Namiętność - Dominik W. Rettinger - ebook
NOWOŚĆ

Namiętność ebook

Dominik W. Rettinger

0,0

Opis

Cztery pokolenia kobiet, które dla miłości były gotowe na wszystko…

 

W 1860 roku piękna Żydówka z Wiednia, Julianna von Blüdorf, zmuszona przed laty do małżeństwa z rozsądku, odnajduje w Paryżu dawnego ukochanego. Ich uczucie wybucha z nową siłą, wyznaczając los kolejnym pokoleniom. Córka Julianny, wnuczka i prawnuczka – każda na swój sposób – powielają wzór odwagi, pożądania i ryzyka, płacąc za swoje wybory wysoką cenę. Tak zaczyna się saga, w której krynoliny ustępują miejsca mundurom, a salony inteligencji stają się areną walki o prawo do własnego głosu.

 

„Namiętność” to epicka, poruszająca opowieść o kobietach, które miały odwagę kochać wbrew światu. Inspirowana prawdziwymi historiami z rodziny autora, obejmuje ponad sto lat – od połowy XIX wieku do lat 70. XX wieku – prowadząc czytelniczki i czytelników przez burzliwe dzieje Europy: od wojny prusko-francuskiej, przez wojnę japońsko-rosyjską, dwie wojny światowe, aż po niemiecką okupację i stalinizm w Polsce.

 

To historia zakazanych romansów, dramatycznych poświęceń i trudnych decyzji. To także opowieść o zmieniającej się roli mężczyzn – od romantycznych idealistów i wojennych bohaterów po ofiary systemów i własnych słabości.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 338

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 
 
 
WARSZAWA 2026

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Dominik W. Rettinger, 2026

 

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Małgorzata Piotrowicz

Korekta: Renata Kufirska-Biegajło

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

 

Projekt okładki: Grzegorz Araszewski/garasz.pl

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: Freepik

Zdjęcie autora: © archiwum własne

 

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 

Wydawca: Marek Jannasz

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-68817-12-6 (EPUB); 978-83-68817-13-3 (MOBI)

 
 

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Od autora

Julianna

Katarzyna Eleonora

Zofia

Anna Maria

Elżbieta

Epilog

Przypisy

Od autora
 
 

Ta opowieść czerpie inspirację z prawdziwych wydarzeń i losów osób z mojej rodziny, zwłaszcza niezwykłych kobiet, począwszy od praprababki, sto sześćdziesiąt lat temu, na czasach współczesnych skończywszy.

Nie chcąc urazić uczuć moich krewnych powiązanych z opisywanymi kobietami i mężczyznami, w wielu przypadkach zmieniłem imiona i nazwiska występujących w powieści postaci. Mam nadzieję, że ten zabieg wystarczy, aby uspokoić emocje, które zapewne się pojawią przy lekturze.

Zapewniam, że do wszystkich postaci kobiet, nawet jeśli opisałem ich słabości, podchodzę z szacunkiem, zrozumieniem i sympatią. I z podziwem dla ich wyjątkowej odwagi życia według własnych standardów.

 

Próbuję zrozumieć, czy istnieje tajemniczy związek, nieczytelny przekaz pomiędzy wydarzeniami i ludźmi, których dzieli trzydzieści, pięćdziesiąt albo przepaść stu lat?

Czterdziestoletnia, piękna kobieta, matka dorosłej córki, wchodząca wiosną 1860 roku do paryskiego apartamentu, bez wstydu rozbierająca się do naga przed mężczyzną, którego nie widziała od dwudziestu lat, i doznająca po raz pierwszy w życiu prawdziwej namiętności, tego dnia i tej upojnej nocy.

Dwudziestoletni mężczyzna, a raczej chłopiec, austriacki żołnierz, myślący przez minutę z gorzkim rozbawieniem, że dokona dezercji, za którą powinien zostać surowo ukarany, a która zgodnie z absurdem wojny zostanie okrzyknięta odwagą. Sekundę później wybiega z okopu wprost na szarżujący oddział kozackiej kawalerii. Dzieje się to w sierpniu roku 1914, na linii frontu pod Lwowem. W imię nieszczęśliwej, zakazanej miłości.

Trzynastoletnia dziewczynka w okupowanym Krakowie, w 1942 roku, która po ujrzeniu nazwiska ojca na liście rozstrzelanych przez Niemców zakładników wbiega z płaczem do kamienicy, mieszkania, sypialni swojej matki, wołając:

– Zabili tatusia!

A okaleczona w wyniku awantury z mężem, uzależniona od morfiny matka odpowiada:

– Nie martw się, kochanie, on nie jest twoim ojcem. Jesteś owocem prawdziwej miłości.

I odwraca się twarzą do ściany.

Sześcioletni chłopiec o imieniu Dawid, który w 1960 roku siedzi przy stole w ogromnym mieszkaniu poniemieckiej kamienicy, z szóstymi przybranymi rodzicami, i po raz setny odmawia zjedzenia obiadu. Wygląda jak szkielet, przerażony obcością i samotnością, bliski jest spełnienia nieświadomego planu rozstania się z życiem.

Minęło sto lat od wejścia praprababki tego chłopca do domu w Paryżu, przy 5 Rue Sauval, do apartamentu słynnego malarza portrecisty, w którym ona się kocha od dwudziestu lat. Potem pojawią się na scenie jej córka, wnuczka i prawnuczka, trzy pokolenia kobiet gotowych pokonać każdą przeszkodę dla miłości. Miłości, której nie wystarczy pokrewieństwo dusz, ale odczuwa nieustanny głód, a zaspokoić ją może tylko wielka namiętność.

Towarzyszyć im będą mężczyźni, za sprawą nowych maszyn do zabijania z galopujących na koniach rycerzy zdegradowani do kryjącego się w okopach, przerażonego mięsa armatniego. Mężczyźni walczący o przetrwanie w bezlitosnym dla słabości kapitalizmie, pozbawieni odwagi, godności i – w coraz większym stopniu – szacunku kobiet. Nieświadomi jeszcze, że zbliża się koniec ich trwającego pięć tysięcy lat panowania.

Czy tego dnia 1860 roku wszystko zostało zapisane w logice przyczyn i skutków? Pytanie bez odpowiedzi.

Mogę tylko przyjrzeć się losom kobiet przekazującym następnym gen, który nie cofa się przed przeszkodami, nie boi się kary, nie liczy ofiar. Gen namiętności.

Mogę opisać przypadki mężczyzn, którzy mieli szczęście lub pecha spotkać te kobiety. Wyjątkiem będzie historia zakazanej miłości kawalerzysty, żołnierza trzech wojen, przodka zagubionego chłopca z 1960 roku.

Nie jest to kronika rodziny, bowiem zbyt mało zachowało się dokumentów. Żadna z kobiet, których losy opisuję, nie prowadziła pamiętników. Powieść zrodziła się z ustnego przekazu matki Dawida, jedynej osoby, która nie obawiała się rodzinnej cenzury. Trochę faktów zawdzięczam jej siostrze, przybranej matce Dawida, obdarzonej świetną pamięcią i poczuciem humoru. Ich opowiadania uzupełniam grą literackiej wyobraźni.

Julianna
 
 

Tajemny zapis pierwszej Przyczyny wpisany jest w rytm stóp wchodzących po kamiennych schodach, przyśpieszony oddech i bicie serca zdecydowanej na wszystko praprababki Dawida.

Z pochodzenia austriacka Żydówka, nadaję jej imię Julianna, z domu von Linger. Jest córką przechrzczonego na katolicyzm kupca. Po mężu, ochrzczonym żydowskim bankierze z Wiednia, nosi nazwisko i tytuł baronowej von Blüdorf.

Puls lęku i podniecenia w głowie Julianny współgra z hukiem młotów, turkotem kół po bruku i pokrzykiwaniami tysięcy robotników, którzy na rozkaz Napoleona III, według planów prefekta Haussmanna, jak czarne owady mrowią się w kwietniowym słońcu w brudnych, ciasnych uliczkach dzielnicy Les Halles. Z zaciekłością rozbijają ściany i równają z ziemią średniowieczne kamieniczki, setkami konnych platform wywożą gruzy, otwierają szerokie przestrzenie dla przyszłych bulwarów i okazałych kamienic.

W tym gigantycznym przedsięwzięciu chodzi zarówno o ambicję Napoleona, który zazdrości królowej Wiktorii nowoczesnego Londynu, jak i o ułatwienie wojskom tłumienia notorycznych powstań ludności Paryża, wywoływanych nędzą i tyranią możnych.

