My Dark Romeo - Parker S. Huntington, L.J. Shen - ebook

My Dark Romeo ebook

Parker S. Huntington, L.J. Shen

4,2

53 osoby interesują się tą książką

Opis

Moja bajka zmieniła się w przestrogę.
Wypisana smołą i przypieczętowana łzami.

Nie każdy Romeo zasługuje, by żyć.
To miał być tylko niewinny pocałunek na wystawnym balu debiutantek. Ale w przeciwieństwie do swojego literackiego imiennika tym Romeem nie kierowała miłość. Jego napędzała zemsta. Dla niego byłam tylko pionkiem. Kartą przetargową. Narzeczoną jego rywala. Dla mnie był mężczyzną, który zasługiwał na porcję trucizny. Mrocznym księciem, którego nie chciałam poślubić. Myśli, że pogodziłam się ze swoim losem. Cóż, zamierzam napisać go od nowa. I w mojej historii Julia nie umiera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 530

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (853 oceny)
476
178
118
53
28
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kasiabwjbs

Nie polecam

co to było XD toksyczność wywaliło poza skalę
172
Yewrk

Nie polecam

Okropne przeżycie. Płytcy bohaterowie, nielogiczne wątki, przyjaciele głównego bohatera to jakiś nieśmieszny żart tak samo jak rodzice obu bohaterów. Zmęczyłam się czytaniem. Historia dzieciństwa Romea bardziej mnie rozśmieszyła niż zasmuciła była tak nierealna. Sceny zbliżeń tak niesmaczne i żałosne. Budowanie przez 90% książki „napięcia” związanego z firmą ojca głównego bohatera żeby na koniec wszystko spierdzielic. Dramat, dawno nie czytałam czegoś aż tak złego.
102
viceroyh

Z braku laku…

Styl książki nie przypadł mi do gustu, nie tylko bohaterka była niesamowicie dziecinna ale również cała akcja książki, przez co wiele elementów nie trzymało się całości i było niesamowicie nierealistyczne. Bohaterowie sztampowi, z dość niewytłumaczalnymi zachowaniami. Pomysł na fabułę naprawdę fajny, ale treść i styl, sprawiły ze ciężko mi było dotrwać do końca.
93
megixyz

Nie polecam

Zabulgocz. Dallas ma umysł 7 latka tego nienda się czytać a na scenach erotycznych zwijałam się z zażenowania
Goodgirl246

Nie polecam

Szczerze? Jestem strasznie zawiedziona tą książką. Opis wydawał się interesujący, ale fabuła niestety do kitu, a głównej bohaterce nawet nie wspomnę
30

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: My Dark Ro­meo
Co­py­ri­ght © 2023. MY DARK RO­MEO by Par­ker S. Hun­ting­ton and L.J. Shen Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Luna, im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­nesy 2023 Co­py­ri­ght for the Po­lish Trans­la­tion © by Syl­wia Choj­nacka 2023
Wy­daw­czyni: NA­TA­LIA GO­WIN
Re­dak­torka pro­wa­dząca: MARTA JAM­RÓ­GIE­WICZ
Re­dak­cja: JU­STYNA TECH­MAŃ­SKA
Ko­rekta: JO­ANNA BŁA­KITA, JO­LANTA KU­CHAR­SKA
Ad­ap­ta­cja pol­skiej wer­sji okładki: DA­WID GRZE­LAK
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji: PAU­LINA KU­REK
Skład i ła­ma­nie: JS Stu­dio
War­szawa 2023 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67859-70-7
Wy­daw­nic­two Luna Im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11a 01-527 War­szawawww.wy­daw­nic­two­luna.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dal­las

Zaw­sze wie­rzy­łam, że moje ży­cie jest jak po­wieść ro­man­tyczna. Że po­mię­dzy stro­nami kryje się szczę­śliwe za­koń­cze­nie.

Ni­gdy jed­nak nie przy­szło mi do głowy, że mo­głam po­my­lić ga­tunki li­te­rac­kie. Że to ra­czej hor­ror. Mro­żący krew w ży­łach thril­ler.

A po­tem Ro­meo Co­sta wtar­gnął do mo­jego ży­cia ni­czym taj­fun i ze­rwał mi ró­żowe oku­lary.

Po­ka­zał mi mrok.

Po­ka­zał mi siłę.

A co naj­waż­niej­sze, prze­ka­zał mi naj­okrut­niej­szą lek­cję ze wszyst­kich – że w każ­dej be­stii tkwi piękno, każda róża ma kolce, a każda hi­sto­ria mi­ło­sna może roz­kwit­nąć, na­wet je­śli wy­ro­sła na grun­cie nie­na­wi­ści.

Dal­las

Chry­ste, nie żar­to­wali, co? On na­prawdę zja­wił się w mie­ście. – Emi­lie chwy­ciła mnie za nad­gar­stek, wbi­ja­jąc ostre szpony w moją opa­loną skórę.

– Tak samo jak Oli­ver von Bi­smarck. – Sa­van­nah wy­cią­gnęła rękę. – Niech mnie ktoś uszczyp­nie.

Zro­bi­łam to z roz­ko­szą.

– Aua, Dal! Nie mó­wi­łam po­waż­nie.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami, sku­pia­jąc uwagę na szwedz­kim stole obok nas. To był praw­dziwy po­wód, dla któ­rego zja­wi­łam się dzi­siaj na balu de­biu­tan­tek.

Z krysz­ta­ło­wej tacy wzię­łam za­nu­rzoną w gorz­kiej cze­ko­la­dzie cząstkę po­melo i ugry­złam, roz­ko­szu­jąc się gorzko-kwa­śnym nek­ta­rem.

Bóg nie jest męż­czy­zną.

Ani ko­bietą.

Bóg to naj­praw­do­po­dob­niej owoc za­nu­rzony w ak­sa­mit­nej cze­ko­la­dzie.

– Co oni tu w ogóle ro­bią? Prze­cież na­wet nie po­cho­dzą z Po­łu­dnia. – Emi­lie wy­rwała Sav bro­szurę z pro­gra­mem balu i po­wa­chlo­wała nią so­bie twarz. – I na pewno nie zja­wili się tu­taj, żeby po­znać ja­kąś ko­bietę. Obaj to za­go­rzali ka­wa­le­ro­wie. Czy Co­sta przy­pad­kiem nie rzu­cił ze­szłego lata praw­dzi­wej szwedz­kiej księż­niczki?

– A są ja­kieś nie­praw­dziwe szwedz­kie księż­niczki? – za­sta­na­wia­łam się na głos.

– Dal!

Gdzie są pa­stéis de nata?

Obie­cano mi pyszne por­tu­gal­skie mi­ni­tarty z kre­mem bu­dy­nio­wym.

– Mó­wi­łaś, że będą pa­stéis de nata. – Po­rwa­łam ze stołu na­grodę po­cie­sze­nia, me­lo­pitę, grec­kie mio­dowe cia­sto, i wy­ce­lo­wa­łam nim w Emi­lie. – No i mam za swoje, bo znowu ci za­ufa­łam.

So­ko­lim wzro­kiem ob­ser­wo­wała, jak wci­skam do to­rebki dwa tra­dy­cyjne pol­skie pączki.

– Dal, nie mo­żesz trzy­mać pącz­ków w to­rebce Cha­nel. To praw­dziwa skóra. Znisz­czysz ją.

Sav po­spiesz­nie we­pchnęła rękę do swo­jej ko­per­tówki, żeby wy­cią­gnąć błysz­czyk.

– Sły­sza­łam, że von Bi­smarck przy­je­chał tu tylko po to, by ku­pić Le Fleur.

Oj­ciec Jenny jest wła­ści­cie­lem firmy Le Fleur, która pro­du­kuje po­ściel z per­kalu spe­cjal­nie dla ho­teli wy­róż­nio­nych pię­cioma dia­men­tami. W ósmej kla­sie ra­zem z Emi­lie ucie­kły­śmy z domu i przez ty­dzień spa­ły­śmy w fir­mo­wym show­ro­omie, za­nim nasi oj­co­wie nas od­na­leźli.

– A czego on niby po­trze­buje z Le Fleur? – Te­raz pa­ła­szo­wa­łam ka­na­feh, sto­jąc ty­łem do mi­tycz­nych istot, dla któ­rych moje przy­ja­ciółki stra­ciły głowę.

Są­dząc po pod­eks­cy­to­wa­nych szep­tach, ja­kie roz­le­gały się wo­kół nas, nie były je­dyne.

Emi­lie wy­rwała Sa­van­nah tubkę Bond no. 9 i na­ło­żyła na usta grubą war­stwę.

– Za­rzą­dza ho­te­lami. Jest wła­ści­cie­lem sieci o na­zwie Grand Re­gent. Pew­nie o niej sły­sza­ły­ście.

Po­cząt­kowo Grand Re­gent ucho­dziło za eks­klu­zywny ku­rort, do któ­rego można było się do­stać tylko dzięki za­pro­sze­niu, a po­tem roz­rósł się bar­dziej niż Hil­ton. Z tego względu wnio­sko­wa­łam, że Bo­gacz von Bu­fon nie czai się na ma­ją­tek.

Tak się składa, że bi­le­tem na dzi­siej­sze wy­da­rze­nie był nie­bo­tyczny ma­ją­tek ro­dzinny.

303 Kró­lew­ski Bal De­biu­tan­tek or­ga­ni­zo­wany w Cha­pel Falls był jak pre­sti­żowa wy­stawa psów, która przy­cią­gała wszyst­kich mi­liar­de­rów i mul­ti­mi­liar­de­rów z ca­łego stanu.

Oj­co­wie pa­ra­do­wali ze swo­imi ra­so­wymi cór­kami po Astor Opera Ho­use w na­dziei, że wy­padną na tyle do­brze, by zwró­cić uwagę męż­czyzn ma­ją­cych dużo zer na kon­cie.

Chyba tylko ja nie szu­ka­łam męża.

Ta­tuś od­dał mnie ko­muś jesz­cze przed mo­imi na­ro­dzi­nami, o czym nie­ustan­nie przy­po­mi­nał mi dia­ment na palcu ser­decz­nym.

Jesz­cze do nie­dawna wy­da­wało mi się to od­le­głym pro­ble­mem – do­póki dwa dni temu nie na­tra­fi­łam w pra­sie na ofi­cjalne za­wia­do­mie­nie o ślu­bie.

– Sły­sza­łam, że Ro­meo ko­niecz­nie chce zo­stać pre­ze­sem firmy swo­jego ojca. – Na Boga, Sav da­lej na­wi­jała o tym fa­ce­cie. Za­mie­rzały uzu­peł­nić jego stronę na Wi­ki­pe­dii? – A prze­cież już jest mi­liar­de­rem.

– Ra­czej mul­ti­mi­liar­de­rem. – Emi­lie ba­wiła się owal­nym dia­men­tem bran­so­letki, jak za­wsze, gdy była po­de­ner­wo­wana. – I to nie jest typ, który prze­hu­lałby wszyst­kie pie­nią­dze na jachty, złote se­desy czy inne przy­jem­no­ści.

Zde­spe­ro­wana Sav zer­k­nęła do kom­pak­to­wego lu­sterka.

– My­śli­cie, że ktoś mógłby nas przed­sta­wić?

Emi­lie ścią­gnęła brwi.

– Nikt tu ich nie zna. Dal? Dal­las? Czy ty w ogóle nas słu­chasz? Po­ru­szamy ważny te­mat.

Dla mnie naj­waż­niej­szy był brak her­bat­ni­ków.

Nie­chęt­nie sku­pi­łam wzrok na dwóch męż­czy­znach, któ­rzy wła­śnie wy­ło­nili się zza ko­tary ko­lo­ro­wych szy­fo­nów i sztyw­nych upięć.

Obaj mieli przy­naj­mniej metr dzie­więć­dzie­siąt, przez to wy­glą­dali jak wiel­ko­ludy pró­bu­jące wci­snąć się do domku dla la­lek.

Ale trzeba przy­znać, że w ogóle nie przy­po­mi­nali prze­cięt­nych męż­czyzn.

Ich po­do­bień­stwo koń­czyło się na wzro­ście. Pod każ­dym in­nym wzglę­dem byli swo­imi cał­ko­wi­tymi prze­ci­wień­stwami.

Je­den ko­ja­rzył mi się z je­dwa­biem, drugi – ze skórą.

Gdy­bym miała strze­lać, po­wie­dzia­ła­bym, że żywy Ken to von Bi­smarck.

Miał włosy w ko­lo­rze ciemny blond, kwa­dra­tową szczękę i li­chy za­rost, co nada­wało mu cha­rak­ter księ­cia z ba­jek Di­sneya.

Ide­alny eu­ro­pej­ski książę o skan­da­licz­nie nie­bie­skich oczach i po­są­go­wych ry­sach.

Jak je­dwab.

Drugi na­to­miast przy­po­mi­nał mi nie­okrze­sa­nego ja­ski­niowca. Był jak fu­ria upchnięta w drogi gar­ni­tur.

Atra­men­to­wo­czarne włosy zo­stały schlud­nie przy­cięte i przy­gła­dzone. Wy­glą­dał jak wy­kuty z ka­mie­nia. Jakby zo­stał stwo­rzony po to, by po­ra­żać urodą.

Ostre ko­ści po­licz­kowe, grube brwi, rzęsy, za które da­ła­bym się za­mknąć w wię­zie­niu, i naj­chłod­niej­sze szare oczy, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam.

Wła­ści­wie jego tę­czówki były tak ja­sne i mroźne, że zu­peł­nie nie pa­so­wały do wło­skiej apa­ry­cji.

On z ko­lei był jak praw­dziwa skóra.

– Ro­meo Co­sta. – Głos Sa­van­nah za­bar­wiła tę­sk­nota, kiedy męż­czy­zna wy­mi­nął nas w dro­dze do VIP-owskiego sto­lika. – Po­zwo­li­ła­bym mu się zruj­no­wać tak do­szczęt­nie i efek­tow­nie, jak Musk wy­koń­czył Twit­tera.

