44,99 zł
Przeznaczenie zesłało im miłość, historia uczyniła z nich wrogów.
Zaczęło się od miłości. I od pewnej chłodnej listopadowej nocy 1938 roku i przypadkowego spotkania w dramatycznych okolicznościach. Ona – młoda, obiecująca pisarka. On – żydowski prawnik pełen wiary w sprawiedliwość i sens walki o lepszy świat. Połączyły ich ideały, ale wojna i historia zmieniły je w ideologię. Musieli wybierać, a gdy spotkali się ponownie, byli już innymi ludźmi. Opowieść o namiętności, której nie można powstrzymać, i zdradzie, której nie da się cofnąć.
Nowa powieść Katarzyny Zyskowskiej – pełna emocji, tajemnic i cieni przeszłości – opowiada o ludziach, którzy nie przestają szukać siebie nawzajem, chociaż historia uparcie ich rozdziela.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 389
Data ważności licencji: 11/26/2031
Copyright © by Katarzyna Zyskowska
Projekt okładki
Magda Kuc
Grafika na okładce
© Zastavkin / Adobe Stock, © rawpixel / Adobe Stock
Fotografia autorki
© Weronika Kuźma
Redaktorka inicjująca
Agata Pieniążek
Redaktorka prowadząca
Magda Jankowska
Weryfikacja merytoryczna
Zofia Puchała
Redakcja
Ida Świerkocka
Korekta
Natalia Hipnarowicz-Kostyrka, Edyta Chrzanowska
Łamanie
Maria Król
Opieka promocyjna
Zofia Kotecka
Koordynatorka produkcji
Helena Piecuch
Przygotowanie do druku
Maria Gromek
ISBN 978-83-8427-197-1
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2025
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Wszystkie postaci i wydarzenia przedstawione w tej książce mają charakter fikcyjny. Choć w powieści odnajdą Państwo echo powszechnie znanych faktów historycznych, to są one przefiltrowane przez moją wyobraźnię. Podobieństwo bohaterów lub sytuacji występujących w tej powieści do prawdziwych osób czy zdarzeń ma wyłącznie charakter skojarzeniowy.
Październik 1956
Wyruszyliście z Zakopanego w całkowitych ciemnościach i dopiero teraz mrok zaczyna się łuszczyć, złazi z nieba jak farba ze starego obrazu. I tacy doskonali mi się wydajecie, kiedy ruszacie w waszą ostatnią wspólną drogę, w górę i w górę, a ty, mój piękny Lwie, mój niezrównany drapieżco, w duchu już rozważasz, kiedy i w którym miejscu najdogodniej będzie zabić Chanę.
Może powinieneś był to uczynić od razu, gdyście tylko minęli Halę Gąsienicową i zaczęli się wdrapywać pod przełęcz? Na co jeszcze tyle godzin się męczyć, pot wycierać z czoła, dyszeć, płuca pod granią wypluwając, kiedy już teraz wokoło dostatecznie dziko i żywej duszy, chmury nisko, głazy lodem pokryte, cudownie zwodnicze, a za krawędzią ścieżki przepaść rozległa jak Morze Sitowia, dokąd u zarania czasów uciekłam od Adama i zrodziłam demony?
Wystarczyłoby, żebyś lekko ją popchnął. Stopy Chany zsunęłyby się gładko po kamieniach, ręce zatrzepotały, chwytając się powietrza jak brzytwy. I dalej, w dół, kilka koziołków, śpiew pogruchotanych kosteczek. Lecz skutek mógłby być niewystarczający. Może nawet przeżyłaby upadek, może by się śmierci wywinęła, jak już po wielokroć bywało? I tutaj na pewno szybciej by ją znaleźli, nim jeszcze ciałem zajęłyby się czerwie, zmieniając je w bezkształtną masę, nim rysy twarzy by się rozpuściły, że nijak by dawnej siebie nie przypominała. A to niedobrze, bardzo niedobrze. W okolice stawów zapuszcza się wielu turystów. Bezustanny przemarsz wojsk. Spacery sobie urządzają goście z Murowańca i ci, co schodzą od strony kolejki na Kasprowym, wszak tu tak pięknie. I mają rację! Pięknie tu i strasznie.
Pewnie dlatego dochodzisz do wniosku, że przetniesz linię jej życia, gdy już znajdziecie się na szczycie – spektakularny lot kilkaset metrów w dół na czechosłowacką stronę i upadek dający pewność otwartych złamań, pękniętej czaszki, z której w pory skał przecieknie szara substancja jej mózgu. Pisarce należy się śmierć jak z powieści, tak uważasz, efektowna, krwawa, doskonała śmierć – chociaż dobrze wiesz, Lwie mój, że każda jest taka sama, banalna w swej nieuchronności; i tyle razy ją z bliska widziałeś, że całkiem ci spowszedniała.
A jednak śmierć Chany to co innego. Wszak to twoja Chana. Dobra, miła i słodka jak cukierek od Fuchsa, Chana, którą w innym świecie wielu nazywało aniołem, o której w innym czasie starsi panowie z Ziemiańskiej miewali brudne myśli. Chana, Hania, niezłomna w swej szlachetności; od chwili, kiedyś ją poznał, właśnie to fascynowało cię w niej – a równocześnie doprowadzało do pasji – najbardziej.
Listopadowy dzień powoli się rozbudza, mgły szare i lepkie jak błoto wiszą nad dolinami. Na tatrzański szlak najlepiej wychodzić przed świtem, szczególnie w wypadku tak wymagającej i wielogodzinnej wycieczki jak ta na Świnicę – w tym Chana przyznała ci rację, kiedy jej tę eskapadę zaproponowałeś zeszłego wieczoru, prosząc, by była ci przewodniczką.
Wspinacie się z mozołem, lecz wytrwale. Zawsze tacy byliście: uparci i zdeterminowani w dążeniu do celu, cierpliwi. Patrzę na was z dumą i radością, niby matka wypuszczająca w świat odchowane dzieci.
Chana, mimo wieku i tego, co jej uczyniłeś, wciąż ma w sobie młodzieńczy wigor i błysk w żółtym oku, zachowała urodę, która tak cię oszołomiła dwie dekady temu na ulicy Dowcip, róg Czackiego, kiedy ją pierwszy raz ujrzałeś. Ma już trzydzieści dziewięć lat, jednak ostatnio bardzo o siebie dbała. Lekka dieta, dużo snu i ruchu. Często po tych górach wędruje, to i kondycji jej nie brak. Ciało ma gibkie i już nie tak chude jak jeszcze niedawno, gdy opuszczała więzienie. Skórę zaś zdrową, prawie bez zmarszczek, chociaż może zanadto bladą.
Lecz ty, mój wspaniały Lwie, tyś się cokolwiek zapuścił i spasł. W ostatnich latach prowadziłeś dostatnie życie, na które ciężko zapracowałeś jako zasłużony dla aparatu towarzysz, więc obrosłeś w miękki tłuszcz. Kałdun ci urósł. Nigdy wcześniej takiego nie miałeś. Ani za młodu, w warszawskich latach dostatku, bo wolałeś się wtedy karmić ideami niż czulentem pod dachem matczynym, ani potem we Lwowie, w czasach już skromniejszych, a tym bardziej w Samarkandzie, gdzie w ogóle karmić nie było się czym. Długo byłeś pięknym mężczyzną, rasowym jak z obrazka, niczym amant z amerykańskich filmów, którymi jako prawdziwy komunista szczerze pogardzałeś.
