Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy można uciec przed samotnością, gdy cały świat obrócił się w ruinę? Na opuszczonej planecie Talos, pod okiem płaczącej gwiazdy Serpeny, ożywa marmurowy posąg dwojga nastolatków. Rose i Dan dostają od losu drugą szansę, ale zamiast rajskiego ogrodu zastają upiorną ciszę opuszczonego miasta.
Nasz wspólny ogród to przejmująca, kameralna opowieść o strachu przed odrzuceniem i poszukiwaniu bliskości w świecie, w którym jedynym ocaleniem bywa ucieczka w fikcję.
Otwórz serce Czytelniku i rusz w drogę z bohaterami. Przekonaj się, czy ich miłość przetrwa, i odkryj przepis na znalezienie własnego miejsca na ziemi – takiego, które bez wahania nazwiesz swoim ogrodem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 174
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja: Ewa Skibińska
Korekta: Anna Strakowska
Projekt okładki: Tadeusz Bisewski
Projekt graficzny środka: Tadeusz Bisewski
Korekta składu: Kamil Małolepszy
Copyright ® by Piotr Winiarski
Copyright ® by Pan Wydawca
ISBN 978-83-68622-69-0
Wydanie 1
Gdańsk 2026
Pan Wydawca
panwydawca.pl
Nasz
wspólny
ogród
Piotr Winiarski
Gdy nad opuszczoną kolonią na Talos zabrzmiały przeraźliwe uderzenia piorunów, nikt się tym nie zainteresował. Nikt też nie zwrócił uwagi na fakt, że jeden znich uderzył wwiekowy dąb rosnący tuż przy bibliotece uniwersyteckiej isprawił, że przepołowione drzewo zwaliło się na pobliski skwer. Burza ostatecznie opuściła miasto po kilku godzinach, ato znów pogrążyło się wswojej cichej samotności.
Dopiero wczesnym rankiem gwiazda Talos, Serpena, dostrzegła ciało dębu izasmucona widokiem zatrzymała się wswojej codziennej wędrówce po niebie. Jasny blask oświetlił skwer, aprzelatujące obok biblioteki ptaki, dostrzegłszy ciało dębu, nagle zawróciły irozniosły wieść ośmierci wiekowego drzewa wśród innych zwierząt. Takim to sposobem kilka godzin później wmieście znalazły się ich setki, jeśli nie tysiące, ao wyznaczonej porze rozpoczął się pogrzeb dębu.
Podczas ceremonii zebrani milczeli, aliczne wspomnienia wspólnych chwil spędzonych zdębem zostały jedynie wmyślach przybyłych. Kto znał drzewo tylko zopowieści, odchodził pierwszy. Inni, którym pozwolił mieszkać wswoim pniu czy przez całe życie udzielał mądrych rad, zostawali nieco dłużej. Ostatecznie jednak wpołudnie na skwerze bibliotecznym został tylko jego najwierniejszyprzyjaciel.
Serpena, bo oniej tu mowa, niezmiennie wysoko wisiała nad horyzontem inie spuszczała wzroku znieżyjącego dębu. Tak jak ludzie płaczą, tak gwiazda Talos roniła łzy wpostaci jasnozłotych promieni. Opuszczone miasto, zwykle ukryte wgęstym cieniu, nagle zostało rozświetlone, asilne wzruszenie Serpeny powodowało, że jej promienie docierały do niemal każdego zakątka opuszczonejkolonii.
Jednym ztakich zakątków stanowiło drugie piętro biblioteki uniwersyteckiej, gdzie do tej pory potężne gałęzie dębu zasłaniały drogę wszelkim próbującym się do niego dostać promieniom. Od setek lat wbibliotece panował ponury półmrok, okrywając wnętrze nieprzeniknioną tajemnicą. Teraz jednak, gdy liczne okna zostały odsłonięte, płacząca Serpena sprawiła, że każde pomieszczenie na drugim piętrze budynku rozjaśniło się zapomnianym tu blaskiem.
