozę powieści kryminalnej, nikt nie zostanie tutaj zabity – daleka jestem od opisywania makabrycznych scen pełnych krwi i bezlitosnej przemocy.

Książka jest dla Ciebie, jeśli szukasz romansu, w którym dzieje się wiele, a akcja przepleciona jest osobistymi zapiskami głównej bohaterki. Jest dla Ciebie, jeśli chcesz w tym koszmarnym pędzie współczesności przenieść się na chwilę do czasów, gdy życie płynęło wolniej. Lekka doza zachwytu nad naturalnym pięknem spodoba się osobom wrażliwym lub tym, które już dawno zapomniały o swojej romantycznej naturze – i tak jak Derwan zakryły ją lodowatą skorupą, aby została zapomniana na wieki.

Zachęcam do lekkiego podejścia do powieści. Niniejsza książka służy jedynie rozrywce. Po fachową wiedzę, dotyczącą końca wieku XIX na terenach Polski, odsyłam do źródeł historycznych.

Zima

1. Ogród Genowefy

Było jej strasznie zimno, a potwornie wczesna pora mroźnego poranka przenikała ją na wskroś, gdy krok po kroku przemierzała wciąż jeszcze śpiące ulice obcego miasta. Bruk nie dawał stabilnego oparcia dla jej zmarzniętych stóp, więc pokonując w mozole kolejne centymetry drogi w swoich wytartych trzewikach, raz po raz ślizgała się po cienkiej warstewce lodu. Opatulona włóczkową chustą, którą dostała na drogę od mamy, trzęsła się z zimna. Uśmiechnięta i zachwycona widokiem pięknego, jaśniejącego stopniowo, zimowego nieba, dziękowała Bogu za jego piękny podarunek. Bo czyż może być coś piękniejszego niż feeria barw błękitnych, białych i różowych, które mieszając się ze sobą, tworzą niepowtarzalnie unikatowy obraz, którego autorem może być jedynie sam Pan Wszechmogący?

Trzymając pod pachą kilka rzeczy osobistych zawiniętych w gazetę, rozglądała się dookoła poszukiwaniu wskazanego przez jej sąsiadkę adresu. Ponoć miała się tam dla niej znaleźć jakaś praca przy kwiatach. Uwielbiała wszelkiego rodzaju rośliny, więc miała nadzieję na to, że tym razem uda jej się znaleźć zajęcie dobrze płatne i przyjemne. Wysokie budynki kamienic stopniowo zamieniały się w coraz niższe budowle, stojące już nie tak zwarcie lecz pojedynczo. W końcu przed jej oczyma zaczęły ukazywać się prywatne wille otoczone ogrodami. Liczyła numerki kilkukondygnacyjnych domów znajdujących się na ulicy Wiejskiej i podążała w coraz dalsze zakamarki nowoodkrytego miejsca. Nagle zatrzymała się.

– To tutaj! – westchnęła, a z jej ust dobyła się para. Ujrzała jedynie trzymetrowy szpaler starannie przystrzyżonych cyprysów, a między nimi niewielką furteczkę, na której widniał numer posesji. Zajrzała przez metalowe pręty w głąb tajemnie osłoniętego przed światem ogrodu. Dom wyglądał na wciąż pogrążony we śnie. Mimo to nacisnęła dziwacznego kształtu klamkę i weszła na podwórko. Niewielka willa wprawiła ją w zachwyt swoim fantazyjnym wyglądem. Zupełnie nie przypominała wiejskich chat, które oglądała na co dzień w miejscu skąd przybywała. Parter, wyposażony w okna pokaźnej wielkości, nakryty był niskim poddaszem, które przeznaczono na pomieszczenia mieszkalne. Trzy niewielkie okna wystające dziwacznie z powierzchni dachu, symetria prostej bryły i ganek, na który wchodziło się po zaokrąglonych schodkach. Dom posiadał podpiwniczenie, gdzie, jak się domyślała, musiały mieścić się pomieszczenia gospodarcze i mieszkania dla służby. Krocząc ostrożnie po placyku wybrukowanym białym kamieniem, powoli zbliżyła się do niewysokich schodów, po czym weszła na ganeczek otoczony czterema koliście przystrzyżonymi bukszpanami, zgrabnie usytuowanymi w kamiennych donicach. Pochwyciła zmarzniętą pozłacaną kołatkę z zamiarem obwieszczenia swojego przybycia gospodarzom. Jednak dalsze jej wysiłki okazały się być daremne – kołatka przymarzła do drzwi!

– Kogo panienka szuka?

Podskoczyła przestraszona i obejrzała się za siebie, aby sprawdzić kto był właścicielem tego niskiego, buczącego głosu. Ujrzała osiemnastoletniego chłopaka średniego wzrostu, równie średniej urody, ubranego w roboczą odzież, trochę przy kości. Trzymał w rękach pokaźną stertę porąbanych szczapek drewna.

– Mam tutaj pracować… w ogrodzie znaczy się – wytłumaczyła i uśmiechnęła się do nieznajomego.

– Chyba raczej w szklarni. O tej porze w ogrodzie wszystko śpi, panienko! – zaśmiał się.

– Tak! Hi, hi!

– Pani domu też jeszcze śpi, więc będzie panienka musiała poczekać na nią w pomieszczeniach dla służby, tam za domem. – Wskazał głową miejsce położone gdzieś za willą. – Coś mówili, że ma się zjawić jakaś panienka do szklarni, więc komórka jest już przygotowana.

– Komórka? – „Czyżbym miała spać w szopie?”: przestraszyła się.

– To takie pomieszczenie pod budynkiem dla służby. Jest tam trochę ciemno, ale można w piecyku zapalić i będzie całkiem przyjemnie. Proszę ze mną! – Bez sentymentu rzucił drewno na ziemie i machnął na nią ręką jak na starego kumpla. Nie zaczekawszy na jej reakcję, poszedł za dom, a ona czym prędzej pobiegła za nim, w obawie, że zgubi się w tym nowym miejscu.

– Och! – wyrwało się z jej ust, gdy zobaczyła ogród swojej pani pogrążony w zimowym letargu. – Jak pięknie… – westchnęła, zapominając na chwilę o służącym, który zatrzymał się przy niewielkim, ceglanym domku stojącym w odległości kilku metrów od willi. Budowla okazała się o wiele dłuższa, niż sądziła.

Dopiero z tego miejsca była w stanie stwierdzić, że dom państwa ma kształt podkowiasty, a między prawym i lewym skrzydłem domu usytuowana jest kilkukondygnacyjna, kielichowo rzeźbiona fontanna kamienna. Pomyślała, że w lecie woda musi spływać z niej kaskadowo wprost do dolnego poziomu w kształcie kolistym, gdzie zapewne rosną lilie wodne. Dookoła fontanny rozpościerały się równo ułożone klomby przysypane grubą, kilkucentymetrową warstwą śniegu, tworzące tajemnicze, malutkie wzniesienia kształtem przypominające koła.

Ogród był spory, co niezmiernie ją ucieszyło. Harmonijnie ustawione niskie drzewa i krzewy przyprószone bielą, która skrzyła się pod wpływem promieni wschodzącego właśnie słońca, migotały kolorowymi iskierkami. W głębi ogrodu, za niewielkim żywopłotem kryła się drewniana altanka. Zaś na samym jego skraju stała duża szklarnia, gdzie przez małe szybki prześwitywały czerwone, białe oraz żółte plamki. To musiały być kwiaty, którymi miała się zajmować. „Och Boże, żeby to były róże.”: westchnęła jej dusza z nabożnym pragnieniem. „Nie ma bardziej niebiańskich kwiatów niż róże.”

– To tutaj! – krzyknął chłopak, budząc dziewczynę z zachwytu. Czym prędzej zjawiła się przy nim, a ten otworzył jej drzwi prowadzące do nowego lokum.

– Tam na dole? – zapytała przestraszona. Miała zejść z tego niebiańskiego ogrodu wprost do ciemnej, zimnej nory?

– Tak… a tak w ogóle to Janek jestem! – podał jej rękę, po czym mocno uścisnął jej zimną dłoń, potrząsając nią energicznie.

– Jadzia… Malinowska – rzekła, nie odrywając wzroku od betonowych schodów prowadzących do ciemności.

– Później przyniosę ci lampkę naftową. Nie ma tutaj prądu – wyjaśnił. – Drzwi na lewo są twoje. W tych na prawo mieszka Justysia.

– Justysia?

– Służąca. Jest niewiele starsza od ciebie… O ile masz tyle lat, na ile wyglądasz. – Przyjrzał się jej wychudzonej posturze i bladej twarzyczce.

– A na ile wyglądam?

– Trzynaście.

– Dodaj do tego jeszcze dwanaście i będziesz wiedział, ile mam lat naprawdę – uśmiechnęła się niepewnie, a później ostrożnie podążyła schodami na dół.

Janek poczuł się oszukany tą niejasną odpowiedzią.

– Ej! To niesprawiedliwe! Nie umiem rachować!

– Dwadzieścia pięć! – odkrzyknęła z ciemnego korytarza.

– Aha! A Justysia piętnaście! – odpowiedział jej, po czym zamknął drzwi i odciął całkowicie dopływ światła w korytarzu na dole.