– A ja po­zwo­li­ła­bym mu zro­bić ze mną wszyst­kie naj­bar­dziej nie­go­dziwe rze­czy. – Emi­lie za­częła ba­wić się nie­bie­skim dia­men­tem na łań­cuszku. – Na­wet nie wiem, co to mia­łoby być, ale i tak by­ła­bym chętna, ro­zu­mie­cie?

By­cie dzie­wi­cami z Po­łu­dnia Sta­nów, które w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku su­mien­nie cho­dzą do ko­ścioła i czy­tają Bi­blię, sta­no­wiło nie lada pro­blem.

Cha­pel Falls było znane z dwóch rze­czy:

Po pierw­sze – z bo­ga­tych miesz­kań­ców, któ­rzy w więk­szo­ści po­sia­dali eks­klu­zywne firmy z sie­dzibą w Geo­r­gii.

I po dru­gie – z wy­jąt­kowo kon­ser­wa­tyw­nego, prze­sta­rza­łego po­dej­ścia do ży­cia.

Tu­taj wszystko wy­glą­dało ina­czej.

Na­sze do­świad­cze­nie ogra­ni­czało się do kilku mo­krych po­ca­łun­kach przed ślu­bem, mimo że wszyst­kie skoń­czy­ły­śmy już dwa­dzie­ścia je­den lat.

Ale kiedy moje do­brze wy­cho­wane przy­ja­ciółki ob­ci­nały męż­czyzn dys­kret­nie, ja się z tym nie kry­łam.

Po­de­ner­wo­wany go­spo­darz za­pro­wa­dził ich do sto­lika, a oni po dro­dze roz­glą­dali się wo­kół – Ro­meo Co­sta z po­nu­rym znu­dze­niem męż­czy­zny, któ­rego czeka ko­la­cja z prze­my­sło­wego kon­te­nera na śmieci, a von Bi­smarck z cy­nicz­nym roz­ba­wie­niem.

– Co ty wy­pra­wiasz, Dal? Prze­cież wi­dzą, że się ga­pisz! – Sa­van­nah nie­mal ze­mdlała.

I tak nie pa­trzyli w na­szą stronę.

– No i? – mruk­nę­łam obo­jęt­nie i wzię­łam z tacy kie­li­szek szam­pana.

Sav i Emi­lie da­lej się za­chwy­cały, ja tym­cza­sem od­da­li­łam się, mi­ja­jąc sto­liki ugi­na­jące się od im­por­to­wa­nych sło­dy­czy, szam­pa­nów i to­re­bek z po­da­run­kami.

Obe­szłam salę, wi­ta­jąc się po dro­dze z ró­wie­śnicz­kami i da­le­kimi krew­nymi, żeby tylko do­stać się do de­se­rów po dru­giej stro­nie. I cały czas mia­łam oko na moją sio­strę Fran­klin.

Fran­kie krę­ciła się w po­bliżu i pew­nie wła­śnie pod­pa­lała czyjś tu­pe­cik albo prze­gry­wała ro­dzinną for­tunę w karty.

Pod­czas gdy mnie okre­ślano mia­nem le­ni­wej, po­zba­wio­nej am­bi­cji dziew­czyny z nad­mia­rem wol­nego czasu, ona ucho­dziła za ty­pową roz­ra­biarę.

Nie mam po­ję­cia, dla­czego tata w ogóle ją tu­taj za­brał. Miała le­d­wie dzie­więt­na­ście lat i spo­ty­kała się z męż­czy­znami rów­nie chęt­nie, jak ja wbi­ja­łam so­bie zu­żyte igły w żyłę.

Prze­mie­rza­jąc salę w mo­ich pięk­nych lo­ubo­uti­nach z li­mi­to­wa­nej edy­cji – dwa­na­ście cen­ty­me­trów, czarny ak­sa­mit, cie­niut­kie szpilki wy­sa­dzane per­łami i krysz­tał­kami Swa­ro­vskiego – uśmie­cha­łam się do go­ści, a nie­któ­rym po­sy­ła­łam bu­ziaki, aż na­gle na ko­goś wpa­dłam.

– Dal!

Fran­kie oto­czyła mnie ra­mio­nami, jakby nie wi­działa mnie całe wieki, cho­ciaż roz­ma­wia­ły­śmy za­le­d­wie czter­dzie­ści mi­nut temu, kiedy to wy­mo­gła na mnie dys­kre­cję, bo przy­ła­pa­łam ją na upy­cha­niu w sta­niku bu­te­le­czek z te­qu­ilą.

Pla­sti­kowe opa­ko­wa­nia wbiły się w moje piersi, kiedy mnie wy­ści­skała.

– Do­brze się ba­wisz? – Po­mo­głam jej ustać pro­sto, bo pra­wie za­li­czyła glebę. – Chcesz się na­pić wody? Po­trze­bu­jesz ta­ble­tek prze­ciw­bó­lo­wych? A może bo­skiej in­ter­wen­cji?

Fran­kie śmier­działa po­tem.

I ta­nią wodą ko­loń­ską.

Oraz trawką.

Pa­nie, miej tatę w swej opiece.

– Nic mi nie jest. – Mach­nęła ręką i się ro­zej­rzała. – Wie­dzia­łaś, że gdzieś tu krąży książę z Ma­ry­landu?

– Wy­daje mi się, że w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie mamy mo­nar­chii, sio­strzyczko.

– I jego me­ga­bo­gaty kum­pel? – Zi­gno­ro­wała mnie. – Han­dluje bro­nią. Grubo, co?

Tylko w jej wszech­świe­cie han­del bro­nią to coś faj­nego.

– Tak, a Sav i Emi­lie nie­mal po­si­kały się z ra­do­ści. Po­zna­łaś ich?

– Nie. – Fran­kie ro­zej­rzała się po sali ba­lo­wej, za­pewne szu­ka­jąc osoby, przez którą śmier­działa jak la­fi­rynda po za­ba­wie z di­le­rem na tyl­nym sie­dze­niu jego wozu. – Kto­kol­wiek go za­pro­sił, chciał chyba zro­bić do­bre wra­że­nie, bo przy jego sto­liku są her­bat­niki upie­czone przez ulu­bio­nego ku­cha­rza zmar­łej kró­lo­wej. Przy­le­ciał tu­taj spe­cjal­nie z Sur­rey. – Po­słała mi prze­bie­gły uśmiech. – Ukra­dłam jed­nego, kiedy nikt nie pa­trzył.

Żal ści­snął mi serce.

Tak bar­dzo ko­cham swoją sio­strę.

I jed­no­cze­śnie chcę ją w tej chwili za­mor­do­wać go­łymi rę­kami!

– A dla mnie nie wzię­łaś? – nie­omal wrza­snę­łam. – Prze­cież wiesz, że ni­gdy nie pró­bo­wa­łam praw­dzi­wych bry­tyj­skich her­bat­ni­ków. Co jest z tobą nie tak?

– Och, nie dra­ma­ty­zuj. – Fran­kie wsu­nęła palce w cia­sne upię­cie, żeby roz­ma­so­wać skórę głowy. – Lu­dzie usta­wiają się w ko­lejce, żeby po­roz­ma­wiać z tymi pa­ja­cami, jakby byli z rodu Wind­so­rów albo coś. Po pro­stu tam idź, przed­staw się i po­proś o ciastko. Jest ich tam pełno.

– Her­bat­ni­ków czy lu­dzi?

– Tego i tego.

Wy­cią­gnę­łam szyję, żeby się ro­zej­rzeć.

Miała ra­cję.

Przed męż­czy­znami cią­gnęła się ko­lejka lu­dzi, któ­rzy wy­glą­dali, jakby chcieli wy­ca­ło­wać im pier­ście­nie.

Jako że nie po­wstrzy­mam się przed ni­czym, żeby zdo­być coś pysz­nego, po­ma­sze­ro­wa­łam w stronę wia­nuszka go­ści ota­cza­ją­cych sto­lik Co­sty i von Bi­smarcka.

– ...ka­ta­stro­falny plan po­dat­kowy, który wy­woła eko­no­miczny chaos...

– ...pa­nie Co­sta, z pew­no­ścią ist­nieje ja­kaś al­ter­na­tywa dla tych wszyst­kich wy­dat­ków? Nie mo­żemy da­lej fun­do­wać wo­jen...

– ...czy to prawda, że bra­kuje im tech­no­lo­gicz­nie za­awan­so­wa­nej broni? Chcia­łem za­py­tać...

Kiedy męż­czyźni z Cha­pel Falls pa­plali jak na­jęci, żeby wpro­wa­dzić męż­czyzn w stan śpiączki, a ko­biety na­chy­lały się, by wy­eks­po­no­wać biust, wy­mi­nę­łam zgro­ma­dzo­nych sla­lo­mem, nie spusz­cza­jąc wzroku z mo­jego celu – trzy­pię­tro­wej tacy z ape­tycz­nymi her­bat­nicz­kami.

Naj­pierw swo­bod­nie opar­łam się ręką o stół.

Nie zwra­caj­cie na mnie uwagi.

Po­tem wy­cią­gnę­łam się w stronę an­giel­skiego przy­smaku sto­ją­cego po­środku.

Już do­się­ga­łam pal­cami tacy, gdy na­gle roz­legł się uszczy­pliwy głos.

– A ty to kto?

Pan Skóra.

A ra­czej Ro­meo Co­sta.

Roz­parł się na krze­śle, pa­trząc na mnie z wro­go­ścią ni­czym groźny kro­ko­dyl.

Cie­ka­wostka: te gady uwa­żają lu­dzi za stały ele­ment swo­jej diety.

Dy­gnę­łam z roz­ma­chem.

– Och, pro­szę wy­ba­czyć. Gdzież moje ma­niery?

– Na pewno nie na tacy z her­bat­ni­kami. – Jego głos wy­da­wał się oschły, bez­na­miętny.

Okej. Twardy prze­ciw­nik.

Ale miał prawo do nie­za­do­wo­le­nia, w końcu pró­bo­wa­łam ukraść jego ciastka.

– Na­zy­wam się Dal­las Town­send.

Po­sła­łam mu cie­pły uśmiech, wy­cią­ga­jąc dłoń, by mógł ją po­ca­ło­wać, ale on tylko spoj­rzał na nią ze wstrę­tem.

W sto­sunku do mo­jej rze­ko­mej zbrodni jego re­ak­cja była zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dzona.

– Dal­las Town­send, tak? – Na jego bo­skiej twa­rzy od­ma­lo­wał się cień roz­cza­ro­wa­nia, jakby spo­dzie­wał się ko­goś zu­peł­nie in­nego.

Nie ob­ra­ca­li­śmy się w tych sa­mych krę­gach. By­łam na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent pewna, że ten męż­czy­zna w ogóle nie miał zna­jo­mych. Wy­da­wał się na to zbyt za­du­fany w so­bie.

– Tak się na­zy­wam od dwu­dzie­stu je­den lat – od­po­wie­dzia­łam, zer­ka­jąc ką­tem oka na her­bat­niki.

Tak bli­sko, a jed­no­cze­śnie tak da­leko.

– Oczy mam tu­taj – wy­ce­dził Co­sta.

Von Bi­smarck za­chi­cho­tał i wziął naj­więk­sze ciastko, naj­pew­niej po to, by zro­bić mi na złość.

– Jest uro­cza, Rom. Cał­kiem nie­zła z niej la­leczka.

Uro­cza? La­leczka?

Co to ma zna­czyć?

Z nie­chę­cią ode­rwa­łam wzrok od tacy z ła­ko­ciami i prze­nio­słam go na twarz Ro­mea.

Był taki przy­stojny.

A poza tym – miał śmierć w oczach.

Na­chy­lił się w moją stronę.

– Je­steś pewna, że na­zy­wasz się Dal­las Town­send?

Po­stu­ka­łam pal­cem w pod­bró­dek.

– Hm, jak się te­raz nad tym za­sta­na­wiam, to chyba wo­la­ła­bym zmie­nić na­zwi­sko na Ha­iley Bie­ber.

– Czy to miało być za­bawne?

– Czy to miało być po­ważne py­ta­nie?

– Za­cho­wu­jesz się nie­do­rzecz­nie.

– Sam za­czą­łeś.

Przy sto­liku roz­legł się okrzyk obu­rze­nia.

Jed­nak Ro­meo Co­sta wy­da­wał się bar­dziej znu­dzony niż ob­ra­żony.

Roz­parł się na krze­śle, ukła­da­jąc dło­nie na pod­ło­kiet­ni­kach. Ta poza – i ten ide­al­nie do­pa­so­wany gar­ni­tur – nada­wały mu aurę su­ro­wego króla go­to­wego do wojny.

– Dal­las Ma­ry­anne Town­send. – W moją stronę pę­dziła Bar­bara Al­wyn-Joy. Pew­nie chciała za­ła­go­dzić sy­tu­ację. Matka Emi­lie była go­spo­dy­nią tego wy­da­rze­nia. Po­dob­nie jak wszy­scy inni pod­cho­dziła do tego balu zbyt po­waż­nie. – Po­win­nam spro­wa­dzić two­jego ojca, żeby w tej chwili wy­pro­wa­dził cię z sali ba­lo­wej za od­zy­wa­nie się w ten spo­sób do pana Co­sty. Ta­kie za­cho­wa­nie nie przy­stoi mło­dej da­mie z Cha­pel Falls.

Cha­pel Falls naj­chęt­niej spa­li­łoby na sto­sie każdą ru­do­włosą ko­bietę w tym mie­ście.

Te­atral­nie spu­ści­łam głowę, czub­kiem buta ry­su­jąc owalny kształt ciastka na mar­mu­ro­wej pod­ło­dze.

– Prze­pra­szam.

Wcale nie było mi przy­kro.

Ro­meo Co­sta był dup­kiem.

Miał szczę­ście, że znaj­do­wa­li­śmy się w to­wa­rzy­stwie, bo ina­czej bym się nie ha­mo­wała.

Od­wró­ci­łam się go­towa opu­ścić to miej­sce, bo jesz­cze do­pro­wa­dzi­ła­bym do ko­lej­nego skan­dalu, a wtedy tata za­strzegłby moją czarną kartę kre­dy­tową.

Wtedy jed­nak Co­sta ode­zwał się po raz ko­lejny.

– Panno Town­send?

Dla cie­bie panno Bie­ber.

