Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Patryk Han po wielu latach przybywa do Korei, w rodzinne strony ojca, gdzie czeka na niego spadek w postaci ziemi wraz z domem i dawnym pensjonatem, które chłopak odziedziczył po koreańskich dziadkach. Przyjął spuściznę pod wpływem chwili, nie wiedząc tak naprawdę, co zastanie na miejscu. Okazuje się, że jego babcia przed śmiercią przerobiła stary pensjonat na wiejską klinikę, którą obecnie zarządza Son Su-ah, pierwsza miłość Patryka z czasów, gdy mieli po trzynaście lat. Powracają wspomnienia, na nowo odżywają dawno zakopane uczucia, a jednocześnie na wierzch wypływa cała seria tajemnic rodziny Han. Wychodzi na jaw, że ktoś celowo doprowadził do rozdzielenia pary zakochanych nastolatków oraz ukrywał przed Su-ah listy, które Patryk wysyłał do niej z Polski. Trzydziestolatkowie postanawiają rozwikłać zagadkę i odkryć, kto oraz dlaczego rozdzielił ich na blisko dwadzieścia lat. Nie zdają sobie jednak sprawy, z jak mroczną i zawiłą tajemnicą przyjdzie im się zmierzyć.
Czy pierwsza miłość na nowo rozkwitnie?
Jakie sekrety skrywa rodzina Patryka?
Czemu chciano go rozdzielić z Su-ah?
Odpowiedzi poznacie, sięgając po "Nasze błękitne lato", książkę napisaną w stylu romantycznej k-dramy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 481
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Autor: Artur Tojza
https://www.facebook.com/Artur-Tojza-ksi%C4%85%C5%BCki-105397551545704
Redakcja i korekta: Marta Tojza – W sieci słów
https://martatojza.pl
Projekt okładki: Wioletta Rybak – Viola Rysuje
https://www.instagram.com/violarysuje
Skład: Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl
https://zyszczak.pl
Copyright © Artur Tojza
Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.
Wydanie I
ISBN 978-83-67864-09-1
Uwielbiam koreańskie seriale romantyczne oraz obyczajowe, ale jak dotąd nie było mi dane pojechać do tego kraju. A przynajmniej nie w czasie, gdy pracowałem nad tą książką. Przedstawiona tutaj historia, postacie i wydarzenia są w pełni fikcyjne, zaś wioski Dapo-ri i Dadae-ri istnieją naprawdę, choć na potrzeby fabuły zmieniłem w nich wiele elementów. Przemyciłem też trochę faktów historycznych dotyczących burzliwej i krwawej przeszłości Korei, jednak o tym więcej opowiem już w posłowiu, gdzie wskażę, dlaczego postanowiłem zawrzeć w tej historii tak dramatyczne wydarzenia.
Podczas pisania Naszego błękitnego lata od początku przyświecał mi jeden cel – stworzyć scenariusz pod własny serial obyczajowo-romantyczny w stylu k-dramy. Inspirowałem się głównie trzema ulubionymi seriami, do których lubię powracać: One Spring Night, Pewnego razu w małym miasteczku oraz Witamy w Samdal-ri. Podczas prac nad powieścią towarzyszyła mi ścieżka dźwiękowa z pierwszych dwóch wspomnianych produkcji, ale też składanka z filmu Gniew oceanu, ponieważ morze odgrywa istotną rolę w tej historii.
Potraktujcie zatem Nasze błękitne lato jako lekką k-dramę z pewną dozą humoru sytuacyjnego, szczyptą infantylności oraz nieco przerysowanymi sytuacjami. Spodziewajcie się burzliwego finału wypełnionego zwrotami akcji i rozwiązania łamigłówki rodzinnej pełnej białych plam, które nasza para protagonistów próbuje na nowo wypełnić kolorami.
Zapraszam Was do opowieści o dwójce samotnych osób, które odnalazły się po latach. Jeśli dotrwacie do końca, to nie zapomnijcie zostawić po sobie śladu w formie oceny lub krótkiego komentarza w social mediach.
Pozdrawiam i życzę Wam udanej przygody, gdziekolwiek teraz jesteście.
Artur Tojza
– Pieprzone słońce – burknął pod nosem Patryk po polsku, czym przykuł zaciekawione spojrzenia kilku przechodniów.
Z jego perspektywy koniec czerwca był kiepskim okresem do odwiedzania Korei Południowej. Początek lata oznaczał rozpoczęcie sezonu monsunowego, a co za tym idzie – nieznośnego upału oraz wysokiej wilgotności powietrza. Już jako dziecko nienawidził przyjeżdżać tu w czasie wakacji szkolnych, w przeciwieństwie do siostry oraz matki. Obie uwielbiały smażyć się na słońcu niczym ryby na patelni. Nigdy nie umiał tego zrozumieć. Wolał aktywnie spędzać wolny czas, a ze wszystkich pór roku najbardziej lubił jesień, szczególnie pierwszą połowę.
Szedł powoli zatłoczonymi ulicami Pusanu, szukając jakiejś nienabitej ludźmi kawiarni, gdzie mógłby odpocząć. Spędził w podróży niemal czterdzieści godzin, podczas których zaliczył dwie przesiadki i jedno opóźnienie. Był obolały, wycieńczony, kark mu zesztywniał, a w głowie huczało. Cieszył się, że jego bagaż ograniczał się do pojemnego plecaka podróżnego oraz torby przewieszonej przez ramię. W innym wypadku szlag by go trafił, gdyby musiał się przeciskać przez tłum z nieporęcznymi walizkami.
Nie znosił tłoku ani zgiełku dużych miast, mimo że urodził się i wychował w Gdańsku, rodzinnym mieście matki. Tam również potrafił panować niemiłosierny ścisk, szczególnie w okresie letnim, ale to było niczym w porównaniu z tętniącym życiem Pusanem liczącym ponad cztery miliony mieszkańców. Jeśli dodać do tego przyjezdnych, turystów oraz pracowników ogromnego portu morskiego, to w godzinach szczytu chodnikami płynęły rzeki ludzkich ciał.
– Pieprzone miasto – prychnął Patryk, spoglądając ponuro przez oszkloną futrynę kolejnej zatłoczonej kawiarni.
Upał coraz bardziej mu doskwierał, skóra pociła się mocno, a kilkudniowy zarost nieprzyjemnie drapał. Od kilku dni nie miał czasu porządnie o siebie zadbać. Pragnął wreszcie dotrzeć do pensjonatu dziadków na wyspie Geojedo, zrzucić ciuchy i wziąć chłodną kąpiel. Pamiętał, że w ich domu znajdowała się naprawdę luksusowa łaźnia, niepasująca do wiejskiego krajobrazu.
Dziadek był z wykształcenia hydraulikiem, babcia zaś w młodości studiowała architekturę wnętrz. Oboje marzyli o własnej prywatnej łaźni w stylu japońskim rodem z turystycznych broszur. Przez lata odkładali więc pieniądze na materiały i powoli realizowali marzenie. Patryk pamiętał dobrze, ile wyrzeczeń ich to kosztowało, gdyż w pensjonacie zawsze znajdowało się coś do naprawy, odrestaurowania lub zainstalowania, a to nieraz pochłaniało sporo środków. Ostatecznie dopięli swego i zbudowali własne sentō. Co prawda w wersji minimalistycznej, ale jednak.
Patryk mimowolnie się uśmiechnął na wspomnienie swojej jedynej kąpieli w tym miejscu. Później podczas włóczenia się po świecie kilka razy odwiedził podobne przybytki w Japonii, ale żaden nie dorównywał temu, co zbudowali dziadkowie.
Zawsze go zastanawiało, czemu otworzyli pensjonat, zamiast zwiedzać świat, tak jak tego pragnęli. Spytał kiedyś o to w dzieciństwie, a babcia odpowiedziała jedynie, że nie każde marzenie jest warte poświęcenia własnego szczęścia. Zupełnie tego nie rozumiał, bo był przekonany, że uwielbiali wędrówki oraz podróże. Nieraz o tym mówili i wypytywali przyjezdnych o miejsca, które ci odwiedzili. Wspominali, że na pewno kiedyś sami się tam wybiorą, jednak nigdy nie wyjechali dalej niż do Pusanu. Praktycznie całe życie spędzili na rodzinnej wyspie Geojedo.
– Pieprzony upał – mruknął znów Patryk, przecierając grzbietem dłoni spocone czoło.
Strużki potu spływały mu po plecach. Dźwiganie bagażu w taką pogodę było morderczym wyzwaniem. Sięgnął do bocznej kieszeni po butelkę z wodą, która zdążyła się nagrzać. Fuknął niezadowolony, odkręcił nakrętkę i wypił duszkiem niemal połowę zawartości, lekko ciepłej, ale gaszącej pragnienie. Nie poprawiło mu to jednak humoru. Odruchowo przetarł usta drugą dłonią i dał kolejny raz upust frustracji.