Poszukała po omacku klamki od drewnianych drzwi. Nacisnęła ją po chwili wahania, po czym weszła do środka ciasnego pomieszczenia oświetlonego małym okienkiem usytuowanym tuż pod sufitem. Łóżko, sklecone najwidoczniej prowizorycznie tuż przed jej przyjazdem, zaskrzypiało niebezpiecznie pod jej czterdziestodziewięciokilogramowym ciałkiem, gdy z ulgą usiadła na szarym kocu zaściełającym mebel. Spojrzała na żelazny piecyk, stojący tuż obok drzwi i stoliczek po drugiej ich stronie, na którym stała metalowa miska. „A gdzie wychodek?” – przyziemna potrzeba nie dała jej wysiedzieć w miejscu, więc nie czekała na pojawienie się pani tego cudownego ogrodu, w którym miała pracować, tylko wyszła na zewnątrz, aby poszukać tego ustronnego miejsca.

Wychodek stał tuż za domkiem. Załatwiła więc swoje potrzeby i zaciekawiona migocącymi w oddali, kolorowymi plamkami wyzierającymi na nią zza zaszronionych szyb, z radością ruszyła odśnieżonym chodniczkiem w kierunku szklarni. Mroźne powietrze i zapach sosenek – rozrzuconych pojedynczo to tu, to tam – przypomniał jej o świętach Bożego Narodzenia... Odrzuciła na bok tęsknotę za matką i przyjrzała się szklano żelaznej konstrukcji. Mierzyła sześć metrów długości i trzy szerokości. Wchodziło się do niej przez szklane drzwi obramowane kutą, żelazną ramą. Całość sprawiała wrażenie przezroczystej, kryształowej klatki, chroniącej kwiaty przed światem zewnętrznym. Drżącą z przejęcia ręką nacisnęła na klamkę, wstrzymała oddech i weszła do środka ciepłego pomieszczenia. W obawie o bezpieczeństwo tak cennych roślin zamknęła pospiesznie drzwi, po czym zaciągnęła się zapachem kwiatów.

– Wspaniałe! – powiedziała zachwycona i niemal na paluszkach zbliżyła się do doniczek i grządek, gdzie rosły najróżniejszych kolorów róże. – Dzięki ci Boże! Tak chciałam, żeby to były róże!

Niczym w transie podchodziła do każdej z nich, wąchała i dotykała ich gładkich, kruchych liści oraz aksamitnych różnobarwnych płateczków.

– Dzień dobry Czerwona Pani! Och! jaka jesteś śliczna Biała Królowo! A pani ma takie piękne różowe płateczki… – mówiła do kwiatów. Tracąc poczucie czasu podczas uroczystego przywitania ze swoimi podopiecznymi, nie zwróciła uwagi na upływ godzin.

– Och! jakie jesteście piękne kwiatuszki!

Nagle drzwi szklarni otworzyły się z impetem! Przestraszona dziewczyna odwróciła się i zobaczyła wysoką postać ubraną w eleganckie, brązowe futro i kapelusz, dzierżącą w ręce starczą laskę uniesioną ku górze.

– Co ty tutaj robisz?! – warknęła na nią oburzona pani Genowefa Drozd.

– Ja… ja tutaj przyszłam do pracy p-proszę pani – wyjąkała. – Nazywam się Jadwiga Malinowska.

Dygnęła pospiesznie, po czym wlepiła oczekujący i przerażony wzrok w surową twarz kobiety po sześćdziesiątce. Nadal nie opuszczała laski, którą dzierżyła w ręku. Najwidoczniej przyszykowała ją sobie do obrony swojego kwiatowego dobytku.

– Przyszłam tutaj do pracy, proszę pani.

Na dźwięk słów dziewczyny, która wyglądała jej jeszcze na dziecko, kobieta odetchnęła z ulgą.

– Aleś mnie nastraszyła dziewczyno. – Złożyła broń, zmieniając ją na powrót w swoją osobistą podporę. Odetchnęła kilka razy.

– Proszę pani, bo róże zmarzną! – przestraszyła się na widok drzwi do szklarni, które nadal stały otworem.

– Och! – Pani Drozd aż podskoczyła z obawy o swoje unikatowe gatunki. Prędko zamknęła drzwi.

– Bardzo dobrze, że w końcu znalazłam kogoś, kto pomoże mi właściwie ochronić te cuda natury! – Choć jej słowa były miłe, jej twarz nie drgnęła nawet na ułamek centymetra.

– Bardzo chętnie w tym pomogę! – Jadzia dygnęła usłużnie, zachowując powagę.

– Idealnie! – Wyprostowała się, a w jej oczach zabłysły nibyogniki radości.

– Ta róża potrzebuje częstego podlewania! – przykazywała Pani Drozd. Całkowicie zapomniała o podstawowych potrzebach nowej służącej. Mijała już trzynasta, a Jadzia nie napiła się i nie zjadła ani grama od wczorajszego dnia. Rano, gdy wychodziła z domu, nie miała sumienia, żeby zjadać ostatnie kromki czerstwego chleba. Mama na pewno chciała je zjeść na śniadanie. – Słuchasz mnie?!

– Tak, proszę pani – powiedziała niemrawo. Poczuła, jak żołądek zwija się jej z głodu.

Stuk! Stuk!

– Proszę pani, obiad podano! – powiedziała dziewczyna, którą musiała być Justysia. Drobna blondyneczka o zaróżowionych policzkach ukłoniła z gracją i zaczekała na rozkazy. Miała na sobie fartuszek roboczy i chustę oraz czepeczek z białej bawełny.

– Justyno! Nie wychodź na mróz taka wypierzona! Bo znowu będziesz chora! Zaraz idę! – machnęła ręką na dziewczynę, po czym wróciła do instruowania Jadzi.

Justysia spojrzała na nowoprzybyłą ze współczuciem i opuściła pomieszczenie.

– Ta biała musi dostawać raz na dwa tygodnie nawóz. Muszę później podać ci dokładną recepturę mikstury… Znasz się trochę na ziołach, jak słyszałam?

– Tak, proszę pani.

– Och! Jestem ogromnie głodna! Później dokończymy rozmowę!

Jadzia z ulgą otworzyła swojej pracodawczyni drzwi, a później każda z nich udała się w swoją stronę.

Gdy położyła się z ulgą na twarde łoże, nie myślała już o jedzeniu. Jej myśli zaprzątnęła inna sprawa, która leżała jej bardzo na sercu. Mama. „Czy miała co jeść na obiad? Czy ktoś pomógł jej zapalić w piecu, w chacie?” Pan Hubert obiecał zajrzeć do mamy, gdy jej nie będzie. Pani Florentyna miała dać mamie prace ręczne – odzież do cerowania, aby mogła zarobić parę groszy na życie. Oby dotrzymała obietnicy. Od dziecka były same – ona i mama. Zawsze musiały liczyć tylko na siebie – w chłodzie, upale, głodzie i chorobie.

Stuk! Stuk!

– Proszę! – Usiadła na łóżku.

– Dzień dobry! – Zza drzwi wyjrzała mała główka Justysi. – Czy zje z nami panienka obiad?

– Oj! Zupełnie nie wiem, czy mogę? – odparła zakłopotana.

– Czekamy na panienkę w domu, w jadalni dla służby.

– Och! Nie wiedziałam, że państwo na mnie czekają – westchnęła zawstydzona, po czym rzekła weselej: – Nazywam się Jadwiga, możesz mówić mi Jadzia! – Radośnie uścisnęła kościstą dłoń chudziątka, które było jeszcze bardziej wątłe niż ona sama.

– Justysia! – Delikatny uśmiech zamajaczył na jej usteczkach, choć oczy pozostały smutne.

W jadalni dla służby, mieszczącej się w centrum kuchni, było trochę więcej miejsca niż w jej ciasnym pokoiku. Poznała jeszcze jedną służącą: Karolinę – panią w wieku czterdziestu lat, oraz lokaja Sławka, który miał nie więcej niż pięćdziesiąt wiosen. Wszyscy byli jacyś tacy szarzy, smutni i chudzi… Jak bardzo kontrastowała w jej myślach postura pani Drozd z sylwetkami tych zabiedzonych osób. „Czyż wszyscy tutaj chodzą głodni?!” – przestraszyła się. Ciepły posiłek składał się z kaszy, warzyw i kawałeczka mięsa. Wielkość porcji pozostawiała wiele do życzenia. Może dla niej i dla Justysi ta ilość mogłaby okazać się wystarczająca, ale Karolina i Sławek byli dorosłymi ludźmi – potrzebowali bardziej wartościowego posiłku. Najmniej zjadł Janek, choć pracował najciężej z nich wszystkich. Sprawiał wrażenie umięśnionego, choć twarz miał równie bladą jak reszta służby.

Najbardziej uderzyło ją żałobne milczenie podczas jedzenia, jakby wszyscy bali się cokolwiek powiedzieć. Może obawiali się nowoprzybyłej? Może zwyczajnie nie wiedzieli, co powiedzieć, a może po prostu nie mieli na to siły?

Po skończonym posiłku, bez najmniejszego słowa, wszyscy wrócili do swoich obowiązków.

– Pani Karolino, czy...

– Ciiicho! Sza! – upomniała ją kobiecina, która sprzątała posiłek z największą delikatnością.

– Dlaczego? Dlaczego nikt nic nie mówił podczas posiłku? – wyszeptała Jadzia.