Jeden zsilniejszych promieni padł na czytelnię, gdzie natychmiast zciemności wyłoniły się rzędy licznych zakurzonych regałów wypełnionych tysiącami książek. Promień szedł powoli wśród kolejnych tytułów, których wpośpiechu nikt nie zdążył zabrać, ao autorach itytułach ich dzieł wwiększości już nie pamiętano. Książki ożywione blaskiem rozejrzały się, szukając człowieka, ale gdy zrozumiały, że do czytelni zajrzał jedynie jasny promień Serpeny, wiedziały, że miasto jest wciąż opuszczone. Jeszcze przez chwilę wsłuchiwały się wwszelkie dochodzące do nich odgłosy, ale gdy wśród głębokiej ciszy nie dosłyszały choćby szmeru ludzkich stóp, smutne kładły się zpowrotem spać, nie mając już nadziei, że będą jeszcze komuś potrzebne. Obojętne na to, co się znimi stanie, pozwalały, by promień Serpeny szedł między nimi, docierając ostatecznie do końca regałów. Zpoczątku chciał pośpiesznie zawrócić iudać się wdrogę powrotną, ale wporę zdał sobie sprawę, że na końcu czytelni znajduje się coś jeszcze, coś, co warto zobaczyć. Dotarł tam wzaledwie kilka sekund irozjaśnił wkrótce pewną marmurową rzeźbę.
Przedstawiała ona dwoje nastolatków mających wwyobraźni rzeźbiarza czternaście, amoże piętnaście lat. Dziewczyna ichłopak stali na podwyższeniu iwtuleni wsiebie obdarzali się szczerymi, pełnymi miłości uśmiechami. Mimo że artysta wyrzeźbił wokół nich cudowny rajski ogród, zakochana wsobie para nie spoglądała na niego wpatrzona jedynie wsiebie nawzajem.
Oczarowany ich widokiem promień zawisł wpowietrzu iprzez dłuższy czas nie odrywał od nich wzroku. Wswojej nieśmiertelnej radości bohaterowie rzeźby nie wiedzieli, że zostali opuszczeni isamotnie stoją na końcu czytelni już od ponad trzystu lat. Promień pomyślał, że wiele by dał, by im to powiedzieć, ale nie potrafił tego zrobić, więc westchnął smutno na samą myśl otym.
Z drugiej strony, myślał sobie nieco później, czy oni by tego chcieli? Przecież teraz są bezgranicznie szczęśliwi. Gdyby dowiedzieli się, kim naprawdę są ico otacza ich szczęście, mogliby to uczucie bezpowrotnie zniszczyć. Czy więc dobrze bym zrobił, gdyby im powiedział? Chyba nie…
Przynajmniej tak mu się zdawało, bo ostatecznie mocno powątpiewał wto, co powinien wtakiej sytuacji zrobić ikrążył po czytelni, wyobrażając sobie, jak wyglądałaby rozmowa między nim aparą, gdyby taka wogóle mogła się odbyć.
Myśli pochłonęły go na tyle, że nie zauważył pewnego zastanawiającego drobiazgu. Krążył po czytelni już od czterech godzin, ale pomimo że wiele razy spoglądał na wyrzeźbioną parę, nie dostrzegł, jak pod wpływem jego blasku kilka razy drgnął mały palec prawej dłoni chłopaka. Zdarzyło się to zaledwie wułamku sekundy ikażdy obserwujący rzeźbę mógłby uznać, że to złudzenie. Wkrótce jednak drganie powtarzało się regularnie, ado tego wpewnej chwili niespodziewanie dziewczyna zamrugała lewymokiem.
Z czasem właśnie to mrugnięcie dostrzegł promień iwystraszony zamarł wbezruchu. Nie mógł uwierzy, że para nagle ożywa. Nagle, wułamku zaledwie kilku sekund, dłonie, całe ramiona, korpus inogi obydwojga oderwały się od siebie oraz od podłoża ichwilę później mogli się bez problemuporuszać.
Zaskoczeni tym faktem nie odważyli się wykonać nawet najmniejszego ruchu. Stali wtym samym miejscu iczekali, aż ich głosy również się uwolnią. Po kilku następnych minutach promień Serpeny dostrzegł, jak ich usta zaczynają się poruszać iwydobywa się znich niezwykle cichy szmer. Czekał na pierwsze zdanie, dawne wyznanie miłości, jednak gdy głos wkrtani dziewczyny całkowicie się uwolnił, usłyszał jedynie:
– Kimjesteś?
