Narzeczona na zamówienie - Angelika Łabuda - ebook
BESTSELLER

Narzeczona na zamówienie ebook

Łabuda Angelika

4,2

86 osób interesuje się tą książką

Opis

Przed przeznaczeniem nie uciekniesz

Prędzej piekło zamarznie, niż się w tobie zakocham!

Hailey Reed to twardo stąpająca po ziemi kobieta, która nie wierzy w miłość i jej nie potrzebuje, ale w pewnym sensie na niej zarabia. Atrakcyjna panna Reed bowiem utrzymuje się z roli fałszywej narzeczonej, a czasem także żony rozmaitych mężczyzn w potrzebie. Na życzenie i za odpowiednią kwotę Hailey będzie taką kobietą, jakiej sobie życzą. Będzie odpowiednio wyglądać, właściwie się zachowywać i prezentować historię, która uwiarygodni ją w oczach rodziny i przyjaciół klienta.

Niestety, Hailey, której specjalnością jest ratowanie innych przed rodzinnymi kłopotami, sama nie pozostaje od nich wolna. Jej ukochany młodszy brat to niewyczerpane źródło problemów... Źródło, które aktualnie trzeba zasilić oszałamiającą kwotą pół miliona dolarów! Kiedy spanikowana dziewczyna zastanawia się nad tym, jak zdobyć tak wielkie pieniądze, w jej życiu pojawia się Degory Carver. Szef wielkiego koncernu naftowego wie o niej wszystko i oferuje odpowiednią sumę za fikcyjne narzeczeństwo z jego synem Aaronem.

To nie będzie łatwe zlecenie, tym bardziej że ostatnie, o czym marzy Aaron, to ustatkowanie się. Jednak on sam również ma pomysł, jak przekonać ojca, by uwierzył, że się zmienił.

Ponoć miłości nie da się oszukać... Tylko czy ona na pewno wszystko wybaczy? Nawet kłamstwo?

Jak ułożą się relacje Hailey Reed z bosko przystojnym i irytująco aroganckim dziedzicem Carver Corporation? Tego się dowiecie z najnowszej powieści Angeliki Łabudy.

Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 430

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (511 ocen)
261
128
82
24
16
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnnaKacz81

Nie oderwiesz się od lektury

przeczytałam w jeden wieczór, ciężko się oderwać od książki
51
AgaWiktoria
(edytowany)

Z braku laku…

Zaczynała się fajnie a potem coraz gorzej… jej zachowanie „chce, nie chce” wtrącanie się przyjaciółki, dużo trywialnością w tym było. Autorka chciała zbudować napięcie i emocje ale wyszło to jakoś płasko… nie czułam ani chemii między bohaterami ani namiętności…nic. Poza tym serio? „Zwykły” człowiek bez problemu zdobędzie pol miliona w 2 tygodnie? Dużo niedociągnięć e książce. Miała potencjał ale wyszła bardzo przeciętna
40
Ayanamita

Z braku laku…

Bohaterowie są bardzo płytcy, fabuła nie do końca się klei, brakuje logiki w postępowaniu kogokolwiek
30
livsxxx
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

ogólnie bardzo fajna, ale końcówka totalnie mi nie siadła
31

Popularność




Angelika Łabuda [ _boss_girl ]

Narzeczona na zamówienie

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Redaktor prowadzący: Justyna WydraZdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock.

Helion S.A.ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 230 98 63 e-mail: [email protected] WWW: https://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres https://editio.pl/user/opinie/narzwy_ebookMożesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

ISBN: 978-83-289-0798-0

Copyright © Angelika Socha 2024

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

„Prawdziwie kochasz wtedy, kiedy nie wiesz dlaczego”.

Lew Tołstoj

Dla każdego, kto zapomniał, że po zachodzie słońca wstaje nowy, lepszy dzień.

Rozdział 1.Wszystko, co dobre, szybko się kończy

Hailey

W dzisiejszym świecie nic nie jest pewne. Ciągłe zmiany zmuszają nas do szukania nowych, lepszych rozwiązań, aby przetrwać w brutalnym społeczeństwie, które w pogoni za władzą i pieniędzmi wiecznie chodzi na skróty.

— Mam na imię Allison, ale tak naprawdę mogę być, kimkolwiek pan zechce. Jeśli szuka pan idealnej narzeczonej, to dobrze pan trafił. — Uśmiechnęłam się zalotnie do siedzącego naprzeciwko mnie przyszłego prezesa jednej z największych kancelarii prawniczych w Nowym Jorku, Maxwella Sprayberra. — Mogę panu pomóc zdobyć to, czego pan pragnie — dodałam.

— W chwili, gdy powiem „tak”, umowa wejdzie w życie? — zapytał niepewnie, upijając łyk szkockiej.

— Tak. Od momentu podpisania ze mną kontraktu oficjalnie będziemy zaręczeni — potwierdziłam, kiwając głową. — Spokojnie, nikt oprócz nas nie będzie o tym wiedział. Kontrakt zawiera wszelkie informacje dotyczące naszych oficjalnych stosunków. Po zapoznaniu się z nim proszę do mnie zadzwonić i dać odpowiedź.

— Nikt się nie zorientuje, że… — Mężczyzna z mocno zarysowaną szczęką i kilkudniowym zarostem nachylił się nad stolikiem i zbliżył się do mnie, szepcząc: — To tylko gra?

— Panie Sprayberr, zajmuję się tym od czterech lat, proszę mi zaufać — zapewniłam go, odsuwając się do tyłu na oparcie miękkiego fotela. Założyłam jedną nogę na drugą i złączyłam dłonie na kolanach. — Nigdy nie popełniam błędów.

— Dobrze, w takim razie przejrzę kontrakt i dam pani odpowiedź dziś wieczorem. Mój dziadek nie przekaże mi rodzinnej firmy, dopóki się nie ożenię, tak że…

— Spokojnie — przerwałam mu. — Proszę się najpierw zapoznać z wszelkimi obowiązującymi zasadami. Potem będziemy rozmawiać na temat pana rodziny.

— Zatem… — Mężczyzna wstał i zapiął środkowy guzik marynarki, po czym wyciągnął w moim kierunku dłoń. Wstałam tuż po nim i uścisnęłam ją. — Jesteśmy w kontakcie.

— Do widzenia, panie Sprayberr — odparłam, obserwując go uważnie.

Kiedy mężczyzna wyszedł z restauracji, wyciągnęłam z torebki notatnik, bez którego nie wychodziłam z domu. Zapisywałam w nim wszystkie spotkania, potencjalnych klientów oraz ich wytyczne, o których informowali mnie mailowo. Klient przede wszystkim musiał określić swoją sytuację oraz odpowiedzieć na pytanie, jakiej narzeczonej szuka. Powinien też w kilku zdaniach opowiedzieć mi o sobie (czym się zajmuje, gdzie pracuje, jakie ukończył szkoły oraz gdzie mieszka), a poza tym zadeklarować poufność w stosunku do zawieranego ze mną kontraktu w postaci podpisania aneksu na kwotę dwudziestu tysięcy dolarów. Było to swego rodzaju zabezpieczenie na wypadek, gdyby zdradził komukolwiek informacje na temat naszego spotkania oraz omawianej umowy. Nie mogłam sobie pozwolić na najmniejszy błąd, ponieważ to była moja praca. Zarabiałam dzięki niej dobre pieniądze i mogłam żyć na poziomie, do którego zawsze dążyłam.

Przejrzałam uważnie zapiski dotyczące dzisiejszego dnia i wykreśliłam czarnym markerem nazwisko Sprayberra. Spotkanie się odbyło, lecz decyzja nie została jeszcze podjęta. Maxwell był przyzwoitą partią i dziwiłam się, że nie jest w stanie sam znaleźć sobie kobiety. Nie brakowało mu charyzmy oraz pieniędzy, ale głównymi czynnikami, które odpowiadały za brak odpowiedniej kobiety u jego boku, zapewne były jego nieśmiałość i brak pewności siebie.

Nawet w takich przypadkach dawałam sobie radę. Od czterech lat zajmowałam się realizowaniem zamówień na idealną narzeczoną. Mężczyźni mogli określać mój wygląd, wykształcenie, poszczególne cechy charakteru, jak duże poczucie humoru, nieśmiałość lub wysokie mniemanie o sobie. Wszystko zależało od klientów, ponieważ moim zadaniem było dopasowywanie się do ich potrzeb. Przychodzili do mnie zdesperowani, których zdradzały żony. Ich ponowne związki miały być formą zemsty. Nie brakowało także przyszłych prezesów wielkich firm czy też dyrektorów, którym rodziny narzucały poślubienie odpowiedniej kobiety w zamian za przejęcie władzy.

Kiedy w grę wchodził ślub, mogłam zarobić większe pieniądze. Na swoim koncie miałam już cztery fikcyjne śluby, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało, bo żaden nie został wpisany do rejestru w urzędzie stanu cywilnego. Fałszywi urzędnicy, fałszywe dokumenty oraz dowody osobiste to chleb powszedni w tego rodzaju profesji. Bez tego nie byłabym w stanie zrealizować usług, na które w dzisiejszych czasach był ogromny popyt. Miłość to czysty biznes, na którym można zarobić dużo pieniędzy.

Chwilę mojej zadumy przerwał dźwięk dzwonka. Wyjęłam szybko iPhone’a z torebki i zerknęłam na wyświetlacz. Zacisnęłam nerwowo usta w wąską linię, gdy tylko dostrzegłam imię młodszego brata. Odebrałam po kilku sekundach i od razu warknęłam zirytowana:

— Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie dzwonił do mnie pomiędzy dziesiątą a dwudziestą?