– Bo pan domu wymaga ciszy. Pracuje do późna, a rano długo śpi i znów wraca do pracy. To urzędnik państwowy, pracuje w Ratuszu. Pisze, notuje, układa przemowy dla zacnych osób… Ubiega się o stanowisko radnego w partii rządzącej miastem. Być może kiedyś zostanie nawet prezydentem miasta, tak jak jego świętej pamięci ojciec! Pani na to bardzo liczy – wytłumaczyła jej wyczerpująco, po czym zamilkła.

– To nowy mąż pani?

– Syn. Ma trzydzieści pięć lat i wciąż jest sam. Nie ma żony. Jego matka mu zakazała, żeby mógł się zająć tylko pracą.

– To bardzo duże poświęcenie – szepnęła z uznaniem.

– Tak. Zwłaszcza, że starym kawalerom z wiekiem coraz bardziej się przewraca w głowie – rzekła z tajemniczym uśmieszkiem.

– Och! Naprawdę? – Zaciekawiła ją ta dziwna postać.

– Tak, przekonasz się, jak go kiedyś zobaczysz. O ile uda ci się go kiedykolwiek zobaczyć…

– Ojej! Biedny. Musi być mu ciężko.

– Być może… ale nam jest ciężej. Wszystko zrozumiesz.

To był dziwny dzień – pomyślała Jadwiga, gdy przechadzając się późną porą po zimowym ogrodzie pani Genowefy, przyglądała się gwiazdom migocącym na granatowej chuście nieba. Brakowało jedynie Księżyca. Zaciekawiona kształtem kamiennej fontanny, stojącej centralnie w podkowie willi, podeszła, aby przyjrzeć się jej dokładniej. Jej szczyt przypominał bukiet kwiatów splecionych w jedną kompozycję. „Musi wyglądać bardzo pięknie, gdy letnią porą tryska z niej kaskadami woda, a dźwięk musi wypływać z niej śliczny niczym melodia śpiewana przez dziki strumień. Dołem pewnie rosną wodne kwiaty…”

Dotknęła zimnej, chropowatej powierzchni kamienia, aby sprawdzić, czy jest sucha, po czym przysiadła na skraju pustego zbiorniczka.

W jednym z okien usytuowanych po środku budowli, na parterze zobaczyła postać siedzącą przy biurku, pochyloną nad pisaniem czegoś bardzo absorbującego. Długie, jasne włosy zakrywały połowę jej twarzy, a kilkucentymetrowy, jasny zarost świadczył o tym, że był to mężczyzna. Był drobnej budowy, ale nie była w stanie stwierdzić, czy był stary czy młody, brzydki czy ładny. Odłożył pióro i przyjrzał się temu, co napisał, patrząc przez błyszczące od świateł, okrągłe szkła okularów. Wstał i zaczął przechadzać się po oświetlonym światłem elektrycznym pokoju. „Na wsi nie ma takich cudów… Mama musi szyć przy świeczce.” Westchnęła tęsknie. Przeniknął ją mroźny powiew wiatru. Wstała, po czym pospiesznie poszła do swojej piwniczki.

Wpis 1. Pamiętnika Jadwigi Malinowskiej

Mamusiu, będę tutaj wszystko pisała, żeby Ci później opowiedzieć, albo gdybyśmy się już miały nigdy nie zobaczyć… Tak będę pisała, jakbyś była tutaj obok mnie. I do Ciebie Boże będę mówiła, pisząc, żeby nie zapomnieć, jak jesteś dobry i litościwy dla swoich dzieci. Zapiszę wszystko to, co mnie boli, co cieszy i to co się działo w moim życiu kiedyś i co będzie się działo tutaj.

Jak to wszystko jest mądrze pomyślane. Sławię Twoje dzieła Boże! Słońce i Księżyc! Niebo i kwiaty! Wszystkie pełne są Twojej miłości, dobra i mądrości! Słońce wskazuje nam porę dnia, rozjaśnia ciemności, sprawia, że kwitną kwiaty i dojrzewają owoce! Och! Ojcze! A Księżyc?! Jakże pięknie rozświetla każdą, nawet najciemniejszą noc! Łagodne światło otula do snu wszystkie stworzenia, rośliny i ludzi. Dzień i noc, tak dobrze zaznaczone i tak dobrze wyliczone co do minuty, sekundy. Różne miesiące dają nam rozmaite plony: warzywa, owoce i zboża, które są pokarmem dla ciała oraz kwiaty, które są pokarmem dla duszy i zmysłów.

Jak Ty to robisz Panie, że nawet zimą pozostają na drzewach owoce, które ptaki zbierają, aby w ten sposób przetrwać chłód? A jeśli to im nie starcza, to ludzie wiedzą, aby dać im zboże czy kawałek słoniny.

Nawet zimą ogród jest piękny! Zielone igły sosen i jodeł pachną świeżą wonią lasu, a czerwone owoce ostrokrzewów radośnie migocą pośród zdobnych, ciemnych liści, przypominając o nadchodzących narodzinach Małego Dzieciątka. Gdzieniegdzie zostają czasem złote igiełki modrzewi, wyzierają delikatne główki zasuszonych kwiatów ubranych w pióropusze. Szeleszczące trawy łąk nucą cichą melodię, przypominając o tym, że niebawem obudzą się na wiosnę.

Och! Jak bardzo dziękuję Ci Boże, któryś jest w Niebie! Choć gdy tak patrzę na Twoje dzieła na ziemi, to myślę, że kwiaty i inne rośliny są kawałkami Nieba, kawałkami CIEBIE, które widać i których można dotknąć. Dziękuję Ci, że mogę to widzieć, wąchać kwiaty, dotykać chropowatej kory drzew i czuć, że jestem tak blisko Ciebie poprzez naturę, która śpiewa każdego dnia hymn ku Twojej chwale. Amen.

2. Róża Derwana

Rano jak zwykle był popracować w Ratuszu… To znaczy o dwunastej w południe tam był – gdy pracuje się do późna, pory dnia zmieniają swoje nazwy w zależności od tego, kiedy człowiek otworzy oczy. Dokumenty, sterty teczek, interesanci wszelkiego wieku i pochodzenia… Pracował w biurze, a po godzinach pisał przemowy dla znaczących „coś więcej” osób, oraz układał treści podań i próśb dla zwyczajnych ludzi. Przede wszystkim służba ludziom! – ta właśnie dewiza towarzyszyła Derwanowi na każdym kroku, począwszy od bardzo późnego „poranka”, a skończywszy na sennych majaczeniach, w których to widział siebie na czele partii sprawującej władzę w mieście.

Teraz był już wieczór, a on wciąż nie potrafił sklecić kilku zdań, które pomogłyby przekonać prezydenta miasta, aby w końcu podjął się naprawy drogi na ulicy Kamieniarskiej. Mieszkający tam ludzie poprosili go o pomoc w napisaniu podania, które skutecznie trafiłoby do sumienia głowy miasta. Ulewne deszcze na jesieni czyniły drogę nieprzejezdną, można by rzec, że skłaniała ona mieszkańców do zakupu łodzi lub promu, który holowałby pasażerów na drugi brzeg, aż do ubitego traktu. Wertepy zimą czyniły przejście wąskim, niezdatnym do przejechania powozem. A przecież ludzie tam chcieli żyć na poziomie! Móc swobodnie poruszać się po drodze, przewozić swoje towary do miasta, szybko dotrzeć do kolei i na pocztę, bez problemu dotrzeć w zimie do sklepu po niezbędne rzeczy. Derwan już wiedział, co odpowie Michał Zaręba – mianowicie: „Urodzeni tam ludzie niskiego stanu przywykli do niewygody. Nie ma co na siłę wprowadzać ich do wielkomiejskiego zgiełku. Niech każdy żyje sobie na takim poziomie, na jakim Bóg go umiejscowił podczas narodzin. Aha! I Dew! Idź do fryzjera i zrób coś z tymi włosami… wyglądasz wyjątkowo niereprezentacyjnie. Pamiętaj, że stanowisz wizytówkę Ratusza!”

Westchnął ciężko i wrócił do pisania. Pokój rozświetlony elektryczną lampą wydał się mu teraz zbyt luksusowy jak na jego pozycję społeczną. Był jednocześnie zbyt nisko sytuowany społecznie, aby je posiadać i zbyt wysoko urodzony, aby go nie posiadać. Z tą myślą zapalił lampkę naftową, a pokój wypełnił się nieprzyjemnym zapachem palonej nafty. Ziewnął przeciągle i spojrzał na jeden z wielu zegarów ojca – jedyny w tym gabinecie, wciąż jeszcze przejawiał pewne oznaki życia. Była dwunasta! Tik-tak! Tik-tak! Tik-tak! – powtarzał wciąż swoją odwieczną melodię, usypiając go kroczek po kroczku.

– Nie mogę teraz zasnąć!!! – Wściekły na siebie wstał, wychylił głowę przez drzwi i krzyknął, aż echo potoczyło się po korytarzu:

– Justynooo!!! Kawyyy!!! – Po czym z hukiem zamknął drzwi. Nerwowym krokiem przemierzył gabinet ojca w tę i drugą stronę. Rozejrzał się po wymagających malowania ścianach, po półkach pełnych starych książek i wystających luźnych kartek, które straszyły go teraz niczym zęby potworów przeszłości. Spojrzał na kolekcję zegarów liczącą sobie około stu egzemplarzy. Ojciec gromadził je od dziecka. Wszystko co znajdowało się w tym pokoju, było grubo przykryte kurzem, który okrywał poszczególne przedmioty niczym puszysta kołderka. Wszystko było na swoim miejscu, a mimo to czuł niepokój.

