Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Są na niebie i ziemi rzeczy, o których się nie śniło doktorom nauk filologicznych. Gabriel „Gaba” Gabiński wiedzie spokojne życie w mieście Z (zwanym także Donieckiem). Wykłada literaturę, uprawia filozofię, ignoruje wiadomości z szerokiego świata. W 2014 roku uporządkowana rzeczywistość Gabriela ulega destrukcji. Rosyjscy okupanci i lokalni kolaboranci odmieniają miasto do tego stopnia, że da się je wprawdzie rozpoznać, ale zrozumieć go już nie sposób. Gabiński jedzie do Kijowa. Przesiedla się nieodwołalnie i radykalnie, bo także na gruncie językowym. Ojczysty rosyjski zastępuje mową ukraińską – stara się ją opanować, ale to ona opanowuje go bez reszty. Gaba zarabia w stolicy na przesiedleńczy chleb powszedni i z gorliwością neofity czerpie z nieprzebranego słowopoju. Ta historia, jak każda historia, nie ma początku ani końca. Tę historię, jak wszystkie inne, każdy z nas może opowiedzieć po swojemu. Łatwo dziś o nieporozumienie. W naszych czasach tożsamości są płynne, amnezje zbiorowe, a komunikacja międzyludzka idzie w ślady krążownika „Moskwa”. W co warto wierzyć? W język – źródło olśniewających przesłyszeń. W zafrasowane oblicze, które co dzień wita cię w lustrze. W widmo Kobylej Głowy krążące nad Europą”.
Marcin Gaczkowski
O tłumaczu:
Marcin Gaczkowski (ur. 1982) – literaturoznawca, historyk, publicysta. Jeden z założycieli portalu Rozstaje.art, współpracownik kwartalnika „Czas Literatury”, dziennikarz Polskiego Radia dla Ukrainy. Tłumacz literatury ukraińskiej, m.in. powieści Córeczka Tamary Dudy (Wydawnictwo KEW 2022, Nagroda im. Natalii Gorbaniewskiej) oraz kultowego Miasta Waleriana Pidmohylnego (Wydawnictwo KEW 2024). Od 2021 roku prowadzi seminarium „Tłumacze bez Granic”.
O autorze:
Wołodymyr Rafiejenko (ur. 1969) – ukraiński poeta i prozaik, z wykształcenia filolog i kulturoznawca. Do lipca 2014 roku mieszkał i pracował w Doniecku, pisał w języku rosyjskim. Opuścił rodzinne miasto po rosyjskim ataku na wschód Ukrainy. Autor dziesięciu powieści, w tym Najdłuższych czasów (2017; Nagroda Wyszehradzka Partnerstwa Wschodniego). Polski przekład Marcina Gaczkowskiego i Anny Ursulenko (Wydawnictwo KEW 2020) znalazł się w finale Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”. Mondegreen (2019) jest pierwszą powieścią Wołodymyra Rafiejenki napisaną po ukraińsku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 158
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Мондеґрін. Пісні про смерть і любов
Copyright by © Володимир Рафєєнко, 2024
Copyright by © Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2024
Copyright for the Polish translation by © Marcin Gaczkowski, 2024
Przekład: Marcin Gaczkowski
Redakcja: Magdalena Jankowska
Korekta: Patrycjusz Pilawski
Skład: Daniel Malak, Jędrzej Malak
Opracowanie wydania elektronicznego: Karolina Kaiser,
Okładka: Olga Zelenska
Redaktor prowadzący: Laurynas Vaičiūnas
Przekład i wydanie tej książki wsparła Unia Europejska w ramach programu „House of Europe”.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.
ISBN 978-83-7893-090-7
Wydawnictwo KEW
Kolegium Europy Wschodniej
im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu
ul. Zamkowa 2, 55-330 Wojnowice
Kto jesteś, Panie?
Szaweł
W drzwi stuka, łomocze Kobyla Głowa.
Kobyla Głowa
Nie jestem ani tak młody,
żebym się zakochał w kobiecie dla jej głosu,
ani tak stary,
żebym za nią szalał dla jakiej bądź przyczyny.
Na moich barkach czterdzieści i osiem lat niosę.
William Shakespeare, Król Lear
Popatrzyłem na jagnięta –
Nie moje to stadko!
Obejrzałem się na chaty –
Gdzieżeś, moja chatko?
Taras Szewczenko
Znasz doskonale istotę problemu, homo sapiensie, a może raczej homo sapiensie sapiensie, przybity i przepity. Pamiętasz? Z kim to nie trafiłeś do wyra w obskurnych latach dziewięćdziesiątych. Na dwutysięczne i kolejne, po brzegi zalane ogniem, spuśćmy zasłonę milczenia.