– Pieprzona wo…
W tym momencie oberwał w twarz otworzonymi gwałtownie drzwiami prowadzącymi do jakiegoś biurowca. Siła uderzenia była tak potężna, że odrzuciła go do tyłu. Wylądował boleśnie tyłkiem na chodniku, trzymając się oburącz za usta i nos. Ludzie wokoło rozpierzchli się błyskawicznie, by uniknąć zderzenia z przeszkodą, podczas gdy mężczyzna rzucał wiązanką przekleństw i sprawdzał, czy niczego nie połamał.
W jego głowie zrodził się makabryczny obraz człowieczka, którego za chwilę obedrze żywcem ze skóry. Zwykle unikał przemocy i był bardzo ugodowy, ale w tej sytuacji zwyczajnie łaknął krwi, a słowiańska natura brała górę nad rozsądkiem i koreańskimi manierami wpojonymi mu w dzieciństwie.
– Czy nic się panu nie stało? – usłyszał dźwięczny kobiecy głos mówiący płynnie po angielsku.
Patryk spojrzał na pochylającą się nad nim uroczą dziewczynę w delikatnym makijażu, okularach w cienkich oprawkach oraz czarnych włosach związanych w kucyk. Była ubrana elegancko jak typowy mieszczuch pracujący w korpo.
– Przepraszam najmocniej. Spieszyłam się i niechcący za szybko otworzyłam drzwi…
– Nic nie szkodzi – burknął Patryk również po angielsku, mrużąc oczy.
Nie mógł uwierzyć, że zarobił taki cios od drobnej dziewuszki mającej może z metr sześćdziesiąt wzrostu, i to w butach na obcasie. Wstał powoli, ignorując podaną mu dłoń. Sam mierzył sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów i ważył nieco ponad dziewięćdziesiąt kilogramów. Miał wyśmienitą kondycję, dbał o siebie i codziennie poświęcał choćby pół godziny na praktykę jogi. Do tego wyróżniał się z tłumu przez nietypową koreańsko-słowiańską urodę oraz heterochronię – jedno oko miał jasnobrązowe po ojcu, a drugie niebieskie po matce.
– Naprawdę przepraszam – dodała kobieta i skłoniła się nisko, unikając gromiącego spojrzenia mężczyzny.
– Spoko, nic się nie stało – mruknął Patryk, po czym sprawdził językiem zęby. Przetarł usta grzbietem dłoni i zobaczył na niej krew.
– Proszę to przyjąć. – Nieznajoma podała mu oburącz paczkę chusteczek higienicznych. – Nieopodal jest apteka. Kupię panu gazik i…
– Obejdzie się. – Patryk wyjął z kieszeni spodni wymiętoloną chusteczkę jednorazową i przytknął ją do rozciętej dolnej wargi.
– Nie powinien pan…
– Spoko, jestem wytrzymały – stwierdził, wymijając kobietę. – Udanego dnia. – Skinął głową w jej stronę, a kiedy się obrócił plecami, dodał półgłosem po polsku: – Pierdolone drzwi.
– Naprawdę przywaliłaś mu drzwiami? – Przyjaciółka z nieukrywanym rozbawieniem wpatrywała się w zadumaną Son Su-ah.
– Niechcący – odparła Su-ah, nadymając policzki niczym mały chomik. – Wychodziłam w pośpiechu, a on akurat musiał się napatoczyć. W zasadzie to jego wina, bo pewnie nie patrzył, gdzie lezie.
– Jesteś pewna, że cię nie rozpoznał?
– Nawet w dzieciństwie mylił mnie z innymi. Szczególnie z chłopakami – stwierdziła urażona, mieszając patyczkiem kawę w jednorazowym kubku. – Pewnie dla niego wszyscy wyglądamy tak samo.
– Bez przesady. Poza tym ty też go nie poznałaś w pierwszej chwili – rzuciła przyjaciółka kąśliwie.
– Spanikowałam, dobra? – broniła się Su-ah. – Po czasie dotarło do mnie, kim jest. Zresztą uciekł, zanim zdążyłam go dogonić w tym tłumie. Powinnam go odnaleźć i przeprosić za wszystko, a później zabrać do jego nowego domu. Inaczej może mi narobić kłopotów.
– Już nie panikuj. W końcu to wnuk państwa Han.
– Tyle że urodził się w Polsce i tam spędził większość życia. Przynajmniej tak sądzę.
– Sądzisz? – Ki Hye-won oparła się o kontuar baru i spojrzała wymownie w oczy dużo starszej koleżanki, z którą dzieliła mieszkanie, od kiedy zaczęła studia. W zasadzie traktowała ją jak siostrę, co Su-ah sama zaproponowała.
– Ostatni raz widziałam go dwadzieścia lat temu, gdy byliśmy trzynastolatkami. Ty go zapewne nie pamiętasz, bo chodziłaś wtedy do przedszkola. Przez wiele lat przyjeżdżał na wieś do dziadków na cały lipiec i połowę grudnia. Ciągle spędzaliśmy czas razem. Potem kontakt nam się urwał, a jego rodzice przestali przyjeżdżać.
– Czemu?
– Nie mam pojęcia. – Su-ah wzruszyła ramionami. – Krążyło sporo plotek na ten temat, ale nigdy nie dawałam im wiary.
– Znając naszych sąsiadów, pewnie jedna była głupsza od drugiej – zaśmiała się przyjaciółka i wróciła do robienia kolejnej kawy. W lokalu nie przebywało zbyt wiele osób, bo większość wróciła do pracy po przerwie lunchowej.
– Sama wiesz, jak jest na wsi. Ludzie lubią plotkować, do tego niektórzy są bardzo przesądni.
– W miastach też tak jest.
– Ale tutaj nie ryzykujesz, że znają cię wszyscy mieszkańcy. Poza tym mało kto wierzy w klątwy rzucane przez pradawne bóstwa. Zresztą nieważne – zasępiła się Su-ah. – Nie przypuszczałam, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczę. Prawnik zapewnił mnie jedynie, że po śmierci pani Han moja umowa najmu nadal jest prawomocna, a nowy właściciel nie będzie mógł jej bezpodstawnie zerwać. Przez myśl mi nie przeszło, że spadkobiercą okaże się wnuk pani Han. Byłam pewna, że chodzi o jej syna. Planowałam spotkać się z nim na lotnisku, ale prawnik sam nie wiedział, kiedy nowy właściciel raczy się pojawić. Ponoć i tak miał problemy z odszukaniem go.
– Bardzo się zmienił? W sensie ten twój przyjaciel. – Oczy studentki zalśniły jak u zawodowej plotkary.
– Wyrósł – przyznała Su-ah. – Już wtedy przypominał tyczkę, ale teraz… powiedzmy, że trudno będzie mu się ukryć w tłumie. Choć i tak mi zwiał – dodała rozgoryczona.
– Jest aż tak wysoki?
– Nie napalaj się…
– Zawsze lubiłam obcokrajowców, a w Pusanie jest ich pełno. Poza tym jakbym się z nim spiknęła, to zadbałabym, aby obniżył ci czynsz.
– Ech, Hye-won, jesteś niemożliwa.
– Po prostu mam ugruntowany gust.
– Do szybkich randek – wytknęła jej Su-ah i wzięła łyk kawy.
– Gdy spotkam tego jedynego, to będę o tym wiedziała i wtedy na pewno go usidlę. A na razie kolekcjonuję własną mapę.
– Uch, jesteś straszna!
– Zwyczajnie korzystam z młodości. Mam dopiero dwadzieścia cztery lata i nigdzie mi się nie spieszy. Zwłaszcza do pieluch.
– Wiesz, że mamy najniższy wskaźnik urodzeń na świecie?
– I mówi to niezamężna trzydziestotrzylatka.
– Spadaj – burknęła Su-ah z grobową miną. – Ostatnio miałam dużo spraw na głowie. Zresztą randki mi nie służą, a ostatnia relacja… sama zresztą wiesz.
– Zawsze wybierałaś zapatrzonych w siebie narcyzów. Życie to nie k-drama z happy endem.
– Powiedziała ich fanka. Oglądasz seriale taśmowo. Swoją drogą zainwestuj wreszcie w porządne słuchawki, bo czasem nie mogę przez ciebie zmrużyć oka w nocy.
– To wracaj wcześniej.
– Hye-won, pracuję w szpitalu, a to oznacza dyżury. I tak ledwo się wyrabiałam w ostatnim czasie.
– Pracowałaś w szpitalu – poprawiła ją przyjaciółka. – Teraz jesteś niezależna.
– Spadaj – zaśmiała się Su-ah.
– Na pewno nie chcesz zostać w Pusanie? – Hye-won popatrzyła na nią niczym proszący psiak. – Będzie mi smutno samej.
– Szybko znajdziesz nową współlokatorkę.
– Ale nie taką troskliwą i matczyną.
