38,90 zł
Katie Brenner ma plan: wielkie miasto, wielka kariera, idealne życie. A przynajmniej taką wersję wydarzeń pokazuje na Instagramie. W rzeczywistości jednak codzienność jest znacznie mniej glamour: maleńkie mieszkanie, wymagająca szefowa i rosnące poczucie, że wszyscy radzą sobie lepiej niż ona.
Kiedy życie zawodowe Katie się rozsypuje, dziewczyna wraca na wieś do rodziców. Dopiero tam, z dala od londyńskiego zgiełku, zaczyna rozumieć, że taka prawdziwa „nieidealność” często może nieść więcej szczęścia, niż kiedykolwiek przypuszczała.
Moje nieidealne życie to pełna humoru, ciepła i trafnych obserwacji powieść o kobietach, które próbują pogodzić marzenia z rzeczywistością. Lekka, zabawna i kojąca jak wakacje, których wszyscy potrzebujemy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 469
Tytuł oryginału: My Not So Perfect Life
Wydawca: Adrian Tomczyk Redaktor prowadzący: Iwona Denkiewicz Redakcja Maja Strzeżek Korekta Ewa Grabowska, Kinga Królikowska
Copyright © 2017 by Madhen Media Ltd. All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Anna Tomczyk, 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68812-78-7
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla Nicki Kennedy
Po pierwsze: mogło być gorzej. Mogłoby być dużo gorzej, jeśli chodzi o dojazdy, muszę o tym pamiętać. Po drugie: warto. Chcę mieszkać w Londynie; chcę tego, a dojazdy są w pakiecie. To część londyńskiego doświadczenia, tak jak Tate Modern.
(W sumie nie ma to za wiele wspólnego z Tate Modern. Zły przykład).
Mój tata mawia: „Jeśli nie umiesz dotrzymać kroku najlepszym, to siedź w domu”. A ja chcę dotrzymywać kroku najlepszym. Po to tu jestem.
W każdym razie mój dwudziestominutowy spacer na stację jest w porządku. Nawet przyjemny. Szare grudniowe powietrze zmienia się w mojej piersi w kawałek żelaza, ale czuję się dobrze. Dzień się zaczął. Jestem w drodze.
Płaszcz mam całkiem ciepły, mimo że kosztował 9,99 funta i kupiłam go na pchlim targu. Miał metkę CHRISTIN BIOR, ale wycięłam ją od razu po powrocie do domu. Można mieć oryginalną, vintage’ową metkę Christiana Diora. Albo coś japońskiego. Albo nawet w ogóle nie mieć metki, bo samemu szyje się swoje ubrania ze starych tkanin zdobytych w Alfies Antiques.
Ale nie CHRISTINA BIORA.
Gdzieś na wysokości Catford Bridge zaczynam czuć, że ściska mnie w żołądku z nerwów. Naprawdę nie chcę się dzisiaj spóźnić. Mój szef ostatnio zaczął się denerwować z powodu ludzi, którzy „jakby nigdy nic przychodzą, kiedy chcą”, więc wyszłam dwadzieścia minut wcześniej, na wypadek gdyby to był gorszy dzień.
I już wiem: to jest potworny dzień.
Z naszą linią metra było ostatnio sporo problemów, ciągle bez uprzedzenia odwołują pociągi. Rzecz w tym, że w Londynie w godzinach szczytu nie można tak po prostu odwołać pociągu. Co mają niby zrobić ci wszyscy ludzie, którzy planowali do niego wsiąść? Wyparować?
Przechodzę przez bramkę biletową i już widzę odpowiedź na to pytanie. Ludzie tłoczą się na peronie, wokół ekranu, przepychają się, zerkają na tory, powarkują na siebie, ignorują się – wszystko naraz.
O Boże. Musieli odwołać przynajmniej dwa kursy, bo ten tłum wygląda na trzy pełne pociągi; wszyscy czekają na następny, ściśnięci w strategicznych punktach na skraju peronu. Jest połowa grudnia, ale nie czuć tu ducha Bożego Narodzenia. Jedynym świątecznym akcentem jest kilka sznurków żałosnych światełek i seria komunikatów dotyczących transportu w okresie świątecznym.
Zbieram się w sobie i dołączam do tej chmary, a potem z ulgą wypuszczam powietrze, bo na stację wjeżdża metro. Nie żebym miała do niego wsiąść. (Wsiąść do pierwszego pociągu? To byłoby absurdalne). Ludzie w środku stoją przyciśnięci do zaparowanych okien, a gdy drzwi się rozsuwają, wysiada tylko jedna osoba – wygląda na mocno zgniecioną i próbuje się wydostać z peronu.
Mimo to tłum napiera i jakimś cudem trochę ludzi wciska się do pociągu, który zaraz odjeżdża, a ja przesuwam się nieco bliżej skraju peronu. Teraz muszę tylko pilnować swojego miejsca i nie pozwolić, żeby ten mizerny gościu z włosami na żel wcisnął się przede mnie. Wyjęłam z uszu słuchawki, żeby słuchać komunikatów oraz być czujna i gotowa.
Dojazdy w Londynie to praktycznie sztuka wojenna. Jest to nieustająca bitwa o terytorium: przesuwanie się o centymetry naprzód, bez choćby chwili rozluźnienia. W przeciwnym wypadku ktoś zaraz stanie przed tobą. Albo na tobie.
Dokładnie jedenaście minut później podjeżdża kolejny pociąg. Ruszam naprzód z tłumem, starając się nie zwracać uwagi na głośne okrzyki: „Możecie się przesunąć głębiej?”; „W środku jest jeszcze miejsce!”; „Muszą się tylko przesunąć głębiej!”.
Zauważyłam, że ludzie w pociągach metra mają zupełnie inne miny niż ci na peronie, zwłaszcza te osoby, którym udało się usiąść. Oni przeszli przez góry i dotarli do Szwajcarii. Nawet nie podnoszą wzroku. Czują się winni i arogancko zamykają się na wszelkie interakcje: „Wiem, że jesteście na zewnątrz; wiem że jest okropnie, a ja siedzę sobie bezpiecznie w środku, ale ja też cierpiałem, więc pozwól mi po prostu poczytać w spokoju na kindlu i nie wzbudzaj we mnie poczucia winy, do jasnej cholery, okej?”.