W ciasnych, średniowiecznych uliczkach na prawym brzegu Sekwany rewolucjoniści z lat 1830, 1832, 1839 i Wiosny Ludów roku 1848 na swoich barykadach skutecznie stawiali opór oddziałom królewskiej armii. Odtąd nie będzie to już możliwe na szerokich bulwarach nakreślonych przez Haussmanna. Urbanistyka kontra rewolucja, marzenia o równości przegrywały z wizją nowoczesnej metropolii.

Nieświadoma tych zmagań, zdyszana Julianna pokonuje ostatnie piętro nowo wybudowanej kamienicy przy 5 Rue Sauval i zatrzymuje się przed drzwiami apartamentu na czwartym piętrze. Pot perli się kroplami na jej wysokim czole, pod falą mocno upiętych na głowie czarnych włosów. Pełne piersi unoszą się i opadają w rytm oddechu, gotowe do ucieczki z obcisłego gorsetu. Ekscytacja zmieszana z nagłą niepewnością świeci w dużych, ciemnych oczach.

Julianna podnosi dłoń w aksamitnej rękawiczce do dzwonka przy drzwiach, ale waha się i nieruchomieje. Wyobrażam sobie, że się odwraca i rusza schodami w dół. Przerwana zostaje niewidoczna linia następstw, nie wydarzą się historie kobiet splątanych sto lat przez gen namiętności. Dwudziestoletni żołnierz nie wystawi głowy z okopu, gotowy jak on na śmierć sześcioletni Dawid nie zasiądzie do stołu, z zaciętym wzrokiem utkwionym w parującej w talerzu zupie.

To tylko sekunda zawahania, zbyt długo Julianna czekała na tę chwilę. Dwadzieścia lat u boku przyzwoitego, nudnego bankiera von Blüdorf, zamknięta w grobowcu wielkiej kamienicy w Leopoldstadt, w eleganckiej dzielnicy cesarskiego Wiednia. Albo w ponurej, pseudogotyckiej Marienhall, posiadłości barona pod miastem. Zawsze w towarzystwie służby, guwernantki i tutorów dorastającej córki Valerie, żywego dowodu klęski matki.

Julianna nabiera powietrza w płuca, naciska na dzwonek. Twarz młodej służącej otwierającej drzwi wyraża zdziwienie. Nie jest w zwyczaju, aby pan przyjmował niezapowiedzianych gości. Stojąca za progiem kobieta w eleganckiej sukni z zielonego brokatu z pewnością nie jest ubogą sprzedawczynią, która przemknęła niepostrzeżenie obok zaspanego portiera. Z takimi intruzami dwudziestoletnia Françoise daje sobie radę.

Na widok pięknej nieznajomej służącą ogarnia panika, szóstym zmysłem przeczuwa zbliżającą się katastrofę, koniec spokojnej egzystencji Jana Rodowskiego, słynnego we Francji i Europie malarza portrecisty, w którym mała, czarnobrewa Françoise kocha się skrycie i beznadziejnie.

– Pani do kogo? – mamrocze z prostackim „r” roulé. Bez arystokratycznego zduszonego dźwięku przez nos, naśladowanego przez burżuazję, potem przez wszystkich Francuzów, którzy uważają się za lepszych od motłochu.

– Czy Jan jest w domu? – odpowiada pytaniem Julianna, z miękkim austriackim akcentem.

– Jest, ale pracuje – oświadcza Françoise, podejmując ostatnią próbę powstrzymania nieuniknionego.

Julianna kiwa głową osadzoną na długiej, kształtnej szyi.

– Dziękuję – rzuca z lekkim uśmiechem, po czym przekracza próg mieszkania i mija usuwającą się na bok biedną służącą.

Françoise opanowuje zaskoczenie, szybko rusza za Julianną długim korytarzem z drzwiami do pokoi po obu stronach.

– Kogo mam zapowiedzieć? – pyta zaczepnie i bez powodzenia próbuje wyprzedzić wysoką, smukłą postać.

– Dam sobie radę – odpowiada Julianna. – Tu jest pracownia, od południowej strony? – Pokazuje na zamknięte drzwi na końcu korytarza. Nie czekając na potwierdzenie służącej, naciska na klamkę i wchodzi do wielkiego, prześwietlonego porannym słońcem pokoju.

– Ta pani wcale się nie przedstawiła! – wykrzykuje wysokim głosem Françoise.

Zza ustawionego na sztaludze, frontem do okna, dużego płótna wychyla się głowa czterdziestodwuletniego mężczyzny. Z bujnymi, zaczesanymi do tyłu, czarnymi włosami, krótko przystrzyżoną brodą, miękko wykrojonymi, prawie kobiecymi ustami i ciemnymi, zamyślonymi oczami wygląda jak paryski rewolucjonista, który znalazł tu schronienie po upadku powstańczej barykady. Patrzy na Juliannę, a ona na niego.

Oboje znieruchomieli na długie sekundy zdziwienia i niedowierzania, z czerwienią wzbierającej krwi na policzkach, próżnią po brakującym płucom powietrzu.

Obdarzona intuicją prostych natur Françoise dostrzega tę czerwień i próżnię, jej oczy gasną, bez słowa cofa się i zamyka drzwi. Julianna przekręca klucz w zamku, odnajduje znowu wzrokiem oczy Jana i powoli, drżącymi palcami zaczyna rozpinać suknię.

***

Nie zaplanowała takiego powitania. Niczego Julianna nie planowała, gdy osiem lat wcześniej usłyszała o sukcesie malarza portrecisty Jana Rodowskiego. O jego złotym medalu za pierwsze miejsce na wystawie Salonu Malarzy w Paryżu. O przyjaźni Jana ze słynnym Delacroix.

Całe osiem lat Julianna musiała jeszcze czekać na uwolnienie. Długie lata, odmierzane czasem mijającym na twarzy i ciele barona von Blüdorf. Wypadanie resztek siwych włosów z jego pokrytej wątrobianymi plamami głowy, więdnięcie policzków, wydłużanie się nosa, powiększanie uszu, brzucha i wypukłości kolan na chudych nogach bez mięśni. Obwisłe pośladki, piskliwy głos i kościste palce szukające bezradnie podniecenia na jej białym, twardym podbrzuszu, piersiach i szyi.

Nie planowała tego nawet wówczas, gdy tydzień po pogrzebie starca, który mienił się jej małżonkiem, zamknąwszy przyśpieszone ponad przyzwoitość i ku oburzeniu rodziny zmarłego formalności spadkowe, nakazała służbie spakować walizki, powozem pojechała na dworzec kolei wiedeńskiej i wsiadła do sypialnego przedziału ekspresowego pociągu do Paryża.

W paryskim hotelu, przy nowo wybudowanym bulwarze Champs-Élysées, też nie próbowała sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało spotkanie z niegdyś dwudziestoletnim młodzieńcem, dla którego straciła głowę i serce na dobroczynnym balu z okazji świąt Bożego Narodzenia. W wielkiej sali Gettinshalle, w której siedemnastoletnia Julianna zjawiła się w towarzystwie rodziców, państwa von Linger, zimą roku 1828.

Sigmund Linger wzbogacił się na handlu towarami z Bliskiego Wschodu. Potem, po długich staraniach, dyskretnie opłacani urzędnicy cesarskiego dworu wyrazili zgodę, aby niedawno ochrzczony kupiec nabył za sumę stu tysięcy guldenów tytuł barona od Franciszka I, z Bożej łaski cesarza Austrii, króla Węgier, Czech i Chorwacji.

Dopisanie „von” do pospolitego nazwiska i zamówienie stosownego herbu u historyka z wiedeńskiego uniwersytetu nadało wyższy status społeczny rodzinie Linger i zdecydowało o losie Julianny. Jasne się stało, że młoda baronówna poślubi zamożnego mężczyznę ze znacznego rodu.

Jan Rodowski pochodził z ziemiańskiej rodziny, która w 1831 roku straciła prawie cały majątek w kolejnym, przegranym powstaniu Polaków przeciw rosyjskiemu carowi. Studiował w Wiedniu prawo i w tajemnicy przed rodzicami pobierał lekcje w pracowni znanego malarza Josefa Danhausera. Miłość Jana do malarstwa podbudowana była świadomością słabej pamięci, wywołanej w dzieciństwie katarem kiszek. Ta wada czyniła prawnicze studia Jana męczarnią, zapowiadała też nikłą karierę adwokata. Dla artysty natomiast słaba pamięć jest zaletą, pomaga unikać plagiatów niezapamiętanych dzieł sztuki.

Na balu w Gettinshalle, podczas pierwszego i jedynego walca, którego pozwolono im zatańczyć, Jan spojrzał w oczy Julianny i natychmiast pojął, że są sobie przeznaczeni. Jej twarz, smukłe ciało, bijąca z ogromnych oczu siła wzbudziły w nim miłość i pożądanie z intensywnością, o której dotąd nie miał pojęcia, że jest możliwa.