– Daj spokój! – Su-ah machnęła ręką w powietrzu, jakby się opędzała od muchy. – Poza tym jestem potrzebna gdzie indziej.
– No tak, twoja klinika na naszym rybackim zadupiu.
– To naprawdę ważne. Ludzie potrzebują tam lekarza tak samo jak tutaj, a do najbliższego szpitala mają kilkadziesiąt kilometrów. Wiesz doskonale, jak łatwo o wypadek podczas połowu albo przy pracy na roli.
– Wiem, wiem. Sama patroszyłam ryby niemal każdego dnia. Już nigdy żadnej nie będę obierać – rzuciła Hye-won z obrzydzeniem, kładąc kolejną kawę na kontuar. – A może ten twój przyjaciel z Europy jest samotny i szuka żony?
– Co? – Su-ah zrobiła przerażoną minę.
– Sama mówiłaś, że się nie spodziewałaś, że to on zostanie spadkobiercą państwa Han. Z tego, co pamiętam, to nieraz wspominałaś, że był twoją pierwszą miłością. – Głos przyjaciółki wręcz kipiał z ekscytacji.
– Miałam trzynaście lat i mieszkałam sama z matką w pensjonacie państwa Han. Oczywiście, że wpadł mi w oko, ale to przeszłość. Minęły dwie dekady!
– No właśnie, a teraz los znów was ze sobą połączył swą czerwoną wstęgą. Czerwoną niczym krew.
– Hye-won, dobrze się czujesz?
– Ty wracasz na wieś otworzyć gabinet…
– W zasadzie to małą klinikę.
– …a on powraca w rodzinne strony ojca jako dziedzic, aby zapomnieć o dręczącej go przeszłości lub odwrotnie: by odzyskać utracone wspomnienia.
– Odstaw może na jakiś czas te seriale. Przyda ci się porządny detoks. Doradzam jako lekarz.
– Mam jeszcze mangi.
– Są moje i zabieram je ze sobą – oznajmiła przyjaciółka. – A właśnie, czy udało ci się odzyskać te, które pożyczyłaś kolegom z uczelni bez mojej wiedzy.
– Udało – odparła Hye-won nieco naburmuszona.
– Gdzie są?
– Na zapleczu. Hasło znasz.
– Szef nadal go nie zmienił? Od tylu lat? – zdziwiła się Su-ah. Przypomniała sobie czasy, kiedy dorabiała w tej kawiarni podczas studiów medycznych.
– Mówi, że skoro nikt nigdy go nie złamał, to po co zmieniać kod.
– Raczej jest zbyt leniwy.
– Ciesz się, że cię nie słyszy, bo byś dostała burę.
– Dobra, pójdę po nie i wracam się pakować. Czeka mnie długa droga, nim dotrę do domu.
– Ale wrócisz nas odwiedzić? – Hye-won zrobiła smutną minę.
– Obiecuję – odparła przyjaciółka z uśmiechem i ruszyła w stronę drzwi prowadzących na zaplecze.
– Pamiętaj, aby mocno szarpnąć.
– Wciąż ich nie naprawił? – mruknęła Su-ah z niedowierzaniem, wpisując kod do zamka elektronicznego.
– Wiesz, jaki jest.
Su-ah tylko parsknęła cicho, następnie nacisnęła klamkę i z całej siły pociągnęła drzwi. Z początku stawiały opór, ale wreszcie ruszyły. Weszła do przestronnego pomieszczenia służącego za magazynek oraz przebieralnię dla pracowników. Lubiła to miejsce, zawsze chowała się tutaj w czasie studiów, kiedy potrzebowała odrobiny ciszy. Właściciel kawiarni, stary wdowiec, traktował podwładnych jak własne dzieci. Wymagał od nich sumienności, ale też rozumiał potrzeby młodych. Przez jego lokal przewinęło się wiele osób, czasem nawet z innych krajów. Była to ich bezpieczna przystań, prawdziwy skrawek nieba w betonowej dżungli pełnej zagrożeń oraz drapieżników.
Kobieta uśmiechnęła się na wspomnienie tamtych lat. Teraz jej miejsce zajęła Ki Hye-won, która studiowała architekturę i naprawdę miała do tego talent. Dostała szansę, aby rozwinąć skrzydła, o ile zdoła uniknąć huraganu. Son Su-ah zaś zdecydowała się na powrót w rodzinne strony, gdzie czuła się naprawdę potrzebna. Gdzie mogła pomagać ludziom, którzy wspierali ją w dorastaniu, zdobywaniu wykształcenia i znalezieniu celu w życiu. Żałowała jedynie, że prawdopodobnie spędzi je w samotności.
Czasem zastanawiała się, czy nie przegapiła swojej szansy, kiedy jeszcze studiowała. Wtedy liczyła się tylko nauka, więc nie chodziła na randki, jedynie z rzadka spotykała się z grupą znajomych. Chciała wykorzystać możliwości będące owocem wsparcia sąsiadów oraz ciężkiej pracy. Zawsze była jedną z najlepszych uczennic, dostała stypendium, a praktyki odbyła wzorowo. Jednak intensywna nauka i praca zwyczajnie wypompowywały dziewczynę z energii. Przez te lata nawiązała kilka przelotnych znajomości, ale wszystkie zawsze kończyły się tak samo. Dwa razy była w poważnym związku. Niestety pierwszy sama przerwała, gdyż czuła się w nim jak towar, a nie partnerka, w drugim zaś została boleśnie zdradzona. Ostatecznie się poddała, ale dziś los znów spłatał jej figla.
Patryk był młodzieńczą miłością Su-ah. To przez niego nie umawiała się z rówieśnikami w czasach szkolnych. Najbardziej zapamiętała jego oczy. Prawe niebieskie, a lewe jasnobrązowe. Do tego naturalnie ciemne włosy i uroda odziedziczona w większości po matce, dużo wyższej od syna państwa Han. Ta kobieta była wiecznie uśmiechnięta i dość głośna. Znała kilka języków, gdyż pracowała jako tłumaczka oraz przewodniczka turystyczna. To dzięki niej Su-ah sama zapragnęła mówić po polsku, co okazało się prawdziwym wyzwaniem. Jednak dopięła swego, choć nigdy nie udało jej się pochwalić tym osiągnięciem przed Patrykiem.
Znów przed oczami stanął jej obraz mężczyzny, którego blisko godzinę temu uderzyła drzwiami. Bardzo się zmienił przez te lata i zdecydowanie zmężniał. Nie spodziewała się, że to on będzie spadkobiercą pani Han. Bo przecież jaki mógł być inny powód przybycia Patryka do Pusanu? Ciekawe, czy miał żonę?
– Son Su-ah, o czym ty myślisz, do cholery – rzuciła półgłosem, klepiąc się dłońmi po policzkach płonących od gorąca.
Odetchnęła głęboko kilka razy, otrząsnęła się i pospiesznie zaczęła szukać swoich komiksów. Znalazła je wrzucone byle jak do reklamówki. Ten widok nieco ją zdenerwował, ale nie miała czasu ani siły dawać przyjaciółce kolejnej reprymendy za to, jak traktuje cudze rzeczy. Chwyciła siatkę i ruszyła w stronę drzwi. Kiedy nacisnęła klamkę, te ani drgnęły. Wyrzuciła z frustracją powietrze przez nos, ponownie nacisnęła klamkę i z całej siły naparła barkiem na drewnianą powierzchnię. Wyjście otworzyło się gwałtownie, ale zaraz trafiło w coś z łoskotem.
Ułamek sekundy później rozległa się znajoma wiązanka wulgaryzmów, bardzo charakterystyczna dla mieszkańców kraju nad Wisłą.
Su-ah wyjrzała nieśmiało zza uchylonych drzwi i zobaczyła mężczyznę z plecakiem turystycznym zarzuconym na plecy, siedzącego na podłodze i trzymającego się za nos. Spomiędzy palców wyciekało trochę krwi.
Hye-won doskoczyła do poszkodowanego, by spróbować zatamować krwotok białą szmatką.
– To znowu ty! – rzucił oskarżycielsko po angielsku, gdy zauważył Su-ah.
Ta odruchowo schowała się w magazynku, zatrzasnęła za sobą drzwi i przytrzymała klamkę.
– Wyłaź stamtąd! – Patryk wstał błyskawicznie i zaczął walić pięścią w polerowane drewno. – Jestem pewien, że dobrze widziałem.
– Proszę pana, proszę się uspokoić. Krwawi pan z nosa – odezwała się po angielsku Hye-won, wpatrując się z autentycznym zachwytem w mężczyznę.
– Uspokoję się, jak ta zołza wylezie i mnie przeprosi. Dziś już drugi raz przywaliła mi drzwiami w gębę.
– Drugi? Aaa… – Oczy studentki zalśniły, gdy zrozumiała, z kim ma do czynienia.