– Tak?

– Na­leżą się prze­pro­siny.

Ob­ró­ci­łam się na pię­cie i zmie­rzy­łam go tak gniew­nym spoj­rze­niem, na ja­kie było mnie stać.

– Chyba się na­ćpa­łeś, je­śli my­ślisz, że cię...

– Cho­dziło mi o to, że to ja po­wi­nie­nem prze­pro­sić.

Wstał, za­pi­na­jąc ma­ry­narkę jedną ręką.

Och.

Och!

Kil­ka­na­ście osób prze­ska­ki­wało mię­dzy nami wzro­kiem.

Nie by­łam pewna, co tu się dzieje, ale chyba moje szanse na do­rwa­nie tego her­bat­nika wła­śnie zwięk­szyły się dzie­się­cio­krot­nie.

A poza tym chcia­ła­bym prze­jąć od niego tro­chę tej pew­no­ści sie­bie i sa­mo­kon­troli, którą ema­no­wał na­wet w trak­cie prze­pro­sin. Ja za­wsze czu­łam się wtedy taka bez­radna.

Za to Co­sta trak­to­wał prze­pro­siny jako na­rzę­dzie, dzięki któ­remu ka­ta­pul­to­wał się jesz­cze wy­żej w hie­rar­chii spo­łecz­nej. Mimo że już wy­da­wał się zu­peł­nie od­mien­nym ga­tun­kiem czło­wieka.

Skrzy­żo­wał ra­miona na klatce pier­sio­wej, jak zwy­kle igno­ru­jąc za­sady ety­kiety, które wpa­jano mi całe ży­cie.

– Tak. Przy­da­łyby się.

Nie uśmiech­nął się.

Na­wet na mnie nie pa­trzył.

Mia­łam wra­że­nie, że do­słow­nie sta­łam się dla niego prze­zro­czy­sta.

– Prze­pra­szam, że wąt­pi­łem w twoją toż­sa­mość. Z nie­wy­tłu­ma­czal­nego po­wodu my­śla­łem, że oka­żesz się... inna.

Nor­mal­nie za­py­ta­ła­bym, kto mu coś ta­kiego na­ga­dał, ale po­win­nam się po­ha­mo­wać i uciec, za­nim mój wła­sny ję­zyk wpę­dzi mnie w jesz­cze więk­sze kło­poty.

Nie bez po­wodu przez osiem­dzie­siąt pro­cent czasu mia­łam usta wy­pchane sma­ko­ły­kami.

Poza tym nie mo­głam pa­trzeć na tego męż­czy­znę, bo czu­łam się, jakby nogi zmie­niły mi się w ga­la­retę.

I nie po­do­bało mi się to, że przy­pra­wiał mnie o za­wroty głowy.

Albo że moje po­liczki czer­wie­niły się, gdy na mnie pa­trzył.

– Hm, ja­sne. Nic się nie stało. Zda­rza się naj­lep­szym. Ży­czę mi­łego wie­czoru.

Po tych sło­wach ucie­kłam do swo­jego sto­lika.

Na szczę­ście tata miał dzi­siaj świetny hu­mor i wła­śnie roz­ma­wiał o in­te­re­sach ze swo­imi przy­ja­ciółmi. Bar­bara chyba nie speł­niła groźby i na mnie nie do­nio­sła, bo krótko po czwar­tej przy­stawce po­zwo­lił mi za­tań­czyć.

Więc tań­czy­łam.

Naj­pierw z Da­vi­dem z ko­ścioła.

Po­tem z Ja­me­sem z li­ceum.

A na ko­niec z Ha­rol­dem miesz­ka­ją­cym ulicę ode mnie.

Wszy­scy wy­gi­nali mnie w tańcu aż do mar­mu­ro­wej pod­łogi, a na­wet po­zwo­lili mi pro­wa­dzić w trak­cie kilku wal­ców.

Nie­mal od­zy­ska­łam pew­ność sie­bie i za­czę­łam wie­rzyć, że ten wie­czór może oka­zać się suk­ce­sem. Aż do chwili, gdy Ha­rold ukło­nił się pod ko­niec pio­senki, a ja ru­szy­łam do swo­jego sto­lika.

Bo kiedy się od­wró­ci­łam, znów uj­rza­łam Ro­mea Co­stę.

Jak we­zwany de­mon.

Stał do­słow­nie pięć cen­ty­me­trów od mo­jej twa­rzy.

Matko bo­ska, dla­czego grzech za­wsze musi być taki ku­szący?

– Pa­nie Co­sta. – Przy­ło­ży­łam dłoń do swo­jego oboj­czyka. – Dzię­kuję, ale je­stem już zmę­czona i oszo­ło­miona. Chyba nie dam rady tań...

– Będę pro­wa­dzić. – Wziął mnie w ra­miona tak, że moje stopy za­wi­sły nad pod­łogą, a po­tem za­czął plą­sać po par­kie­cie bez mo­jego udziału.

Halo, prze­cież to czer­wona flaga wiel­ko­ści Tek­sasu!

– Pro­szę mnie po­sta­wić – po­le­ci­łam przez za­ci­śnięte zęby.

Jesz­cze moc­niej za­ci­snął rękę na mo­jej ta­lii, przy­trzy­mu­jąc mnie swoim sil­nym cia­łem.

– To skończ od­gry­wać rolę damy. Na­wet Oli­via Wilde daje lep­sze przed­sta­wie­nia.

Aua.

Pa­mię­tam, że po fil­mie Pro­jekt La­za­rus mia­łam ochotę wy­dłu­bać so­bie oczy.

– Dzięki. – Roz­luź­ni­łam mię­śnie, żeby był zmu­szony przy­trzy­mać cały cię­żar mo­jego ciała albo po­sta­wić mnie na pod­ło­dze. – Uda­wa­nie sza­no­wa­nego członka spo­łe­czeń­stwa jest do­prawdy mę­czące.

– Po­de­szłaś do mo­jego sto­lika ze względu na her­bat­niki, prawda?

Być może inna dziew­czyna na moim miej­scu wo­la­łaby skła­mać. Ale niech wie, że nie był dla mnie naj­więk­szą atrak­cją.

– Tak.

– Były zna­ko­mite.

Zer­k­nę­łam na stół po­nad jego ra­mie­niem.

– Wi­dzę, że jesz­cze coś zo­stało.

– Aleś ty spo­strze­gaw­cza, panno Town­send. – Ob­ró­cił mnie za­ska­ku­jąco umie­jęt­nie, jak do­świad­czony tan­cerz. Mia­łam mdło­ści, ale nie wie­dzia­łam, czy to z po­wodu jego to­wa­rzy­stwa, czy dla­tego, że po­ru­szał się zbyt szybko. – Nie masz może ochoty na­pić się do nich szam­pana? Oli­ver i ja wła­śnie zdo­by­li­śmy Cri­stal Brut Mil­lénium Cu­vée.

Trzy­na­ście ty­sięcy za bu­telkę.

Oczy­wi­ście, że by­łam chętna.

Pró­bo­wa­łam na­śla­do­wać jego po­zba­wiony wy­razu ton.

– Fak­tycz­nie, szam­pan pa­so­wałby do her­bat­ni­ków ide­al­nie.

Jego twarz wciąż ni­czego nie wy­ra­żała.

Chry­ste, co trzeba zro­bić, żeby wy­wo­łać uśmiech na ustach tego męż­czy­zny?

Le­d­wie zwra­ca­łam uwagę na ota­cza­ją­cych nas lu­dzi.

Do­tarło do mnie, że Co­sta nie tań­czył z ni­kim poza mną. Zro­biło mi się nie­swojo.

Sa­van­nah i Emi­lie wspo­mi­nały, że nie zja­wił się tu­taj, aby zna­leźć kan­dy­datkę na żonę, ale z dru­giej strony w przed­szkolu wmó­wiły mi, że brą­zowe krowy pro­du­kują mleko cze­ko­la­dowe.

Od­chrząk­nę­łam.

– Po­wi­nie­neś coś wie­dzieć. – Kiedy spoj­rza­łam w jego bla­do­szare oczy, barwą przy­po­mi­na­jące an­giel­skie niebo zimą, zro­zu­mia­łam, że co­kol­wiek po­wiem, nie bę­dzie zdzi­wiony. – Je­stem za­rę­czona, więc je­śli chcesz mnie po­znać...

– Nie mam naj­mniej­szej ochoty cię po­znać.

Po raz pierw­szy za­uwa­ży­łam kulkę gumy ści­śniętą mię­dzy jego sie­ka­czami.

Mię­towa, są­dząc po za­pa­chu.

– Dzięki Bogu. – Roz­luź­ni­łam się i po­pły­nę­łam w walcu. – Nie lu­bię od­ma­wiać lu­dziom. To iry­tu­jące.

Nie by­łam za­chwy­cona per­spek­tywą po­ślu­bie­nia Ma­di­sona Lichta, ale też nie by­łam temu cał­ko­wi­cie prze­ciwna.

Zna­łam go całe ży­cie. Był je­dy­nym sy­nem ko­legi taty z col­lege’u i z tego względu czę­sto zja­wiał się u nas na święta i oka­zjo­nalne przy­ję­cia.

Był od­po­wiedni.

Od­po­wied­nio atrak­cyjny.

Od­po­wied­nio bo­gaty.

Od­po­wied­nio wy­cho­wany.

Jed­nak na jego ko­rzyść naj­bar­dziej prze­ma­wiało to, że to­le­ro­wał moje po­czu­cie hu­moru. A poza tym osiem lat róż­nicy nada­wało mu otoczkę świa­to­wego, do­świad­czo­nego męż­czy­zny.

Po­szli­śmy na dwie randki, pod­czas któ­rych dał mi do zro­zu­mie­nia, że po­zwoli mi żyć tak, jak chcę. Była to rzad­kość wśród aran­żo­wa­nych związ­ków Cha­pel Falls.

Ro­meo Co­sta pa­trzył na mnie jak na psią kupę, w którą za­raz miał wdep­nąć.

– Kiedy ślub? – za­py­tał ak­sa­mit­nym, lekko drwią­cym to­nem.

– Nie mam po­ję­cia. Pew­nie po stu­diach.

– A na ja­kim je­steś kie­runku?

– Li­te­ra­tura an­giel­ska w Emory.

– Kiedy koń­czysz?

– Naj­pew­niej wtedy, gdy prze­stanę ob­le­wać se­me­stry.

Na jego ustach za­go­ścił gorzki uśmiech, jakby do­my­ślił się, że pró­buję go roz­ba­wić.

– Po­do­bają ci się stu­dia?

– Wcale.

– To ja­kie masz jesz­cze za­in­te­re­so­wa­nia, poza kra­dzieżą cia­stek?

Od­nio­słam wra­że­nie, że cią­gnął tę roz­mowę tylko po to, bym nie ode­szła.

Nie mia­łam po­ję­cia dla­czego.

Mimo to szcze­rze się nad tym za­sta­no­wi­łam, bo dzięki temu nie mu­sia­łam sku­piać się na kro­kach. On już o to za­dbał.

– Książki. Deszcz. Bi­blio­teki. Jeż­dże­nie w nocy po mie­ście z moją ulu­bioną play­li­stą w tle. Po­dróże, głów­nie ga­stro­tu­ry­styka. Ale za­bytki też są cie­kawe.

Cha­pel Falls znało mnie jako dziew­czynę, która spę­dza dnie na trwo­nie­niu pie­nię­dzy ta­tu­sia na luk­su­sowe ubra­nia, czę­ste wi­zyty w dro­gich re­stau­ra­cjach i po­lo­wa­nie na do­bre książki w gra­ni­cach Po­łu­dnia Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Wszy­scy wie­dzieli o tym, że nie mam żad­nych więk­szych aspi­ra­cji. Tylko że plotki nie były do końca zgodne z prawdą.

Mia­łam jedno ma­rze­nie.

Pra­gnie­nie, do któ­rego nie­stety po­trzebny był męż­czy­zna.

Naj­bar­dziej na świe­cie chcia­łam zo­stać matką.

Wy­da­wało się to pro­ste. A jed­no­cze­śnie ta­kie nie­osią­galne. Nie­stety, aby zre­ali­zo­wać swój cel, mu­sia­łam przejść wiele eta­pów, ale w za­py­zia­łym Cha­pel Falls jesz­cze mi się to nie udało.

– Je­steś bar­dzo bez­po­śred­nia.

Nie za­brzmiało to jak kom­ple­ment.

– A ty bar­dzo cie­kaw­ski. – Po­zwo­li­łam mu wy­giąć mnie w tańcu, mimo że nas to do sie­bie zbli­żyło. – A ty ja­kie masz za­in­te­re­so­wa­nia? – za­py­ta­łam po chwili mil­cze­nia, bo tego wy­ma­gało do­bre wy­cho­wa­nie.

– Jest parę ta­kich rze­czy. – Za­czął za­ta­czać ze mną zgrabne okręgi tuż przed onie­miałą Sa­van­nah. – Pie­nią­dze. Wła­dza. Wojna.

– Wojna?

– Tak – po­twier­dził. – To bar­dzo do­cho­dowy biz­nes. W do­datku pewny. Na świe­cie za­wsze to­czy się ja­kaś wojna lub pań­stwa się do niej przy­go­to­wują. To nie­sa­mo­wite.

– Może dla po­li­ty­ków tak, ale na pewno nie dla nie­win­nych lu­dzi, któ­rzy na tym cier­pią. Dla dzieci, które mo­czą łóżko ze stra­chu. Dla ofiar, ro­dzin, bo­le­snych...

– Za­wsze je­steś taka mę­cząca czy za­re­zer­wo­wa­łaś tę prze­mowę ro­dem z kon­kursu pięk­no­ści spe­cjal­nie dla mnie?

Jego zło­śliwy ko­men­tarz na chwilę ode­brał mi mowę, a po­tem od­par­łam:

– Spe­cjal­nie dla cie­bie. Mam na­dzieję, że dzięki temu czu­jesz się wy­jąt­kowy.

Zro­bił ba­lona z gumy, który pękł mi przed twa­rzą.

Cóż za dżen­tel­men, po­my­śla­łam.

– Spo­tkajmy się w ogro­dzie ró­ża­nym za dzie­sięć mi­nut.