„Ojciec byłby zadowolony” – pomyślał. Od jego śmierci nie ruszył niczego, nawet rzuconej na podłogę sprężyny. Służąca musiała tak sprzątać podłogę, aby nie zmienić pozycji tej właśnie sprężyny, która wypadła ojcu z rąk w momencie jego śmierci. Półki były niczym sacrum –nikomu nie pozwalał ich dotykać. Zawierały notatki ojca, książki oraz jego stare gazety.

Odwrócił się w kierunku kominka, nad którym wisiał duży portret ojca. Tadeusz Drozd był człowiekiem oddanym ojczyźnie. Dumnie sprawował przez wiele kadencji urząd prezydenta miasta. Zawsze marzył o tym, aby któryś z jego synów pełnił ten sam urząd, ba! obowiązek! względem ludzi. Od siedemnastego roku życia Derwan nieustannie starał się zostać tym Kimś. Żaden z jego dwu starszych braci nigdy nie przejawiał żadnych zdolności politycznych czy przewodnich… choć czterdziestoletni Juliusz został pasterzem bożego ludu, a trzydziestosiedmioletni Łukasz: głową rodziny. Derwan, jako trzydziestopięciolatek, był w idealnym wieku, aby w końcu wkroczyć na szerokie salony polityki. Wieloletnia praca w Ratuszu świetnie przygotowała go do tej służby. Był idealnym kandydatem na odziedziczenie „fotela” po ojcu. Zawsze był bardzo dumny z tego, że ma takiego tatę. „Przede wszystkim: obowiązek!” – to była główna dewiza Tadeusza, a teraz odziedziczył ją po nim jego najmłodszy syn.

A jednak… pamiętał święta bez ojca, urodziny, na których go nigdy nie było. Smutne, zapłakane oczy mamy, gdy wyjeżdżał na delegacje. Zawsze dzielnie wspierał mamę, gdy jej dwaj starsi synowie opuścili w końcu dom i zaczęli układać swoje własne życie. Stał się nagle jedynakiem, który stanął w centrum życia Genowefy Drozd.

Puk! Puk! Puk!

– Wejść! – warknął, podskoczywszy nerwowo. Powrócił do rzeczywistości. Zamyślił się tak głęboko, że na chwilę był nieobecny w tym świecie.

Przez drzwi weszła Justyna, niosąc na tacy dymiący kubek kawy. Od dawna nie pijał w filiżankach. Gdyby był w stanie, pijałby kawę w wiadrach, byle tylko nie spać!

– Proszę, proszę pana – szepnęła cichutko, stawiając kubek na biurku. Później jak zwykle popatrzyła przeciągle w zmęczone, ale piękne oczy swojego pracodawcy i na paluszkach opuściła pokój. Nie zdziwiło jej, że w zamian nie dostała nawet zwyczajnego „dziękuję”. Chciała jedynie móc spojrzeć w te szare oczy i utonąć w nich na parę sekund dłużej, niżby służącej wypadało.

– Dziwna ta dziewczyna – burknął pod nosem. Zasiadł znów do swojej pracy. Towarzyszyły mu jak zwykle: ból pleców, świąd oczu i ból głowy, które świadczyły o jego przemęczeniu. – Na czym ja to skończyłem?! „My mieszkańcy ulicy Kowali… Rany!!! – warknął na siebie. – Kamieniarskiej!!! Wszystko do poprawy! – Zmiął kartkę, po czym rzucił ją na stertę w kącie pokoju.

Zanim ponownie zaczął pisać, skierował swoje oczy w kierunku okna. Ktoś tam siedział… na fontannie! I patrzył w jego okno! „Zjawa?! Duch?!” Poczuł, jak po jego skórze przechodzą ciarki. „Nie… duchów nie ma!” Odetchnął. To musiała być ta dziewczyna, która miała zająć się szklarnią matki. Pamiętał, jak sam pomagał mamie… Trwało to do chwili, aż pewnego dnia ojciec powiedział:

– Kwiatki są dla bab! Chodź! Zajmiesz się czymś pożytecznym!

Miał wtedy piętnaście lat. Dobrze pamiętał, co wtedy poczuł – upokorzenie, rozczarowanie i żal.

– „My mieszkańcy ulicy Kamieniarskiej zwracamy się z uprzejmą prośbą o rozpatrzenie naszego postulatu odnośnie drogi…„ – Zrobił kleksa, który ponownie wyprowadził go z równowagi. Zmiął kartkę i rzucił ją do kąta. – Zaraz się przewrócę! – Jego oczy same zamykały się do snu. Sięgnął po kawę, niestety zdążyła już trochę ostygnąć.

Stuk! Stuk! Stuk!

– Wejść! – odpowiedział poirytowany.

– Przyniosłam panu coś do jedzenia… – zaczęła cichutkim głosikiem Justysia.

– Wyjdź mi stąd dziewczyno! Ale już!!! – Zerwał się zza biurka, wygonił ją z pokoju, po czym zamknął drzwi na klucz. – To wszystko to jakiś jeden wielki koszmar!!! – jęknął i powrócił do pisania. „Muszę na rano mieć gotowe to cholerne pismo! Spojrzał ukradkiem na sofę stojącą za jego plecami, z prawej strony pod ścianą. „A gdyby tak zdrzemnąć się choć na chwilę?”

– NIE! – uderzył w biurko pięścią, aż kałamarz podskoczył.

„Przede wszystkim: obowiązek!” – zwyciężyło wszelkie jego opory i zmęczenie, które w jego oczach jawiło się niczym lenistwo ciała nieprzywykłego do ciężkiej, fizycznej roboty. Pół godziny później postawił kropkę przy ostatnim zdaniu i odetchnął z ulgą.

– Boże, gdybyś istniał… pewnie bym ci teraz podziękował!

W tym samym czasie, pewne błękitne oczęta po raz kolejny zalewała fala łez. Jej ukochany pan ją wyrzucił, choć chciała tylko, aby coś zjadł. Była taka miła i cicha, jak zwykle. A on ją wyrzucił!

„Och, dlaczego musiałam pokochać właśnie jego?!”

Nie potrafiła o nim nie myśleć w dzień i w nocy. Wiedziała, że to nie wypada… ale roiła w swojej głowie marzenia, że kiedyś może ją pokocha. Tak bardzo tego pragnęła w swoim delikatnym i pełnym miłości, dziewczęcym serduszku.

– Och! Dew… – westchnęła, trzęsąc się z zimna. Nakryła się kołdrą. W piecyku już wygasło. – Och! Żeby tak móc zasnąć w twoich ramionach.

***

Wstała o siódmej, aby podlać kwiaty, zanim uda się do Ratusza. Musiała tymczasowo zameldować się w domu swoich państwa. Przy okazji miała nadzieję, że uda jej się znaleźć w mieście jakieś niedrogie mieszkanie, aby mogła sprowadzić tutaj swoją mamę. Kobieta była słabego zdrowia i wymagała czasem opieki innych osób.

Wyszła do ogrodu wciąż pogrążonego we śnie. Niedługo miało widnieć. Wydeptana przez środek ogrodu ścieżka poprowadziła ją wprost do szklarni. Zapalając światło, nie mogła się nadziwić cudowi elektryczności. Kilkukrotnie zapalała i gasiła zawieszoną na ścianie żarówkę połączoną specjalnym mechanizmem ze sznureczkiem, za który pociągała, delikatnie trzymając między dwoma palcami swojej delikatnej rączki. Zupełnie nie rozumiała działania tego prostego mechanizmu, więc porzuciła zabawę światłem i przystąpiła do zabiegów pielęgnacyjnych roślin.

– Jak to dobrze móc was oglądać każdego dnia, moje piękne kwiatuszki! – mówiła i podlewała młode sadzonki róż. – Boże, tak bardzo ci dziękuję, że ta pani mnie przyjęła! Och! Nigdy nie marzyłam o tym, że będę mogła pracować w tak pięknym miejscu! Proszę tylko o jedno… – zamknęła oczy i złożyła dłonie w akcie błagalnym – pomóż mi znaleźć wspaniały pokoik dla mamy, żeby mogła się tutaj przeprowadzić. Dziękuję ci z góry, bo wiem, że mnie wysłuchasz.

Z uśmiechem na twarzy skończyła pracę i poszła do domu, aby zjeść śniadanie.

Wszyscy zachowywali się tak, jak wczoraj. Szare ściany kuchnio-jadalni i szaroblade, milczące twarze służby nie zrobiły tym razem na niej wrażenia. Jej uwagę przykuły natomiast czerwone i podpuchnięte oczęta Justysi. Siedziała przy stole i przeżuwała owsiankę, wlepiała oczy w stół i pociągała noskiem. Jej śliczne, błękitne oczęta wciąż szkliły się wilgocią łez.

– Justyno! Zanieś śniadanie mojemu synusiowi do gabinetu! – zabrzmiał szybko rzucony rozkaz wypowiedziany przez Genowefę, gdy dama przechodziła korytarzem obok kuchni.

