59,99 zł
Dwanaście morderstw w jednym mieście – zabytkowym i kulturalnym Wrocławiu. Brutalnych, zaskakujących, często długo nierozwiązanych, tajemniczych i mrocznych. Gdyby się nad nimi bardziej zastanowić – wręcz obrzydliwych. W ten sposób swój żywot przedwcześnie kończyły dzieci i dorośli. Za ich tragedią nie stał przypadek, lecz zawsze człowiek – pociągający za spust lub chwytający nóż, który kilka sekund później zatopił w ciele ofiary.
Inessa Demarczyk i Aneta Ormańczyk idą tropem wydarzeń – od relacji świadków, przez oficjalne śledztwa po doniesienia prasowe. Analizują każdy szczegół, szukając prawdy pośród sprzecznych zeznań i domniemań na temat tych makabrycznych zbrodni.
Ta książka wzbudziła mój ogromny podziw i jeszcze większą zazdrość. Zachwyca skrupulatność, z jaką opisane są najbardziej przerażające historie stolicy Dolnego Śląska. Nie ma tu miejsca na bezmyślne przepisywanie plotek – jest bezwzględna i krytyczna analiza wszelkich dostępnych publikacji. Sam zgłębiałem niektóre sprawy opisywane w tej książce, przekopywałem archiwa na całym świecie, założyłem, że sprawdziłem już wszystko i więcej wydobyć się nie da. Tymczasem autorki pokazały mi, jak bardzo się myliłem!
Mikołaj Kołyszko, autor podcastu Egzorcyzmy. Przerażająca historia Anneliese Michel
Autorki
Inessa Demarczyk – pisarka, podróżniczka, miłośniczka historii i legend. Uwielbia zagadki. Ich rozwiązań szuka wszędzie: w aktach, na taśmie filmowej i w terenie. Analogowe źródła udanie łączy z cyfrową formą przekazu. Wiele lat temu założyła projekt internetowy Nieustanne Wędrowanie. Córka Anety.
Aneta Ormańczyk – wielbicielka samotnych podróży. Wnikliwie szuka interesujących tematów, ma talent do wynajdowania historycznych perełek. Aktywnie współtworzy bloga Nieustanne Wędrowanie. Mama Inessy.
Autorki książki Mroczne tajemnice Dolnego Śląska.
Gdy umilkły echa wystrzałów pod oknem Józefa W. w kwietniu 1957 roku, seryjny morderca ucichł. Milicja prowadziła postępowania z wielkim wysiłkiem, jednak sprawy albo umarzano, albo utknęły w martwym punkcie. Dlaczego ataki ustały? Może czujność władz spowodowała, że dalsze działania z bronią w ręku były zbyt ryzykowne.
Po latach wielu komentatorów tych wydarzeń mówi, że punktem przełomowym na drodze do rozwiązania zagadki był zwykły przypadek. Ja jednak twierdzę, że morderca wpadł, bo zgubiło go przekonanie o własnej nieomylności, szczęściu i bezkarności.
Była noc z 29 na 30 czerwca1958 roku. Ulice patrolowali dwaj funkcjonariusze, sierżanci Nowak i Juras. Nagle mężczyźni zauważyli samotnego osobnika, który wydał im się podejrzany. Ich czujność się wzmogła, ponieważ kiedy ów przechodzień ich zobaczył, w pierwszym odruchu się zawahał, jakby rozważał ucieczkę. Później jednak ruszył przed siebie pewnym krokiem, ale z lekko spuszczoną głową. Gdyby nie ta jedna chwila zawahania, to czy wszyscy nie minęliby się bez słowa i poszli w swoją stronę? Jest takie prawdopodobieństwo.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 377
Rok wydania: 2025
Autorki: Inessa Demarczyk, Aneta Ormańczyk
Autor wstępu: Daniel Demarczyk
Autorka epilogu: Joanna Stebel
Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan
Korekta: Ocean Baśni – Agnieszka Krawczyk
Projekt okładki: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN
Projekt makiety i skład: Izabela Kruźlak
Redakcja techniczna: Aneta Kaczmarek
Zdjęcia: Polska Agencja Prasowa: (107 PAP/ Adam Hawałej; 147 PAP/Cezary Słomiński) Shutterstock.com: 28 (FotoDax), 82 (Milosz Kubiak), 85 (Monika Gruszewicz), 112 (meowKa), 206 (Motortion Films), 239 (SynthEx), 257 (Gorodenkoff), 274 (Czajnikolandia), 282 (Maciej Matlak)
Pozostałe zdjęcia: Daniel Demarczyk
Redaktor prowadząca: Ewelina Wolna-Olczak
Kierownik redakcji: Agnieszka Górecka
© Copyright by DEMARCZYK.COM Daniel Demarczyk © Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.
Bielsko-Biała 2025
Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. ul. Zapora 25 43-382 Bielsko-Biała tel. 338282828, fax [email protected]
ISBN 978-83-8317-691-8
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wszystkie treści zawarte w tej publikacji, w tym teksty, ilustracje, zdjęcia i grafiki, podlegają ochronie prawnoautorskiej. Zabrania się ich wykorzystywania do trenowania modeli sztucznej inteligencji, w tym dużych modeli językowych (LLM), tworzenia zbiorów danych, eksploracji tekstów i danych (text and data mining) oraz jakichkolwiek innych form automatycznego przetwarzania treści w celach komercyjnych, analitycznych lub badawczych bez uprzedniej, pisemnej zgody wydawcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
PAMIĘCI WSZYSTKICH OFIAR OPISANYCH W TEJ KSIĄŻCE, KTÓRYCH ŻYCIA ZGASŁY ZBYT SZYBKO.
TRZYMASZ W RĘKU NAJLEPSZĄ KSIĄŻKĘ AUTOREK NIEUSTANNEGO WĘDROWANIA, JAKA ZOSTAŁA WYDANA DO TEJ PORY.
Być może gdzieś na świecie są romantyczni autorzy, dla których pisanie wiąże się z rytuałem porannej kawy, starannym założeniem okularów na nos i zasiadaniem przed elegancką maszyną do pisania w odpowiednio zaaranżowanym, cichym gabinecie z widokiem na ogród pełen kwiatów, wypełnionym promieniami słońca, które przebijają się przez listowie, i na wiewiórki figlarnie goniące się po pniu drzewa. Może tak wygląda idealna przestrzeń pisarska. Jednak nie dla autorek Nieustannego Wędrowania.
Dwanaście morderstw w jednym mieście – pięknym, zabytkowym, kulturalnym Wrocławiu. Brutalnych, zaskakujących, często długo nierozwiązanych, tajemniczych i mrocznych. Gdyby się nad nimi bardziej zastanowić – wręcz obrzydliwych. W ten sposób swój żywot przedwcześnie kończyły dzieci i dorośli. Za ich tragedią nie stał przypadek, lecz zawsze człowiek – pociągający za spust lub chwytający nóż, który kilka sekund później zatopił w ciele ofiary.
Co może czuć ktoś, z kogo uchodzi życie? Pomyśl o tych wszystkich latach, które są za tobą. Stresach przed klasówką, reprymendach rodziców, pierwszym trzaśnięciu drzwiami samochodu od strony kierowcy, podróżach pociągiem, wypłatach na konto, budowanych przez lata więzach rodzinnych, złych i dobrych decyzjach składających się na sumę twoich doświadczeń. A później wyobraź sobie, że tracisz to wszystko w kilkunastu zupełnie przypadkowych sekundach, nad którymi nie masz żadnej kontroli. Bo ktoś tak postanowił.
Od samego początku obserwowałem, jak Aneta i Ines dobierają tematy, szukają źródeł, analizują je i tworzą z nich owiane mrokiem opowieści o wspólnym mianowniku: mieście, w którym wszystko się wydarzyło. Pisanie o takich sprawach nie ma nic wspólnego ze wspomnianym wcześniej bezpiecznym, sielskim, wręcz idyllicznym otoczeniem. Z tego krajobrazu zostaje co najwyżej kawa, ale liczona w hektolitrach. Setki źródeł, nierzadko trudnych do zdobycia, szczególnie w przypadku starszych spraw. Próba dojrzenia tego, co było prawdą, a co nie. A potem ból związany z całkiem ludzkimi pytaniami: Dlaczego? Czy tak musiało się to skończyć? Co by było, gdyby ten dzień potoczył się inaczej?
NIE ZNAJDZIESZ WIELU TAKICH PYTAŃ W TEJ KSIĄŻCE. KAŻDA Z OPOWIEŚCI TO PRZEDE WSZYSTKIM ZBIÓR FAKTÓW I KRÓTKI REPORTAŻ, KTÓREGO AUTORKI DĄŻĄ DO WYJAŚNIENIA TEGO, CO SIĘ STAŁO. CELEM JEST ROZWIĄZANIE MROCZNEJ ZAGADKI. ZAZWYCZAJ SIĘ TO UDAWAŁO, LECZ NIE ZAWSZE BYŁO MOŻLIWE – NIEKTÓRE WYDARZENIA POZOSTAJĄ OWIANE TAJEMNICĄ DO DZIŚ.
Mroczne tajemnice Wrocławia to podróż przez trzy stulecia: XIX, XX i współczesność. Pośrednio ukazany został proces przemian prawnych oraz wpływ wykorzystania różnych technik badawczych na wynik śledztwa. Tak naprawdę nie zmieniło się jedno – mieszkańcy Wrocławia ginęli z rąk swoich oprawców zarówno sto lat temu, jak i obecnie.
Część wydarzeń, szczególnie tych z XIX wieku, wciąż jest nieznana i nie została opisana w źródłach masowego przekazu aż do dziś. Dzięki pozyskanym wycinkom gazet, mowom prokuratorskim i nielicznym dokumentom, udało się odtworzyć przebieg wydarzeń. Nieco łatwiej – choć tylko w pewnym sensie – było w przypadku porządkowania spraw mniej odległych czasowo. Tu ogólnodostępnych informacji jest wiele, ale czytając pierwszy z brzegu artykuł opublikowany w internecie, trudno zyskać szeroki i w pełni rzetelny obraz danego wydarzenia.