Ludzie się pchają i pchają, ktoś mnie wręcz popycha – czuję na plecach czyjeś palce – i nagle stawiam stopę na podłodze pociągu. Teraz tylko muszę się chwycić słupka albo uchwytu – czegokolwiek – i podciągnąć się na nim. Jeśli twoja stopa znajdzie się w wagonie, to już wsiadłeś.
Mężczyzna z tyłu wydaje się strasznie wkurzony, słyszę bardzo głośne krzyki i przekleństwa. I nagle za mną wzbiera fala ludzi niczym tsunami. Doświadczyłam tego tylko kilka razy i jest to przerażające. Zostaję przepchnięta naprzód, choć nawet nie dotykam stopami ziemi, a kiedy drzwi się zamykają, tkwię wciśnięta pomiędzy dwóch gości – jednego w garniturze, drugiego w dresie – i dziewczynę jedzącą kanapkę.
Jesteśmy tak ciasno upchnięci, że kanapka znajduje się jakieś osiem centymetrów od mojej twarzy. Za każdym razem, gdy dziewczyna bierze kęs, czuję aromat pesto. Ale umyślnie to ignoruję. Oraz tę dziewczynę. Oraz tych facetów. Mimo że czuję ciepłe udo kolesia w dresie na moim udzie i mogę policzyć niedogolone włoski na jego szyi. Gdy pociąg rusza, cały czas odbijamy się o siebie nawzajem, ale nikt nawet nie nawiązuje kontaktu wzrokowego. Myślę, że jeśli w metrze spotkasz się z kimś wzrokiem, to wtedy wzywają policję czy coś takiego.
Żeby zająć czymś myśli, staram się zaplanować resztę podróży. Dojadę do Waterloo East i sprawdzę, która linia najlepiej kursuje. Mogę pojechać Jubilee-District (to zajmuje wieki) albo Jubilee-Central (pod koniec mam wtedy dłuższy spacer) albo Overground (jeszcze dłuższy spacer na końcu).
Tak, gdybym wiedziała, że ostatecznie będę pracować w Chiswick, nie wynajęłabym mieszkania w Catford. Ale kiedy przyjechałam do Londynu, najpierw byłam na stażu we wschodniej jego części. (W ogłoszeniu napisali, że to „Shoreditch1”. To zdecydowanie nie było Shoreditch). Catford było tanie i dojazdy nie były zbyt długie, a teraz po prostu nie mogę sobie pozwolić na ceny w zachodnim Londynie, a dojazdy nie są aż takie złe…
– Aaaa! – wrzeszczę, kiedy pociąg gwałtownie hamuje, a ja lecę do przodu.
Dziewczyną obok też rzuciło, jej dłonie lecą w stronę mojej twarzy i zanim zdołałam się zorientować, moje otwarte w krzyku usta lądują na końcu jej kanapki.
Co to było?
Jestem w takim szoku, że nie umiem zareagować. Usta mam pełne ciepłego, miękkiego pieczywa i topionej mozzarelli. Jak to się w ogóle stało?
Odruchowo zaciskam zęby i natychmiast tego żałuję. Chociaż… co innego powinnam zrobić? Nerwowo spoglądam jej w oczy, nadal z pełnymi ustami.
– Przepraszam – mamroczę, ale brzmi to jak „Uszam”.
– Pojebało cię?! – dziewczyna krzyczy z niedowierzaniem na cały wagon. – Ona mi kradnie śniadanie!
Głowa mi się poci. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Co mam teraz zrobić? Odgryźć ten kawałek kanapki? (Nie za dobrze). Po prostu wypuścić go z ust? (Jeszcze gorzej. Fuj). Nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji, żadnego.
Ostatecznie wgryzam się w kanapkę, a twarz płonie mi ze wstydu. Teraz muszę przeżuć kawał czyjegoś rozmokłego chleba, a wszyscy się na mnie gapią.
– Naprawdę przepraszam – mówię niezręcznie do dziewczyny, gdy tylko udaje mi się przełknąć. – Mam nadzieję, że reszta będzie ci smakować.
– Teraz tego nie chcę. – Rzuca mi groźne spojrzenie. – Są tam twoje zarazki.
– No, ja też nie chcę twoich zarazków. To nie była moja wina; wpadłam na nią.
– Wpadłaś na nią – dziewczyna powtarza po mnie z takim sceptycyzmem, że na nią spoglądam.
– Tak! Oczywiście, że tak! A co sobie myślałaś… że zrobiłam to celowo?
– Skąd mam wiedzieć? – Osłania dłonią resztę kanapki, tak jakbym miała się rzucić i odgryźć kolejny kawałek. – W Londynie jest mnóstwo dziwaków.
– Nie jestem dziwna!
– Możesz na mnie wpaść, kiedy tylko zechcesz, skarbie – wtrąca z uśmieszkiem gość w dresie. – Tylko nie przeżuwaj – dodaje, a po wagonie niesie się śmiech.
Moja twarz płonie jeszcze większym rumieńcem, ale nie zamierzam na to reagować. Uważam tę rozmowę za skończoną.
Kolejne piętnaście minut patrzę surowo przed siebie, starając się istnieć tylko w swojej małej bańce. Na Waterloo East wszyscy zostajemy wypluci z pociągu i z ulgą wdychamy zimne powietrze pełne spalin. Idę najszybciej jak mogę do metra, wybieram linię Jubilee-District i dołączam do tłumu przy wejściu. W tym momencie zerkam na zegarek i tłumię westchnienie. Jestem w drodze już od czterdziestu pięciu minut i nawet nie przybliżam się do celu.
Ktoś nadeptuje mi stopę szpilką, a mnie się nagle przypomina, jak tata otwierał nasze drzwi kuchenne, wychodził na zewnątrz, szeroko rozpościerał ramiona, żeby objąć nimi widok na pola i nieskończone niebo, a potem mówił: „Najkrótsza droga do pracy na świecie, kochanie. Najkrótsza droga do pracy na świecie”. Kiedy byłam mała, nie miałam pojęcia, o co mu chodziło, ale teraz…
– Przesuńcie się głębiej! Czy możecie się przesunąć głębiej?! – wrzasnął jakiś facet koło mnie na peronie, aż się wzdrygnęłam.