Juliannę ogarnęło równie wielkie oszołomienie, ale zbyt mało wiedziała o mężczyznach, aby uświadomić sobie stopień porażenia zmysłów Jana. Oboje nie mogli oderwać od siebie oczu. Nigdy i na nikogo nie patrzyli z takim bezwstydem, z tak otwartą i gorącą namiętnością. Gdyby udało im się znaleźć schronienie przed setkami gości i czujnym wzrokiem baronowej von Linger, bez wahania i nie bacząc na konsekwencje, oddaliby się fizycznej miłości. Z trudem nad sobą panowali, zdyszani ponad miarę w obrotach walca, jak upojeni alkoholem odbijali się o napotkane pary i bez słów, wzrokiem przysięgali sobie oddanie po grób.

Oszołomienie trwało przez tydzień potajemnie wymienianych liścików, pomiędzy pałacykiem baronostwa von Linger i skromną kwaterą studenta wydziału prawa. Po tygodniu Jan przyszedł w pożyczonym od kolegi surducie do firmy „Linger Gross Handlung” i poprosił o rękę Julianny, która jego zdaniem darzyła go tak samo płomienną miłością, jak on ją. Rozmowa studenta z baronem von Linger trwała dwie minuty. W trzeciej minucie Jan znalazł się na ulicy, na polecenie barona uprzejmie, ale stanowczo wyprowadzony z budynku przez dwóch służących.

W wyniku tego spotkania dwa tygodnie później siedemnastoletnia Julianna zaręczona została pośpiesznie z trzydzieści osiem lat starszym bankierem von Blüdorf i rok później została jego żoną.

Jan planował popełnienie samobójstwa. Rozważał, czy lepiej strzelić sobie w skroń z pistoletu, czy skoczyć z mostu i utopić się w Dunaju. Napisał cztery wersje listu pożegnalnego, ale żaden nie wydał mu się dość udany literacko, dzięki czemu wciąż oddalał realizację śmiertelnego planu.

Julianna tłumiła rozpacz laudanum, przepisywanym na zlecenie ojca przez lekarza od nerwowych chorób, i przesypiała całe dnie i noce. Oszołomiona opium stawiła się na ceremonii zaślubin, mentalnie była nieobecna w trakcie wystawnego wesela i potem, w noc poślubną, podczas nieudolnych starań barona Blüdorf o dopełnienie małżeńskiego obowiązku.

Mijały długie lata, wypełnione smutkiem niedoszłych kochanków. Kontynentem wstrząsały krótkie, ale gwałtowne rewolucje, kominy coraz potężniejszych hut i fabryk zasnuwały czarnymi dymami niebo, kapitalizm spychał w nędzę i rozpacz coraz więcej ludzkich istnień. Austria i Prusy rosły w siłę, Francja i Anglia nie były gotowe oddać kolonialnych zdobyczy, Europa dojrzewała do następnych rzezi.

Zrozpaczony Jan nie zwracał uwagi na politykę, poświęcił się nauce. Z dobrym wynikiem ukończył studia, potem wyjechał do Paryża. W wynajętej suterenie w Dzielnicy Łacińskiej schował na dno szafy dyplom prawnika i poświęcił się malarstwu. Dość szybko został uznany za utalentowanego portrecistę, zaczął dobrze zarabiać, malując mężczyzn i kobiety z paryskich elit. Przeprowadził się do apartamentu przy 5 Rue Sauval, wdawał się w romanse z pozującymi do portretów, znudzonymi damami z burżuazji i arystokracji.

Wydana wówczas we Francji hinduska książka Kamasutra błyskawicznie stała się zakazaną przez Kościół, rozgrzewającą umysły i ciała tajną lekturą elit. Kamasutra spowodowała, że Jan wprowadzony został w arkana miłosnej sztuki, jakich nie powstydziłyby się wielkie kurtyzany. Z każdą kochanką próbował sobie wyobrazić rozkosz w objęciach Julianny i doznawał rozczarowań. Doświadczone kobiety bezbłędnie wyczuwały nieobecność młodego malarza podczas seksualnych uniesień. Jedne bawiły się tym, namawiając kochanka do zwierzeń o nieszczęśliwej miłości. Inne były dotknięte i zrywały z Janem.

Tymczasem otumaniona laudanum Julianna po trzech latach pożycia małżeńskiego urodziła zdrową i piękną córeczkę, której nadano imię Valerie. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że młoda matka w mgnieniu oka porzuciłaby córkę i wygodne życie, gdyby tylko w Wiedniu pojawił się jej umiłowany.

W bezsenne noce Julianna wyobrażała sobie, że pędzą z Janem w powozie przez Karpaty. Jadą w sypialnym przedziale pociągu Orient Express na Bliski Wschód. Płyną na pokładzie parowca przecinającego fale w drodze do odległej wyspy na Pacyfiku. Nie odnaleźliby tam kochanków agenci cesarskiej policji, niechybnie wysłani w pościg przez barona von Blüdorf. Nie zastanawiała się, jak ucieczkę matki przyjęłaby maleńka Valerie. Zapamiętać należy tę cechę Julianny, pojawi się bowiem u jej córki, wnuczek i prawnuczek.

Nieświadoma marzeń matki Valerie rosła; stała się siedemnastoletnią, dojrzałą fizycznie kobietą i jej ojciec rozpoczął starania o zamożnego męża z wiedeńskiej socjety. Plany sprzedaży ciała i duszy córki kolejnemu starcowi nie wzbudzały wstrętu Julianny. Nie dziwiło jej to, ponieważ Valerie nie była owocem miłosnego uniesienia. Odziedziczona po matce uroda córki nie skrywała marzeń o wielkim uczuciu i namiętności.

Wrócić pora do wiosennego dnia i paryskiego apartamentu przy 5 Rue Sauval.

Jan patrzy w zachwycie na oszałamiające ciało, które wyłania się spod pokładów zielonego brokatu, falbanek i koronek. W końcu Julianna staje przed nim naga. W jej oczach błyszczy skrywające wstyd wyzwanie. Patrzy nieruchoma na Jana, który niezgrabnie i pośpiesznie pozbywa się ubrania. Dziwi Juliannę i zaskakuje widok jego męskiego oręża. Na ilustracjach potajemnie rozprowadzanej w Wiedniu Kamasutry widywała takie narzędzia miłości, ale przypisywała to bujnej wyobraźni hinduskich artystów. Do tej pory, poza mężem, nie poznała intymnie żadnego mężczyzny.

Baron von Blüdorf wyposażony był przez naturę w mały instrument, który Julianna nazywała w myślach „robaczkiem”. Dysząc z podniecenia, kładł się na młodej żonie rozlanym, miękkim brzuchem, przyciskał jej usta wąskimi wargami, wsuwał sztywnego robaczka między jej uda, poruszał nim spazmatycznie kilka minut, kończył z cichym jękiem, mamrotał kilka słów zadowolenia i usypiał. Wykonywał tę czynność raz na dwa tygodnie, przez dwa lata, po czym doniósł rodzicom Julianny, że żona jest bezpłodna i zgodnie z kościelnym prawem on będzie się ubiegał w Watykanie o unieważnienie małżeństwa.

Przestraszony tą groźbą ojciec Julianny, który pobrał już na korzystnych warunkach kredyt w banku Blüdorf, natychmiast wysłał córkę do słynnego wiedeńskiego lekarza, specjalisty od kobiecych przypadłości.

Sześćdziesięcioletni doktor Schwabe łagodnie polecił pacjentce, aby pozbyła się bielizny, posadził ją na metalowym fotelu i zajrzał przez wziernik pomiędzy jej rozsunięte uda. Po chwili wyprostował się z uśmiechem zrozumienia i oświadczył, że pan baron zapewne nie docierał tak głęboko, jak należało. Potem zaproponował, że wykona prawie bezbolesny zabieg, po którym droga pani von Blüdorf, kiedy znów ulegnie mężowi, będzie mogła się spodziewać potomstwa.

Julianna przyjęła tę diagnozę z rezygnacją. Doktor Schwabe wyjął z przeszklonej szafki długi, metalowy instrument, zanurzył jego koniec w butelce ze spirytusem i wsunął go w otwór pod czarnym trójkątem na podbrzuszu pacjentki. Juliannę przeszył piekący ból, zacisnęła zęby, aby nie krzyknąć, poczuła, że wypływa z niej ciepła ciecz i zobaczyła w ręku Schwabego czerwoną od krwi szmatkę.

– I po wszystkim – oświadczył doktor z dobrotliwym uśmiechem. – Przez kilka dni, proszę, aby szanowna pani powstrzymała się od pożycia z małżonkiem. Potem z pewnością zajdzie pani w upragnioną ciążę.