Wszy­scy wie­dzieli, co się dzieje w ogro­dzie ró­ża­nym.

Ścią­gnę­łam usta.

Czyżby już wy­ma­zał z pa­mięci ostat­nie pięć mi­nut?

– Mó­wi­łam, że je­stem za­rę­czona.

– Ale ślubu jesz­cze nie było – przy­po­mniał i po­chy­lił mnie po raz ko­lejny. Po­pi­sówka. – Masz ostat­nią szansę, żeby się za­ba­wić, za­nim po­wiesz „tak”. Ostatni mo­ment sła­bo­ści, za­nim bę­dzie za późno, by spró­bo­wać cze­goś no­wego.

– Ale prze­cież... ja cię na­wet nie lu­bię.

– Nie mu­sisz mnie lu­bić, żeby było ci ze mną do­brze.

Od­chy­li­łam głowę i zmro­zi­łam go spoj­rze­niem, sze­roko otwie­ra­jąc oczy.

– Co ty do­kład­nie pro­po­nu­jesz?

– Ucieczkę z tego nud­nego jak flaki z ole­jem wy­da­rze­nia.

Ko­lejny ob­rót.

Aż mi się w gło­wie za­krę­ciło.

A może to przez tę roz­mowę.

Co­sta spu­ścił nieco z tonu.

– Gwa­ran­tuję, że zajmę twoją uwagę w stu pro­cen­tach. Tylko na dzie­sięć mi­nut. Przy­niosę her­bat­niki i szam­pana. Ty je­dy­nie mu­sisz się po­ja­wić. Cho­ciaż w su­mie... – Ob­rzu­cił mnie spoj­rze­niem od stóp do głów. – Wo­lał­bym, że­byś cha­rak­te­rek zo­sta­wiła przy stole.

Nie­spo­dzie­wa­nie prze­rwał ta­niec w po­ło­wie pio­senki i zo­sta­wił mnie na par­kie­cie.

Moje my­śli ga­lo­po­wały, kiedy od­pro­wa­dza­łam go wzro­kiem. Nie ro­zu­mia­łam, co tu wła­śnie za­szło.

Czy on mi za­pro­po­no­wał seks?

Wy­da­wał się nie­za­do­wo­lony z na­szej roz­mowy. Ale może po pro­stu już tak miał. Może zwy­czaj­nie był taki ozię­bły, po­wścią­gliwy i nie­uprzejmy.

Ja­kaś część mnie pró­bo­wała mi wmó­wić, że po­win­nam przy­stać na jego pro­po­zy­cję. Oczy­wi­ście nie po­szła­bym na ca­łość. Za­mie­rza­łam za­cho­wać dzie­wic­two. Ale nie­winna za­bawa w mroku nie za­szko­dzi.

Ma­di­son na pewno nie sie­dział te­raz w domu i nie wkle­jał zdjęć do na­szego wspól­nego al­bumu.

Wie­dzia­łam, że w Wa­szyng­to­nie cią­gle ba­luje, za­li­cza prze­lotne ro­manse z mo­del­kami i ce­le­bryt­kami. Moja ko­le­żanka Hay­le­igh miesz­kała w tym sa­mym bu­dynku co on, na tym sa­mym pię­trze, i opo­wia­dała mi o tych wszyst­kich ko­bie­tach, które od­wie­dzały jego apar­ta­ment.

W końcu nie by­li­śmy praw­dziwą parą. Raz w mie­siącu na prośbę na­szych ro­dzi­ców roz­ma­wia­li­śmy przez te­le­fon, żeby „się ze sobą za­po­znać”, ale to wszystko.

A taki męż­czy­zna jak Ro­meo Co­sta przy­tra­fia się tylko raz w ży­ciu.

I dla­tego po­win­nam to wy­ko­rzy­stać.

Po­win­nam wy­ko­rzy­stać jego.

Może na­uczyłby mnie kilku sztu­czek, dzięki któ­rym póź­niej zro­bi­ła­bym wra­że­nie na Ma­di­so­nie.

A poza tym... te her­bat­niki tak mnie ku­siły.

Gdy tylko tata od­wró­cił się, żeby po­roz­ma­wiać z pa­nem Gold­ber­giem, ucie­kłam do to­a­lety. Mocno za­ci­snę­łam palce na zle­wie z mar­muru upstrzo­nego zło­tymi plam­kami i za­mru­ga­łam do swo­jego od­bi­cia.

To tylko kilka po­ca­łun­ków.

Prze­cież ro­bi­łaś to z wie­loma chło­pa­kami.

Wy­da­wał mi się taki doj­rzały, do­świad­czony, ku­sząco nie­zna­jomy, że na­wet przy­mknę­łam oko na jego zło­śli­wo­ści. Bądźmy szcze­rzy – pan Darcy przez osiem­dzie­siąt pro­cent książki też nie był zbyt po­cią­ga­jący.

– Nic złego się nie wy­da­rzy – za­pew­ni­łam swoje od­bi­cie w lu­strze. – Nic.

Na­gle za mną roz­legł się dźwięk spusz­cza­nej w to­a­le­cie wody.

Z ka­biny wy­szła Emi­lie i marsz­cząc brwi, sta­nęła obok mnie, żeby umyć ręce.

– Pa­li­łaś to samo, co twoja sio­stra do­stała od kel­nera? – Unio­sła na­my­dloną rękę, żeby przy­ło­żyć jej wierzch do mo­jego czoła. – Mó­wisz sama do sie­bie.

Zro­bi­łam unik.

– Hej, Em, po­zna­łaś może Ro­mea Co­stę?

Po­krę­ciła głową, ukła­da­jąc usta w dzió­bek.

– On i Bi­smarck są główną atrak­cją wie­czoru. Za­wsze ota­cza ich chmara lu­dzi. Na­wet nie by­łam w sta­nie zro­bić mu zdję­cia. Wi­dzia­łam, że z nim tań­czy­łaś. Ale z cie­bie szczę­ściara. Zro­bi­ła­bym wszystko, żeby mieć taką moż­li­wość.

Wy­rwał mi się zdu­szony, zu­chwały śmiech.

Po­krę­ci­łam głową.

– A ty do­kąd? – za­wo­łała za mną.

Zro­bić coś sza­lo­nego.

Dal­las

Kiedy cze­ka­łam, sie­dząc na ka­mien­nej ławce za ró­ża­nymi krze­wami, nie przy­szło mi do głowy, że to może być błąd.

Pięk­nie roz­wi­nięte pąki ko­ły­sały się w cie­płym, par­nym po­wie­trzu.

Ro­meo Co­sta spóź­niał się już trzy mi­nuty i trzy­dzie­ści cztery se­kundy.

A mimo to wie­dzia­łam, że przyj­dzie.

Przy­gry­złam dolną wargę, żeby po­wstrzy­mać chi­chot. W mo­ich ży­łach pły­nęła czy­sta ad­re­na­lina.

Kiedy sze­lest li­ści za­kłó­cił dźwięk cy­kad i od­le­gły szum sa­mo­cho­dów, wy­pro­sto­wa­łam się i za­raz po­tem moim oczom uka­zała się za­chwy­ca­jąca twarz Ro­mea Co­sty, na którą pa­dała bla­do­nie­bie­ska księ­ży­cowa po­świata.

Zgod­nie z obiet­nicą w jed­nej ręce trzy­mał otwartą bu­telkę szam­pana, w dru­giej garść her­bat­ni­ków za­wi­nię­tych w ser­wetki.

– Mój skar­bie! – syk­nę­łam gło­sem Gol­luma, wy­cią­ga­jąc palce.

Rzu­cił mi znu­dzone spoj­rze­nie męż­czy­zny, który przy­wykł do opę­dza­nia się od ko­biet, a po­tem zro­zu­miał, że to nie jego mia­łam na my­śli.

We­pchnę­łam do ust całe ciastko i od­chy­li­łam głowę z ję­kiem za­chwytu.

– Ale py­cha. Do­słow­nie czuję w nich Lon­dyn.

– Sur­rey – po­pra­wił, pa­trząc na mnie jak na dzi­kiego niedź­wie­dzia, z któ­rym miałby się si­ło­wać. – A więc lu­bisz smak sta­rych bu­dyn­ków i gnoju?

– Ty to umiesz po­psuć hu­mor.

Z nie­wy­tłu­ma­czal­nego po­wodu spra­wiał wra­że­nie, jakby mę­czyło go prze­by­wa­nie ze mną, mimo że to on za­pro­po­no­wał spo­tka­nie.

– Znajdźmy ja­kieś bar­dziej ustronne miej­sce.

Za­brzmiało to jak roz­kaz, a nie su­ge­stia.

– Tu­taj nikt nas nie zo­ba­czy. – Mach­nę­łam ręką. – Biorę udział w tym balu, od­kąd skoń­czy­łam szes­na­ście lat. Znam każdy za­ką­tek i każdą kry­jówkę.

Po­krę­cił głową.

– Kel­ne­rzy czę­sto przy­cho­dzą tu­taj na szluga.

Ro­meo chyba nie chciał zo­stać przy­ła­pany w moim to­wa­rzy­stwie, zresztą tak samo jak ja w jego. W po­rów­na­niu z tym mi­liar­de­rem by­łam tylko głu­piutką dziew­czyną z pro­win­cji.

Wes­tchnę­łam i strzep­nę­łam okruszki her­bat­ni­ków z dłoni.

– Do­bra. Ale je­śli my­ślisz, że pójdę z tobą na ca­łość, to grubo się my­lisz.

– Na­wet nie śmia­łem tak za­ło­żyć – mruk­nął po­nuro i od­wró­cił się do mnie ple­cami, żeby przejść na drugą stronę po­dwórka.

Od­nio­słam wra­że­nie, że pró­buje ode mnie uciec, a nie wska­zać mi drogę. Mimo to po­dą­ży­łam za nim, wgry­za­jąc się w trze­cie kru­che ciastko.

– Co spra­wiło, że po­sta­no­wi­łaś przyjść do ogrodu? Sło­dy­cze czy pro­po­zy­cja?

– Po­nie­kąd to i to. – Ob­li­za­łam palce. – Oraz fakt, że Ma­di­son na pewno nie po­zo­staje mi wier... – Ugry­złam się w ję­zyk.

Nie po­win­nam ob­ga­dy­wać na­rze­czo­nego, na­wet je­śli przy­pra­wiał mi rogi. W su­mie nie by­li­śmy ra­zem. Na­wet się nie po­ca­ło­wa­li­śmy.

Nie cho­dziło o za­zdrość. To, z kim się spo­ty­kał przed ślu­bem, ob­cho­dziło mnie tyle co ze­szło­roczny śnieg.

– Wiesz, jak to jest. My­szy do­ka­zują, gdy kota nie czują – pod­su­mo­wa­łam osta­tecz­nie.

– Dla­tego kusi mnie za­ba­wić się z twoją.

Moją my­szą? Czy on mó­wił o...

Chry­ste Pa­nie.

Moje ciało, do któ­rego naj­wy­raź­niej nie do­cie­rało, że za­ro­zu­miałe dupki nie po­winny mi się po­do­bać, spięło się w miej­scach dawno przeze mnie za­po­mnia­nych.

– Je­steś okropny – po­in­for­mo­wa­łam go ra­do­śnie. – Bę­dziesz moim ulu­bio­nym błę­dem.

Za­trzy­mał się na zie­lo­nym wznie­sie­niu za operą. To miej­sce wy­da­wało się wy­star­cza­jąco ustronne, tym bar­dziej że skry­li­śmy się za ścianą.

Ro­meo po­dał mi bu­telkę szam­pana.

Przy­ci­snę­łam gwint do ust i po­cią­gnę­łam mniej wię­cej jedną piątą.

– Uwo­dze­nie chyba nie jest twoją mocną stroną, co?

Oparł się o ścianę, wsu­nąw­szy dło­nie do przed­nich kie­szeni.

– Uwo­dze­nie jest sztuką, po którą nie mu­szę zbyt czę­sto się­gać.

Bą­bel­kowy tru­nek, zimny i orzeź­wia­jący, po­draż­nił moje gar­dło.

Roz­kasz­la­łam się, po­da­jąc bu­telkę Ro­me­owi.

– Aleś ty skromny.

Wziął spory łyk. Za­uwa­ży­łam, że wciąż ma w ustach gumę.

– Je­steś dzie­wicą?

– Tak. – Ro­zej­rza­łam się. Na­gle za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy w ogóle warto to ro­bić. Co prawda mnie po­cią­gał, ale to rów­nież zwy­kła świ­nia. – A ty?

– Po­wiedzmy.

Za­da­łam to py­ta­nie w for­mie żartu, więc do­piero po chwili po­ję­łam na­wią­za­nie do pio­senki The We­eknd I’m a Vir­gin.

Od­chy­li­łam głowę w tył i wy­buch­nę­łam śmie­chem.

– Kto by po­my­ślał? Wy­gląda na to, że pod tym ca­łym lo­dem kryje się po­czu­cie hu­moru.

– My­śla­łaś już nad tym, jak da­leko chcesz się po­su­nąć? – Po­dał mi bu­telkę opróż­nioną w dwóch trze­cich.

– A mogę ci po pro­stu po­wie­dzieć, kiedy masz prze­stać?

– Znam cię chwilę, ale do­my­ślam się, że nie masz żad­nych za­ha­mo­wań. Ustalmy, że po­zo­sta­wię twoją błonę dzie­wi­czą nie­tkniętą.

Ktoś tu po­wi­nien po­pra­co­wać nad świn­tu­sze­niem.

– Niech bę­dzie. Je­steś z No­wego Jorku?

– Nie.

– To sk...

– Le­piej nie roz­ma­wiajmy.

Oookej.

Igraszki z tym męż­czy­zną ra­czej nie będą na­le­żały do mo­ich naj­grzecz­niej­szych, ale za to będą naj­bar­dziej pod­nie­ca­jące, więc pu­ści­łam to mimo uszu.

Po­da­wa­li­śmy so­bie bu­telkę na zmianę, aż ją osu­szy­li­śmy. Drża­łam na ca­łym ciele z ocze­ki­wa­nia jak po­ra­żona prą­dem.