Teraz zaś, chichot losu, wyglądasz jak utuczony na cudzej harówce kapitalista, tłusty Wuj Sam, prosię z folwarku. Przez ostatnie lata mięśnie ci sflaczały, skóra tu i ówdzie obwisła, łeb posiwiał. Bujna i niegdyś czarna grzywa zaczęła się przerzedzać. Wyliniały lew. Smutne to i takie ludzkie, chociaż dla mnie niezmiennie fascynujące; zawsze zachwycało mnie wasze przemijanie i bawiła determinacja, by się z życiem szarpać, tyle walk stoczyć, chociaż to wszystko na nic, krew w piach, wszystko przeminie.
Lecę tuż nad wami i myślę wszystkie te myśli naraz. I myślę twoją myśl, że może jesteś jednak za stary i zbyt zmęczony, by podołać wejściu na ten upiorny szczyt, że mogłeś ze słodką Hanią skończyć inaczej i wcześniej, już na Rakowieckiej, ale nic się nie bój, w tym szczególnym dniu dam ci siłę. I widzę koleje waszego losu naraz, jej i twoje, przecięcia dróg, długą wędrówkę w tę tatrzańską pustkę, widzę Lwów i Budapeszt, Londyn i złote bezkresy pustyni między Amu-darią i Syr-darią. I wszystkie wasze dobre i złe wybory, widzę słowa, których Chana już nie napisze, i kpię ze wzniosłych i strasznych idei, które przyniosły dokładnie to, co przynieść miały – grozę i smutek – a w imię których, ty, dzielny Lwie, z takim mozołem próbowałeś odmieniać świat.
Przystajecie. Pytasz ją o nazwy poszczególnych wzniesień wyłaniających się co raz spoza chmur, chociaż nic cię te góry nie obchodzą. Uroda świata nigdy nie wprawiała cię w zachwyt. Inaczej niż Chanę. Może dlatego że nad jej kołyską nachylały się muzy, a nad twoją pochyliłam się ja?
Znowu idziecie. Wokoło coraz więcej ostrych krawędzi i lodu, a coraz mniej życia. Wiatr szarpie ostatnimi kępami kosodrzewiny, jak okiem sięgnąć wieczny chłód skał. Wkrótce zdobędziecie przełęcz, a później ścieżka powiedzie już granią.
Z trudem dotrzymujesz jej kroku. Serce wali ci w piersi, krew gotuje się w żyłach. Nowe buty kupione w Zakopanem, porządne, za kostkę, boleśnie uciskają stopy. Ukradkiem ocierasz pot z czoła, bo wstydzisz się przed nią słabości. Ale w końcu dajesz za wygraną. Zatrzymujesz się na skalnej półce. Chana odwraca się w pół kroku, patrzy na ciebie bez słowa, może nawet z troską. Opierasz dłonie na kolanach, dyszysz, rozpinasz kurtkę pod szyją. Chociaż ci głupio, prosisz ją o chwilę przerwy. Siadacie zatem na pobliskim głazie, a ona wyjmuje z plecaka kanapki, częstuje cię, pijecie herbatę z jej termosu. Jest zwyczajnie – dwójka starych znajomych, byłych kochanków, na górskiej wycieczce – i zupełnie przyjemnie. Wiatr chłodzi rozgrzaną twarz, a Chana pyta o twoją córkę, o żonę, Eliszebę, i o śmierć brata, którą tak bardzo przeżyłeś. Ty nie pytasz jej o nic. A jednak czuję, że zaczynasz się wahać. Cząstka ciebie, która sprawia, że nadal mienisz się człowiekiem, podszeptuje, byś się wycofał – wiesz, że wraz ze śmiercią Chany ta część także umrze.
A jednak tego, że ujawni twoje tajemnice, boisz się bardziej.
Dużo tych tajemnic, musi się zatem dokonać.
I dlatego znowu w górę i w górę. Jeszcze tylko godzina marszu, jeszcze tylko kilka trawersów, chłód łańcuchów na dłoniach i ich metaliczny zapach, który tobie, jak przystało na rasowego drapieżcę, przywodzi na myśl woń krwi.
Wreszcie docieracie na miejsce, w skalnych szczelinach śnieg. Nad szczytem kołuje kruk. I ja kołuję wraz z nim. I patrzę na was. Patrzę, jak Chana, przystanąwszy na skraju urwiska, spogląda na majestatyczne przestrzenie rozciągające się wokół, jak wsłuchuje się w szum wiatru i wielogłos czasu.
Czy wie, co zaraz zrobisz?
Nie zadajesz sobie tego pytania, mimo że powinieneś.
Nagle czujesz przemożną chęć, by ostatni raz jej dotknąć. Pamiętasz tamto mieszkanie we Lwowie? Smak jej potu, ciepło skóry? Podchodzisz od tyłu i ogarniasz ją ramionami. Delikatnie zdejmujesz czapkę z jej głowy. Wdychasz zapach kasztanowych włosów. Chana nie wygląda na zaskoczoną, nie wyrywa się. Ulega tej niespodziewanej pieszczocie, chociaż nie czuła twojego ciała przy swoim od lat. Może wie, że dłużej nie zdoła przed tobą uciekać – ofiara i kat na zawsze pozostają zlepieni w jedno – i może nawet gotowa jest na śmierć, bo nigdy nie chciała się zestarzeć, pomna słów wieki temu zasłyszanych, chyba z ust Krzywickiej przy stoliku w Ziemiańskiej, że na starość człowiek staje się karykaturą samego siebie.
Przymykasz oczy. Lekko napierasz na plecy Chany. Za chwilę osiągniesz spokój. Nie poniesiesz kary. Twoja tajemnica będzie bezpieczna. Na zawsze pozostaniesz moim małym Lwem, Ariem, królem wielkiej mistyfikacji, którą była twoja rewolucja.
Ja zaś jestem tą, która jest starsza niż czas.
Jestem wiatrem i nocą.
Jestem Lilith.
Kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by sam przytem nie stał się potworem
Fryderyk Nietzsche
Poza dobrem i złem
tłum. Stanisław Wyrzykowski
Klaro, córeczko. Zamknij oczy i patrz.
Nie wiem, kiedy się zobaczymy, a tyle spraw muszę ci wyjaśnić. Zacznę więc od początku, a właściwie od chwili, którą za początek uznaję. Od dawna myślę o swoim życiu w ten sposób: wszystko działo się dla mnie przed tym dniem albo po tamtym dniu. To on stanowi cezurę. Jaśnieje we mnie, pulsuje jak światła warszawskich neonów.
Był listopad trzydziestego siódmego roku, miałam dwadzieścia lat i studiowałam na Uniwersytecie imienia Józefa Piłsudskiego, którego jedni w przyszłości nazywać będą geniuszem, inni zaś dyktatorem, w zależności od tego, w jaką prawdę wierzą, czy raczej: co im się prawdą wydaje. Mniejsza o to.