— Wybacz, Hailey, ale nie miałem wyjścia.

Oho… To nie brzmiało zbyt dobrze.

— Co się stało, Tyler?

— Potrzebuję kasy. I to sporo.

Przymknęłam na chwilę powieki i policzyłam w myślach do dziesięciu. Jeśli ten idiota znowu zaczął grać na giełdzie, to przysięgam, że go zabiję, gdy tylko zjawi się zpodkulonym ogonem wmoim mieszkaniu.

— Znowu grałeś, prawda? — syknęłam, ściszając głos.

— Tak. Wiem, co powiesz, ale wybacz mi, to było silniejsze ode mnie. Jeden z kumpli powiedział, że warto zainwestować pieniądze w dobrze prosperującą firmę zajmującą się programowaniem nowych aplikacji, ale niestety zbankrutowali… — zaczął tłumaczyć, ale miałam to w głębokim poważaniu.

— Ile? — zapytałam oschle.

— Pół miliona dolarów…

— Co, kurwa?! — krzyknęłam.

Zerwałam się z miejsca, co wzbudziło zainteresowanie klientów restauracji. Rozejrzałam się nerwowo, szukając drogi ucieczki. Szybko wepchnęłam notes do torebki, z której przy okazji wygrzebałam dwadzieścia dolarów. Rzuciłam je na stolik i w popłochu wyszłam na zewnątrz.

— Zwariowałeś?! Skąd ty wziąłeś tyle pieniędzy?

— Pożyczyłem — wydukał.

— Nawet nie chcę wiedzieć od kogo. Sądząc po twoich ostatnich długach, ludzie, z którymi się zadajesz, nie świecą przykładem — powiedziałam nerwowo.

Szłam szybko w kierunku swojego mieszkania, które znajdowało się na Manhattanie, jakieś trzy przecznice od restauracji. Mijałam ludzi, obijając się o niektórych, jednak nikt nie zwracał na to uwagi. Przed południem na ulicach Nowego Jorku nie było mowy o spokojnym spacerku.

— Wiem, Hailey, ale błagam, pomóż mi ten ostatni raz. Obiecuję, że więcej nie zagram. Jeśli nie oddam im tej kasy, ci ludzie mnie zabiją.

— Zawsze wpakujesz nas w najgorsze gówno. Ile będę musiała cię jeszcze niańczyć? — zapytałam, zatrzymując się na przejściu dla pieszych. — Nie mam takiej sumy pieniędzy.

— Błagam cię, pomóż mi. — Usłyszałam, jak brat pociąga nosem.

— Daj mi trochę czasu, muszę pomyśleć. Nie jestem w stanie ci pomóc w ciągu dziesięciu minut. Oddzwonię.

— Dziękuję, Hailey. Wiedziałem, że nie zostawisz mnie w potrzebie.

— Jeszcze się nie zgodziłam, kretynie — odparłam i rozłączyłam się.

Na sygnalizatorze pojawił się migający ludzik, a ja wraz z tłumem ruszyłam przed siebie. Miałam w głowie totalny mętlik. Jak miałam pomóc Tylerowi? Pół miliona to sporo pieniędzy, a ja nawet dzięki kontraktom tyle nie zarabiałam. W końcu miałam też swoje wydatki, jak czynsz, jedzenie, ubrania, opłata za szkołę Tylera. Miałam dwadzieścia trzy lata, a od pięciu musiałam mocno stąpać po ziemi. Gdy nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, przejęłam opiekę nad młodszym bratem. Z początku wynajmowaliśmy małą kawalerkę, a pieniądze z polisy starczyły na początkowe opłaty i życie, lecz nie było ich na tyle dużo, aby przeżyć chociażby rok w Nowym Jorku. Musiałam więc rzucić szkołę i pójść do pracy. Z początku brałam, co tylko się dało — roznoszenie gazet, opiekę nad dziećmi, korepetycje z angielskiego, a także pracę w barze jako kelnerka oraz pomoc w kuchni. Tego było za wiele. Miałam dość. Życie waliło nam się na głowę, a ja nie mogłam pozostać obojętna wobec Tylera. Chciałam, aby rodzice byli ze mnie dumni, że potrafiłam wychować go na porządnego faceta, lecz patrząc na to, co robił, zdawałam sobie sprawę, że popełniłam wiele błędów.

Dzięki koleżance z baru trafiłam na forum dla biznesmenów. Doradziła mi, abym zapisała się tam pod fałszywym nazwiskiem i znalazła sobie bogatego męża. Tak powstała Allison Roden. Z początku faktycznie szukałam młodego, przystojnego i bogatego kandydata na męża, ale uznałam, że nie warto skupiać się na jednym. Wielu z nich pisało na forum, że ma problemy z odziedziczeniem władzy ze względu na swój stan cywilny. Ci mężczyźni nie chcieli żony. Oni chcieli wolności i władzy, a ja postanowiłam to wykorzystać.

Napisałam na prywatnym forum ogłoszenie, w którym umieściłam kilka informacji o sobie oraz o tym, że jestem skłonna pomóc w poszukiwaniu idealnej narzeczonej na zamówienie. Odpowiedzi i zapytania zaczęły spływać już po kilku godzinach, a ja znalazłam w końcu odpowiednią pracę, dzięki której byłam w stanie wynająć nowe mieszkanie dla siebie, a z czasem także dla Tylera.

Lecz wszystko, co dobre, szybko się kończy.

Bałam się, że właśnie i na mnie przyszła pora.

Rozdział 2.Warunek

Aaron

— Czy ty jesteś skończonym idiotą, Aaron?! — Ojciec machnął mi przed oczami gazetą. — Ile razy masz jeszcze zamiar wylądować na pierwszych stronach tych pieprzonych brukowców?! — wykrzyczał w moim kierunku, rozpinając środkowy guzik marynarki, po czym usiadł w fotelu za biurkiem i odrzucił na nie gazetę.

Od trzydziestu minut stałem w gabinecie ojca, skazany na wysłuchiwanie kolejnego przemówienia na temat mojego zachowania. Gdybym tylko mógł zliczyć, ile razy w życiu nazwano mnie idiotą, kretynem, rozpuszczonym bachorem…

— Nosisz nazwisko Carver, jesteś jedynym dziedzicem naszej rodzinnej fortuny, a zachowujesz się gorzej niż pięcioletnie dziecko!

— Skończyłeś? — Odchrząknąłem i włożyłem ręce do kieszeni spodni. — Jeśli tak, to wybacz, ale mam co robić. Spieszę się — dodałem.

— Chyba coś ci się pomyliło, Carver! — wrzasnął na całe gardło, aż zapiszczało mi w uszach. — Masz dwadzieścia cztery lata, powinieneś skończyć z imprezami, wyjazdami i trwonieniem pieniędzy na lewo i prawo. Nie po to wysłałem cię do Londynu na studia, abyś teraz siedział w domu i nic nie robił! — Wymierzył we mnie palec wskazujący i zacisnął usta w wąską linię.

Oho, zaraz padnie jakieś ultimatum.

— Albo zmądrzejesz i w końcu się ożenisz, albo możesz zapomnieć o firmie, pieniądzach i luksusie, do którego przywykłeś. Koniec, nie będę więcej tolerował twoich wybryków i szargania reputacji firmy.

Co, kurwa?

— Słucham? — Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. — Co mam zrobić? — zapytałem raz jeszcze, ponieważ odniosłem wrażenie, że się przesłyszałem.

— Masz się ożenić. To mój warunek na to, abym przepisał ci udziały w firmie i nie wydziedziczył cię w testamencie.

— A jeśli tego nie zrobię, to nie dostanę niczego, tak?

— Brawo, w końcu zaczynasz trzeźwieć i rozumieć, co do ciebie mówię.

— Żartujesz sobie ze mnie…

— Nie, jestem śmiertelnie poważny, Aaron. Mam po dziurki w nosie zajmowania się twoimi sprawami. A teraz zejdź mi z oczu. Za godzinę ma przyjechać Crystal.

Zajebiście! Jeszcze mi tu mojej siostry brakowało do kompletu.

Ojciec nigdy nie był tak poważny jak dzisiaj. Przyznaję, mogłem trochę przesadzić, ale żeby zaraz robić taką aferę z jakiegoś tam trójkąta pod klubem? To nie moja wina, że te laski się na mnie rzuciły, a ja jak na dżentelmena przystało nie mogłem im odmówić. To byłoby nieuprzejme z mojej strony.

Wkurzony po rozmowie z ojcem wyszedłem szybko z domu i skierowałem się w stronę zaparkowanego na podjeździe czarnego audi. Wyjąłem z kieszeni iPhone’a, po czym wybrałem numer do Maxa, mojego przyjaciela. Odebrał po kilku sygnałach.

— Carver, streszczaj się, nie mam czasu.

— Uprzejmy jak zawsze — stwierdziłem, zajmując miejsce za kierownicą.

— Stary, nie wkurwiaj mnie nawet. Nie mam ani czasu, ani nastroju. Przechodzisz do rzeczy, czy mam się rozłączyć? — zapytał naprawdę ostro.

Zdziwiłem się. Max nie był nigdy tak rozdrażniony jak dzisiaj. Zazwyczaj okazywał mnóstwo zainteresowania drugim człowiekiem, a także wykazywał ogrom spokoju. Coś było z nim mocno nie tak.

— Co jest, stary? — zapytałem.

— Dziadek zmarł na zawał serca jakąś godzinę temu, gdy byłem na ważnym spotkaniu — powiedział drżącym głosem.

— O, kurwa… Max, przykro mi.