– Dobrze proszę pani! – Justysia natychmiast wstała i zajęła się przygotowaniem śniadania. Derwan nie lubił czekać. W jej serduszku zatlił się mały ogienek nadziei. „Może pan mnie przeprosi za swoje zachowanie? Może uda mi się spędzić chwilę dłużej w jego towarzystwie?” Tak bardzo tego pragnęła! Chwilę później niemal biegła do niego, niczym na spotkanie z ukochanym.

– Biedna Justysia – rzekła Karolina, gdy zostały same. Właśnie sprzątała po obiedzie. – Taka zakochana.

– Zakochana? – zapytała Jadzia. Powoli zaczęła domyślać się, dlaczego dziewczyna była dzisiejszego ranka taka zapłakana.

– Tak. Zakochała się w panu. Wszyscy to wiedzą, tylko nie on sam. Zresztą, pani nie pozwoliłaby na to, aby związał się ze służącą. Przewidziała dla niego raczej inną kandydatkę… z wyższych szczebli drabiny społecznej! – rzekła z przekąsem, gdy poprawiała niesforne, czarne pasma pod swoim czepkiem. Na jej palcu Jadwiga dostrzegła obrączkę.

– Czy to pani córka?

– Nie. Justysia to przybłęda bez ojca. – Posmutniała jeszcze bardziej. – Ale dla mnie jest niczym córka, której nigdy nie miałam. Sławek – lokaj, to mój mąż… – Uśmiechnęła się smutno. – Nigdy nie mieliśmy i nie będziemy mieli swojego domu, ale co tam! Dom jest tam, gdzie jest ukochana osoba! Prawda?! – zapytała Jadzi. Dziewczynie od razu przypomniała się mama. – Masz rodzinę?

– Tak, mamę.

– A reszta rodziny?

– Mam tylko mamę… Nie mam ojca. Noszę nazwisko matki – wyznała ze wstydem. Nigdy nie poznała swojego ojca. Zresztą i tak nie chciałaby go nigdy zobaczyć. Zacisnęła zęby i wstała, szykując się do wyjścia.

– Przykro mi, ale nie martw się. Dla takich jak ty i Justysia Bóg jest zawsze bardziej opiekuńczy. Wielkie rzeczy przed wami! Zobaczysz! – Pewna swego uśmiechnęła się pocieszająco i podparła boki. Mimo kilku zmarszczek jej buzia była bardzo ładna.

– Nie wiem… – zaczęła, gdy do środka weszła Justysia cała rozanielona, z wypiekami na twarzy.

– A co to?! Czyżby w końcu doszło do czegoś?! – Karolina droczyła się z nią.

– Och, Karolinko! Przeprosił mnie za wczoraj! I był taki miły!

– Ciiiszej! Bo jak cię pani usłyszy, to ci łeb utnie! – Czterdziestolatka pospiesznie zamknęła drzwi do kuchni.

– On jest dobry! Wiem to! Ja go oswoję i będzie lepszy, zobaczycie! – Justyna była pewna tego, co mówi i pełna nadziei na lepsze dni.

Jadzia, która nie chciała mieszać się w nieswoje sprawy, pożegnała się i wyszła. Wzięła ze swojego pokoju akt urodzenia – zabrała go z domu przed wyjazdem do miasta. Zapytawszy Janka, który rąbał drewno, o drogę do Ratusza, wyszła na powoli budzącą się do życia ulicę. Szła szeroką drogą, tam gdzie było więcej miejsca do chodzenia, a ludzie idący bliżej budynków dziwnie się jej przyglądali. Zupełnie nie wiedziała, dlaczego tak tłoczą się pod ścianami, zamiast skorzystać z wolnej przestrzeni. I szła by tak dalej, gdyby nagle na jej drodze nie pojawił się rozpędzony powóz. Nie miał chyba zamiaru jej ominąć!

– Zejdź na chodnik! Wariatko!!! – warknął obdartus, który właśnie przechodził obok niej chwiejnym krokiem.

Pospiesznie zeszła na bok. Po chwili zdziwiła się, że to podwyższenie, po którym wszyscy chodzą, jest znacznie wygodniejsze do przemieszczania się niż wybrukowana droga.

„Ale wstyd! – pomyślała. – Nie wiedziałam, że to miejsce do chodzenia. Droga dla ludzi! Ale jestem głupia.” Zaczerwieniła się ze wstydu. Uważając na przechodniów, podążała dalej objaśnioną przez Janka trasą. Drugą stroną ulicy przejechał powóz, w którym siedziała, zdaje się, znajoma jej osoba… Ale tutaj było tylu podobnych ludzi. Z każdą chwilą było ich coraz więcej, a powozy niemal mnożyły się na jej oczach. „Wczoraj było tutaj o wiele spokojniej! I dało się iść po drodze.” Podziwiając wystawy sklepowe i piękne stroje dam, eleganckie garnitury gentelmanów i wystawne bryczki, w pewnej chwili zdała sobie sprawę z tego, że idzie z otwartymi ustami. Pospiesznie je zamknęła i otarła usta. Wszystko tutaj było takie duże, szybkie i wystawne.

Dotarła do skrzyżowania, które miała minąć. W tym miejscu miała być widoczna wieża ratuszowa. Z ulgą stwierdziła, że faktycznie tam jest! „Ale to jeszcze kawał drogi!” – pomyślała i westchnęła ciężko, aby w następnej chwili uśmiechnąć się i ruszyć ku celowi.

Jej usta znów rozchyliły się w zdumieniu, gdy w końcu stanęła przed ogromnym, jej zdaniem, budynkiem. „To więc jest Ratusz!” Mnogość okien i wysokość wieży przyprawiły ją o zawrót głowy. „Jak mam znaleźć to pomieszczenie, w którym mam załatwić sprawy?!” Nogi zmiękły jej ze strachu. Weszła po schodach na coś w rodzaju ogromnego ganku i zatrzymała się przed wejściem składającym się z trzech osobnych drzwi. „Którędy powinnam przejść, aby trafić do tego biura?!”

– Boże pomóż – wyszeptała zdezorientowana. Wybrała środkowe drzwi i przekroczyła próg tego zacnego budynku. Wydawał jej się zbyt luksusowy jak dla załatwiania sprawunków prostej, wiejskiej dziewczyny takiej jak ona. Odkryła, że za drzwiami znajdowały się następne schody, a u ich szczytu następne drzwi. Podążając śladem jednego z gentelmanów, przekroczyła je i znalazła się w obszernej sali, gdzie roiło się od ludzi. Przełknęła ślinę i poczuła paraliżujący strach! „Nie dam rady tego załatwić!” Cofnęła się o krok i wtedy wpadła na jakiegoś jegomościa, który uchronił ją przed upadkiem, przytrzymując za ramiona.

– Ostrożnie! – rzekł nieprzyjemnie. Odwróciła się i zobaczyła kim był ów człowiek. Jej oczy zatrzymały się na wysokości eleganckiego krawata, a następnie uniosły się ku zarośniętej twarzy i szarym oczom mężczyzny. Długie do ramion, strąkowate, ciemnoblond włosy czyniły jego postać niechlujną.

– Przepraszam pana… ja… Nie… nie potrafię znaleźć biura… to znaczy…

Spojrzała na niego tak błagalnie, że serce mu zmiękło. Puścił jej drżące ramiona, cofnął się o krok i zapytał grzeczniej:

– W czym mogę pani pomóc? Pracuję tutaj – wyjaśnił krótko Derwan.

– Muszę uzyskać tymczasowe zameldowanie.

– Odpis z Aktu urodzenia jest? – zapytał rzeczowo, spoglądając chłodno w brązowe oczęta dziewczątka. Zrobiło się mu jej żal. „Kto wygonił takie biedne, bezbronne dziecko do miasta?!”

– Tak, proszę pana. – Podała mu karteluszek, który zmiął się w jej dłoni, gdy ze strachu zacisnęła pięści.

– Dobrze, proszę za mną.

Ruszył w kierunku kolejnych schodów, które przeraziły Jadzię swoją ilością. Obejrzał się na nią i zapytał:

– Idzie panienka?

Skinęła główką i ruszyła śladem tego dziwnego urzędnika państwowego. Weszli na długi, obszerny korytarz, gdzie kazał jej zaczekać. Usiadła na drewnianej ławeczce, z dłońmi kurczowo ściskającymi poły zsuniętej na ramiona chusty. Derwan zniknął gdzieś na końcu długiego rzędu drzwi, pozostawiwszy ją samą.

Gdy w końcu wyszedł z pokoju numer 22, dziewczyna siedziała nadal na ławeczce, na której ją pozostawił. Wyglądała na zagubioną. Zsunęła z głowy szarą chustę, w której tutaj przyszła. „Czyż nie ma żadnego płaszcza na zimę?” Jej buty były takie zniszczone. Poczuł się w obowiązku, aby zapytać ją o kilka spraw. Gdy jednak zbliżył się do niej, skupił uwagę na paśmie siwych włosów nad prawą skronią dziewczyny. Dostrzegł wyraźny kontrast między tym jasnym pasmem a czernią jej cienkich włosów.

– Proszę przyjść jutro z tym kwitkiem – rzekł i podał jej papierek.

Jadzia nie lubiła, gdy ludzie wciąż patrzyli na jej włosy w ten sam, nieprzyjemny dla niej sposób. Wstała i podziękowała, po czym wyszła pospiesznie z korytarza. Chciała prędko znaleźć się poza tym dziwnym budynkiem, z daleka od tego dziwnego mężczyzny!