W końcu odło­żył bu­telkę na zie­mię, ode­pchnął się od ściany i zła­pał mój pod­bró­dek dwoma pal­cami, żeby unieść mi głowę.

Moje serce wy­ko­nało salto i roz­pu­ściło się w dole brzu­cha.

Po raz pierw­szy jego oczy bły­snęły apro­batą.

– Po­zna­łem agen­tów skar­bówki, któ­rzy byli sym­pa­tycz­niejsi od cie­bie, ale jedno trzeba ci przy­znać. Sma­ku­jesz cał­kiem nie­źle, panno Town­send.

Otwo­rzy­łam usta.

– Skąd wiesz...

Nie dane mi było do­koń­czyć zda­nia, bo wy­pluł gumę na trawę i za­mknął moje wargi w pa­lą­cym po­ca­łunku.

Jego usta były cie­płe, pach­niały ogni­skiem, dro­gimi per­fu­mami i miętą. Wy­ssały ze mnie wszelką lo­gikę i przy­pra­wił o za­wrót głowy.

Miał silne, twarde i obce dla mnie ciało. Wto­pi­łam się w nie, owi­ja­jąc go ra­mio­nami jak ośmior­nica.

Wy­su­nął czu­bek ję­zyka, żeby roz­chy­lić mi wargi. Kiedy otwo­rzy­łam je ocho­czo, mruk­nął z sa­tys­fak­cją, aż po­czu­łam skurcz w dole brzu­cha.

Ro­meo zła­pał mnie za kark, żeby po­głę­bić po­ca­łu­nek. Jego ję­zyk za­nu­rzył się w mo­ich ustach w pełni, od­kry­wał wszyst­kie za­ka­marki, jakby chciał pod­bić nowy ląd.

Wy­czu­łam chłód mię­to­wej gumy. Sma­ko­wał ape­tycz­nie i wy­wie­rał na mnie ide­alny na­cisk.

O dziwo, jego oschłe słowa i nie­wzru­szona po­stawa znik­nęły za­stą­pione pa­sją, ża­rem i na­miętną obiet­nicą za­bawy, któ­rej chyba nie by­ła­bym w sta­nie znieść.

Po­czu­łam pul­so­wa­nie mię­dzy udami.

Pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, czy kie­dy­kol­wiek do­świad­czy­łam cze­goś po­dob­nego. I nie­stety od­po­wiedź brzmiała: nie.

To było dla mnie zu­peł­nie nowe te­ry­to­rium. Nie­od­kryte wody, w któ­rych chcia­łam się za­nu­rzyć.

Jęk­nę­łam w jego usta, ła­piąc go za poły ma­ry­narki, i wy­su­nę­łam ję­zyk. Nie przej­mo­wa­łam się tym, co so­bie o mnie po­my­śli. I tak wię­cej się już nie zo­ba­czymy.

Po­wio­dłam dłońmi po rę­ka­wach ma­ry­narki i za­ci­snę­łam palce na skry­tych pod dro­gim ma­te­ria­łem mię­śniach. Był atle­tycz­nie zbu­do­wany, ale bez prze­sady.

Chry­ste, był taki piękny.

Zimny, gładki i zja­wi­skowy jak mar­mur.

Jakby ktoś tchnął ży­cie w rzym­ską rzeźbę, by za­częła się ru­szać, ale jed­no­cze­śnie po­zba­wił ją uczuć.

W trak­cie po­ca­łunku za­sta­na­wia­łam się, czy je­stem w sta­nie wy­ma­cać każdy mię­sień na jego sze­ścio­paku. Po­kle­pa­łam go po brzu­chu. Tak.

Niech tylko Fran­kie o tym usły­szy. Zzie­le­nieje z za­zdro­ści.

Ro­meo przy­ci­snął mnie do ściany, owi­ja­jąc so­bie moje ciemne włosy wo­kół pię­ści, i po­cią­gnął, żeby pod­nieść mi głowę i po­głę­bić po­ca­łu­nek.

Jego erek­cja, pul­su­jąca i go­rąca, wbiła się w moje udo, aż prze­szył mnie roz­koszny dreszcz.

– Pro­szę, pro­szę. – Moc­niej szarp­nął mnie za włosy. Wy­czu­łam, że traci nad sobą kon­trolę, że jego mury odro­binę pę­kają. – Zo­sta­łaś stwo­rzona, by po­wa­lać męż­czyzn na ko­lana, co, Kru­szyno?

Czy on wła­śnie na­zwał mnie... Kru­szyną?

– Wię­cej. – Prze­su­nę­łam pa­znok­ciami po jego ma­ry­narce.

Sama nie wie­dzia­łam, o co pro­szę. Li­czyło się tylko to, że sma­ko­wał le­piej niż ja­ki­kol­wiek de­ser. I że za kilka mi­nut mu­sie­li­śmy skoń­czyć. Nie­długo po­win­nam wró­cić do środka.

– Wię­cej czego? – Jego ręka już zdą­żyła za­wę­dro­wać pod su­wak mo­jej su­kienki.

– Wię­cej... sama nie wiem. To ty je­steś eks­per­tem.

Za­ci­snął dłoń na moim po­śladku, a pa­lec wska­zu­jący wsu­nął pod gumkę maj­tek.

– Tak. Tak. Tego. – Prze­rwa­łam po­ca­łu­nek i przy­gry­złam jego pod­bró­dek, spe­szona swoim bra­kiem do­świad­cze­nia. – Ale... z dru­giej strony. Z przodu.

– Na pewno chcesz stra­cić dzie­wic­two na pal­cach ob­cego fa­ceta, który dał ci kilka kru­chych cia­stek?

– To ich we mnie nie wkła­daj. – Od­wró­ci­łam głowę i spoj­rza­łam na niego spod zmarsz­czo­nych brwi. – Po pro­stu do­ty­kaj... no wiesz, do­okoła.

Wsu­nął rękę mię­dzy moje nogi i mocno ści­snął pul­su­jącą ko­bie­cość.

– Po­wi­nie­nem ze­rżnąć cię tak, że ode­chcia­łoby ci się tych sar­ka­stycz­nych ko­men­ta­rzy.

Za­uwa­ży­łam, że to pierw­szy raz, gdy męż­czy­zna użył zbe­reź­nego słowa, i mia­łam wra­że­nie, że to u niego rzad­kość.

Przy­ci­snę­łam piersi do jego dłoni, szu­ka­jąc wię­cej do­tyku.

– Mmm. Tak.

Po­ma­so­wał moją łech­taczkę przez ma­te­riał maj­tek, za­ta­cza­jąc pal­cem sze­ro­kie okręgi. Od razu zro­bi­łam się mo­kra, pew­nie dla­tego, że jego do­tyk był taki nie­spieszny, gła­skał mnie jakby od nie­chce­nia, jakby chciał do­pro­wa­dzić mnie w ten spo­sób do sza­leń­stwa.

Słodka tor­tura. Nie­sa­mo­wita.

– Czę­sto pa­ku­jesz się w kło­poty przez te twoje nie­wy­pa­rzone usta? – Prze­rwał po­ca­łu­nek i po­pa­trzył na mnie z jawną iry­ta­cją w oczach, nie prze­ry­wa­jąc piesz­czot.

Co za dziwny męż­czy­zna.

Bar­dzo dziwny.

Ale nie na tyle, bym wy­co­fała się z tego, co się ak­tu­al­nie mię­dzy nami działo.

– Nie­ustan­nie. Mama mówi, że gdy­bym prze­bie­rała no­gami tak szybko, jak kła­pię ję­zy­kiem, to zdo­by­ła­bym me­dal olim... Oooo, jak mi do­brze.

Za­nu­rzył we mnie pa­lec, de­li­kat­nie go za­giął, a po­tem rów­nie szybko wy­cią­gnął. Ku mo­jemu prze­ra­że­niu usły­sza­łam gło­śne mla­śnię­cie.

– Zrób tak jesz­cze raz. – Wci­snę­łam nos w jego szyję, upa­ja­jąc się za­pa­chem. – Ale do końca.

Jęk­nął, a po­tem mruk­nął coś, co za­brzmiało jak: „To za­szło za da­leko”.

Hej, prze­cież nikt nie trzy­mał spluwy przy jego skroni!

– Do­brze się ba­wisz? – Za­czy­na­łam wie­rzyć, że już ża­ło­wał tego po­su­nię­cia.

Po­mimo mgły po­żą­da­nia przy­ćmie­wa­ją­cej moje my­śli wi­dzia­łam, że był bar­dziej zi­ry­to­wany niż na­krę­cony. Oczy­wi­ście po wiel­kim członku po­zna­łam, że wcale nie cier­piał ka­tu­szy, ale zda­wał się nie­za­do­wo­lony z tego, że mu się po­do­bam.

– Fan­ta­stycz­nie. – Jego głos ocie­kał sar­ka­zmem.

– Je­śli chcesz, mo­żesz po­ssać mi sutki. Sły­sza­łam, że to pod­nie­ca­jące. – Za­ła­pa­łam za gor­set na biu­ście i po­cią­gnę­łam.

Po­spiesz­nie chwy­cił mnie za rękę i przy­trzy­mał ma­te­riał na piersi.

– To miło z two­jej strony, ale spa­suję.

– Są cał­kiem ładne, przy­się­gam. – Szarp­nę­łam, pró­bu­jąc mu je po­ka­zać.

Moc­niej za­ci­snął palce na moim nad­garstku.

– Wolę, gdy to, co moje, na­leży tylko do mnie. Z dala od nie­po­żą­da­nych spoj­rzeń. Gdy jest za­re­zer­wo­wane wy­łącz­nie dla mo­jej roz­rywki.

Jego?

Na­gle otrzeź­wia­łam.

– Two­jej?

I w tym mo­men­cie ściana, o którą się opie­ra­li­śmy, opa­dła.

Na po­dium stała ho­stessa, trzy­ma­jąc pi­lot uru­cha­mia­jący po­kaz fa­jer­wer­ków.

My rów­nież sta­li­śmy na po­dium.

Do­bry Boże.

To nie była ściana.

Tylko kur­tyna.

I przed nami sie­działo trzy­stu go­ści balu.

Wszy­scy mieli za­ci­śnięte szczęki albo otwarte sze­roko oczy, a na ich twa­rzach ma­lo­wało się oskar­że­nie.

Od razu za­uwa­ży­łam tatę.

Jego oliw­kowa skóra w ułamku se­kundy zro­biła się blada jak ściana, a uszy czer­wie­niały co­raz bar­dziej. W tym mo­men­cie w moim przy­ćmio­nym po­żą­da­niem umy­śle wy­kla­ro­wały się dwa wnio­ski.

Po pierw­sze tata na dwie­ście pro­cent za­strzeże wszyst­kie moje karty, od Ame­ri­can Express po bi­blio­teczną.

A po dru­gie w końcu do­tarło do mnie, co wszy­scy wi­dzieli.

Mnie, w ob­ję­ciach męż­czy­zny, który nie był moim na­rze­czo­nym.

Jego rękę we­pchniętą pod su­kienkę, mię­dzy mo­imi udami.

Moją roz­ma­zaną szminkę, po­tar­gane włosy... i kilka ma­li­nek na jego szyi.

– La­ska. – Głos Fran­kie wy­brzmiał gdzieś po­śród tłumu. – Mama uziemi cię do czter­dziestki.

Na­gle przez ze­bra­nych prze­to­czył się pod­eks­cy­to­wany szmer. Bły­snęły fle­sze skie­ro­wane w moją twarz, a ja za­chwia­łam się w tył, od­py­cha­jąc Ro­mea Co­stę.

On jed­nak nie za­mie­rzał zejść mi z drogi. Ten psy­cho­pata uda­wał, że mnie chroni. Ale jego do­tyk wy­da­wał się bez­na­miętny, sztuczny. Jakby od­gry­wał ja­kąś rolę.

Co tu się, u li­cha, dzieje?

– ...ża­den męż­czy­zna z Po­łu­dnia jej nie ze­chce. Jest skre­ślona...

– ...za­wsze spra­wiała pro­blemy...

– ...okropne wy­czu­cie stylu...

Do­bra, to ostat­nie było wie­rut­nym kłam­stwem.

– T-ta­tu­siu. To nie jest tak, jak się wy­daje. – Pró­bo­wa­łam wy­gła­dzić su­kienkę i na­dep­nę­łam szpilką na czu­bek buta Ro­mea, w końcu się mu wy­ry­wa­jąc.

– Nie­stety to do­kład­nie to, na co wy­gląda – oznaj­mił Ro­meo i wy­szedł na scenę, cią­gnąc mnie za ło­kieć.

Co on wy­pra­wia?

– Wszystko wy­szło na jaw, ko­cha­nie.

Ko­cha­nie? Ja?

Osten­ta­cyj­nie wy­tarł rękę, która jesz­cze chwilę temu tkwiła mię­dzy mo­imi no­gami, w ma­te­riał dro­giej sukni.

– Pro­szę, nie mów­cie, że moja Dal­las jest skre­ślona dla in­nych męż­czyzn. Ona je­dy­nie ule­gła po­ku­sie. Jak ma­wiał Oscar Wilde, je­dy­nym spo­so­bem po­zby­cia się po­kusy jest ule­ga­nie jej.

Jego oczy nie wy­ra­żały żad­nej czu­ło­ści.

I sku­piał je na moim ojcu.

Dla­czego mó­wił tak dziw­nie? I dla­czego niby mia­ła­bym być skre­ślona?

– Po­wi­nie­nem cię za­bić. – Mój oj­ciec, wielki She­perd Town­send, prze­pchnął się przez go­ści, żeby do­trzeć do sceny. – Po­prawka... na pewno cię za­biję.

Za­lała mnie lo­do­wata pa­nika.

Nie by­łam pewna, czy zwraca się do mnie, czy do Ro­mea. A może do nas obojga.

Moje palce były tak sztywne, że na­wet ich nie czu­łam, i drża­łam jak osika.

Tym ra­zem prze­szłam samą sie­bie.

Moim prze­wi­nie­niem nie było prze­kli­na­nie, py­sko­wa­nie oso­bie, któ­rej apro­baty szu­kali moi ro­dzice, albo nie do końca przy­pad­kowe na­po­czę­cie tortu uro­dzi­no­wego Fran­kie.