– Człowiek spędza prawie dwie doby w samolocie tylko po to, aby dostać w pysk na drugim końcu świata – użalał się Patryk, po czym zawołał w stronę drzwi: – Wyłaź, do cholery, i przeproś za swoje zachowanie!
– Co tu się dzieje? – spytał korpulentny starszy mężczyzna ubrany w biały fartuch.
– Panie Sang, zdarzył się niewielki wypadek – zaczęła tłumaczyć Hye-won po koreańsku. – Su-ah przypadkiem uderzyła tego pana drzwiami.
– Akurat przypadkiem – prychnął Patryk, płynnie przechodząc z angielskiego na koreański. – Pewnie dla zabawy wali nimi przypadkowych ludzi.
– Przepraszam pana za zajście – powiedział właściciel, a gdy zauważył coraz mocniej krwawiący nos nieszczęśnika, dodał: – Trzeba to opatrzyć. Hye-won, co tak stoisz? Przynieś apteczkę. I powtórz mi: kto jest w magazynku?
– Zamachowczyni – burknął Patryk.
– Kto?
– Son Su-ah – wyjaśniła Hye-won.
– A co ona tam robi?
– Przyszła się pożegnać i zabrać komiksy.
– Jakie znów… ach, nieważne. Proszę pana, proszę ze mną. Pomogę opatrzyć pański nos. Jeśli wolno mi zauważyć, to bardzo dobrze mówi pan po koreańsku.
– Mój ojciec był Koreańczykiem.
– Rozumiem. Jednak teraz zajmijmy się pańskim nosem.
– I tak już przestał krwawić. – Patryk odruchowo przetarł twarz rękawem wypłowiałej koszuli. – Choć boli jak diabli, a tam się chowa sprawczyni, zamiast wyjść i przeprosić. – Skierował palec w stronę drzwi.
– Son Su-ah, dziecko, wyjdź do nas – poprosił pan Sang, podczas gdy Hye-won podeszła do nich z podręczną apteczką.
Klamka opadła, ale drzwi nie drgnęły nawet o milimetr.
– Boisz się spojrzeć mi w oczy? – fuknął groźnie Patryk.
– Te drzwi się zacinają – zauważył właściciel. – Trzeba mocniej pociągnąć…
– Już ja je pociągnę – mruknął Patryk głosem przeszytym pewnością siebie.
Chwycił za klamkę i z całej siły szarpnął, a w tym samym momencie Su-ah naparła z drugiej strony. W rezultacie drzwi stanęły otworem z taką siłą, że ponownie trafiły Patryka prosto w sponiewierany nos.
Całą kawiarnią wstrząsnęło jedno, nad wyraz często używane w Polsce słowo, wywodzące się z języka łacińskiego, a mające dziś tak wiele znaczeń. Su-ah wyszła z magazynku i popatrzyła na zgarbionego mężczyznę trzymającego się oburącz za twarz. Szybko wzięła od przyjaciółki apteczkę oraz szmatkę i zaczęła opatrywać zmasakrowaną twarz Patryka.
– Niedaleko jest szpital – powiedziała. – Pójdziemy tam od razu. Trzeba to porządnie opatrzyć.
– So fy nie pofief.
– Przepraszam za wszystko. Nie przypuszczałam, że ktoś będzie po drugiej stronie.
– Dofafdy?
– Proszę nic nie mówić, bo to utrudnia oddychanie. Szefie, wrócę później i wszystko wyjaśnię.
Pan Sang machnął ręką.
– Zajmij się panem, a mną się nie przejmuj. Ki Hye-won wszystko posprząta.
– Czemu ja?
– A kto zostawił komiksy w magazynku?
– Są jej. Ja je tylko pożyczyłam.
– Ech, dzieci, dzieci. Co ja z wami mam przez całe życie. No już, łap za mopa, a ty, Su-ah, zajmij się panem. Jeszcze raz przepraszam za całe zajście. – Właściciel skłonił się w pas. – Obiecuję pokryć koszty leczenia z własnej kieszeni.
– Nie trzeba, szefie. Ja zawiniłam, więc ja zapłacę.
– Mofemy juf ifć? – wydusił Patryk przez zatkany gazikami nos, do którego dociskał zakrwawioną szmatkę.
– Tak, oczywiście – rzuciła Su-ah i poprowadziła mężczyznę w stronę wyjścia.
Kiedy zbliżyła się do drzwi i chciała je otworzyć, Patryk szybko złapał za klamkę.
– Mofy nie ma – wymamrotał, nakazując gestem głowy, aby kobieta poszła przodem. Gdy ruszył za nią, dodał cicho po polsku: – Kufa, ale napiefdafa.
Szli do szpitala w milczeniu. W głowie Su-ah szalała burza myśli. Powiedzieć mu teraz, kim jest? A może to nie był dobry moment, ze względu na okoliczności? Spytać go, czy to on jest nowym spadkobiercą, a może przyleciał dopilnować spraw w imieniu ojca? Zapytać, czemu nie wracał do Korei przez dwadzieścia lat? Co teraz robi? Jakie ma plany i czemu jej nie rozpoznał? Przecież musiał usłyszeć, jak ją nazywano. Chyba że o niej zapomniał?
Umysł jej pękał od natłoku pytań, jednak bała się wypowiedzieć na głos którekolwiek z nich. Potrzebowała zjednać sobie nowego spadkobiercę państwa Han, a tymczasem już trzykrotnie przywaliła mu drzwiami w twarz. Gorzej być nie mogło.
Po piętnastu minutach dotarli na izbę przyjęć w szpitalu, w którym do niedawna pracowała Su-ah. Znajomi uśmiechali się dwuznacznie, widząc ją w towarzystwie wysokiego oraz postawnego obcokrajowca trzymającego przy nosie przesiąknięty opatrunek. Posadziła Patryka na jednym z krzeseł obok dyżurki, poprosiła go jeszcze o odrobinę cierpliwości i szybko podeszła do kontuaru, za którym siedziała pielęgniarka.
– Eun-ji, mam tutaj pilny przypadek.
Koleżanka wychyliła się nieco i popatrzyła na Patryka. Następnie posłała Su-ah wymowne spojrzenie.
– Wreszcie upolowałaś sobie jakiegoś faceta. Muszę przyznać, że mierzysz wysoko.
– Ciszej! – Su-ah nazbyt ekspresyjnie zaczęła gestykulować dłońmi. – Zna koreański.
– Doprawdy? – Eun-ji znów przyjrzała się mężczyźnie.
– Jest w połowie Koreańczykiem.
– Nie odgadłabym. W każdym razie winszuję zdobyczy.
– Bardzo zabawne – fuknęła koleżanka. – Słuchaj, potrzebuję na chwilę zabrać go do zabiegowego i opatrzyć. Na mój rachunek.
– Da się zrobić. Ile czasu potrzebujecie? – Pielęgniarka puściła do niej oczko.
– Eun-ji. Mówię poważnie.
– Wiecie, ja nie jestem głuchy – powiedział Patryk płynnie po koreańsku. Teraz już nie seplenił.
– Przepraszam. Koleżanka nie miała nic zdrożnego na myśli.
– Jasne. Słyszałem, że w Korei krucho z randkowaniem, ale nie wiedziałem, że tutejsze kobiety walą facetów po łbach niczym jaskiniowcy.
– To był zwykły wypadek.
– Przywaliłaś mi drzwiami trzy razy w ciągu jednego dnia. To nie jest wypadek, tylko celowe działanie.
– Dwa razy. Za trzecim sam przywaliłeś sobie w nos.
– Kazali mi szarpnąć drzwi.
– Poradziłabym sobie sama.
– Pewnie do tego przywykłaś – zadrwił Patryk, znów mocniej przyciskając opatrunek. – Dobra, powiedz, gdzie ten gabinet, i miejmy to już z głowy, bo boli jak cholera.
Su-ah spojrzała na niego z niedowierzaniem. Wciąż jej nie rozpoznał, a na dokładkę zachowywał się jak typowy buc. Miała ochotę jeszcze raz mu przywalić w ten durny łeb. Dla odmiany metalowymi drzwiami, aby zyskać pewność, że w końcu zaskoczy.
– Pani Ko ma jeszcze dyżur? – spytała pielęgniarkę.
– Dopiero zaczęła zmianę i jest w pełni wypoczęta.
– Dobrze. Wezwij ją do zabiegowego – poleciła Su-ah z nienaturalnie słodkim uśmiechem. – Powiedz jej, że mamy specjalnego pacjenta. Wyjątkowo delikatnego.
– Bez przesady – burknął Patryk. – Aż tak delikatny nie jestem. Nie moja wina, że trafiłem na She-Hulk w wersji mini.
– Podkreśl, że to pilne – dodała Su-ah, a koleżanka przytaknęła z powagą i sięgnęła po słuchawkę telefonu.