Chłopak nabrał więcej powietrza wpłuca iodczekał jeszcze moment. Bał się, by jego głos nie zabrzmiał nienaturalnie. Wkońcu ztrudemwyszeptał:
– Niewiem…
Wystraszona dziewczyna cofnęła się iopuściła wyrzeźbiony ogród, który nie ożył wraz zparą. Cofała się tak długo, aż poczuła, że opiera się ościanę czytelni. Wtedy wpośpiechu zaczęła szukać jakiegoś wyjścia. Dostrzegłszy jakieś drzwi, natychmiast pobiegła wich kierunku, ale wtedy drogę zagrodził jej chłopak ispytał już pewnym, spokojnymgłosem:
– Dlaczego się mnieboisz?
Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko zirytowana parsknęła śmiechem. Zrobiła stanowczy krok wstronę drzwi, ale widząc, że chłopak nie zamierza jej przepuścić, zadawała mu dużo pytań. Chłopak na każde znich miał tę samąodpowiedź:
– Nie wiem.
Dopiero gdy zapytała oswoje imię, którego nie pamiętała, chłopak natychmiast odparł:
– Rose…
Ze zdziwienia dziewczyna otworzyła szerokousta.
– Skąd wiesz, że tak mam na imię? – spytała po chwili, aon wskazał jej postument, na którym wcześniej stali. Mieli to szczęście, że autor nadał swojemu dziełu tytuł ido postumentu przytwierdzono małą tabliczkę znapisem: „Zakochani Rose iDan”.
– Zakochani, tak? – Dziewczyna spoglądała na chłopaka zobrzydzeniem. Miał kwadratową, nieładną twarz zrudą czupryną, akosmyk zgrzywki opadał na duże, wytrzeszczone wciąż oczy. Do tego był szczupły iniski, ajego krzywe nogi wydawały się dziewczynie wręcz zabawne. Gdy go dokładnie obejrzała, parsknęła śmiechem ijuż niezatrzymywana, wybiegła zczytelni. Biegała teraz zjednego pomieszczenia do drugiego wposzukiwaniu innych osób, ale szybko spostrzegła, że wnętrza biblioteki rozświetlone jasnymi promieniami Serpeny wypełniają jedynie zakurzone regały znikomu już niepotrzebnymiksiążkami.
– Jest tu kto!? – krzyknęła zbezradności, ale nic nie przerwało ciszy. Dopiero po dłuższej chwili, gdy podejrzewała już, że biblioteka jest pusta, odpowiedział jej znanygłos:
– Jestem tylkoja…
Dziewczyna odwróciła się iobrzuciła Dana pogardliwymspojrzeniem.
– Śledzisz mnie czy co? – spytała, ale chłopak zdążył jedynie otworzyć usta, zanim dziewczyna doskoczyła do okna, by rozejrzeć się po okolicy. Dan nie miał na razie odwagi do niej podejść, ale naglespytał:
– Czego szukasz?
Rose nie odpowiedziała. Postanowiła nie zwracać na niego uwagi. Była tak zajęta obserwacją, że nie zauważyła, że chłopak nabrał odwagi ipowoli się do niej zbliżał. Dopiero gdy usłyszała jego kroki zaledwie trzy metry od siebie, naglezareagowała:
– Nie! – Odwróciła się do niego ipoleciła: – Zostań tam, gdzie jesteś, izajmij sięsobą!
– Ale naprawdę mogę ci pomóc. Tylko powiedz, czegoszukasz…
– Zostaw mnie! –odpowiedziała. Rose wróciła do obserwacji okolicy. Coraz odważniejszy Dan postąpił kilka kroków wjej stronę iusłyszał, jak dziewczyna szepcze do siebie urwane, nieskładnezdania:
– Nie możemy być sami… – mówiła zprzerażeniem wgłosie. – To niemożliwe... Ktoś musi tubyć…
Dan powiódł wzrokiem za okno izobaczył, że okolica jest zupełnie pusta. Zaciekawiony podszedł do najbliższego okna iz niepokojem stwierdził, że biblioteka znajduje się wcentrum dużego miasta kolonialnego, które zniszczone przez upływ lat stało się ruiną, martwym pomnikiem żyjących tu kiedyś ludzi.