Tamtego wieczoru mrok spowijał miasto, wypełzając z zaułków i zalepiając wszystko wilgocią. Pamiętam każdy szczegół, chociaż minęło prawie dwadzieścia lat. Widzę, jak przecinam porośnięty suchotniczymi drzewkami plac Napoleona, przebiegam przez jezdnię Świętokrzyskiej i wkraczam w zaczarowaną Mazowiecką.
Asfalt lśnił po niedawnym deszczu jak szlachetne kamienie, chociaż ze szlachetnością niewiele miał wspólnego; tu i ówdzie znaczyły go psie i końskie odchody, wszędzie walały się niedopałki papierosów i gnijące przy krawężnikach liście, przyniesione z pobliskiego skweru listopadowym podmuchem, wciąż nieuprzątnięte przez dozorców. A jednak w tej części miasta nie sposób było natknąć się na chałaciarza, żebraka w łachmanach czy tanią uliczną kurewkę. Tu stolica udawała europejską damesę, pulsowała w neonowych reklamach błękitną i czerwoną krwią, szeleściła jedwabiem i pachniała drogą wodą kolońską. Elektryczne latarnie rozświetlały trotuar i bogato zdobione fasady kamienic.
Na wysokości sklepu z konfekcją męską przeszłam na parzystą stronę ulicy, tę uważaną za elegantszą, gdzie ruch pieszy zdawał się mniejszy, a zamiast zwykłych płaszczy oraz podszytych watoliną i wiatrem paltotów królowały pelisy i futra. Szybko minęłam Salon Sztuki Garlińskiego, następnie dom aukcyjny Polduro – z równie wątpliwym skutkiem udający Hôtel Drouot, co sama Warszawa Paryż – a wreszcie, zgrzana marszem, na chwilę zatrzymałam się przed witryną księgarni Mortkowicza.
Przez cały ten czas czułam na sobie spojrzenia mijających mnie mężczyzn. Wtedy wciąż nie byłam przyzwyczajona, że moja powierzchowność wzbudza uwagę. W Zawadowie byłam po prostu Hanką od Hryniewiczów, dziewczynką z burzą loków i o niebrzydkiej buzi, w której ciekawie wybełtały się cechy znanego wszystkim w miasteczku ojca i matki przybyłej pod pruską granicę nie wiadomo skąd. Tam nikt się niczemu nie dziwił, nikt się we mnie nie wpatrywał, a w Warszawie w oczach ludzi bez przerwy dostrzegałam pytanie: kim jestem i co się kryje za moimi osobliwymi rysami.
Naprzeciw obrotowych drzwi Małej Ziemiańskiej zaparkowało kilka powozów i taksówek oczekujących na klientelę, która już niebawem, gdy pierwszy akt wieczoru dobiegnie końca, w pijackim widzie zacznie peregrynować po mieście, szukając rozrywek w kolejnych modnych lokalach: Zodiaku, IPS-ie bądź SiM-ie.
Przycisnęłam do piersi teczkę z brązowej skóry, w której trzymałam rękopisy, i spojrzałam w jasne okna kawiarni.
Oczami wyobraźni widziałam wnętrze lokalu, gęsty dym unoszący się nad stolikami, a przy nich znane twarze. W rogu sali zapewne zgromadzili się już akolici wiecznie pajacującego Gombrowicza, w tym ta śliczna młoda poetka, Zuzanna, protegowana Tuwima, a może też Lipiński z żoną Ha-Gą i reszta szpilkowej kompanii, kawałek zaś dalej, pijąc, zaśmiewając się i grając w warcaby, biesiadowali jak zwykle satyrycy z „Cyrulika”.
Trudno powiedzieć, ile już razy stałam tak na ulicy, rozdarta między pragnieniem wejścia do środka a kompleksem prowincjuszki, lecz tym razem naprawdę byłam gotowa się przemóc. Wykonałam nawet krok w kierunku drzwi, gdy nagle od strony ulicy Traugutta i Zachęty nadjechał adler i zaparkował obok mnie.
Z wnętrza wyskoczył cierpiarz, obiegł samochód i otworzył drzwi siedzącej z tyłu damie. Kobieta z gracją opuściła fotel, ignorując wyciągniętą w jej stronę dłoń szofera.
Kąciki oczu opadające melancholijnie pod jaskółkami brwi, usta wykrzywione w sarkastycznym półuśmiechu i bijąca na kilometr pewność siebie – to mogła być tylko ona: Irena Krzywicka. Mistrzyni autokreacji, emancypantka i gorszycielka, orędowniczka wolnej miłości i antykoncepcji, kochanka Boya, a przy tym stała bywalczyni górnego pięterka kawiarni, gdzie wstęp mieli tylko wtajemniczeni.
Jeżeli do tej chwili roiłam sobie, że bez trudu wmieszam się w literacki tłumek z Ziemiańskiej – gdzie być może, zupełnie mimochodem, podetknę komuś do przeczytania i oceny jedną z moich literackich wprawek – to na widok Krzywickiej cała para ze mnie zeszła.
Bo co też sobie myślałam? Kimże byłam – ja, studentka polonistyki, w przykrótkim i cokolwiek wygryzionym przez mole elkowym futerku odziedziczonym po babce, w prostej sukience, z warkoczami, przez co mimo pełnoletności wciąż bardziej przypominałam pensjonarkę niż prawdziwą kobietę – by aspirować do świata za szybą?
Mocniej przycisnęłam do piersi teczkę z rękopisami i westchnąwszy raz i drugi, pokonałam kilkanaście kolejnych metrów, aby dotrzeć pod numer czternasty.
Parterowa kamienica z mansardą, wciśnięta w pierzeję wyrastających po tej stronie ulicy trzypiętrowych secesyjnych gmachów, przypominała złamany ząb. To tu mieścił się bar Pod Wróblem, przez bywalców nazywany po prostu: U Wróbla.
Skręciłam w bramę. Na podwórku znajdował się pawilon z przeszklonym dachem. Tym razem bez wahania przekroczyłam próg.
– Oto jest i nasza piękna panna Hania!
Nie zdążyłam zamknąć drzwi, kiedy od jednego ze stolików poderwał się tyczkowaty młodzian w krzykliwym garniturku, o ogolonej na gładko twarzy cherubina i z rzadkimi blond włosami zaczesanymi na pomadę do tyłu.
Józio Witkowski. Syn znanych w całej stolicy właścicieli okropnej kamienicy przy ulicy Przeskok trzy – pozlepianej przez pijanego architekta z przypadkowych fantazji na temat klasycyzmu – gdzie od rozpoczęcia studiów wynajmowałam pokój na piętrze, a na parterze mieścił się największy sklep kolonialny w Śródmieściu.
Syn jedyny i co należy dodać: marnotrawny, który ku rozpaczy rodzicieli zamiast pójść na jakiś porządny kierunek studiów czy choćby zaangażować się w rodzinny interes, postanowił zostać – o tempora, o mores! – tancerzem. A do tego ani myślał ganiać za dziewczętami, by zagwarantować przedłużenie daktylowo-waniliowego rodu, co starą Witkowską przyprawiało o ataki globusa. Zgorszenie i skandal!