Dzięki tej książce i zamieszczonych w niej zdjęciach możesz się wybrać na wyjątkowy spacer po współczesnym Wrocławiu. Bez wiedzy przekazanej przez autorki zobaczysz jedynie zwykły budynek, być może o fascynującej architekturze, zrobisz limit kroków po parku, przejedziesz obok kilku miejsc tramwajem, wypijesz rozgrzewający trunek w barze, udasz się do teatru, posiedzisz nad rzeką. Jednak pod tą fasadą codzienności Wrocław skrywa swoje drugie – mroczne oblicze. Ta książka ma na celu odkrycie go, lecz nie obnażenie. Pomimo tak wielu kryminalnych spraw to miasto wciąż jest uważane za szczególnie godne odwiedzenia. Może po lekturze tej książki zechcesz nie tylko powędrować utartymi turystycznymi i rekreacyjnymi szlakami, ale też dokładniej przyjrzeć się tkance metropolii i ludziom, którzy w niej mieszkają.
Daniel Demarczyk,
właściciel projektu Nieustanne Wędrowanie
Prokuratura oskarża o zabójstwo lekarkę Agatę M. i jej znajomego, ratownika wodnego Dariusza B.” – relacjonowała „Gazeta Wyborcza” 7 maja 1999 roku1, kiedy to decyzją Sądu Najwyższego przedłużono o kolejne trzy miesiące areszt oskarżonej o zabójstwo Agaty M. i osadzono w więzieniu Dariusza B. pod zarzutem współudziału. Żadna z wymienionych osób nie przyznawała się do popełnienia zbrodni. Sprawa stała się głośna, ponieważ występowały w niej takie motywy, jak romans w tle tragicznych wydarzeń oraz rzekome złamanie przysięgi Hipokratesa.
„Sąd Apelacyjny utrzymał wczoraj w mocy wyrok 25 lat więzienia dla lekarki, która zabiła żonę swojego kochanka, i 15 lat pozbawienia wolności dla jej płatnego pomocnika. Orzeczenie jest prawomocne” – podała prasa w artykule Winni morderstwa2 z 20 kwietnia 2000 roku. Ze względu na wysoki wymiar kary wydaje się, że zbrodnia została skazanej udowodniona, jednak śledztwo w sprawie morderstwa Anety G.-Ch. było prowadzone dość chaotycznie, a w jego trakcie pojawiło się wiele alarmujących wątków. Mimo to, kiedy zaczęłam badać tamte wydarzenia i próbowałam ułożyć je chronologicznie na osi czasu, byłam w szoku, ponieważ ustaliłam, że skazana za morderstwo lekarka Agata M. opuściła więzienne mury nieco wcześniej i obecnie od kilku lat prowadzi własną praktykę lekarską. Uznałam ten fakt za kontrowersyjny. Zresztą nie tylko ja –internauci komentujący pod wizytówką jej firmy nie zostawiają na niej suchej nitki.
„Nie ma mowy o spłaceniu winy w przypadku zabójstwa! Odebrała kobiecie życie z najniższych pobudek! Kara śmierci powinna wrócić! Tylko ona byłaby jakimś sensownym wyjściem z sytuacji. Nie narażajcie ludzi na kontakt z morderczynią!3” – napisał użytkownik o nicku Tess. To nie wszystko. W innym komentarzu czytamy: „Morderczyni skazana prawomocnym wyrokiem może leczyć ludzi w tym kraju? Chora atrapa państwa4”.
Wśród krytycznych ocen znalazła się jedna, która prezentuje zupełnie odmienne stanowisko:
„Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem. Proces miał charakter poszlakowy. Jeden grzech tej niewiasty nie pozostawia złudzeń, naruszone szóste5 przykazanie. Nie wbijajmy jej za życia w ziemię, nie mamy do tego prawa6”.
Jak łatwo się domyślić, wypowiedź ta wzbudziła spore kontrowersje. Warto zwrócić uwagę na jedno zdanie: „Proces miał charakter poszlakowy”. To akurat prawda. Co to znaczy? „Przez proces poszlakowy należy rozumieć proces, w którym nie ma bezpośrednich dowodów winy, gdyż poszlaki są dowodami niepełnymi, okolicznościami, na podstawie których można jedynie wnioskować o winie”7.
Nie zajmę żadnego stanowiska w sprawie morderstwa Anety G.-Ch. i skazanej za odebranie jej życia Agaty M. Zrobię jednak wszystko, co mogę, aby na postawie zgromadzonych przez siebie źródeł zrekonstruować to, co wydarzyło się 3 października 1996 roku oraz podczas rozpraw sądowych, pamiętając przy tym o poszlakowym charakterze tamtego śledztwa.
„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego”8 – ten fragment Hymnu o miłości z 1 Listu do Koryntian często jest przytaczany podczas ceremonii ślubnych w Kościele katolickim. Te piękne słowa bywają w bolesny sposób weryfikowane przez rzeczywistość. Małżeństwa, z założenia zawierane na zawsze, okazują się znacznie mniej trwałe, mężowie zdradzają żony, a żony mężów. W konsekwencji miłość staje się zniecierpliwiona, surowa, zazdrosna, szukająca uznania, pyszna, bezwstydna, egoistyczna, rozgniewana i pamiętająca wszystko, co złe. Bywa też tragiczna, czego doskonałym przykładem jest historia Agaty M., Dariusza Ch. oraz Anety G.-Ch., która przypłaciła przysięgę małżeńską własnym życiem.
Widok na budynki przy ul. Inżynierskiej, okolice zamieszkania Anety G.-Ch.„Jest rok 1995. Agata M. jest młodą, świetnie rokującą lekarką. Pochodzi z dobrego domu, jest bardzo związana ze swoimi rodzicami, świetnie się uczy, jest ambitna, koleżeńska, ale nie jest jakąś specjalną duszą towarzystwa. Jest normalną, lubianą, zwykłą dziewczyną z sąsiedztwa”9 – w taki sposób przedstawia tę kobietę Justyna Mazur-Kudelska, autorka podcastu „Piąte: Nie zabijaj”, w odcinku poświęconym tej kryminalnej zagadce. Niestety, informacjom tym nie towarzyszy żadna wzmianka dotycząca źródeł, z jakich korzystała znana podcasterka. Ale to nie jedyne miejsce w sieci, gdzie Agatę nazywa się „lekarką z powołania”10, która chciała wykonywać ten zawód od zawsze.
Aleksandra Zielińska w artykule Wrocławski krwawy trójkąt miłosny – zabójstwo Anety Ch., opublikowanym na Wrocławskim Portalu11, wspomina, że Agata M. nigdy nie przysparzała problemów wychowawczych. Co więcej, w jej rodzinie nikt nie narzekał na brak pieniędzy, co pozwalało Agacie spełnić swoje ambicje o pójściu na studia medyczne. Zamierzała w przyszłości zostać pediatrą. Jednak najwyraźniej w trakcie nauki jej plany nieco ewoluowały, ponieważ za namową swoich znajomych podjęła decyzję o rozpoczęciu pracy we wrocławskim pogotowiu ratunkowym.
„Ta praca wciągnęła ją i pochłonęła bez reszty – adrenalina towarzysząca wyjazdom do pilnych zgłoszeń, satysfakcja z ratowania ludzkiego życia, pęd i chaos tylko dodawały jej skrzydeł”12.
Młoda ratowniczka spełniała się w zawodzie. Miała wiedzę, umiejętności i ogromny potencjał, aby doskonalić się w swojej pracy. Jednak z racji wieku nie dysponowała takim doświadczeniem, jak jej starsi koledzy z karetki. Jeden z nich imponował jej bardziej, niż inni. Szybko okazało się, że Dariusz Ch. wzbudza w Agacie nie tylko podziw jako ratownik z dłuższym stażem, ale także cały wachlarz uczuć, które może wywołać w kobiecie mężczyzna. Agata M. zakochała się w nim bez pamięci.
Dariusz Ch. opisywany jest jako człowiek zrównoważony, mający wówczas piękną żonę i małe dziecko. Według wielu artykułów, które można przeczytać w internecie, miał on tych dwoje bardzo kochać. Dlatego też dziwi mnie, że stateczny mężczyzna z bardzo konkretnie ulokowanymi uczuciami tak szybko wdał się w romans z młodszą koleżanką z pracy. Ten przykładny mąż i ojciec ratujący zawodowo ludzkie życie po zakończonym dyżurze zamiast do swojego domu udawał się do mieszkania Agaty M., gdzie zdecydowanie nie rozwiązywali krzyżówek. W pełni rozumiem, że Dariusz Ch. cieszył się doskonałą opinią wśród innych ludzi oraz że dziennikarze w swoich tekstach chcieli ten fakt podkreślić, ale zaskakuje mnie, że mało kto zwraca uwagę, iż jego społeczny portret znacznie odbiegał od tego, kim był naprawdę, czyli mężem zdradzającym żonę, który nie wracał z pracy do swojego niedawno urodzonego potomka, oraz kochankiem deklarującym, że nie opuści żony, ale z chęcią przed niedzielnym obiadem wpadającym na seks do swojej znajomej z pogotowia.
Nie można jednak odmówić Dariuszowi Ch., że sprawę stawiał jasno. Nie obiecywał swojej kochance złotych gór. Od początku dawał jej do zrozumienia, kim dla niego jest i że to z pewnością się nie zmieni. Agata M. weszła w ten układ. Zgodziła się na zaproponowane warunki, ale jak to w podobnych sytuacjach bywa, liczyła na to, że z czasem coś drgnie i płomienny romans przerodzi się w prawdziwą miłość. Czy tych dwoje postępowało w wątpliwy moralnie sposób? Zdecydowanie tak. Nie chcę jednak nikogo oceniać. Jesteśmy jedynie ludźmi, którzy często postępują tak, jak dyktuje im układ hormonalny. Dariusz Ch. zapewne uległ pokusie seksualnej przygody z młodą, zapatrzoną w niego jak w obrazek lekarką, a ona – jak tysiące innych kobiet na świecie uwikłanych w toksyczne związki – wierzyła, że jest kimś więcej niż epizodem w życiu swojego kochanka. Zatem gdyby nie to, co wydarzyło się później, związek Agaty M. i Dariusza Ch. byłby tylko zakazaną namiętnością, jakich mnóstwo było przed nimi, trwa obecnie i wydarzy się w przyszłości.
Znajomość tych dwojga trwała w najlepsze. Niestety, marzenia Agaty M. o tym, że jej wybranek zechce odejść od żony i związać się z nią, się nie spełniały. W związku z tym coraz częściej naciskała na to, by Dariusz Ch. złożył pozew rozwodowy i przyznał się do zdrady. On jednak nie zamierzał tego zrobić i w podobnych momentach sugerował rozstanie z kochanką, skoro przestał jej odpowiadać ich układ. Wówczas Agata odpuszczała.
