Narodowy system ekonomii politycznej - List Friedrich - ebook + książka
NOWOŚĆ

Narodowy system ekonomii politycznej ebook

List Friedrich

0,0

Opis

Najsłynniejsze i nadal aktualne dzieło europejskiego myśliciela, którego idee zbudowały potęgę gospodarczą Niemiec oraz inspirowały do rozwoju światowe potęgi takie jak USA, Japonia czy Korea Południowa.

List, jeden z czołowych ekonomistów XIX wieku i prekursor niemieckiej szkoły historycznej, w swojej pracy przeciwstawia się doktrynie wolnego handlu promowanej przez Adama Smitha, wskazując, że gospodarka narodowa, aby mogła się rozwijać i konkurować na arenie międzynarodowej, wymaga ochrony i świadomej polityki państwa.

Autor podkreśla, że kluczem do dobrobytu jest nie tylko bogactwo materialne, ale przede wszystkim rozwój zdolności produkcyjnych i kapitału duchowego narodu – edukacji, przedsiębiorczości i innowacyjności. Jego wizja państwa jako aktywnego „wychowawcy” gospodarki jest inspiracją dla nowoczesnej polityki gospodarczej, która łączy wolny rynek z odpowiedzialną interwencją państwa.

Dla współczesnej Polski myśl Lista ma szczególne znaczenie. W czasach globalizacji i nacisku na liberalizację handlu jego koncepcje przypominają o konieczności strategicznego podejścia do rozwoju gospodarczego i ochrony kluczowych sektorów przemysłu.

Książka Lista pierwszy raz ukazuje się w języku polskim. Świadczy to o tym, jak wiele lekcji do odrobienia ma nasza myśl państwowa i ekonomiczna.

 

Neoliberalny Konsensus Waszyngtoński miał być odrzuceniem drabiny, by słabsi nie mogli się po niej wspiąć. Tymczasem neoliberalizm okazał się wszechpotężną ideologią, której ulegli sami jego twórcy. Zapominając o swojej bazie przemysłowej, doprowadzili do deindustrializacji własnego państwa. Chiny przeczytały Lista, wyciągnęły z niego wnioski i sprytnie wykorzystały amnezję Zachodu. Konsekwencje znacie: Pas Rdzy, zwycięstwo Trumpa, wojny handlowe, kryzys Pax Americana, świat na progu globalnego konfliktu o prymat. Ten dziewiętnastowieczny ekonomista rozumie współczesny świat lepiej, niż dyżurni komentatorzy żyjący w iluzji, że nasz świat zaczął się wczoraj, PKB jest jedynym wskaźnikiem wzrostu, kapitał nie ma narodowości, państwa nie rywalizują ze sobą na polu gospodarczym, a idee nie mają konsekwencji. Czas porzucić te neoliberalne bajki. Dlatego właśnie wydajemy Lista. Niech ta książka zainspiruje ruch Hamiltonistów – ludzi wierzących w siłę naszej młodej Republiki.

dr Krzysztof Mazur, prezes Rady Polskich Przedsiębiorców Globalnych, twórca kanału YT #GeoEkonomia

 

Friedrich List (1789–1846) – był wybitnym niemieckim ekonomistą i teoretykiem polityki gospodarczej XIX wieku, znanym przede wszystkim jako autor dzieła Narodowy system polityki ekonomicznej. W swojej pracy krytykował klasyczną szkołę ekonomii oraz jej ideę bezwarunkowego wolnego handlu. Podkreślał znaczenie ochrony celnej jako narzędzia wspierającego rozwój krajowego przemysłu i budowę potęgi gospodarczej państwa. Był zwolennikiem stopniowego wprowadzania ceł, które miały chronić rodzimy przemysł na różnych etapach rozwoju gospodarczego, a także inicjatorem utworzenia Niemieckiego Związku Celnego (Zollverein), który zjednoczył gospodarczo Niemcy przed ich zjednoczeniem politycznym. Jego koncepcje wywarły istotny wpływ na politykę gospodarczą XIX-wiecznych Niemiec i Stanów Zjednoczonych, a także na rozwój protekcjonizmu jako strategii budowy narodowej siły ekonomicznej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 617

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginalny: Das nationale System der politischen Ökonomie

Przekład: Dorota Glinka

Redakcja: Marta Chelińska

Korekta: Ewa Turek

Skład, łamanie i opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser |

Projekt okładki: Ludwika Gnyp | Studio Flow

Zdjęcie Friedricha Lista na okładce: domena publiczna (litografia Josefa Kriehubera / Wikipedia)

Autorką kolorowych grafik w książce jest Urszula Chylaszek

Konsultacja merytoryczna: Karol Ostrówka

Obecny tekst opiera się na pierwszym wydaniu opublikowanym w 1841 roku przez Cotta'schen Verlag w Stuttgarcie.

Copyright © 2026 for this edition by Poltext Sp. z o.o.

All rights reserved.

Copyright © 2026 for the Polish translation by Poltext Sp. z o.o.

All rights reserved.

Warszawa 2026

Wydanie pierwsze

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Poltext Sp. z o.o.

wydawnictwoprzeswity.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8175-775-1 (epub)

ISBN 978-83-8175-776-8 (mobi)

Drogi Czytelniku,

oddajemy w Twoje ręce pracę wybitnego ekonomisty: Fried­richa Lista.

Pomysłodawcą i inicjatorem wydania tej książki był Krzysztof Mazur; mecenasem, bez którego jej publikacja nie byłaby możliwa, jest Andrzej Zaperty.

To dzięki nim możesz zapoznać się z polskim przekładem jednej z najważniejszych książek ekonomicznych, jakie zostały napisane.

Wydawnictwo Prześwity

Osoby, które wsparły polskie wydanie tej książki:

Marcin Barczyński

Nina Bartosiewicz

Andrzej Bednarz

Nikodem Bernaciak

Marcin Blachnierek

Marcin Bodaj

Tomasz Chmal

Jakub Chrzan

Piotr Czembor

Szymon Czyszek

Patryk Dobaczewski

Karol Duszak

Wojciech Dziwulski

Katarzyna i Bartosz Fingasowie

Kamil Frelichowski

Michał Gamrot

Michał Grabski

Paweł Henek

Przemysław Humięcki

Marta Jachimiak

Jakub Jakóbowski

Kamil Jakubowski

Janusz Jankiewicz

Mateusz Kaczmarek

Antoni Kałuża

Daniel Kaźmierczak

Jarosław Kmit

Bartosz Kopka

Marcin Kowalik

Wiktor Kowalski

Krzysztof Kozieł

Karol Kubisztal

Mateusz Kuczyński

Radosław Kujawa

Dariusz Kryczka

Mateusz Lamparski

Jakub Lipiński

Paweł Łodej

Norbert Łysik

Tomasz Majak

Zbigniew Mansel

Bartosz Marcinkowski

Szymon Marcinów

Karol Maślany

Krystian Matusiak

Tadeusz Mazur

Piotr Mikusek

Paweł Ogonowski

Maciej Osowski

Jan Pawelec

Wojciech Polan

Bartłomiej Postek

Paweł Przewłocki

Maciej Rudowicz

Wojciech Rekucki

Aleksander Siemaszko

Michał Sioda

Patryk Skrzyński

Ziemowit Socha

Krzysztof Sokołowski

Tomasz Sokół

Bartosz Paweł Surdyk

Marcin Szumilas

Daniel Waldowski

Filip Walkowiak

Michał Waluga

Tomasz P. Wiśniewski

Bartosz Wiśniewski

Krzysztof Wojdyło

Paweł Woliński

Barbara Worek

Lech Zabłocki

Adam Zych

Wstęp

Polityka przemysłowa, głupcze!

Po co czytać XIX-wiecznego ekonomistę? Odpowiedź jest prosta: żeby zrozumieć współczesny świat.

Współczesną epokę zdominowały wojny handlowe, kryzys globalizacji oraz odejście od modelu Pax Americana. Wśród wielu czynników napędzających te procesy jeden ma charakter fundamentalny: Zachód utracił dominację w obszarze produkcji przemysłowej. Takiej sytuacji świat nie widział od czasu wynalezienia maszyny parowej.

Cały otaczający nas świat – od mikroprocesorów w naszych telefonach, przez giełdy papierów wartościowych, po demokrację liberalną i prawa człowieka – jest dzieckiem rewolucji przemysłowej. Przejście od feudalizmu opartego na rolnictwie do kapitalizmu opartego na przemyśle wyznacza cezurę nowoczesności. Dlatego przesunięcie kompetencji przemysłowych w kierunku Azji ma znaczenie przełomowe. Odkąd upowszechniono maszynę parową, Zachód zdominował przemysłowo resztę globu. Z mocy produkcyjnych fabryk brała się jego potęga gospodarcza, polityczna i militarna. Skoro na naszych oczach Zachód utracił właśnie dominację w obszarze przemysłu, to tym samym utracił swój prymat. Wydarzyło się to po raz pierwszy w historii nowoczesnych państw.

W trakcie II wojny światowej Stany Zjednoczone odpowiadały za połowę światowej produkcji przemysłowej. Zostały wówczas nazwane arsenałem demokracji. Dzięki tej przewa­dze alianci pokonali państwa Osi. Dziś Amerykanie odpowiadają za mniej niż 15% globalnej produkcji, a Chiny – za ponad 30%. To z tej zmiany wynikają wszystkie turbulencje, które codziennie śledzimy na czerwonych paskach wiadomości. Bez zrozumienia przyczyn tej zmiany nie da się zrozumieć współczesnego świata.

Azja uczy się Friedricha Lista

Jak to się stało, że Chiny stały się potęgą przemysłową? Ten fenomen można wyjaśnić na wiele sposobów. Jedno z możliwych wyjaśnień brzmi tak: w XIX wieku w Wirtembergii żył pewien ideowy zwolennik wolnego rynku. Jako zadeklarowany liberał wszedł w konflikt z lokalnymi władzami o konserwatywnym usposobieniu, obrońcami status quo. W wyniku tego konfliktu musiał uciec do Stanów Zjednoczonych. Tam zachwycił go system amerykański.

System amerykański, którego intelektualnym twórcą był Alexander Hamilton, wyrastał z ducha indywidualnej przedsiębiorczości i pochwały dla własności prywatnej. Dostrzegał zarazem aktywną rolę państwa w polityce rozwoju. Młode, ale świetnie wykształcone elity amerykańskie doskonale rozumiały, że bez silnego państwa, umiejętnie wspierającego raczkujący przemysł amerykański, będą skazane na peryferyjność względem przemysłowej dominacji Brytyjczyków. Dlatego amerykański model gospodarczy opierał się na aktywnej roli państwa, wspieraniu rodzimego przemysłu, inwestycjach w infrastrukturę i silnym systemie finansowym. W zderzeniu z jego potęgą wspomniany emigrant z Wirtembergii zmodyfikował swoje poglądy. Amerykańskie doświadczenie (a nie teoria!) przekonało go, że nie ma trwałego rozwoju gospodarczego bez silnego i aktywnego państwa. Po powrocie do Europy wydał swoje opus magnum. Trzymają je Państwo w ręku.

Z jego idei czerpali kolejni niemieccy kanclerze. Dzięki polityce przemysłowej udało im się zmienić postrzeganie has­ła Made in Germany. W XIX wieku było ono synonimem tandety – w wieku XX stało się znakiem najwyższej jakości. Nie ma historii motoryzacji bez takich marek jak BMW, Mercedes czy Volkswagen, podobnie jak nie byłoby rozwoju automatyki przemysłowej bez takich marek jak Bosch czy Siemens. Dzięki ideom Friedricha Lista Niemcy stały się potęgą przemysłową, przełamując niemoc i rozdrobnienie trwające setki lat. Już w pierwszej połowie XIX wieku forsował on koncepcję Niemieckiego Związku Celnego (Deutscher Zollverein) jako warunku narodowej modernizacji. Państwa niemieckie miały znieść między sobą wszystkie bariery handlowe, ale od reszty odgrodzić się murem ceł.