Pociąg nadjechał i nastąpiła typowa bitwa pomiędzy ludźmi w wagonie, którzy uważają, że jest już pełno, a tymi na zewnątrz, którzy obmierzają puste przestrzenie eksperckim, wyćwiczonym okiem i stwierdzają, że spokojnie można tam zmieścić jeszcze ze dwadzieścia osób.
Ostatecznie wsiadam do metra i przepycham się, żeby wysiąść na Westminster, następnie czekam na linię District, którą telepię się do Turnham Green. Wysiadam z metra, zerkam na zegarek i zaczynam biec. Kurde. Mam ledwo dziesięć minut.
Nasze biuro znajduje się w wielkim, jasnym budynku zwanym Phillimore House. Jestem już blisko i zwalniam tempo do spacerowego, serce jeszcze mi wali. But strasznie obtarł mi lewą piętę, ale najważniejsze, że dotarłam. Zdążyłam. Jakby działała jakaś magia, winda już czeka, więc wsiadam, próbuję przygładzić włosy, które się rozczochrały, gdy pędziłam przez Chiswick High Road. Dojazd zajął mi w sumie godzinę i dwadzieścia minut, więc mogło być gorzej…
– Zaczekaj! – słyszę stanowczy głos i nieruchomieję.
Korytarzem kroczy znajoma postać. Ma długie nogi, buty na wysokim obcasie, drogie pasemka na włosach, ramoneskę i spódniczkę z pomarańczowej tkaniny z teksturą, która sprawia, że każdy inny element garderoby w tej windzie wygląda nagle na stary i zbyt zwyczajny. A już zwłaszcza moja czarna, dżersejowa spódnica za 8,99 funta.
Ma wspaniałe brwi. Niektórym ludziom trafiły się po prostu wspaniałe brwi i ona jest jedną z nich.
– Koszmarna podróż – rzuca, wsiadając do windy.
Jej głos jest ochrypły, ciepły, brzmi dorośle. To głos osoby, która zna się na rzeczy i nie traci czasu na byle kogo. Palcem z wypielęgnowanym paznokciem dźga przycisk i zaczynamy wjeżdżać na górę.
– Naprawdę koszmarna – powtarza. – Na skrzyżowaniu z Chiswick Lane w ogóle nie zmieniały się światła. Poświęciłam dwadzieścia pięć minut, żeby dotrzeć tu z domu. Dwadzieścia pięć minut!
Omiata mnie swoim orlim spojrzeniem i zdaję sobie sprawę, że oczekuje odpowiedzi.
– Och – odzywam się słabo. – Biedna jesteś.
Drzwi windy się otwierają i wychodzi. Sekundę później ruszam za nią, patrząc, jak jej fryzura idealnie faluje z każdym krokiem, oraz wdychając ten jedyny w swoim rodzaju zapach, którego używa (robiony na zamówienie, stworzony dla niej u Annick Goutal w Paryżu podczas podróży z okazji piątej rocznicy ślubu).
To jest moja szefowa. Demeter. Kobieta z idealnym życiem.
Nie przesadzam. Kiedy mówię, że Demeter ma idealne życie, możecie mi wierzyć, to jest prawda. Ona ma wszystko, czego można chcieć. Pracę, rodzinę, ogólny luz. Tak, tak, tak. Nawet jej imię. Jest tak nietypowe, że nawet nie musi używać nazwiska (Farlowe). Po prostu jest Demeter. Jak Madonna. „Cześć – słyszę, jak mówi do telefonu tym swoim pewnym, głośnym tonem. – Tu De-meeee-ter”.
Ma czterdzieści pięć lat i od nieco ponad roku zajmuje stanowisko kreatywnej dyrektor wykonawczej w Cooper Clemmow. To agencja strategiczna, mamy paru naprawdę poważnych klientów, więc Demeter jest dość ważna. W jej biurze pełno jest nagród, oprawionych zdjęć jej ze znamienitymi ludźmi oraz wystawek produktów, których marki pomagała tworzyć.
Jest wysoka i szczupła, ma lśniące brązowe włosy oraz, jak już wspomniałam, wspaniałe brwi. Nie wiem, ile zarabia, ale mieszka w dzielnicy Shepherd’s Busch w olśniewającym domu, za który podobno zapłaciła ponad dwa miliony – powiedziała mi to moja przyjaciółka Flora.
Flora powiedziała mi też, że Demeter ma w salonie podłogę importowaną z Francji; jest to parkiet ze starego dębu i kosztował majątek. Flora jest na podobnym stanowisku co ja – specjalistka do spraw projektów kreatywnych – i stanowi dla mnie stałe źródło plotek o Demeter.
Kiedyś nawet poszłam obejrzeć dom Demeter, nie dlatego, że jestem smutną stalkerką, tylko przypadkiem byłam w okolicy i znałam adres, i… no, wiecie, dlaczego by nie sprawdzić, jak wygląda dom szefowej, jeśli nadarza się okazja? (Okej, tak naprawdę znałam tylko nazwę ulicy. Wyszukałam numer domu w necie, gdy już dotarłam na miejsce).
Oczywiście jest tak gustowny, że aż ściska serce. Wygląda jak dom z czasopisma o wnętrzach. To właściwie jest dom z czasopisma o wnętrzach. Opisano go w „Livingetc”, wraz ze zdjęciami Demeter stojącej w swojej bialutkiej kuchni, wyglądającej elegancko i artystycznie w topie w retro rzucik.
Stałam na ulicy i się w niego wpatrywałam. Nie czułam za bardzo zazdrości – to był bardziej żal. Zazdrość. Drzwi wejściowe we wspaniałym szarozielonym odcieniu – jestem pewna, że to albo farba Farrow and Ball, albo Little Greene – ze staro wyglądającą kołatką z głową lwa i prowadzącymi do nich eleganckimi stopniami z jasnoszarego kamienia. Reszta domu także robiła niezłe wrażenie – malowane ramy okienne i rolety, a do tego zarys drewnianego domku na drzewie w ogrodzie z tyłu. Ale najbardziej oczarowały mnie te drzwi. I schody. Wyobraź sobie, że każdego dnia schodzisz po takich pięknych kamiennych schodach, jak księżniczka z bajki. Codziennie rano można się poczuć cudownie.