„Mimo że Agata przystała w końcu na żądania mężczyzny i oznajmiła, że pasuje jej ich układ, to wciąż planowała swoje życie u boku Dariusza. Wyobrażała sobie, że on zostawia żonę i przeprowadza się do niej, że biorą ślub i że ona także rodzi mu dziecko. Wierzyła właściwie, że jeśli da mu potomka, to Darek bez zastanowienia wybierze ją, młodą, świeżą żonę z małym dzieckiem, i stworzą razem kochającą się rodzinę, tak jakby on nie miał już jednej”13.
To był burzliwy romans. Ona co jakiś czas wracała do tematu swoich pragnień, a on groził w związku z tym rozstaniem. Podobno nawet kilka razy zakończyli swoją znajomość, aby potem ponownie ulec pokusie wspólnego seksu. To błędne koło wreszcie zaczęło go męczyć na tyle, że coraz częściej wspominał o definitywnym końcu relacji z Agatą. Według części źródeł właśnie ta decyzja miała doprowadzić do tego, że z rozpaczy Agata ułożyła straszliwy plan. Małżeństwo stanowiło przeszkodę na jej drodze do szczęścia, należało więc coś z tym zrobić.
Kładka Zwierzyniecka nad Odrą, w okolicznych zaroślach odnaleziono ciało Anety G.-Ch.Jakie było małżeństwo Dariusza Ch. i Anety G.-Ch.? Według informacji, które przedstawiła w podcaście Justyna Mazur-Kudelska14, była to zgodna i świetnie dobrana para. Inne źródła nazywają ich „prawdziwie w sobie zakochanymi”15. Tym trudniej zrozumieć, dlaczego Dariusz Ch. uwikłał się w romans z Agatą M. i – co ważne – trwał w tej relacji przez dłuższy czas, co raczej jasno daje do zrozumienia, że nie była to jednorazowa akcja podyktowana chwilą zapomnienia, a świadoma decyzja podjęta przez niewiernego męża.
Aneta G.-Ch. czuła, że coś jest nie tak. Podejrzewała, że jej małżonek ją zdradza, ale nie miała na to żelaznych dowodów. Podobno nawet sądziła, że jego kochanką jest nikt inny, jak właśnie Agata.
„3 października rano Dariusz jak zwykle szykuje się do pracy. Myje się, je śniadanie. W domu jest Aneta, jego matka16 oraz dziecko. Tę poranną rutynę przerywa dźwięk domofonu. Podchodzi do niego teściowa, podnosi słuchawkę, jednak nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie, ponieważ panuje tam cisza (...). Po chwili jednak domofon dzwoni ponownie i tym razem podchodzi do niego Aneta. Widać, że tym razem po drugiej stronie domofonu jest ktoś, kto rozmawia z Anetą. Teściowa kątem oka widzi, że jej synowa się denerwuje. I kiedy kończy rozmowę przez domofon, podchodzi do kobiety i prosi ją, właściwie pyta, czy zostałaby na chwilę z dzieckiem, bo ona musi zejść na dół, porozmawiać z tą osobą, która dzwoniła. Nie mówiąc jej, kto jest po drugiej stronie, kto właśnie dzwonił do ich mieszkania, pospiesznie ubiera się w dres, wkłada na siebie kurtkę Dariusza. Wygląda tak, jakby miała dosłownie wyjść na sekundę i wynieść śmieci”17.
Autorka wspomnianego przeze mnie podcastu wspomina, że po tym, jak Aneta G.-Ch. wyszła z mieszkania, jej teściowa podeszła do okna, aby zobaczyć, z kim rozmawia jej synowa pod blokiem. Okazało się, że z jakąś kobietą. Wymiana zdań między nimi była dość emocjonalna, a po krótkiej chwili Aneta w towarzystwie nieznajomej odeszła gdzieś i zniknęła z pola widzenia obserwującej ją teściowej.
W tym samym odcinku Justyna Mazur-Kudelska podaje następującą informację:
„3 października 1996 roku Dariusz dzwoni na policję i mówi, że zaginęła jego żona. Relacjonuje dyspozytorowi, że kobieta wyszła z domu rano i do tej pory nie wróciła. On nawet nie jest pewien, jak wyglądał ten poranek, kiedy jego żona była widziana po raz ostatni, ponieważ nie było już go wtedy w domu”18.
Zatem z jednego odcinka „Piąte: Nie zabijaj” dowiadujemy się, że rankiem 3 października 1996 roku, na chwilę przed zaginięciem kobiety, w mieszkaniu przy ulicy Inżynierskiej we Wrocławiu przebywały cztery osoby: Aneta G.-Ch., Dariusz Ch., jego matka oraz ich małe dziecko, a także tego, że w tym samym czasie, w tym samym mieszkaniu Dariusza Ch. nie było. Jak to rozumieć? Czy autorka podcastu pomyliła się i podała sprzeczne ze sobą fakty, czy też istnieją dwie wersje wydarzeń?
W dalszej części odcinka słyszymy, że po kilkunastu godzinach Dariusz Ch. wrócił do mieszkania i wówczas dowiedział się od swojej matki, że jego żona rano gdzieś wyszła i wciąż nie wróciła. Rzekomo zdziwiło go to, ponieważ podobne zachowanie nie pasowało do Anety G.-Ch., ale starał się to tłumaczyć tym, że wyszła do znajomych. Podobno nawet chciał to sprawdzić, dzwoniąc do różnych osób, jednak nikt tego dnia nie miał kontaktu z jego żoną.
„Dlatego późnym wieczorem udaje się na policję i tam zgłasza zaginięcie swojej żony”19.
Udaje się na policję? Kilka minut wcześniej autorka podała informację, że Dariusz Ch. na policję zadzwonił. Wbrew pozorom to dość kluczowe kwestie. Dlaczego? Bo jeśli feralnego ranka Dariusz Ch. był w mieszkaniu, gdy jego małżonka z niego wyszła, to wiedziałby, że nie poszła do znajomych, tylko porozmawiać z tajemniczą kobietą, która zadzwoniła domofonem. Jego matka nie musiałaby mu tłumaczyć tej sytuacji, ponieważ byłby świadkiem tych wydarzeń. Jeśli natomiast w mieszkaniu go wtedy nie było, to z relacji swojej matki i tak wiedziałby, że Aneta G.-Ch. poszła spotkać się z jakąś nieznajomą kobietą, a nie ze swoimi koleżankami. Ostatecznie po obdzwonieniu znajomych i ustaleniu, że nie wiedzą oni, gdzie jest Aneta, mógł od razu zadzwonić na policję. Po co, mając telefon, miałby wychodzić z mieszkania, aby stawić się na komisariacie osobiście?
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tamtego ranka Dariusz Ch. mógł przebywać w mieszkaniu tylko do pewnego momentu i opuścić je tuż przed dzwonkiem domofonu. Rozumiem też, że w głębokich latach dziewięćdziesiątych telefon na policję mógł nie być wystarczający do zgłoszenia zaginięcia i wymagano w takiej sytuacji pojawienia się na komisariacie osobiście. Jednak uważam, że nie jest dobrą praktyką pozostawianie tak ogromnej przestrzeni do interpretacji faktów, które w formie, w jakiej je podano, zwyczajnie stoją wobec siebie w opozycji. Szczególnie jeśli materiał poświęcono sprawie tak świeżej i dotyczącej wciąż żyjących osób.
Dariusz Ch. podobno powiedział funkcjonariuszom, że jego żona jakiś czas wcześniej poznała za granicą pewną kobietę, która mocno na nią wpłynęła. Nie miało to charakteru świadczącego o romansie, chodziło bardziej o kwestie światopoglądowe. W cytowanym już przeze mnie podcaście pada słowo „sekta”. Wygląda na to, że Dariusz Ch. obawiał się, że tajemnicza postać, z jaką spotkała się jego żona, ma związek z zagraniczną znajomą. Bał się też, że Aneta nie wróci, ponieważ trafiła do jakiejś grupy destrukcyjnej20.
„W tym dniu rano osoba, z którą byłam związana, mąż nieżyjącej Anety, poprosił mnie, abym porozmawiała z jego żoną i powiedziała jej, że między nim a mną jest coś więcej niż przyjaźń, że jest między nami związek bardzo emocjonalny” – opisywała tamte wydarzenia Agata M. w programie Prywatne śledztwa: Grzechu prawda ukryta21.
Z tego samego reportażu dowiadujemy się, że 3 października 1996 roku Agata M. podjechała pod blok, w którym mieszkał jej kochanek ze swoją rodziną.
„Zadzwoniłam domofonem, poprosiłam żeby zeszła. Była zaskoczona i niezadowolona. Nie chciała zejść, mówiła, że ma dziecko nieubrane, ale w końcu po takiej przepychance słownej zeszła na dół i zaczęłyśmy rozmawiać” – relacjonowała Agata M.
Następnie obie kobiety podobno wsiadły razem do samochodu i odjechały. Rozmowa między nimi przypominała dwa następujące po sobie monologi. Najpierw Agata M. opowiedziała Anecie G.-Ch. o romansie i czasie jego trwania, a potem Aneta G.-Ch. stwierdziła, że „tak wygląda życie i że mogła się tego spodziewać”22.
„Pamiętam, że wtedy potwornie się wstydziłam i byłam zła, że ta rozmowa w ogóle miała miejsce”23 – opowiadała skazana.
Wersja wydarzeń, którą przedstawiła Agata M., oraz ta przyjęta przez sąd, mocno się od siebie różnią. Według skazanej w pewnej chwili zatrzymała ona samochód. Właśnie wtedy podobno podszedł do niego Dariusz B., ratownik wodny, którego Agata doskonale znała.
„Od strony pasażera, od strony pani Anety otworzyły się drzwi. Darek, ratownik, rzucił takie zdanie: »Czy już porozmawiałyście?«. Nie wiem, czy którakolwiek z nas coś odpowiedziała. On złapał ją za ramię i stanęła obok niego przy moim samochodzie. Drzwi zostały otwarte, a on powiedział: »Zjeżdżaj!« czy »Odjeżdżaj!«. I odjechałam”24 – opisywała Agata.
Ta część relacji Agaty zawsze wzbudzała największe kontrowersje. Oburzała również tych, którzy wątpili w jej udział w morderstwie Anety G.-Ch. Warto pamiętać, że Agata M. nigdy nie zmieniła swoich zeznań, nawet wtedy, gdy jej adwokat Wojciech Krzysztoporski sugerował jej, że część jej historii wymyka się logice.
Na tym etapie cisną się na usta pytania. Dlaczego Aneta G.-Ch. wsiadła do samochodu? Rozmowa zapowiadała się na długą, był październik, w samochodzie można było liczyć na ciepło i przede wszystkim większą intymność. Dlaczego razem ruszyły w podróż? Czemu Agata M. zostawiła Anetę G.-Ch. samą z Darkiem B.?