Ludzie ci zapewne przybyli tu dawno temu, zbudowali kolonię, rozbudowując ją do rozmiarów dużego miasta ziemskiego, apotem, jak podejrzewał Dan, opuścili je wnagłym pośpiechu. Nie tylko nie zabrano książek zbibliotecznych regałów, ale wjednej chwili porzucono rowery czy dziecięce zabawki na placach zabaw. Krążące niegdyś po ulicach miasta pojazdy naziemne zostawiono zotwartymi drzwiami, aniewyłączone lampy uliczne zsamoładującymi się bateriami wciąż świeciły zasilane promieniami Serpeny. Zulgą Dan odnotował fakt, że na ulicach nie leżało żadne ciało. Być może wszystkim udało się uciec, znaleźć odpowiednie schronienie iprzetrwać. Jednakże nurtowało go pytanie: dlaczego nie wrócili? Miasto co prawda obecnie stanowiło ruinę, ale co stało na przeszkodzie, by wrócić do niego, odbudować je iponownie wnimzamieszkać?
– Może musieli opuścić planetę? – pytał sam siebie szeptem tak, by Rose nie usłyszała. Wpatrzony wpewien wysoki na kilka kilometrów komin wyobrażał sobie mieszkających tu przed laty kolonistów. Wydawało mu się, że słyszy ich rozmowy, śmiech, płacz, obserwuje ich życie codzienne ztowarzyszącymi mu radościami itroskami. Powoli ich poznaje, zna ich imiona, wchodzi do ich mieszkań nie jako intruz, ale jako serdeczny przyjaciel. Nagle nie czuł się już samotny ichciał to powiedzieć Rose, ale gdy się do niej odwrócił, zobaczył jedynie wystraszoną twarz dziewczyny wpatrującą się wwidok zaoknem.
Rose nie mogła uwierzyć wto, co właśnie widzi inie przyjmowała do siebie oczywistej prawdy. Była pewna, że nie są zDanem sami iszukała przynajmniej jednej osoby, choćby zagubionego dziecka, które błąkałoby się po opuszczonym mieście. Ciągle powtarzała pod nosem, że to niemożliwe, by nagle mieszkańcy opuścili miasto inie wrócili po swoje rzeczy. Próbowała znaleźć wgłowie wyjaśnienie zaistniałej sytuacji, jednak żadne ztych, które przyszło jej do głowy, nie było na tyle wiarygodne, by mogło ją uspokoić. Po chwili Rose rozpłakała się zbezradności.
Dan chciał jej pomóc, ale gdy tylko do niej podszedł, oburzona dziewczyna zwymyślała go tak, że szybko przerażony cofnął się do regałów zksiążkami. Stamtąd ze wzruszeniem obserwował, jak Rose opuściła głowę, zalała się łzami, apotem pełna nagromadzonej na nowo nadziei biegła do innego okna iszukała dowodów, że nie są zDanem jedynymi mieszkańcami tego miasta. Niestety widok zkażdego okna prezentował się dokładnie taki sam. Dziewczyna rwała włosy zgłowy, obserwując nerwowo opustoszałą okolicę biblioteki. Wjej umyśle panował zamęt iniesłabnący, paraliżujący strach. Nagle odwróciła się od okna, zemdlała iupadła na podłogę. Wtedy Dan wybiegł zza regału, ale gdy Rose go zobaczyła, natychmiast się podniosła ikrzyknęła ztakim samym uporem, cowcześniej:
– Mówiłam! Odejdź odemnie!
I Dan odchodził. Smutny iz niezrozumiałym poczuciem winy patrzył na Rose, próbującą pogodzić się zmyślą, że zostali wmieście sami ito już wiele lat temu. Teraz ożyli przypadkowo zbudzeni przez niespodziewaną śmierć dębu ipłaczącą Serpenę. Dan zrozumiał to dosyć szybko, ale widział, jak Rose walczy zmyślami. Obserwował ją, jak niepogodzona zlosem schodzi na niższe piętro.
Chłopak tym razem za nią nie podążył. Zdawał sobie sprawę, że Rose może pomóc tylko ona sama. Co prawda wsłuchiwał się wjej kroki, ale gdy ucichły wkorytarzu niższego piętra, już się nią nie interesował. Udawał, że bardziej ciekawią go książki. Odczytywał ich tytuły, sięgał zpółki pojedyncze sztuki, ale żadnej znich nawet nie otworzył, gdyż coraz bardziej niepokoił się tym, że nie słyszy Rose. Chciał po nią pójść, ale po chwili odgłos kroków zpierwszego piętra rozległ się ponownie ito wtym samym pośpiesznym rytmie. Dan się niby uspokoił, choć zpewnym niepokojem odstawił trzymaną wręku książkę, by skupić się na krokach.