Niedługo później tak się rzeczywiście stało, szczęśliwy baron von Blüdorf dowiedział się, że żona spodziewa się dziecka. Niespełna dziewięć miesięcy później, wydawszy na świat zdrową dziewczynkę, Julianna poczuła się pewniej i zaczęła stosować modne wówczas, nerwicowe usprawiedliwienie lękiem przed zbliżeniem, dzięki któremu nie musiała kłaść się raz w tygodniu pod rozlanym brzuchem męża.

Kontynuowała coraz wymyślniejsze objawy tej nerwicy przez rok, potem kolejne lata. Osiągnęła w końcu wolność i z obojętnością przyjmowała pogłoski o wizytach męża u znanej wiedeńskiej śpiewaczki operetkowej. Współczuła nawet tej kobiecie i nie miała nic przeciw nabyciu przez barona willi dla kochanki, na wsi pod Wiedniem. Wyobrażała sobie, ile scenicznego talentu i poświęcenia musiała wkładać śpiewaczka w odgrywanie namiętności pod grubym, zdyszanym Blüdorfem, z jego robaczkiem.

Julianna bierze Jana za rękę, idą do dużego łóżka w sypialni obok pracowni. Oboje wiedzą, że słowa zepsują magię tej chwili. Dwa nagie ciała przecinają smugę słońca, kontury zlewają się i łączą. Julianna delikatnym, zdecydowanym ruchem kieruje Janem, kładzie się na nim, przywiera do jego ciała. Znikają oboje w swoich oczach, odnajdują się ich języki, dłonie odkrywają tajne, zakazane miejsca, zaczyna brakować im powietrza.

Trzy tysiące lat kamienowanej przez starców, wychwalanej w księdze króla Dawida namiętności kipi w żyłach Julianny. Oddycha coraz szybciej, tonie, każdym milimetrem ciała czuje wzbierającą rozkosz, której istnienia dotąd nie przeczuwała, krzyczy, jest spadającym w niebo ptakiem, rybą wyrzuconą na brzeg morza, mitycznym wężem. Przeżywa pierwszy w życiu, obezwładniający wstrząs, odzyskuje przytomność, patrzy na Jana przez łzy, oszołomiona, wdzięczna, zakochana. Stała się czystym istnieniem, poza ciałem, poza czasem, bez przeszłości ani przyszłości.

Długi dzień miłości Julianny i Jana. Snu, przebudzeń w objęciach, wyczerpania ciał, z namiętnością, jaką poznać mogą nieliczni, wybrańcy. Uspokajają się przytuleni, zasypiają, unoszą się, ulatują przez okno, nad ulicą Sauval, nad zdumionymi robotnikami, którzy przerywają niszczenie średniowiecznych kamieniczek, nad dachami Paryża, w stronę zachodzącego słońca, w stronę oceanu, niebytu.

Zaklinam was, córki jerozolimskie, jeśli umiłowanego mego znajdziecie, cóż mu oznajmicie? Że chora jestem z miłości![1]

Jeśli jest cień prawdy w twierdzeniu, że śmierć człowieka oświeconego może sprowokować żywioły, to co dopiero powstrzymywana dwadzieścia lat miłość i namiętność. Przed zmierzchem nadciąga wiatr, uderza o ściany kamienicy okiennicami, chłodzi spocone ciała i budzi znowu pragnienie, wędrówkę dłoni i ust, zespolenie bioder, niewyczerpane źródła spełnienia.

Głos Julianny zagłuszają pomruki burzy, która zbliża się od wschodnich granic miasta ścianą czarnych, ciężkich chmur. Kochankowie nieruchomieją, zatopieni w sobie, połączeni w bezruchu, jak dwadzieścia lat temu, po zatrzymaniu wiedeńskiego walca, nie bacząc na ganiące ich spojrzenia.

Zapada przedwczesny zmrok, nad Paryżem przetacza się pierwszy pomruk bitewnych bębnów. Julianna i Jan słyszą ten dźwięk, ale zagłuszają go znów rozedrganiem zmysłów, zgraniem ciał.

Grzmot wstrząsa podstawami kamienicy, długi zygzak błyskawicy rzuca na nagie, splecione sylwetki fosforyzujące światło. Zbliżający się szum, a potem ściana wody, która zwala się na miasto, nie przywracają im przytomności. Oświetlani błyskawicami, ogłuszeni hukiem, jak szamani zakazanego kultu kochają się jeszcze raz, z zapamiętaniem odzyskują każdą minutę straconych lat.

Nawałnica zatapia Les Halles, odchodzi i powraca falami wściekłości, zmywa do Sekwany nędzę i rozpacz wygnanych mieszkańców, wreszcie oddala się na południe. Zapada cisza, w której dźwięczą pojedyncze krople deszczu.

Julianna i Jan leżą przytuleni, wyczerpani i wylęknieni. Nie ma dla nich odwrotu, życie zaczyna się od początku, inne, nieznane i groźne. Jak żołnierze po zwycięskiej bitwie, dumni i szczęśliwi, że przeżyli, ale świadomi, że to początek wojny.

Skąd wiemy, że Julianna doznała tak wielu spełnień? Od jedenastej rano, przez cały dzień, długą noc, do poranku dnia następnego, kiedy była tak zmęczona, że mogła tylko odpowiadać pocałunkami i objęciami na starania niestrudzonego odkrywcy. Ustalam ten fakt prawem autora i niemego z podziwu spadkobiercy. Z przekonaniem, że nawet jedno spełnienie byłoby godne uwagi, skoro zdarzyło się pierwszy raz w życiu Julianny. Było ich jednak mnóstwo, następowały jedno po drugim lub w odstępach czasu. Julianna jest rozpoznanym nagle fenomenem, jak i pozostałe kobiety tej opowieści, co do których istnieją sprawdzone relacje.

Można dywagować, czy udziałem Julianny stało się odkrycie, którego mogłaby doznać każda kobieta kochana przez odpowiedniego mężczyznę. To rozważanie nie jest jednak istotne w tej historii.

Czy Jan zawsze był takim kochankiem? Romansując z paryskimi damami, oddawał się wymyślnym technikom miłości fizycznej, lecz z rezerwą, dystansem. Julianna obudziła w Janie nieznaną wcześniej moc dawania i doświadczania rozkoszy. Przez dwadzieścia lat myślał o niej, pielęgnował zanikające uczucie do ślicznej, niezwykłej dziewczyny z wiedeńskiego balu. Rozsądek jednak brał górę, codzienność i czas rozmywały jej obraz. Aż do chwili, kiedy ona niespodziewanie stanęła przed nim, naga i gotowa na wszystko. W tym momencie odrodził się prawdziwy Jan. I wróciła z niebytu prawdziwa Julianna.

Śpią długo, do południa. Budzi ich wpadające przez wysokie okna natrętne słońce. Patrzą sobie w oczy, napawają się widokiem nagich ciał, odwagą bezwstydu, o którą się nie podejrzewali, słodyczą tego, co przeżyli. Wciąż nie wypowiedzieli ani słowa. Wyposażeni w tajemną wiedzę, rozumieją, że milczenie jest miłością, rozmowa ścieżką dysharmonii. Całują się delikatnie spieczonymi wargami, z uśmiechem kochanków, którzy znają się od zawsze. Gładzą się palcami po twarzach, piersiach, udach, dotykają niezakazanych miejsc. Powstrzymują się oboje, pozwalają, aby rosło w nich napięcie, aż przestaną nad sobą panować. Julianna przyciąga Jana, obejmuje go rękami i nogami, a kiedy czuje, że on znów jest gotów, szepcze z ustami przy jego ustach:

– Zgłodniałam, a ty?

Jan drży od tej prowokacji, siłą woli panuje nad sobą, uwalnia się z objęć. Julianna nagradza go promiennym uśmiechem i długim pocałunkiem. Jan podnosi się, idzie do kuchni, wraca po kwadransie ze śniadaniem na srebrnej tacy. Z wiśniowym dżemem, croissantami, mlekiem, sokiem z pomarańczy i parującą w dzbanku kawą. Sam musiał je przygotować, bo poza kupionymi rano croissantami zastał w kuchni tylko kartkę z krótkim liścikiem od służącej.

Biedna Françoise oświadczała z ortograficznymi błędami, że z powodu hałasu dochodzącego z sypialni nie zmrużyła w nocy oka, porzuca służbę, odchodzi z żalem, ale nic nie zmieni jej decyzji, i prosi, aby pan zostawił należną jej wypłatę u żony dozorcy. Nie u niego samego, bo dozorca przepije te pieniądze i Françoise nigdy ich nie odzyska. Adieu!