Dwa auta na podjeździe z przodu domu. Szare audi i czarny SUV volvo, oba nowe i błyszczące. Wszystko, co ma Demeter, jest albo błyszczące, nowe i w trendzie (designerska wyciskarka do soków), albo stare, autentyczne i w trendzie (wielki, stary, drewniany naszyjnik, który kupiła w południowej Afryce). Wydaje mi się, że „autentyczny” może być jej ulubionym słowem; używa go ze trzydzieści razy dziennie.
Demeter oczywiście ma męża i oczywiście dwójkę dzieci: chłopca o imieniu Hal i dziewczynkę Coco. Ma zyliony przyjaciół, z którymi zna się „od zawsze”, i ciągle chodzi na imprezy, wydarzenia i rozdania nagród w designie. Czasami wzdycha i mówi, że to już jej trzecie wieczorne wyjście w tym tygodniu, a potem woła: „Jestem masochistką!”, przebierając się w swoje obcasy od Miu Miu. (Wynoszę do recyklingu sporo kartonów po jej paczkach z Net-A-Porter, więc wiem, jakie marki nosi. Miu Miu. Marni na wyprzedaży. Dries van Noten. I całkiem sporo Zary). Ale kiedy wychodzi, oczy zaczynają jej błyszczeć i zaraz potem jej zdjęcia są wszędzie: na firmowym Facebooku Cooper Clemmow i na naszym Twitterze: Demeter w fajnym czarnym topie (prawdopodobnie od Helmuta Langa; jego też lubi), trzyma w ręku kieliszek wina i promienieje wśród znanych ludzi z branży designu i jest idealna.
I teraz tak: nie jestem zazdrosna. To nie do końca to. Wcale nie chcę być Demeter. Nie chcę jej rzeczy. To znaczy, mam dopiero dwadzieścia sześć lat, po co byłby mi SUV volvo?
Ale kiedy na nią patrzę, czuję takie ukłucie… czegoś. I myślę: czy to mogłabym być ja? Czy to kiedyś mogłabym być ja? Czy jeśli zasłużę, mogę żyć życiem takim jak Demeter? Nie chodzi tylko o te wszystkie przedmioty, ale o jej pewność siebie. O styl. O wyrafinowanie. O znajomości. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby zajęło mi to dwadzieścia lat – właściwie to byłabym zachwycona! Gdyby ktoś mi powiedział: „Wiesz co, jeśli będziesz wystarczająco ciężko pracować, to za dwadzieścia lat to będzie właśnie twoje życie”, natychmiast rzuciłabym się do roboty, żeby to osiągnąć.
Ale to niemożliwe. Nigdy się nie wydarzy. Ludzie opowiadają o „drabinach” i „ścieżkach kariery”, „awansach pionowych”, ale ja jakoś nie widzę żadnej drabiny, która prowadziłaby mnie do życia Demeter, choćbym pracowała nie wiem jak ciężko.
To znaczy dwa miliony funtów za dom?
Dwa miliony?
Przeliczyłam to kiedyś. Załóżmy, że jakiś bank pożyczyłby mi takie pieniądze – a to się nie wydarzy – to przy mojej obecnej pensji spłacałabym go przez 193,4 lata (i wiecie, jeszcze musiałabym przy tym żyć). Kiedy zobaczyłam tę liczbę na ekranie kalkulatora, naprawdę zaśmiałam się w głos, trochę histerycznie. Mówi się o luce pokoleniowej. Dla mnie to jest raczej PRZEPAŚĆ pokoleniowa. Pokoleniowy Wielki Kanion. Nie istnieje drabina tak długa, żeby sięgała od mojego momentu życia do tego Demeter, chyba że wydarzyłoby się coś niezwykłego, jak loteria, bogaci rodzice albo jakiś genialny pomysł na stronę internetową, na którym zbiję majątek. (Nie żebym nie próbowała. Codziennie wieczorem próbuję stworzyć nowy rodzaj stanika albo niskokalorycznych karmelków. Na razie bez sukcesu).
No, w każdym razie. Nie mogę dążyć do osiągnięcia życia Demeter. Ale mogę dążyć, żeby zdobyć jego część. Te bardziej osiągalne fragmenty. Mogę ją obserwować, analizować. Mogę się nauczyć, jak być nią.
A także, co kluczowe, mogę się nauczyć, jak nie być nią.
Bo – nie wspomniałam o tym? – ona jest koszmarna. Idealna i koszmarna. Jednocześnie.
Odpalam właśnie komputer, kiedy Demeter wkracza do naszego biurowego open space’u, popijając sojową latte.
– Ludzie! – oznajmia. – Ludzie, posłuchajcie.
To kolejne z ulubionych słów Demeter: „ludzie”. Wchodzi do naszej przestrzeni i mówi „Ludzie!” takim teatralnym, wyćwiczonym głosem, a my wszyscy musimy się natychmiast oderwać od swoich zajęć, jakby zaraz miało nastąpić jakieś istotne obwieszczenie dla wszystkich. Podczas gdy tak naprawdę ona oczekuje czegoś bardzo konkretnego, co wie tylko jedna osoba, jednak ponieważ ledwo pamięta, kto z nas czym się zajmuje albo nawet jak mamy na imię, musi pytać wszystkich.
Okej, może trochę przesadziłam. Ale niedużo. Nigdy nie poznałam nikogo z równie beznadziejną pamięcią do imion co Demeter. Flora powiedziała mi kiedyś, że Demeter ma jakiś problem ze wzrokiem, coś z rozpoznawaniem twarzy, ale nie przyznaje się do tego, bo jej zdaniem nie wpływa to na jej zdolność do wykonywania swojego zawodu.
No cóż, wiadomość z ostatniej chwili: wpływa.
I druga wiadomość z ostatniej chwili: co rozpoznawanie twarzy ma wspólnego z właściwym zapamiętywaniem imion? Jestem tu od siedmiu miesięcy i przysięgam, że ona nadal nie jest pewna, czy mam na imię Cath, czy Cat.
A jestem Cat. Cat to skrót od Catherine. Ponieważ… no. To jest fajny pseudonim. Krótki i dynamiczny. Nowoczesny. Londyński. To właśnie ja. Cat. Cat Brenner.