— Jestem teraz z rodziną w jego posiadłości, zadzwonię do ciebie później — powiedział po chwili ciszy.

— Jasne, zdzwonimy się wieczorem, okej?

— Mhm — odparł, po czym się rozłączył.

Tego bym się nie spodziewał… Rodzina Maxa była dość blisko z moją, ale ojciec nie wspomniał o jego dziadku ani słowem.

Zapewne jeszcze go nie poinformowali.

Pokręciłem głową z niedowierzeniem. Ten dzień zdecydowanie nie zapowiadał się na udany. Rzuciłem telefon na fotel pasażera, po czym przekręciłem kluczyk w stacyjce. Odjechałem spod domu z piskiem opon i ruszyłem przed siebie, w kierunku Manhattanu.

Rozdział 3.Poradnik dla samotnych…

Hailey

Jak mam zdobyć pół miliona w ciągu kilku dni? Przecież to graniczy z cudem. Przez mojego durnego brata wkrótce stracimy wszystko, co mamy. Pieniądze nie spadają z nieba. Czy on naprawdę myślał, że wystarczy, ot tak sobie, zadzwonić do mnie, a ja jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyczaruję mu walizkę zielonych banknotów?

Moja głowa wciąż z trudem przyjmowała do wiadomości to, że jesteśmy rodzeństwem. Na pewno musiała zajść jakaś pomyłka w szpitalu, bo to wręcz niemożliwe, że ktoś taki jak on mógł być ze mną spokrewniony.

Nie, żebym uważała się za idealną osobę, ale na pewno taką, która twardo stąpa po ziemi, myśląc o najbliższej przyszłości, w przeciwieństwie do Tylera. Miałam trochę oszczędności na czarną godzinę, około piętnastu tysięcy, ale to obecnie była kwota jak kropla w morzu. Pogrążona we własnych myślach, odruchowo skręciłam w boczną uliczkę, która była skrótem prowadzącym do mojej kamienicy.

Gdy tylko znalazłam się w domu, wzięłam długi, odświeżający prysznic, a następnie przebrałam się w wygodniejsze ciuchy. Klasyczne, granatowe jeansy i białą koszulka z dekoltem w kształcie litery V. Dochodziła już druga i miałam ogromną ochotę zamówić dobre jedzenie, ale szybko zmieniłam zdanie, gdy spojrzałam na ogromny worek, wypełniony po same brzegi kartonowymi i plastikowymi pudełkami po zamawianych posiłkach.

Westchnęłam. Założyłam trampki, wzięłam ciężki czarny worek, przerzuciłam przez ramię małą torebkę i wyszłam z mieszkania. Schodząc po schodach, spotkałam starszą panią, sąsiadkę z mojego piętra, która bacznie obserwowała każdy mój ruch. Zapewne w tamtym momencie wyglądałam, jak gdybym ciągnęła za sobą zwłoki.

Nawet nie wiesz, babciu, jaką miałabym ochotę zapakować do tego worka Tylera…

Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem i grzecznie się z nią przywitałam:

— Dzień dobry, pani Hennig.

— Powinnaś w końcu kogoś poznać, Hailey, nie możesz sama dźwigać wszystkiego — stwierdziła staruszka, powoli stawiając nogę na wyższym stopniu.

— Dam sobie radę, nie potrzebuję dodatkowego obciążenia — powiedziałam, lecz w moim głosie było słychać odrobinę goryczy.

— Na każdego przyjdzie pora, zapamiętaj moje słowa. I ty prędzej czy później się zakochasz, a wtedy… — Machnęła ręką w powietrzu. — Zrozumiesz, że byłaś całe życie w błędzie.

— Dlaczego? — Przystanęłam na moment, chwytając się poręczy.

— Bo ciągle będziesz zadawać sobie pytanie, jak mogłaś żyć bez tej drugiej osoby.

Nie sądzę. Prędzej piekło zamarznie, niż się zakocham.

W głębi serca jednak czułam, że oszukuję samą siebie. Chciałabym się kiedyś zakochać, to oczywiste, ale życie nauczyło mnie ciągłej walki z przeciwnościami losu. Nikogo nie prosiłam o pomoc, sama uczyłam się rozwiązywać swoje problemy i zawsze jakoś dawałam sobie radę.

Moja praca polegała na współpracowaniu z mężczyznami, z którymi wchodziłam w prosty, dokładnie opisany w kontrakcie układ. Oczywiście zdarzały się przypadki, kiedy to oni oczekiwali czegoś więcej i starali się jakoś na mnie wpłynąć, ale nigdy im się to nie udawało.

Może po prostu nie spotkałam jeszcze kogoś, kto wywróciłby mój świat do góry nogami, albo może nikt taki nie istnieje.

— Przepraszam, pani Hennig, ale śpieszę się, na dodatek ten worek ze śmieciami nie jest lekki. — Westchnęłam, po czym pożegnałam się z sąsiadką.

Zeszłam na dół, czując, jak drętwieje mi ręka. To była kara za wybranie mieszkania na drugim piętrze. Mogłam wybrać to na parterze, ale nie, po co? Lepiej było zainwestować w ładne widoki z okna, a potem męczyć się za każdym razem z zakupami i śmieciami. W myślach przeklinałam samą siebie, gdy wyrzucałam worek do wielkiego czarnego kontenera obok kamienicy. Potarłam dłonie o siebie, rozmasowałam palce i wyjęłam telefon z torebki. Tyler zdążył mi już wysłać sześć wiadomości, które odczytałam jedną za drugą.

Tyler:

Hailey, masz już pomysł?

Tyler:

Siostra, błagam… pomóż mi.

Tyler:

Hailey, jeśli nie oddam im kasy, oni mnie… ZABIJĄ!!!

Tyler:

Czy ty, do jasnej cholery, czytasz moje wiadomości?

Tyler:

Wiedziałem! Na ciebie nigdy nie można liczyć!

Czyżby, braciszku?

Parsknęłam śmiechem, gdy zobaczyłam jego ostatnią wiadomość.

Tyler:

Ej… ale weź się nie obrażaj za moją ostatnią wiadomość. Wiesz, że mam kłopoty i czasami działam zbyt pochopnie. Sorry, siostra, nie chciałem… Ale pomożesz mi, hmm? ;-)

On się nigdy nie nauczy. Zastanawiałam się przez chwilę, kiedy mężczyźni zaczynają dojrzewać i stawać się odpowiedzialni, ale patrząc na to, z jakimi osobami pracuję i z jaką muszę na co dzień się użerać, doszłam do wniosku, że nieprędko. Może to wszystko przez nadmiar testosteronu w ich organizmach?

Pokręciłam głową i ruszyłam przed siebie do Green Food, marketu znajdującego się przy głównej ulicy. Kupiłam tylko najpotrzebniejsze rzeczy, jak mleko, masło, chleb, szynka, sałata, pomidory oraz jajka. Wzięłam też makaron, filet z kurczaka, szpinak i śmietanę, ponieważ dawno już nie jadłam domowego obiadu, a to było najszybsze, a zarazem najprostsze danie świata. Makaron w sosie szpinakowym z kurczakiem. Na samą myśl zaburczało mi w brzuchu. Szybko więc znalazłam się przy kasie, zapłaciłam za zakupy i wyszłam ze sklepu.

Gdy ruszyłam przed siebie, mocne promienie słońca oślepiły mnie na moment. Odruchowo zamknęłam oczy i wtedy poczułam, że zderzam się z czymś twardym. Całkowicie straciłam równowagę, a torba z zakupami wypadła mi z ręki. Już się szykowałam na mocne zderzenie z ziemią, ale ktoś szybko chwycił mnie za nadgarstek, przyciągając do siebie. Dopiero gdy usłyszałam ochrypnięty męski głos, uchyliłam powieki, spoglądając na mężczyznę, w którego ramionach obecnie się znajdowałam.

— Powinnaś uważać i patrzeć, gdzie idziesz — powiedział stanowczo, bacznie mi się przyglądając.

— Nie no, ten dzień nie może być już gorszy.

— Wszystko w porządku? — zapytał. — Wyglądasz na zdezorientowaną.

— Gdyby przydarzyło ci się dzisiaj to samo co mnie, też byś tak wyglądał — odparłam, wyrywając się z objęć nieznajomego.

Zaczęłam w popłochu rozglądać się za swoimi zakupami, które rozsypały się na chodniku. Na moje nieszczęście oczywiście śmietana musiała się rozwalić, a jajka rozbić. Kucnęłam, chwytając rozwalone opakowanie, z którego sączyła się biała, gęsta maź.

— Następnym razem skup się na drodze przed sobą, a nie na bujaniu w obłokach — upomniał mnie jak małe dziecko, kiedy starałam się zebrać resztę produktów z ziemi.

— Słucham?! — Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia, wstając gwałtownie. — Gdybyś nie wyrósł na środku chodnika jak jakieś pieprzone drzewo, to do niczego by nie doszło!

W ręku nadal trzymałam rozwalone opakowanie, którym zaczęłam wymachiwać. Kilka kropel śmietany wylądowało na czarnej koszulce nieznajomego. Przymknęłam usta, starając się zdusić śmiech.

— Coś ty, kurwa, zrobiła? — warknął głośno w moją stronę, chwytając brzegi ciemnego materiału. — Zniszczyłaś mi koszulkę!

— Jest tylko odrobinę poplamiona, nie musisz zaraz tak dramatyzować — odparłam niewzruszona.