Słońce zatrzymuje się w zenicie i rozgrzewa pracownię. Julianna i Jan jedzą śniadanie, nasyceni sobą, zmęczeni, zakochani, nie odrywają od siebie oczu. Nie wiedzą jeszcze, że kilka godzin wcześniej poczęła się z ich miłosnego zespolenia maleńka cząsteczka życia, którą dziewięć miesięcy później nazwą Katarzyną Eleonorą. Potem, za siedemnaście lat, Kasia stanie się przyczyną trosk i zmartwień ojca oraz zdziwienia matki, która ujrzy w córce wierne odbicie swoich pragnień.

Wracają do przerwanej dwadzieścia lat temu rozmowy. Mówi najpierw Julianna, bo już wtedy, w Gettinshalle nieświadomie objęła władzę nad Janem i ich związkiem. To ona do niego przyjechała, jest mądra, w przeciwieństwie do Jana nigdy się nie waha, potrafi podejmować decyzje. Jest to dla nich oczywiste, choć nigdy o tym nie będą mówić, przed światem Julianna z wyczuciem grać będzie uległą żonę sławnego męża. Wdzięczny za to Jan starannie spełniać będzie jej wolę, w ważnych i w drobnych sprawach.

Ten kanon będzie się powtarzał w związkach następnych kobiet opowieści. One będą wybierały mężczyzn i kierować się będą zawsze potrzebą serc i zmysłów. One będą porzucały mężów i kochanków, kiedy namiętność straci na sile. Albo na horyzoncie pojawi się kolejny mężczyzna, który będzie w stanie zaspokoić ich głód miłości.

Zbliżała się też powoli epoka kobiet i choć minęło od tamtego czasu sto lat, i ludzkość musiała przetrwać kolejne rzezie wymyślone przez mężczyzn, z niespotkanymi wcześniej potwornościami, proces przejmowania władzy przez kobiety trwa i jest ostatnią szansą naszego gatunku. I planety Ziemi.

Po zjedzeniu croissantów i wypiciu kawy Julianna wstaje z łóżka, naga przechadza się przed zaczętymi i ukończonymi obrazami. Czuje na sobie wzrok Jana, napawa się wolnością swojego ciała. Kołysze biodrami, pewnie, lekko stawia smukłe stopy, zatrzymuje się przed niedokończonym portretem młodej kobiety z odsłoniętymi ramionami i ciężkim spojrzeniem utkwionym w patrzącego na nią malarza.

– Była albo jest twoją kochanką – domyśla się Julianna, spoglądając z uśmiechem na siedzącego na łóżku Jana, który znieruchomiał z kawałkiem chleba w ustach.

– Pani Claudine du Chateaux – mruczy niewyraźnie Jan i przeżuwa chleb, aby uniknąć opowieści o klientce, która po drugim pozowaniu do portretu, zbierając rozrzuconą po pracowni odzież oświadczyła, że rozstaje się z mężem, vicehrabią Jeanem Paulem du Chateaux i zabiera Jana do posiadłości swojej rodziny na Martynice.

Julianna czeka na niejednoznaczne przytaknięcie Jana, po czym z pogodną miną odwraca się do portretu.

– Droga Claudine – mówi z uśmiechem. – Pan malarz dokończy twoją buzię, ale to wszystko, na co możesz liczyć.

Jan nieruchomieje z wrażenia, zaskoczony przenikliwością Julianny. Przez jakiś czas będzie go dziwić i niepokoić, z jaką nieomylnością ona potrafi odgadywać jego myśli i zamiary. Podejrzewać będzie, że wygaduje się przez sen. W końcu pogodzi się z faktem, że Julianna wie wszystko, zanim on zdąży o czymś pomyśleć lub coś przedsięwziąć. Na szczęście Jan jest człowiekiem prawdomównym i lojalnym, dar jego żony nie stanie się źródłem nieporozumień.

Smukła, naga sylwetka Julianny mija następne obrazy. Wreszcie zatrzymuje się przed niedokończonym portretem starego mężczyzny z brodą. Starzec utkwił zasępiony wzrok w dalekiej przestrzeni, jego postać wyraża zadumanie i rozczarowanie życiem. Julianna patrzy na okoloną siwymi włosami twarz, potem pyta z powagą:

– Czego się boisz?

Jan przełyka kawę, starannie odstawia pustą filiżankę na tacę, podnosi dzbanek.

– Nie rozumiem – odpowiada z zagubionym uśmiechem.

– Czego nie zrozumiałeś? – spokojnie nalega Julianna. – Zapytałam, czego się boisz.

Skupiony na ponownym napełnieniu filiżanki Jan oświadcza:

– Nie boję się o naszą przyszłość, jeśli o to ci chodzi.

– Wiesz, że nie o to – pada od razu odpowiedź Julianny.

– Chyba nie masz na myśli mojego malarstwa? – broni się Jan.

Rozumie jednak, że po raz pierwszy w życiu zostanie zmuszony do powiedzenia prawdy o swoim zagubieniu i lęku.

Julianna czeka, oparta plecami o ścianę obok portretu starca, jej oczy patrzą poważnie, ręce ma splecione pod wysokimi piersiami, stopę opartą na małym postumencie z posążkiem Dionizosa, kolano i udo nie zasłaniają czarnego trójkąta pod wypukłym podbrzuszem.

Jan czuje narastające podniecenie i niepokój.

– Czy musimy o tym teraz mówić? – pyta z nadzieją na odsunięcie wyroku. I dodaje niskim głosem, pokazując na puste miejsce obok siebie: – Mam lepszy pomysł.

Julianna kręci głową.

– Przed nami dużo czasu, całe lata.

– Nie boję się starości, nawet o niej nie myślę – podejmuje ostatnią próbę Jan. – To portret polskiego generała, po klęsce Napoleona w Rosji. Polacy ruszyli z cesarzem na tę wojnę bez sensu.

Julianna czeka z uśmiechem błąkającym się na pełnych wargach. Jan z westchnieniem odstawia dzbanek z kawą, przebiega wzrokiem po obrazach.

– Znasz się na tym? – pyta, wiedząc, jaka będzie odpowiedź.

– Na malarstwie? Niezbyt – mówi Julianna. – Na braku odwagi? Jak każda kobieta, która gotowa jest powierzyć się mężczyźnie.

– Nie ma nic gorszego od tchórza – zgadza się cichym głosem Jan. – Poznaj moich prześladowców. Panowie Leonardo da Vinci, Rafael Santi, Hieronim Bosch, Piotr Brueghel Starszy, Michelangelo da Caravaggio, Peter Paul Rubens, Rembrandt Van Rijn, Vermeer Van Delf. – Milknie i dodaje po chwili: – Mam dalej wymieniać?

Zapada cisza. Julianna patrzy na Jana z powagą i współczuciem. Podchodzi, siada na łóżku, chwyta jego dłonie. Opiera je na swoich udach, przesuwa przez podbrzusze do piersi, przyciska do policzków.

Jan wyczuwa pulsującą pod jej napiętą skórą krew, patrzy w błyszczące oczy Julianny, rozumie bez słów. Ona nie jest iluzją, postacią z obrazu. Jest realna, prawdziwa, tu i teraz. Jej miłość sprawi, że przestanie się bać, nauczy się szanować siebie i swoje dzieła. Przy Juliannie jego ręka nabierze pewności, odnajdzie kolor, kształt i siłę wyrazu. Jan zaniecha upokarzających wędrówek po Luwrze, których celu nigdy i nikomu nie wyznał. Stanie się panem siebie, odzyska wolność.

***

Niedługo po przyjeździe do Paryża, dwadzieścia lat przed ponownym spotkaniem z Julianną, młody Jan wszedł do pałacu króla Franciszka, zwanego Luwrem, w czasie Rewolucji zmienionego w muzeum sztuki. Był tu po raz pierwszy, cały dzień błądził po salach wystawowych, potem wrócił do mansardy, którą wynajmował w Dzielnicy Łacińskiej. Oszołomiony, wstrząśnięty i pokonany, czuł się zamknięty w szarym tunelu bez światła, bez nadziei. Długie tygodnie próbował dojść do siebie, pracował zaciekle nad portretem paryskiego mieszczanina Denisa Blancharda, w zamian za posiłki w jego restauracji. Obiecał sobie, że nigdy więcej jego noga nie postanie w Luwrze.

Wrócił tam dwa miesiące później, kiedy po bezsennej nocy wpatrywania się w szarobrązową twarz Blancharda powstrzymał chęć chwycenia noża i pocięcia płótna na kawałki. Fatalna w skutkach byłaby rezygnacja z darmowych śniadań, obiadów i zakrapianych winem kolacji w towarzystwie artystów zasiadających co wieczór w należącej do monsieur Blancharda restauracyjce La Petite Bouclerie.