A ja szczerze go uwielbiałam!
Ucałowawszy mnie po trzykroć, na przemian w oba policzki, Józio rzucił się, aby dopomóc mi ze zdjęciem futerka. W knajpie nie było szatniarza, zatem sam odwiesił tchórzofretki na wieszak przy drzwiach, a potem, szarmancko podając ramię, powiódł mnie do stolika w głębi sali.
Mimo wczesnej pory bar pękał w szwach, a zgiełkowi gości towarzyszył jazzowy jazgot płynący z ustawionego w rogu gramofonu. Podest dla bandu świecił dziś pustką.
– Nie sądziłam, że cię tu jeszcze zastanę – rzuciłam, przekrzykując wycie trąbki, gdy zmierzaliśmy na miejsce. – Wydawało mi się, że dziś wieczór występujesz w Bagateli.
– Wchodzę na scenę dopiero w drugiej części programu. – Witkowski odruchowo zerknął na zegarek. – Mam jeszcze trochę czasu.
Lokal sprawiał przyjemne wrażenie, chociaż wystrój nie należał do wyszukanych. Nie było tu kryształowych lamp i malowideł jak w kawiarni obok, były za to solidne stoły stłoczone gęsto jeden przy drugim, a na ścianach nieliczne bohomazy artystów, którzy za obiad zapłacili w naturze; Wachowicz, obecny właściciel przybytku, miał wobec głodnych artystów miękkie serce, co oni wykorzystywali nader często.
Zajęłam miejsce przy stole. Witkowski dosunął mi krzesło, a sam usiadł naprzeciw. Przy jego nakryciu stały już napoczęta porcja śledzia w śmietanie i kieliszek żytniówki. Obok leżały karta dań i ostatni numer „Wiadomości Literackich”, które widocznie czytał, zanim się pojawiłam. Na pierwszej stronie widniał duży nekrolog informujący o śmierci Uniłowskiego.
Józio szybko złożył gazetę, uznając widocznie, że doniesienia o zgonie mogą zakłócić nam trawienie, i podał mi menu.
Zajrzałam do karty jedynie pro forma, ponieważ znałam ją na pamięć, a równocześnie obok stolika, niczym zjawa, wyrósł kelner.
– Co podać? – zapytał, nachylając się usłużnie. Wyraz twarzy miał przy tym tak dystyngowany, jakby pracował co najmniej u Simona i Steckiego, nie zaś w zwyczajnym, choć pierwszorzędnym barze.
– Poproszę fasolkę. – Zdecydowałam się na najtańsze danie w karcie, chociaż oferowała ona znacznie ciekawsze specjały, jak beufsteak denstowany, móżdżek smażony w cytrynach czy pieczoną w całości kaczuszkę. Te jednak kosztowały już grubo powyżej złotówki.
– To wszystko?
Przytaknęłam.
– W żadnym wypadku! – żywo zareagował Witkowski. – Weźże też coś na rozgrzewkę. Jest piątek. Rozumiem, że pościsz, bardzo to zresztą szlachetnie i Bóg ci zapłać, chyba jednak nie musisz się umartwiać na sucho? Jako anioł i tak pójdziesz prosto do nieba – dodał z uśmiechem.
A piękne miał zęby: równe, zdrowe, białe. Rzadki widok w szczerbatej Warszawie. Zresztą dbał o nie obsesyjnie, kilka razy dziennie szorując niemieckim chlorodontem.
– Niech będzie. – Dałam się namówić, licząc w myślach, ile ta przyjemność będzie mnie kosztować. Z groszem ostatnio było u mnie krucho.
– Podać pani to samo, co pije pan szanowny? – Garson wskazał na opróżniony do połowy kieliszek Witkowskiego.
– Anioły nie pijają żytniówki! – Józek mrugnął do mężczyzny, co tamten całkowicie zignorował. – Panienka jest pisarką, a zatem poprosimy o coś godnego artystki. Może absynt?
– Nie mamy w ofercie. W zamian proponuję wyrób krajowy. – Zrobił usta w ciup i przygładził wąs. – Oferujemy piołunówkę z Łańcuta od hrabiego Potockiego. Gorzkie nuty doskonale podkreślą smak fasolki.
– Excellent! – przyklasnął Witkowski. A gdy kelner oddalił się w kierunku kuchni, nachylił się w moją stronę. – Znowu zrejterowałaś i nie weszłaś do Ziemiańskiej, co?
Nie odpowiedziałam, poczułam za to, że oblewam się pąsem.
Józek westchnął, a potem z dezaprobatą popukał palcem w teczkę, którą położyłam na krześle między nami.
– Zmarnujesz się. Skończysz studia, wrócisz na ten twój wygwizdów i drogi papa wyda cię za mąż za gminnego agronoma czy pośledniego urzędniczynę, który ci zmajstruje gromadę ślicznych, ale wściekle rozwrzeszczanych bachorów.
– Przesadzasz, Józiu. – Uśmiechnęłam się, mimo że nie było mi do śmiechu.
– Ani trochę, moja piękna. Tylu okropnych grafomanów teraz publikuje, a ty, chociaż masz w sobie iskrę, wciąż się krygujesz i zamiast wyjść z tym do ludzi, ukrywasz wszystko w szufladzie.
– A co, jeżeli i ze mnie jest grafomanka?
– Och, bzdura! – żachnął się. – To są doskonałe teksty: ciekawe i z pazurem. Miejże, dziewczyno, trochę wiary w siebie. Spójrz na taką Ginczankę. Jest w twoim wieku, a już publikuje, drukują ją w gazetach. Czytałem jej wierszyk w zeszycie „Skamandra”. I pierwszy tomik ma na koncie. A u kogo wydany? – Zacmokał. – U Przeworskiego! Osiągnęła sukces, a przecież to jakaś gąska z prowincji.
– Jest utalentowana i miała szczęście.
– Szczęście? A dajże spokój! – Witkowski, w typowy dla siebie, miękki sposób, powachlował ręką powietrze, jakby odganiał natrętną muchę. – Imaginuj sobie…
Przy stoliku znowu zmaterializował się kelner. Z tacy trzymanej wysoko w lewej ręce wprawnie zdjął talerz parującej fasolki oraz połyskujący zielonkawo kieliszek likieru i ustawił wszystko przede mną.
– W razie potrzeby pozostaję do usług. – Skłonił się, po czym ulotnił równie dyskretnie, co zjawił.
W zadumie pogrzebałam widelcem w talerzu. Witkowski także chwycił za sztućce. W przeciwieństwie do mnie miał apetyt. Pochłaniał kolejne dzwonka, wyłuskując je ze śmietanowej zalewy. Z wyraźną rozkoszą upił łyk wódeczki.
– Debiut Ginczanki nie miał nic wspólnego ze szczęściem – wrócił do przerwanego wątku, odstawiwszy kieliszek – po prostu dziewczę umiało zadbać o własny interes. – Wsunął w usta kolejny kawałek śledzia. – A z ciebie jest niereformowalna idealistka, ale nic nie rozumiesz: świat to guano, ręka rękę myje i nic nie dzieje się przypadkiem.
Przy stoliku zapadła cisza. W drugim końcu sali ktoś zarechotał jak wariat, zagłuszając jazz.