— Jesteś nienormalna! — krzyknął. — Powinnaś mi raczej podziękować, a nie ochlapywać śmietaną! Dzięki mnie nie skręciłaś kostki, nie upadłaś na betonowy chodnik, uderzając o niego głową i doznając wstrząsu mózgu lub innego groźnego urazu — zaczął wyliczać, a okulary delikatnie zsunęły mu się z nosa.

Temu facetowi naprawdę brakowało piątej klepki i pewnie sobie myślał, że wszystko kręci się wokół niego. Gdyby nie stał tak na środku chodnika, nic by się nie stało.

— Gdyby nie ja, kto wie, jak byś skończyła. — Przerwał na chwilę, lustrując mnie od stóp do głów, po czym dodał: — Masz rozwiązane sznurówki, nic dziwnego, że potykasz się o własne nogi.

Słucham?! Niemal czułam buzującą w żyłach adrenalinę. Ten facet przechodził wszelkie moje wyobrażenia. Nie dość, że był cholernie seksowny, to jeszcze mocno mnie irytował i na dodatek miał rację. Miałam rozwiązane sznurówki, przez które omal się nie zabiłam!

— Zapewne jeszcze powinnam ci podziękować, prawda? — fuknęłam.

Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, wkładając dłonie do kieszeni jeansów.

— Myślę, że tak. — Po raz pierwszy uśmiechnął się szeroko, eksponując rząd idealnie białych zębów. — Powinnaś mi podziękować.

— Nie mam najmniejszego zamiaru. Myślisz, że zawsze wszystko będzie po twojemu? Kim ty właściwie jesteś? — Zmarszczyłam brwi, bacznie mu się przyglądając. Promienie słoneczne padały teraz prosto na niego.

Mocno zarysowana szczęka, na której widniał kilkudniowy zarost i ciemne włosy ułożone w idealnym nieładzie sprawiały, że robiło mi się strasznie duszno. Wiedziałam, że mamy środek lata, ale żeby temperatura otoczenia nagle tak szybko poszybowała do góry?

Coś tu było naprawdę nie tak…

Mężczyzna zrobił kilka kroków do przodu i niespodziewanie znalazł się tuż przy mnie. Zaskoczona, zacisnęłam powieki, ponieważ bałam się tego, co chce zrobić. Wokół mnie zaczął unosić się mocny, korzenno-cytrusowy zapach. Nieznajomy był wyższy ode mnie, więc schylił głowę i szepnął mi do ucha, powodując nieprzyjemny dreszczyk wzdłuż kręgosłupa.

— Kimś, kogo zapewne zapragniesz. Nawet w poplamionej śmietaną koszulce.

— Dobre sobie… — prychnęłam, krzyżując ramiona na piersi. — Skąd to wziąłeś? Z jakiegoś poradnika dla samotnych kretynów?

Mężczyzna uśmiechnął się i potarł kciukiem o koniuszek nosa. Przyjrzał mi się uważnie, a potem zrobił krok do tyłu, zszedł z chodnika i wsiadł za kierownicę czarnego audi zaparkowanego naprzeciwko sklepu. Podeszłam więc do auta i zapukałam w szybę. Opuścił ją niechętnie na parę centymetrów, a ja oparłam się o drzwi i zapytałam:

— Skąd masz taką pewność?

Nie wiedziałam, dlaczego go o to pytam, ale był zbyt pewny siebie. Zignorował mój sarkazm, moją postawę i, ot tak, wsiadł sobie do samochodu.

— Ponieważ każda mnie pragnie, a ty nie będziesz żadnym wyjątkiem — odparł. — A teraz odsuń się od mojego samochodu, bo jeszcze i jego oblejesz tą śmietaną!

Odsunął moją rękę z szyby, po czym odjechał z piskiem opon.

Stałam jeszcze przez kilka minut, nie dowierzając w to, co się właśnie stało.

Kim on, do cholery, był?

Rozdział 4.Herbata z hibiskusem

Aaron

— Już jadę — warknąłem, kończąc tym samym rozmowę. Rzuciłem telefon na siedzenie obok i dodałem pod nosem: — Kurwa!

Zacisnąłem mocniej dłonie na kierownicy, aż zbielały mi knykcie.

Ten dzień już gorszy być nie może.

Nie dość, że jakaś kobieta, którą mógłbym nazwać chodzącą katastrofą, wpadła na mnie pod sklepem i ochlapała śmietaną, to jeszcze ojciec musiał zadzwonić i poprosić, abym odebrał Crystal z lotniska.

Ktoś tam na górze musiał mieć ze mnie niezły ubaw…

Moja młodsza siostrzyczka wracała właśnie z wakacji, które spędziła z dwiema naszymi kuzynkami na Malediwach, a dokładniej na wyspie Maafushi. Dobrze, że nie musiałem ich nigdzie odwozić, bo trójki piszczących dziewczyn nawet święty by nie zdzierżył. Crystal obchodziła w tym roku osiemnaste urodziny. Ojciec pozwolił jej zatem lecieć na wymarzoną wyspę, o której opowiadała nieraz przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Całe szczęście, że przez większość tego czasu nie było mnie w domu, bo musiałbym obciąć sobie uszy, aby to przetrwać.

Droga z Manhattanu do portu lotniczego Johna F. Kennedy’ego dłużyła się horrendalnie. Zazwyczaj z centrum dojeżdżałem tam w około godzinę, ale przez jakąś pieprzoną paradę na skrzyżowaniu piątej i czwartej alei stworzył się korek. Ludzie ustawiali się w długich kolejkach, aby przejechać jedynym wolnym pasem po prawej stronie. Odruchowo przekręciłem nadgarstek i zerknąłem na zegarek.

Cudownie! Crystal na pewno zrobi ztego aferę!

Byłem już spóźniony, więc kiedy po kilku minutach stania w korku udało mi się opuścić skrzyżowanie, wcisnąłem gaz do końca i zjechałem na drogę szybkiego ruchu. Tam ku mojemu zdziwieniu nie było tłoku i dzięki temu udało mi się dojechać na lotnisko tylko z dwudziestominutowym opóźnieniem. Wjechałem na strzeżony parking. Gdy tylko znalazłem miejsce, pobiegłem w kierunku hali przylotów.

Wielkie, automatyczne drzwi rozsunęły się, a przede mną stanęła niska, mocno opalona brunetka w długiej białej sukience na ramiączkach i okularach przeciwsłonecznych. Miała skrzyżowane ramiona, a obok niej stała różowa walizka od Gucciego.

— Spóźniłeś się! — syknęła Crystal, zsuwając okulary z nosa. — I to całe dwadzieścia minut. Yasemin i Silver zdążyły już pojechać, a ja musiałam na ciebie czekać — dodała i wymierzyła we mnie palec wskazujący.

— Ciebie też miło widzieć, siostrzyczko. — Zacisnąłem usta i uśmiechnąłem się sztucznie, mrużąc powieki. — Nie moja wina, że mieszkamy w mieście z takimi korkami.

— Więc trzeba było wyjechać szybciej, a nie jak zwykle na ostatnią chwilę — powiedziała, unosząc ręce ku górze. — I dlaczego masz brudną koszulkę? Czyżbyś osiągnął nowy poziom lenistwa i już nawet nie zmieniał ciuchów?

Boże, daj mi cierpliwość, bo przysięgam, że zostanę dzisiaj jedynakiem.

Mimo wszystko starałem się trzymać nerwy na wodzy. Wziąłem dwa głębokie wdechy, wolno wypuszczając powietrze z płuc. Chwyciłem za rączkę jej walizki i pociągnąłem do siebie.

— Idziemy? — zapytałem, odwracając się do siostry plecami. — Zaparkowałem samochód na bocznym parkingu. Nie będę na ciebie czekał — dodałem, gdy nie usłyszałem za sobą kroków.

— Tak, ale po drodze zatrzymamy się w Starbucksie — powiedziała po chwili namysłu.

— Po co? — wycedziłem.

— Wyobraź sobie, że przez dwa tygodnie nie pijesz, nie imprezujesz, nie spotykasz się z kumplami… — Crystal zaczęła wymieniać wszystko to, z czym trudno byłoby mi się rozstać. Starałem się ją ignorować, ale uczepiła się mojego ramienia i nawijała przy moim uchu jak jakaś pieprzona katarynka.

Za tym ani trochę nie tęskniłem.

— Nie muszę sobie wyobrażać, bo w moim przypadku nic się nie zmieniło — przerwałem jej w połowie zdania, zatrzymując się obok parkometru.

— Ale mogłoby, gdybyś na przykład spotkał w końcu jakąś fajną dziewczynę. — Przechyliła lekko głowę na bok. — Oczywiście nie taką jak twoje byłe, pokroju Britney czy Jennifer, ale normalną, ułożoną, ładną, która będzie wykazywała trochę większy poziom inteligencji niż nasz kot.

— Ta rozmowa zmierza w złym kierunku, siostruniu. — Zgromiłem ją spojrzeniem.

— Mówiłam czysto hipotetycznie… — Crystal uniosła ręce w geście poddania, lecz po chwili dodała: — Ale chodziło mi o to, że ja przez miesiąc nie piłam mrożonej herbaty z hibiskusem i umrę, jeśli jej nie wypiję, więc proszę, Aaron, pojedźmy do Starbucksa.

— Nie ma, kurwa, mowy — wycedziłem.

— Błagam, zgódź się. Zrób to dla swojej ukochanej młodszej siostrzyczki. Proszę! — Złożyła ręce jak do modlitwy. — Proszę! — dodała ponownie.

Przewróciłem oczami, starając się ją zignorować. Kiedy jednak usłyszałem, jak pociąga nosem i coś mruczy, wymiękłem. Niech mnie…

Czasami, ale tylko czasami, nie mogłem odmówić. Nic dziwnego, w końcu była moją młodszą siostrą.