Prokuratura przedstawiała tamte wydarzenia nieco inaczej. Jej zdaniem od samego początku kobietom w samochodzie towarzyszyła trzecia osoba, wymieniony już Dariusz B., a rozmowa między Agatą i Anetą stanowiła preludium do niezwykle dokładnie zaplanowanej zbrodni. Taka wersja została przyjęta przez sąd i uznana za wiarygodną.
„Nie chcę mówić o szczegółach tego, jak dokonano tejże zbrodni, ale najistotniejszym momentem w tym zakresie są nie tyle wyjaśnienia oskarżonej, która nie kwestionowała tego, że była i rozmawiała z pokrzywdzoną w tym miejscu, lecz wyjaśnienia Dariusza B.”25 – mówił Witold Franckiewicz z Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu.
Wspominałam, że proces w sprawie morderstwa Anety G.-Ch. miał charakter poszlakowy, co oznacza, że w wielu momentach dysponowano jedynie dowodami niepełnymi. Powyższe zdanie jednak jest niezwykle ważne, ponieważ zgodnie z drugą częścią definicji procesu poszlakowego: „wyjaśnienia współoskarżonych, stwierdzających konkretne fakty świadczące o winie oskarżonego, nie są poszlakami, lecz dowodami bezpośrednimi, i na taki ich charakter nie ma wpływu ocena ich wiarygodności”26. Zatem zeznania Dariusza B., choć nie można było jednoznacznie stwierdzić, że mówił prawdę, w świetle prawa traktowano jako dowody bezpośrednie. Z uwagi na to, że potwierdzały one ustalone do tamtego etapu okoliczności, uznano je za wiarygodne.
Dariusz B., imiennik męża Anety G.-Ch., to postać, która pojawia się w tej historii zupełnie znikąd, co wprowadza nieco zamieszania. Myślę więc, że to odpowiedni moment, aby go przedstawić. Wykonywał zawód ratownika pływackiego na jednym z wrocławskich basenów. Był znajomym Agaty M. Z reportażu Artura Szkudlarka, opublikowanego na stronie „Gazety Wrocławskiej”27, wynika, że miał on u niej dług w wysokości 80 milionów złotych. Agata M. podobno zleciła mu zabójstwo żony swojego kochanka w ramach spłaty tej należności. Inne źródła, w tym „Gazeta Wyborcza”28, podają, że kwota ta wynosiła 8 tysięcy złotych i nie był to dług, tylko suma, jaką Agata M. zaproponowała swojemu koledze w zamian za pozbycie się Anety G.-Ch. Fakt jest taki, że 80 milionów po denominacji zmieniło się w 8 tysięcy, więc jeśli rzeczywiście Dariusz B. zadłużył się u swojej koleżanki, to musiało mieć to miejsce przed 1995 rokiem29. Warto zwrócić uwagę, że nawet dziś 8 tysięcy złotych to dużo pieniędzy, a w latach dziewięćdziesiątych, gdy stawka minimalna wynosiła 195–370 złotych30, kwota ta była po prostu fortuną.
W innym artykule „Gazety Wrocławskiej”31, napisanym przez Martę Nowicką, padają następujące słowa:
„Agata M. postanowiła zabić rywalkę. Skontaktowała się ze swoim znajomym, ratownikiem z basenu, Dariuszem B. Powiedziała mu, że Aneta Ch. znęca się nad swoim dzieckiem, i dlatego trzeba ją zabić. Dariusz B. miał znaleźć ludzi do „mokrej roboty”. Lekarka wręczyła mu 8 tysięcy złotych jako zaliczkę dla morderców”32.
W artykule Winna, niewinna? autorstwa Małgorzaty Porady, który opublikowano 12 maja 2003 r.33, płatni mordercy, których rzekomo wynajął Dariusz B., zostają nazwani „Rosjanami-zabójcami”.
Pewne jest więc jedynie to, że w tej historii jakąś rolę odegrała kwota 8 tysięcy złotych, ale trudno jednoznacznie orzec, czy była ona długiem Dariusza B. wobec Agaty M., propozycją finansową za wykonanie przez niego zlecenia morderstwa, czy też zaliczką, jaka została mu przekazana na opłacenie innych zbrodniarzy. Czy Dariusz B. zgodził się wziąć udział w morderstwie? To również nie jest jasne. Według „Gazety Wrocławskiej”34 nie rwał się on ani do spłaty należności, ani do zabicia Anety G.-Ch., choć ostatecznie odegrał rolę w tym strasznym wydarzeniu. Warto także się zastanowić, czy z czymś takim jak zlecenie zabójstwa ktokolwiek zwróciłby się do przypadkowej osoby, czy może do kogoś, kto potencjalnie jest do takiego czynu zdolny lub posiada szemrane znajomości.
„Dariusz B. nikogo nie szukał. Zaczął unikać Agaty M. Ona była jednak uparta. Tamtego tragicznego dnia, 3 października 1996 roku, włożyła do bagażnika swojego fiata 126p duży foliowy worek do przenoszenia zwłok. Zadzwoniła do Dariusza B. Kazała mu jechać za nią. Agata M. zaparkowała fiata pod blokiem, w którym mieszkał jej kochanek z rodziną. Dariusz B. też zatrzymał się i czekał, nie wysiadając ze swojego samochodu. Lekarka przez domofon wywołała Anetę G.-Ch. Powiedziała jej, że musi z nią porozmawiać. Aneta zeszła na dół (...). Kobiety chwilę ze sobą rozmawiały, a potem wsiadły do małego fiata i odjechały z parkingu. Dariusz B. ruszył za nimi. Zatrzymali się przy obelisku obok Cmentarza Żołnierzy Włoskich na Oporowie. Dariusz B. podszedł do fiata od strony pasażerki. W tym momencie Agata M. wyjęła pasek i zaczęła nim dusić Anetę G.-Ch., a potem fachowo stwierdziła zgon i kazała Dariuszowi B. zapakować ciało do worka i zanieść w zarośla”35.
W materiałach poruszających ten temat na stronach Radia Eska36 oraz portalu Ofeminin.pl37 pojawia się cytat słów rzekomo wypowiedzianych przez Agatę M.: „Masz dwa wyjścia: albo oddasz mi wszystkie pieniądze, albo zrobisz to, co ci mówiłam”38, 39. Z tych samych tekstów wynika, że po tym, jak one padły, mężczyzna podjął decyzję o tym, że pomoże w morderstwie.
Weronika Plucinska w swoim artykule40 napisała:
„Po dojechaniu na miejsce przyjaciel młodej lekarki zacisnął palce na szyi Anety Ch. i zaczął ją dusić. Kobieta próbowała się bronić, jednak ratownik okazał się silniejszy. Nagle Agata wyjęła pasek, mocno zacisnęła na szyi duszonej kobiety i rozkazała przyjacielowi skręcić jej kark. Nie było to jednak konieczne, ponieważ żona Dariusza Ch. była już martwa. Następnie wspólnicy włożyli zwłoki Anety do dużego worka. Ratownik miał porzucić gdzieś ciało, a Agata udała się na randkę z Dariuszem Ch. Dariusz B. wyjął ciało zmarłej z worka i zostawił w wysokiej trawie, a worek wrzucił do wody”41.
Małgorzata Kaprys w materiale dla Onet Wiadomości42 uzupełnia powyższą informację, pisząc, że wspomniana randka rzeczywiście odbyła się tamtego dnia i miała formę romantycznego spaceru. Później Dariusz Ch. zgłosił zniknięcie żony. Anety G.-Ch. nie udawało się odnaleźć przez wiele tygodni, przez co zyskała ona status osoby zaginionej.
„Przez cztery miesiące mąż szukał żony. Agata M. wspierała go moralnie, nosiła zupy w słoikach i proponowała pomoc w opiece nad dzieckiem”43 – pisała Małgorzata Porada w „Gazecie Wyborczej”.
Wychodzi więc na to, że Dariusz Ch. nie zrezygnował z relacji z Agatą, nawet gdy nie miał pojęcia, gdzie od dłuższego czasu przebywa jego małżonka.
Aneta G.-Ch. została uznana za zaginioną, więc Dariusz Ch. w świetle prawa wciąż pozostawał jej mężem. Dopóki nim był, nie mógł się ożenić kolejny raz, ponieważ bigamia jest w Polsce nielegalna. Oznaczało to, że Agata M. nadal mogła być tylko jego kochanką, a jej marzenie o przyjęciu jego nazwiska w tych okolicznościach stało się nierealne. „Na formalizacji ich związku Agacie zależało najbardziej”44 – pisał o tym Portal Wrocławski45.
„Wpadła więc na kolejny pomysł”46 – czytamy na stronie Radia Eska. Plan Agaty M. miał umożliwić jej wybrankowi zyskać status wdowca. Jednak mogło do tego dojść dopiero po odnalezieniu zwłok zaginionej żony. Wiele artykułów w sieci sugeruje, że Agata M. nakłoniła Dariusza B., aby ten zgłosił policji, gdzie znajduje się ciało ich ofiary.
„Zadzwoniła więc do Dariusza B. i zażądała, aby zadzwonił anonimowo na policję i poinformował o miejscu ukrycia zwłok Anety G.-Ch.” – podano na stronie Onet Wiadomości47.
„Rozkazała przyjacielowi, aby ten zgłosił na policję, że w pobliżu rzeki znajdują się zwłoki kobiety” – informowało Radio Eska48.
„Dariusz B. na polecenie Agaty M. kilka miesięcy później ujawnił, gdzie znajdują się zwłoki” – relacjonowała Wirtualna Polska Wiadomości49.
Trudno zrozumieć, z jakiego powodu Dariusz B., będący zamieszanym w morderstwo Anety G.-Ch. zgodził się na to, aby postąpić zgodnie z żądaniami Agaty M. O ile jego udział w zbrodni, kiedy w tle znajdował się motyw spłaty wysokiej pożyczki lub zarobienia ogromnej sumy pieniędzy, wydaje się racjonalny, o tyle zgłoszenie przez niego policji, gdzie znajdują się zwłoki kobiety uznanej za zaginioną, w moim odczuciu wymyka się logice. Zakładając, że zlecenie zabójstwa zostało wydane i wykonane, należy także przyjąć, że anulowano związany z nim dług albo wypłacono ewentualne wynagrodzenie.