W XIX wieku te idee zawędrowały do Azji. Japońscy reformatorzy epoki Meiji, przymuszeni przez amerykański imperializm, poszukiwali inspiracji, jak przełamać peryferyjność swojego kraju. Elity tego państwa zorganizowały misję gospodarczą (misja Iwakury, 1871–1873), by odwiedzić najsilniejsze państwa Zachodu, podpatrzeć ich modele gospodarcze i przeszczepić na swój grunt najlepsze rozwiązania. Uczestnicy misji Iwakury dużo czasu spędzili w Stanach Zjednoczonych (by poznać system amerykański) oraz w bismarckowskich Niemczech. W drogę powrotną zabrali ze sobą cały bagaż idei i ważnych książek. Wśród nich Narodowy system ekonomii politycznej, który rychło przetłumaczyli na język japoński (1889). To właśnie na systemie amerykańskim i bismarckowskich Niemczech wzorowali się, modernizując swój kraj, próbując zerwać z feudalizmem oraz dominacją szogunatu. Przez wiele dekad doradcami japońskiego ministra spraw zagranicznych byli Amerykanie, którzy odpowiadali również za gospodarkę i uprzemysłowienie. Tokio przyjęło również niemiecki model konstytucji, organizacji armii i administracji, system szkolnictwa technicznego, a także politykę przemysłową opartą na wspieraniu krajowego kapitału i tworzeniu zaibatsu – wielkich grup przemysłowych będących narzędziem modernizacji kraju. Przez wiele dekad angielski i niemiecki były kluczowymi językami prestiżu i awansu w japońskiej administracji gospodarczej – zwłaszcza w instytucjach, na których po II wojnie światowej zbudowano legendarne Ministerstwo Handlu Międzynarodowego i Przemysłu (MITI). Wypracowana w Japonii koncepcja państwa rozwojowego pełnymi garściami czerpała z systemu amerykańskiego i niemieckich doświadczeń[1]. Gdy w latach 70. i 80. XX wieku Kraj Kwitnącej Wiśni stawał się potęgą w sektorach motoryzacyjnym (Toyota, Honda), elektronicznym (Sony, Nintendo) czy maszynowym (Hitachi), w tych sukcesach można było dostrzec skutki zastosowania idei Hamiltona i Lista.

Ścieżką wyznaczoną przez Japonię poszli inni, wśród nich trzy spośród tzw. czterech azjatyckich smoków[2]. Od lat 60. XX wieku zaczęły one budować własną wersję azjatyckiego państwa rozwojowego. Singapur pod przywództwem Lee Kuan Yewa (1959–1990) zbudował model państwa oparty na wysokiej jakości administracji, otwartości na kapitał zagraniczny i przyciąganiu zaawansowanego przemysłu. Państwo inwestowało w przemysł strategiczny oraz budowało infrastrukturę portową, lotniczą czy cyfrową. Korea Południowa w epoce generała Parka (1963–1979) postawiła na gwałtowną industrializację: państwo nie tylko chroniło rodzimy przemysł, lecz także wyznaczało sektory przyszłości. Eksport prywatnych firm w tych branżach wspierano preferencyjnym kredytem państwowym, co stworzyło warunki do narodzin czeboli, takich jak Samsung, Hyundai czy LG. Z kraju peryferyjnego i wyniszczonego wojną Korea stała się jednym z najważniejszych eksporterów przemysłowych świata. Na liście 500 największych globalnych firm znajduje się dziś 15 przedsiębiorstw południowokoreańskich. Tajwan przeszedł podobną ewolucję: dekady od lat 60. do 80. XX wieku zapisały się w historii jako czas tzw. tajwańskiego cudu. Wyspa ewoluowała od produkcji plastikowych lalek Barbie do wytwarzania najbardziej zaawansowanych technologicznie mikroprocesorów. Dziś marka TSMC (Taiwan Semiconductor Manufacturing Company) jest znana każdemu, kto poważnie zajmuje się polityką gospodarczą. Tajwan nie stałby się światowym liderem produkcji wafli krzemowych, gdyby nie konsekwentne zaangażowanie państwa w rozwój tego sektora. Wszystkie te kraje eksperymentowały z azjatyckim ­modelem państwa rozwojowego. Udowodniły, że przemysł nie musi być wyłączną domeną Zachodu[3].

Wreszcie na podobną ścieżkę rozwoju weszły Chiny. Badaczom trudno jednoznacznie nazwać ich model gospodarczy, bo jest on niezwykle eklektyczny. Pekin swobodnie łączy elementy z pozornie odległych tradycji: konfucjańskiego modelu władzy i społecznej hierarchii, partii komunistycznej działającej według logiki leninowskiej oraz reguł konkurencji charakterystycznych dla epoki turbokapitalizmu. W efekcie powstaje hybryda, która nie mieści się w klasycznych kategoriach politologicznych ani ekonomicznych. Dlatego najbliżej mi do określenia tego systemu jako leninowskiego państwa rozwojowego z chińską specyfiką.

Zuchwałością byłoby twierdzić, że w tym hybrydowym modelu rozwoju Chin kluczową rolę odgrywa dorobek jednego konkretnego myśliciela. Nie zmienia to jednak faktu, że badacze tacy jak Eric Helleiner, autor znakomitej książki The Neomercantilists: A Global Intellectual History, choć świadomi ryzyka zachodniocentryzmu, dostrzegają zasadniczy związek między współczesną polityką przemysłową Pekinu a myślą Friedricha Lista. Postacią, która łączy te dwa światy, jest Sun Jat-sen (1866–1925). Ten polityk i rewolucjonista uznawany jest za ojca koncepcji nowoczesnych Chin. Wykształcony na Zachodzie i przez długi okres życia mieszkający poza Chinami, czerpał inspiracje z zachodnich doświadczeń i myśli ekonomicznej, w tym z koncepcji Friedricha Lista i Alexandra Hamiltona. To on jako pierwszy zrozumiał znaczenie rewolucji przemysłowej i postawił tezę, że Chiny nie wyrwą się spod dominacji Zachodu, jeśli nie osiągną suwerenności technologicznej i przemysłowej.

Komunistyczna Partia Chin, mimo ideowego i politycz­nego sporu z Sun Jat-senem, przejęła zasadnicze zręby jego wizji gospodarki, choć trochę zajęło jej, by przełożyć to na skuteczną politykę gospodarczą. Od czasów Deng Xiaopinga, czyli od końca lat 70. XX wieku, Chiny weszły na drogę gwałtownych reform. Najpierw zaliczyły fazę fabryki ­świata – przyciąganie zagranicznego kapitału i technologii, aby uczyć się zachodniego know-how. Następnie przeszły do etapu kopiowania i adaptacji zachodnich rozwiązań. Ostatecznie wkroczyły w fazę wzmacniania własnych koncernów technologicznych poprzez gigantyczne państwowe subsydia oraz kredyty bankowe, jednocześnie zmuszając je do morderczej konkurencji pomiędzy sobą. Xi Jinping nazywa to powstawaniem „nowych sił wytwórczych wysokiej jakości”. W ten sposób Chiny przestały być synonimem niskomarżowych produktów. Marki takie jak BYD, Lenovo, CATL, Huawei czy Xiaomi zdobywają dziś globalne rynki, konkurując w najbardziej zaawansowanych technologicznie sektorach. To właśnie ten awans przemysłowy i technologiczny stał się jednym z głównych źródeł współczesnych wojen handlowych. Zachód nagle obudził się w świecie, w którym utracił przemysłowy prymat.

Po co czytać XIX-wiecznego ekonomistę? Bez zrozumienia polityki przemysłowej nie da się zrozumieć współczesnego świata. Bez poznania dziedzictwa Friedricha Lista nie da się zrozumieć polityki przemysłowej.

Niepokorny liberał

Daniel Friedrich List urodził się 6 sierpnia 1789 roku w południowo-zachodnim niemieckim mieście Reutlingen (Wirtembergia). To niewielkie księstwo niemieckie w wyniku wojen napoleońskich wkrótce miało stać się częścią nowego porządku. Ojciec Lista był szanowanym, choć niezbyt zamożnym garbarzem. Młody Friedrich od początku zatem wyrastał w kulturze szacunku do pracy rzemieślniczej, choć sam odrzucił drogę ojca i zdecydował się na karierę urzędnika państwowego. Po studiach administracyjnych w Tybindze rozpoczął karierę urzędniczą w rządzie Wirtembergii. Młody List był zdeklarowanym liberałem, który wierzył w wolny handel, konstytucję, wolność jednostki, konieczność reform oraz postęp. Był również gorącym zwolennikiem unii celnej, czyli zniesienia granic celnych między niemieckimi państewkami, co miało otworzyć drogę do intensywnej wymiany handlowej i przyczynić się do ogólnego bogactwa Niemiec.

Zdolny urzędnik szybko awansował w strukturach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Wirtembergii. Już w wieku 27 lat doszedł do stanowiska podsekretarza stanu. Ówczes­ny minister był pod takim wrażeniem młodego Lista, że powierzył mu także rolę profesora administracji praktycznej i ekonomii na Uniwersytecie w Tybindze (1817), czyli funkcję kształcenia przyszłych kadr. Nad tym ośrodkiem akademickim unosił się duch niemieckiego idealizmu, zważywszy, iż trzy dekady wcześniej studiowali tam Hölderlin, Hegel i Schelling. W ekonomii niepodzielnie panowała wówczas szkoła kosmopolityczna, czyli idee Adama Smitha i Davida Ricarda, które dążenie narodów do własnego uprzemysłowienia uznają za zbędne lub nawet szkodliwe. Jak sam List odnotował po latach w odniesieniu do swoich młodzieńczych poglądów ekonomicznych: „Popularna teoria ­wpoiła [mi] zasadę wolności handlu. Zasada ta wydawała mi się zgodna ze zdrowym rozsądkiem, a także udowodniona przez doświadczenie.”

Tytuł wykładowcy akademickiego dał Listowi jeszcze większe pole do wygłaszania postulatów reformatorskich: modernizacji państwa, reformy administracji, racjonalizacji biurokracji, zniesienia wewnętrznych barier celnych. Tak młody urzędnik i profesor wkroczył również na niebezpieczny grunt działalności politycznej, zostając deputowanym Zgromadzenia Stanowego Królestwa Wirtembergii. Jego poglądy i temperament polityczny musiały prędzej czy później ściągnąć na niego kłopoty. Krytyka konserwatywnego rządu i poparcie dla liberalnych reform doprowadziły ostatecznie do konfliktu z lokalnymi władzami. List został uznany za wichrzyciela, pozbawiony urzędów i skazany na więzienie (1822). Przed wykonaniem wyroku udało mu się jednak uciec do Strasburga, a przez następne dwa lata podróżował po Europie. Po pewnym czasie próbował wrócić na teren Niemiec, ale został aresztowany w Stuttgarcie (1824). Ostatecznie otrzymał pozwolenie na wyjazd do USA w zamian za wcześniejsze zrzeczenie się obywatelstwa Wirtembergii. Wraz z rodziną na stałe opuścił Europę, by zamieszkać w Stanach Zjednoczonych. Tam z kolei nastąpił jego intelektualny przełom.

Zderzenie z dorobkiem Alexandra Hamiltona

List po przypłynięciu do Stanów Zjednoczonych szybko miał okazję poznać lokalną elitę. Towarzyszył Lafayette’owi w podróży po USA, dzięki czemu spotkał czołowych polityków. Osiedlił się w Pensylwanii, gdzie kupił farmę oraz został redaktorem naczelnym tygodnika „Readinger Adler”. Była to lokalna prasa wydawana dla imigrantów, jedna z ­najstarszych gazet niemieckojęzycznych w USA, kierowana do dużej społeczności niemieckich osadników w Pensylwanii.