– Ale ja coś ci powiem, moja mała – ciągnął Józek z miną zupełnie poważną, co rzadko mu się zdarzało. – Chociaż to nie jest żadna wiedza tajemna, bo już od kilku osób to słyszałem: nim panna Zuza zdobyła wyróżnienie w konkursie „Wiadomości”, które poniekąd otworzyło jej właściwe drzwi, wcześniej w prywatnym liście wysłała swoje wiersze Tuwimowi. Oczywiście z pytaniem zupełnie niewinnym: „Czy ma pisać?”. Mistrz, dostrzegając kunszt panienki, odpowiedział, że owszem, i nadał bieg sprawom. Przy okazji namówił ją na studia w Warszawie, chociaż ona gdzieś z Kresów i bliżej by miała do Lwowa. Panienka przyjechała i wszystko potoczyło się gładko oraz z widomym ci rezultatem. – Odłożył sztućce i przetarł usta serwetką. – Oto i masz całą receptę na sukces. Potrzebna jest pewność siebie, jak to mówią: przebojowość! No i odpowiednie stosunki.
Znowu zamieszałam w talerzu, wciąż nie spróbowawszy fasolki. Nie jadłam nic od śniadania, w uniwersyteckim barze wypiłam jedynie kawę, ale teraz apetyt całkiem mnie opuścił. Myślałam nad słowami Witkowskiego.
– To nie umniejsza jej talentowi – stwierdziłam wreszcie.
– W rzeczy samej! Ja ci tylko tłumaczę, że nic nie jest kwestią fortuny, łutów szczęścia, jakichś tam metafizycznych zrządzeń losu ani komet na niebie.
Wokół jego bladoniebieskich oczu ciemniały gęste firanki rzęs. Może to dar natury, a może Józek czernił je tuszem? Nigdy nie miałam odwagi go o to spytać.
– Mógłbym ci pomóc. Wiesz, że poznałem w pracy Grossównę. Grossówna w „Cyruliku” pracuje dla Jarosyego, a on z kolei przyjaźni się z Tuwimem, Hemarem i resztą. Z tą twoją Krzywicką i Boyem też się znają. To najprostsza droga, aby ta teczuszka – znowu popukał w brązową skórę – trafiła do wielkiego Grydzewskiego na biurko.
– Byłoby wspaniale… – Przymknęłam oczy w rozmarzeniu, by natychmiast się zmitygować. – Co ja mówię! Nie zamierzam publikować dzięki koteriom. Nie chcę drogi na skróty.
– Doprawdy? Bo zaraz sobie pomyślę, żeś zapadła, piękna Haniu, na atrofię umysłu. Albo żeś jest, par excellence, po prostu głupia.
– Może i jestem.
Józek przewrócił błękitem swych dziewczęcych oczu. Wyraźnie tracił cierpliwość.
– I próbek do redakcji „Wiadomości” też nie zamierzasz wysyłać, jak mniemam?
To ostatni krzyk desperacji, na jaki bym się zdobyła. Nic nie przerażało mnie bardziej niż to, że w kolumnie „Korespondencja”, w której redakcja udzielała odpowiedzi na pytania czytelników i umieszczała zwięzłe recenzje nadesłanych prac, pojawiłaby się notka z moimi inicjałami: „Do H.H. w Warszawie. Uprzejmie dziękujemy za tekst. Rzecz bez wartości. Nie skorzystamy”.
– Nigdy w życiu! – przyznałam. – Umarłabym ze wstydu, gdyby mi publicznie odmówiono druku.
– Jak zatem widzisz swą przyszłość? Liczysz, że któryś z literatów stołujący się U Wróbla przypadkiem buchnie ci rękopisy między wódką a zakąską i tak się nimi zachwyci, że zaraz postanowi wydać? Hanka, dorośnij!
Jakby w odpowiedzi na słowa Witkowskiego do lokalu weszła Niuta Morska w towarzystwie Słonimskiego – widocznie byli kochankowie zasłodzili się już ciastkami w Ziemiańskiej albo po prostu postanowili się na chwilę uwolnić od tamtejszego towarzystwa. Na ich widok Wachowicz wybiegł zza bufetu i cały w uśmiechach, ukłonach i ucałowaniach rączek poprowadził znakomitych gości do sali znajdującej się w głębi lokalu, gdzie na takie okazje zawsze miał zarezerwowanych kilka stolików – w kameralnym kącie za bujną palmą.
Dyskretnie powiodłam wzrokiem za poetą i muzą. Ich głowy – jego łysawa i jej utleniona na żółto – szybko zniknęły za tropikalnym liściem. Witkowski chwycił resztkę żytniówki i stuknął w mój kieliszek, przywołując mnie do rzeczywistości.
– Wypijmy, moja mała, dla kurażu! – Wychylił wódkę do dna, ja ledwie zamoczyłam usta. Piołunówka była gęsta od goryczy. – Zobaczysz, życie przecieknie ci przez palce i ani się obejrzysz, a będzie po wszystkim. Popatrz no na tego tu biedaka. – Otworzył leżącą obok talerza gazetę i wskazał na widniejący na pierwszej stronie nekrolog młodego pisarza. – Taką Uniłowskiemu wróżono karierę, tak go chwalono, a już po chłopie.
Westchnęłam i dopiłam likier. Zielone ciepło rozlało mi się po żołądku i wystąpiło na policzki. W głowie się zakręciło, ale alkohol wcale nie dodał mi odwagi, zmiękczył jedynie kontury lokalu.
Witkowski zerknął na zegarek.
– Późno już. Chętnie bym ci potowarzyszył przez resztę wieczoru, lecz scena wzywa. – Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął skromny plik banknotów, odliczył kwotę i wsunął pod kartę. – Dziś ja zapraszam.
– Nie trzeba.
– Och, wiem, z panienki sufrażystka, zrób mi jednak przyjemność. Jestem obecnie przy forsie, co, jak wiesz, nie zdarza się często i zapewne długo nie potrwa. Szanowni matka z ojcem znów coś przebąkują o wydziedziczeniu i że olaboga, utrapienie i skaranie boskie. Mam im do końca roku przyprowadzić jakąś miłą pannę na obiad niedzielny i najlepiej do świąt się zaręczyć, inaczej nici z zapisu.
– I co ty na to?
– Jedyne rozwiązanie, że ty za mnie wyjdziesz.
– Nigdy w życiu. – Roześmiałam się.
– Tak sądziłem. Dlatego żegnajcie, frukta z rodzinnej fortunki.
Poderwał się energicznie od stołu. Znowu ucałował mnie po trzykroć w policzki.
– Widzimy się jutro w domu – rzucił na pożegnanie, chwycił gazetę i tanecznym krokiem wybiegł z lokalu, zostawiając mnie samą.