Kon­cer­towo zruj­no­wa­łam do­brą re­pu­ta­cję mo­jej ro­dziny. Zszar­ga­łam na­zwi­sko Town­sen­dów, któ­rych te­raz cze­kają po­tę­pie­nie i plotki.

– Shep, prawda? – Ro­meo wy­cią­gnął z kie­szeni drugą rękę i spoj­rzał na ze­ga­rek na nad­garstku.

– Dla cie­bie pan Town­send – wy­ce­dził tata, do­cie­ra­jąc na scenę obok nas. – Co masz na swoje wy­tłu­ma­cze­nie?

– Och, wi­dzę, że w końcu prze­szli­śmy do czę­ści ne­go­cja­cyj­nej. – Co­sta ob­rzu­cił mnie spoj­rze­niem, jakby pró­bo­wał zde­cy­do­wać, ile jest go­towy za mnie dać. – Wiem, że w Cha­pel Falls obo­wią­zuje za­sada, że je­śli coś znisz­czysz, mu­sisz to ku­pić, i do­ty­czy ona rów­nież two­ich dzie­wi­czych có­rek.

Jego słowa sma­gały mnie jak bicz, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie wście­kłe czer­wone plamy.

Te­raz, gdy już nikt nas nie sły­szał, nie mu­siał uda­wać, że je­ste­śmy ra­zem, i zwra­cał się do taty jak biz­nes­men.

– Je­stem go­towy ku­pić to, co zruj­no­wa­łem.

Czy on na­prawdę mó­wił o mnie jak o zwy­kłej wa­zie? I co kon­kret­nie pro­po­no­wał?

– Nie je­stem zruj­no­wana. – Kie­ro­wana fu­rią, pró­bo­wa­łam go ode­pchnąć, ale on je­dy­nie moc­niej mnie ści­snął. – I nie je­stem przed­mio­tem, który mo­żesz ku­pić.

– Siedź ci­cho, Dal­las. – Od­dech taty stał się ciężki, zdła­wiony, a z jego skroni spły­wały kro­ple potu. Wci­snął się mię­dzy nas, jakby my­ślał, że w każ­dej chwili mo­żemy paść so­bie w ob­ję­cia i za­li­czyć ko­lejną se­sję mig­da­le­nia. Ro­meo w końcu mnie wy­pu­ścił. – Nie je­stem pe­wien, co pan pro­po­nuje, ale to było tylko kilka po­ca­łun­ków wy­mie­nio­nych pod wpły­wem al­ko­holu...

Ro­meo uniósł rękę, żeby mu prze­rwać.

– Wiem, jaka jest w do­tyku cipka pań­skiej córki. I wiem, jak sma­kuje. – Po­li­zał opuszkę kciuka, nie prze­ry­wa­jąc kon­taktu wzro­ko­wego z moim oj­cem. – Mo­żesz wy­krę­cać się na wszyst­kie spo­soby, ale świat i tak uwie­rzy w moją wer­sję. Obaj o tym wiemy. Twoja córka jest moja. Te­raz mo­żesz je­dy­nie wy­ne­go­cjo­wać coś dla sie­bie.

– Co się tam dzieje? – Bar­bara wy­ło­niła się z tłumu. – Czy to są oświad­czyny?

– Oby tak było – ostrzegł ktoś.

– Na­wet nie wie­dzia­łam, że się znają – ode­zwała się z wy­rzu­tem Emi­lie. – Cią­gle mó­wiła tylko o de­se­rach.

Wstyd za­bar­wił moją twarz na ró­żowo.

Otu­chy do­da­wała mi je­dy­nie myśl, że nie mogę po­zwo­lić, żeby ten okrutny męż­czy­zna wy­grał.

Mój gniew był tak silny, tak doj­mu­jący, że wy­czu­wa­łam jego kwa­śny po­smak w ustach, ob­le­piał każdą ich część i prze­są­czał się do mo­jej krwi jak tru­ci­zna.

Tato spu­ścił z tonu, pa­trząc na Ro­mea z bez­brzeżną nie­na­wi­ścią.

– Od­da­łem rękę mo­jej córki Ma­di­so­nowi Lich­towi.

– Licht nie tknie jej te­raz na­wet ki­jem.

– Zro­zu­mie.

– Je­steś tego pe­wien? – Ro­meo uniósł brew. – Po­mi­ja­jąc już fakt, że jego na­rze­czona zo­stała przy­ła­pana z mo­imi pal­cami pod su­kienką na oczach ca­łego mia­sta, za­pewne wiesz, że je­ste­śmy za­go­rza­łymi ry­wa­lami w branży.

Pa­nie i pa­no­wie, męż­czy­zna, który naj­wy­raź­niej chce mnie po­ślu­bić.

Co za po­etyc­kie oświad­czyny. Ed­gar Al­lan Poe pew­nie prze­wraca się te­raz w gro­bie, bo wła­śnie zo­stał ze­pchnięty z po­dium naj­wy­bit­niej­szych po­etów.

– Hola, hola. To moja córka i...

– Za­mie­rzasz od­dać ją bo­ga­temu ku­ta­sowi, który z pew­no­ścią bę­dzie ją trak­to­wać jak ba­ro­kowy me­bel. – W gło­sie Ro­mea nie usły­sza­łam cie­nia za­do­wo­le­nia. Ani na­wet triumfu. Prze­ka­zał tę wia­do­mość jak na­bz­dy­czony grecki bóg, który wła­śnie zde­cy­do­wał o lo­sie mar­nej śmier­tel­niczki. – Nie ma róż­nicy mię­dzy tym, co ja jej ofe­ruję, a tym, co może dać jej Ma­di­son Licht, poza oczy­wi­ście fak­tem, że wkrótce war­tość mo­jego ma­jątku wy­nie­sie dwa­dzie­ścia mi­liar­dów, a jego firma na­wet jesz­cze nie zy­skała na po­pu­lar­no­ści.

Po­czu­łam się, jakby przy­gnio­tło mnie coś cięż­kiego, bo wła­śnie do­tarły do mnie dwie rze­czy.

Po pierw­sze Ro­meo Co­sta do­brze wie­dział, kim je­stem, gdy zja­wił się na tym balu. Od­szu­kał mnie. Zwa­bił. Upew­nił się, że przy­cią­gnie moją uwagę. Od po­czątku by­łam jego ce­lem. W końcu sam po­wie­dział, że Ma­di­son Licht jest jego wro­giem i chce go po­grą­żyć.

A po dru­gie Ro­meo Co­sta był ta­kim dra­niem, że po­ślubi mnie, żeby zro­bić mo­jemu na­rze­czo­nemu – hm, ra­czej by­łemu na­rze­czo­nemu – na złość, mimo że oboje w tym związku bę­dziemy nie­szczę­śliwi.

Złość po­pchnęła mnie na­przód i przy­ło­ży­łam dło­nie do jego klatki pier­sio­wej.

– Nie chcę za cie­bie wy­cho­dzić.

– Ani ja za cie­bie. – Na­parł na mnie, pod­niósł moją dłoń i ścią­gnął pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy Ma­di­sona z palca. – Lecz tra­dy­cję trzeba sza­no­wać. Do­tkną­łem cię, a więc je­steś już skre­ślona dla in­nych męż­czyzn. Po­wi­taj swo­jego no­wego na­rze­czo­nego. – Ro­meo przyj­rzał się pier­ścion­kowi, który ewi­dent­nie nie zro­bił na nim żad­nego wra­że­nia. – Ta bły­skotka kosz­to­wała za­le­d­wie szes­na­ście ty­sięcy.

Ci­snął pier­ścion­kiem w tłum, a kilka po­zba­wio­nych god­no­ści dziew­czyn rzu­ciło się, by go zła­pać.

Po­wie­trze uszło z mo­ich płuc.

Ro­meo przyj­rzał się mo­jemu ojcu z po­ke­rową miną, prze­ko­nany o tym, że po­mimo swo­jej lek­ko­myśl­no­ści nie pod­ważę zda­nia głowy ro­dziny, je­śli tata po­sta­nowi mnie za niego wy­dać.

Nie.

Nie, nie, nie, nie, nie.

– Ta­tu­siu, pro­szę. – Pod­bie­głam do ojca i ucze­pi­łam się jego ubra­nia.

Wy­rwał się z mo­jego uści­sku, wbił spoj­rze­nie w swoje buty, sta­ra­jąc się za­pa­no­wać nad od­de­chem. Jego od­rzu­ce­nie spo­tę­go­wało szczy­pa­nie na mo­ich po­licz­kach, jakby mnie ude­rzył.

Oj­ciec jesz­cze ni­gdy nie był wo­bec mnie tak okrutny.

Chciało mi się pła­kać.

A prze­cież ja ni­gdy nie pła­czę.

Zło miało twarz. Była za­chwy­ca­jąco piękna... i na­le­żała do męż­czy­zny, który zo­sta­nie moim mę­żem.

– Może omó­wimy to na osob­no­ści? – Ta­tuś ro­zej­rzał się, zmę­czony i zdo­ło­wany. Pew­nie znisz­czy­łam mu ten jego ide­alny smo­king, tak samo jak swoją przy­szłość. – Pa­nie Co­sta, cze­kam na wi­zytę w moim domu.

Kiedy Ro­meo mnie mi­jał, otarł się o mnie ra­mie­niem, ale na­wet nie spoj­rzał w moim kie­runku.

– Zruj­no­wana przez ciastka. – Wło­żył do ust pa­stylkę gumy do żu­cia i zszedł ze sceny. – Upa­dek mu­siał bo­leć.

Ol­lie vB: @Ro­me­oCo­sta, to twój pierw­szy pu­bliczny skan­dal. Jak się czu­jesz, taki roz­dzie­wi­czony? Wi­taj w klu­bie, synu. Mamy prze­ką­ski. A także ro­dzinę Ken­ne­dych w na­szych sze­re­gach.

Ro­meo Co­sta: www.dmvpost.org/Von­Bi­smarck­przy­ła­pany­na­za­le­ca­niu­się­do­żony­gu­ber­na­tora­Geo­r­gii

Ol­lie vB: Mów do mnie ta­tu­siu, to prze­każę swoje umie­jęt­no­ści da­lej.

Zach Sun: Roz­bi­ja­nie związ­ków nie jest żadną umie­jęt­no­ścią.

Ol­lie vB: Po­wiedz to Ro­me­owi. Wła­śnie znisz­czył czy­jeś za­rę­czyny, re­pu­ta­cję i przy­szłość, a to wszystko w ciągu dzie­się­ciu mi­nut. Uczeń prze­rósł mi­strza.

[GIF z owa­cjami na sto­jąco]

Zach Sun: A gdzie on w ogóle te­raz jest?

Ol­lie vB: W jej domu. Pew­nie wrzuca do ognia jej pa­miątki z dzie­ciń­stwa i pod­ta­pia jej zwie­rzątka.

Zach Sun: Gdy­bym miał serce, te­raz by z jej po­wodu cier­piało.

Ol­lie vB: Są­dząc po tym, jak mu się sta­wiała, je­śli co­kol­wiek ma tu ucier­pieć, to tylko twoja na­iw­ność. Daję ci mie­siąc.

Ro­meo

W moim umy­śle walca tań­czyły mi­liony Dal­las Town­send i każda z nich wbi­jała szpilkę w fałdy mo­jego mó­zgu.

Z tru­dem otwo­rzy­łem oczy.

Po­ko­jem ko­ły­sało jak na to­ną­cym statku.

– Nie po­wi­nie­neś był do­bie­rać się sam do tej Pappy Van Win­kle, bra­chu. – Z ot­chłani to­a­lety do­był się udu­cho­wiony głos Oli­vera. – Dzie­le­nie się z in­nymi to prze­jaw tro­ski.

Zach cmok­nął z od­dali.

– Von Bi­smarck, po raz ostatni ci mó­wię, ta mo­delka Agent Pro­vo­ca­teur nie była za­in­te­re­so­wana trój­ką­tem.

Syk­ną­łem w je­dwabną po­duszkę. Wła­śnie le­ża­łem w łóżku w ho­telu Grand La Pe­ro­use i ża­ło­wa­łem każ­dej de­cy­zji, która za­pro­wa­dziła mnie do tego miej­sca.

Cała na­sza trójka przy­była do Cha­pel Falls na pół go­dziny przed ba­lem, kie­ro­wana nie­spo­dzie­wa­nym od­kry­ciem.

Te­raz zaj­mo­wa­li­śmy apar­ta­ment pre­zy­dencki, w któ­rym mie­ściły się cztery sy­pial­nie. Nie dla­tego, że tak bar­dzo ce­ni­li­śmy so­bie swoje to­wa­rzy­stwo; zwy­czaj­nie za­le­żało nam na tym, by wy­gryźć pew­nego przy­głupa, który za­re­zer­wo­wał go wcze­śniej.

Uprzy­krza­nie ży­cia in­nym było jedną z nie­wielu rze­czy, które spra­wiały mi ra­dość.

Dla­tego czę­sto ko­rzy­sta­łem z tej roz­rywki.

Oli­ver wto­czył się do po­koju z nie­za­pa­lo­nym cy­ga­rem wci­śnię­tym mię­dzy wargi.

– Mu­sisz stłu­mić ból. Wy­ma­zać z pa­mięci wspo­mnie­nie pal­cówki, którą zro­bi­łeś na­sto­latce na oczach bo­ga­czy. – Wło­żył na sie­bie ko­szulkę polo. – Przy oka­zji ra­chu­nek wy­niósł czter­dzie­ści ka­fli za sam al­ko­hol i cy­gara. Po­win­ni­śmy za­jąć się or­ga­ni­za­cją bali de­biu­tan­tek. Na świe­cie ni­gdy nie brak­nie mło­dych, uprzy­wi­le­jo­wa­nych ko­biet szu­ka­ją­cych męża mi­liar­dera.

Od­rzu­cała mnie sama myśl, że miał­bym tak trwo­nić czas.

– Przed pierw­szym wal­cem zdą­żył­byś zmie­nić to miej­sce w ka­syno i spło­dzić kilka bę­kar­tów.