Dopiero gdy wyszła na ulicę, zdała sobie sprawę z tego, że zapomniała zapytać, czy w mieście nie ma przypadkiem jakiegoś lokum, gdzie mogłaby zamieszkać starsza kobieta.

„Mamusiu, wybacz, ale dziś już nie dam rady” – przeprosiła ją w duchu i ruszyła w drogę powrotną, trzęsąc się z nadmiaru wrażeń.

Z ulgą zamknęła za sobą drzwi i usiadła na łóżku, które zazgrzytało nieprzyjaźnie. „Życie w mieście jest straszne!” Chwilę później podskoczyła jak oparzona, gdy ktoś zapukał do drzwi.

– P-proszę!

– Pani cię woła – powiedział zziębnięty mrozem Janek i zniknął chwilę później.

– Idę! – Odetchnęła z ulgą. Ucieszyła się, że to nie ten dziwny urzędnik o długich włosach i długiej brodzie, który tak wrogo na nią spojrzał, tam w Ratuszu. „Nie chciałabym go spotkać nigdy więcej! Choć jutro pewnie znów ujrzę jego szare, groźne spojrzenie.”

Janek powiedział jej, żeby poszła do salonu, gdzie czekała na nią pani Genowefa Drozd. Weszła do domu przez drzwi kuchnio-jadalni, następnie podążając długim korytarzem, dotarła do dużego salonu, gdzie na tapicerowanej sofie siedziała tęga dama ubrana w błękitną suknię. Siwe loczki okalające jej sześćdziesięcioletnią twarz, były niemal niezauważalne, sąsiadując z pulchną, pomarszczoną twarzą o marsowym grymasie. Jej obwisłe podgardle niemal całkiem zasłaniało jej szyję.

– Jesteś w końcu! – burknęła.

– Dzień dobry, proszę pani! – Dygnęła zgrabnie.

– Zbliż się! Nie widzę cię z daleka!

– Już! – W mig stanęła przed damą, gotowa do wykonywania jej poleceń.

Genowefa przyjrzała się jej dokładnie z góry na dół i pomyślała, że wygląda okropnie w tej potarganej szmacie przypominającej sukienkę i w sfatygowanych trzewikach zawiązanych strzępami szmatek.

– A co ty tutaj masz? – Wskazała palcem pasmo siwych włosów nad jej prawą skronią.

– Mam to od dziecka, proszę pani – odpowiedziała przez zaciśnięte gardło.

– Aha – bąknęła i przyjrzała się jej wychudzonej posturze. Nie widziała w niej ani śladu kobiecych kształtów. Miała ładną twarz, ale policzki zapadały się jej do środka. Musiała być bardzo niedożywiona. – Dasz radę pracować z egzotycznymi gatunkami?

– Nie rozumiem. – Skuliła się i spojrzała w podłogę.

– Chodzi mi o storczyki, draceny i inne egzotyczne rośliny.

– Bardzo chętnie! – Uśmiechnęła się i zerknęła dyskretnie na twarz kobiety. Jej szare oczy przypomniały jej znów oczy tego urzędnika. Nawet spoglądały na nią w ten sam sposób – surowy, nieprzejednany, z cieniem kamuflowanej wrażliwości.

– Świetnie! Byłoby to bardzo dobre rozwiązanie! W zimie nie ma zbyt wiele pracy w ogrodzie, a szklarnia to zbyt mało, żeby wypłacać ci całą należność. Rozumiesz?

– Tak, oczywiście proszę pani! – Dygnęła. – Jeśli można… chętnie podejmę się też innych prac w domu.

– Karolina i Justyna świetnie sobie radzą, ale być może skorzystam z twoich usług w razie czego.

– Dziękuję! – Uśmiechnęła się delikatnie.

– A teraz chodź! – Wspierając się na lasce, poprowadziła ją na poddasze willi, gdzie znajdowała się przeszklona oranżeria. Rośliny, które Jadzia zobaczyła w tej krainie cudowności, przyprawiły ją o najwyższy zachwyt. Jeszcze nigdy nie widziała takich cudnych kwiatów! Pytań i podziwu nie było końca! Dopiero, gdy Justysia dała znać, że czas już na obiad, obydwie udały się do swoich jadalni.

– Co ona ci tam pokazała?! – zapytała z ciekawości Justysia, gdy Jadzia pałaszowała ze smakiem obiad. Jej oczy błyszczały dziwnym blaskiem, a policzki czerwieniały z podniecenia.

– Kwiaty egzotyczne! – szepnęła z zachwytem.

– Jakie?

– Storczyki, draceny, kaktusy, hibiskus… reszty nazw muszę się dopiero nauczyć!

– Cicho! Moje drogie, Derwan wrócił do domu. – Uciszył je lokaj Sławek, który wszedł do kuchni.

– Kto? – zaciekawiła się Jadzia.

– Pan. – Oczy Justysi zalśniły z zachwytu.

– Dziwne imię. – Pokręciła głową z niedowierzaniem. Że też istnieją takie dziwne imiona.

– Piękne – westchnęła blondyneczka. Czym prędzej pozostawiła swój niedojedzony posiłek i zajęła się nakładaniem porcji na nowy talerz.

– Wiecie, dziś byłam w Ratuszu… – zaczęła cichutko dziewczyna.

– Opowiesz nam po jedzeniu, dobrze? Muszę mu to dać! – Justysia nie chciała stracić ani słowa z opowiadań koleżanki, ale też nie mogła pozostawić swego pana bez posiłku. Była gotowa nie zjeść własnego, byle tylko zobaczyć Ukochanego.

Gdy wszyscy skończyli jeść, a Justyna już wzdychała przy stole z zachwytu nad szarymi oczyma swojego pana, Jadwiga podjęła w końcu opowiadanie.

– Byłam dziś rano w Ratuszu! Wiecie jakie to ogromne?! Bałam się jak nie wiem! Ale wpadłam na takiego pana, który mi pomógł. Dziwny trochę był…

Derwan, który właśnie przechodził obok jadalni, poznał głos dziewczyny. Zatrzymał się nieopodal drzwi i wytężył słuch.

– To znaczy? – Karolina musiała poznać każdy szczegół opowiadania. Rzadko wychodziła z domu, więc interesowały ją wszelkie rewelacyjne wiadomości pochodzące z zewnątrz.

– Miał długie włosy, brodę… o taką długą! – pokazała gestem – i takie szare oczy, że jak na mnie spojrzał, to się go trochę przeraziłam, ale… Nie wyglądał jak urzędnik Ratusza.

– Jakiego koloru miał włosy? – zapytała Justysia, która w każdym mężczyźnie dopatrywała się podobieństwa do swojego pana.

– Jasnej barwy, ale takie… blond.

Derwan zatrzymał się tuż za jej plecami. Służba zamarła, a Jadzia powiedziała jeszcze:

– Nieprzyjemny typ, nie chciałabym go nigdy więcej spotkać, mimo że był dla mnie bardzo miły. Może to przez te włosy… Coś się stało? – zapytała Jadzia. Nie rozumiała, dlaczego wszyscy nagle rozeszli się do swoich obowiązków. Przełknęła ślinę, po czym odwróciła się. Zatrzymała swoje oczy na znajomym krawacie. Gdy dostrzegła szare ślepia skierowane wprost na nią, cofnęła się gwałtownie i wpadła na krzesło za swoimi plecami. Jej usta rozchyliły się, jakby chciała krzyknąć, ale zakryła je dłońmi.

– Mimo tego, że jestem nieprzyjemnym typem… – zagryzł zęby – pomyślałem sobie, że będzie panienka chciała skorzystać z mojej pomocy, aby pozyskać bezpłatny pakiet ubrań dla ubogich. – Powiedział i wręczył jej kartkę. – A oto tymczasowe zameldowanie. – Dopiero, gdy przyjrzał się dokładniej dokumentom i adresowi, które dziewczyna dostarczyła dzisiejszego ranka, skojarzył fakty i domyślił się, że musi być tą nową ogrodniczką.

– Bardzo panu dziękuję – rzekła, w końcu odzyskując mowę.

– Ubrania możesz odebrać w Ratuszu… pokój 30. – Poinstruował ją sucho, po czym wyszedł. Był nieprzyjemnie rozczarowany tą „dziewuchą ze wsi”. „Nieprzyjemny typ! Włosy! Czemu wszyscy przyczepili się do mojego wyglądu?!” Zacisnął pięści i wściekły udał się do gabinetu ojca.

Jadzia przyjrzała się dokumentom, które zostawił jej Derwan.

– Jadzia, co jest? – zapytała powracająca do kuchni Karolina. Zmartwiła ją blada buzia dziewczyny. – Coś ci nagadał?!

– Nie, był bardzo dobry… Jak mogę go przeprosić? Powiedz? – zapytała zrozpaczona. Jeszcze nigdy nie okazała się równie niewdzięczna.

– Nie wiem… – Wzruszyła ramionami. – Z reguły, gdy ktoś stanie mu na odcisk, pozostaje jego wrogiem do końca życia.

– To mnie nie pocieszyło – wyszeptała zatrwożona.