„W dniu 3 października 1996 roku, po dokonaniu zbrodni Dariusz B. i Agata M. uznali, że rachunki między nimi zostały wyrównane. Opowiadali znajomym i bliskim, że dług Dariusza B. wobec Agaty M. został uregulowany”50 – pisano w „Gazecie Wyborczej”.
Po co Dariusz B. miałby podejmować tak ogromne ryzyko? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale rzeczywiście stało się tak, że Dariusz B. wyjawił śledczemu, gdzie należy szukać ciała Anety G.-Ch.
„Pewnego dnia jeden ze śledczych wybrał się na nowy basen, gdzie pracował jako ratownik jego znajomy z lat młodości – niejaki Dariusz B. Zwykła towarzyska rozmowa w pewnym momencie zeszła na dziwne tory. Dariusz B. zaczyna wypytywać śledczego o zaginięcie Anety G.-Ch. Jest to o tyle dziwne, że mężczyzna wypytuje o sprawę dość nachalnie, zachowując się nerwowo. Tematem poruszonym przez Dariusza B. było m.in. znalezienie nad Odrą zwłok młodej kobiety”51.
Śledczy, słysząc te słowa, nie ukrywał zaskoczenia. Trudno się takiej reakcji dziwić, ponieważ z racji wykonywanego zawodu, z pewnością wiedziałby, że gdzieś odnaleziono ciało. Uznał zachowanie kolegi za alarmujące i dlatego zaczął wypytywać go o coraz większe szczegóły. Dariusz B. wtedy spanikował. Znalazł się w krzyżowym ogniu pytań i zamiast na nie odpowiedzieć, zwyczajnie zmienił temat. Śledczy jednak nie zbagatelizował tej sytuacji, sporządził notatkę i przekazał ją innym funkcjonariuszom. Szybko zdecydowano o konieczności sprawdzenia wskazanego przez Dariusza B. obszaru.
„Po kilku godzinach poszukiwań istotnie odnaleziono zwłoki52, które tego samego dnia Dariusz Ch. zidentyfikował jako ciało swojej zaginionej żony, Anety”53.
„7 lutego 1997 roku zostałam aresztowana. Byłam przekonana, że złożę wyjaśnienia i wrócę do domu” – mówiła Agata M. w programie Prywatne śledztwa: Grzechu prawda ukryta54.
„Szok niesamowity. To były takie 24 godziny, kiedy niczego nie mogłam się dowiedzieć. To było najgorsze”55 – dzieliła się swoimi przeżyciami Anna M., matka Agaty.
Jeśli zbrodnia naprawdę była zaplanowana z taką starannością, o jakiej mówiła prokuratura, to trzeba przyznać, że wybór miejsca, w którym jej dokonano, oraz drugiego, gdzie później ukryto zwłoki, był dość ekscentryczny. Aneta G.-Ch. rzekomo została uduszona na parkingu przy Cmentarzu Żołnierzy Włoskich, niedaleko pętli tramwajowej. Trudno nazwać ten punkt na mapie Wrocławia odludnym, ponieważ nie brakuje tam spacerowiczów. Co więcej, zwłoki kobiety włożono następnie do platikowego worka i porzucono w pobliskich krzakach, gdzie przeleżały kilka godzin do momentu, gdy Dariusz B. wrócił tam po nie, zapakował je do samochodu, przewiózł na Niskie Łąki i porzucił. Ciało podobno leżało tam przez kolejne cztery miesiące. Rzecz w tym, że Niskie Łąki także nie znajdują się na peryferiach miasta. To tereny zielone nad dopływem Odry, gdzie codziennie wielu ludzi przechadza się z psami i które chętnie odwiedzają amatorzy wędkarstwa. Czy to możliwe, że nikt nie odnalazł trupa porzuconego w takim miejscu przez kilka miesięcy? To pytanie w czasie śledztwa wracało wielokrotnie.
„To jest niemożliwe, aby tam doszło do tak drastycznego zdarzenia, żeby ktoś tak zaryzykował. W końcu przyjęto, że sprawcy precyzyjnie myśleli i działali”56 – komentował Wojciech Krzysztoporski, obrońca Agaty M.
Aneta G.-Ch. zaginęła 3 października 1996 roku, a jej zwłoki odnaleziono na Niskich Łąkach cztery miesiące później, 6 lutego 1997 roku. Oskarżona i skazana za jej zabójstwo Agata M. nieustannie utrzymywała, że nie jest winna zarzucanych jej czynów. Jednocześnie z jej zeznań wiadomo, że miała świadomość, iż Aneta G.-Ch. nie żyje, na wiele tygodni przed tym, gdy znaleziono ciało kobiety, bo już w grudniu 1996 roku. Twierdziła, że taką informację otrzymała od Dariusza B., znanego nam już ratownika pływackiego. Dlaczego nie zgłosiła tego policji? Z jej relacji wynika, że nie zrobiła tego, ponieważ podejrzewała, że Aneta została zamordowana przez... Dariusza Ch., jej kochanka i męża ofiary. Przemilczała wszystko, bo kierowana uczuciami, chciała go chronić.
„Miłość nie wygasa tak po prostu w ciągu kilku sekund po usłyszeniu jakiejś wiadomości, to nie jest takie proste”57 – komentowała swoją decyzję Agata M.
Tuż po znalezieniu ciała Anety G.-Ch. również policja brała pod uwagę to, że w sprawę może być zamieszany mąż tragicznie zmarłej. Wtedy do aresztu trafiła nie tylko Agata, ale także Dariusz Ch. Nie pozostał tam jednak długo, zwolniono go bardzo szybko. Na późniejszym etapie śledztwa sugerowano, że kontaktował się on z Dariuszem B., jednak sędzia nie wziął pod uwagę doniesień o tym, że tych dwóch mężczyzn się znało, co mogło mieć potencjalne znaczenie dla wyroku.
„Nie można z przyczyn formalnych polecić prokuraturze wszczęcia śledztwa przeciwko konkretnej osobie, mężowi ofiary. Tym bardziej że był on dochodzeniem objęty”58 – wyjaśniał sędzia Tadeusz Wieczorek.
Nie dysponowano żadnymi dowodami bezpośrednimi świadczącymi o winie Agaty M., poza obciążającymi ją zeznaniami Dariusza B. Kłopot w tym, że opisana przez niego wersja nie jest spójna, a on sam zmieniał wielokrotnie jej elementy. Co więcej, „mężczyzna przed sądem sprawiał wrażenie niezrównoważonego psychicznie”59.
„Dariusz B. przyznał się do udziału w zbrodni, ale nie do zamordowania Anety G.-Ch. Jego wyjaśnienia są pełne sprzeczności. Czasem twierdził wręcz, że śledził Anetę G.-Ch., by ją chronić”60 – pisała „Gazeta Wyborcza”.
„Dariusz B. mówił przecież także, że Aneta G.-Ch. odjechała z parkingu cała i zdrowa, a innym razem, że ciało ofiary z jego samochodu zabrał UOP”61 – twierdził Wojciech Krzysztoporski, obrońca Agaty M.
To prawda, Dariusz B. podczas pierwszego przesłuchania powiedział, że w chwili, kiedy jechał ukryć ciało zamordowanej, był ścigany przez patrol policji. To nie wszystko! Funkcjonariusze rzekomo go zatrzymali, a nawet odebrali zwłoki. Jednak przy okazji kolejnego przesłuchania Dariusz B. zachowywał się już zupełnie inaczej i nie podtrzymywał poprzednich zeznań. Mimo to, właśnie na jego relacji oparto główny materiał dowodowy, którego skutkiem było skazanie na pozbawienie wolności Agaty M. i Dariusza B., jej na 25 lat, jego na 15.
„Proces ma charakter poszlakowy. Dowodem koronnym obciążającym moją klientkę są pomówienia współoskarżonego. Tymczasem Dariusz B. przed procesem i w jego trakcie zmieniał swoje wyjaśnienia. Raz twierdził, że upadł na Anetę G.-Ch., gdy otworzył drzwiczki małego fiata, potem, że złapał ją za barki i próbował odciągnąć. Zeznaje też, że jego ręce znalazły się na szyi Anety G.-Ch. lub temu zaprzecza, twierdząc, że jak otworzył drzwiczki, Aneta G.-Ch. już nie żyła. Czy takie wyjaśnienia można uznać za spójne i wiarygodne?”62 – pytał obrońca Agaty M.
Dariusz B. przyznał się do udziału w zbrodni.
„Zrobiłem jednak wszystko, aby do tej tragedii nie doszło – powiedział przed ogłoszeniem wyroku”63.
Rzecz w tym, że niespójne i dziwne zeznania Dariusza B. to nie jedyne, co w przypadku tego śledztwa można określić jako kontrowersyjne.
„Bardzo szybko wydano zgodę na kremację zwłok, co uniemożliwiło przeprowadzenie badań DNA, które były istotne w tej sprawie. Szczególnie, gdy pojawiły się wątpliwości, czy to rzeczywiście jest ciało osoby zaginionej”64 – mówił adwokat skazanej.
Badań DNA odnalezionych na Niskich Łąkach zwłok kobiety nigdy nie przeprowadzono. Tożsamość tej osoby została potwierdzona przez Dariusza Ch., który rozpoznał ubranie swojej żony.
„Nie da się ustalić przyczyny śmierci oraz tego, w jaki sposób mogło przebiegać całe zdarzenie, na podstawie sekcji zwłok. Tym bardziej że ciało było w stanie silnego rozkładu”65 – przyznał doktor Jerzy Kawecki, biegły z zakresu medycyny sądowej.
Wnioskuję więc, że przebieg morderstwa zrekonstruowano głównie na podstawie zeznań Agaty M. i Dariusza B., a nie sekcji zwłok. Warto przypomnieć, że relacje tych dwojga wykluczały się wzajemnie, a sam Dariusz B. opowiadał chwilami absurdalne historie.
„Nie można mieć pewności, że znaleziono zwłoki Anety G.-Ch. Być może ta kobieta jeszcze żyje”66 – mówiła mecenas Katarzyna Derkowska.
Sugestia, że Aneta G.-Ch. wcale nie została zamordowana, a na Niskich Łąkach odnaleziono zwłoki zupełnie innej kobiety, jest dość śmiała. Niestety, ta wątpliwość ma dość solidne fundamenty.
„Nie można określić czasu zgonu denatki. Poprzez zniszczenie lub zagubienie materiału dowodowego, a także skremowanie zwłok nie można w 100% ustalić jej tożsamości”67 – komentował mecenas Radosław Baszuk.
O jakich zagubionych materiałach dowodowych mowa? O karcie dentystycznej Anety G.-Ch., która była kluczowa, aby móc ustalić, że odnaleziono rzeczywiście jej zwłoki.