Zdarza się, że wszystko naraz zwala się nam na głowę. Duszę rozdziera pewność: życie pędzi ku kresowi jak nocny podmiejski do Publiuszowego-Neronowego (nazwa alternatywna: Klaudiuszowe-Tarasowe, osiedle typu miejskiego w rejonie borodziańskim obwodu kijowskiego w Ukrainie; rok założenia: 1903, od Paryża dzieli je 2318,6 kilometra; na rozwidleniu trzymaj się prawej strony, kontynuuj jazdę A4/E25/E50, kieruj się na Paris/Luxembourg/Thionville) i pobłyskuje nikłymi płomykami. A dojrzałość duchowa ani myśli nadejść. Spoglądasz w minione dni i widzisz pustkę. Zamiast wyższych sensów i feerii spełnienia wyszedł ci z życia betonowy zakalec prowincjonalnego peronu. Puste paczki po fajkach, łuski słonecznika, niedopite piwo czernihowskie, ławeczka, na niej bezdomny czyta Conana Doyle’a. Wiatr targa żółtym pyłem. Grzęznąc w tym pyle po szyję, rozumiesz, żeś niczego w życiu nie dokonał (egzystencja spływa krwią, wpatruje się w ciebie smutnymi oczyma twoich krewnych i bohaterów bajek ludowych).
Sunie sapiens sapiens przez las. W takim nastroju, z takimi myślami. A w lesie małpa śpi. Dacie wiarę, rodacy? On ma problemy egzystencjalne, a włochata paskuda kima w najlepsze. Jemu piekło istnienia jądra wykręca, a ta ochlała się szampana i zaległa pod orzechem. Bodhisattwa Ukrainy. Owszem, różnie bywało. Stąd niechciani krewni.
Zainteresowałby się lepiej ten cały Darwin, z kim się przespała jego matuchna. Teolog. Małpiszony mu we łbie. W społeczeństwie ukraińskim panuje takie zezwierzęcenie, że małpia kwestia to nawet nie pół prawdy. To ćwierć biedy. Ciekawe, że ani się zająknął o dzikach, wronach, jeżach, szczurach, motylach, ćmach, psach i wilkach, niedźwiedziach, żmijach, hienach recydywistach i niewinnych gąskach, które wespół trzęsą naszym światem politycznym. Menażeria, a nie parlament, Święci Pańscy!
– Co ja się czepiłem tego Darwina? – zwątpił Gaba.
Dlaczego nie Marcina Lutra (Martin Luther)? Nie. Nie chodzi o to, że Niemiec. Niemcy to ludzie jak my, tylko trochę bardziej cenią porządek. Lubisz łamać zasady? Nasikałeś w Bramie Brandenburskiej? Twój kumpel Hans wezwie policajów, nie bój żaby. To nic, że przed chwilą żłopaliście razem piwko. Radykalny anarchizm bursza nie wzrusza.
– Co to będzie?
Diabli wiedzą, dobrodzieju, bagno wszędzie. Gaba wzruszył ramionami. Języka się uczę. Język śpiewny i giętki. Tumani, nęci i kusi do frymuśnych hocków-klocków, tęczowych dyrdymałów, przyzywa do marcowych wygibasów, do najświętszych zbytków listopada. Można sto tysięcy lat bez wytchnienia bachać dziaberłaki i pleść androny upośledzonym przesiedleńczym ozorem.
Gaba się domyślał, że ma pierwsze objawy syndromu poligloty. Dopóki rozmawiał ze sobą w ojczystym rosyjskim, szło jako tako. Kiedy zaczął się uczyć drugiego języka, bogowie raczą wiedzieć, co też mu rozbłysło pod kopułą. Więcej wiesz, gorzej śpisz.
– Ciężki jest los współczesnego intelektualisty! – westchnął głęboko, z ociężałym smutkiem wciągając do posiwiałej makówki rześkie powietrze dożywotniej banicji, przeżegnał się i ruszył aleją Obołońską.
Jesień, nie ma to tamto. Czto takoje osień, piał w jego czaszce czupryniasty okularnik. Krwią płacze niebo pod nogami. Skaczą w kałużach kruki, wrony. Kijowskie, twoju mać, kruki, wrony.