Wpadła na pomysł, że może go przeprosić, wręczając mu kwiaty. „Każdy lubi kwiaty! One łagodzą wszelkie spory i krzywdy.” Następnego dnia wymknęła się bardzo wczesnym rankiem do szklarni, aby uciąć jedną różę. Miała nadzieję, że pani Genowefa nic nie zauważy. Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie zapytała o pozwolenie swojej pani, więc porzuciła wcześniejszy zamiar i zapytała ją o to, gdy koło południa znalazły się same przy młodych roślinkach.

– Mam ogromną prośbę. Te róże są tak piękne… Czy mogłabym jedną od pani kupić?

Oczy Genowefy zmieniły się w cienkie szparki.

– Nie masz jeszcze grosza przy duszy, a już chcesz kupować kwiatki?

– To bardzo ważne dla mnie. Obraziłam bardzo dobrą osobę i jedyne co przychodzi mi do głowy w ramach przeprosin, to właśnie kwiat.

– Hmm… a kim jest ta osoba? – Zaciekawiona powstrzymała się jeszcze chwilę od wybuchu złości.

– Obraziłam pana tego domu – wyznała, spuściwszy wzrok.

Oburzona śmiałością biedaczki dama, zastanowiła się przez chwilę i postanowiła utrzeć jej nosa. Po namyśle więc rzekła:

– Dobrze. Możesz wziąć jedną. – Zadowolona ze swojego podstępu urwała jej białą różę o pełnym kwiecie. Wiedziała już, co się stanie, gdy jej syn otrzyma taki prezent. „To nauczy tę małą tego, że wszystkie kwiaty w tym domu należą tylko do Genowefy Drozd!” Po co miała po niej krzyczeć, skoro mógł to zrobić za nią jej syn? Uśmiechnęła się podstępnie i podała jej kwiat.

– Tak bardzo pani dziękuję! – Obdarowała ją szczerym uśmiechem i usłużnym dygnięciem. – Mam nadzieję, że pan mi wybaczy.

– A co takiego mu powiedziałaś? – Zaśmiała się pod nosem na widok naiwności wiejskiej dziewuszki.

– Och! Wstydzę się tego powtarzać.

– Dziś wraca wcześniej. W piątki wcześniej zamykają Ratusz. Możesz już iść! – Machnęła na nią ręką. Przez chwilkę poczuła wyrzuty sumienia, które od razu odgoniła precz.

– Dziękuję, jest pani dla mnie bardzo dobra! Będę zawsze dbała o pani kwiaty tak, jakby były moje! – Ukłoniła się nisko, po czym wyleciała niczym skowronek na zimne powietrze.

– Niedoczekanie twoje! – parsknęła. – Moje kwiaty są tylko moje, tak samo jak mój syn!

Aby uniknąć wszelkich tłumaczeń, podczas rozmowy z Justysią trzymała kwiat tak, aby dziewczyna go nie zobaczyła.

– Gdzie mieści się gabinet pana Drozda?

– To w tamtym korytarzu, takie ziole drzwi.

– Dziękuję – odeszła, zanim Justyna zdążyła zapytać ją, dlaczego chce rozmawiać z panem. Zastukała w drzwi gabinetu z nadzieją, że uda jej się udobruchać pracodawcę.

– Wejść!

Weszła do środka dziwnego pomieszczenia. Prędko omiotła spojrzeniem sterty zegarów, papierzysk i kurzu, a następnie w tym całym bałaganie odnalazła swojego pana. Siedział przy biurko pod oknem, odwrócony do niej plecami.

– Dzień dobry, proszę pana – rzekła cicho, a on gwałtownie odwrócił się w jej stronę, po czym zmierzył z niesmakiem. Nadal była ubrana w te łachy, w których widział ją w Ratuszu, co go poirytowało.

– Przepraszam, chciałam tylko…

– Podejdź tu – rozkazał.

Stanęła przed nim i zawahała się.

– Dlaczego nie poszłaś po nowe ubrania?

– Pani domu od rana zapędziła mnie do pracy. Dopiero w poniedziałek będę mogła po nie zajść.

– Dobrze, tylko nie pokazuj się w tym ubraniu w domu przez sobotę i niedzielę. Moi bracia gotów pomyśleć, że zbyt surowo traktujemy swoją służbę – przykazał jej, a później odwrócił się w kierunku biurka. – Możesz iść.

– Ale…

– Właśnie, po co przyszłaś? – Spojrzał na nią z ukosa, znad linii swoich okularów.

– Chciałam pana bardzo, bardzo przeprosić. Za moje zachowanie i słowa. Jest mi bardzo przykro, że tak brzydko się zachowałam w stosunku do osoby, która mi pomogła – mówiła dźwięcznym głosem, który dziwnie łaskotał go po sercu. – Czy będzie mi to wybaczone?

– Jeśli to wszystko, to możesz odejść – rzucił sucho.

– Chciałam jeszcze to panu dać… – Wystawiła w jego kierunku białą różę.

Derwan przestał oddychać. Takie same róże spowijały ciało jego ojca, gdy zakopywano jego zwłoki! Nienawidził kwiatów, a już najbardziej na świecie białych róż!

– Pomyślałam sobie, że taki mały podarunek sprawi, że przestanie się pan na mnie gniewać. – Jej głos wyrwał go z śmiertelnego przerażenia, jakim zawsze napawał go widok białych róż. – Czy coś nie tak?

Wyszarpnął z jej dłoni różę, otworzył okno i wyrzucił ją na śnieg, a później zmierzył ją nienawistnym spojrzeniem.

– Nigdy więcej nie chcę widzieć tutaj tych chwastów i ciebie w tym gabinecie!!! Zrozumiałaś?! – Zacisnął dłonie i zaczął ciężko oddychać. Przestraszoną Jadzię wmurowało w podłogę. – Wynocha!!!

Ta komenda wyrwała ją z odrętwienia. Czym prędzej wyszła, nawet nie zamknęła za sobą drzwi. Uciekła do swojego ciemnego pokoiku, gdzie spodziewała się znaleźć schronienie przed złością, która natarła na nią z siłą nienawiści.

– Boże, co się mu stało? – wyszeptała bladymi ustami. Usiadła na łóżku i w następnej chwili rozpłakała się. Gdy ktoś zapukał do jej drzwi, podskoczyła ze strachu.

– Kto… tam? – zapytała cichutko. Miała nadzieję, że to nie Drozd, który zapomniał dodać jeszcze kilka słów więcej. Ku jej uldze do środka weszła zaniepokojona Karolina.

– Co ty zrobiłaś panu Derwanowi?

– Ja jemu? Wydarł się na mnie jak szaleniec! – rzekła w swojej obronie.

– Jak wyszłaś, to zamknął się w swoim pokoju i zaczął płakać.

– Ale jak to… ja nie wiem, co się stało… Dałam mu różę…

– Co mu dałaś?! – Karolina wytrzeszczyła na nią oczy.

– Różę.

– Białą?

– Tak.

– Och! dziewczyno… – załamała ręce – No tak, nie wiedziałaś. On kojarzy sobie białe róże ze śmiercią ojca. W ogóle nienawidzi kwiatów!

– Och! Nie wiedziałam… – Strach ustąpił miejsca współczuciu. – Jego matka mi ją dała. Myślałam, że kto jak to, ale matka powinna wiedzieć.

– Pani Genowefa ma dwie twarze, Jadziu.

– Poprosiłam ją tylko o to, żeby sprzedała mi różę, bo chciałam przeprosić pana Derwana, a ona dała mi tę…

– Ona nigdy nie daje nikomu swoich kwiatów. Musiałaś ją zdenerwować tym pytaniem i dała ci tę różę w zemście, bo wiedziała, jak zachowa się pan. – Karolina złapała się za głowę. – Mam tylko nadzieję, że cię nie wyrzucą.

Była tak wstrząśnięta tym, co zaszło, że nie poszła na kolację. Czekała na nieuchronny koniec w zimnej komórce pod składzikiem na narzędzia, gdzie było jej malutkie lokum. Dopiero gdy w domu zaległa ciemność, postanowiła opuścić kryjówkę, aby poszukać niechcianego prezentu wyrzuconego za okno. Skóra jej cierpła, gdy przypominała sobie wściekłość pana, a żal ściskał ją za serce na wspomnienie o jego łzach i tragedii, która go spotkała. Zarzuciła na siebie chustę i powoli opuściła pokój. Zawróciła w połowie schodów prowadzących na zewnątrz, bo wpadła na pomysł, że może napisać list z przeprosinami do pana Drozda. Napisała tylko kilka słów:

„Bardzo Pana przepraszam za mój nietakt. Myślałam, że róże wszystkim kojarzą się dobrze. Nie chciałam pana zranić czy zdenerwować. Proszę wybaczyć biednej, głupiej wieśniaczce. Nie chciałam źle.

Jadwiga.

PS: proszę jej nie wyrzucać, bo jest podarowana od serca.”

Zakradła się pod okno, gdzie przy świetle lampy naftowej siedział Derwan, pochylony nad pisaniem. Podeszła do okna na miękkich nogach i położyła list oraz różę na parapecie jego okna. Zastukała w szybę i uciekła.

Zaklął siarczyście. Zrobił kleksa na dokumencie, który właśnie wypełniał.