Co ciekawe, kiedy ciało z Niskich Łąk poddano sekcji, lekarz odpowiedzialny za to zadanie nie otrzymał zlecenia identyfikacji zwłok. Prokuratura dostarczyła mu jednak kartę stomatologiczną Anety G.-Ch., a on – mimo braku takiego polecenia – sam z siebie przeprowadził68 porównanie uzębienia martwej kobiety, z informacjami z karty.
„Wykonywałem sekcję zwłok tak zwanych NN, czyli nieznanych. Ale nieoficjalnie wiedziałem z prokuratury, że to ciało Anety G.-Ch. Nie miałem żadnych wątpliwości, że ciało w sali sekcyjnej jest ciałem kobiety, której kartę stomatologiczną trzymałem w ręce”69 – mówił Krzysztof Maksymowicz. To właśnie on dokonał spisu uzębienia. Również on wpisał w karcie denatki imię i nazwisko kobiety zaginionej 3 października 1996 roku.
Problem w tym, że karta stomatologiczna, o której mowa powyżej, zaginęła. Zatem przeprowadzone przez Krzysztofa Maksymowicza porównanie, którego zresztą dokonał powodowany własną ciekawością, a nie zleceniem od prokuratury, nie mogło zostać w żaden sposób zweryfikowane. Po 5 latach procesu i czterech wyrokach skazujących okazało się, że karta przeleżała cały ten czas w szafie biegłego Jerzego Kaweckiego70.
„Biegły zapewniał, że dostał ją przez przypadek, dla ćwiczenia dokonał identyfikacji zwłok i natychmiast o karcie zapomniał. Nikomu też nie powiedział o dokonanej identyfikacji. Przez przypadek, podczas sprzątania w szafie, odnalazł ważny dowód i dołączył do akt sprawy”71.
To wciąż nie wszystko. Po tym, gdy karta się znalazła, okazało się, że spisane zęby żuchwy zwłok z Niskich Łąk nie pasują do opisu uzębienia Anety G.-Ch. z jej karty stomatologicznej.
„Doktor Krzysztof Maksymowicz udowadniał, że powstał tak zwany czeski błąd. Odwrócił żuchwę tak, że zęby prawe spisał jako lewe i na odwrót. Że się pomylił, zorientował się dopiero wtedy, gdy porównał opis zębów z raportu sekcji z kartą dentystyczną”72.
Czy rzeczywiście była to pomyłka? Nie wszyscy przyjmowali do wiadomości tę wersję. Obrońca Agaty M., Radosław Baszuk, pytał wówczas:
„Czy ta »pomyłka«, o której pan sobie teraz przypomniał, nie ma służyć dopasowaniu raportu sekcji do karty dentystycznej?”73
Biegły Jerzy Kawecki miał dokonać przed sądem prezentacji zestawionych różnic z obu dokumentów, ale nie doszło do tego, ponieważ – jak tłumaczył – zaznajomił się z materiałem wideo, na którym utrwalono miejsce, gdzie znaleziono zwłoki, i stwierdził, iż konieczne jest przeprowadzenie dodatkowych badań, aby porównać ze sobą zdjęcia martwej kobiety i żywej Anety G.-Ch.
„Na razie sąd nakazał przyniesienie zdjęć przez bliskich zamordowanej. O tym, czy badanie zleci, dowiemy się na kolejnej rozprawie”74.
Obrońcy Agaty M. żądali dodatkowych ekspertyz. Jednak choć w trakcie procesu pojawiło się tyle niejasności i naprawdę dziwnych zbiegów okoliczności, prokurator Bogdan Sałata podkreślał:
„Tę sprawę już dwukrotnie rozpatrywał Sąd Okręgowy, Sąd Apelacyjny i Sąd Najwyższy. Co do tożsamości ofiary nie było wątpliwości”75.
Agata M. w trakcie trwania procesu została przebadana psychiatrycznie. Opinia biegłego w tej kwestii okazała się dla niej wybitnie niekorzystna76. Została scharakteryzowana jako osoba inteligentna, lecz niedojrzała emocjonalnie, mająca wysoką samoocenę, egocentryczna i dążąca do spełnienia swoich pragnień za wszelką cenę. Zdaniem biegłego Agata M. traktowała innych w sposób instrumentalny, była bardzo pragmatyczna i miała problem z odczuwaniem empatii77. W obliczu takiego stanowiska specjalisty adwokat kobiety wnioskował o powołanie nowych biegłych z dziedzin seksuologii i psychologii, ponieważ jego zdaniem wcześniejsze badanie wykonano nierzetelnie, ze szkodą dla jego klientki. Sąd odrzucił wniosek obrońcy.
Wielokrotnie wracał także wątek, w którym obrona starała się przekonać, że Aneta G.-Ch. została zamordowana przed kogoś, przeciwko komu nie wystosowano aktu oskarżenia. Agata M. twierdziła, że zbrodnię uknuli wspólnie Dariusz B. i Dariusz Ch.
„Nie ma żadnych wiarygodnych dowodów na to, że ci mężczyźni się w ogóle znali” – przekonywał Wojciech Okonek, pełnomocnik pokrzywdzonego Dariusza Ch.78
Dariusz Ch. – jak już wspominałam – na wczesnym etapie śledztwa był przez prokuraturę traktowany jako osoba, która brała udział w zabójstwie, i trafił do aresztu, ale szybko został z niego zwolniony. Nigdy nie zasiadł na ławie oskarżonych, występował wyłącznie w roli oskarżyciela posiłkowego79.
„Przez cały czas procesu nigdy nie spojrzał w moją stronę, mnie też patrzenie w tamtą stronę nie przychodziło łatwo. I to nie ze względu na to, że ja go dalej kochałam, myślę że w tym momencie już tej miłości nie było”80 – mówiła Agata M.
Jeśli Agata M. zeznała prawdę o tym, że dowiedziała się o śmierci Anety G.-Ch. od Dariusza B. w grudniu 1996 roku i nie zgłosiła tego faktu policji, ponieważ chciała chronić swojego kochanka i męża ofiary, którego podejrzewała o dokonanie zbrodni, to z pewnością takie postępowanie było dużym błędem z jej strony. Błędem, który zaważył na całym jej życiu. Jednak z uwagi na to, że sąd nie przychylił się do tej wersji wydarzeń, nie można uznać jej za wiarygodną.
Rzeczywiście, nie udowodniono, że Dariusz Ch. i Dariusz B. się znali. Prokurator Janina Orłowska zauważyła także, iż Dariusz B. nie znał ofiary, Anety G.-Ch.81, co jest ciekawe, jeśli weźmie się pod uwagę jedne z jego zeznań, w których wspominał o chęci śledzenia Anety G.-Ch., aby ją chronić. Jednak fakty są takie, że podczas śledztwa nie dostarczono wiarygodnych dowodów na to, iż ta trójka wiedziała o swoim istnieniu.
Ale nie oznacza to, że w tym wątku nie pojawiły się żadne znaki zapytania. Jedyną osobą, która miała klucz do mieszkania Agaty M., był Dariusz Ch.82
„Jeśli się nie znali, to kto trzykrotnie telefonował z domu Agaty M. do ratownika w dniu, który ona spędziła w Czechach?”83 – pytał Radosław Baszuk.
„Wtedy kiedy ona była w klinice, teoretycznie i praktycznie, albo była w pogotowiu, były telefony z jej aparatu. Prokuratura zebrała od ratownika bilingi z domu, bo wtedy jeszcze była możliwość rozpracowania wszystkich telefonów, ale tam większość telefonów było utajnionych, w większości numery były wojskowe i policyjne”84 – mówiła Anna M., matka Agaty.
Kto dzwonił z aparatu telefonicznego Agaty M. do Dariusza B., gdy ta była nieobecna w swoim mieszkaniu, ponieważ przebywała za granicą lub miała dyżur w pracy? Nie dotarłam do materiałów, w których ktoś odpowiedziałby na to pytanie.
„Ja dostałam list. List od człowieka, którego nie znam”85 – opowiadała matka skazanej.
„Szanowna Pani Anno, piszę do Pani, bo jest coś, co nie daje mi spokoju od wielu lat...”86 – tak zaczynała się wspomniana przez nią wiadomość.
„Pisał, że on jest byłym policjantem, jest specjalistą właśnie od bilingów. On zgłaszał się do prokuratora, do swojego komendanta, do śledczego i po prostu nikt nie chciał skorzystać w tym czasie, kiedy trwało dochodzenie i zaczęła się sprawa, z tego, co on może powiedzieć, z tego, co on wie”87 – relacjonowała dalej Anna M.
W liście pojawiła się pewna intrygująca informacja. Jego autor pisał, że kilka dni przed tym, jak Aneta G.-Ch. została zamordowana, w barze przy ulicy Wyszyńskiego we Wrocławiu doszło do spotkania, które mogło mieć związek z wiadomą zbrodnią. O swoich podejrzeniach – według jego relacji – opowiedział przełożonemu, ale ten odparł jedynie, aby emerytowany policjant nie wtrącał się do tej sprawy88.
Mimo tylu zadziwiających zbiegów okoliczności i niejasnych elementów tej historii, trudno się nie zastanowić nad słusznością słów wypowiedzianych przez prokurator Janinę Orłowską:
„Przywołam zasadnicze prawne pytanie. Kto z tej zbrodni miał odnieść korzyść? Dariusz B., który ofiary nie znał? Mąż, który nie chciał się rozwodzić? Nie. Interes miała jedynie Agata M., która chciała kochanka poślubić. Może nigdy nie trafiłaby na ławę oskarżonych, gdyby tak nie spieszyła się do tego małżeństwa. Gdy po czterech miesiącach ciała zamordowanej nie odnaleziono, wymusiła na Dariuszu B., by wskazał policji, gdzie zostało ukryte”89.
Wciąż jednak zaskakuje mnie fakt, że zwłoki przeleżały niezauważone na Niskich Łąkach przez cztery miesiące. Podobnie zresztą zastanawiam się nad powodem, dla którego Dariusz B., po uregulowaniu rachunków z Agatą M., miałby posłuchać jej w kwestii wskazania miejsca ukrycia zwłok policji. Nie rozumiem celu, dla którego podjął takie ryzyko.
A jeśli jednak był ktoś, kto dostrzegł coś niepokojącego 3 października 1996 roku? To kolejna rzecz, jakiej nie można ani potwierdzić, ani wykluczyć.