Son Su-ah wskazała drogę Patrykowi i ruszyli korytarzem w głąb budynku. W pokoju zabiegowym nie było żywej duszy. Mężczyzna rozejrzał się po pomieszczeniu, a gdy zobaczył, że jego towarzyszka przygotowuje gaziki oraz szuka czegoś w szafce, spytał:
– Jesteś pielęgniarką?
– Lekarką – odparła, siląc się na stoicyzm. Nie chciała się zdradzić z tym, jak bardzo ją wkurzył.
– Pracujesz tutaj?
– Do niedawna pracowałam. W lipcu otwieram własny gabinet.
– Super – rzucił Patryk od niechcenia, odłożył plecak oraz torbę podręczną pod ścianę i usiadł na kozetce. – Dobra, połataj mnie szybko i będziemy kwita. Tylko najpierw daj mi coś przeciwbólowego, bo mam wrażenie, że cała twarz mi pulsuje.
– Bardzo dobrze mówisz po koreańsku – zagadnęła Su-ah, nadal niespiesznie przeszukując szafkę.
– Znam kilka języków. Matka była tłumaczką, a ja chyba odziedziczyłem po niej jakiś talent do zapamiętywania tego, co słyszę. Zresztą zawsze miałem świetną pamięć.
Su-ah przyjrzała się mu z powątpiewaniem.
– Nieoceniona umiejętność w dzisiejszych czasach – skomentowała kwaśno.
– Fakt, nieraz się przydała, choć w mojej pracy nie ma to aż takiego znaczenia.
– Czemu, jeśli wolno spytać? – Su-ah podeszła do niego z metalową tacką, na którą wyłożyła gaziki, środek odkażający oraz długie szczypce.
– Jestem grafikiem i fotografem. Staram się rozmawiać z klientami jedynie o konkretach. Lubię ciszę.
– Zatem co robisz w tak ogromnym mieście?
– Jestem przejazdem. Tak naprawdę wybieram się na wieś do pensjonatu, który odziedziczyłem po dziadkach.
– Ciekawe. Zatem jesteś dziedzicem z zagranicy. – Su-ah przyglądała mu się badawczo, gdy wyjmowała przesiąknięte krwią gaziki i wyrzucała je do kosza. Postanowiła wybadać sytuację, nim zdradzi Patrykowi, kim jest, bo zaczynała wątpić, aby on sam się tego domyślił.
– Ojciec wychował się w jednej z pobliskich wiosek rybackich. Sam byłem tutaj wiele razy za dzieciaka, ale niewiele pamiętam.
– Chyba jakieś wspomnienia ci zostały.
– Trochę, choć nic szczególnie ważnego.
– Doprawdy? – Głos Su-ah nieco zadrżał. Przestała obmywać twarz pacjenta środkiem odkażającym i podparła się pod biodra. – Żadnych wspomnień o rodzinie, kolegach albo, dajmy na to, najlepszej przyjaciółce z dzieciństwa?
– Przyjeżdżałem tutaj, bo tak chcieli rodzice. Lubiłem dziadków, ale dotarcie tu stanowiło istną katorgę. Zresztą niewiele się zmieniło, choć wtedy nikt nie naparzał we mnie drzwiami.
– Może tak było, ale zapomniałeś.
– Twoje złośliwości nie robią na mnie wrażenia – odbił piłeczkę Patryk. Nagle coś sobie przypomniał. – W sumie masz trochę racji. Ostatnim razem, gdy byłem u dziadków, to taka jedna pchła przywaliła mi drzwiami podobnie jak ty.
– Pchła? – Su-ah spojrzała z wyższością na mężczyznę.
– Była strasznie narwana i wszędzie ją nosiło. Kiedyś mnie namówiła, abyśmy poszli do starej stodoły, mimo że zbierało się na burzę. Nim zdążyliśmy się schować, oberwałem wrotami w pysk. Po dziś dzień noszę pamiątkę. – Patryk wskazał na niewielką bliznę przecinającą prawą brew. – Utrapienie miałem z tą dziewuchą.
– Co ty nie powiesz – rzuciła głosem przeszytym jadowitą słodyczą.
– Widać niewiele się zmieniło. Nie było mnie tutaj dwadzieścia lat i na powitanie znów zarobiłem w pysk. Dzięki tobie. A mówią, że kobiety nie stosują przemocy wobec mężczyzn.
– Tak, biedni faceci. – Su-ah odłożyła na tackę gazik i butelkę ze środkiem odkażającym.
– Już skończyłaś?
– Ja tak, teraz zajmie się tobą nasza najlepsza pielęgniarka.
Jak na zawołanie rozległo się pukanie do drzwi, a zaraz potem stanęła w nich tęga kobieta po pięćdziesiątce, z miną tak srogą, że na jej widok sama gorgona zamieniłaby się w kamień.
– Zostawiam cię w zaufanych rękach pani Ko.
– Poczekaj! – Patryk wstał raptownie, ale pielęgniarka zagrodziła mu drogę. – Przecież jesteś lekarką.
– Zgadza się. – Su-ah posłała mu promienny uśmiech. – Ale tak się składa, że od wczoraj już tutaj nie pracuję.
– Ale…
– Jak to mówią w filmach: bye, bye! – Pomachała mu delikatnie i zamknęła za sobą drzwi.
– Moment. Przecież…
– Się uspokoi i usiądzie – rzuciła pielęgniarka niskim głosem, złapała mężczyznę za ramiona i posadziła go na kozetce. – Pokaże no, jak to wygląda.
– Pani wybaczy, ale… Ała! Trochę delikatniej.
– No już się tak nie mazgai. Ponoć wy, Europejczycy, twardzi jesteście. – Obejrzała twarz pacjenta, sięgnęła po ostrą pęsetę i gazik, po czym polała go środkiem odkażającym. – No, jak się nie będzie wiercił, to szybko pójdzie.
Patryk zrobił wielkie oczy i przełknął głośno ślinę. Chwilę później wyrzucił z siebie znany całemu światu polski wulgaryzm, który rozszedł się echem po korytarzu.
Su-ah mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. Nie mogła odmówić sobie tej drobnej przyjemności, choć wiedziała, że w niczym jej to nie pomoże, a może jedynie zaszkodzić. Ale w tym momencie złość brała górę nad rozsądkiem. Mimo wszystko była pełna podziwu, z jaką płynnością Patryk potrafi przeklinać w różnych językach. Rzeczywiście odziedziczył talent po matce.
Popatrzyła na dłonie pachnące środkiem odkażającym i nieco brudne od krwi. Przez to wszystko zapomniała założyć rękawiczek. Łajając się cicho za brak profesjonalizmu, ruszyła w stronę łazienki.
Tam niespiesznie zaczęła doprowadzać się do porządku. Spojrzała na swoje odbicie w ogromnym lustrze nad umywalką. Zastanawiała się, jak powiedzieć Patrykowi prawdę. W końcu miała pewność, dlaczego powrócił. Nadal jej nie rozpoznawał, co ją strasznie wkurzało. Choć nie widzieli się przeszło dwie dekady, więc to zrozumiałe, że o niej zapomniał. Każdy facet by zapomniał. No właśnie, ale czy kobieta również?
Westchnęła głośno, przemyła twarz wodą i oparła się o umywalkę. Jej pierwotny plan zupełnie się posypał i nie wiedziała, co ma teraz robić. Powinna być już w drodze do domu, a tymczasem marnowała czas w szpitalu z facetem zupełnie niepamiętającym jej twarzy. Czy naprawdę aż tak bardzo się zmieniła przez te lata? Wydoroślała, nosiła makijaż, okulary w cienkich oprawkach, a nie grubych, ale powinien ją poznać.
– Aaach… ogarnij się, dziewczyno! – powiedziała do siebie na głos. – Masz ułożone życie, plany na przyszłość, więc skup się na tym. Schowaj dumę do kieszeni, przeproś go i przedstaw sprawę tak, aby ten dureń nie zrobił niczego głupiego.
Poprawiła włosy i okulary, wytarła ręce i dziarskim krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Pchnęła energicznie drzwi i w tym momencie do jej uszu doszedł głuchy łoskot oraz przekleństwo, które tego dnia słyszała nader często. Przymknęła oczy z bezsilności. To naprawdę nie był jej dzień.
– Czy ja ci coś zrobiłem w poprzednim życiu? – usłyszała zrezygnowany głos Patryka po tym, jak wyszła na korytarz i ostrożnie zamknęła drzwi. – Zabiłem kota czy coś?
Powoli odwróciła się do niego frontem. Lewą ręką masował się po czole, na którym szybko pojawiał się siniec, tuż nad niewielką blizną na wysokości prawej brwi. Twarz mężczyzny wyrażała pełną rezygnację.
– To było naprawdę przez przypadek… – zaczęła się tłumaczyć.
– Kiedy Ramzes podbił Syrię, to był przypadek. Ty jesteś chodzącą klątwą. Przynajmniej dla mnie.
– Przesadzasz.
– Serio? – Wskazał na opuchnięty nos, w który miał wetknięte gaziki, a na nasadzie spory plaster.