– Szlag! Duch czy licho jakie?! – Wściekły wyjrzał za okno. Na parapecie zobaczył białą różę i list. Uchylił okno, aby odebrać przesyłkę od tajemniczego korespondenta. Wziął karteluszek w swoje dłonie i od razu przeczytał wiadomość. Zamknął okno i spojrzał na biały kwiat leżący bezpańsko na jego biurku. Pamiętał, jak razem z mamą hodowali tę odmianę. Osobiście sadził, podlewał i nawoził tę roślinę, lecz to było jakby w innym życiu. Wetknął kwiat do szklanki wypełnionej wodą, która stała od wczoraj na jego biurku całkiem nietknięta.

– „Od serca…” – powtórzył słowa listu. – Kto w dzisiejszych czasach tak pisze do obcego mężczyzny?

Dawno nie dostał kwiatów od serca. Nigdy nie miał dziewczyny, ani narzeczonej.

– „Biedna, głupia wieśniaczka…” – Nie chciał, żeby tak o sobie myślała. Każdy zasługiwał na szacunek, a on zachował się podle względem niej. Musiał ją przeprosić. Postanowił zostawić tę różę z litości nad tą chodzącą „biedą”. Miała już dwadzieścia pięć lat, a wyglądała na kilkanaście. „Niedożywione dziecko wsi. Przydałoby się ją zabrać do lekarza.” Biedula miała w akcie urodzenia wpisaną tylko matkę. „Jakiś podlec zostawił kobietę z dzieckiem. Musiał być skończonym chamem!” Odsunął różę na skraj biurka i wrócił do pisania.

Wpis 2. Pamiętnika Jadwigi Malinowskiej

Mamo, tak bardzo mi Ciebie brakuje! Gdybym tylko mogła wiedzieć, co się z Tobą dzieje? Dziś był taki straszny dzień. Jest mi wstyd i smutno, bo niechcący źle potraktowałam osobę, która była dla mnie bardzo dobra. Nie wiem, czy uda mi się to wszystko jakoś naprawić. Jutro napiszę do Ciebie list i wyślę niezwłocznie, abyś dowiedziała się co u mnie.

Drogi Boże. Róża to najdoskonalszy kwiat jaki stworzyłeś. Z jednej strony delikatna, z drugiej zaś kolczasta. To jakby w jednym kwiecie zawarła się zmienna natura człowieka. Dobro i delikatność płatków kontrastują z ostrością kolców niczym przeciwstawne cechy charakteru istoty ludzkiej. Czasem jesteśmy dobrzy jak te kolorowe płatki, a czasem ranimy innych do głębi, tak jak te ostre wypustki. A jednak róża jest kwiatem miłości! I tak jak miłość ludzka: rani i pociesza, sprawia ból i osładza powietrze słodką wonią płatków, kłuje ostrym słowem i daje rozkosz pocałunków.

Czasem czuję się jak taka róża. Z jednej strony delikatna, z drugiej zaś niepozbawiona wad.

Dla pana Derwana róża jest symbolem śmierci. Nie potrafię już dłużej pisać. Ręka drży mi na samą myśl, że ten człowiek zwolni mnie jutro i wyrzuci na bruk. Boże, pomóż mi proszę. Tak jak to zawsze robiłeś.

3. Ogród Wiktora

Justysia stała w pokoju swojego pana i nie mogła uwierzyć własnym oczom. Na jego biurku, w szklance wypełnionej do połowy wodą, zwyczajnie, bez żadnych protestów i krzyków, stała sobie zwyczajna, biała róża pozbawiona kolców. Zakryła usta dłonią. Nie mogła zrozumieć, skąd wziął się tutaj ten kwiat, który jej ukochanemu kojarzył się ze śmiercią ojca. Musiało stać się coś naprawdę niezwykłego! Dziwnym było także to, iż Derwan zniknął wczesnym rankiem, bez proszenia jej o kawę czy śniadanie! „Coś musiało się stać!” Pozostawiła wszystko na swoim miejscu i poszła do kuchni, aby tam rozpatrywać potencjalne okoliczności zaistnienia tej dziwnej sytuacji.

– Dzień dobry Justysiu! – powiedziała cicho Jadzia, gdy weszła do kuchni.

– Dzień dobry Jadziu – niemal wyszeptała w odpowiedzi i dopiero po chwili zwróciła uwagę na pakunek, który dziewczyna trzymała pod pachą. – Wybierasz się dokądś?

– Idę poszukać pracy.

– Jak to? Wyrzucili cię?!

– Nie, ale pewnie dziś to nastąpi, więc chcę poszukać sobie zawczasu jakiegoś zajęcia.

– Usiądź, porozmawiajmy. – Justyna zajęła miejsce przy stole kuchennym, nie odrywając oczu od twarzy koleżanki.

– Lepiej nie, bo jeszcze mi się za to dostanie!

– Co takiego uczyniłaś?

– Zrobiłam rzecz podwójnie niewybaczalną, Justysiu – westchnęła ciężko.

– To znaczy?

– Podarowałam panu Derwanowi białą różę.

Zdumiona Justysia wstała i otworzyła szeroko usta. To ona była sprawczynią tych dziwnych okoliczności. To od niej Derwan otrzymał różę. To była biała róża – symbol śmierci, a on… jej nie wyrzucił! Zapałała uczuciem, którego wcześniej nie znała. Zazdrość w stosunku do starszej koleżanki przesłoniła jej świat. Musiała być dla niego kimś ważnym, skoro nie wyrzucił jej podarunku! I to po dwóch dniach jej pobytu tutaj! Postanowiła nie mówić jej, że podarunek – który Jadwiga uważała za rzecz niewybaczalną – został przyjęty. „Niech sobie pójdzie i już nie wraca!”

– Derwan kojarzy sobie białe róże ze śmiercią ojca. Wszyscy to wiedzą! – zaczęła z wyrzutem Justyna. – Pan Drozd zmarł trzy lata temu, ale pan do dziś nie może pogodzić się z jego śmiercią. I wiesz co? – Jadwiga pokręciła głową. – Teraz i ty przypominałabyś mu o jego śmierci… Dobrze robisz, odchodząc.

Jadwiga poczuła się winna i niechciana niczym intruz. Krótko pożegnała się z Justysią. Postanowiła nie czekać na resztę służby, krzyki pani Genowefy oraz pojawienie się jej syna, tylko wyszła na ulicę. Czuła się jak bezpański pies, który nie ma się gdzie podziać. „Dokąd mogą udać się porzucone stworzenia? Może w jakimś schronisku znalazłoby się dla mnie miejsce?” Zaczepiła przechodnia i zapytała, czy w mieście jest jakieś schronisko dla bezdomnych osób. Miły staruszek szczegółowo opisał jej drogę do przytułku, więc ruszyła we wskazanym kierunku.

Tego dnia pogoda jej nie rozpieszczała. Było tak zimno, że wełniana chusta, która zazwyczaj dawała jej ochronę przed chłodem, teraz wydała jej się zbyt cienka. Usta zachmurzonego nieba zdawały się złośliwie drwić sobie z jej smutku, dmuchając prosto w jej oczy. A fale gęsto padającego śniegu skutecznie przesłaniały jej pole widzenia swoimi powiewającymi na wietrze kurtynami. Na ulicach nie było wielu przechodniów, a nawet powozy nie były tak liczne jak wczoraj. Gdzieś wysoko, na tle kłębiącej się szarości chmur na parę sekund pojawiło się Słońce. „Wiem Boże, że chcesz dodać mi otuchy, ale dziś twoje piękne Słoneczko nie jest w stanie pocieszyć mojej smutnej duszy.”

– Oczywiście, że możesz się u nas schronić! – powiedziała niewiele starsza od niej, miła siostra zakonna. Ubrana w skromy, czarny strój służebnicy Pana, kierowała ku niej słowa pełne miłości i ciepła, które dodawały jej otuchy. – Musisz tylko rozmówić się z poprzednimi pracodawcami. Tutaj na pewno dostaniesz pracę, ale aby zacząć wszystko od nowa, musiałabyś być pewna tego, że zostałaś zwolniona. Nikt ostatecznie nie powiedział ci, że już tam nie pracujesz. Trochę nadziei dziewczyno! – Uśmiechnęła się do niej i położyła dłoń na jej kościstym ramieniu.

– Dobrze siostro.

Z pochyloną nisko głową oraz ciężarem w sercu z trudem trzymała się na osłabionych nogach. Przemarzła na ulicy w tych podłych okolicznościach przyrody, które zagoniły ją tutaj w ostatniej chwili, zanim poddała się obezwładniającej senności. Tylko przez przypadek dotarła na miejsce. Strażnik miejski zainteresował się tym, że uboga dziewczyna plącze się po mieście w taką pogodę. Od razu zaprowadził ją do przytułku sióstr Magdalenek, prowadząc osłabioną żebraczkę pod rękę, aby nie upadła.

– A teraz chodź! Ogrzejesz się, zjesz coś i dostaniesz ciepłe okrycie.

Nie musiała jej tego dwa razy powtarzać. Zmarznięta przybłęda podążyła za nią. W duchu dziękowała Bogu za to, że są tacy ludzie i takie miejsca. Gdy przypomniała sobie słowa Karoliny – o tym, że dziewczyny takie jak ona i Justyna są pod szczególną opieką Boga, pomyślała, że to prawda. Tak, Bóg opiekował się sierotami, biednymi i chorymi, zsyłając na ziemię dusze takie, jak tej miłosiernej siostry zakonnej. Nie przepadała za kościołem i księżami, ale zakonnice zawsze kojarzyły jej się dobrze.