Od tej pory Jan spędzał całe dnie w Luwrze. Przechodził otumaniony z sali do sali, błądził we mgle podziwu i zawiści. W żołądku czuł ucisk, ciężar w sercu, ból w głowie. Nigdy nie dorówna sile wyrazu i harmonii barw „Pięknej Ogrodniczki” Rafaela. Nie zdobędzie się na odwagę Boscha w „Statku szaleńców”. Nie uchwyci ulotnej miłości „Mony Lisy” do Leonarda. Nie wyczaruje rozmachu i dramatu Brueghla w „Kalekach”. Nie przeniknie tajemnicy boskiego światła w „Śmierci Marii” Caravaggia.

„Przyjazd Marii Medycejskiej do Marsylii” Rubensa przytłaczał nieomylnością pędzla, bezczelną prowokacją kształtów i ruchu, ponad ludzką miarę, ponad przyzwoitość. Postacie potężnych kobiet i mężczyzn patrzyły na Jana z drwiną, bez współczucia, gotowe wyjść z płócien i zadeptać marnego malarza, aby zawistnym wzrokiem nie psuł tryumfu wielkiej monarchini.

Oszołomiony Jan wędrował przez pałac do chwili, kiedy obrazy pochłaniał mrok i wypraszali go strażnicy. Czasem znajdował ukojenie w pytających o sens istnienia, zatopionych w brązach modelach Rembrandta. Sprawiały wrażenie porzuconych, niedomalowanych przez artystę równie jak Jan niepewnego swojego dzieła. Ulga nie trwała długo, Rembrandt porażał głębią poznania ludzkiej natury, obezwładniał mądrością.

Jan próbował przeniknąć tajemnice wielkich mistrzów, bez nadziei szukał zrozumienia w sekretach powstawania farb. Głębia błękitu rodziła się ze sproszkowanego kamienia lapis lazuli, zieleń z malachitu, żółć z ugru, czerwień z cynobru, do którego czeladnicy malarskich pracowni dolewali bydlęcą krew i dodawali czerń spalonych kości. Pracowicie ucierane i mieszane z białkami jajek, oliwą i pilnie strzeżonymi ingredientami, zapewniały obrazom niezwykły błysk i trwałość barw.

Nie oszukiwał się, nie chodziło o ukryte receptury farb. To Duch Czasu dawał natchnienie twórcom, siłę przenikania ludzkich serc i umysłów. Odwagę, aby przewrócić świat do góry nogami, wyznaczyć nowe pragnienia. Minęło czterysta lat, zadanie się wypełniło, pasja się wyczerpała. Zaspokojony Władca Czasu odszedł do innych światów. Pozostało blade naśladownictwo, pozbawione życia, radości i geniuszu. Malarze stali się dekoratorami na zamówienie, nielepszymi od tynkarzy i tkaczy dywanów.

Podczas smutnych powrotów z Luwru Jan obiecywał sobie, że nie weźmie już do ręki pędzla. Posłucha woli ojca, zakopie się w grobie kancelarii prawnej, zarabiać będzie na życie, grzebiąc w ludzkich brudach. Budził się o poranku z głową ciężką po winie, czasem u boku kochanki, i w blasku słońca wracała nadzieja. Bez odwagi, zaciskając zęby, otwierał pudło z farbami, chwytał pędzel i stawał przed płótnem. Zdeterminowany, gotowy do następnej klęski.

Najtrudniejsza chwila przyszła, kiedy namalowany przez Jana portret nagrodzony został złotym medalem na wystawie zwanej Paryskim Salonem. Złożył wówczas wizytę w jego mansardzie sam wielki Eugéne Delacroix. Mistrz miał sześćdziesiąt osiem lat, potężną, mocno osadzoną głowę, siwa grzywa włosów wyrażała siłę ducha i ciała. Był syty sławą, zmęczony chorobami i rozczarowany. Długą chwilę przyglądał się obrazom, z których zdenerwowany Jan zdjął przysłaniające sukna. W końcu przeszył portrecistę ciężkim spojrzeniem i powiedział niskim głosem:

– Spróbuj zapomnieć o kształcie, młody człowieku. Pójdź za światłem i za ruchem pędzla. To nasza ostatnia nadzieja.

Zanim zaskoczony Jan zdobył się na odpowiedź, Delacroix poklepał go przyjaźnie po ramieniu i wyszedł.

Jan długo zastanawiał się nad słowami starego mistrza. Znał obrazy Delacroix z Luwru i żaden nie uwalniał się od kształtów, aby podążyć za światłem i ruchem pędzla. Twórca wielkich, alegorycznych scen uważany był za największego żyjącego kolorystę, wiernie, z detalami odtwarzał świat swojej wyobraźni.

Musiał dowiedzieć się prawdy. Miesiąc po wizycie Delacroix, dzięki złotemu medalowi i znajomościom z członkami Akademii Sztuki Jan dostał się na przyjęcie do apartamentu mistrza, na ulicy Fürstenberg.

Onieśmielony wszedł do wielkiego salonu z meblami w stylu empire, z flamandzkimi i włoskimi mistrzami renesansu na ścianach. Nie miał szans na rozmowę z Delacroix, bo nie odstępował go przez cały wieczór tłumek kobiet i mężczyzn. Otaczali mistrza przy długim stole podczas kolacji i w trakcie koncertu, na cześć gospodarza wykonanego przez słynnego pianistę Antoina de Kontskiego, czyli Antoniego Kątskiego, który grał na cztery ręce z Chopinem i uważał się za ostatniego żyjącego ucznia Beethovena.

Sonatę fortepianową c-moll wiedeńskiego klasyka Kątski grał z rękoma przykrytymi suknem, czym zawsze wzbudzał zachwyt publiczności i oburzenie krytyki. Poruszony Delacroix nagrodził wirtuoza oklaskami i obietnicą namalowania jego portretu.

Jan nie znał się na muzyce, cenił sobie ciszę. Wykorzystał skupienie gości wokół Kątskiego i niepostrzeżenie wślizgnął się do pracowni malarza. Tu natychmiast zrozumiał, co miał na myśli stary mistrz, kiedy mówił o świetle i ruchu pędzla.

Na ścianie naprzeciw okien wisiał autoportret Delacroix. Świadomy swojego talentu, czterdziestoletni mężczyzna unosił lekko głowę, mocnym wzrokiem rzucał wyzwanie światu. Pewności siebie zaprzeczały wygięte w łuk, skłonne do melancholii usta. Całość była niedomalowana, jakby artyście zabrakło czasu lub wiary w sens dzieła.

Prawda była inna, malarz świadomie nie zasłonił pociągnięć pędzla chwytającego światło. To był taniec Delacroix ze słońcem, nagi i autentyczny, bez salonowej politury, która rządziła epoką.

Stary mistrz nigdy nie odważył się tak malować wielkich płócien ani portretów na zamówienie bogatych klientów. W tym autoportrecie zawarł całe swoje marzenie o wolności. Zapewne podczas wizyty w Londynie ujrzał dzieła genialnego Williama Turnera, który umierając, zawołał: „Słońce jest Bogiem!”. I nagle, pod wpływem tego odkrycia, w tajemnicy, Delacroix zapragnął wyprzedzić czas, zapowiedzieć zbliżający się przewrót. Kataklizm, po którym nic w malarstwie nie będzie takie jak wcześniej.

Jan wymknął się z przyjęcia z mocnym postanowieniem, że nie pójdzie tą drogą. Po co ma się narażać strażnikom kanonów? Są bezwzględni, karą będzie bieda. Jan musi zarobić na lepsze życie, dowieść ojcu, że słusznie rzucił prawo. Zaprzestanie wizyt w Luwrze, raz na zawsze. Otrzymał przecież złoty medal, jest podziwianym twórcą portretów, sypią się zamówienia arystokratów i burżujów. Nie będzie dłużej cierpiał z powodu wielkich mistrzów. Może oni też ukrywali pragnienie wolności, jak Delacroix. Sztuka jest umiejętnością maskowania prawdy pozorami.

Szczęśliwy z powodu tej decyzji, pogwizdując melodię piosenki, którą pamiętał z dzieciństwa, Jan wracał szybkim krokiem do mansardy w Dzielnicy Łacińskiej. Po raz pierwszy czuł się wolny i szczęśliwy. Nie podejrzewał, że to początek koszmaru, bo prześladowcy z Luwru przyglądają mu się równie uważnie, jak on ich dziełom.

W nocy, gdy uśpiony mocnym Côtes du Rhône zasnął w swoim łóżku, do pogrążonej w mroku mansardy wślizgnęło się sześć ciemnych postaci. Upewniwszy się, że gospodarz śpi, zapalili świecie w kandelabrach. Po chwili stół zakwitł owocami, serami, mięsiwem, pojawiło się wino w karafkach, dzbany piwa i kwiaty. Szóstka malarzy rozsiadła się wygodnie, zaczęli ucztę.