– Naprawdę przepraszam za to, co zaszło. Nie zrobiłam tego celowo.
– Tej harpii rozkoszującej się krzykiem swych ofiar zapewne też nie przysłałaś celowo?
Su-ah uśmiechnęła się nerwowo, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Ojciec zawsze powtarzał, że Koreańczycy słyną ze spokoju, powściągliwości oraz rozsądku – ciągnął Patryk. – Po dzisiejszym dniu będę musiał solidnie zweryfikować tę tezę.
– Czasy się zmieniają.
– Zauważyłem – mruknął Patryk, po czym odruchowo sięgnął palcami do nosa. – Kurna, już przesiąkło.
– Zaraz zawołam pielęgniarkę…
– NIE! – zaoponował gwałtownie, łapiąc Su-ah za ramię. – To nic. Zaraz przejdzie.
– Przecież widzę, że krwawisz.
– Już mi lepiej. Poza tym oberwałem w czoło. Nie ma potrzeby zawracać jej głowy.
– Ale…
– Pójdę zapłacić za wizytę i się zmywam.
– Przecież obiecałam, że zapłacę. W końcu to z mojej winy…
– Wybaczam ci, więc jesteśmy kwita – rzucił Patryk na odchodne i ruszył w głąb korytarza. Szedł tak szybko, że omal nie zgubił torby przewieszonej przez ramię.
Son Su-ah podążyła za nim, ale kiedy dotarła do dyżurki, mężczyzna już kończył się rozliczać. Pożegnał się pospiesznie, skłonił kilka razy i niemal wybiegł ze szpitala.
– Jednak ci uciekł – skomentowała pielęgniarka ironicznie.
– Nawet nie zaczynaj – prychnęła Su-ah i ruszyła do wyjścia.
Na zewnątrz odruchowo się rozejrzała, ale po Patryku nie było już śladu. Westchnęła głośno, zwiesiła głowę z rezygnacją i wolnym krokiem ruszyła w stronę samochodu, który stał zaparkowany przed kawiarnią.
Do mieszkania, które wynajmowała przez kilka lat wraz z Hye-won, dotarła dopiero po godzinie. Była zmęczona, głodna i sfrustrowana. Po drodze zahaczyła jeszcze powiadomić przyjaciółkę o wszystkim oraz odebrać komiksy. Miała do nich słabość i nie zamierzała wracać bez kompletnego zbioru, który mozolnie gromadziła przez lata. Już od miesiąca stopniowo przewoziła rzeczy do rodzinnej wioski, a przy okazji doglądała ostatnich prac wykończeniowych w nowym miejscu pracy. Pragnęła, aby dzień otwarcia kliniki był pełen radości oraz nadziei. Niestety po dzisiejszych perypetiach zaczęła w to wątpić.
Rozejrzała się po dawnym pokoju. Nie żałowała czasu spędzonego w mieście, ale nigdy nie planowała tu zostać na stałe. Mimowolnie wróciły wspomnienia z czasów szkolnych, kiedy to w błękitnym pamiętniku ozdobionym naklejkami chmurek zapisywała skryte w sercu marzenia. Część udało się spełnić, inne porzuciła, a teraz jedno z nich powróciło z hukiem zwiastującym burzę.
– Dlaczego akurat to musi być on? – zaczęła biadolić.
Była pewna, że raz na zawsze udało jej się wyrzucić go z głowy. Przecież minęło tyle lat. Na pewno miał teraz ułożone życie, żonę, dzieci…
Su-ah się zamyśliła. Stała tak przez dłuższą chwilę i nagle ją olśniło.
– Nie miał obrączki! – zawołała, po czym wydała z siebie przeciągły jęk i uderzyła otwartą dłonią kilka razy w czoło. – Baka, baka, baka.
Przeszła do kuchni, zła na samą siebie. Z impetem otworzyła drzwi lodówki i wyjęła z niej plastikowe pudełko z zimnymi pierożkami z kimchi. Powinna je odgrzać, ale zupełnie nie miała do tego głowy ani tym bardziej nastroju. Wyciągnęła dwa pierożki, jeden włożyła do ust, a drugi rzuciła niedbale na mały talerzyk, który leżał na blacie kuchennym od wczorajszego wieczora. Zatrzasnęła lodówkę i mimowolnie spojrzała na swoje odbicie, które mignęło w szybie okiennej.
Nadal wyglądała bardzo młodo, głównie za sprawą kosmetyków, diety oraz genów. Z pewnością była atrakcyjna jak na standardy azjatyckie, a zapewne również europejskie. Wyróżniała się z tłumu i nie przypominała już chłopaka. Gdyby tylko natura nie poskąpiła jej wzrostu… Ciekawe, czy Patryk gustował w…
– Yyyyhhh… głupi, arogancki sklerotyk! – wyrzuciła ze złością, z ustami pełnymi jedzenia. – Jak mógł o mnie zapomnieć? Nawet nie chciało mu się napisać listu! Zresztą w dwutysięcznym roku były już komórki, komunikatory, maile. Gdyby chciał, to znalazłby tysiąc sposobów, aby ze mną porozmawiać. Mężczyźni to idioci!
Pomstowała dalej, gdy pakowała ostatnią walizkę, przez co zupełnie zapomniała o drugim pierożku zostawionym na talerzyku. Kiedy załadowała ostatnią torbę do starego wysłużonego Audi A3, dochodziła dwudziesta. Wiele osób radziło jej wymianę samochodu na jeden z rodzimych modeli, ale ona nie potrafiła zrezygnować z ukochanego złomka, jak go pieszczotliwie nazywała. Niemieckie auta były jej słabością. Jako nastolatka gromadziła miniatury, których w pewnym momencie uzbierała się pokaźna liczba. Koleżanki nie podzielały fascynacji Su-ah, ale ona kompletnie się tym nie przejmowała.
Gdy miała jedenaście lat, Patryk podarował jej model czarnego Porsche, a rok później drugi model, tym razem Audi. Wtedy zdecydowała, że pierwszy samochód, jaki kupi, będzie dowolnej niemieckiej marki. Westchnęła ciężko na to wspomnienie, odetchnęła kilka razy i stwierdziła, że nie chce już do tego wracać. Zapewne na miejscu nowy gospodarz, którego zdzieliła dziś kilkukrotnie w twarz drzwiami, będzie już na nią czekał. Musiała po drodze wymyślić jakikolwiek sposób, aby go obłaskawić, ponieważ pani Han zaznaczyła w testamencie, że jeden pokój w ich domu, który Su-ah zajmowała przez lata wraz z matką, ma należeć do dziewczyny. Nie chciała nagle zostać bezdomna i sypiać na poddaszu dawnego pensjonatu, obecnie przebudowanego na klinikę, w którą włożyła wszystkie oszczędności oraz pieniądze uzyskane od sponsorów.
Poklepała z troską srebrną maskę samochodu, dała znać SMS-em współlokatorce, że rusza w drogę, i w znacznie lepszym humorze zasiadła za kółkiem. Na wszelki wypadek odpaliła radio i nastawiła je na lokalną stację, która nieraz informowała o zmianach w ruchu w Pusanie i okolicy.
Po przejechaniu kilku przecznic zatrzymała się na światłach i rozejrzała dookoła. Jej wzrok przykuła znajoma postać z opatrunkiem na nosie, torbą przewieszoną przez ramię i z plecakiem stojącym koło nóg.
– Nie wierzę – wymamrotała pod nosem. – To jakaś klątwa?
Patryk ze zrezygnowaną miną siedział na przystanku autobusowym. Twarz mężczyzny wyglądała jeszcze gorzej w świetle zachodzącego słońca. Opuchnięty nos z przesiąkniętym opatrunkiem oraz wielkim plastrem naklejonym na nasadę przywodził na myśl ofiarę jakiejś katastrofy. Ubranie również nosiło w kilku miejscach ciemne plamy, dopełniające obrazu cierpiętnika zabłąkanego w obcym mieście.
Su-ah westchnęła głośno i zwiesiła głowę nad kierownicą. Kiedy dotarł do niej odgłos klaksonu pojazdu za nią, powoli ruszyła i zjechała na przystanek.
– Znów na siebie wpadamy! – zawołała pozornie wesołym tonem, nachylając się do otwartej szyby od strony pasażera.
– Faktycznie. – Patryk nie ruszył się z miejsca, przyglądając się podejrzliwie znajomej twarzy oraz leciwemu samochodowi.
– Dokąd jedziesz?
– Do Dadae-ri albo Dapo-ri.
– Albo?
– Pensjonat moich dziadków znajduje się na granicy tych dwóch wiosek.
– Wiem, gdzie to jest – rzuciła Su-ah, bijąc się z myślami. – Mogę cię podrzucić.
– Na pewno? To kawał drogi stąd. Jazda zajmie jakieś pięć godzin.