— Jesteś niemożliwa — powiedziałem, wyraźnie poirytowany. — Ale zgoda. Ten jeden raz spełnię twoją prośbę. Pojedziemy do Starbucksa, ale potem odwiozę cię do domu, jasne?

— Jak słońce, braciszku. — Puściła mi oczko, a potem szczęśliwa, szybszym krokiem poszła w kierunku samochodu.

Gdy w końcu udało nam się opuścić parking, pojechaliśmy do najbliższego Starbucksa. Crystal wzięła od razu dwie herbaty, gdyż stwierdziła, że jedna nie zaspokoi jej olbrzymiego pragnienia. Zdziwiłem się, w końcu miesięczne wakacje all inclusive powinny pozwolić na spełnienie wszelkich zachcianek, a ona po prostu tęskniła za zwykłą herbatą.

Choć w jej opinii była ona raczej niezwykła.

Rozdział 5.Oferta nie do odrzucenia

Hailey

Co za skończony kretyn! Gdybym mogła cofnąć czas iponownie na niego wpaść, przysięgam, że nie tylko śmietana by na nim wylądowała. Niech tylko wpadnie wmoje ręce, to zrobię znim porządek! Za kogo on się wogóle uważa? „Każda mnie pragnie, aty nie będziesz żadnym wyjątkiem…”. Taaa, na pewno. Chyba wtwoich snach…

Szłam do domu, tocząc w głowie wewnętrzny monolog. Wciąż miałam przed oczami tego wysokiego bruneta, przez którego mój obiad wylądował na chodniku. Większość rzeczy, które kupiłam, musiałam wyrzucić. Pozostałam znów bez możliwości ugotowania domowego posiłku, więc z konieczności zamówiłam pizzę przez aplikację.

Gdy po czterdziestu pięciu minutach przyjechał dostawca, zmierzyłam go ostrym spojrzeniem. Rozumiem, że popołudniami są korki, ale bez przesady. Biedny chłopak starał się wytłumaczyć jakąś paradą, która odbywała się kilka ulic dalej, ale byłam tak głodna, że nim zdążył opowiedzieć historię do końca, wcisnęłam mu dwadzieścia dolarów i zamknęłam drzwi. Od razu usiadłam na kanapie, a duży biały karton położyłam na stoliku. Miałam wrażenie, że w całym domu roznosi się zapach sera i pepperoni. Włączyłam telewizor i zabrałam się za długo wyczekiwany posiłek.

Po skończeniu jedzenia postanowiłam przejrzeć pocztę. Wyjęłam z torebki iPhone’a i uruchomiłam aplikację. Bardzo liczyłam na to, że Maxwell Sprayberr odpisze wcześniej na propozycję podpisania kontraktu, ale niestety nie dostałam od niego wiadomości. W końcu miał czas do wieczora, a było dopiero popołudnie. Jednak nawet współpraca z nim nie mogła mi przynieść takiego zysku, aby spłacić długi Tylera. Byłam załamana. Chciałam bratu pomóc, ale nie wiedziałam jak.

Kiedy myślałam już, że nic dobrego tego dnia nie może mnie spotkać, otrzymałam powiadomienie z forum, na którym byłam zarejestrowana jako Allison Roden. Szybko na nie weszłam z nadzieją na to, że otrzymałam kolejną propozycję. W prawym dolnym rogu pojawił się chat z nieznajomym o nicku CEO06.

CEO06:

Witam! Chciałbym umówić z Panią spotkanie. Chodzi o podpisanie kontraktu, za który jestem w stanie zapłacić każdą kwotę.

Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. To niesamowity zbieg okoliczności, że akurat wtedy, gdy potrzebowałam pieniędzy, nagle napisał ktoś, kto był w stanie zapłacić każdą sumę, abym tylko pomogła mu zdobyć to, czego pragnie. Jednak mimo euforii nie zapomniałam, że takie rzeczy nie przytrafiają się ot tak. Wiedziałam, że najpierw muszę wszystko dokładnie sprawdzić. Poza tym przed spotkaniem potencjalni klienci musieli napisać coś o sobie, a także wpłacić opłatę za dochowanie tajemnicy na czas trwania naszego spotkania oraz obowiązywania kontraktu.

AllisonRoden:

Dzień dobry. Jak mogę Panu pomóc?

Wcisnęłam przycisk „wyślij” i czekałam kilka minut, nim nieznajomy odpisze.

CEO06:

Wszelkie kwestie związane z podpisaniem kontraktu chciałbym omówić z Panią osobiście. Proszę przyjść dzisiaj o siódmej do restauracji Glow of the Night 199 W 37th.

CEO06:

P.S. Wpłaciłem już na pani konto 20 000 jako zabezpieczenie.

Ta wiadomość od CEO06 mocno mnie zdziwiła. Zazwyczaj klienci dopytywali o szczegóły kontraktu, a ja wyznaczałam datę i miejsce spotkania. Ten człowiek wydał mi się bardzo bezpośredni, bo od razu przeszedł do rzeczy. Wiedziałam, że wśród ludzi zarejestrowanych na forum moje ogłoszenie było swego rodzaju perełką, ponieważ nie co dzień można kupić fikcyjny związek.

Ucieszyłam się, że zaproponował restaurację Glow of the Night. Znałam ją bardzo dobrze, ponieważ było to jedno z najbardziej ekskluzywnych miejsc w pobliżu Times Square. Swoją sławę zdobyło dzięki dużej dbałości o zachowanie dyskrecji względem odwiedzających to miejsce zamożnych gości. Po krótkiej chwili namysłu zgodziłam się z nim zobaczyć. Niczym nie ryzykowałam, tym bardziej że wybrał na spotkanie miejsce publiczne oraz wpłacił zaliczkę.

AllisonRoden:

Dobrze. Będę punktualnie. Tylko jak Pana poznam, skoro nie wiem, kim Pan jest?

CEO06:

Znajdę Panią. Do zobaczenia.

AllisonRoden:

Dobrze. Do zobaczenia.

Po zakończeniu wymiany wiadomości z nieznajomym ogarnął mnie niepokój. Z jednej strony nie pierwszy raz umawiałam się na spotkanie z obcym facetem, jednak z drugiej — bałam się tego, kim on się okaże i co mi zaoferuje. Nigdy nie miałam specjalnych wymagań względem potencjalnych klientów, lecz przeważnie byli to młodzi, ambitni ludzie, którzy pragnęli władzy, a nie stałych związków. A w tym przypadku nie wiedziałam nawet, o co chodzi. Sprawdziłam profil tego faceta, ale założył konto zaledwie kilka godzin temu i pominął w opisie większość informacji na swój temat.

Musiałam jednak odgonić strach ze swojej głowy. W końcu chodziło o to, aby pomóc mojemu durnemu braciszkowi, który jak zwykle musiał wpakować nas w niezłe tarapaty. Gdyby nie jego uzależnienie od bezmyślnego inwestowania w co popadnie, już dawno mogłabym kupić nam niewielki domek na obrzeżach miasta. Ale nie! Po co martwić się tym, co będzie, skoro kochana Hailey rozwiąże każdy problem? Mhm. O wilku mowa.

Uniosłam iPhone’a ku górze, gdy na ekranie pojawiło się zdjęcie tego niedojdy. Burza rozczochranych na wszystkie strony, ciemnych jak noc włosów zajęła niemal trzy czwarte wyświetlacza. Piwne oczy, wlepione centralnie we mnie, raczej zniechęcały do odebrania przychodzącego połączenia wideo. Po namyśle jednak przeciągnęłam zieloną słuchawkę w prawo i skierowałam telefon na swoją twarz.

— Lepiej się streszczaj, bo mam niedługo ważne spotkanie, na które muszę się przygotować — zaczęłam pierwsza.

— Hailey, ogarnęłaś jakieś pieniądze? Ci ludzie ciągle do mnie piszą i dzwonią… — Westchnął i zrobił smutną minę.

— Ooo, czyli jednak wiesz, co to jest nachalność. — Pokiwałam głową. — Lata edukacji zaczynają przynosić pierwsze efekty.

— Siostra, weź… — jęknął.

— Tyler, nie jestem bankiem ani kasą zapomogową, aby, ot tak, wyciągnąć ci pół miliona dolarów. Pora dorosnąć, nie sądzisz?

Wstałam z kanapy i skierowałam się do łazienki, gdzie chciałam zacząć przygotowania do wieczornego spotkania. Odstawiłam telefon na półeczkę pod lustrem, tak aby brat nadal mógł mnie widzieć.

— Skończyłem z inwestycjami. — Dla podkreślenia swoich słów uniósł złączone palce ku górze. — Przysięgam.

— Ile dali ci czasu na spłacenie długu? — zapytałam dużo spokojniejszym tonem, zaczesując włosy do tyłu. Opadające krótsze kosmyki spięłam dwiema wsuwkami.

— Powiedzieli, że mam maksymalnie miesiąc, a później…

— Nie kończ! — przerwałam mu, unosząc ręce. Zacisnęłam mocno powieki i policzyłam w myślach do dziesięciu. — Rozumiem. — Otworzyłam oczy i oparłam się o czarną umywalkę. — Damy sobie radę, tylko nie rób więcej takich głupot, Tyler. Wiesz, jak ciężko pracowałam na to, aby posłać cię do szkoły, wynająć ci mieszkanie i abyś nie musiał się martwić rachunkami i jedzeniem.

— Jestem ci za to wdzięczny, Hailey. Po prostu to było silniejsze ode mnie.

— Musisz iść na terapię — postawiłam warunek.