Opadł na brzeg mo­jego łóżka, żeby wcią­gnąć buty do jazdy kon­nej.

– W kwe­stii ka­syna się zga­dzam, co do bę­kar­tów mowy nie ma. Za­wsze wkła­dam kap­tu­rek. Moim mi­ło­snym mot­tem jest: Przed bara-bara za­kryj ko­nara.

Bio­rąc pod uwagę, że Oli­ver trak­to­wał ko­biety jak cie­płe dziury, w któ­rych można za­par­ko­wać na noc, ra­czej nie był za­zna­jo­miony z kon­cep­tem mi­ło­ści.

Za­marł, za­ci­ska­jąc usta na cy­ga­rze.

– Nie każdy tak sta­ran­nie jak ty prze­ciw­działa prze­dłu­że­niu li­nii rodu.

Do po­koju wpadł Za­chary Sun – wy­soki, smu­kły ge­niusz, któ­rego in­te­li­gen­cja emo­cjo­nalna była równa zeru. Pod pa­chą trzy­mał lap­topa.

– Jaki Rom ma na to spo­sób?

Wczo­raj wo­lał zo­stać w ho­telu.

Jego obec­ność na balu by­łaby zbędna.

Sama myśl o tym, że syn miałby po­ślu­bić dziew­czynę z Po­łu­dnia, przy­pra­wi­łaby pa­nią Sun o za­wał serca. Żadna po­spo­lita ko­bieta nie pa­so­wa­łaby do ich rodu ary­sto­kra­tów, który się­gał dy­na­stii Zhou.

– Jest jedna dziura, któ­rej ni­gdy nie wy­ru­cha, i to ta sama, z któ­rej wy­cho­dzą dzieci. – Oli­ver prze­ka­zał tę in­for­ma­cję z nie­po­trzebną we­so­ło­ścią.

Zach ścią­gnął brwi, za­pewne przy­po­mi­na­jąc so­bie moją prze­szłość.

– Ostat­nio czy w ogóle?

Po­dzie­la­li­śmy ten sam po­gląd na świat – że tlen za­pew­niany przez po­ra­sta­jące zie­mię lasy był przy­wi­le­jem, który zo­stał zmar­no­wany na ludz­kość.

Mimo mo­jej za­sady do­pu­ści­łem się wy­jątku raz w ciągu ca­łego trzy­dzie­sto­jed­no­let­niego ży­cia. I gorzko tego po­ża­ło­wa­łem.

– Jest abs­ty­nen­tem tak długo, że można go uznać za pra­wiczka. – Oli­ver wło­żył ma­ry­narkę do jazdy kon­nej. – A także oczy­wi­ście... za fu­jarę.

Je­śli te słowa miały mnie ura­zić, mi­nęły się z ce­lem o ja­kieś trzy ki­lo­me­try.

Ko­biety mnie nie in­te­re­so­wały.

To samo mo­głem po­wie­dzieć o wszyst­kich lu­dziach.

Zach przyj­rzał mi się z za­in­te­re­so­wa­niem i zdzi­wie­niem.

– Jak to moż­liwe, że o tym nie wie­dzia­łem?

– Pew­nie omi­nęła cię moja re­klama na pierw­szej stro­nie „New York Ti­mesa”. – Opróż­ni­łem bu­telkę wody dusz­kiem i po­ło­ży­łem na ję­zyku pa­stylkę mię­to­wej gumy do żu­cia. – Która go­dzina?

– Cie­szę się, że py­tasz. – Oli­ver pod­pa­lił cy­garo i mocno się za­cią­gnął. Z bursz­ty­no­wego końca wy­do­była się smużka dymu. – Naj­wyż­sza pora, by przy­po­mnieć ci, co się wczo­raj wy­da­rzyło. Do­szło do in­cy­dentu, przez który uda­łeś się do domu Town­sen­dów, a po po­wro­cie wy­chla­łeś całą bu­telkę brandy, ma­jąc na­dzieję, że umrzesz na sku­tek za­tru­cia al­ko­ho­lo­wego.

Rzu­ci­łem bu­telkę do ko­sza.

– Mę­czy mnie już twoja py­szał­ko­wa­tość. Mów le­piej, czy z boku wy­glą­dało to tak źle, jak mi się wy­daje.

– Wcale nie było źle. – Zach po­sta­wił lap­top na sto­liku znaj­du­ją­cym się przed moim łóż­kiem. – Dziw­nie? Tak. Skan­da­licz­nie? Taki był prze­cież za­miar. Ale wy­sze­dłeś na do­brego fa­ceta, który pró­buje zdo­być dziew­czynę. A przy­naj­mniej wnio­sku­jąc po fil­mi­kach wsta­wio­nych na YouTube’a i Tik­Toka, z któ­rych więk­szość stała się vi­ra­lem. Okrzyk­nięto je mia­nem naj­hucz­niej­szych oświad­czyn tego stu­le­cia.

Oli­ver za­gwiz­dał.

– Masz na­wet wła­sny hasz­tag.

Ni­gdy w ca­łym swoim ży­ciu nie do­pro­wa­dzi­łem do skan­dalu i te­raz wcale nie czer­pa­łem ra­do­ści z by­cia jego czę­ścią. Jed­nakże cel uświęca środki.

Zro­bi­łem to.

Na­prawdę ode­bra­łem Ma­di­so­nowi Lich­towi na­rze­czoną i za­ją­łem jego miej­sce.

Ten kre­tyn za­wsze opusz­czał wszel­kie wy­da­rze­nia z nie­peł­no­let­nią dziew­czyną u boku, która miała chrapkę na jego pie­nią­dze i my­ślała, że zo­sta­nie z nim na dłu­żej niż jedną noc.

Wy­obraź­cie so­bie moje zdzi­wie­nie, kiedy dwa dni temu Oli­ver pod­słu­chał, jak wy­gła­sza pe­any na cześć ape­tycz­nego ciała swo­jej na­rze­czo­nej, jej ide­al­nej twa­rzy i gę­stych wło­sów.

Wy­glą­dało na to, że cho­ciaż raz w swoim nędz­nym ży­ciu nie skła­mał.

Po­dra­pa­łem się po pod­bródku.

– Była cho­ciaż tak piękna, jak za­pa­mię­ta­łem?

– Prze­piękna. Uczta dla oczu. – Oli­ver przy­ło­żył dwa palce do ust i cmok­nął. – Poza tym wy­glą­dała, jakby le­d­wie skoń­czyła okres doj­rze­wa­nia. Czy ona w ogóle jest peł­no­let­nia, Rom?

– Tak. – Po­czu­łem pod pal­cami za­głę­bie­nie w pod­bródku ma­jące kształt zę­bów. Ta sza­lona li­sica mnie ugry­zła. – Od dwóch lat stu­diuje.

A może od trzech lub wię­cej, je­śli nie prze­sa­dzała w kwe­stii za­wa­la­nia se­me­strów. Nie mia­łem bla­dego po­ję­cia, jak można ob­lać li­te­ra­turę an­giel­ską, ale tej wiedź­mie z pie­kła ro­dem się to udało.

– Zach, mó­wię ci, ta ko­bieta wpa­dła w szał... – Oli­ver po­krę­cił głową. Wy­pusz­czał dym no­sem jak de­mo­niczny smok. – Nie­mal za­dźgała go na śmierć. Je­dy­nym, co ją po­wstrzy­mało, był fakt, że jesz­cze bar­dziej po­grą­ży­łaby swoją ro­dzinę.

Na szczę­ście Dal­las Town­send się opa­no­wała.

To chyba była gra­nica. Wnio­sku­jąc po na­szym prze­lot­nym spo­tka­niu – jej je­dyna. Po­ża­łuję, że wy­bra­łem tak ży­wio­łową ko­bietę jak ona.

Żyła w nie­ustan­nym biegu, a bu­zia jej się nie za­my­kała, bo albo była za­jęta po­chła­nia­niem kra­dzio­nego je­dze­nia, albo py­sko­wa­niem.

Sam wi­dok jej twa­rzy spra­wił, że mu­sia­łem po­łknąć cztery ta­bletki prze­ciw­bó­lowe i po­pić je brandy.

Gdy­bym po­znał cha­rak­ter tej ko­biety przed po­zy­ska­niem jej w ra­mach no­wej in­we­sty­cji, wo­lał­bym do końca ży­cia słu­chać, jak ten nie­okrze­sany bru­tal się z nią ob­nosi, za­miast sa­memu się z nią oże­nić.

Oli­ver klep­nął ręką w ko­lano, nie mo­gąc po­ha­mo­wać śmie­chu.

– Dała mu po­pa­lić.

– Je­stem pe­wien, że się na nim ze­mści, jak tylko ją za­ob­rącz­kuje. – Zach za­czął pi­sać coś na kom­pu­te­rze, słu­cha­jąc roz­mowy jed­nym uchem. – Co się wy­da­rzyło, gdy do­tar­łeś do jej domu?

Opar­łem się o wez­gło­wie i po­ma­so­wa­łem stopę, którą moja przy­szła żona nie­mal prze­biła szpilką na wy­lot.

– Oj­ciec wy­słał Dal­las do jej sy­pialni, a my do­bi­li­śmy za­do­wa­la­ją­cego targu. Przez na­stępne pięć lat będę prze­le­wał pie­nią­dze na rzecz jego or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej i przed­sta­wię go paru oso­bom, z któ­rymi chce na­wią­zać współ­pracę.

I na co to wszystko?

Mo­głem po­li­czyć na pal­cach jed­nej ręki, jak czę­sto będę się wi­dy­wał z Dal­las Town­send po ślu­bie – i wciąż zo­sta­łoby mi pięć pal­ców.

– Cóż. – Oli­ver wcią­gnął brą­zowe skó­rzane rę­ka­wiczki, a nie­do­pa­łek cy­gara wy­rzu­cił przez okno. – Chęt­nie zre­la­cjo­no­wał­bym wie­czór, pod­czas któ­rego Ro­meo zruj­no­wał so­bie ży­cie, ale mu­szę za­jąć się mo­imi końmi i spro­wa­dzić na złą drogę kilka ko­biet.

Zach uniósł ciemną brew.

– Każda ko­bieta, która jest na tyle głu­pia, by wy­lą­do­wać z tobą w łóżku, już dawno tra­fiła na złą drogę.

Oli­ver wes­tchnął ciężko.

– To prawda.

Zach zmarsz­czył nos.

– Nie nu­dzi cię to?

Pod­czas gdy Oli­ver ko­chał wszyst­kie ko­biety, Zach nie mógł zna­leźć ani jed­nej, która speł­ni­łaby jego wy­gó­ro­wane ocze­ki­wa­nia. Wła­ści­wie pani Sun co ty­dzień or­ga­ni­zo­wała mu randki z dzie­dzicz­kami im­pe­riów tech­no­lo­gicz­nych, su­row­co­wych czy trans­por­to­wych.

Na­to­miast on z lu­bo­ścią od­trą­cał je wszyst­kie z naj­bar­dziej bła­hych po­wo­dów, jak to, że wy­da­wały mu się zbyt ładne, zbyt in­te­li­gentne, zbyt bo­gate, zbyt życz­liwe i – mój ulu­biony po­wód – za bar­dzo po­dobne do niego.

– Prze­stanę się uga­niać za ko­bie­tami do­piero, gdy umrę. – Oli­ver wstał i wło­żył port­fel i te­le­fon do nie­wiel­kiej li­sto­noszki. Zmarsz­czył brwi. – Wła­ści­wie na­wet wtedy ro­baki mogą być po­datne na moje li­bido. A te­raz wy­bacz­cie, za­mie­rzam wy­ko­rzy­stać to za­du­pie, jak tylko się da, a nie ma na to lep­szego spo­sobu niż uwol­nie­nie się od was.

Kiedy Oli­ver wy­szedł, aby uczy­nić świat gor­szym miej­scem, Zach i ja po­pa­trzy­li­śmy na sie­bie.

Z po­zoru mo­gło się wy­da­wać, że je­ste­śmy do sie­bie po­dobni.

Mo­ty­wo­wała nas jedna rzecz.

Pie­nią­dze.

Zach za­ra­biał mi­liardy do­la­rów dzięki swoim apli­ka­cjom, ja zaś kie­ro­wa­łem firmą ojca jako główny dy­rek­tor fi­nan­sowy, a w wol­nych chwi­lach ba­wi­łem się fun­du­szami hed­gin­go­wymi i in­we­sty­cjami wy­so­kiego ry­zyka. Od­kąd ukoń­czy­łem MIT, po­tro­iłem ma­ją­tek Co­sta In­du­stries.

By­li­śmy po­wścią­gliwi, wy­ra­cho­wani, prag­ma­tyczni i nie ugię­li­śmy się pod na­po­rem spo­łecz­nych ocze­ki­wań, mimo że nasi ro­dzice na­ci­skali na nas obu, aby­śmy w końcu się oże­nili. I byli go­towi po­su­nąć się da­leko, aby po­sta­wić nas przed oł­ta­rzem wraz z przy­szłą matką ich wnu­cząt.

Jed­nakże na tym koń­czyły się po­do­bień­stwa.

W prze­ci­wień­stwie do Za­cha ja nie po­sia­da­łem żad­nych uczuć. O su­mie­niu na­wet nie wspo­mi­na­jąc – uwa­ża­łem bo­wiem ten kon­cept za rów­nie mi­tyczny co sy­reny. Ro­bi­łem od­strę­cza­jące rze­czy, a mimo to w nocy spa­łem jak dziecko.

Zach na­to­miast był praw­dzi­wie do­brym czło­wie­kiem. Co jed­nak nie miało żad­nego zna­cze­nia, po­nie­waż nie zno­sił dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu pro­cent lu­dzi z po­wodu ich nie­wy­star­cza­ją­cej in­te­li­gen­cji.

– A więc... – Zach prze­niósł wzrok na swój lap­top. – My­ślisz, że tym ra­zem ode­zwie się w to­bie su­mie­nie i po­zwo­lisz tej bied­nej dziew­czy­nie odejść?

Po­sta­wi­łem stopy na pod­ło­dze, opar­łem łok­cie o ko­lana i przy­ci­sną­łem palce do po­wiek.

– Nie.