Obserwując działania młodej republiki, List zrozumiał, że jej rodząca się potęga wynika nie tylko z ducha indywidualnej przedsiębiorczości i ochrony własności prywatnej, lecz także z mądrej, aktywnej polityki państwa, polegającej na wspieraniu rodzimego przemysłu i inwestowaniu w infrastrukturę. To właśnie za oceanem zobaczył w praktyce American System – model rozwoju oparty na cłach ochronnych, budowie przemysłu narodowego i silnych instytucjach finansowych. Szczególne wrażenie zrobił na nim dorobek Alexandra Hamiltona (1755–1804), który, choć zmarł dwie dekady przed przybyciem Lista, pozostawił po sobie ideowy fundament amerykańskiego państwa rozwojowego. List dostrzegł, że Stany Zjednoczone nie zbudowały swojej potęgi dzięki abstrakcyjnym zasadom wolnego handlu, lecz dzięki pragmatycznemu systemowi, w którym państwo staje się architektem narodowej modernizacji. Zamiast ślepego zaufania do wolnego rynku – mądra, konsekwentna polityka państwa, które ramię w ramię z prywatnym biznesem rozwijało przemysł, infrastrukturę i edukację. Ta obserwacja odmieniła jego myślenie.

Alexander Hamilton to chyba jeden z najmniej znanych Ojców Założycieli, choć jego wizerunek do dziś widnieje na dziesięciodolarówce. Był zasłużonym żołnierzem, bliskim współpracownikiem Jerzego Waszyngtona, pierwszym sekretarzem skarbu, zwolennikiem federalizacji Stanów Zjednoczonych i uwspólnienia długów poszczególnych stanów, a także twórcą amerykańskiego banku centralnego. W kontekście polityki przemysłowej kluczowe znaczenie ma jednak przede wszystkim jego Raport o przemyśle – jeden z najważniejszych dokumentów gospodarczych w historii USA. Powstał w 1791 roku, gdy Hamilton, działając na zlecenie Izby Reprezentantów, przedstawił kompleksowy plan rozwoju gospodarki młodej republiki.

Hamilton trafnie przewidywał, że po zwycięstwie w wojnie o niepodległość konfrontacja z Wielką Brytanią przeniesie się z pola bitwy na pole gospodarki. Rozumiał, że w świecie wolnego handlu postulowanego przez Adama Smitha młode państwo amerykańskie nie ma żadnych szans z potęgą brytyjskiego przemysłu. Jeśli republika miała przetrwać, musiała zbudować własny, nowoczesny przemysł, zdolny stawić czoła konkurencji. Temu właśnie poświęcony był Raport o przemyś­le – wizji państwa, które nie czeka biernie na łaskę rynku, lecz aktywnie tworzy własne siły wytwórcze.

Hamilton postulował wprowadzenie ceł ochronnych na importowane towary. Zachęcał do uruchomienia subsydiów rządowych kierowanych do strategicznych sektorów. Domagał się wsparcia innowacji technologicznych i silnej ochrony patentowej wynalazców. Za konieczne uważał wprowadzenie zachęt finansowych i ulg podatkowych dla przedsiębiorców inwestujących w nowe technologie i metody produkcji. Wiele miejsca poświęcał potrzebie inwestycji państwa w infrastrukturę, podkreś­lając, że rozwój dróg, kanałów i środków transportu umożliwi swobodny przepływ towarów oraz przyczyni się do wzrostu krajowego przemysłu. Raport Hamiltona był manifestem patriotyzmu gospodarczego – programem amerykańskiego państwa rozwojowego, które aktywnie wspiera modernizację kraju.

Pojęcie systemu amerykańskiego (American System) spopularyzował Henry Clay – członek Izby Reprezentantów i Senatu, sekretarz stanu w latach 1825–1829, kilkukrotny kandydat na urząd prezydenta USA. Clay, odwołując się wprost do myśli Alexandra Hamiltona, uczynił system amerykański programem politycznym Partii Wigów lat 20. i 30. XIX wieku. Miał być przeciwieństwem systemu brytyjskiego opartego na nieograniczonym wolnym handlu. To Clay nadał hamiltonowskiej wizji formę spójnej polityki gospodarczej: wysokie cła, silny bank narodowy, inwestycje w infrastrukturę, ­wspieranie przemysłu. Właśnie w tym okresie, gdy Friedrich List jako emigrant mógł z bliska obserwować funkcjonowanie młodej amerykańskiej republiki, American System stał się jednym z kluczowych terminów za oceanem. Ukształtował on amerykańską politykę gospodarczą na kolejne dekady. Od 1816 roku, w którym uchwalono tzw. Dallas Tariff – pierwszą ustawę mającą na celu ochronę przemysłu – do czasu zakończenia II wojny światowej średnie taryfy celne w USA wynosiły ok. 40%. W tym okresie amerykańska gospodarka była jedną z najszybciej rozwijających się na świecie.

Odzyskać dobre imię

Pierwszym wyrazem zmiany poglądów Lista była jego broszura Zarys amerykańskiej ekonomii politycznej (Outlines of American Political Economy) wydana w 1827 roku w Filadelfii. Był to napisany w formie listów manifest polityczny skierowany przede wszystkim do amerykańskich decydentów oraz niemieckich imigrantów. Autor opowiadał się za systemem amerykańskim i występował z ostrą krytyką liberalizmu Adama Smitha. Już w tej niewielkiej broszurze odnajdujemy kluczowe elementy jego późniejszej doktryny, którą w pełni rozwinął w tej książce. List angażował się również w projekty infrastrukturalne i popularyzację kolei. Pisał na jej temat teksty, miał swój udział w powstaniu jednej z pierwszych spółek kolejowych działających w Pensylwanii (Little Schuylkill Rail Road Company), a nawet został jej prezesem (1828). Jego szybką karierę za oceanem zwieńczył rok 1830, w którym otrzymał amerykańskie obywatelstwo oraz nawiązał kontakty z prezydentem Andrew Jacksonem.

Z powodu tej fundamentalnej zmiany w życiu Lista, która miała miejsce za oceanem, mylące jest postrzeganie go jako myśliciela niemieckiego. Był on rzecz jasna Niemcem z urodzenia, ale jego poglądy ekonomiczne, które legły u podstaw tej książki, wprost wyrastają ze zderzenia z systemem amerykańskim. Jak pisze badacz Keith Tribe w Strategies of Economic Order: German Economic Discourse 1750–1950: „Mylące jest postrzeganie Lista jako niemieckiego ekonomisty, ponieważ uczył się ekonomii w Stanach Zjednoczonych od pisarzy uwikłanych w amerykańskie spory”. Świat niemieckich dyskusji o gospodarce był w tym czasie w zupełnie innym miejscu, zdominowany przez szkołę kosmopolityczną. Stąd ciekawą propozycją jest nazywanie Lista ekonomistą amerykańsko-niemieckim, a zamiast frazy „ekonomista z Wirtembergii” stosowanie raczej frazy „ekonomista z Pensylwanii”[4].

Tęsknota za Niemcami jednak w nim pozostała, co związane było zarówno z chęcią odzyskania dobrego imienia, jak i próbą przeniesienia amerykańskiego doświadczenia na lokalny grunt. Dlatego lata 30. XIX wieku upłynęły mu na po­nownym poszukiwaniu miejsca na Starym Kontynencie. W 1833 roku został konsulem amerykańskim w Lipsku, jednocześnie nieustannie zabiegając o rehabilitację i odzyskanie dobrego imienia w Wirtembergii. Odwiedzał wówczas liczne europejskie stolice, spotykając się ze śmietanką polityczną i intelektualną epoki. Nawiązał bliższe relacje z kręgami węgierskimi oraz brytyjskimi, starając się przekonać ich do swoich idei gospodarczych. W 1839 roku przeniósł się do Paryża, gdzie rozpoczął pracę nad swoją najważniejszą książką.

Na początku lat 40. XIX wieku w jego życiu nastąpił kolejny przełom. Najpierw otrzymał doktorat honoris causa Uniwersytetu w Jenie, co symbolicznie przywróciło go do europejskiego życia intelektualnego. Następnie przeniósł się do Augsburga, gdzie zyskał dostęp do ucha króla Ludwika I Bawarskiego. Wreszcie w 1841 roku ukazał się Narodowy system ekonomii politycznej – jego najdojrzalsze i najbardziej wpływowe dzieło. Książka okazała się dużym sukcesem, gdyż w ciągu osiemnastu miesięcy od premiery trzeba było ją dwukrotnie wznawiać. List wkrótce potem został uhonorowany przez Węgierską Akademię Nauk. W końcu został zrehabilitowany w samej Wirtembergii, co zamknęło trwający ponad dwie dekady rozdział walki o jego dobre imię.

Dalsze lata upłynęły Listowi na prowadzeniu pisma „Zoll­vereinsblatt”, gazety będącej emanacją środowisk przemysłowych i politycznych popierających integrację gospodarczą Niemiec. Pismo pełniło rolę forum publicznego dla zwolenników niemieckiego protekcjonizmu i unii celnej: publikowano w nim analizy gospodarcze, komentarze polityczne, dane handlowe oraz artykuły promujące zacieśnianie współpracy między państwami niemieckimi. Tę działalność przerwało niespodziewane załamanie psychiczne Lista. Najprawdopodobniej od wielu lat zmagał się z depresją. W 1846 roku zginął śmiercią samobójczą w Tyrolu pod Kufsteinem, a okoliczności jego śmierci nigdy nie zostały ostatecznie wyjaśnione.

Fakty przed ideologią

W postawie Lista najbardziej uderza jego gotowość do zmiany poglądów pod wpływem doświadczenia. Był nie tylko ekonomistą, lecz także uczestnikiem rewolucji gospodarczej swojej epoki: urzędnikiem, politykiem, przemysłowcem i publicystą. Całe życie próbował łączyć teorię z praktyką, ideę z działaniem. Dlatego gdy zetknął się z amerykańską gospodarką, potrafił odejść od dogmatów szkoły kosmopolitycznej, czyli bezkrytycznych wyznawców doktryny nieograniczonego wolnego handlu uznających Adama Smitha za swego patrona intelektualnego.

List dostrzegł, że wolny handel służy przede wszystkim krajom skrajnie słabym, które mogą sprzedawać światu swoje proste, niskomarżowe produkty, oraz krajom skrajnie silnym, zdolnym eksportować globalnie towary zaawansowane i wysokomarżowe. Nie służy natomiast państwom peryferyjnym ani półperyferyjnym, które chcą awansować w globalnych łańcuchach wartości. W ich przypadku wolny handel utrwala zależność, uniemożliwia rozwój rodzimego przemysłu i blokuje budowę nowoczesnych sił wytwórczych. Prowadzi do trwałej kolonizacji gospodarczej przez kraje rozwinięte. Dlatego, jeśli mamy do czynienia ze słabszą gospodarką, bazą przemysłową na niższym poziomie rozwoju – tak jak to było w przypadku młodych Stanów Zjednoczonych z czasów Alexandra Hamiltona – to trzeba chronić krajowy przemysł przed zagraniczną konkurencją i promować jego eksport. Nie po to, żeby stać się autarkią – czyli gospodarką całkowicie zamkniętą – ale po to, żeby osiągnąć niezależność gospodarczą i dopiero wówczas konkurować na arenie międzynarodowej. Wolny rynek działa sprawiedliwie i efektywnie tylko wtedy, gdy rywalizują ze sobą narody o porównywalnym poziomie rozwoju przemysłowego. W przypadku społeczeństw „na dorobku” potrzebne jest coś więcej niż niewidzialna ręka rynku – potrzebne jest świadome, kompetentne państwo, które chroni swój przemysł, inwestuje w edukację, rozwija infrastrukturę i wspiera własne zdolności produkcyjne. Celem nie jest samo bogactwo, lecz siła twórcza narodu – jego wiedza, innowacyjność i zdolność do samodzielnego rozwoju.

Pod wpływem tych obserwacji List przeszedł ewolucję od wolnorynkowego liberała do orędownika narodowego systemu ekonomii politycznej. Państwo peryferyjne, które aspiruje do podmiotowej pozycji w świecie, musi najpierw wykształcić własny przemysł, zanim otworzy się na pełną, globalną konkurencję. „Między dwoma doskonale rozwiniętymi pod względem kultury narodami wolna konkurencja tylko wtedy może być dobra dla obu, gdy oba znajdują się na mniej więcej takim samym poziomie rozwoju przemysłowego”. List doszedł do tych wniosków, obserwując system amerykański, a pogłębił je dzięki analizie historii gospodarczej. Dlatego książka, którą trzymają Państwo w rękach, nie zaczyna się od definicji i aksjomatów, jak u wielu ekonomistów konstruujących swoje teorie na czystej spekulacji, lecz od liczącej ponad sto stron Księgi I, w której znajdziemy analizy historyczne rozwoju potęg gospodarczych od renesansu po czasy współczesne autorowi.