Rose zapewne spacerowała nerwowo po korytarzu, doskakiwała do okien iwypatrywała oznak życia wopuszczonym mieście. Co chwilę chłopak słyszał ponure westchnięcie rozżalonej dziewczyny czy bicie pięściami wszyby okna. Wreszcie odgłosy te zastąpił dźwięk głośnego iniepohamowanego łkania.
Dan poważnie martwił się oRose. Już chciał zbiec do niej, by ją pocieszyć, anawet izaproponować, by razem wyjaśnili zagadkę tego miasta. Wwyobraźni robił ku niej krok. Czasami otwierał też usta, szukając dla Rose odpowiedzi, ale jego ust nie opuszczał nawet szept.
Miasto pozostawało niezmiennie puste, aciszę przerywał jedynie odgłos przelatujących ptaków lub złośliwy świst wiatru, który się znimi ścigał. Właśnie kołowały całym stadem nad biblioteką, by niebawem rozpocząć rywalizację. Dan utkwił wnich zaciekawione spojrzenie. Ptaki były szybkie, ale wiatr kierował swoje podmuchy wich stronę, więc musiały zwolnić inie doganiały swojego przeciwnika. Tym razem wygrał wiatr, azniechęcone ptaki wkrótce odleciały. Dan wołał jeszcze, by wróciły, lecz te nie mogły go usłyszeć ipoleciały dalej. Wkilka sekund opuściły miasto, ato ponownie wypełniła przerażająca, głucha cisza. Samotny chłopak nagle poczuł, że zbiera mu się na płacz, którego nie może powstrzymać. Spuścił głowę. Najpierw zprawego oka spłynęła jedna, ledwie zauważalna mała łza, której Dan nie dostrzegł. Dopiero gdy druga skapnęła na podłogę, chłopak otarł twarz izawstydzony ukrył ją wdłoniach. Nie mogąc powstrzymać łkania, przysunął twarz do okna iszukając pocieszenia, nasłuchiwał. Niestety miasto pozostawało zupełnie ciche isprawiało wrażenie, jakby samo wsłuchiwało się wpłacz Dana. Od tylu lat stało puste, że karmiło się już tylko głębokim, przytłaczającym smutkiem. Chłopak nie potrafił go pocieszyć inie zamierzał. Przerażony martwym obliczem miasta odszedł od okna, aniedługo późniejkrzyknął:
– Rose!
Milczała, więc wzywał jądalej:
– Rose, proszę, powiedzcoś.
Znów niczego nie usłyszał, więc zaniepokojony podbiegł do szczytu schodów. Jeszcze kilka razy ją zawołał, ale nie usłyszawszy odpowiedzi, zamilkł ipowoli zszedł na pierwsze piętro. Wkorytarzu nikogo nie dostrzegł, pobiegł więc do dużej, oszklonej sali ze starodrukami. Tam, wkącie pomieszczenia, dziewczyna stała ztwarzą przyklejoną do szyby.
– Rose? – Próbował zwrócić jej uwagę, ale nie zdołał. Patrząca wdal dziewczyna nie zdawała sobie sprawy zjego obecności. Zaskoczony Dan powiódł wzrokiem wślad za spojrzeniem Rose i, podobnie jak dziewczyna, zastygł wpozie wyrażającej nieoczekiwane szczęście iwzruszenie.
– Czy to…? – rzekł nagle, ale nie dokończył. Po dłuższej przerwie chciał coś dodać, ale nagle wyręczyła go Rose.