Jeszcze raz tęsknie zerknęłam w stronę sali, gdzie niedawno zniknęli Morska ze Słonimskim, potem na teczkę, a wreszcie w talerz zimnej fasolki. I naszła mnie cokolwiek niewesoła refleksja, że ten piątkowy wieczór mógłby się potoczyć na mnóstwo sposobów, mógłby być początkiem czegoś wspaniałego, a będzie jak zwykle. Scenariusz do imentu ograny: wrócę na Przeskok, w drzwiach pewnie wysłucham litanii utyskiwań Witkowskiej – że ten bałamut, jej syn, miast wziąć się za jakąś zbożną pracę, całe dnie lampartuje się, a nocami wywija obsceniczne hołubce na scenie – potem wypiję ziółka, trochę się pouczę, poczytam, może napiszę stronę lub dwie rozgrzebanego tekstu, a wreszcie zasnę przed północą, jak na grzeczną panienkę przystało.
Przez chwilę jeszcze słuchałam swingowych synkop trąbki i fortepianu, które, wymieszane z piołunem, nieoczekiwanie zaczynały nabierać harmonii i sensu. Skończyłam jeść, podziękowałam kelnerowi uśmiechem, zabrałam rękopisy i narzuciwszy na ramiona futerko, wyszłam na zewnątrz.
Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz. Minęłam bramę i znowu stanęłam na pulsującej gwarem i światłem Mazowieckiej. Chmury zawisły nisko nad dachami kamienic. Zanosiło się na deszcz. Powietrze pachniało mokrym asfaltem i dymem dobywającym się z kominów. Ruch pieszy się wzmógł, jezdnią w obu kierunkach sunęły perłowe sznury taksówek.
Nagle moją uwagę przyciągnął tyleż dziwaczny, co niepokojący szczegół miejskiego decorum. Po drugiej stronie ulicy, na gzymsie okna ostatniego piętra, przycupnęło wielkie ptaszysko. Zdawało się patrzeć wprost na mnie. Jego żółte ślepia jaśniały w ciemności. Zmarszczyłam brwi i próbując oswoić lęk, uśmiechnęłam się z niedowierzaniem na surrealizm tej sceny. Piołun wyraźnie mieszał mi w głowie. Niepotrzebnie piłam. Zacisnęłam powieki, odczekałam chwilę, otworzyłam. Gzyms był pusty.
Z Ziemiańskiej wytoczyła się Gombrowiczowska kompania. Rozbujanym krokiem podążała całą szerokością chodnika wprost na mnie. Odruchowo obróciłam się na pięcie i zamiast ku Świętokrzyskiej, którędy najszybciej dotarłabym na stancję, stuk-puk chwiejnymi obcasami po bruku umknęłam w stronę placu Małachowskiego.
Wciąż słysząc za plecami rozbawione okrzyki, dotarłam do skrzyżowania i tu, mając nadzieję, że artyści powędrują dalej na Królewską do IPS-u bądź SiM-u, zboczyłam w prawo, w kameralną ulicę Traugutta. Niestety tamci, niemal depcząc mi po piętach, uczynili to samo, by wreszcie – ku mej uldze – na wysokości numeru szóstego przeturlać się wesoło na drugą stronę jezdni i zniknąć za drzwiami niedawno powstałego Zodiaku.
Warszawski wieczór w jednej chwili wypełniły cisza i jesienny spleen. Od strony Krakowskiego Przedmieścia, którego światła widziałam już u wylotu Traugutta, napływał jednostajny i kojący szum przejeżdżających tramwajów. Żeby bezpiecznie dotrzeć do domu, właśnie tę drogę powinnam obrać.
Powinnam, lecz kalejdoskop mojego losu właśnie się obrócił, zmieniając układ szkieł i wykrzywiając pryzmat światła.
Zupełnie tego nieświadoma, skręciłam w wymarłą o tej porze ulicę Czackiego.
Kolejny cios. Tym razem w splot słoneczny. Krótki prawy prosty. Ból rozlewa się falą po ciele Ariego Rosenfelda i zgina go wpół. Kapelusz spada mu z głowy. Treść żołądka podchodzi do gardła, wywracając wnętrzności na nice. Chce mu się wymiotować. Ma już dość! A napastnicy wręcz przeciwnie, dalej go szarpią, przepychają między sobą jak kukłę. Z rąk do rąk. Od ciosu do ciosu. Pewnie szli za nim od bramy uniwersytetu, by dopaść znienacka na mniej ruchliwej ulicy.
Ilu ich jest? Ośmiu, dziesięciu? Tylu na jednego? Wyjątkowo to niestosowne i sprzeczne z jakimkolwiek kodeksem honorowym – chociaż mają na głowach studenckie czapki, na ramionach porządne płaszcze, a pod spodem niczego sobie garniturki. Z pozoru kulturalni chłopcy z dobrych aryjskich domów, przyszłe elity Rzeczypospolitej. A jednak zachowują się jak banda apaszów z Dzielnicy Północnej albo Szmulek.
Ktoś kopie Ariego Rosenfelda w pośladek. Upada twarzą na bruk.
– Wypierdalaj, Żydku, do Palestyny, jak ci się podział ławek na naszym uniwersytecie nie podoba! – Pryszczaty kurdupel w złoconych oprawkach pluje na trotuar obok Rosenfelda.
Wciągają go głębiej w mrok ulicy Dowcip odchodzącej w bok od Czackiego – o ironio! – co za nazwa dla klaustrofobicznego zaułka w środku wymuskanego Śródmieścia. Zresztą ciekawą ma historię ta uliczka, dowodząca wyjątkowej urbanistycznej kreatywności, ale ja teraz nie o tym.
Jeden z agresorów wyrywa Ariemu teczkę z dokumentami. Zagląda do środka i zaczyna śmiać się w głos.
– No proszę, proszę. – Cmoka, przeglądając zawartość. – Co my tu mamy? Czerwona bibuła, patrzcie, panowie! Żyd z ciebie, psi synu, a do tego komunista? Oj, nieładnie. Bardzo nieładnie. – Rozrzuca papiery po chodniku niczym talię kart. Ulotki fruwają w powietrzu. – Władze chętnie się tobą zajmą. Ale najpierw zajmiemy się my.
Pozostali też rechoczą.
I znowu uderzenie. I kolejne. Prawy sierpowy ześlizguje się wzdłuż żuchwy Ariego Rosenfelda, który odruchowo przeciąga językiem po zębach. W ustach krew, ale zęby całe. W głowie mu się kręci. Przed oczami pulsują wielobarwne plamy.
– I żebyśmy cię, kurwo, więcej na Krakowskim Przedmieściu nie spotkali, zrozumiano? – syczy z kresowym zaśpiewem najwyższy z nich, blondwłosy drab w garniturku od Zaremby i pelisie na karakułach. Chyba ich nieformalny lider. Pewnie z nazwiskiem kończącym się na -ski bądź -cki, w typie paniczyka na morgach. Pewnie były ministrant, a od przyjazdu do stolicy żarliwy narodowy neofita rozczytany w „ABC”. Dobrze, że ma rękawiczki, inaczej dłonie by sobie juchą upaprał. – Jak zobaczymy, że znowu spiskujesz z mośkami pod uniwersytetem, to nie będziemy już tacy uprzejmi.
– Jestem prawnikiem – charczy Arie, a różowa ślina kapie mu z ust na chodnik. – Mam prawo…
– Kim jesteś? – Blondynek śmieje się pod rzadkim wąsem. Chwyta ledwie trzymającego się na nogach Ariego za poły płaszcza, stawia go do pionu. – Prawnikiem? A mnie się zdaje, że żydowskim parchem.