Włoskie miasta epoki renesansu odniosły sukces dzięki połączeniu handlu (nowatorskie prawo kupieckie), rzemiosła (budowa okrętów) i finansów (banki, papiery dłużne) z aktywną polityką państw-miast (najdoskonalsze kanały w Europie), lecz upadły, bo zabrakło im jedności narodowej i popadły w polityczne rozdrobnienie. Miasta hanzeatyckie wzniosły się dzięki mistrzostwu w handlu morskim, organizacji kupieckiej i potężnej marynarce wojennej, lecz straciły znaczenie, bo nie zdołały przekształcić kupieckiego bogactwa w silną gospodarkę opartą na produkcji oraz nie wspierała ich silna władza polityczna. Podobnie Niderlandy zbudowały niezwykłe bogactwo na żegludze, finansach i handlu światowym, lecz utraciły przewagę, ponieważ nie zdołały rozwinąć potężnego przemysłu i zostały gospodarczo zdominowane przez większe, lepiej uprzemysłowione państwa. Hiszpania i Portugalia zyskały ogromne bogactwo dzięki kolonialnym podbojom i napływowi kruszców, lecz szybko osłabły, bo zamiast inwestować we własne moce produkcyjne oraz infrastrukturę, uzależniły się od importu wyrobów obcych i żyły z rabunku, nie z wytwarzania. Francja z kolei potrafiła połączyć energiczną politykę państwową z rozwojem rzemios­ła i przemysłu, lecz jej potencjał długo krępowały feudalne struktury i wojny, które opóźniały budowę nowoczesnej, zintegrowanej gospodarki.

Szczególne miejsce w refleksji Lista zajmuje przykład brytyjski. To współczesne mu morskie supermocarstwo, które po wojnach napoleońskich stało się orędownikiem globalnego wolnego handlu, a zarazem intelektualną kolebką szkoły kos­mopolitycznej. Wydawałoby się więc, że historia gospodarcza Wielkiej Brytanii powinna stanowić wzorcowy przykład skoku cywilizacyjnego osiągniętego dzięki konsekwentnemu stosowaniu zasad wolnego handlu. Nic bardziej mylnego. List precyzyjnie pokazuje, że zanim na Wyspach nastała moda na wolny handel, państwo brytyjskie przez stulecia stosowało rozważną i bezkompromisową politykę protekcjonistyczną: od aktów nawigacyjnych Cromwella po system przywilejów i zakazów, które chroniły rodzący się przemysł przed konkurencją silniejszych.

To Henryk VII Tudor (1485–1509) jako pierwszy dostrzegł – podczas pobytu u swojej ciotki w Niderlandach – niezwykłą produktywność tamtejszych rzemieślników i sformułował postulat ochrony brytyjskiego przemysłu włókienniczego. Sto lat później, za panowania Elżbiety I (1558–1603), wprowadzono cła na produkty niderlandzkie oraz rozpoczęto masowe sprowadzanie zagranicznych specjalistów, płacąc im krocie za przekazanie know-how. Gdy Wielka Brytania osiągnęła pewien poziom rozwoju dzięki handlowi, jej elity dostrzegły, że rodzime fabryki nigdy nie zdołają konkurować w otwartej rywalizacji ze starymi i ­ugruntowanymi ośrodkami włoskimi, hanzeatyckimi czy niderlandzkimi. Dlatego państwo prowadziło świadomą politykę protekcjonistyczną opartą na zakazach, przywilejach i zachętach, aby przeszczepić do kraju bogactwo, umiejętności i przedsiębiorczość cudzoziemców. Sto pięćdziesiąt lat po śmierci Elżbiety I wybuchła rewolucja przemysłowa, owoc wielowiekowej strategii budowania własnych sił wytwórczych. Podboje kolonialne czy ochrona patentowa własności intelektualnej tylko wzmocniły prymat Brytyjczyków.

Analizując przykład niderlandzki, brytyjski czy amerykański, List wszędzie dostrzega tę samą regułę rządzącą światem. Zawarł ją w zapewne najsłynniejszym cytacie pochodzącym z tej książki:

Jest to powszechna mądrość – po tym, jak osiągnie się szczyt wielkości, drabinę, za pomocą której się na niego wspięło, należy rzucić za siebie, aby uniemożliwić innym wspięcie się za nami. W tym tkwi sekret kosmopolitycznej doktryny Adama Smitha oraz kosmopolitycznych tendencji współczesnego mu wielkiego Williama Pitta i wszystkich jego następców w brytyjskiej administracji państwowej. Naród, który dzięki zarządzeniom ochronnym i ograniczeniom żeglugi rozwinął swoją produkcję i żeglugę do takiego stopnia, że żaden inny naród nie jest w stanie konkurować z nim na równych zasadach, nie może postąpić mądrzej, niż odrzucić tę drabinę, która doprowadziła go do wielkości, pouczać inne narody o zaletach wolnego handlu i ze skruchą oskarżać się, że dotychczas podążał błędną drogą i dopiero teraz doszedł do poznania prawdy.

Wolny handel to doktryna zwycięzców, którzy na szczyt weszli po drabinie protekcjonizmu.

Dotąd ekonomiści interpretowali świat; chodzi jednak o to, aby go zmienić. List nie chciał uprawiać nauki dla nauki, ale stworzyć zręby nowoczesnej ekonomii politycznej. To była jego główna misja – stworzyć naukę, która

uznając obecne interesy i indywidualne warunki narodów, uczy, w jaki sposób każdy pojedynczy naród może wynieść się na ten poziom rozwoju ekonomicznego, na którym zjednoczenie z innymi, podobnie zaawansowanymi w rozwoju narodami (a w konsekwencji wolność handlu), będzie dla niego możliwe i pożyteczne.

Jego książka jest więc praktycznym podręcznikiem ­awansu. Inspiruje państwa peryferyjne, by dołączyły do rdzenia gos­podarki kapitalistycznej.

Zapewne dziś, z perspektywy bogatej historiografii XXI wieku, czytając historyczne analizy Lista, można mieć ­wiele zastrzeżeń. Nie wszystkie jego interpretacje wytrzymały próbę czasu wobec dwóch stuleci nowych badań. Nie w tym jednak tkwi sens lektury Księgi I. Warto ją poznać, by zrozumieć sposób myślenia myśliciela z Pensylwanii: ekonomia nie może być domeną abstrakcyjnych spekulacji i akademickich konstrukcji, które tracą z oczu rzeczywistość i zapominają o historycznym doświadczeniu narodów. Ekonomia musi być blisko faktów, a nie abstrakcji. Stąd List stał się jednym z ojców niemieckiejhistorycznej szkoły ekonomii. W przeciwieństwie do Adama Smitha, który zapoczątkował podejście oparte na dedukcji – od ogólnych praw do rzeczywistości – buduje on swoją teorię indukcyjnie, wychodząc od faktów, doświadczenia i historii, a dopiero potem formułując uogólnienia. Wielu twardogłowych liberałów do dziś nie odrobiło tej lekcji, przez co ich myślenie pozostaje tak nieznośnie dogmatyczne. List pozostaje patronem tych, którzy w ekonomii bardziej ufają faktom niż obowiązującej ideologii.

Badania nad przyczyną bogactwa narodów

Nie tylko myślenie indukcyjne czyni jego podejście tak zaskakująco aktualnym. Kolejnym kluczowym wyróżnikiem jest jego wyjątkowo świadome odróżnienie bogactwa od sposobu jego wytwarzania; wzrostu gospodarczego od zdolności produkcyjnych. List podkreśla, że „przyczyny bogactwa są czymś zupełnie innym niż samo bogactwo”. Można posiadać majątek, czyli wartość wymienną, lecz jeśli nie ma się zdolności wytwarzania dóbr o większej wartości, niż się zużywa, bogactwo prędzej czy później zniknie. I odwrotnie – ktoś może być biedny, ale jeśli posiada siłę wytwarzania, to znaczy zdolność do tworzenia wartości, z czasem stanie się bogaty. „Moc tworzenia bogactwa jest nieskończenie ważniejsza niż samo bogactwo; gwarantuje nie tylko posiadanie i powiększanie tego, co zostało nabyte, ale także zastąpienie tego, co zostało stracone.”

Z tego rozróżnienia wypływa polityka przemysłowa. Dopiero posiadanie własnych środków produkcji daje możliwość podmiotowego rozwoju. Dlaczego? Bo ten, kto kontroluje środki produkcji – technologie, know-how, przemysł, infrastrukturę i kapitał – kontroluje również warunki, w jakich powstaje bogactwo. Sercem wzrostu gospodarczego są rosnąca produktywność przedsiębiorstw oraz rosnące płace pracowników.

Siła przemysłu wzmacnia naukę, sztukę i kunszt polityczny, pomnaża dobrobyt ludu, populację, dochody państwa i potęgę narodu, zapewnia mu środki do rozszerzania powiązań handlowych na wszystkich kontynentach i zakładania kolonii, rozwija rybołówstwo, żeglugę i marynarkę wojenną.

Państwo pozbawione własnego przemysłu rozwija się tylko o tyle, na ile pozwalają mu na to zewnętrzna infrastruktura, zagraniczne fabryki i cudze decyzje inwestycyjne. Jest zależne od importu technologii, strategii ustalanych za granicą, kapitału płynącego tam, gdzie akurat zysk jest wyższy, oraz od obcych interesów geopolitycznych. Taki kraj może wzrastać, ale nigdy na własnych warunkach. Posiadanie własnych środków produkcji tworzy natomiast siłę wytwórczą: zdolność do samodzielnego tworzenia wartości, odbudowy po kryzysie, unowocześniania gospodarki i zdobywania nowych rynków poprzez eksport towarów. Polityka przemysłowa jest sercem wzrostu – to ona decyduje, czy państwo będzie jedynie konsumentem cudzej siły wytwórczej, czy jej twórcą. Dlatego List krytykował również finansjalizację gospodarki – jako iluzję wzrostu opartego na spekulacji, która tworzy kapitał, lecz nie wytwarza realnych sił wytwórczych.

I tu dotykamy pytania o to, kto jest podmiotem wzrostu. Szkoła kosmopolityczna spod znaku Adama Smitha jest skrajnie redukcyjna: widzi tylko jednostkę, prywatne firmy oraz całą ludzkość, pomijając wszystko, co znajduje się pomiędzy. List uważał to za sprzeczne z doświadczeniem historycznym. Ludzie myślą i działają w kategoriach wspólnoty narodowej, kultura i instytucje państwa odgrywają kluczową rolę w rozwoju, wzrost gospodarczy jest zawsze wysiłkiem całego społeczeństwa. Dlatego List podkreślał:

Jako cechę charakterystyczną stworzonego przeze mnie systemu, która odróżnia go od innych koncepcji, wymienię narodowość. Cała moja budowla postawiona jest na fundamencie narodowości jako czynnika spajającego indywidualność i ludzkość. Długo wahałem się, czy nie powinienem nazwać tego systemu naturalnym systemem ekonomii politycznej, (…) ponieważ wszystkie poprzednie systemy przedstawiam jako stworzone nie z natury rzeczy, jako sprzeczne naukom historii.

Ignorowanie narodowości, twierdził List, jest pozbawione sensu: eliminuje politykę i państwo; zakłada wieczny pokój i powszechną unię, jakby narody od zarania dziejów nie rywalizowały ze sobą i nie prowadziły wojen; nie docenia wartości krajowej siły produkcyjnej i środków potrzebnych do jej wytworzenia, a w konsekwencji domaga się całkowitej swobody handlu, która służy najsilniejszym. Naród odgrywa u Lista tak ważną rolę, ponieważ to on tworzy państwo, które z kolei tworzy warunki rozwoju: instytucje, prawo, stabilne otoczenie polityczne oraz infrastrukturę – od linii kolejowych i portów po telegraf oraz system edukacji. Renesansowe włoskie miasta czy Hanza upadły właśnie dlatego, że nie potrafiły wytworzyć silnego podmiotu politycznego, który zagwarantowałby ich dynamicznej gospodarce trwałe ramy instytucjonalne. Szkoła kosmopolityczna grzeszy naiwnością dziecka, a nie proponuje nam teorię opisującą działanie realnego świata.