– Cztery i pół – sprostowała. – Wsiadaj, i tak mam po drodze, a jestem ci coś winna.
Patryk ociągał się przez moment, ale ostatecznie wstał, czując, że inaczej przyjdzie mu kwitnąć na przystanku jeszcze długo. Chwycił plecak oraz torbę podręczną, a gdy zbliżył się do samochodu, usłyszał:
– Otworzyć paniczowi drzwi?
– Bardzo zabawne – prychnął, starając się nie pokazać, jak bardzo boli go twarz.
– Wrzuć bagaże na tylne siedzenie. Bagażnik mam cały załadowany.
– Przeprowadzka?
– Wracam w rodzinne strony – rzuciła Su-ah z promiennym uśmiechem.
Gdy Patryk usiadł koło niej, miał wrażenie, że zaraz przywali sobie kolanami w brodę. Wymacał wajchę pod fotelem i przesunął go jak najdalej w tył, by zrobić sobie miejsce na nogi.
– Nie za ciasno?
– Spoko, dam radę. W samolocie było gorzej – odparł, zapinając pas. Nieco odchylił się na siedzeniu, aby nie szorować ciemieniem po dachu. – Czasem wam zazdroszczę.
– To znaczy? – zaciekawiła się Su-ah, ruszając w dalszą drogę.
Zastanawiała się, jak przypomnieć Patrykowi o sobie, by wybrnąć z obecnej sytuacji. Musiała zyskać jego aprobatę, aby podpisał dokumenty, które otrzymała dziś od prawnika. Inaczej jej marzenie o wiejskiej klinice i wieloletnia praca pełna wyrzeczeń mogły legnąć w gruzach.
– Bycie wysokim ma więcej wad niż zalet. W komunikacji co rusz zahaczasz o coś głową, w samolotach i pociągach siedzisz ściśnięty jak sardynka w puszce, a łóżka w hotelach zawsze są za krótkie.
– Niskie osoby też nie mają lekko.
– Wam nie grozi chroniczny przykurcz.
– Nie, za to łatwo nas zgnieść – odbiła piłeczkę, uśmiechając się życzliwie. – Już nie mówię o sięganiu na nieco wyższą półkę. Bez drabiny ani rusz. Nawet z ubraniami mamy problem.
– Chyba nie tutaj.
– Zdziwiłbyś się.
– Ale przyznasz, że wysocy mają w tej materii trudniej. Wszystko jest za krótkie lub za szerokie. O butach już nie wspomnę. Zresztą ty aż taka niska nie jesteś.
– Dziękuję.
– Swoją drogą nie przedstawiłem się wcześniej, za co przepraszam.
– Nic nie szkodzi.
– Patryk Han.
– Son Su-ah – odpowiedziała po krótkim wahaniu.
– Pamiętam. – Patryk uśmiechnął się, a kobiecie szybciej zabiło serce. – W kawiarni tak nazywała cię kelnerka i ten starszy facet.
– Zapamiętałeś? – udała zaskoczenie, choć głos jej wyraźnie zadrżał.
– Mówiłem, że mam dobrą pamięć – stwierdził z nieukrywaną dumą. – Poza tym moja koleżanka z dzieciństwa się tak nazywała. To zabawne, że czasem dwie zupełnie obce osoby potrafią nosić identyczne imiona i nazwiska.
– Naprawdę? – W ułamku sekundy przez głowę Su-ah przeleciało kilka scenariuszy rozmowy, z których wychodzi zwycięsko.
– W zasadzie była prawie moją dziewczyną.
– Co? – Su-ah poczuła nieprzyjemny skurcz w brzuchu.
– Wspominałem, że mój ojciec był Koreańczykiem. W domu mówiliśmy po polsku, angielsku i koreańsku, więc szybko się osłuchałem. Przyjeżdżaliśmy do Korei w lipcu na wakacje oraz czasem zimą na święta. Dawne dzieje. W każdym razie w rodzinnej wiosce ojca mieszkała twoja imienniczka. Świetna dziewczyna, choć szalona. To właśnie przez nią zyskałem tę pamiątkę, o której ci wspominałem, nim zostawiłaś mnie tej krwiożerczej harpii na pożarcie.
Su-ah miała wrażenie, że świat wiruje jej przed oczami. Skupiła się ze wszystkich sił na prowadzeniu pojazdu, próbując odgonić galopujące myśli.
– Była wyszczekana, ale to właśnie w niej lubiłem najbardziej – ciągnął Patryk, moszcząc się wygodniej w fotelu. – Znaliśmy się trzy lata i w pewnym momencie pomyślałem sobie, że fajnie byłoby mieć dziewczynę, która mieszka w Korei, ale urodziła się w Japonii. Co prawda ja mieszkałem na drugim końcu świata w Polsce, ale wiesz, wierzyłem w potęgę pierwszej miłości. Ech, głupi byłem i tyle. Jak to nastolatek.
Słuchając tego wyznania, Su-ah myślała, że zaraz serce wyskoczy jej z piersi. Dłonie zaczęły się pocić, więc mocniej ścisnęła kierownicę i maksymalnie skupiła uwagę na drodze.
– Pamiętam, jak kiedyś się uparła, że nauczy mnie i moją młodszą siostrę pływać. Omal się nie potopiliśmy, ale dopięła swego. Zresztą to z jej powodu dałem się namówić ojcu, aby zrobić uprawnienia żeglarskie. Myślałem, że jeśli ponownie się spotkamy, to jej tym zaimponuję, ale los chciał inaczej.
– Zdaje się, że byliście ze sobą bardzo blisko – skomentowała jadowitym głosem.
– Też tak myślałem, ale potem straciliśmy kontakt. Przez jakiś czas pisałem do niej listy, ale nigdy nie dostałem odpowiedzi.
– Pisałeś? – spytała oszołomiona, czując suchość w ustach.
– Miałem wtedy trzynaście lat i strasznie za nią szalałem. Jednak chyba tylko ja. Cóż, było, minęło.
– Mogłeś powiedzieć, co do niej czujesz, gdy przyjechałeś do Korei.
– Nie oburzaj się tak – rzucił Patryk, nie rozumiejąc zachowania towarzyszki. – Boże, wszystkie kobiety są tak przewrażliwione na punkcie pierwszej miłości?
– Po prostu… no… skąd wiesz, że nie czekała na wiadomość od ciebie? Albo może też wpadłeś jej w oko, ale ona nie umiała tego wyrazić słowami, bo znikałeś na większość roku.
– W takim razie było nas dwoje. Jak mówiłem: było, minęło. Teraz pewnie ma męża i gromadkę dzieci albo robi karierę. A może jedno i drugie. Pamiętam, że zawsze chciała być lekarzem i pracować w szpitalu w dużym mieście. W sumie to ironia, nieprawdaż? Ty jesteś lekarzem, nazywasz się tak samo i też przywaliłaś mi drzwiami.
– Widocznie za słabo… – wycedziła Su-ah, przez zaciśnięte zęby. W myślach mordowała Patryka za to, że nadal jej nie rozpoznał, zwłaszcza po tym, co przed chwilą wyznał.
– Jeśli mogę być szczery, to jesteś od niej dużo ładniejsza oraz łagodniejsza, pomimo okoliczności. – Wskazał na nos. – Moja Su-ah była typową chłopczycą. Zawsze nosiła krótkie włosy, ubierała się jak chłopak, miała granatowe okulary w grubych oprawkach, biegała za piłką, łaziła po drzewach i górkach. Może dziś jest sportowcem. W sumie pasowałoby to do niej. Narwana smarkula, nie to co ty.
– To co ja? – powtórzyła dziewczyna, siląc się na uśmiech, choć wewnątrz aż gotowała się ze złości.
– No wiesz, jesteś bardzo atrakcyjną kobietą, elegancką i w ogóle. Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem, ale byłem zmęczony, głodny, szukałem miejsca, gdzie mógłbym odsapnąć, a zamiast tego zarobiłem drzwiami prosto w pysk. Wiem, głupio wyszło i powinienem bardziej nad sobą panować, ale czasem z człowieka musi ujść frustracja, bo inaczej się udusi. Sama rozumiesz.
– W tej chwili aż za dobrze – powiedziała Su-ah powoli, akcentując każde słowo.
– Jeszcze raz przepraszam za mój wyskok i naprawdę dziękuję za podwózkę. Mam nadzieję, że nie sprawiam ci kłopotu.
– Och, tym się nie martw. – Jej mózg przetwarzał makabryczne obrazy tortur, jakim najchętniej poddałaby Patryka.
– W każdym razie, jeśli pozwolisz, to się zdrzemnę. Chyba zaraz rozsadzi mi głowę, mimo że łyknąłem kilka tabletek przeciwbólowych.
– Nie krępuj się. Obudzę cię, jak dojedziemy na miejsce.
– Dzięki i jeszcze raz przepraszam za dzisiaj.
– Nie musisz – odparła z jadowitą słodyczą Su-ah.