„Cześć, jestem Cat”.
„Cześć, jestem Catherine, ale mów mi Cat”.
Okej, tak szczerze: to nie do końca jestem ja. Jeszcze nie. Wciąż jeszcze po części jestem Katie. Przedstawiam się jako Cat, odkąd zaczęłam tę pracę, ale z jakiegoś powodu nie przyjęło się w pełni. Czasami nie reaguję tak szybko, jak powinnam, kiedy ktoś mówi „Cat”. Waham się, zanim się podpiszę, i jeden paskudny raz musiałam zeskrobać „K”, które zaczęłam pisać na jednej z tych wielkich biurowych kartek urodzinowych. Na szczęście nikt nie widział. No bo kto nie pamięta własnego imienia?
Ale jestem zdeterminowana pozostać Cat. Będę Cat. To moje zupełnie nowe, londyńskie imię. Miałam w życiu trzy prace (okej, dwie to były staże) i za każdym razem stwarzałam się trochę na nowo. Zmiana Katie w Cat to po prostu ostatni krok.
Katie to domowa wersja mnie. Ta z Somerset. Rumiana wiejska dziewczyna z loczkami, która spędza życie w dżinsach, kaloszach i polarze, który przyszedł gratis w pakiecie z paszą dla owiec. Dziewczyna, której całym życiem towarzyskim jest pobliski pub ewentualnie Ritzy w Warreton. Dziewczyna, którą tam zostawiłam.
Odkąd pamiętam, zawsze chciałam się wyrwać z Somerset. Pragnęłam Londynu. Nie miałam nigdy plakatów z boysbandami na ścianach sypialni, tylko mapę metra. Plakaty z London Eye i Gherkinem.
Pierwszy staż, na jaki udało mi się dostać, był w Birmingham, i to też jest duże miasto. Ma sklepy, prestiż, ruch… ale to nie Londyn. Nie ma w sobie tej londyńskości, która daje mi taką radość. Tej linii horyzontu. Tej historii. Przechodzenia koło Big Bena, który wybija godziny na żywo. Stania na tych samych stacjach metra, które oglądało się w milionach filmów o niemieckich nalotach w czasie drugiej wojny. Poczucia, że człowiek znajduje się w jednym z najlepszych miejsc na świecie, bez wątpienia, niepodważalnie. Życie w Londynie przypomina życie na planie filmowym, poczynając od dickensowskich bocznych uliczek, poprzez błyszczące wieżowce, kończąc na sekretnych skwerach. Tutaj można być kim tylko się zechce.
Nie ma zbyt wielu rzeczy w moim życiu, które w swojej kategorii znalazłyby się w pierwszej dziesiątce w jakimś światowym badaniu. Nie mam takiej pracy ani takiej garderoby, ani apartamentu. Ale mieszkam w jednym z dziesięciu najlepszych miast na świecie. Mieszkanie w Londynie to coś, o czym marzą ludzie na całym świecie, a ja tu właśnie jestem. I dlatego nie obchodzi mnie, że moje dojazdy przypominają podróż z piekieł i nie obchodzi mnie, że moja sypialnia ma jakieś pół metra kwadratowego. Ja tu jestem.
Nie od razu udało mi się tu dostać. Jedynym miejscem, w którym chcieli mnie po studiach, była maleńka firma reklamowa w Birmingham. Więc przeprowadziłam się tam i natychmiast zaczęłam tworzyć moją nową osobowość. Zrobiłam sobie grzywkę. Zaczęłam codziennie prostować włosy i upinać je w elegancki kok. Kupiłam czarne okulary zerówki. Wyglądałam inaczej. Czułam się inaczej. Zaczęłam się nawet inaczej malować, codziennie z bardzo wyrazistą konturówką do ust i kocią kreską nad okiem malowaną płynnym eyelinerem.
(Cały weekend uczyłam się, jak rysować te wywinięte kreski. To jest prawdziwa umiejętność, tak jak trygonometria – zastanawia mnie zatem, dlaczego akurat tego nie uczą w szkole plastycznej? Gdybym to ja rządziła krajem, istniałyby w szkole zajęcia, na których człowiek uczyłby się tego, co naprawdę przydaje się przez całe życie. Na przykład: jak używać eyelinera. Jak wypełnić formularz podatkowy. Co robić, kiedy kibelek się zapcha, twój tata nie odbiera telefonu, a u ciebie zaraz będzie impreza).
W Birmingham postanowiłam porzucić mój zachodniobrytyjski akcent. Siedziałam w toalecie, zajmowałam się własnymi sprawami, i wtedy usłyszałam, jak dwie dziewczyny się ze mnie nabijały. Nazywały mnie Farrrmerką Katie. Tak, byłam w szoku, i tak, to zabolało. Mogłam wyskoczyć z kabiny i krzyknąć: „No, nie wydaje mi się, żeby wasz Brummie2 był w czymś lepszy!”.
Ale nie zrobiłam tego. Tylko siedziałam i myślałam. To mnie sprowadziło na ziemię. Kiedy dostałam się na drugi staż – ten we wschodnim Londynie – byłam już innym człowiekiem. Zmądrzałam. Nie wyglądałam ani nie brzmiałam jak Katie Brenner z Ansters Farm.
A teraz już całkiem stałam się Cat Brenner z Londynu. Cat Brenner pracuje w fajnym biurze ze ścianami wyłożonymi starą cegłą, z białymi, lśniącymi biurkami, designerskimi krzesłami i wieszakiem na płaszcze w kształcie nagiego mężczyzny. (Każdy naprawdę jest w szoku, kiedy przychodzi tu po raz pierwszy).
To znaczy, jestem Cat. Będę. Muszę tylko popracować nad niepodpisywaniem się innym imieniem.
– Ludzie – powtarza Demeter po raz trzeci, a w biurze zapada cisza.