– Wieszczu Puszkinie – wściekał się Gaba – czemuś nie uprzedził? Niby niezgorszy był z Aleksandra Siergiejewicza człowiek. Mądrala. Wypatrzył gdzieś Żyda, od razu w krzyk: z Żyda wyskoczyła bida! A jak babę wzrokiem wyhaczył: „Raz, dwa, trzy! Baba-Jaga nie patrzy!”. I chap za dupsko. Cho no tu, córo grzechu. Do kąta zaciągnął, ręce wykręcił, postronkiem związał, na krześle usadził i przemawiał do niej nienaganną niemczyzną: jam twój Sacher-Masoch, my darling. Przywiozłem cię aż do grodu Lwa. Bajki ci będę prawił, panieneczką zwał, będziesz kobitą cieleśnie sytą. Uczynię cię lwowianką jak ta lala. A ta mu na to: spieprzaj, dziadygo, zwisie samczy, szlag by cię trafił. Żadna ze mnie lwowska pani, jestem Honoré de Balzac, francuski powieściopisarz i dramaturg. Cykl powieści Komedia ludzka, w którym nakreśliłem panoramę społeczną ponapoleońskiej Francji, uważany jest za moje opus magnum. Włosy mam długie i kręcone, bo je sobie nakręcam na rozżarzone gwoździe w hucie żelaza, a potem zasypiam, po uprzedniej konsumpcji marsali z gandzią. Budzę się rano i widzę, żem piękniejsza, niż Konstytucja Piątej Republiki przewiduje. I tobie przepisu na szczęście nie poskąpię.
***
Wszedł do metra, zbliżył plastikową kartę do kwadratowego ustrojstwa. Niepojęta maszyna poinformowała bez zwłoki: droga w zasadzie wolna, Gabo. Zwróciła też uwagę, że prawo ponownego zstąpienia do wnętrza stolicy przysługuje mu już tylko trzykrotnie. Surowym próbom poddawany jest w Kijowie statystyczny przesiedleniec poszukujący głębi.
Zjechał ruchomymi schodami w mroczne podziemia. Tam, gdzie bieżą pociągi. Czarcie wentylatory zieją oddechem nieodległego piekła, owiewają nim ludzkie twarze. Wieczorami narodu tu od groma. Każdy chce dokądś jechać. Starsi i mniejsi, ruskogaworzący i ukraińskojęzyczni. Tatarzy, Francuzi, Żydzi, Anglicy, Chińczycy, Wietnamczycy, Rosjanie, Romowie, Rumuni, Mołdawianie. Dziewczęta i chłopcy. Czytelnicy Janusza L. Wiśniewskiego i Jamesa Augustine’a Aloysiusa Joyce’a. Zwolennicy innowacyjnego i tradycyjnego seksu. Wszystek Babilon sunie pod ziemią, a w wędrówce strumieni ludzkich ścierają się sensy. Kijów to miasto wariat, jak dwa a dwa siedem. Matka grodów ruskich ma już swoje lata i nierówno pod sufitem. A kijowskie metro jest kwintesencją obłędu. Zaraz… Czy w języku ukraińskim występuje słowo „kwintesencja”?
Gaba był w kropce, posmutniał. Kijowska jesień ściągnęła tu z powierzchni, znalazła go i trzymała w garści. Jak przeklęta Kobyla Głowa. Żeby się jakoś pocieszyć, mruczał pod nosem żwawe, choć w istocie prymitywne i w istocie banalne, pełne łzawej sentymentalności wersy o jesieni.
Jesień. Doszczętnie spalone statki. Tra ta ta ta, od ziemi matki. Tra ta ta, otóż to, tra ta ta. Sztuka przekładu. Kiedy zaczynasz tłumaczyć coś energicznego i rzewnego, a natchnienie cię opuszcza, zostajesz goły i niewesoły w samiusieńkim (samisen /sic!/ tradycyjny japoński instrument muzyczny pochodzący z Chin, czytaj: przesiedleniec) centrum kultury, jak różowa małpa na estradzie. Niefajne uczucie.
Gaba zlustrował tłum pasażerów, odnalazł mapę i spokój. Zatem pan Puszkin milczał. Miał prawo. Proszę państwa, jeżeli już mieć do kogoś pretensje, to do latopisarza Nestora. A właściwie do całej masy jego wybitnych poprzedników. Taki na przykład Jasiu Ewangelista. Ziomek, skoro zwidziały ci się ogniste rumaki, co przyleciały rozpieprzyć Syrię, czemuś nie napisał o tym wprost? Kochani, pytacie mnie w listach o potencjalny Armagedon. Czytaliście moje „Objawienie”? (Ogłoszenie: Bohaterów Dniepru, stacja końcowa, mleko, młodziwo, mięso, słonina, jajo, niebieskie niebo nad głową co niedziela, ej, matko, moja matko, wychowuj mnie gładko, od niedzieli do niedzieli, jak czerwone jabłko).