– To oni… – potwierdziła dziewczyna, aDan uśmiechnął się szeroko. To, co jeszcze przed chwilą wydawało się niemożliwe, teraz okazało się zupełnie prawdziwe. Otóż na horyzoncie, dziesiątki kilometrów od opuszczonego miasta, stało wzniesione na niewysokim wzgórzu drugie miasto. Otoczone czterema, jeszcze większymi kominami niż ten, który znajdował się wopuszczonym mieście, pięło się wysoko na wiele kilometrów, acałość połączono licznymi, poskręcanymi ze sobą rurami. Rury te bez przerwy mieniły się pulsującymi chaotycznie światłami, dzięki czemu wnętrze tejże kolonii stało się właściwie niewidoczne. Dan iRose mogli co najwyżej dostrzec lotnisko umieszczone na najwyższym piętrze miasta. Co kilka minut startowały zniego frachtowce, które, zmierzając wstronę gwiazd, unosiły się wysoko ponad opuszczone miasto ipośpiesznie znikały wgęstych chmurach. Ich piloci nie patrzyli wstronę ruin opuszczonego miasta, więc zczasem onim zapomnieli. Stanowiło teraz dla nich, podobnie jak dla większości mieszkańców nowej kolonii, przebrzmiałą, nikomu niepotrzebnąlegendę.
– Jest cudowne… – wyszeptała wpewnej chwili Rose, widząc, że Dan również nie odrywa wzroku od ogromnego miasta. Wprzeciwieństwie do niej chłopak nie uważał piętrowej kolonii za cudowną. Chciał nawet zwrócić uwagę dziewczynie, że miasto jest brzydkie, przypomina mu usychającą roślinę, ale zauważywszy szczęście Rose, powstrzymał się od wyrażania wszelkich uwag ipodszedł do niej na odległość zaledwie kilkucentymetrów.
Oszołomiona radością Rose nie zorientowała się, że Dan ją przytula, przytakuje wreakcji na wypowiadane przez dziewczynę pochwały na temat miasta, anawet roni kilka łez na jej odkryte ramię. Rose patrzyła na miasto oczarowana bogactwem jego barw, wsłuchiwała się wnieodcierające tu dźwięki oraz chwaliła inżynierów, którzy zdołali połączyć piętra miasta wjednącałość.
– Tam musi być wszystko! – wołała do Dana. – Tysiące ludzi! Tysiące domów isklepów! Każdy towar, każda najpiękniejsza rzecz na wyciągnięcie ręki! Aco to!? Spójrz! Fajerwerki! Oni się bawią, słyszę ich śmiech! Pewnie gra muzyka! Jak myślisz? Coświętują!?
– Wiele rzeczy można świętować… – odparł wzamyśleniu Dan, ale Rose miała już gotowąodpowiedź:
– Ktoś ma urodziny! – wykrzyczała. – Zpewnością mieszkańcy miasta zebrali się na głównym placu… Spójrz! Kolejnewystrzały!
Znudzony Dan przytakiwał. Czerwona iskra zapaliła na chwilę niebo nad nowym miastem iprzeobraziła się wzionącego ogniem smoka. Oczarowana Rose skakała przy oknie jak mała dziewczynka. Zniecierpliwością czekała na kolejne wystrzały, agdy te nie nadchodziły, denerwowała się iobrażona krążyła po sali. Dan musiał ją uspokajać izwracać jej uwagę na kolejne, gdy ta wswoim zdenerwowaniu nawet ich nie zauważała. Dziewczyna podbiegała wtedy do okna ipatrzyła na dalekie miasto zszeroko otwartymi ustami, nie mogąc uwierzyć wswoje szczęście.
– Spójrz, Dan! – powtarzała, pokazując mu palcem, jak iskry barwiły niebo nad piętrowym miastem iukazywały wnastępujących po sobie obrazkach pewną historię. Rose nie rozumiała ich, ale Dan wyjaśniał, co to za postacie ido czegonawiązują.
– Nie wiem! Nigdy onim nie słyszałam! – powtarzała Rose. Mieniące się wświetle Serpeny złote iskry zfajerwerków sprawiały, że jej serce biło mocniej. Oczarowana widokiem otwierała usta, apotem zasłaniała je, gdy krzyczała ze szczęścia. Wreszcie odeszła od okna ioznajmiła Danowi, że za chwilęwróci.
– Dokąd idziesz? – spytał chłopak, ale Rose pokiwała tylko głową ipobiegła wstronę schodów. Dan natychmiast za nią ruszył, jednak dziewczyna okazała się szybsza ipo chwili chłopak stracił ją zoczu. Słyszał, jak Rose zeskakuje zkolejnych stopni inie zwraca uwagi, że niektóre znich są popękane inieostrożne stawianie kroków grozi upadkiem. Kilka znich zatrzeszczało groźnie pod ciężarem Rose, ale mimo tego dziewczyna wkrótce znalazła się na parterze. Zanim Dan dotarł na półpiętro, Rose zeskoczyła zostatniego stopnia ipobiegła wstronę drzwi wejściowych. Zadowolona uniosła ręce wgeście zwycięstwa, ale wzaledwie kilka sekund później zawstydzona opuściła je, gdy zatrzymały ją automatyczne drzwi obrotowe.