Jest nas tu dziesięcioro, każdy ma inne stanowisko i zestaw zadań. Piętro wyżej siedzi ekipa eventowa i cyfrowa, a także planiści. Jest też jakaś inna grupa pracowników kreatywnych nazywana „ekipą wizyjną”, która pracuje bezpośrednio z Adrianem, naszym CEO. Do tego jeszcze inne biura od zarządzania talentami, finansami i takimi tam. Jednak to piętro jest moim światem i ja jestem na najniższym szczeblu. Zarabiam najmniej ze wszystkich i mam najmniejsze biurko, ale od czegoś trzeba zacząć. To moja pierwsza w życiu płatna praca i każdego dnia jestem za nią wdzięczna. A do tego, wiecie, moja praca rzeczywiście jest ciekawa. Na swój sposób.
Tak jakby.
To znaczy, chyba zależy od tego, jak się definiuje „ciekawy”. W tej chwili pracuję nad samospieniającym się zabielaczem do kawy „w stylu cappuccino” od Coffewite. Zajmuję się researchem. A to, do czego tak naprawdę sprowadza się moja praca na co dzień, to…
No. Wiecie co. Trzeba być realistą. Nie można od razu zajmować się tymi wszystkimi fajnymi i prestiżowymi rzeczami. Tata po prostu tego nie rozumie. Zawsze pyta, czy wszystkie pomysły są moje. Albo czy poznaję dużo ważnych ludzi. Albo czy codziennie chodzę na eleganckie biznesowe lunche. To absurd.
Tak, pewnie się trochę bronię, ale on nie rozumie, że to w niczym nie pomaga, kiedy zaczyna się krzywić, kręcić głową i mówić: „Czy ty naprawdę jesteś szczęśliwa w tym zadymionym mieście, moja kochana Katie?”. Jestem szczęśliwa. Ale to nie znaczy, że nie jest trudno. Tata nie ma pojęcia o pracy, o Londynie ani o ekonomii, ani, no nie wiem, cenie kieliszka wina w londyńskim barze. Nie mówiłam mu dokładnie, ile wynosi mój czynsz, bo wiem, co by na to powiedział; powiedziałby…
O Boże. Głęboki wdech. Przepraszam. Nie chciałam zbaczać z tematu i narzekać na mojego tatę. Nie jest między nami za dobrze, odkąd się wyprowadziłam po studiach. On nie rozumie, dlaczego się tu przeniosłam, nigdy nie zrozumie. A ja mogę mu tłumaczyć, ile wlezie, ale jeśli ktoś nie czuje Londynu, widzi tylko wielki ruch uliczny, spaliny, koszty oraz to, że jego córka zdecydowała się wyprowadzić sto kilometrów od niego.
Miałam wybór: podążać za głosem swojego serca albo nie złamać jego serca. Ostatecznie chyba złamałam trochę i jego, i swoje. Czego reszta świata nie rozumie, bo wszyscy myślą, że to normalne wyprowadzić się z domu. Ale oni nie są moim tatą i mną, którzy mieszkaliśmy razem, tylko we dwoje, przez te wszystkie lata.
W każdym razie. Wracam do pracy. Ludzie na moim szczeblu nie spotykają się z klientami, robi to Demeter. I Rosa. One chodzą na lunche, a potem wracają z zaróżowionymi policzkami, darmowymi próbkami i całe przejęte. Razem przygotowują pitch, w czym zwykle biorą też udział Mark i Liz, i jeszcze ktoś z ekipy cyfrowej, a czasami Adrian. On jest nie tylko CEO, ale też współzałożycielem Cooper Clemmow i ma biuro na dole. (Był jeszcze drugi współzałożyciel, Max, ale on przeszedł na wczesną emeryturę i wyprowadził się na południe Francji).
Adrian jest dość niesamowity. Ma koło pięćdziesiątki, grzywę stalowosiwych, falowanych włosów i często nosi dżinsowe koszule, w których wygląda, jakby pochodził z lat siedemdziesiątych. I chyba w pewnym sensie tak właśnie jest. Adrian jest też sławny. Na przykład przy Strandzie jest wystawa ze zdjęciami absolwentów londyńskiego King’s College, na której wisi jego fotografia.
No, to są wszyscy główni gracze. Ale to nie mój poziom, jest mi do niego daleko. Jak powiedziałam, zajmuję się researchem, a to znaczy, że w tym tygodniu tak naprawdę robię…
Nie brzmi to jakoś efektownie, okej? Ale brzmi gorzej niż jest, naprawdę.
Wprowadzam dane. A konkretnie wyniki dużego badania konsumenckiego, które przeprowadziliśmy dla Cofeewite, dotyczącego kawy, zabielaczy, cappuccino, no i w ogóle wszystkiego. Dwa tysiące ręcznie wypełnionych formularzy, każdy ma osiem stron. Dziwne, co nie? Na papierze? Nikt już nie przeprowadza papierowych badań. Ale Demeter chciała to zrobić „tradycyjnie”, bo gdzieś przeczytała, że ludzie udzielają o dwadzieścia pięć procent bardziej szczerych odpowiedzi, jeśli piszą długopisem niż online. Czy coś.
No więc mamy… albo raczej ja mam do wprowadzenia jeszcze pięć pełnych pudeł kwestionariuszy.
Bywa to trochę męczące, bo to są cały czas te same pytania, a uczestnicy wpisywali odpowiedzi odręcznie i nie zawsze łatwo można je rozczytać. Ale z pozytywów – to badanie nada kształt całemu projektowi! Flora mówiła: „Mój Boże, jaka ty jesteś biedna, Cat, to jest jakiś cholerny koszmar!” – ale właściwie jest to fascynujące.
No. To znaczy, trzeba sprawić, żeby było fascynujące. Zaczęłam zgadywać wielkość dochodów ludzi na podstawie odpowiedzi, jakiej udzielili w pytaniu o gęstość pianki. I wiecie co? Zwykle mam rację. To trochę jak czytanie w myślach. Im dłużej wprowadzam te odpowiedzi, tym więcej uczę się o konsumentach, a przynajmniej taką mam nadzieję…
– Ludzie! Co się dzieje, do kurwy nędzy, z Trekbixem?
Głos Demeter znowu przerywa mi myśli. Stoi w szpilkach na bardzo wąskich, bardzo wysokich obcasach, i przeczesuje dłonią włosy z tą swoją zniecierpliwioną, wkurzoną miną w stylu „co jest nie tak ze światem”.
– Zrobiłam sobie na ten temat cały zestaw notatek. – Przegląda coś w komórce i znowu nas wszystkich ignoruje. – Jestem tego pewna.