Gaba uświadomił sobie, że, po pierwsze, zasnął na kilka minut, po drugie zaś, że jak zwykle pomylił kierunek jazdy. Zmęczenie, podstępny i nieodstępny towarzysz, stale żeruje na naszych mózgach. Gaba ziewnął, odprowadził wzrokiem plecy ostatnich podróżnych i wysiadł z pociągu. Tkwił kilka sekund w przeświadczeniu, że pięć minut zapomnienia coś w nim zmieniło. Wzdrygnął ramionami (Stepan się wzdrygnął, niby ujęty na miejscu zbrodni. „Będę tu mieszkał”) i poczłapał na drugą stronę peronu.
O czym to ja? Racja. Wszystkie dzwony biją. Panie Janie. „Objawienie” ma charakter alegoryczny, stylistykę nieco postmodernistyczną, z elementami socrealizmu, biblijnego symbolizmu itd. Wizje autora roztaczane są z perspektywy wieży z kości słoniowej. A mógł walić z grubej rury, nie zważając na przyszłe (przeszłe) stulecia: „Pomnijcie, Ukraińcy: Natenczas, gdy Kaganat Moskiewski rozpocznie naloty na Mezopotamię, globalne kaput runie z nieboskłonu waszego. Ani za góry, ani za lasy, ale na Ługańsk i na Czerkasy”.
Kontynuował podróż we wnętrzu ziemi, od czasu do czasu zerkając na mapę w ciemnym oknie, za którym rozciągała się nieskończona ciemność wilgotnych tuneli, pełna ludzkich odbić, pozostawianych tu po wsze czasy. Obrazy, natchnienia, twarze, myśli, istnienia i tęsknoty, gorące, nagłe, lecz przecież nie ostateczne, zgony sapiens sapiens skazanych na wieczne sterczenie w tym tłumie, w tym mroku, w tym blasku, co wędruje podziemiami metra od zarania dziejów. We właściwym czasie bieżąca doba wypala się do cna, ostrożnie, drzwi się zamykają, następny przystanek – Wieczność. Do rana cienie będą błąkać się w tunelu. Cienie zapomnianych przodków. Wydaje im się, że są ludźmi, że ktoś na nich czeka tam, na drugim końcu beznadziejnej podróży.
Metro zasysa wszystko, co ludzkie, akumuluje materię i energię, przetwarza je na zaświaty. Trzy minuty w pociągu i człowiek nie należy już do siebie, nigdy już siebie nie zobaczy. I nigdy nie zdoła o sobie zapomnieć. Upłyną chwile, odleżą się w minuty i godziny, podejdziesz do lustra i rzekniesz: to ja przecie, twoje dziecię. A ciemna tafla odszczeka: pokurcz, nie dziecię, krzywe odbicie.
Nawet osiołkowi tę mądrość dano – pociągi toczą się niezależnie od twojego zerkania na mapę. Jak życie. Przebieg każdej z linii, czerwonej, zielonej i niebieskiej, można śledzić w nieskończoność. Nawet jeśli twoje podejrzenia są słuszne i rozgałęzienia metra, jak wszystko w tym majestatycznym mieście, zmieniają się każdej minuty w coś opacznego („zdrada–zwycięstwo”, część istoty narodu ukraińskiego, tutejsza odmiana dualizmu „ciało-duch”), nic na to nie poradzisz. Daj sobie siana, przyjacielu uczony, rzuć to w diabły, nie podążaj za kreską na wyobrażonej mapie, to ułuda, jak ludzie wokół. Nikogo tu nie ma. Jesteś w stolicy sam – żałosna, nikomu niepotrzebna cząsteczka światła, mimikron ciepła, szary móżdżek, żółte jajka wielkanocne, nienasycone żądło miłości, wątroba łaknąca gruzińskiej wody mineralnej, słońce, co świeci jak czerwona gwiazdka w twoich piersiach, oraz ta podstępna i karkołomna rzecz, imię której „ja”. Tej ostatniej też nie ma, choć wiele wskazuje na to, że przysługuje jej prawo do trzech przejazdów koleją podziemną.
Gadaj zdrów, ale bez mapy zeżrą cię nerwy, Gabo. Słoma w butach poplącze ci nogi.
***
[1] Notatki, uwagi i komentarze w nawiasach pochodzą od G. Gabińskiego (przyp. aut.).