– Dla­czego nie?

Ist­niał mi­lion po­wo­dów, ale tylko je­den miał zna­cze­nie.

– Po­nie­waż na­le­żała do Ma­di­sona, a on nie za­słu­guje na nic do­brego w swoim ży­ciu.

– A więc ona jest do­bra.

– Tak po­wie­dzia­łem? Cho­dziło mi o nie­zno­śną.

– Co za ade­kwatna cha­rak­te­ry­styka.

– Nie­zno­śna to bar­dzo ade­kwatne okre­śle­nie. Ta ko­bieta wzbu­dzi­łaby chęć mordu na­wet w mni­chu.

– In­te­re­su­jące. – W ogóle go to nie in­te­re­so­wało. Jego cie­ka­wiły je­dy­nie pie­nią­dze, tech­no­lo­gia i sztuka. – Nie sły­sza­łem, że­byś wy­ra­żał się o ja­kiejś ko­bie­cie z taką pa­sją, po­zy­tywną lub ne­ga­tywną, od­kąd Mo...

– Nie wy­ma­wiaj jej imie­nia. A poza tym Du­blin i ja bę­dziemy mał­żeń­stwem tylko na pa­pie­rze.

Pró­bo­wa­łem wmó­wić to so­bie czy jemu?

– Du­blin, tak? – Ode­rwał wzrok od ekranu tylko po to, by rzu­cić mi wy­mowne spoj­rze­nie. – Nie lek­ce­waż siły pa­pieru. Robi się z nich pie­nią­dze.

– Do­lary skła­dają się z dwu­dzie­stu pię­ciu pro­cent lnu i z sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu ba­wełny – po­pra­wi­łem.

Mimo że o tym wie­dział.

– W ta­kim ra­zie czeki. Co wiesz na jej te­mat?

Nie­wiele.

Jesz­cze do wczo­raj w ogóle mnie nie in­te­re­so­wała.

Uwie­dze­nie jej oka­zało się ła­twiej­sze niż ode­bra­nie dziecku li­zaka. Co za iro­nia, bo przy pró­bie ode­bra­nia jej li­zaka pew­nie stra­cił­bym rękę.

– Jest piękna, nie­zrów­no­wa­żona i prę­dzej zja­dłaby wła­sne gałki oczne, niż mnie po­ślu­biła.

Zach za­sa­lu­to­wał mi bu­telką wody z elek­tro­li­tami.

– Zro­bię po­pcorn.

– I z czego się tak cie­szysz? Je­steś na­stępny w ko­lejce.

– Ale moja ko­lejka jest długa. – Za­czął kli­kać my­szą, wy­łą­cza­jąc się z roz­mowy, żeby wziąć się do pracy. – A w gra­niu na zwłokę je­stem mi­strzem.

Ro­meo

Ten pa­skudny dzień wlókł się w żół­wim tem­pie.

Zach był za­jęty te­le­kon­fe­ren­cjami przed nad­cho­dzą­cym prze­ję­ciem in­nej firmy, Oli­ver spę­dzał po­po­łu­dnie na jeź­dzie kon­nej i za­ba­wia­niu się z ko­bie­tami.

Ja tym­cza­sem po­chło­ną­łem obiad skła­da­jący się z piersi kur­czaka oraz bruk­selki, a jej gorzki po­smak po­pi­łem kawą z cy­ko­rii i prze­żu­łem gumą. Spe­cjal­nie po­pro­si­łem kon­sjerża o gumę marki Ma­stika.

Kiedy już dłu­żej nie mo­głem od­wle­kać nie­unik­nio­nego, opu­ści­łem ho­tel, żeby ku­pić pier­ścio­nek dla zmory mo­jego ży­cia.

Za­le­żało mi na tym, żeby Dal­las no­siła na palcu ka­mień trzy razy więk­szy niż ten, który do­stała od by­łego na­rze­czo­nego.

Nie miało to z nią żad­nego związku; chcia­łem je­dy­nie upew­nić się, że Ma­di­son bę­dzie miał ochotę wy­dłu­bać so­bie oczy za każ­dym ra­zem, gdy Dal­las za­świeci pu­blicz­nie tą bły­skotką.

A je­śli bry­lant okaże się zbyt ciężki, mówi się trudno – ja­koś to znie­sie. Prze­cież i tak nie bę­dzie po­trze­bo­wała rąk do pracy, bo pie­nię­dzy jej nie za­brak­nie.

Sły­sza­łem krą­żące o niej plotki.

Moja przy­szła żona była nad wy­raz le­niwa.

Kiedy ma­na­ger sklepu ścią­gnął z mo­jej karty dwa mi­liony za bły­skotkę oraz do­dat­kową po­kaźną sumę za ubez­pie­cze­nie, mój te­le­fon za­wi­bro­wał, oznaj­mia­jąc przy­cho­dzące po­łą­cze­nie.

Matka.

Ode­bra­łem, ale nie ura­czy­łem jej sło­wami po­wi­ta­nia.

– No i? – W słu­chawce roz­legł się jed­nak głos Ro­mea Co­sty Se­niora. – Jak idzie?

Oto mój oj­ciec, jak zwy­kle ni­czego nie­świa­domy, cho­ciaż pół in­ter­netu już ro­biło na ten te­mat memy.

To przy­kre, a na­wet dość do­łu­jące, że sta­łem się sen­sa­cją w so­cial me­diach, bo zszar­ga­łem ho­nor mło­dej ko­biety na balu de­biu­tan­tek.

Wła­ści­wie, ku ucie­sze De­par­ta­mentu Obrony Sta­nów Zjed­no­czo­nych, osią­gną­łem wiek trzy­dzie­stu je­den lat bez ani jed­nej skazy.

Po­da­ro­wa­łem Dal­las Town­send mój pierw­szy skan­dal, ona w za­mian od­dała mi swoją przy­szłość. Nie wy­dało mi się to uczciwą wy­mianą i chyba pierw­szy raz w swoim do­ro­słym ży­ciu od­nio­słem sro­motną po­rażkę.

A to wszystko przez dziew­czynę, która bie­giem wpa­dłaby do vana ob­cej osoby, gdyby tylko sku­siła ją cu­kier­kiem.

– Cha­pel Falls jest uro­cze. – Wzią­łem tur­ku­sową to­rebkę od sprze­dawcy i wy­sze­dłem na ze­wnątrz. – A u was jak tam? Jak zdrówko?

– Do­bry boże, Ro­meo. – W tle roz­legł się prze­ra­żony głos. Moja matka z pew­no­ścią zła­pała się za swoje perły. – Nie wy­sła­łam cię do Si­dwell Friends, MIT i Ha­rvardu, że­byś na­był tek­sań­skiego ak­centu.

– Nie wy­sła­łaś mnie tam rów­nież po to, że­bym zo­stał je­dy­nie dy­rek­to­rem fi­nan­so­wym w fir­mie two­jego męża, a jed­nak pro­szę.

Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że za­słu­guję na po­sadę dy­rek­tora ope­ra­cyj­nego, którą pia­sto­wała ko­lejna zmora mo­jego ży­cia – Bruce Edwards.

Oj­ciec zi­gno­ro­wał przy­tyk.

– Zna­la­złeś so­bie ja­kąś pannę młodą? Pa­mię­taj, Ro­meo, nie ma żony, nie ma firmy.

Ach, źró­dło mo­jego kry­zysu eg­zy­sten­cjal­nego.

Jed­no­cze­śnie po­wód, dla któ­rego w ogóle przy­je­cha­łem do tego dusz­nego wy­piz­do­wia.

W ide­al­nych wa­run­kach sku­pił­bym się na do­bra­niu do panny Town­send i w ra­mach pa­miątki wy­słał Ma­di­so­nowi zdję­cie mo­jej egip­skiej po­ścieli po­bru­dzo­nej jej dzie­wi­czą krwią.

Nie­stety w tym ty­go­dniu ro­dzice po­sta­wili przede mną ul­ti­ma­tum – albo znajdę so­bie żonę i się ustat­kuję, albo sta­no­wi­sko pre­zesa firmy po­wę­druje do Bruce’a Edwardsa.

Bruce zo­stał wy­cho­wany na do­sko­na­łego oby­wa­tela Mas­sa­chu­setts. Spę­dził dzie­więć lat w Mil­ton Aca­demy, cztery w Phi­lips Aca­demy i zdo­był dwa ty­tuły na Ha­rvar­dzie.

On i mój oj­ciec zaj­mo­wali je­den po­kój w Win­th­rop Ho­use, mimo że dzie­liło ich osiem­na­ście lat. Obaj do­stali się do Por­cel­lian Club, słyn­nego ha­rvardz­kiego klubu dla męż­czyzn, gdzie Se­nior ob­jął funk­cję men­tora.

Mimo że w mi­zer­nych ży­łach Bruce’a nie pły­nęła na­wet kro­pla krwi rodu Co­sta, sły­ną­cego z wie­lo­po­ko­le­nio­wego ne­po­ty­zmu, Ro­meo Co­sta Se­nior uwa­żał sie­bie za zbyt ho­no­ro­wego, by za­po­mnieć o młod­szym ko­le­dze z Ha­rvardu.

Ku mo­jemu nie­za­do­wo­le­niu Bruce był nie­odzow­nym ele­men­tem na­szego ży­cia.

Naj­bar­dziej draż­niło mnie to, że zwra­cał się do mnie Ju­nior pod­czas każ­dego pu­blicz­nego wy­da­rze­nia. Osiem lat temu za­czął na­wet mó­wić do mo­jego ojca po imie­niu, żeby tylko móc mnie tak na­zy­wać.

I naj­wy­raź­niej znaj­do­wał się w tym sa­mym po­miesz­cze­niu co moi ro­dzice.

Pró­bo­wał uspo­koić Se­niora, prze­ma­wia­jąc do niego ko­ją­cym to­nem, który mnie dzia­łał na nerwy.

– Ro­meo, Mon. – Nie Mo­nica, Mon, jakby byli ko­le­gami od golfa. – W tych cza­sach dzieci doj­rze­wają wol­niej. Być może Ju­nior jesz­cze nie jest go­towy. Ani na mał­żeń­stwo, ani na tę po­sadę.

I wła­śnie dla­tego wo­la­łem liczby i ar­ku­sze kal­ku­la­cyjne od lu­dzi.

Wie­dzia­łem, że Se­nior po­nie­kąd ocze­kuje – a może na­wet ma­rzy – że nie spro­stam wy­zwa­niu i po­zo­stanę sin­glem.

Mnie i Bruce’a dzie­liło tylko jedno i była to żona. On sta­nął przed oł­ta­rzem z szarą myszką o imie­niu Shel­ley.

Nie miała żad­nych wad poza gu­stem w kwe­stii męż­czyzn. Ale nie miała rów­nież żad­nych za­let.

Była jak białe pie­czywo wśród lu­dzi. Tak ni­jaka jak nie­do­pra­wiona pierś z kur­czaka i rów­nie po­cią­ga­jąca.

– Nie za­mie­rzam od­dać jed­nej z naj­bar­dziej do­cho­do­wych firm w Sta­nach Zjed­no­czo­nych bez­dusz­nemu ka­wa­le­rowi, do któ­rego po­łowa pra­cow­ni­ków boi się zbli­żyć.

Mój oj­ciec się my­lił.

To wła­śnie moja bez­dusz­ność czy­niła ze mnie do­sko­na­łego kan­dy­data, który bę­dzie kie­ro­wać twardą ręką scep­tycz­nym za­rzą­dem i bandą pra­cow­ni­ków z kra­jów Trze­ciego Świata. W ogóle nie przej­mo­wał się moim sta­nem cy­wil­nym.

Jemu za­le­żało tylko na jed­nym – prze­dłu­że­niu li­nii rodu Co­sta.

– Daj spo­kój, Ro­meo. – Bruce znowu wtrą­cił się do roz­mowy. – Wiesz, że z twoim ci­śnie­niem nie po­wi­nie­neś się de­ner­wo­wać.

Brat Bruce’a za­rzą­dzał ogromną kor­po­ra­cją far­ma­ceu­tyczną, przy któ­rej Pfi­zer wy­pa­dał jak racz­ku­jące dziecko, więc czę­sto uda­wał, że przej­muje się zdro­wiem Se­niora. Prawda była jed­nak taka, że nam obu za­le­żało na jego śmierci. I obaj od­gry­wa­li­śmy role grzecz­nych chłop­ców, żeby za­pew­nić so­bie po­sadę pre­zesa, kiedy sta­ru­szek kop­nie w ka­len­darz.

Cóż, ra­czej ja gra­łem rolę grzecz­nego chłopca, bo Bruce wpy­chał ję­zyk tak głę­boko w od­byt mo­jego ojca, że nie zdzi­wił­bym się, gdyby po­ła­sko­tał go po mig­dał­kach.

Se­nior zi­gno­ro­wał Bruce’a i wró­cił do ka­za­nia.

– Tym bar­dziej że Licht Hol­dings dep­cze nam po pię­tach.

Licht Hol­dings – brawo, zga­dli­ście – na­le­żało do ojca Ma­di­sona Lichta. Była to ry­wa­li­zu­jąca z nami firma zaj­mu­jąca się obroną, która zy­ski­wała co­raz więk­szą po­pu­lar­ność wśród gru­bych ryb z Wa­szyng­tonu. Dla ja­sno­ści, kiedy mó­wię o obro­nie, tak na­prawdę cho­dzi mi o broń palną.

Moja ro­dzina pro­du­ko­wała wszel­kiego ro­dzaju ar­ty­le­rię i więk­szość sprze­da­wała Sta­nom Zjed­no­czo­nym. Broń pod­wodna, gra­nat­niki, zdal­nie ste­ro­wane działa, pa­ra­li­za­tory, po­ci­ski hi­per­so­niczne. Je­śli chcesz za­bić ty­siące za jed­nym za­ma­chem i po­trze­bu­jesz w tym celu na­rzę­dzia, to naj­pew­niej my je pro­du­ku­jemy.

Wojna to bar­dzo do­cho­dowa branża.

Znacz­nie bar­dziej niż po­kój.

Przy­kro mi, Toł­stoj. Ale po­mysł mia­łeś chwa­lebny.