Ekonomista z Pensylwanii stawia systemowi Adama Smitha trzy zasadnicze zarzuty. Po pierwsze, bezdenny kos­mopolityzm, który nie uznaje zasady narodowości i nie ­liczy się z koniecznością zaspokojenia jej interesów. Po drugie, martwy materializm, który patrzy wyłącznie na wartość wymienną rzeczy, ignorując mentalne, polityczne i strategiczne interesy narodu oraz jego siły wytwórcze. Po trzecie, dezorganizujący partykularyzm i indywidualizm, który – nie dostrzegając społecznej natury pracy – zakłada, że prywatny przemysł rozwijałby się tak samo w stanie swobodnej wymiany z całą ludzkością, jak w realnym świecie podzielonym na odrębne wspólnoty narodowe. Smithowską tezę, że bogactwo narodu jest jedynie sumą bogactwa jednostek, a prywatny interes jednostki wystarcza, by najlepiej pobudzać produkcję i akumulację, List uznaje za iluzję nieuwzględniającą ani historii, ani polityki, ani realnych warunków rozwoju.

Ale to nie wszystko. Naród ma ogromne znaczenie również dlatego, że List dostrzega wagę kultury. Potencjał duchowy i moralny traktuje on na równi z potencjałem materialnym. Duch przedsiębiorczości, pracowitość społeczeństwa czy swobody obywatelskie mają długofalowo większy wpływ na rozwój niż wąsko rozumiany dostęp do kapitału. Społeczeństwa bogate, ale pozbawione społecznych wartości, są skazane na przejadanie swojej zamożności, którą odziedziczyły po przeszłych pokoleniach, a nie na kreowanie nowych mocy wytwórczych. Wystarczy prześledzić losy Hiszpanii i Portugalii.

Dlatego List odrzuca klasyczny podział pracy na produkcyjną i nieprodukcyjną: nauczyciel uczący muzyki w szkole podstawowej, profesor kształcący kadry dla państwa i sektora prywatnego, artysta wzmacniający wartości społeczne czy urbanista projektujący miasta wykonują jego zdaniem pracę równie ważną dla rozwoju jak fabrykant rozbudowujący swoją firmę. Niemiecka szkoła historyczna, której List jest prekursorem, zakorzenia myślenie o gospodarce w szerszym kontekście: w historii, instytucjach, kulturze i normach społecznych.

Dodajmy, że zdaniem Lista łatwiej jest zmienić materialną stronę gospodarki niż głęboko zakorzenione w społeczeństwie normy, nawyki i instytucje długiego trwania. Przyczyny zapóźnienia mogą być bardziej lub mniej podatne na zmianę. Do tych stosunkowo plastycznych ekonomista zalicza chociażby słabą infrastrukturę (można wybudować porty, kanały śródlądowe czy kolej), niedostatki wiedzy technicznej (można kupić know-how), niedobór doświadczonych pracowników (można ich ściągnąć z zagranicy na zasadach tzw. drenażu mózgów) czy słabo rozwinięty przemysł (można prowadzić politykę przemysłową). Do znacznie mniej podatnych na zmianę zalicza natomiast brak pracowitości, kultury opartej na wiedzy i edukacji wychylonej w przyszłość, społeczne poczucie niesprawiedliwości, a przede wszystkim wad­liwe instytucje państwowe oraz brak swobód obywatelskich i pewności prawa. Wreszcie wskazuje także na niekorzystny kształt terytorium państwa, który – jeśli utrudnia kontrolę granic i nie tworzy spójnej całości – może doprowadzić do upadku. Widać to świetnie na przykładzie Hanzy.

Jeśli w 2024 roku Daron Acemoğlu i James A. Robinson otrzymują Nagrodę Nobla za ukazanie kluczowego znaczenia instytucji dla rozwoju, to także w ich refleksjach pobrzmiewa dziedzictwo Lista. Bo pytanie o to, dlaczego jedne narody wygrywają, a inne przegrywają, nie sprowadza się do wielkości kapitału, lecz do siły całej wspólnoty – jej instytucji, kultury, zaufania i zdolności do tworzenia własnych sił wytwórczych.

Do jakiej szkoły należał List?

Zdaję sobie sprawę, że potrzeba kategoryzowania i porządkowania rzeczywistości poprzez etykiety jest w nas tak silna, że natychmiast chcemy wrzucić Lista do jakiejś szufladki. Kim więc był? Zdrajcą liberalizmu, nacjonalistą gospodarczym czy może jedynie historykiem ekonomii, który nie stworzył własnego systemu? Skoro tak bardzo potrzebujemy etykiet, zmierzmy się z tym problemem uczciwie.

Nazywanie Lista nacjonalistą gospodarczym jest błędem, choć tytuł jego dzieła i podkreślanie centralnej roli narodu w polityce rozwoju mogą do tego skojarzenia skłaniać. Trzeba jednak stanowczo zaznaczyć: autor tej książki nie był zwolennikiem autarkii. Przeciwnie – uważał wolny handel za ideał, do którego narody powinny dążyć, bo w dłuższej perspektywie sprzyja on wzrostowi gospodarczemu. Zwracał jednak uwagę na coś, co widział w historii wszystkich wielkich potęg: uczciwa konkurencja na rynku międzynarodowym jest możliwa wyłącznie wtedy, gdy rywalizują ze sobą kraje o zbliżonym poziomie rozwoju. Dlatego bronił ceł ochronnych, roli państwa i potrzeby chronienia raczkujących gałęzi przemysłu; nie po to, by zamknąć gospodarkę na stałe, lecz po to, by stworzyć warunki do późniejszego otwarcia. Jego ideałem nie był nacjonalizm gospodarczy, lecz wolny handel pomiędzy równymi. List nie był nacjonalistą gospodarczym, który postrzega gospodarkę jako grę o sumie zerowej.

Zresztą sympatie Lista do liberalizmu mają znacznie głębsze podstawy. W młodości to właśnie z wolnościowych pozycji krytykował władze Wirtembergii za konserwatyzm i obronę społecznego status quo. Czytając jego opus magnum, można dojść do wniosku, że na najgłębszym poziomie – uznania fundamentalnej roli wolności – List do końca pozostał liberałem. Przedsiębiorczość wolnych ludzi jest dla niego głównym motorem rozwoju gospodarczego.

Siły wytwórcze, a w konsekwencji bogactwo jednostek, rosną proporcjonalnie do wolności i doskonałości instytucji politycznych i społecznych, a te z kolei czerpią pożywkę dla swego dalszego udoskonalania się ze wzrostu bogactwa materialnego i sił wytwórczych jednostek.

Kluczowe znaczenie mają zatem swobody obywatelskie, pewność prawa, ochrona własności, także własności intelektualnej. Z tego wyrasta jego pochwała przemysłu, który wyrwał klasę ludową uwięzioną w stosunkach feudalnych. „Manufaktury i fabryki – zauważa List – są matkami i dziećmi wolności obywatelskiej, oświecenia, sztuki, nauki, hand­lu wewnętrznego i zagranicznego, żeglugi i usprawnień transportowych, cywilizacji i władzy politycznej”. Zgodziłby się więc z centralną ideą Ludwiga von Misesa, że głównym źród­łem wzrostu jest geniusz indywidualnego ludzkiego ­działania. Państwo nie ma go tłumić ani zastępować, ale jedynie tworzyć warunki, by energia jednostek przekładała się na zamożność nie tylko ich samych, lecz całej wspólnoty.

Zatem zanim zbyt pochopni liberałowie sięgną po pałki z napisami „socjalista” i „lewak”, by okładać nimi Lista, warto, aby najpierw raz jeszcze zajrzeli do prac swojego własnego patrona – Adama Smitha. Z pewnością zaskoczy ich fakt, że w jego sztandarowym dziele Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów znalazła się jednoznaczna pochwała aktów nawigacyjnych Cromwella. Ten klasyczny przykład brytyjskiego protekcjonizmu, wymierzony w dominujących wówczas Holendrów, Smith nazwał „jednymi z najmądrzejszych ustaw, jakie kiedykolwiek przyjęła Wielka Brytania”. Ale to nie wszystko. Ten sam Adam Smith, ikona wolnego handlu, kończył swoją karierę jako komisarz celny w Edynburgu (1778–1790). Na tej bardzo wygodnej państwowej posadzie, pobierając sowite wynagrodzenie z królewskiego skarbca, osobiście nadzorował brytyjski system celny – jedno z kluczowych narzędzi protekcjonizmu. Widać gdy idzie o fakty, a nie ideologiczne deklaracje, wszyscy jesteśmy hamiltonistami.

Jeśli dalej szukać etykiet, to Listowi bliżej do merkantylizmu niż do nacjonalizmu. Merkantylizm był doktryną dominującą w Europie przed rewolucją przemysłową. List cenił ją za dostrzeżenie roli eksportu, znaczenia państwa dla rozwoju gospodarczego oraz fundamentalnej wagi floty handlowej. Jednocześnie krytykował ją za nadmierne skupienie na gromadzeniu bogactwa materialnego, zwłaszcza kruszców, zamiast na budowie sił wytwórczych. Uważał, że wielu merkantylistów miało trafną intuicję polityczną, ale brakowało im spójnej teorii. Eric Helleiner we wspomnianej wcześniej książce z tych właśnie powodów zalicza Lista do tradycji neomerkantylizmu. Jednocześnie podkreśla, że i ta etykieta jest niewystarczająca: ekonomista z Pensylwanii nie mieści się w żadnej prostej szufladzie, dlatego jego dzieło nazywa idiosynkratyczną syntezą wielu tradycji i wątków. List buduje swój system w sposób oryginalny i przez to trudny do zaszufladkowania.

Pewnie można nazwać go po prostu instytucjonalistą. To techniczny termin oznaczający przekonanie, że kluczem do rozwoju są instytucje publiczne. Ludzie mogą być pracowici, inteligentni i pomysłowi, ale to nie wystarczy, by wydobyć cały ich potencjał. Ich rozwój muszą wspierać silne i sprawiedliwe instytucje publiczne, zarówno społeczne, jak i samorządowe, zawodowe czy państwowe. Dlatego nie należy instytucjonalizmu Lista zawężać do kwestii protekcjonizmu i ceł ochronnych. Przeciwnie, autor tej książki nie zgadzał się z podejściem, jakoby cła były lekarstwem na całe zło i należało je stosować zawsze i wszędzie. To nie młotek, tylko skalpel – narzędzie tymczasowe, które powinno być precyzyjnie ukierunkowane. Utrzymywanie ceł zbyt długo mogłoby prowadzić do stagnacji, bo państwo – chroniąc zbyt mocno krajowe firmy, tworząc dla nich zbyt wygodne warunki ciep­larniane – odbierałoby im bodźce do nieustannej pracy nad produktywnością. Dużo ważniejsze od ceł jest to, co dzieje się wewnątrz gospodarki. Zaryzykuję stwierdzenie, że Listowi bliska byłaby tym samym trafna uwaga Pawła Borysa, wieloletniego prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju, którą podzielił się podczas jednego z wywiadów: „Interwencjonizm jest jak lekarstwo: właściwie dawkowany leczy, w zbyt dużych dawkach wywołuje skutki uboczne”. Ta maksyma dobrze oddaje intuicje ekonomisty z Pensylwanii.

Jako zwolennika instytucjonalizmu można pochopnie utożsamić go z lewicą, ale to mylny trop. Lewica przede wszystkim koncentruje się na kwestii redystrybucji, by wzmacniać spójność społeczną, wyrównywać szanse i chronić najsłabszych. Znacznie mniej uwagi poświęca ­rywalizacji międzynarodowej. Z Listem było inaczej – choć doceniał wagę spójności i sprawiedliwości społecznej, nie była to jego główna troska. Jego myślenie koncentrowało się przede wszystkim na rozwoju: wzmacnianiu pozycji prywatnych firm w międzynarodowej konkurencji i umożliwianiu im odniesienia sukcesu w warunkach wolnego handlu. „Istnieje bowiem – pisał List – o wiele większe zło niż stan proletariatu: pusty skarbiec oznacza niemoc narodową, co w konsekwencji prowadzi do niewoli narodowej i ostatecznie śmierci narodu”. Jego instytucjonalizm nie koncentrował się na walce z bogatymi, ale na budowaniu silnego państwa i przewagi konkurencyjnej narodowej gospodarki. Stąd List słabo nadaje się na koszulki ludzi spod znaku Occupy Wall Street.