Niedługo po tym, jak wyrok się uprawomocnił, mecenas Wojciech Krzysztoporski dostał tajemniczy telefon. Dzwoniący zasugerował wówczas, że przebieg zbrodni był inny od tego, co ustaliła prokuratura.
„Całe te lata żyłem w takiej nadziei, że zjawi się jakiś świadek, że coś się ujawni, że to po prostu niemożliwe, żeby ktoś czegoś nie powiedział. Kiedyś wracałem z Warszawy, to było w pewną sobotę po południu, dostałem wtedy telefon. Mężczyzna zapytał mnie, czy jestem obrońcą tej lekarki z Wrocławia, odpowiedziałem, że tak”90 – opowiadał o tamtej sytuacji Krzysztoporski.
„Proszę pana, ja po latach zdecydowałem się powiedzieć, co widziałem jako wędkarz, co się działo w tych krzakach”91 – rzekomo powiedział nieznajomy.
Parking przy Cmentarzu Żołnierzy Włoskich, miejsce, w którym miało dojść do zabójstwaKrzysztoporski zjechał na pobocze i zaczął przeciągać rozmowę, aby wydobyć od tamtego człowieka jak najwięcej informacji. Jednak tajemniczy mężczyzna nie był chętny do dzielenia się swoją wiedzą przez telefon.
„Dodał, że nie jest to rozmowa na telefon, ale będzie we wtorek lub środę we Wrocławiu i przyjdzie do mojej kancelarii. Niestety, nie zjawił się. Udało mi się tylko ustalić, że dzwonił z budki z Sokolnik pod Łodzią”92 – wspominał adwokat.
Czy faktycznie tamten człowiek widział coś, co mogłoby zmienić wyrok sądu? Jeśli tak, to dlaczego ostatecznie zrezygnował ze złożenia zeznań? A może był to jedynie głupi żart kogoś zupełnie przypadkowego? To kolejne pytania dotyczące sprawy morderstwa Anety G.-Ch., jakie pozostają bez odpowiedzi.
„Wiem, że Agata M. jest niewinna. Ale nie mogę złamać tajemnicy spowiedzi”93 – powiedział podczas rozprawy przed Sądem Odwoławczym kapelan więzienny, ojciec Tadeusz Rzekiecki. Czyją spowiedź duchowny miał na myśli? Otóż... osoby, która zamordowała Anetę G.-Ch.
„Rzekiecki mówił i pisał, próbował różne osoby zainteresować tą sprawą, ponieważ twierdził, że ma pewną informację, że pani Agata jest niewinna”94 – relacjonował Marcin Rybak z „Gazety Wrocławskiej”.
„Do kamery powiedział: Adwokat wierzy, a ja wiem, że jest niewinna”95 – wspominał mecenas Krzysztoporski.
Czy kapelan więzienny miał prawo zatrzymać dla siebie tak istotne informacje o tożsamości mordercy Anety G.-Ch., powołując się na to, że nie może złamać tajemnicy spowiedzi? To dość skomplikowane, ale rzeczywiście, nie można było zmusić go do złożenia zeznań. Kodeks prawa kanonicznego w tym przypadku stanowi, że:
„Tajemnica sakramentalna jest nienaruszalna; dlatego absolutnie nie wolno spowiednikowi słowami lub w jakikolwiek inny sposób i z jakiejkolwiek przyczyny w czymkolwiek zdradzić penitenta”96.
Oznacza to tyle, że tajemnica spowiedzi w rozumieniu prawa kanonicznego ma charakter bezwzględny, a więc duchownemu nie wolno jej złamać. Czy jednak rzeczywiście prawo kanoniczne stoi wyżej niż prawo karne? Nie do końca, jednak artykuł 178. Kodeksu postępowania karnego mówi:
„Nie wolno przesłuchiwać jako świadków:
2. Duchownego co do faktów, o których dowiedział się przy spowiedzi”97.
Oczywiście nie można mieć pewności, że kapelan więzienny Tadeusz Rzekiecki posiadał prawdziwe informacje, jednak nie było także możliwości, aby je zweryfikować, ponieważ rzeczywiście miał on prawo zatrzymać tę wiedzę wyłącznie dla siebie, a w świetle prawa karnego nie wolno było go przesłuchiwać w charakterze świadka.
Rzekiecki w napisanym przez siebie oświadczeniu zwrócił uwagę na to, że wyrok sądu skazujący Agatę M. na 25 lat pozbawienia wolności jest pełen ułomności98. Również on wspierał ją duchowo. Namawiał ją, aby wykazywała się cierpliwością i zaakceptowała swój los.
„To, że trafiamy do danego miejsca, to, że bierzemy udział w danej sytuacji, nie jest zupełnym przypadkiem. Czasami dzieje się tak, ponieważ Bóg chce nas czegoś nauczyć albo chce nas uchronić przed czymś jeszcze gorszym niż to, co nas dotyka. Czasami to jest potrzebne czemuś innemu, o czym się nie dowiemy”99 – mówiła Agata M.
Jednak z racji, że nie ma zbyt wielu rzeczy gorszych od wizji spędzenia 25 lat za kratkami za czyn, którego ktoś się nie dopuścił100, Agata M. popadała w coraz gorszy stan psychiczny.
„Pojawił się wewnętrzny, potworny żal i coś z pogranicza złości, że mając jakąś wiedzę, ten człowiek może nie chce, może nie może mi pomóc”101 – dzieliła się swoimi przemyśleniami skazana.
Dziennikarze z programu Prywatne Śledztwa: Grzechu prawda ukryta podczas nagrywania odcinka skontaktowali się z ojcem Rzekieckim i poprosili go o wypowiedź. Odmówił wystąpienia przed kamerą, ale podtrzymał, że ma pewność co do niewinności Agaty M. Nie zmienia to jednak faktu, że kobieta ta odsiedziała w więzieniu wiele lat.
„Nie przyczyniłam się do śmierci Anety G.-Ch. i nikogo do jej zabójstwa nie nakłaniałam. Z czystym sumieniem proszę o uniewinnienie”102 – mówiła przed sądem Agata M.
„Sąd Apelacyjny utrzymał wyrok i karę 25 lat pozbawienia wolności orzeczoną w pierwszej instancji. Następnie od tego wyroku wniesiono kasację. Sąd Najwyższy w 2004 roku kasację oddalił”103 – informował Witold Franckiewicz z Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu.
Dariusz B. został skazany na 15 lat więzienia. Nie ubiegał się o kasację wyroku, wyszedł na wolność po odbyciu ponad połowy kary. Agatę M. sąd potraktował surowiej, ponieważ uwzględnił kwestię jej zaangażowania emocjonalnego w sprawę morderstwa oraz fakt, że była lekarką104.
„Agata M. odsiedziała dopiero trzy lata i siedem miesięcy z 25-letniej kary. Do końca wyroku pozostało jej ponad 21 lat. We wrześniu napisała wniosek o udzielenie jej dwóch miesięcy przerwy w odbywaniu kary”105 – pisała „Gazeta Wyborcza” 7 stycznia 2000 roku106, kiedy to skazana chciała na chwilę opuścić więzienne mury, przez wzgląd na zły stan zdrowia swoich rodziców. Co ciekawsze jednak, w tym samym czasie wnioskowała o możliwość podjęcia pracy w zawodzie.
To interesujące, ponieważ Agata M., mimo że została skazana za morderstwo, nie utraciła prawa do wykonywania zawodu lekarza. Straciłaby je, gdyby Aneta G.-Ch. była jej pacjentką, ale ponieważ nią nie była, nie odebrano jej go. Można takie prawo utracić, ale nie dzieje się to automatycznie.
„Jeżeli Agata M. nie podejmie pracy, to straci prawo wykonywania zawodu lekarza, a ma załatwioną pracę w hospicjum”107 – uzasadniał prośbę swojej klientki mecenas Wojciech Krzysztoporski.
Ona sama we wniosku napisała: „To pozwoli po odbyciu kary zacząć normalne życie i wrócić do zawodu. Czuję powołanie do zawodu”108.
Skazana otrzymała niezwykle pozytywną opinię z zakładu karnego, a Sąd Okręgowy przychylił się wówczas do jej prośby o przerwę w odbywaniu kary. Ta decyzja poskutkowała zażaleniem ze strony prokuratury, która napisała:
„W świetle zbrodni zabójstwa, której dopuściła się skazana, wskazana przyczyna udzielenia przerwy w karze nie wytrzymuje konfrontacji ze społecznym poczuciem sprawiedliwości”109.
Dziennikarze „Gazety Wyborczej”110 zwrócili się do rzecznika Zakładu Karnego przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu, Marka Łażewskiego, z pytaniem o to, czy lekarka z wyrokiem 25 lat więzienia za morderstwo może pracować w szpitalu więziennym.
„Tak, ale wyłącznie jako porządkowa czy na innym podobnym stanowisku. Jako lekarz nie. Zgodnie z przepisami lekarzem może być wyłącznie funkcjonariusz służby więziennej lub cywil. Skazany nie może leczyć skazanych. Poza przepisami chodzi o względy moralne. To tak, jakbyśmy skazanego na więzienie inżyniera zatrudnili do budowy więziennego muru”111 – odpowiedział.
Niestety, nie dysponuję żadnym źródłem, które opisałoby, czy Agata M. rzeczywiście uzyskała zgodę na podjęcie pracy. Jednak z racji, że w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej widnieje zapis, iż rozpoczęła ona prowadzenie swojej praktyki lekarskiej 1 maja 2017 roku112, wnioskuję, że przychylono się do jej prośby. Ona sama wyszła z więzienia wcześniej, po kilkunastu latach. Niestety, nie dotarłam do żadnych materiałów prasowych, które opisywałyby okoliczności tego, dlaczego odzyskała wolność.
TA HISTORIA TO ZDECYDOWANIE JEDNA Z MROCZNYCH TAJEMNIC WROCŁAWIA. CHOĆ ZAKOŃCZONA, WCIĄŻ WZBUDZA WIELE KONTROWERSJI.
O wielu szczegółach sprawy nie informowano opinii publicznej, dlatego nasuwają się liczne pytania. Czy naprawdę nikt nie zauważył aktu morderstwa na parkingu przy Cmentarzu Żołnierzy Włoskich we Wrocławiu? Czy rzeczywiście żaden spacerowicz nie natknął się na porzucone w tamtej okolicy zwłoki Anety G.-Ch., które przeleżały tam kilka godzin? Czy możliwe jest, aby ciało zamordowanej kobiety nie zostało znalezione przez cztery miesiące, jeśli pozostawiono je na Niskich Łąkach, gdzie codziennie przewija się mnóstwo ludzi? Dlaczego Dariusz B. po wyrównaniu rachunków z Agatą M. miałby zaryzykować i zdradzić policji, gdzie znajdzie zwłoki Anety G.-Ch.? Wreszcie dlaczego nie przeprowadzono badań DNA, a prokuratura nie zleciła identyfikacji ciała? Jak można było zgubić tak istotny dokument jak karta stomatologiczna nieżyjącej pacjentki i czy nieścisłości w zestawieniu jej z uzębieniem zwłok z Niskich Łąk faktycznie były tylko niedopatrzeniem? Na żadne z tych pytań, mimo szeroko zakrojonych poszukiwań, nie znalazłam odpowiedzi.