Bosch i Brueghel bez opamiętania ciągnęli piwo z dzbanów, kłócili się po flamandzku o perspektywę przestrzeni i wierność realizmowi. Leonardo i Rafael z pucharami kastylijskiego wina w dłoniach zrzucili sukno z niedokończonego portretu młodej Amélie de Merode, głośno i złośliwie komentowali wady malarskiej techniki portrecisty. Potem zbudzili Jana kuksańcami i domagali się, aby sprowadził paryskie prostytutki.

Jan leżał sparaliżowany, nie był w stanie poruszyć ręką ani nogą. Rozczarowani jego zachowaniem, Vermeer i Rubens namówili Amélie, aby zeszła z obrazu, dołączyła do zabawy. Po chwili młoda księżniczka tańczyła na stole kankana. Roztrącając i tłukąc porcelanowe naczynia, bezwstydnie ukazywała klaszczącym mistrzom nieokryte bielizną wdzięki, śmiała się z Jana, który kulił się w kącie pracowni, zakneblowany wstydem i uwielbieniem.

O świcie zbudził się z dreszczami i gorączką. Cały dzień spędził w łóżku, odżywiając się gorącym bulionem, który przynosiły na zmianę żona i córka restauratora Blancharda, ta ostatnia gotowa też była ogrzać artystę młodym ciałem. W końcu, dzięki staraniom pań Blanchard, Jan po kilku dniach doszedł do siebie, ukończył portret Amélie de Merode.

Nadal jednak trwały nocne wizyty gości z Luwru, pozbawiające młodego malarza pewności siebie i radości tworzenia. Znerwicowany i zmęczony Jan pracował zaciekle nad kolejnymi portretami, po dwóch latach odłożył dość pieniędzy i kupił apartament w nowej kamienicy przy 5 Rue Sauval, w dzielnicy Les Halles.

Ucieczka z mansardy w Dzielnicy Łacińskiej okazała się skuteczna, urwały się wizyty prześladowców. Jan nadal jednak odczuwał lęk, że pewnego dnia zmuszą go, aby uznał, jak mierna była jego sztuka. Co mu wówczas pozostanie?

***

– Mogę zacytować mojego zmarłego męża? – pyta Julianna, kiedy Jan skończył opowieść i zaczyna żałować swoich zwierzeń.

Nie czekając na niemą zgodę kochanka, Julianna mówi dalej:

– Wszystko, co się zdarzyło, musiało się zdarzyć. I jest dobre. Wszystko, co się dzieje, musi się wydarzać. I jest dobre. Wszystko, co ma się wydarzyć, będzie dobre.

– Twój mąż był bankierem czy filozofem? – pyta ponurym tonem Jan.

– Jednym i drugim – przytakuje z uśmiechem Julianna. – Powtarzał też: bądź szczęśliwy z tego, kim byłeś, kim jesteś i kim się staniesz. Bez względu na to, co sądzą o tobie inni. I co ty sądzisz o świecie.

– Mądry był z niego człowiek – przyznaje Jan.

Julianna przekrzywia głowę z błyskiem rozbawienia w oczach.

– Podzielił się swoją mądrością, kiedy odkryłam, że ma kochankę.

Jan jest zaskoczony, nie może powstrzymać rozbawienia.

– To zmienia sens.

– Nie całkiem. Usłyszał te zdania z ust swojego dziadka rabina, który stracił całą rodzinę w pogromie, w Rosji. Poza synem, z którym uciekł.

Jan reaguje zawsze przygnębieniem na relacje o ludzkim cierpieniu. Jak w przypadku większości artystów, sztuka pomaga mu uciec przed rzeczywistością.

– To straszne – mówi po chwili. – Przy takiej tragedii zdrada małżeńska jest błahostką.

– I o to chodziło mojemu mężowi. – Julianna się uśmiecha.

– Dziadek rabin zapewne dodawał: bo tak chce Jahwe – domyśla się Jan.

– Stwórca. Albo Pan. Żydom nie wolno używać Jego imienia.

Julianna patrzy na Jana uważnie, czeka. Jan rozumie, że ta rozmowa jest równie ważna, jak fizyczna miłość. Julianna mogła przeżyć rozkosz, ale nie zwiąże się z głupim mężczyzną. Aby ją zatrzymać, zdać musi egzamin dojrzałości. Tu i teraz, jak w przypowieści dziadka rabina. Jana ogarnia niepokój.

– Wszystko, co się wydarza, jest zgodne z wolą Stwórcy? – pyta ostrożnie.

– Nic nie jest sprzeczne z Panem – potakuje Julianna.

– Tak, sztuka na pewno – przyznaje Jan. – Ani nasza miłość.

Julianna kładzie się na plecach, przeciąga się z rozkoszą. Egzamin nadal trwa.

– Dlaczego Stwórca tak rzadko obdarza ludzi miłością i szczęściem? – pyta. – Z zazdrości?

Jan czuje się zagubiony.

– Jesteśmy szczęśliwi. – Poprawia się: – Ja jestem, bardzo.

– Ja też – zgadza się Julianna. – Ile znasz takich związków? Ja żadnego. Skąd mamy wiedzieć, czy nie przestaniemy się kochać? Nie znudzimy się sobą. Ty spotkasz cudowną modelkę, ja fascynującego globtrotera, odkrywcę nowych lądów. Zamienimy nasze życie w piekło zazdrości.

Julianna patrzy na wystraszoną minę Jana, nie może powstrzymać śmiechu.

– Nie mam takiego zamiaru! Ani ty, na razie. Ale niewielu kochankom darowana jest harmonia uczuć i ciał. Mój mąż nie był w stanie dać mi szczęścia, ale czułam się przy nim bezpieczna. Nie dlatego, że był zamożny, znam nieszczęśliwe żony bogaczy. Baron Blüdorf był pogodzony ze sobą i światem. Taki spokój udziela się kobietom. Nawet kiedy brakuje miłości i fizycznego zaspokojenia.

Jan w milczeniu patrzy na Juliannę, ona przenika jego niepokój.

– My, kobiety, potrzebujemy też szaleństwa, ryzyka, napięcia nerwów. Dlatego kochamy żołnierzy i artystów. Płacimy za to wysoką cenę.

***

Dwa tygodnie po ich namiętnym spotkaniu, w świątyni Saint Sulpice odbyła się skromna uroczystość zaślubin Julianny i Jana. Miesiąc później państwo Rodowscy kupili posiadłość pod Paryżem, w położonym wśród lasów miasteczku Rambouillet.

Był to wygodny, piętrowy dom z XVIII wieku, zbudowany z jasnego piaskowca, z dwoma salonami, wielką pracownią z oknami wychodzącymi na ogród, czterema sypialniami i ośmioma pokojami dla gości na piętrze. Jan nie pozbył się apartamentu przy ulicy Sauval. Małżonkowie zatrzymywali się tam po przyjęciach towarzyskich w Paryżu, wyjściach do opery lub teatru.

Do Luwru państwo Rodowscy nie chodzili. To była decyzja mądrej Julianny, której Jan podporządkował się z nutą żalu i ulgą. Za sprawą Julianny jeździli razem na niedzielne msze do Notre Dame.

Jan, choć nie uważał się za ateistę, od kilkunastu lat nie praktykował wiary w Boga. Julianna przekonała męża, że nie musi się modlić ani spowiadać, ani przyjmować komunii. Prosiła tylko, aby jej towarzyszył. Wzmacniała tę prośbę słowami dziadka rabina: „Jeśli nie uznasz dowodów, że Stwórca istnieje, nie dowiedziesz też, że na pewno Go nie ma. Warto więc na wszelki wypadek odwiedzać Jego przybytki”.

Aby zdążyć na poranną mszę, małżonkowie musieliby o świcie wyruszać z Rambouillet, zatem w każdy piątek wieczorem przyjeżdżali dwukonnym powozem do apartamentu Jana. W soboty Julianna zabierała męża do niedawno otwartej synagogi Nazareth w Trzeciej Dzielnicy. Albowiem, jak mawiał niezawodny rabin: „Nigdy nie wiesz, gdzie tego dnia Pan najchętniej cię wysłucha”. Jan podejrzewał, że żona wymyśliła dziadka rabina, aby uzasadniać swoje decyzje. Nigdy jej o to nie zapytał, słusznie zakładając, że najważniejsza jest waga myśli, a nie ich pochodzenie.

Namiętność nie opuszczała małżonków. Noce spędzali na miłosnych zapasach, nie rozstawali się w ciągu dnia, wciąż szukali swoich spojrzeń, dotykali się i całowali z czułością. Wywoływali tym zmieszanie służby, czyli kamerdynera, trzech pokojówek, dwóch kucharek, stangreta i stajennego, który opiekował się trzema ogierami i czterema klaczami angielskiej krwi, sprowadzonymi z Wiednia, ze stajni zmarłego męża Julianny.