Jeszcze jedna tradycja może chcieć upomnieć się o tego myśliciela. Chodzi oczywiście o teorię zależności, rozwijającą paradygmat neokolonialny w analizie globalnej gospodarki kapitalistycznej. Jeden z jej twórców, Immanuel Wallerstein podzielił świat – zgodnie z międzynarodowym podziałem pracy i różnicami w marżach – na państwa rdzenia, półperyferyjne i peryferyjne. W tym ujęciu można czytać Lista jako autora dekonstruującego tę grę i oferującego przepis na to, jak państwa peryferyjne mogą wyrwać się ze strukturalnej zależności. Jego słynne „odrzucenie drabiny” staje się w tym kontekście ostrzeżeniem, by nie przyjmować zbyt szybko zasad wolnego handlu narzucanych we współczesnym świecie przez Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Najpierw trzeba rozwinąć własne moce produkcyjne. Tylko w ten sposób kraje peryferyjne mogą awansować z produkcji prostych, nieprzetworzonych, niskomarżowych dóbr do rdzenia gospodarki kapitalistycznej, gdzie kumulują się najwyższe marże i największa siła technologiczna. Patrząc na ścieżki rozwojowe Niemiec, Japonii, Korei Południowej, Tajwanu czy wreszcie Chin – rzeczywiście tak to się właśnie odbyło.

I tutaj jednak List nie do końca pasuje – nie nadaje się w pełni na intelektualnego patrona globalnego Południa. Wynika to z faktu, że jego spojrzenie było głęboko zachodniocentryczne. Uważał, że do państw rdzenia mogą awansować jedynie nieliczni: narody o dostatecznej spójności społecznej, wysokiej kulturze, silnych instytucjach i podmiotowości politycznej. Ten swoisty ekskluzywizm łączył także z geografią. Jego zdaniem

do rozwoju siły przemysłowej powołane są kraje, które pod względem zasobów naturalnych leżą w strefie umiarkowanej, ponieważ klimat umiarkowany jest strefą wysiłku umysłowego i fizycznego. Jeśli zaś kraje strefy gorącej mają sytuację mniej korzystną pod kątem produktów przemysłowych, to z kolei posiadają naturalny monopol na cenniejsze – mile widziane w krajach strefy umiarkowanej – produkty rolnicze.

Bogata Północ miała być tym samym liderem rewolucji przemysłowej – biedne Południe miało skupić się na rolnictwie. Gdy dodamy do tego zgodę autora na ekonomiczny i polityczny imperializm, czyli przekonanie, że państwa rdzenia mają prawo czerpać przewagę ze swych mocy produkcyjnych kosztem państw peryferyjnych, to staje się jasne, dlaczego List może być towarzyszem drogi, ale nie intelektualnym patronem narodów globalnego Południa.

Z tych wszystkich powodów najbliżej mi do tezy, że List był po prostu zwolennikiem państwa rozwojowego. Choć termin ten upowszechnił się dopiero w kontekście skoku rozwojowego państw Azji Południowo-Wschodniej, to dobrze pasuje także do przykładu młodych Stanów Zjednoczonych czy XIX-wiecznych Niemiec. Państwo rozwojowe nie patrzy na gospodarkę wycinkowo ani dogmatycznie. Patrzy horyzontalnie: widzi nie tylko rynek i przedsiębiorców, lecz również instytucje, kulturę, edukację, infrastrukturę, kapitał społeczny i długie trwanie historyczne. Wychodzi z założenia, że wzrost gospodarczy nie jest produktem samego rynku, ale rezultatem zbiorowego wysiłku całej wspólnoty, której siła wytwórcza wymaga świadomego wsparcia. W tym sensie państwo rozwojowe jest przeciwieństwem dogmatyzmu ekonomicznego. Nie wierzy, że rynek sam rozwiąże problemy strukturalne, ani że wolny handel automatycznie przyniesie rozwój krajom słabszym. Traktuje gospodarkę jako projekt polityczny i cywilizacyjny, a nie jako samoczynny mechanizm. Dlatego łączy wolność jednostki z mądrą interwencją państwa, dążenie do produktywności z troską o instytucje, a konkurencję rynkową z inwestycją w długofalowe siły wytwórcze. Państwo rozwojowe nie zarządza gospodarką centralnie, ale też nie abdykuje. Cła są elementem tego systemu, ale nie elementem najważniejszym, bo dużo ważniejsze jest to, co dzieje się wewnątrz gospodarki. Rolą państwa rozwojowego nie jest odgrodzenie się od świata chińskim murem, ale umiejętne mobilizowanie zasobów, czyli tworzenie warunków, w których talenty jednostek, energia przedsiębiorców i kapitał społeczny mogą zmienić się w trwałą przewagę ekonomiczną. To państwo, które myśli strategicznie, widzi całościowo i działa długoterminowo.

List był bez wątpienia jednym z najważniejszych w dziejach teoretyków państwa rozwojowego.

List a sprawa polska

Na koniec musimy zmierzyć się z pytaniem, które pewnie wielu czytelników ma teraz w głowie: co to właściwie oznacza dla Polski? Jak czytać tę książkę w aktualnych realiach? Odpowiedź będzie oczywiście dość złożona.

Można czytać tę książkę tak, jak przegląda się w lustrze, choć widok nie jest najpiękniejszy. List to gorzki recenzent naszej historii gospodarczej, bo w historii Polski widzi wiele złych decyzji. Stąd nasz kraj pojawia się na kartach tej książki jako przykład negatywny. Autor porównuje nas z Anglią, gdyż „oba te narody stały niegdyś na tym samym poziomie kultury”. Niestety, Anglicy poszli drogą uprzemysłowienia i rozwoju cywilizacyjnego, dlatego w realiach XIX wieku stali się supermocarstwem. W tym samym czasie Rzeczpospolita upadła, bo rządzona przez szlachtę nie była w stanie „uwolnić rolnictwa z jego kajdan”.

Niektóre myśli Lista brzmią dziś jak cytaty wyjęte wprost z serialu 1670. Zwłaszcza ten, który zrobił furorę w mediach społecznościowych: o Polacco stupido wydających majątek na importowane luksusy, zamiast inwestować we własne. Autor tej książki prawie dwieście lat przed scenarzystami Netflixa sformułował dokładnie tę samą diagnozę. Pisał: „Polska byłaby szczęśliwsza, gdyby całkowicie zrezygnowała z handlu zagranicznego” i najpierw „rozwinęła własną siłę wytwórczą”. Tylko dzięki „wolnym miastom obfitującym w ludność i przemysł” mogła osiągnąć silne instytucje, bogactwo, polityczną podmiotowość i odporność na presję sąsiadów. Tymczasem polska szlachta

lubowała się w wysyłaniu skromnych owoców niewolniczej pracy na obce rynki i paradowaniu w pięknych zagranicznych tkaninach. Być może ich potomkowie odpowiedzą teraz na pytanie, czy wskazane jest dla dobra narodu, by kupować produkty z zagranicy, póki krajowe fabryki nie są jeszcze wystarczająco silne, aby móc konkurować z zagranicą pod względem ceny i jakości.

To pytanie skierowane jest wprost do nas. Czy jako potomkowie tamtej szlachty umiemy odpowiedzieć na nie inaczej niż tylko śmiechem wywołanym przez zabawny serial?

Można również czytać tę książkę jako przypomnienie o niewykorzystanych szansach z naszej przeszłości. „Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka”… Bo Polska także miała swojego Alexandra Hamiltona, choć dziś mało kto o tym pamięta. W tym samym czasie, gdy tworzono system amerykański, a w Niemczech nikt jeszcze nie słyszał o ideach opisanych w tej książce, w Polsce działał nasz rodzimy neomerkantylista. Był nim Ksawery Drucki-Lubecki, minister skarbu Królestwa Polskiego w latach 1821–1830. Obejmując urząd, zastał kraj o strukturze gospodarczej typowej dla peryferii: rolniczy, uzależniony od eksportu zboża, podatny na wahania cen i kaprysy europejskich rynków. Drucki-Lubecki uważał, że polityczna podmiotowość wymaga gospodarczego uniezależnienia, a to nie jest możliwe bez budowy nowoczesnego przemysłu, silnych instytucji finansowych i aktywnej roli państwa. „Niepodległość polityczna musi być uzupełniona niepodległością ekonomiczną” – pisał. Hamilton, gdyby się spotkali, z pewnością przybiłby mu piątkę.

Zatem Drucki-Lubecki, zanim jeszcze List opublikował swoje dzieło życia, wdrażał na naszych ziemiach program, który z dzisiejszej perspektywy można nazwać państwem rozwojowym. Wprowadzał wysokie taryfy celne chroniące rodzący się przemysł, sprowadzał zagranicznych specjalistów, finansował inwestycje przemysłowe, zakładał państwowe kopalnie i huty, a w 1828 roku powołał Bank Polski – instytucję finansującą krajowe przedsięwzięcia przemysłowe. Tworzył również państwową infrastrukturę: drogi, kanały, inwestycje transportowe. Jego celem była transformacja Polski z eksportera surowców w kraj zdolny do produkcji własnych dóbr, w tym uzbrojenia. Eric Helleiner w swojej książce poświęca mu cały podrozdział, gdyż był bliższy Hamiltonowi niż jakikolwiek inny europejski reformator tej epoki.

Jak łatwo się domyślić, projekt Druckiego-Lubeckiego nie został doprowadzony do końca. Załamał się nie dlatego, że był zły, lecz dlatego, że został przerwany przez czynniki polityczne. Powstanie listopadowe i późniejsza rosyjska represja ograniczyły autonomię królestwa, zdławiły reformatorski impet i doprowadziły do upadku wielu państwowych firm. Gospodarka pogrążyła się w stagnacji, brakowało kapitału, kadry były słabe, a liberalni ekonomiści, z Fryderykiem Skarbkiem na czele, zaczęli krytykować państwowe przedsiębiorstwa jako „fantasmagorię pochłaniającą miliony”. W latach 40. XIX wieku, ku radości Prus i Rosji, rozmontowano system ceł, a większość państwowych zakładów sprywatyzowano lub doprowadzono do bankructwa. Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że Drucki-Lubecki próbował zrobić dla Polski to, co List postulował dla Niemiec: zbudować przemysłową siłę narodową, zanim zostaniemy wciągnięci w światową konkurencję na cudzych warunkach. Jego projekt nie miał jednak szans przetrwać w warunkach politycznej zależności od Rosji i braku suwerenności strategicznej. Nie mieliśmy takiej siły instytucjonalnej jak Niemcy, by unieść ciężar tak ambitnego projektu modernizacyjnego.

Wreszcie można czytać tę książkę także jako polemikę z III Rzeczpospolitą. List, jako myśliciel otwarty na fakty, z pewnością doceniłby ogromny skok cywilizacyjny, jaki polskie społeczeństwo wykonało w ciągu ostatnich trzech dekad. Gdyby jednak przyjrzał się bliżej polskiemu modelowi gospodarczemu, z pewnością doszedłby do wniosku, że obraliśmy zupełnie inną ścieżkę niż młode Stany Zjednoczone czy Japonia ery Meiji. Tamte państwa stawiały na rozwój niezależny, kierowany ambicją awansu do rdzenia światowego systemu gospodarczego. My nie mieliśmy takiej ambicji, determinacji i potencjału.