Jego czaszka była roztrzaskana, a na ciele widniały okropne rany, wokół zwłok walały się rozbite skrzynki zmarłego, z których skradziono wiele jego przedmiotów” – tak rozpoczyna się artykuł opublikowany w niemieckojęzycznym tygodniku „Süd Australische Zeitung” 17 lutego 18652.
To niezwykle ciekawe, że aby dziś dotrzeć do informacji o tej strasznej tragedii, która rozegrała się 1633 lata temu we Wrocławiu, trzeba sięgać do źródeł pochodzących z tak odległego kontynentu jak Australia. Na szczęście intensywne poszukiwania pozwoliły mi też odkryć wiele szczegółów dotyczących tej sprawy w lokalnych publikacjach.
Gdy natknęłam się na tekst w australijskiej gazecie, napisany po niemiecku, nie do końca rozumiałam, jak to możliwe, że się tam ukazał. Zanim skupiłam się na kolejnych etapach historycznego śledztwa, postanowiłam nieco zgłębić ten poboczny wątek. „Süd Australische Zeitung” to tytuł niemieckojęzycznego tygodnika, który był wydawany w Tanundzie od 1860 do 1916 roku4, kiedy podczas I wojny światowej zaostrzyły się nastroje antyniemieckie. Istnienie tego tabloidu, jak i innych mu podobnych, było potrzebne, ponieważ w XIX wieku w Australii Południowej osiedliło się zaskakująco wielu przybyszów z państw niemieckojęzycznych, co miało związek m.in. z trwającą wówczas gorączką złota w epoce wiktoriańskiej. W obliczu tych faktów artykuł o morderstwie na Blücherplatz w Breslau, który przywołałam na początku rozdziału, nie jest już niczym zaskakującym.
Z tekstu w „Süd Australische Zeitung” wiedziałam, że służący o nazwisku Klein został zamordowany w brutalny sposób w mieszkaniu znajdującym się w jednej z kamienic przy obecnym placu Solnym we Wrocławiu. Teoretycznie to bardzo konkretna informacja, jednak w praktyce nie pozwala na zbyt wiele w kontekście rozszerzenia obszaru poszukiwań. Gdybym znała dane kupca zatrudniającego tego nieszczęśnika, zapewne zadanie to nie byłoby tak karkołomne. Bogacze z zasady mieli i mają większe szanse na to, by nie zostać zapomnianymi. Jednak zwykli służący, ludzie bez majątków i tytułów zwyczajnie przepadają w mrokach historii. Gdyby Klein nie poniósł śmierci w tak okropnych okolicznościach, nigdy nie dowiedziałabym się, że ktoś taki w ogóle istniał.
Z kolejnych akapitów tekstu z australijskiego tabloidu właściwie nie wynikało nic pewnego. Sporo okrągłych zdań opisujących daremne próby schwytania mordercy przez organy ścigania oraz informacja, że podejrzenie padło na pewnego pracownika wytwórni cygar.
„Pomimo szeroko zakrojonego śledztwa przez Komendę Policji długo nie można było wpaść na chociaż najmniejszy ślad zabójcy. Dopiero po kilku miesiącach pracownik wytwórni cygar, Nicolaus, wielokrotnie karany mężczyzna, wydał się podejrzany w tej sprawie i dlatego postawiono go w stan oskarżenia. Jednak choć u Nicolausa znaleziono kamizelkę, która należała do zamordowanego Kleina, a on sam nie był w stanie wykazać swojego alibi w noc popełnienia zbrodni, a do tego jakaś dziewczyna widziała, jak wczesnym rankiem kolejnego dnia prał w rzece zakrwawioną bieliznę, ostatecznie został zwolniony przez sąd przysięgłych. I tak doszło do zawieszenia postępowania sądowego”.
Z tego fragmentu nie wynika powód, dla którego Nicolaus miałby dopuścić się morderstwa. Nie ma też jasnego wskazania na to, co sprawiło, że policja zainteresowała się jego osobą. Oczywiście pada wzmianka o tym, że był on w posiadaniu kamizelki zmarłego. Jednak czy rzeczywiście można było ją traktować jako dowód przestępstwa?
Widok na narożną kamienicę przy placu Solnym 5, miejsce popełnienia morderstwaStare gazety milczały, internet również. Nigdzie nie mogłam namierzyć Kleina i jego pracodawcy. Nie poddawałam się w poszukiwaniach, bo nie chciałam, aby ta mroczna tajemnica Wrocławia pozostała zapomniana. I wreszcie po wielu godzinach prób udało się!
Nowych danych dostarczył mi artykuł opublikowany w gazecie „Schlesische Zeitung” z 1863 roku5. Był on sprawozdaniem z sądu nad mordercą Kleina, konkretnie z procesu Nicolausa. Prokuratorem był wówczas von Üchritz, radcą prawnym niejaki Plathner.
„Morderstwo popełnione na gospodarzu domu Kleinie wywołało z powodu zuchwałości i brutalności sprawcy wielką sensację i przerażenie wśród mieszkańców miasta. Z dużym napięciem oczekiwano na każdą wiadomość o rezultatach śledztwa ukazującą się od czasu do czasu w prasie publicznej. Dopiero dzisiaj widzowie zgromadzeni w sądzie mają możliwość zapoznania się z przebiegiem śledztwa w tej sprawie. Sala sądowa była wypełniona do ostatniego miejsca, a napięcie rosło już od początku przesłuchania. Na ławie oskarżonych pojawił się pracownik fabryki cygar Theodor Michael Nicolaus z Breslau. Jest to mężczyzna wysoki na 5 stóp, o szczupłej budowie ciała i nieco wychudzonej twarzy oraz bujnych ciemnobrązowych włosach. Zachowywał się spokojnie, jego odpowiedzi w czasie całego przesłuchania były pewne i stanowcze. Ukończył 20 lat i od 1854 roku był już pięć razy karany za kradzieże”.
Kim był podejrzany Nicolaus? Dwudziestolatkiem pracującym fizycznie w jednej z wrocławskich fabryk, który parał się rabunkiem od najmłodszych lat. Już jako dziewięcioletni6 chłopiec, jak wynika z artykułu, został ukarany za pierwszą kradzież. To z pewnością nie działało na jego korzyść. Prawdopodobnie jednak podejmował się działalności przestępczej nie z wyrachowania, a z głodu. Biorąc pod uwagę opis jego wychudzonej twarzy, w chwili procesu wciąż mógł doświadczać nędzy. Nadal jednak nie wiedziałam, z jakiego powodu w ogóle podejrzewano go o tę zbrodnię. Odpowiedź znalazłam w dalszej części sprawozdania.
„Podejrzany w tej sprawie może być mordercą, ponieważ, jak przedstawiono w mowie prokuratorskiej:
Oskarżony jest jedną z niewielu osób, które spotykały się z zamordowanym.Z dużym prawdopodobieństwem został on rozpoznany jako osoba, która krótko przed przestępstwem kupiła w sklepie „Herz und Ehrlich” nóż, który umożliwił zadanie ofierze ciosów, których ślady znaleziono na ciele zmarłego.W nocy morderstwa nie spał w swoim mieszkaniu, a po morderstwie czynił przygotowania do wyjazdu do Ameryki.Kiedy spotykał kogoś po popełnieniu przestępstwa, zachowywał się podejrzanie.Znajdował się w posiadaniu kilku sztuk odzieży, które niewątpliwie należały do Kleina”.Pięć punktów wymienionych w „Schlesische Zeitung” rozjaśniło nieco kwestię tego, że podejrzenie, jakie padło na Nicolausa, nie wzięło się z niczego. Jednak po odczytaniu aktu oskarżenia Nicolaus oświadczył, że nie jest winien zarzucanych mu czynów. Zaprzeczył, że był znajomym Kleina, i stwierdził, że stawiane mu zarzuty nie pasują do jego charakteru. Dodał także, iż w nocy z 21 na 22 czerwca przebywał u swoich rodziców, z którymi rozmawiał o tym, że prawdopodobnie zostanie zatrudniony w fabryce Delahona, a także o swojej chęci wyjechania za ocean, do Ameryki. Planowana podróż miała się odbyć najwcześniej po otrzymaniu przez niego wiadomości od mieszkającego tam brata. Wypowiedział się też na temat wspomnianej przez prokuratora odzieży, a konkretnie spodni, kamizelki, krawata oraz skórzanego pasa. Zeznał, że ubrania te były jego własnością od 1859 roku. Wersję tę potwierdziły matka oraz siostra oskarżonego.
W dalszym toku rozprawy pojawiało się coraz więcej szczegółów. Dotyczyły one m.in. tego, że feralnej nocy Nicolaus wszedł do łóżka o godzinie 23.00 w towarzystwie mężatki o nazwisku Schwengler. Procesowany rzekomo cierpiał jednak z powodu bezsenności, a swoje mieszkanie opuścić wcześnie rano, bo po 7.00.
Dalej pojawiły się relacje kolejnych świadków.
„Kucharka kupca Kaufmanna zeznała, że często, także w godzinach wieczornych, widziała, jak Klein rozmawia w domu z jakimś mężczyzną, który pod względem budowy ciała przypominał oskarżonego. Nie może jednak z całą pewnością oświadczyć, że to był on. Zapytana o przedstawione elementy odzieży oświadczyła, że właśnie tę kamizelkę i spodnie widziała u Kleina.
Służąca Otylia Schön na pytanie, czy zna oskarżonego, odpowiedziała twierdząco. Razem z Kleinem pracowała u tego samego kupca i widziała, jak w ostatnim czasie oskarżony Nicolaus przychodził w różne dni między 21.00 a 22.00 i rozmawiał z Kleinem przy drzwiach kamienicy. Ona sama rozmawiała pewnego wieczoru z oskarżonym i często widywała go obok Kleina, więc z pewnością go rozpoznała. Przy pierwszym ich spotkaniu w ramach śledztwa wstępnego oskarżony bardzo zmieszał się na jej widok”.