Czy naprawdę nikt tego nie widzi? Nikt nie słyszy? Środek miasta, a jakby martwa pustynia – znam takie miejsce, tam odpoczywają demony.
Niecałe dwieście metrów dalej, u wylotu Czackiego, dozorca w maciejówce na siwej łepetynie zamiata chodnik. Ulicą przejeżdża taksówka. Pod dwunastką wysiada z niej elegancki jegomość – kapelusz od Cieszkowskiego, spodnie w prążek, w ustach cygaro, pewnie jeden z mieszkających tutaj bankierów – i szybko znika w bramie. Taksówkarz jedzie dalej w stronę Świętokrzyskiej, ale mijając Dowcip, zwalnia. Spogląda w ciemną uliczkę. Może nie widzi szarpaniny, a może właśnie widzi i dlatego dociska pedał gazu. Na jaką cholerę wtykać nos w nie swoje sprawy? Przed nim jeszcze kilka nocnych kursów. Piątek – Warszawa się bawi.
Gdzieś z góry, z drugiego piętra kamienicy, przez uchyloną szybę sennie spływają dźwięki Carusowskiej serenady Mi par d’udir ancora. Jednak okno szybko zamyka się z trzaskiem – widocznie melomanowi przeszkadzają hałasy z dołu.
I jest jeszcze ta dziewczyna. Idzie od strony Traugutta. Idzie niespiesznie, nie zważając na to, że niebo powoli zaczyna przeciekać. Mija właśnie gmach Towarzystwa Kredytowego Miejskiego. I chyba tak głęboko pogrążona jest we własnych myślach, że naprawdę niczego jeszcze nie słyszy. Jeszcze nie. Ale gdy wreszcie dociera do przecznicy z Dowcip i dostrzega szarpaninę, zamiast jak inni udać, że nic się nie dzieje, przystaje i rzuca podniesionym głosem:
– Zostawcie go!
Jest piękna. Drobna budowa ciała, orzechowe włosy splecione w warkocze, do tego interesujące rysy twarzy, na wpół arystokratyczne, na wpół egzotyczne – wystające kości policzkowe, wąski nos, na nim kilka piegów, wydatne usta i niewielka diastema.
I żółte oczy – jak moje – które w świetle latarni zdają się płonąć.
Hanka, którą ty, Arie, będziesz nazywał Chaną.
Panowie studenci, zaaferowani zadawaniem kolejnych ciosów, wciąż jej nie dostrzegają. Bawią się w najlepsze. Przemoc rozsadza testosteronem ich mięśnie i głowy, budzi pierwotne instynkty. Taniec nóg i gimnastyka ramion wzniecają ogień endorfin, którego nie gaszą nawet pierwsze krople deszczu. Każdy chce chociaż raz przywalić Żydkowi, po ostatnich razach jakby nieco bardziej przytomnemu, bo znowu z nimi dyskutuje, próbuje się wyrywać. Hardy taki. Szarpie się, miota. Ale niech Żydek wie, gdzie Żydka miejsce. Niechaj się grzecznie oddali na Nalewki, bądź jeszcze lepiej: na Madagaskar.
– Zostawcie go! – powtarza Hanka, podchodząc bliżej.
Nie boi się? Oczywiście, że się boi. Całe jej ciało krzyczy, że jest przerażona skalą brutalności chłopców w studenckich czapkach i widokiem krwi na twarzy ich ofiary, a jednak nie ucieka. Naiwna taka czy niespełna rozumu? A może po prostu szlachetna? Chana oznacza wszak miłosierdzie. Dobroć, miłość, łagodność. .
Dopiero teraz jeden z napastników dostrzega dziewczynę, ten z metra cięty, w złoconych oprawkach.
– Panienka się nie wydziera – prosi uprzejmie, wyszczerzając w uśmiechu krótkie zęby. – To nie są widoki dla takich pięknych oczu. No już! Już tu panienki nie widzę.
– Co mu robicie? Zostawcie! Na pomoc!
Hanka chyba nie zamierza posłuchać – nie dość, że szlachetna, to na dodatek uparta. Jeszcze nieraz ją ten upór zaprowadzi na manowce. Odwraca głowę w stronę ulicy Czackiego i wydziera się tak, że aż echo wali w mury:
– Po-mo-cy!
W ciemnościach nad ich głowami otwiera się okno. Tym razem to nie meloman.
– Co się tam dzieje?! – Słychać poirytowany kobiecy głos. – To porządna dzielnica. Wynocha stąd, bo po policję zadzwonię!
Dopiero na tę groźbę oprawca puszcza poły płaszcza Ariego. Mężczyzna osuwa się pod nogi studentów jak kukiełka, której przecięto sznurki. Już się nie broni. Więc na koniec tylko jeszcze jeden mały kopniaczek. I jeszcze. Któryś z młodych ludzi nachyla się nad leżącym i wyciąga coś spomiędzy fałd płaszcza. Zimny błysk na ułamek sekundy przecina ciemność.
– Idziemy! – zarządza wreszcie blondyn. Po czym woła w górę: – Już dobrze, pani szanowna, myśmy tu tylko pogawędkę sobie ucięli z kolegą. Proszę się nie denerwować, nie ma co telefonować, już sobie idziemy! Dobrej nocy.
Okno w kamienicy się zamyka. Zapada cisza i tylko coraz cięższe krople rozbijają się o trotuar.
Porzucają pobitego jak bezpańskiego psa. Wymijają oszołomioną dziewczynę i niespiesznym krokiem skręcają w stronę Świętokrzyskiej, by kilka chwil później zniknąć za winklem, wtapiając się w substancję miasta.
Hanka podbiega do mężczyzny. Dookoła porozrzucane papiery, nieopodal kapelusz, aktówka.
– Nic panu nie jest?
Arie Rosenfeld nie odpowiada, oczy ma zamknięte. Z wargi sączy się krew. Cicho kaszle, zwinięty na ziemi jak embrion.
Dziewczyna nad nim przykuca.
– Co oni panu zrobili? Zwierzęta! Proszę pana – potrząsa delikatnie jego ramieniem – niechże się pan ocknie…
Niebo pęka, zaczyna lać. Arie przytomnieje i patrzy przez dłuższą chwilę na dziewczynę, jakby nie rozumiał, gdzie jest i co się dzieje. I nie wie, że oto zakrzywia się czas – chociaż ma już trzydzieści lat, to dla niego, podobnie jak dla niej, wszystko będzie się liczyło właśnie od tej pory.
Maca się po brzuchu. Przyciska dłoń do lewego boku. Na płaszczu pojawia się brunatna plama.
– Mój Boże… Pan krwawi!
Arie próbuje się dźwignąć. Hanka mu pomaga. Chwyta go pod ramiona, podnosi z trudem – jest wyższy od niej o głowę, a chociaż szczupły, jednak swoje waży – i opiera o ścianę. Sięga po leżący obok kapelusz, nasuwa mu go na głowę, bo ciemne włosy są już zupełnie mokre.