– Ja nie widziałam żadnych notatek – odzywa się Sarah zza swojego biurka typowym dla siebie cichym, dyskretnym głosem.
„Święta Sarah”, jak nazywa ją Flora, to asystentka Demeter. Ma bujne, rude włosy, które wiąże w kucyk, a do tego bardzo białe, ładne zęby. Jest jedną z tych osób, które same szyją sobie ubrania: przepiękne retro zestawy w stylu lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku, ze spódnicami z koła. I nie mam pojęcia, jakim cudem jeszcze nie oszalała.
Demeter jest chyba najbardziej roztrzepanym człowiekiem we wszechświecie. Wydaje się, że codziennie gubi jakiś dokument albo źle zapamiętuje godzinę spotkania. Sarah jest wobec niej zawsze bardzo cierpliwa i uprzejma, ale z ułożenia jej ust da się wyczytać frustrację. Zaciskają się i jeden kącik chowa się w policzku. Podobno jest mistrzynią wysyłania mejli z konta Demeter, w imieniu Demeter, dzięki czemu ratuje sytuację, przeprasza i ogólnie wyprowadza wszystko na prostą.
Wiem, że Demeter ma poważną pracę. Poza tym musi myśleć o rodzinie, o występach dzieci w szkole i takich tam. Ale naprawdę, jak można być aż tak nieuważnym?
– Dobra. Znalazłam. Dlaczego to było w moim osobistym folderze?
Demeter spogląda znad ekranu komórki takim zagubionym, rozbieganym wzrokiem, jak jej się czasami zdarza, jakby cały świat wprowadzał ją w błąd.
– Musisz po prostu zapisywać je pod… – Sarah próbuje przejąć komórkę Demeter, ale ta ją zabiera.
– Umiem korzystać z mojego telefonu. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że… – urywa i wszyscy czekamy, wstrzymując oddech.
To kolejny nawyk Demeter: zaczyna jakieś naprawdę angażujące zdanie, a potem urywa w połowie, tak jakby ktoś jej wyjął baterie. Zerkam na Florę, a ona dyskretnie wywraca oczami.
– Tak. Tak – podsumowuje Demeter. – Co się dzieje z Trekbixem? Bo ja myślałam, że Liz napisze odpowiedź na ich mejl, ale właśnie dostałam kolejny mejl od Roba Kincaida z pytaniem, dlaczego nie uzyskał żadnej informacji. No więc? – Odwraca się do Liz; wreszcie skupia się na właściwej osobie, wreszcie odżywa. – Liz? Gdzie to jest? Obiecałaś mi dostarczyć szkic na rano. – Stuka w komórkę. – Mam to w notatkach z ostatniego poniedziałkowego spotkania. „Liz ma napisać szkic”. Jaka jest pierwsza zasada opieki nad klientem, Liz?
„Prowadź klienta za rękę”, myślę, ale nie mówię na głos. Wyszłabym na kujonkę.
– Prowadź klienta za rękę – oświadcza Demeter. – Prowadź go przez cały czas. Niech czuje się bezpiecznie w każdej minucie procesu. Wtedy otrzymasz szczęśliwego klienta. A ty nie prowadzisz Roba Kincaida za rękę, Liz. Jego ręka smutno zwisa, a on jest niepocieszony.
Liz się rumieni.
– Jeszcze nad tym pracuję.
– Jeszcze?
– Trzeba tu zawrzeć wiele wątków.
– No to pracuj szybciej. – Demeter marszczy brwi. – I wyślij mi najpierw do akceptacji. Nie przekazuj od razu do Roba. Przed lunchem, okej?
– Okej – mruczy Liz, wygląda na wkurzoną.
Ona rzadko popełnia błędy, ta Liz. Jest menedżerką projektu, ma bardzo czyste biurko i proste, jasne włosy, które codziennie myje jabłkowym szamponem. Je też dużo jabłek. W sumie to jakoś wcześniej nie połączyłam tych faktów. Dziwne.
– Gdzie jest ten mejl od Roba Kincaida? – Demeter przewija w górę i w dół, wpatrując się w ekran komórki. – Zniknął mi ze skrzynki?
– Niechcący go usunęłaś? – pyta cierpliwie Sarah. – Przekażę ci go jeszcze raz.
To też bardzo mierzi Sarah: Demeter zawsze beztrosko kasuje mejle, a potem pilnie ich potrzebuje i wpada w panikę. Sarah mówi, że pół życia spędza na przekazywaniu mejli do Demeter; dzięki Bogu, że jedna z nich ma wydajny system katalogowania.
– Proszę bardzo. – Sarah szybko klika. – Przekazałam ci mejl od Roba. W sumie to na wszelki wypadek przekazałam ci wszystkie jego mejle.
– Dziękuję, Sarah. – Demeter łagodnieje. – Nie mam pojęcia, gdzie się podziała ta wiadomość…
Zagląda do komórki, ale Sarah nie wydaje się tym zainteresowana.
– Demeter, ja teraz wychodzę na kurs pierwszej pomocy – oznajmia, sięgając po swoją torebkę. – Mówiłam ci o tym. Bo jestem ratowniczką pierwszej pomocy.
– Jasne. – Demeter wygląda na zdumioną i oczywiście, że zupełnie zapomniała. – Świetnie. Bardzo dobrze. To, Sarah, zanim pójdziesz, przegadajmy to na szybko…. – Przewija coś w komórce. – Dziś jest rozdanie nagród London Food Award… Muszę po południu iść do fryzjera…
– Nie możesz – przerywa Sarah. – Całe popołudnie masz zajęte.
– Co? – Demeter podnosi wzrok znad ekranu. – Ale ja się umówiłam do fryzjera.
– Na jutro.
– Na jutro? – Demeter jest w szoku i jej wzrok znów zaczyna krążyć. – Nie. Umówiłam się na poniedziałek.
– Zajrzyj do kalendarza. – Sarah brzmi tak, jakby ledwo była w stanie utrzymać cierpliwy ton. – To był wtorek, Demeter, zawsze wtorek.
– Ale ja muszę zrobić odrosty, to pilne. Nie mogę nikogo odwołać dziś po południu?
– To są ci ludzie od polenty. A potem zespół z Green Tee.