Dlatego Polska po 1989 roku wybrała rozwój w modelu zależnym. Bardzo szybko otworzyliśmy się na zagraniczny kapitał. „Najlepsza polityka przemysłowa to brak polityki przemysłowej” – słynne słowa ministra przekształceń własnościowych z lat 90. XX wieku niezwykle trafnie oddają ducha tamtej epoki. Szokowa liberalizacja, szybkie otwarcie handlowe i masowa prywatyzacja doprowadziły do drugiej największej deindustrializacji w powojennej historii Zachodu (szybciej przemysł zwijał się jedynie w Wielkiej Brytanii za czasów Margaret Thatcher). A potem staliśmy się prymusami modelu opartego na bezpośrednich inwestycjach zagranicznych. W rezultacie zbudowaliśmy gospodarkę zależną, bazującą na obcym know-how i włączeniu w globalne łańcuchy wartości, które wyznaczają nam miejsce nie w rdzeniu, lecz w grupie państw półperyferyjnych. W pewnym sensie zrobiliśmy dokładnie to, przed czym List przestrzegał: weszliśmy do globalnej konkurencji, zanim daliśmy sobie czas na wzmocnienie własnego przemysłu.

Skutki tego widzimy do dziś. Choć odnotowaliśmy gigantyczny wzrost jakości życia, a PKB przez trzy dekady rosło niemal nieprzerwanie, wciąż nie mamy własnych prywatnych globalnych marek. Choć polski eksport wygląda imponująco w liczbach bezwzględnych, to w dużej mierze napędzają go fabryki zagranicznych koncernów, ulokowane w Polsce ze względu na tanią i dobrze wykwalifikowaną siłę roboczą oraz dostęp do rynku unijnego. Struktura własności największych polskich firm mówi sama za siebie: dominują w niej spółki Skarbu Państwa, spółki zagraniczne lub przedsiębiorstwa, które przeszły w latach 90. ubiegłego wieku prywatyzację, często na rzecz kapitału zewnętrznego. W sektorze zaawansowanych technologii czy dóbr konsumpcyjnych z wyższej półki nadal praktycznie nie istnieją polskie odpowiedniki Samsunga, Toyoty czy TSMC. Krótko mówiąc, skok cywilizacyjny udało nam się osiągnąć głównie dzięki wpięciu się w globalne łańcuchy wartości, a nie dzięki budowie własnej siły wytwórczej. Nie mamy „polskiego Hyundaia” – firmy przemysłowej zdolnej projektować i sprzedawać globalnie wysokomarżowe produkty.

Czy to oznacza, że na lekturę Lista jest dziś po prostu za późno? Wierzę, że nie, choć wolałbym, aby został przetłumaczony na język polski i uważnie przeczytany, przemyślany oraz przedyskutowany przez nasze elity, zanim weszliśmy w transformację lat 90. Czasu jednak nie cofniemy. Możemy natomiast wziąć idee Lista na nowo i zastosować je do wyzwań współczesnej Polski. Jak zbudować silną armię na podstawie rodzimego przemysłu obronnego? Jak osiągnąć suwerenność technologiczną w świecie zdominowanym przez Big Tech? Jak sprawić, by Polska miała własnych globalnych czempionów, a nie była tylko rynkiem zbytu dla cudzych produktów?

List nie daje na te pytania gotowych odpowiedzi. Daje jednak coś ważniejszego: sposób myślenia. Strategiczne, długofalowe podejście do rozwoju. Zrozumienie, że wolny rynek nie jest celem samym w sobie, lecz narzędziem, które działa dobrze tylko wtedy, gdy jest osadzone w mocnych instytucjach, świadomej państwowości i spójnym projekcie gospodarczym. Tak rozumiany List nie jest anachronizmem. Jest patronem tych, którzy chcą budować polską podmiotowość: nie na życzeniach, lecz na faktach, instytucjach i sile wytwórczej. Choć realia XXI wieku różnią się od realiów XIX stulecia, to państwa narodowe nie zniknęły i ciągle odgrywają kluczową rolę w polityce rozwoju. Jak słusznie zauważył Luiz Carlos Bresser-Pereira, brazylijski ekonomista i polityk:

W globalnym kapitalizmie pokutuje mit, że państwa narodowe utraciły autonomię i znaczenie. W rzeczywistości, biorąc pod uwagę konkurencję charakteryzującą globalizację, państwa narodowe stały się mniej autonomiczne, ale w zamian za to ich rola stała się bardziej strategiczna.

Potrzebujemy wypracować nowy model rozwoju. Potrzebujemy państwa rozwojowego o polskiej specyfice.

Postscriptum: lekcja o amnezji historycznej Zachodu

Po co więc czytać XIX-wiecznego ekonomistę? Odpowiedź jest prosta: żeby zrozumieć współczesny świat, który cierpi na amnezję.

Uwielbiam tę historię. Nowozelandzki ekonomista Robert H. Wade wspomina, że gdy badał Koreę Południową w latach 80. XX wieku, to w księgarni uniwersyteckiej w Seulu były całe półki książek na temat Friedricha Lista. Był to jeden z najchętniej czytanych i dyskutowanych ekonomistów w tym kraju, szukającym swojego modelu państwa rozwojowego. W 1992 roku Wade wylądował na stypendium w prestiżowym MIT – to jedna z najważniejszych amerykańskich uczelni zajmujących się gospodarką. Wówczas w bibliotece uniwersyteckiej ze zdumieniem odkrył, że angielska wersja Narodowego systemu ekonomii politycznej ostatnio została wypożyczona w 1966 roku. Przez ćwierć wieku żaden student prestiżowej uczelni z technologią w nazwie nie sięgnął po tę klasykę polityki przemysłowej!

Na jakimś poziomie można to zrozumieć. Po drodze była dekada lat 80., era Ronalda Reagana, deindustrializacji i finan­sjalizacji amerykańskiej gospodarki na pełnej petardzie. Należy jednak zapytać, czy przypadkiem Amerykanie w ten sposób sami nie zapomnieli o swoich korzeniach. Czy nie zachłysnęli się za bardzo Adamem Smithem, nie pamiętając, że swoją potęgę zawdzięczają Alexandrowi Hamiltonowi? Neoliberalny konsensus waszyngtoński miał być odrzuceniem drabiny, by słabsi nie mogli się po niej wspiąć. Tymczasem neoliberalizm okazał się wszechpotężną ideologią, której ulegli sami jego twórcy. Zapominając o swojej bazie przemysłowej, doprowadzili do deindustrializacji własnego państwa. Chiny przeczytały Lista, wyciągnęły z niego wnioski i sprytnie wykorzystały amnezję Zachodu. Konsekwencje znacie: „pas rdzy”, zwycięstwo Trumpa, wojny handlowe, kryzys Pax Americana, świat na progu globalnego konfliktu o prymat.

Ten XIX-wieczny ekonomista rozumie współczesne realia lepiej niż dyżurni komentatorzy żyjący w iluzji, że nasz świat zaczął się wczoraj, PKB jest jedynym wskaźnikiem wzrostu, kapitał nie ma narodowości, państwa nie rywalizują ze sobą na polu gospodarczym, a idee nie mają konsekwencji. Czas porzucić te neoliberalne bajki. Dlatego właśnie wydajemy Lista.

Niech ta książka zainspiruje ruch hamiltonistów – ludzi wierzących w siłę naszej młodej Republiki.

dr Krzysztof Mazur 

Prezes Rady Polskich Przedsiębiorców Globalnych,

twórca kanału YT #GeoEkonomia

Wprowadzenie

W żadnej z gałęzi ekonomii politycznej nie panuje tak duże zróżnicowanie poglądów między teoretykami a praktykami, jak w zagadnieniach międzynarodowego handlu i polityki handlowej. Jednocześnie w tym obszarze nie ma kwestii, która miałaby tak duże znaczenie dla dobrobytu i cywilizacji narodów, a także ich samodzielności, siły i ciągłości. Biedne, słabe i barbarzyńskie kraje wskutek przede wszystkim swojej polityki handlowej stały się królestwami obfitującymi w bogactwo i potęgę, a inne z odwrotnej przyczyny z wysokiej pozycji narodowej straciły na znaczeniu; tak, życie pokazało, że narody utraciły swą niezależność, a nawet egzystencję polityczną głównie dlatego, że ich systemy handlowe nie były korzystne dla rozwoju i wzmocnienia ich narodowości.

W obecnych czasach bardziej niż kiedykolwiek niniejsza kwestia zyskała największe zainteresowanie wśród wszystkich innych związanych z ekonomią polityczną. Im szybciej postępują innowacje przemysłowe oraz rozwój społeczny i polityczny, tym większa przepaść dzieli narody stojące w miejscu od tych postępowych, a pozostanie w tyle staje się coraz bardziej niebezpieczne. Niegdyś potrzebne były stulecia, by zmonopolizować najważniejszą z gałęzi przemysłu dawnych czasów – produkcję wełny. Potem, w przypadku nieporównanie ważniejszej produkcji bawełny, wystarczyły dekady, a obecnie przewaga kilku lat może umożliwić Wielkiej Brytanii przejęcie całego przemysłu lniarskiego na kontynencie europejskim.

Świat także nigdy wcześniej nie widział dominacji przemys­łu i handlu podobnej do tej teraźniejszej, która posiadałaby niezmierzone siły, realizowałaby konsekwentny system i dążyłaby tak mocno do zmonopolizowania całego przemysłu, całego wielkiego handlu, całej żeglugi, wszystkich ważnych kolonii, panowania na morzach i podporządkowania wszystkich innych narodów (tak jak Hindusów) przemysłowi i handlowi.

Jeszcze całkiem niedawno przerażeni skutkami tej polityki – a raczej zmuszeni wstrząsami, które spowodowała – patrzyliśmy na naród kontynentalny, który ze względu na swoją kulturę nie miał powołania do przemysłu wytwórczego. Naród rosyjski, bo o nim mowa, szukał wówczas ratunku w tak odrzucanym przez teorię systemie prohibicyjnym. I jaki był skutek? Dobra koniunktura narodowa.

Z drugiej strony Ameryka Północna, która szybko pięła się dzięki polityce protekcjonistycznej, dała się skusić, by szerzej otworzyć swoje porty na angielskie towary przemysłowe. I jakie były skutki tej wolnej konkurencji? Zawirowania gospodarcze i ruina.

Doświadczenia tego rodzaju mogą budzić wątpliwości, czy ta teoria jest tak nieomylna, jak się wydaje, lub czy praktyka jest tak głupia, jak ją przedstawia teoria. Wprowadzać niepokój, czy nasz naród z powodu teoretycznego błędu ostatecznie nie umrze niczym pacjent, który postępując zgodnie z wydrukowaną receptą, zmarł z powodu błędu drukarskiego. Ba, mogą zasiać w nas podejrzenie, że ta słynna teoria jest tak solidnie skonstruowana i wyniosła, by ukryć w sobie broń i ludzi, działając niczym koń trojański i nakłaniając do zburzenia naszych murów obronnych naszymi własnymi rękami.

A już na pewno uzgodniono na tyle dużo – po tym, jak wielki problem polityki handlowej od ponad pół wieku omawiany był przez najmądrzejsze głowy we wszystkich krajach, w pismach i organach ustawodawczych – aby przepaść, która istnieje między teorią i praktyką od Quesnaya i Smitha nie tylko nie została zasypana, lecz z roku na rok coraz bardziej się powiększała. Na co nam taka nauka, która nie oświetla drogi, którą powinna podążać praktyka? A może przyjmijmy, że jedni mają umysł tak wyjątkowo przenikliwy, że bezbłędnie dostrzegają naturę rzeczy, a drudzy wręcz przeciwnie – tak nieskończenie mały, że nie są w stanie pojąć prawd odkrytych przez tych pierwszych? Przez to mogą traktować oczywiste błędy jako fakty przez całe pokolenia. A może po prostu praktycy, choć zwykle skłonni do trzymania się faktów, nie opieraliby się teorii tak długo, gdyby była ona zgodna z rzeczywistością?

W rzeczy samej wierzymy, że możemy udowodnić, że wina za rozbieżność między teorią a praktyką w polityce handlowej leży zarówno po stronie teoretyków, jak i praktyków.

Ekonomia polityczna, zajmując się międzynarodowym handlem, powinna formułować swoje nauki na podstawie doświadczenia, tworzyć wytyczne dostosowane do teraźniejszych potrzeb oraz specyfiki każdego narodu, nie pomijając przy tym perspektywy przyszłości i dobra całej ludzkości. W związku z tym opiera się na filozofii, polityce i historii.