— Tam chodzą tylko sami nienormalni ludzie, którzy nie potrafią skończyć z ćpaniem, piciem lub ruchaniem! Nigdzie nie pójdę!

W jego oczach dostrzegłam strach, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia.

— Tyler, idziesz na terapię. Musisz się leczyć. Ile razy mi obiecywałeś, że to ostatni raz? Nie pomogę ci ze spłatą tego długu, jeśli jutro nie zapiszesz się na profesjonalną terapię. Potrzebujesz tego — dodałam, wzdychając. — Straciliśmy rodziców, nie mogę stracić i ciebie.

— Hailey, ale ja się boję. Mam dwadzieścia lat, a zero perspektyw na przyszłość. Kim ja właściwie jestem?

— Kimś, kto nie znalazł jeszcze swojej drogi. Spokojnie, spłacimy ten dług, pójdziesz na terapię i wszystko się ułoży. Jeśli będzie trzeba, to wprowadzisz się do mnie, w ten sposób będę mieć cię na oku — wyszeptałam, a po policzku spłynęła mi łza. — Kocham cię, kretynie, więc uwierz w siebie, w nas, że damy sobie z tym radę. Dobrze?

— Jak ty to robisz? Masz tyle siły, odwagi, pewności siebie, nigdy się nie poddajesz…

— Gdybym się poddała, to żadne z nas by się już nie podniosło. A przecież w życiu trzeba walczyć o siebie. Nikt za ciebie tego nie zrobi, dlatego musisz w końcu wziąć się w garść i przestać inwestować na giełdzie.

— Dobra, siostra, ogarnę się, chyba.

— Tyler! — skarciłam go.

— Dobra, dobra. — Uniósł ręce do góry w geście poddania. — Poprawię się, słowo.

— Mam nadzieję. — Wymierzyłam w kamerkę palec wskazujący. — Jutro dam ci znać, czy udało mi się coś wymyślić, a teraz wybacz, muszę kończyć. O siódmej mam spotkanie.

— Czyżby kolejny kontrakt? — parsknął, a ja odruchowo zacisnęłam usta w wąską linię.

— Czyżbyś zapomniał, że dzięki temu masz na jedzenie i rachunki?

— Jezu… Już nawet pożartować się z tobą nie da. Nara.

— Pa — powiedziałam, kończąc połączenie.

Po rozmowie z bratem kontynuowałam przygotowania do wyjścia. Wyszczotkowałam włosy, oczyściłam twarz delikatną kokosową pianką, po czym nałożyłam olejek kojący. Później zabrałam się za makijaż. Nałożyłam w kącikach jasny, rozświetlający cień, po czym wklepałam ciemniejsze odcienie brązu i beżu na zakończeniach. Efekt kociego oka uzyskałam dzięki narysowanej eyelinerem grubej kresce wzdłuż rzęs, którą delikatnie roztarłam, aby nadać efekt przydymienia. Wytuszowałam rzęsy, twarz pokryłam kremem BB w odcieniu mojego koloru skóry, a całość wykończyłam pudrem transparentnym.

Kiedy skończyłam się malować, zabrałam się za włosy. Rozpuściłam je z powrotem i na rozgrzaną wcześniej lokówkę powoli nawijałam każde odseparowane pasmo. Uwielbiałam efekt naturalnych fal, więc całość loków przeczesałam palcami, a następnie spryskałam mgiełką z dodatkiem soli morskiej. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Byłam zachwycona efektem końcowym.

Nim się zorientowałam, dochodziła już szósta. Przygotowywanie do spotkań z potencjalnymi klientami wymagało ode mnie sporo czasu. W końcu pracowałam jako narzeczona na zamówienie, a co za tym idzie, musiałam dobrze się prezentować.

Pobiegłam do sypialni, w której obok wielkiego łóżka z zagłówkiem stała biała szafa. Przesunęłam na bok drzwi i wyjęłam czarną, klasyczną sukienkę na ramiączkach. Lubiłam czerń oraz biel, ponieważ były podstawą do każdej możliwej stylizacji. Satynowy materiał spływał wzdłuż mojego ciała i kończył się na wysokości łydek, gdzie było niewielkie rozcięcie. Do kompletu brakowało małej torebki na srebrnym łańcuszku i delikatnego naszyjnika z diamencikiem.

— Dasz radę, Hailey — powiedziałam do swojego odbicia w lustrze. — To tylko kolejny klient.

Za każdym razem starałam się zmotywować i usprawiedliwić. Dla większości ludzi moja praca byłaby pewnie niezrozumiała. W końcu kto by chciał ciągle prowadzić podwójne życie i udawać kogoś, kim nie jest? Płacono mi za oszustwa, za kłamanie w żywe oczy. Dziwiłam się, że po czterech latach w zawodzie, wciąż ilekroć wychodziłam na spotkanie, miałam dziwne uczucie, które powodowało nieprzyjemny, zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa.

Potrząsnęłam głową, chcąc odpędzić od siebie złe myśli.

Wszystko będzie dobrze. To kolejne zlecenie, dzięki któremu będę mogła pomóc bratu.

Zarzuciłam torebkę na ramię i ruszyłam ku wyjściu. Zegarek w salonie wskazywał szóstą dwadzieścia, tak że spokojnie miałam jeszcze czas na dotarcie do restauracji. Zawsze wolałam być przed czasem, ponieważ uważałam punktualność za dobry wyznacznik manier i szacunku do drugiego człowieka.

Na szczęście obyło się bez spotkania sąsiadów. Na dole rozejrzałam się za wolną taksówką. Kierowcy często parkowali pod kamienicami, zwłaszcza wieczorami. Gdy dostrzegłam żółty samochód po drugiej stronie, rozejrzałam się na boki i przebiegłam przez ulicę. Mężczyzna w średnim wieku, z mnóstwem siwych włosów na głowie, kiwnął głową, dając znak, że jest wolny. Otworzyłam tylne drzwi i powiedziałam:

— Dobry wieczór, poproszę do Glow of the Night. — Uśmiechnęłam się do niego i zajęłam miejsce na kanapie.

— Oczywiście.

Droga minęła nam szybko, ponieważ obyło się bez korków. Po około piętnastu minutach stałam pod wielkim, szklanym wieżowcem, na dachu którego znajdowała się restauracja. Weszłam do środka i windą wjechałam na ostatnie piętro. Jeden z kelnerów zaprowadził mnie do wolnego stolika, po czym przyjął moje zamówienie. Na początek postanowiłam wypić espresso, informując przy okazji młodego pracownika, że czekam na swojego towarzysza.

Rozglądałam się chwilami po sali, która coraz bardziej wypełniała się ludźmi. Ilekroć słyszałam dźwięk otwieranych drzwi od windy, od razu patrzyłam w tamtym kierunku. Gdy jednak po kilkunastu minutach nikt nie zjawił się przy moim stoliku, wyjęłam telefon z torebki i uruchomiłam forum. Chciałam sprawdzić, czy tajemniczy mężczyzna coś do mnie napisał.

Skupiona na przeglądaniu forum nie zauważyłam, kiedy do mojego stolika dosiadł się mężczyzna w średnim wieku.

— Przepraszam za spóźnienie.

Gwałtownie uniosłam głowę, bacznie przyglądając się nieznajomemu. Był ubrany w granatowy garnitur oraz białą koszulę. Do kompletu miał dopasowany szaroniebieski krawat. Na jego twarzy dostrzegłam kilka zmarszczek, a także lata ciężkiej pracy. Widać było, że to człowiek sukcesu, który przeszedł swoje. Jego ciemne oczy przewiercały mnie na wylot.

— Panno Reed… — zaczął powoli, kładąc rękę na stoliku. Ocholera, skąd on zna moje prawdziwe nazwisko? — Zapewne nie będzie się pani gniewać, jeśli będę używał pani prawdziwego nazwiska. Zdecydowanie bardziej do pani pasuje.

Znieruchomiałam. Mężczyzna, który mógłby równie dobrze pełnić rolę mojego ojca, znał mnie. Co tu się dzieje? Czy to jakaś ukryta kamera? Byłam tak zszokowana, że mogłam tylko przytaknąć głową.

— Zapewne zastanawia się pani, skąd mam takie informacje. — Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie i złączył obie dłonie. — Ale nim przejdziemy do sedna naszej rozmowy, może zamówimy coś do jedzenia i picia? W końcu zaprosiłem panią na spotkanie.

— Dobrze, możemy coś zamówić — odparłam niepewnie, nadal go obserwując.

Nie znałam go. Widziałam tego mężczyznę pierwszy raz w życiu, a on zachowywał się wobec mnie tak, jakby znał mnie od lat. Czułam się skrępowana, oszołomiona i zagubiona. Po co komuś takiemu jak on fałszywa narzeczona? Skanując go całego, rozpoznałam markę każdej rzeczy, jaką miał na sobie. Garnitur od Armaniego, srebrny roleks, a także najnowszy model iPhone’a, leżący tuż koło jego talerza. Miał pieniądze, zapewne miał dobrą pracę, po co mu w takim razie ktoś mojego pokroju?

Zacisnęłam mocno szczękę, starając się przeanalizować sytuację. W trakcie jedzenia risotta z orzechami oraz piżmowymi plackami postanowiłam w końcu zapytać:

— Może mi pan powiedzieć, o co chodzi? — Odłożyłam widelec na talerz i wytarłam usta w białą serwetkę. — Przepraszam za moją bezpośredniość, ale nie znam pana, nie wiem, po co panu fałszywa narzeczona, a tym bardziej nie wiem, skąd pan zna moje prawdziwe nazwisko.