– To nic – charczy mężczyzna cicho, z trudem trzymając pion. Każde słowo go boli, usta ma spuchnięte, w nich krew, nos chyba złamany. – To pewnie tylko draśnięcie.
– Pan musi natychmiast jechać do szpitala. Zaraz pobiegnę po pomoc. I zawołam policję. Na Świętokrzyskiej na pewno kręci się jakiś granatowy. Trzeba tamtych złapać. – Hanka wyrzuca z siebie potok słów, z coraz większym przerażeniem wpatrując się w ciemniejący punkt na płaszczu.
– Nie! Żadnej policji.
– Przecież napadli pana.
– Nic mi nie będzie. Proszę tylko pomóc mi to pozbierać. – Arie wskazuje na rozrzucone wokół dokumenty, wciąż przyciskając rękę do boku. – I teczka. Gdzieś tu powinna być teczka. Proszę…
Podnosi głowę i wbija w nią oczy – są czarne, przeszywające, jakby bez dna. Pod naporem tego spojrzenia dziewczyna mięknie:
– Dobrze, ale proszę się stąd nie ruszać. Pana musi obejrzeć lekarz.
Zostawia go, podnosi leżącą kilka metrów dalej teczkę i w pośpiechu zaczyna zbierać do niej przemoczoną bibułę, którą wiatr rozwiał po całej ulicy. Wyławia papier z rynsztoków i kałuż – jest ubłocony i rozłazi się w palcach.
Wraca do pozostawionego pod ścianą mężczyzny, który znowu traci świadomość. Jego ciało bezwładnie osuwa się po murze.
– Proszę pana…!
Zostawia przy nim rzeczy i pędem rusza w stronę ulicy Czackiego, którą przejeżdża taksówka. Światło jej lamp przecina słupy deszczu. Wybiega wprost na nią. Podnosi ramiona, blokując drogę. Auto w ostatniej chwili hamuje, resory stękają, opony tańczą na mokrej nawierzchni, rozbryzgując brudną wodę na boki. Chrom zderzaka zamiera zaledwie parę centymetrów przed nogami dziewczyny.
Taksiarz, przeklinając wściekle, szarpie się z korbą szyby i wychyla głowę na deszcz:
– Psiakrew! Oszalałaś, dziewczyno! Kto to widział, tak się pod koła rzucać? Samobójczyni z panny, czy jak? Mało brakowało, a na śmierć bym panienkę rozjechał.
Hanka opuszcza dłonie i kładzie je na masce. Woda spływa jej po twarzy.
– Tam! – przekrzykuje deszcz bijący o blachę, wskazując głową w bok. – Człowiek. Ranny. Napadli go. Musi mi pan pomóc. Do szpitala trzeba natychmiast!
Mężczyzna nie wygląda na zadowolonego, nie widzi mu się wyłażenie z suchej kabiny w potop, mruczy coś pod nosem.
– Zapłacę – uspokaja Hanka, widząc jego wahanie.
Na pewno nie o takiej klienteli marzył. Ale klient to klient. No i głupio tak w ulewę ludzi w potrzebie zostawiać.
– Gdzie ten człowiek? – pyta już nieco łagodniejszym tonem, zakładając czapkę z daszkiem.
– Tu, zaraz. Pan zaparkuje przy chodniku i pomoże mi go przenieść.
Chwilę później, podtrzymując we dwoje półprzytomnego Ariego, doprowadzają go do taksówki. Siłują się ze zwiotczałym ciałem, by umieścić je na tylnym siedzeniu.
Kierowca przygląda się opuchniętej twarzy mężczyzny. Z pękniętych ust wciąż sączy się krew. Na policzkach, żuchwie, pod lewym okiem i wokół nosa zaczynają rozkwitać siniaki.
– Ajaj, kto go tak urządził?
– Nie wiem. – Hanka wrzuca do środka swoją teczkę i tę bliźniaczo podobną: pełną mokrych papierów. Sadowi się koło rannego. – Przechodziłam ulicą. Kilku ich było.
– Niczego sobie kawaler, ale zdaje mnie się, Żydek, Żydek jak amen w pacierzu, i chyba forsiasty, bucik pierwsza klasa, od razu znać. – Cmoka. – Pewnie chcieli mu co skubnąć. Co za czasy? Żeby nawet w Śródmieściu nie było bezpiecznie.
Szofer już zamierza zamknąć drzwi za pasażerami, kiedy na płaszczu Ariego dostrzega plamę.
– Jezusie Maryjo, a to co? Kozikiem go pogłaskali?
– Nie wiem.
– A jeśli mi tapicerkę upaskudzi?
– To zapłacę. Nie stój pan tak!
Mężczyzna zatrzaskuje tylne drzwi, wskakuje za kierownicę i wrzuca bieg.
– Dokąd panienka kursik życzy? – pyta przez ramię.
– Do Dzieciątka Jezus.
– Do Świętego Rocha bliżej.
– No to jedź pan do Rocha. Byle szybko!
Auto zawraca, silnik zaczyna wyć basem. Suną ulicą Czackiego w stronę Traugutta.
Głowa Ariego kiwa się i opada na ramię dziewczyny.
Listopadowy wieczór, nasiąknięte deszczówką tchórzofretki, mokre buty, a potem kilka godzin oczekiwania w niedogrzanym korytarzu szpitala Świętego Rocha. Nie dziwota, że skończyło się bólem głowy, a całą sobotę spędziłam z nosem pod pierzyną. Przez cały dzień trochę spałam, trochę rozmyślałam o mężczyźnie z Dowcipu – wciąż majaczył mi powidok jego niepokojącego spojrzenia – trochę próbowałam się uczyć.
W niedzielę koło południa powidoki się rozmyły, a o rozmyślaniach czy nauce nie było już mowy, do ogólnego osłabienia doszły bowiem gorączka, poty, dreszcze, a wreszcie ostry kaszel. Jego dźwięk z taką intensywnością szarpał mury kamienicy przy Przeskok trzy, że Witkowscy zgodnie uradzili, by czym prędzej zawezwać do mnie lekarza.
Ten mnie opukał i osłuchał, zajrzał w oczy, gardło i uszy, po czym zabronił ruszać się z łóżka przez tydzień. Może to zwykłe przeziębienie, a może nie, trzeba dmuchać na zimne, kto wie, czy nie przyplątała się do mnie jaka influenza, i a nuż rozwinie się, i powikła w co jeszcze poważniejszego, w bronchit dajmy na to albo gorzej: zapalenie płuc. A zatem na razie izolacja, żadnych wyjść z domu, żadnych zajęć na uniwersytecie. I okien nie otwierać, bo przeciągi, a na dworze szaruga, i pokój ogrzewać porządnie, na opale nie szczędząc. Potrzeba pannie odpoczynku, maści końskiej, rosołu, ziółek i dwóch tabletek togalu trzy razy na dobę. A jeżeli do środy kaszel nie ustąpi, to i bańki trzeba będzie postawić.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
A jeśli długo wpatrujesz się w otchłań, otchłań także wpatruje się w ciebie.
Fryderyk Nietzsche
Poza dobrem i złem
tłum. Stanisław Wyrzykowski
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
Część I 1937–1938
Część II 1947–1956
Epilog
Posłowie
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Epigraf
Meritum publikacji