W interesie przyszłości i całej ludzkości filozofia żąda: coraz większego zbliżenia do siebie narodów, unikania (w miarę możliwości) wojny, ugruntowania i rozwoju międzynarodowego stanu prawnego, przejścia z tego, co teraz nazywane jest prawem narodów, na federalne prawo państwowe, wolności transportu międzynarodowego w znaczeniu umysłowym i materialnym, wreszcie zjednoczenia wszystkich narodów pod jednym prawem – powszechnej unii.

Natomiast polityka w interesie każdego osobnego narodu żąda: gwarancji niepodległości i ciągłości, wprowadzenia specjalnych zasad służących wzrostowi postępu w kulturze, dobrobycie i sile oraz kształtowaniu struktur społecznych jako jednego organizmu politycznego, który rozwija się kompletnie i harmonijnie we wszystkich członkach w twór doskonały i niezależny.

Historia przemawia z kolei bezsprzecznie za wyzwaniami przyszłości, nauczając, jak to zawsze dobrobyt materialny i umysłowy ludzi wzrastał proporcjonalnie do powiększania się ich jedności politycznej i powiązań handlowych. Ale potwierdza także żądania teraźniejszości i narodowości, nauczając, jak to narody, które nie miały na względzie wywyższania swej własnej kultury i siły, upadały; jak to dla każdego ludu na pierwszych etapach jego rozwoju całkowicie nieograniczone kontakty z bardziej rozwiniętymi narodami były wprawdzie korzystne, jednak każdy naród dochodził do punktu, gdzie tylko dzięki odpowiednim ograniczeniom swych międzynarodowych kontaktów mógł osiągnąć wyższy poziom rozwoju i dorównać innym, bardziej rozwiniętym nacjom. Tym samym historia wskazuje na mediację między postulatami obu stron – filozofii i polityki.

Sama praktyka i teoria ekonomii politycznej w obecnym kształcie zajmują stanowiska skrajnie jednostronne – jedna jest za szczególnymi postulatami narodowości, druga za jednostronnymi postulatami kosmopolityzmu.

Praktyka, lub innymi słowy tak zwany system merkantylny, popełnia wielki błąd, głosząc absolutną i powszechną użyteczność i konieczność ograniczeń, ponieważ w przypadku niektórych narodów w pewnych okresach ich rozwoju były one przydatne i konieczne. Nie widzi, że ograniczenia są tylko środkiem, ale celem jest swoboda. Uwzględnia tylko naród, a nie ludzkość – tylko teraźniejszość, a nie przyszłość – jest wyłącznie polityczna i narodowa, brak jej perspektywy filozoficznej – tendencji kosmopolitycznej.

Natomiast rządząca teoria, wyśniona przez Quesnaya i sformułowana przez Adama Smitha, ma na względzie wyłącznie kosmopolityczne postulaty przyszłości, nawet tej najbardziej odległej. Powszechną unię i absolutną swobodę międzynarodowego handlu – kosmopolityczną ideę, którą może da się zrealizować dopiero po upływie wieków – traktuje tak, jakby można ją było zrealizować już teraz. Pomijając potrzeby teraźniejszości i naturę narodowości, ignoruje nawet egzystencję narodu, a tym samym zasadę wychowania narodu do samodzielności. Wyłącznie kosmopolityczna, wszędzie bierze pod uwagę całą ludzkość, dobrobyt całego ludzkiego rodzaju, a nie narodu i dobra narodowego, perhorrescere [odrzuca] politykę, a doświadczenie i praktykę nazywa naganną rutyną. Uwzględnia historię, jeżeli ta jest zgodna z jej dążeniami; ignoruje ją tam, gdzie stoi w sprzeczności z jej systemem. Zdaje się przymuszona, by zaprzeczać skutkom angielskich Aktów Nawigacyjnych, traktatu Methuena [angielsko-portugalskiej umowy handlowej z roku 1703, nazwanej imieniem angielskiego dyplomaty] i w ogóle angielskiej polityki handlowej oraz stawiać twierdzenie, które przeczy prawdzie: Anglia doszła do bogactwa i potęgi nie dzięki, lecz pomimo swojej polityki handlowej.

Jeżeli dostrzeżemy jednostronność obu systemów, to nie możemy się już dziwić, że praktyka, nie bacząc na swoje istotne błędy, nie chciała i nie mogła dać się zreformować teorii; jest więc jasne, dlaczego teoria nie chciała niczego się nauczyć ani od historii i doświadczenia, ani od polityki i narodowości. Jeśli jednak ta bezpodstawna teoria była głoszona w każdym zaułku i z każdego dachu, a najgorliwiej wśród tych narodów, których egzystencji narodowej najbardziej zagrażała, to przyczyna tego leżała w dominującej w tym czasie tendencji do filantropijnych eksperymentów i rozwiązywania problemów filozoficznych.

W życiu zarówno narodów, jak i pojedynczych osób są dwa mocne leki na iluzję ideologii: doświadczenie i konieczność. Jeśli nie zwodzimy samych siebie, to wszystkie te nacje, które w najnowszych czasach mają nadzieję znaleźć swój ratunek w swobodnym obrocie towarów z panującą dominacją przemysłu i handlu, znajdują się w miejscu czynienia ważnych doświadczeń.

Jest to po prostu niemożliwe, by północnoamerykańskie wolne stany, kontynuując swe obecne narodowe stosunki handlowe, osiągnęły choćby porządek w swojej ekonomii narodowej. Jest absolutną koniecznością, by powróciły do swej poprzedniej taryfy celnej. Nawet jeśli państwa niewolnicze będą się przed tym bronić, nawet jeśli partia rządząca stanie po ich stronie, siła okoliczności będzie silniejsza niż polityka partyjna. I owszem, obawiamy się, że wcześniej czy później ten problem, który dla prawodawstwa był węzłem gordyjskim, rozwiążą armaty; Ameryka spłaciłaby swoje saldo Anglii w prochu i ołowiu; faktyczny wojenny system prohibicji stanowiłby remedium na błędy amerykańskiego ustawodawstwa celnego; podbój Kanady na zawsze położyłby kres przepowiedzianemu przez Huskissona wielkiemu systemowi kontrabandy [systemowi szmuglowania, pokątnego handlu].

Obyśmy się mylili! Jednak na wypadek, gdyby nasze proroctwo miało się spełnić, przypiszmy autorstwo tej wojny teorii wolnego handlu. To niezwykła ironia losu, że teoria bazująca na wielkiej idei wiecznego pokoju ma stać się zarzewiem wojny między dwoma mocarstwami, które, jak twierdzą teoretycy, są idealnie stworzone do handlowania ze sobą; niemal tak niezwykła jak konsekwencje dobroczynnego zniesienia handlu niewolnikami, wskutek którego utopiono w głębinach morza tysiące czarnoskórych[5].

Francja w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat (czy też raczej jedynie dwudziestu pięciu, ponieważ okresu rewolucji i wojen właściwie nie należy tu wliczać) przeprowadziła wielki eksperyment z systemem ograniczeń, dopuszczając się przy tym licznych błędów, wypaczeń i przesadnych działań. Jej sukces musi każdej obiektywnej osobie rzucić się w oczy. A to, że teoria temu przeczy, wymaga oczywiście wyciągnięcia konsekwencji od systemu. Jeśli już mogła posunąć się do wątpliwego twierdzenia, że Anglia stała się potęgą nie dzięki, lecz pomimo swojej polityki handlowej, i sprawić, że świat w nie uwierzy, to jak mogła się powstrzymywać, by wygłosić znacznie łatwiejsze do udowodnienia twierdzenie, że Francja bez ochrony swoich wewnętrznych fabryk stałaby się nieporównywalnie bogatsza i lepiej prosperująca niż obecnie? Wystarczy, że twierdzenie to przez wielu uważanych za świadomych i mądrych jest przyjmowane za dobrą monetę, nawet jeśli rozsądni praktycy je zwalczają, a z pewnością tęsknota za dobrodziejstwami wolnego handlu z Anglią jest obecnie we Francji dość powszechna. Nie można też zaprzeczyć, i będziemy o tym mówić bardziej szczegółowo w innym miejscu, że wspieranie na różne sposoby wzajemnych kontaktów byłoby korzystne dla obu narodów.

Ze strony angielskiej celem jest jednak oczywiście nie sprzedaż samych surowców, na przykład surówki żelaza, ale przede wszystkim dużych ilości towarów przemysłowych powszechnego użycia w zamian za francuskie produkty rolne i luksusowe. Obecnie nie da się jeszcze przewidzieć, do jakiego stopnia rząd i parlament francuski są skłonne zgodzić się na to żądanie lub je spełnić. Jeśli jednak naprawdę miałyby przystać na to w takim stopniu, w jakim chciałaby tego Anglia, to świat zyska dzięki temu nowy przykład za istotną kwestią lub przeciw niej – mianowicie do jakiego stopnia w warunkach panujących obecnie na świecie jest możliwe i korzystne, że dwa wielkie narody przemysłowe, z których jeden ma obecnie zdecydowaną przewagę nad drugim pod względem kosztów produkcji i ekspansji zagranicznego rynku przemysłowego, wejdą razem na swoich własnych rynkach wewnętrznych na drogę wolnej konkurencji i jakie będą tego skutki.

W Niemczech te wyżej wymienione kwestie stały się praktycznymi zagadnieniami narodowymi dopiero wskutek unii handlowej. Podczas gdy dla Francji przynętą, na którą chce zwabić Anglię do zawarcia umowy handlowej, jest wino, w przypadku Niemiec są to zboże i drewno. W tej chwili wszystko jest tu jeszcze jedynie hipotezą, ponieważ nie można już teraz wiedzieć, czy negowanych torysów [członków brytyjskiej partii konserwatywnej] da się na tyle przywieść do rozsądku, by udzielili rządowi koncesji na ułatwienie importu niemieckiego zboża i drewna, czego można by było się domagać w zamian za unię. W Niemczech w polityce handlowej sprawy zaszły już bowiem tak daleko, że insynuacje, by za solidne sztabki złota i srebra kazać sobie płacić mrzonkami i nadzieją, uznano by za śmieszne, jeśli nie impertynenckie. Zakładając, że parlament udzieli takich koncesji, najważniejsze kwestie polityki handlowej w Niemczech powinny bezzwłocznie stać się przedmiotem dyskusji publicznej.

Najnowszy raport dr. Bowringa daje nam już przedsmak taktyki, którą w tym przypadku będzie obierać Anglia – mianowicie będzie ona traktować te koncesje nie jako ekwiwalent za przeważające zyski, które wciąż jeszcze ma na niemieckim rynku przemysłowym; nie jako zadatek umożliwiający Niemcom stopniową i samodzielną naukę przędzenia z bawełny na swoje potrzeby, żeby niezbędne do tego surowce brali bezpośrednio z krajów gorącej strefy i płacili za nie we własnych towarach przemysłowych; nie jako środek kompensacyjny wciąż istniejącej potwornej dysproporcji między wzajemnym importem a eksportem obu krajów – nie! Anglia będzie traktować prawo do zaopatrywania Niemiec w przędzę bawełnianą jako jus quaesitum [uprawnienie do nabycia, roszczenie] i za każdą koncesję żądać nowego ekwiwalentu, który polegać będzie na czymś niemniejszym niż poświęcenie produkcji bawełny, wełny itp.; będzie podstawiać Niemcom te koncesje jak miskę soczewicy i żądać w zamian zrzeczenia się pierworództwa [prawa do rozwoju przemysłu].

Jeśli dr Bowring podczas swojego pobytu w Niemczech się nie pomylił, jeśli na przykład, jak mi się wydaje, nie potraktował berlińskiej kurtuazji [uprzejmości] zbyt poważnie, to rzeczywiście w tych regionach, w których kształtuje się polityka niemieckiej unii handlowej, nadal w dużej mierze kroczy się ścieżkami teorii kosmopolitycznej, to znaczy: (1) wciąż nie rozróżnia się eksportu produktów przemysłowych od rolnych; (2) istnieje przekonanie, że cele narodowe można osiąg­nąć, rozwijając jedne kosztem drugich; (3) zasada edukacji przemysłowej narodó