Mężczyzna upił łyk szkockiej.

— Tak jak pisałem, chciałbym podpisać z panią kontrakt — odparł surowym tonem.

— Mam być pana narzeczoną? — Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. — Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale nie wygląda pan na kogoś, kto by potrzebował pomocy od kogoś takiego jak ja.

— Dziękuję za miłe słowa i rzeczywiście nie chcę, aby była pani moją narzeczoną. Nazywam się Degory Carver i jestem prezesem Carver Corporation.

Moment. Znam tę firmę. Jeden zmoich klientów pracował wCarver Corporation, chyba jako dyrektor ds. ochrony środowiska. Ostatnio również było oniej głośno wmediach społecznościowych, ponieważ podpisali miliardowy kontrakt zChinami dotyczący wydobywania ropy naftowej. Byli jedną zczołowych firm wNowym Jorku, która zajmowała się handlem ropą naftową, gazem ziemnym ipłynnym. Ich roczne obroty przekraczały trzydzieści osiem miliardów, przez co zajęli jedno zczołowych miejsc wrankingu najlepiej prosperujących firm na świecie.

— Moja firma zapewne jest pani znana — stwierdził, kiedy zapatrzyłam się w jeden punkt przed siebie.

— Tak, kojarzę ją — odparłam, łącząc dłonie. — Ale nadal nie rozumiem, po co to spotkanie.

— Mój dobry przyjaciel opowiedział mi o pani… — Mężczyzna podrapał się po skroni, jakby szukał w głowie odpowiednich słów. — Profesji? — Zerknął na mnie pytająco, a ja delikatnie się uśmiechnęłam. — To kuzyn pani poprzedniego klienta, który pracuje u nas jako dyrektor ds. ochrony środowiska.

— Stąd właśnie kojarzę pana firmę.

— Dzięki niemu zarejestrowałem się na forum, o którym już słyszałem, ale nigdy nie miałem potrzeby, aby z niego korzystać, aż do czasu, gdy powiedział mi o ogłoszeniu niejakiej Allison Roden, która pracuje jako narzeczona na zamówienie.

— Zainteresował się pan mną zapewne z konkretnego powodu.

— Nie do końca. Przyznam szczerze, że nawet rozbawiła mnie ta sytuacja, ponieważ pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. W moim wieku pewne rzeczy są trudne do pojęcia, dlatego wynająłem prywatnego detektywa, aby prześwietlił panią oraz pani rodzinę.

— Słucham?! — krzyknęłam, wstając od stołu. — Co pan zrobił?

Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.

— Proszę usiąść i wysłuchać mnie do końca — oznajmił lodowatym tonem.

W jego spojrzeniu widziałam spokój, lecz miałam wrażenie, że w moim płonie ogień. Czułam, jak w moich żyłach buzuje krew. Serce zaczęło mi szybciej bić, niemal wyskakując z piersi. Ludzie zgromadzeni w restauracji ucichli na moment, przyglądając się naszej dwójce. Carver gestem ręki poprosił, abym usiadła. Wahałam się. Nie miałam ochoty go słuchać, ale nie chciałam też robić dodatkowego zamieszania.

— Wiem, że jest pani z bratem w trudnej sytuacji, dlatego proszę usiąść i wysłuchać mnie do końca.

Niechętnie zajęłam z powrotem swoje miejsce. Pokręciłam głową z niedowierzeniem. Przecież to było do przewidzenia, że taka oferta jak jego stanowiła tylko przynętę, abym się z nim spotkała.

Boże, jaka ja jestem głupia.

— Skoro wynajął pan prywatnego detektywa, zapewne wie pan o mnie wszystko.

— Wystarczająco dużo, aby wierzyć, że oboje możemy sobie pomóc.

— Mógłby pan mówić jaśniej? — zapytałam z irytacją w głosie.

— Mam dla pani ofertę nie do odrzucenia, wartą pół miliona dolarów. Dokładnie tyle, ile potrzebuje pani na spłatę długu Tylera.

Świetnie. Nawet wiedział, ile dokładnie długów narobił mój braciszek. Byłam pewna, że nic już nie jest w stanie mnie zdziwić. Do czasu, aż usłyszałam jego propozycję.

— Oferuję pani natychmiastową spłatę długu pod warunkiem, że zostanie pani narzeczoną mojego syna.

Zamrugałam kilka razy z niedowierzaniem. Jednak mogłam się zdziwić jeszcze bardziej.

Rozdział 6.Nie „co”, a raczej „kto”

Aaron

Gdy Crystal udało się ugasić swoje pragnienie, oboje wróciliśmy do rodzinnego domu. Już na wejściu powitał nas ojciec, który od razu objął swoją córeczkę i zamknął ją w szczelnym uścisku. Przyznam szczerze, że nieraz zazdrościłem jej tak mocnej więzi z tatą. Wobec mnie Degory Carver zawsze był zimny, surowy i stanowczy. Uważał mnie za swojego następcę, ale ja nie byłem pewny, co chciałbym w życiu robić. Mimo ukończonego zarządzania w Kolegium Uniwersyteckim w Londynie, uważanym za jedną z najlepszych europejskich uczelni zaraz po Cambridge i Oxfordzie, wciąż miałem totalny mętlik w głowie.

Ten uniwersytet był spełnieniem marzeń Eleanor, mojej matki. Ukończyłem go dla niej. Brakowało mi jej, a także bijącego od niej wsparcia, zrozumienia oraz troski. W dużej mierze winiłem za to los. W końcu to on odebrał mi matkę, gdy miałem piętnaście lat. Czułem w tamtym okresie ogromną, wszechogarniającą mnie pustkę, która z roku na rok jedynie się pogłębiała. Starałem się ją wypełniać kumplami, imprezami, kobietami, ale nadal była w moim sercu. Ile bym się nie starał jej pozbyć lub czymś ją wypełnić, zawsze mi nie wychodziło.

Codziennie zakładałem więc maskę. Udawałem kogoś, kim nie jestem, tylko po to, aby zniechęcić do siebie ludzi. Tak było dużo łatwiej niż znowu przeżywać odejście kogoś, kogo mógłbym pokochać. Emocje to najsłabszy punkt człowieka. Wystarczy tylko nimi zachwiać, a całe nasze życie może posypać się jak pieprzony domek z kart. Nie mogłem ich wpuszczać do swojego życia. Wystarczy, że raz to zrobiłem i spieprzyłem. Zawiodłem kobietę, która mnie urodziła i wychowywała. Opuściłem ją, gdy mnie najbardziej potrzebowała.

Z zamyślenia wyrwał mnie piskliwy głos Crystal:

— Aaron! Słuchasz mnie?

Poprawiłem się na fotelu, starając się powrócić do rzeczywistości. Ilekroć przypominałem sobie o mamie i o dniu, kiedy zmarła, pochłaniała mnie ta ciemna, ponura otchłań, w której po prostu przepadałem.

— Mówiłaś coś? — zapytałem ochrypłym głosem.

— Już czwarty raz pytałam, co zamawiamy na kolację. Tato wyszedł na spotkanie biznesowe, zapomniałeś? — Przewróciła z irytacją oczami.

— Sorry, zamyśliłem się — wydukałem, odchylając głowę na oparcie miękkiego fotela. — A ty na co masz ochotę?

— Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak w miesiąc człowiek potrafi się zmienić, i to na korzyść. Coś ci się stało? Jesteś chory? — Crystal wstała z kanapy, podeszła do mnie i położyła zimną jak lód dłoń na moim czole.

— O co ci chodzi? — syknąłem, unosząc oczy ku górze. — Życie ci niemiłe?

— Nie masz gorączki… nie… — przyznała, po czym ujęła moją twarz w dłonie, wbijając we mnie mocne spojrzenie. — Nie ćpałeś niczego, więc o co chodzi?

— Skończyłaś? — zapytałem zirytowany.

— Miałeś jakiś wypadek, gdy mnie nie było?

Crystal zaczynała charakterem bardzo przypominać mamę. Ciągle zadawała mnóstwo pytań, czym nawet świętego wyprowadziłaby z równowagi. I chociaż potrafiła być irytująca, to ta cecha sprawiała, że dostrzegałem w niej siostrę, która martwi się o brata. Empatia była mi obca, ale dla niej była czymś naturalnym.

— Bardzo zabawne — mruknąłem, wstając z fotela.

Miałem dość tej rozmowy. Najchętniej wyszedłbym z domu i pojechał na miasto, ale obiecałem ojcu przed wyjściem, że posiedzę z Crystal do jego powrotu. I tak był na mnie dzisiaj nieźle wkurwiony, więc nie chciałem dolewać oliwy do ognia, wdając się z nim w kolejną niepotrzebną dyskusję. Wystarczyło, że ubzdurał sobie jakiś ślub, zapewne tylko po to, aby dać mi do myślenia. Chwilę to zajmie, nim ochłonie i odpuści, ale na razie najbezpieczniej było to przeczekać.

Musiałem też odetchnąć od siostry, więc postanowiłem, że odezwę się do przyjaciela.

— Wybierasz się dokądś? — Crystal wstała i ruszyła za mną.

— Tak. Muszę zadzwonić do Maxa — powiedziałem, wyjmując z kieszeni iPhone’a. Przeciągnąłem palcem wzdłuż wyświetlacza i wcisnąłem ikonkę ze słuchawką. Wybrałem numer do przyjaciela, ale nim przyłożyłem telefon do ucha, dodałem: — A co do jedzenia, to dla mnie zamów chińszczyznę.

— Do Maxa? — zapytała cieniutkim głosem, jakby w ogóle nie usłyszała mojej uwagi na temat jedzenia.