Wyjątkiem były godziny, kiedy Jan zamykał się w swojej pracowni i malował zamówiony portret. Ale nawet wtedy zdarzało się, że Julianna wchodziła nagle i oświadczała, że ma ochotę na miłość. Nie czekając na zgodę męża, przekręcała klucz w zamku, zrzucała z siebie suknię i bieliznę, stawała przed nim naga. Zanim on zdążył włożyć pędzle do słoika z terpentyną i zamknąć pudła z farbami, ona leżała wyciągnięta na sofie w kącie pracowni, z prowokacyjnym uśmiechem na pełnych wargach.

Po miesiącach miłosnych zmagań Jan schudł, jego cera stała się blada i przeźroczysta, tylko oczy świeciły nadal mocnym blaskiem. Był jak wyczerpany wojownik, zahartowany w bitwach, gotów do następnych starć, aż do pełnej chwały śmierci. Na szczęście Julianna uświadomiła sobie w porę, że jej głód może zabić męża.

Pewnego poranka, kiedy budzą się oboje pośród zmiętej pościeli i Jan, gotów znowu do poświęceń, zaczyna ją całować, Julianna powstrzymuje go dłonią opartą o pierś.

– Jesteś niesamowity – szepcze do jego ucha. – Pragnę cię. Tak samo, jak ty mnie, w każdej chwili. Ale jaka jest korzyść z nieżywego małżonka.

Jan śmieje się cicho i przewraca na plecy, z ulgą.

– Nie wiem, skąd się to we mnie bierze – wyznaje.

Julianna całuje go delikatnie.

– Stąd. – Przesuwa się ustami do jego serca. – I stąd. – Całym ciałem zsuwa się niżej. – Dzielnym jesteś żołnierzem, słuchasz moich rozkazów – szepcze do oręża miłości. – Gotów jesteś go zabić, dla mnie. Prawda?

Julianna podnosi głowę, patrzy w oczy Jana, on wstrzymuje oddech w oczekiwaniu następnego szaleństwa.

– Nie pozwolę ci na to – ciągnie z powagą Julianna. – Odtąd zaproszę cię dwa razy w tygodniu, ani razu więcej.

– Ale... – zaczyna protestować Jan.

Julianna kręci głową, kładzie palec na ustach.

– Dwa razy, to moje ostatnie słowo – kończy i pocałunkiem pieczętuje układ z napiętym orężem.

I tak się dzieje ze wszystkim, co wymyśla i postanawia Julianna.

Po dziewięciu miesiącach od spotkania w apartamencie przy 5 Rue Sauval, w wielkim szpitalu Hotel Dieu głośnym krzykiem oznajmiła światu swoje pojawienie się Katarzyna Eleonora. Uczyniła to w samo południe, wraz ze wzywającymi na Anioł Pański dzwonami pobliskiej Notre Dame.

Dumny i szczęśliwy Jan zjawia się po porodzie przy łóżku wykąpanej i przebranej żony, bierze córkę na ręce.

– Uczynimy ją najszczęśliwszym dzieckiem na świecie – mówi ze wzruszeniem.

– Szczęśliwą kobietą – dodaje zmęczonym głosem Julianna.

– Będzie miała dwóch braci – ciągnie z przekonaniem Jan.

Julianna kręci przecząco głową.

– Jak to? – niepokoi się Jan.

– Nie zmienię się w maciorę do rodzenia warchlaków – oświadcza z powagą Julianna. – A ty nie jesteś knurem.

Jan otwiera szeroko oczy. Nigdy dotąd nie słyszał, aby żona powiedziała coś tak wulgarnego. Julianna gestem pocieszenia głaszcze jego przedramię.

– Chciałam, abyś dokładnie zapamiętał.

– Ale... – zaczyna Jan.

Julianna kręci przecząco głową.

– Mam czterdzieści lat, chcę się cieszyć życiem. Z tobą. Nie rób takiej miny, spróbuj ponosić ciążę i urodzić, to zrozumiesz.

Jan przez chwilę musi się oswoić z tą myślą.

– Jak to zrobimy? – pyta wreszcie.

– Zostaw to mnie – odpowiada Julianna. – Dla ciebie nic się nie zmieni, obiecuję.

Maleńka Katarzyna Eleonora, zwana po polsku Kasią, wprowadziła się do pokoju obok sypialni rodziców. Mieszkała tam z nianią, była karmiona piersią przez dochodzącą mamkę, chłopkę z okolicy, która niedawno urodziła.

Największy pokój na piętrze domu przeznaczony był na wizyty córki Julianny, która raz na pół roku przyjeżdżała z Wiednia w odwiedziny do matki. Valerie była piękną, dwudziestoletnią kobietą, dwa lata wcześniej wyszła za mąż.

Pierwszego wieczora po kolacji, kiedy Jan odprowadza pasierbicę do jej pokoju, oświetlając drogę, Valerie zatrzymuje się przed swoimi drzwiami, odbiera kandelabr ze świecami i mówi z powagą:

– Jestem szczęśliwa, że mama cię odnalazła. Powiedziała mi o tobie, kiedy skończyłam piętnaście lat. Wiesz dlaczego?

Zaskoczony Jan kręci przecząco głową.

– Zapytałam ją, dlaczego zgodziła się wyjść za tatę, bez uczucia. Domyślasz się, co oświadczyła?

– Że została zmuszona – mówi Jan.

Valerie kręci przecząco głową.

– Że przyjdzie dzień, kiedy się spełni jej miłość. Dobrej nocy, marzenie mamy.

– Ty też śpij dobrze, dziękuję – odpowiada poruszony Jan.

Valerie całuje go w policzek i znika w swoim pokoju. Jan stoi w ciemnym korytarzu i próbuje zrozumieć, skąd wzięła się pewność Julianny, skoro nie spotkała go przez dwadzieścia lat. On mógł przecież się ożenić. Podczas wizyt w Polsce przedstawiano mu kandydatki na żonę i zdarzały się bogate z domu piękności. Czarownica Julianna wysyłała z Wiednia demony, pętała jego uczucia i wolę? Przejętym wdzięcznością i miłością Janem wstrząsa dreszcz niepokoju.

Następnego dnia Jan zaproponował, że namaluje portret Valerie. Węglem wykonał rysunek twarzy i postaci, po wyjeździe pasierbicy przez dwa miesiące malował olejnymi farbami. W końcu pokazał portret Juliannie, przed ostatnimi ruchami pędzla, z którymi czekał na następne odwiedziny Valerie.

Julianna długo przygląda się wizerunkowi córki. Młoda dama w czerwonej sukni przytrzymuje ręką na piersi zwisający z ramienia szal. Jej ciężkie, czarne włosy spadają falami, ciemne oczy patrzą w przestrzeń, zmysłowe, pełne usta uśmiechają się lekko.

Jan czuje niepokój.

– Nie podoba ci się?

– Jest wspaniały, niezwykły. Zasługuje, aby zawisnąć w Luwrze – odpowiada cicho Julianna.

– Tylko nie tam – protestuje Jan.

Julianna opiera dłoń na jego ramieniu, nadal patrzy na obraz.

– Wiesz, dlaczego mógłby się tam znaleźć? – pyta i kończy po niespokojnym spojrzeniu Jana: – Bo ujawniłeś prawdę o Valerie, a to potrafią najwięksi mistrzowie. Prawdę, której ona sama się nie domyśla. Ani jej biedny mąż.

– Biedny? – dziwi się Jan. – Valerie twierdzi, że są dobrym małżeństwem.

Julianna nie odrywa wzroku od portretu.

– Pewnego dnia spotka mężczyznę, w którym zobaczy to, co ja ujrzałam w tobie. I jak ja, w ciągu sekundy będzie gotowa do prawdziwej miłości.

Jan patrzy na twarz Valerie na obrazie, jakby widział ją po raz pierwszy. Julianna przytakuje.

– To spojrzenie, uśmiech ukrywają niewyzwolone zmysły. Twój portret podpowie jej prawdę.

– Nie chciałbym przyczynić się do rozpadu małżeństwa Valerie – protestuje Jan.

Julianna śmieje się miękko, cicho.

– Nie bądź głuptasem. Jest moją córką, krwią z mej krwi. Wątpiłam w to, a teraz jestem pewna, dzięki tobie.

Jan jest zaniepokojony.

– Co z Kasią? – pyta.

– Ona też – przytakuje pogodnie Julianna. – Nic na to nie poradzisz. I jej córki. I zapewne córki jej córek.

– Boże, chroń męskie plemię – mruczy Jan.

Julianna obejmuje go, całuje w usta, patrzy z bliska w oczy.

– Jesteś cudownym malarzem. I kochankiem. Malarzem i kochankiem – szepcze, pociągając Jana w stronę sypialni. – Dziś jest nasz dzień, pamiętasz?