Jeszcze przyjdzie czas, że mi to wynagrodzisz ty tępy, ślepy, zakuty… – dodała w myślach.
Patryk wyciągnął się na tyle, na ile pozwalały mu warunki, i niemal od razu zasnął. Tymczasem Su-ah pomstowała w duchu niemal przez całą drogę. Jedno dobre, że podróż zajęła mniej niż cztery godziny. Wściekłość bowiem sprawiła, że kobieta odkryła w sobie nowe umiejętności rodem z wyścigów rajdowych.
Na miejsce dotarli nieco przed północą.
– Wstawaj. – Su-ah potrząsnęła energicznie pasażerem.
Patryk z trudem otworzył oczy i rozejrzał się zdezorientowany dookoła. Po dłuższej chwili wzrok przywykł do światła rzucanego przez lampkę sufitową w samochodzie. Przyjrzał się obliczu towarzyszki. Było wyjątkowo surowe, a kobieta zdawała się spoglądać na niego z pogardą.
– Coś się stało? – wymamrotał Patryk, nie rozumiejąc sytuacji.
– Jesteśmy na miejscu. Rusz się i pomóż mi z bagażami – oznajmiła Su-ah i wysiadła z auta.
– Zrobiłem coś nie tak? – spytał sam siebie, mając mętlik w głowie.
Wyprostował się w fotelu i poczuł przenikliwy ból w skroniach i nosie. Widocznie leki przestały działać, a sen w niewygodnej pozycji jedynie spotęgował dolegliwości. Patryk odpiął pas i powoli wygramolił się na zewnątrz. Auto stało na podjeździe koło domu dziadków mężczyzny, a obok wznosił się niewielki dwukondygnacyjny budynek, dawniej służący za mały pensjonat dla przyjezdnych. Teraz nad głównym wejściem wisiała tabliczka informująca, że to wiejska klinika. Podszedł kilka kroków, by przyjrzeć się szyldowi.
– Powiedziałam, żebyś pomógł z bagażami – usłyszał gniewny kobiecy głos. – Jestem zmęczona, chciałbym się odświeżyć i pójść spać.
– Zaraz, chwila, bo czegoś nie rozumiem… – Patrykowi kręciło się w głowie.
– Czego nie rozumiesz? – Su-ah rzuciła mu jedną z cięższych walizek.
Ten złapał bagaż odruchowo, wpatrując się w towarzyszkę wielkimi oczyma.
– Prawnik mówił, że dawny pensjonat dziadków zostanie przekształcony w wiejską klinikę. Miałem się spotkać z jakąś babką, która go wynajmuje… – Przyjrzał się uważniej szyldowi, po czym zerknął na kobietę i znów na szyld. – Mówiłaś, że jesteś lekarką…
– Brawo. W końcu zacząłeś kojarzyć.
– To twoja klinika? Ale mówiłaś, że otwierasz gabinet.
– Mam stosowne pozwolenia i wiesz co?
– Co?
– Nie możesz mnie stąd ruszyć. Zasięgnęłam porady prawnej i wiem, że nie wolno ci zerwać umowy, którą podpisałam z panią Han.
– Umowy? Zaraz, po kolei, bo mi łeb eksploduje. – Patryk powoli odstawił walizkę na ziemię i potarł palcami skronie. Próbował przypomnieć sobie rozmowę z prawnikiem, którą odbył on-line kilka dni temu. – Powiedziano mi, że posesją opiekuje się córka przyjaciółki babci.
– O, pamięć ci wraca – zadrwiła.
– Nie mam sklero… – Patryk przyjrzał się twarzy oświetlonej przez światło latarni. – Son Su-ah? TA Son Su-ah?!
– Brawo. Wreszcie zaskoczyłeś.
– Ale… przecież…
– Zamiast stać jak cymbał, rusz wreszcie tyłek i przydaj się na coś. – Ponownie rzuciła mu walizkę, po czym energicznym krokiem ruszyła w stronę otwartego bagażnika samochodu.
– Su-ah, poczekaj. Mogłabyś mi wyjaśnić, co tu się dzieje?
– Ja? – Odwróciła się tak gwałtownie, że Patryk odruchowo uniósł walizkę niczym tarczę. – To ty zerwałeś z nami kontakt, ale to ja mam się tłumaczyć?
– Co? Przecież pisałem do ciebie listy przez bity rok!
– Doprawdy? Jakoś żadnego nie otrzymałam.
– Moja wina, że poczta na tym zadupiu szwankuje?
– Bo w Polsce zapewne działa wzorowo.
– Sama mogłaś napisać.
– Nie miałam twojego adresu, bo go nie zostawiłeś!
– Co ty pleciesz?
– Zjawiasz się tutaj po dwudziestu latach i udajesz durnia, który nie pamięta twarzy najlepszej przyjaciółki z dzieciństwa. O, przepraszam, twojej PRAWIE dziewczyny, o czym nigdy nie raczyłeś mnie poinformować!
– Zmieniłaś się… – Patryk odstawił walizkę na ziemię.
– Nie aż tak, aby mnie nie rozpoznać!
– Wtedy wyglądałaś jak chłopak, a teraz, no… wydoroślałaś – dodał, wskazując na jej klatkę piersiową.
– Wiesz co? Żałuję, że nie przywaliłam ci mocniej tymi drzwiami – fuknęła i zabrawszy torbę z auta, ruszyła w stronę parterowego domu.
– Moja wina, że dojrzałaś i wreszcie wyglądasz jak kobieta? – Patryk chwycił walizkę, zatrzasnął bagażnik i ruszył za nią.
– Zawsze byłam kobietą!
– Pierwsza spuszczałaś łomot chłopakom.
– Broniłam cię przed nimi – rzuciła z oburzeniem, wyjmując klucze.
– Poradziłbym sobie sam.
– Akurat – prychnęła, otwierając drzwi.
– Pragnę przypomnieć, że pokonałem każdego z tych pacanów w siłowaniu się na rękę.
– Ale jednocześnie potrafili cię sprać.
– Atakowali w pięciu na jednego! Nikt by sobie z czymś takim nie poradził.
– Ja umiałam.
– Byłaś dziewczyną, więc dawali ci fory.
– Odszczekaj to! – Su-ah zadarła głowę i spojrzała mu wyzywająco w oczy.
– Coś ty taka drażliwa? To ja mam mętlik w głowie i rozwalony nos – bronił się Patryk, ponownie zasłaniając się walizką.
– Opiekuję się tym miejscem, od kiedy tu zamieszkałam, a ty o nas zapomniałeś. A gdy wróciłeś, to nawet mnie nie rozpoznałeś. W sumie co się dziwić. Nie przysłałeś nawet kartki z kondolencjami, gdy zmarł pan Han. Wiesz, jak twoja babcia czekała na spotkanie z tobą? Ile razy przez ten czas o tobie wspominała?
Patryk przełknął głośno ślinę, ale nie zdołał wydusić słowa.
– Kiedy zmarła, byłam przerażona, co się stanie z tym miejscem. Prawnik zapewnił jednak, że właścicielka zadbała o wszystko i nie masz prawa mnie stąd ruszyć, dopóki dotrzymuję warunków umowy albo ta nie wygaśnie.
– Posłuchaj, ja… – wydukał, ale Su-ah szybko mu przerwała.
– Spróbuj zniszczyć to, co zbudowałam, a obiecuję, że gorzko tego pożałujesz. A teraz rusz tyłek i rozpakuj resztę bagaży. – Odebrała mu walizkę i wcisnęła w dłoń kluczyki do samochodu. – Możesz spać w dawnym pokoju swego ojca.
– A ty gdzie będziesz spać?
– W moim pokoju – odparła, stając koło przesuwanych drzwi.
– Mieszkasz tutaj?
– Wiedziałbyś o tym, gdybyś nie zerwał z nami kontaktu.
– Ale…
– Opiekowałam się państwem Han, a oni mną, więc spełnię ostatnią prośbę twej babci i nie wykopię cię na zbity pysk, choć tylko na to zasługujesz.
– Chyba jesteś zbyt surowa.
– Jestem wyjątkowo wyrozumiała. A teraz idź po resztę bagaży, nim zmienię zdanie i każę ci spać na dworze. O tej porze roku noce są ciepłe.
– Su-ah…
– I pamiętaj: w tym domu jest aż szesnaścioro drzwi.
– Z tego, co pamiętam, to większość przesuwanych.
– Nie kuś losu! – dodała i zniknęła we wnętrzu, zatrzaskując z impetem drzwi frontowe.
Patryk stał zszokowany, próbując ogarnąć rozumem, co się właściwie stało. Głowa bolała go coraz mocniej, był zmęczony, a plecy i kark zaczęły doskwierać po niewygodnej jeździe.
– Cholerne baby – rzucił półgłosem po polsku, po czym posłusznie udał się do samochodu przenieść resztę bagaży.