Przystanąłem na najwyższym stopniu i odwróciłem się do siostry, która stała na samym dole.

— Mhm — mruknąłem. — A co?

— Nie, nic, tak tylko zapytałam. — Crystal machnęła ręką. — Lepiej pójdę zamówić jedzenie.

— Co jest? — Usłyszałem w słuchawce.

— Jak się trzymasz? — odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

Skierowałem się do swojego pokoju, pamiętając o tym, by zamknąć za sobą drzwi. Nie mogłem kusić losu. Zanim moja siostrzyczka wyjechała, kilka razy przyłapałem ją na podsłuchiwaniu naszych rozmów. Opadłem na niepościelone łóżko, położyłem się na boku i podparłem lewą ręką głowę.

— Jakoś daję radę, ale gorzej z matką. Wątpię, bym się dzisiaj wyrwał na miasto — odparł posępnie.

— Nie no, Max, jasne, rozumiem. Nawet nie zamierzam cię nigdzie wyciągać — przyznałem szczerze. — I tak jestem uziemiony z Crystal w domu, dopóki ojciec nie wróci ze spotkania.

— To już wróciła z wakacji? — zapytał, wyraźnie zainteresowany.

— Miesiąc spokoju minął nie wiadomo kiedy. — Parsknąłem śmiechem, lecz po chwili się zreflektowałem. — Wybacz, wiem, że nie jesteś w nastroju.

— Lepiej doceń to, że masz siostrę. Nigdy nie wiadomo, co was spotka w przyszłości, więc lepiej mieć na kim polegać.

— Pamiętaj, że masz mnie. Ja cię doceniam — przypomniałem mu.

— Wiem, wiem — zapewnił, a po chwili milczenia zapytał: — Dlaczego właściwie jesteś uziemiony? Chodzi o te artykuły w szmatławcach?

— Mhm. — Uśmiechnąłem się pod nosem. — Wczorajsza impreza troszeczkę wymknęła się spod kontroli i te jebane hieny z aparatami cyknęły mi parę fotek pod lokalem. Ojciec się wkurzył, zresztą jak zwykle.

— Nic nowego. Twój ojciec to i tak święty człowiek, skoro do tej pory nie eksmitował cię z domu za nadszarpywanie wizerunku Carver Corporation — mruknął ledwo słyszalnie Max.

— Kazał mi znaleźć żonę — wyznałem nagle. — Inaczej nie otrzymam udziałów w firmie, a także mogę zapomnieć o majątku.

— W zasadzie nawet mnie to nie dziwi. Aaron, młodszy już nie będziesz. Czas najwyższy ustatkować się i pomyśleć o przyszłości.

— Nie praw mi kazań, bo to i tak nic ci nie da — wycedziłem, zaciskając szczękę.

Gwałtownie wstałem z łóżka i podszedłem do wielkiego okna, z którego rozpościerał się widok na ogród.

— W takim razie musisz znaleźć jakąś laskę, która będzie udawała twoją narzeczoną.

Potarłem się po czole, analizując słowa przyjaciela. W zasadzie jego pomysł nie był taki głupi. Jeśli znalazłbym dziewczynę, która zgodziłaby się parę miesięcy poudawać związek, ojciec zobaczyłby, że zmądrzałem i się zaangażowałem.

— Chyba znalezienie kogoś takiego nie będzie łatwe — powiedziałem po chwili namysłu. — Laski, z którymi się umawiałem, raczej nie poszłyby na taki układ.

— Gorszej niż Britney już chyba nie znajdziesz — stwierdził Max, co spowodowało, że lekko się uśmiechnąłem. — Ale coś mi chodzi po głowie.

— Mianowicie?

— Narzeczona na zamówienie — powiedział, a ja uniosłem brwi z zaskoczenia.

— Narzeczona na zamówienie? — powtórzyłem, wyraźnie zaintrygowany. — Co to takiego?

— Nie „co”, a raczej „kto”. To dziewczyna, która oferuje fałszywe narzeczeństwo.

— Skąd o tym wiesz?

— Pamiętasz, jak pokazywałem ci to forum dla biznesmenów?

— Coś kojarzę, mów dalej…

— No więc dziewczyna o nicku AllisonRoden napisała na nim ogłoszenie o możliwości podpisania z nią kontraktu na fikcyjny związek.

— Brzmi naprawdę ciekawie — odparłem, pocierając podbródek. Pod opuszkami palców czułem kilkudniowy zarost. — Zarejestruję się na nim i sprawdzę to — dodałem po chwili namysłu.

— Myślę, że to dobre rozwiązanie, jeśli nie chcesz się angażować.

— Też tak myślę. — Kiwnąłem głową. — Po co się angażować w jakiś pieprzony związek, skoro mogę go po prostu kupić?

— Skoro tak mówisz… Aaron, muszę już kończyć. Mam jeszcze mnóstwo spraw do ogarnięcia.

— Jasne, jesteśmy w kontakcie — pożegnałem się.

Sugestia Maxa mocno utkwiła mi w głowie. Musiałem jak najszybciej sprawdzić, o co chodzi z tą narzeczoną na zamówienie. Pamiętałem, o jakim forum mówił mi przyjaciel, więc bez problemu odnalazłem je w sieci. Usiadłem na skraju łóżka i zarejestrowałem się na forum pod nickiem Grayson03. Dla niepoznaki użyłem w trakcie logowania swojego drugiego imienia.

Po kilku minutach przeglądania forum udało mi się znaleźć ogłoszenie, o którym mówił Max. Przeczytałem je uważnie, ale uznałem za zbędne pisanie, kim jestem. Mógłbym to omówić z nią bezpośrednio, a nie rozwijać się w jakimś pieprzonym eseju na temat swojego życia. Na samym dole ogłoszenia zobaczyłem niewielką gwiazdkę, która odnosiła się do wpłacenia kaucji w ramach zabezpieczenia. Dwadzieścia tysięcy dolarów? Pomyślałem, że dziewczyna mocno się ceni, ale bez problemu przelałem natychmiast podaną kwotę na jej konto z oznaczeniem „pilne”. Następnie kliknąłem na chat. Postanowiłem nie zwlekać, tylko od razu umówić się z nią na spotkanie.

Grayson03:

Cześć. Nazywam się Grayson i chciałbym umówić się z tobą na spotkanie, aby podpisać kontrakt na fałszywe narzeczeństwo. Potrzebuję go, by ojciec przekazał mi udziały w firmie.

Przeczytałem kilka razy to, co napisałem, i wcisnąłem „wyślij”.

Rozdział 7.Do tanga trzeba dwojga

Hailey

— To żart? — Parsknęłam śmiechem.

— Nie — odparł całkowicie poważnie. — Chcę, aby została pani narzeczoną mojego syna.

— Ale zdaje pan sobie sprawę z tego, że umowę podpisują obie strony chcące zawrzeć fałszywe narzeczeństwo?

— Domyślam się, jakie są procedury.

— A więc rozumie pan, że nie możemy tego zrobić — stwierdziłam. — Pana syn musiałby sam zgłosić się do mnie z propozycją zawarcia fikcyjnego związku, nie może pan zrobić tego za niego. Wie pan, jak to mówią: „Do tanga trzeba dwojga”.

— Myślę, że jednak wykaże się pani zaangażowaniem i determinacją — odparł niewzruszony. — Mój syn ma specyficzny charakter. Jest uparty, ambitny, ale również cholernie dziecinny. Ostatnimi czasy… Jak by to najdelikatniej ująć? Nadwyrężył moją cierpliwość, dlatego postanowiłem się z panią skontaktować — wytłumaczył.

Słowa Carvera dość mocno mnie zszokowały. On nie szukał narzeczonej, tylko kogoś, kto pomoże mu w wychowaniu syna. Szybko zrozumiałam, że mam odegrać rolę panny do zdobycia, a coś takiego nie wchodziło w grę. Nie miałam piętnastu lat, żeby uganiać się za jakimś rozkapryszonym bogaczem, którego ego zapewne jest większe niż jego męskość.

— Proszę mi wybaczyć. — Ułożyłam dłonie po obu stronach talerza. — Lecz pana propozycja wykracza poza mój zakres obowiązków.

Kiedy chciałam wstać od stołu, Carver dodał:

— A wydawało mi się, że pilnie potrzebuje pani pieniędzy. Proszę się zastanowić. Ta oferta może uratować pani brata. — Upił łyk szkockiej i odstawił kieliszek na stolik.

Szlag. Niestety miał rację. Potrzebowałam tych pieniędzy dla Tylera, ale nie miałam pojęcia, jak miałaby wyglądać moja rola. Jak on sobie to w ogóle wyobrażał? Miałabym przyjść do jego syna, przedstawić się i oznajmić, że jego ojciec wybrał mnie na jego przyszłą żonę? To było istne szaleństwo.

— Jak pan to sobie wyobraża? — zapytałam.

— Na początek chciałbym, aby przyszła pani na mój bal charytatywny, który organizuję z okazji stulecia założenia firmy. Oczywiście mój syn również na nim będzie i tam chciałbym was sobie przedstawić.

— Uważa pan, że syn od razu zwróci na mnie uwagę i się mną zainteresuje?

— Znam Aarona bardzo dobrze i wiem, że na pewno go pani zainteresuje, a nawet zaintryguje. Inaczej nie rozmawiałbym z panią.

Aaron. Starałam się zapamiętać to imię, ponieważ po raz pierwszy padło ono w trakcie naszej rozmowy. Byłam ciekawa, jaki jest i co takiego zrobił, że ojciec postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.

— Uznajmy, że być może tak się stanie. Co dalej?