W bibliotece nie było prądu, więc gdy Rose podbiegła do drzwi, te nawet nie drgnęły. Gdy dziewczyna zrozumiała, że same się nie otworzą, popchnęła je najmocniej, jak tylko potrafiła. Centymetr po centymetrze przesuwała je coraz dalej, ale wkrótce doszła do wniosku, że trwa to za długo izirytowana tupnęła nogą. Ostatecznie udało jej się zrobić kilkudziesięciocentymetrowe przejście, ale nadal za małe, by wyjść zbiblioteki. Wkrótce dobiegł do niej Dan. Rose liczyła, że pomoże jej pchać. Jednak chłopak pozostawał głuchy na wszelkie prośby dziewczyny. Wręcz stanowczo jejodmówił.
– Dlaczego chcesz wyjść? – dziwił się. – Zpiętra wbibliotece będzie lepiej widać fajerwerki niż zzewnątrz.
– Ale ty głupi jesteś! – odburknęła Rose. – Lepiej chodź ipomóż.
– Ale po co? Nie rozumiem cię, Rose.
Dziewczyna ciężko westchnęła. Mocowała się zdrzwiami od dobrej minuty, ale te ani drgnęły.
– Jeśli nie chcesz mi pomóc, to odejdź! – zawołała, dając upust złości. – Co masz robić, pytasz? Nie wiem. Jest tu wiele książek. Poczytaj sobie. Ja muszęiść.
– Dokąd? – spytał Dan, ale nie otrzymał odpowiedzi. Domyślał się, oczym myśli Rose, izapłakał po kryjomu, bo wiedział, że dziewczyna może go opuścić. Uważał, że sam sobie nie poradzi, asamotność zpewnością go zniszczy. Jeśli chce być szczęśliwy, jeśli ona chce być szczęśliwa, nie mogą się rozdzielać. Przecież nawet wtym opuszczonym, smutnym mieście mogą zamieszkać razem, założyć domi…
– Aniech to! – Zzamyślenia wyrwał go okrzyk Rose, wciąż siłującej się zdrzwiami. Nie potrafiła ich bardziej przesunąć, więc zrezygnowana zwiesiła głowę. Zczasem jednak jej determinacja zwyciężyła, więc zwróciła się do Dana:
– Pomożesz?
Chłopakowi zrobiło się żal dziewczyny. Stała przed nim ze smutną twarzą ize łzami woczach. Nie chciał, by go opuściła, ale podszedł do drzwi ipołożył dłonie na szybie. Wystarczyło kilka mocniejszych pchnięć, by ustąpiły, ado biblioteki wleciało świeże powietrze. Dan głęboko odetchnął iz szerokim uśmiechem spojrzał na Rose. Dziewczyna wodpowiedzi wysunęła język i, rozbawiona zdziwioną miną chłopaka, wybuchła gromkim śmiechem.
– Jesteś niesamowicie zabawny – rzekła do Dana ipomachała mu na pożegnanie. – Mój drogi, odchodzę. Nie wiem, czy jeszcze się zobaczymy…
I zanim chłopak zdążył zareagować, dziewczyna wybiegła na ulicę.
– Rose! – krzyknął za nią Dan, ale ona się nawet nie obróciła. Chłopak doskoczył do drzwi, gotowy biec za nią, lecz nagle się zatrzymał. Nie chciał zostać sam, ale bał się opuszczonych ruin. Na widok pustych wnęk po oknach zwieżowca naprzeciw zakręciło mu się wgłowie imusiał przytrzymać się drzwi do biblioteki, by nie upaść. Wydawało mu się, że wmroku opuszczonego budynku widzi parę dzikich, błyszczących oczu, anie punktowo świecące promienie Serpeny isłyszy nieludzki, potężny ryk, choć wrzeczywistości docierał do niego odgłos gwałtownego podmuchu wiatru. Przypuszczał, że ruiny miasta nie są zupełnie opuszczone iz mocno bijącym sercem obserwował, jak Rose oddala się iznika za budynkami.