– Cholera. – Demeter wykrzywia twarz w cierpieniu. – Cholera.
– I za piętnaście minut masz telekonferencję. Mogę już iść? – pyta Sarah umęczonym tonem.
– Tak. Tak. Idź już. Dzięki, Sarah. – Demeter macha ręką i rusza w stronę swojego przeszklonego biura. Nagle gwałtownie wypuszcza powietrze. – Cholera, cholera. Och. Rosa. Logotyp Sensiquo? Powinniśmy spróbować większego fontu. Przyszło mi to do głowy po drodze. I spróbuj też z akwamarynową obwódką. Porozmawiasz z Markiem? W sumie to gdzie jest Mark? – Zerka z wyrzutem na jego biurko.
– Dzisiaj pracuje z domu – odzywa się Jon, młodszy specjalista do spraw kreatywnych.
– Och – odpowiada nieufnie Demeter. – Okej.
Demeter nie wierzy za bardzo w pracę z domu. Twierdzi, że kiedy ludzie ciągle znikają, traci się rytm. Ale Mark wynegocjował to w swojej umowie, zanim Demeter przyszła do firmy, więc ona nie może się temu w żaden sposób sprzeciwić.
– Nie martw się, przekażę mu – mówi Rosa, wściekle pisząc w notesie. – Rozmiar fontu, akwamaryna.
– Świetnie. Och, i jeszcze, Rosa. – Demeter wystawia głowę z biura. – Chcę przegadać kwestię kursu Pythona. Każdy w tym biurze powinien umieć kodować.
– Co?
– Kodować! – powtarza niecierpliwie Demeter. – Przeczytałam o tym artykuł w „Huffington Post”. Wpisz to do planu kolejnego grupowego spotkania.
– Okej. – Rosa wydaje się skonsternowana. – Kodowanie. W porządku.
Demeter zamyka drzwi i wszyscy oddychają z ulgą. To właśnie cała Demeter. Całkowicie przypadkowa. Nadążanie za nią jest wyczerpujące.
Rosa wściekle stuka w komórkę i wiem, że wysyła zjadliwego esemesa na temat Demeter do Liz. Rzeczywiście, chwilę później komórka Liz pika, a ona znacząco kiwa głową Rosie.
Nie pojęłam jeszcze do końca biurowej etykiety w tym miejscu – to trochę jakby zacząć oglądać operę mydlaną od środka. Ale wiem, że Rosa ubiegała się o stanowisko Demeter i go nie dostała. Wiem także, że strasznie się pokłóciły tuż przed moim przyjściem do firmy. Rosa chciała pójść do jednego z tych dużych, jedynych w swoim rodzaju projektów, które nadzorował burmistrz Londynu. Chodziło o branding jakiegoś nowego wydarzenia sportowego w Londynie, powstawał zespół wspierany przez agencje kreatywne z całego miasta. W „Evening Standard” nazwali to „gablotą dla najlepszych i najbystrzejszych w całym Londynie”. Ale Demeter nie wyraziła zgody. Powiedziała, że potrzebuje Rosy w swoim zespole całodobowo, co było bzdurą. Od tamtej pory Rosa zaciekle nienawidzi Demeter.
Flora ma teorię, że Demeter paranoicznie się boi, że wygryzie ją ktoś z młodszej ekipy, i dlatego nikomu nie pomaga. A jeśli ktoś próbuje wspiąć się po drabinie, ona depcze mu po palcach swoimi obcasami od Miu Miu. Podobno Rosa już rozpaczliwie chce odejść z Cooper Clemmow, ale rynek nie ma jej wiele do zaoferowania, więc biedna Rosa tkwi z szefową, której nienawidzi, i po prostu czuje odrazę do każdego aspektu swojej pracy. Widać to po jej zgarbionych ramionach i zmarszczonym czole.
Mark też nienawidzi Demeter, i tę historię też znam. Demeter powinna nadzorować zespół od designu. Nadzorować, a nie robić wszystko samej. Ale ona nie umie się powstrzymać. Demeter uwielbia design – design i opakowanie. Zna nazwy tylu krojów pisma, że nawet sobie nie wyobrażacie, i czasami przerywa spotkanie tylko po to, żeby pokazać nam wszystkim jakiś projekt opakowania, który jej zdaniem naprawdę się sprawdza. Co jest, no wiecie, wspaniałe. Ale jednocześnie stanowi problem, bo Demeter zawsze się wtrąca.
W ubiegłym roku Cooper Clemmow odświeżył markę znanego balsamu nawilżającego o nazwie French i to był pomysł Demeter, żeby zrobić jasnopomarańczowe opakowania z białym fontem. No i to był ogromny hit, dostaliśmy za to przeróżne nagrody. Same pozytywy – tylko nie dla Marka, który jest szefem designu. Podobno on stworzył zupełnie inny projekt opakowania. Ale Demeter przyszła z tym pomysłem na pomarańczowy, sama zrobiła prototyp i po prostu wyciągnęła go na spotkaniu z klientem. Podobno Mark poczuł się strasznie zlekceważony.
Najgorsze, że Demeter nawet nie zauważyła, że Mark był wkurzony. Ona nie wyczuwa takich rzeczy. Najpierw była „piąteczka, świetna robota, a teraz przechodzimy do kolejnego projektu”. A potem zrobił się z tego taki hit, że Mark nie mógł za bardzo narzekać. W sumie to właściwie miał szczęście: za ten projekt dostał mnóstwo pochwał. Może to sobie wpisać do CV i tak dalej. Ale mimo wszystko. Jest bardzo wybuchowy i odzywa się do Demeter w tak sarkastyczny sposób, że aż się wzdrygam.
Smutna sprawa, bo wszyscy w biurze wiedzą, że Mark naprawdę ma talent. Nawet zdobył nagrodę Stylesign w kategorii Innowacje. (Podobno to jest jakaś bardzo prestiżowa rzecz). Ale wygląda to tak, jakby Demeter nawet nie zdawała sobie sprawy, jakiego ma świetnego szefa designu.
Liz też nie jest tu szczęśliwa, ale jakoś to znosi. Z drugiej strony Flora ciągle się wyzłośliwia na Demeter, ale moim zdaniem ona po prostu kocha się wyzłośliwiać. Co do reszty nie jestem pewna.
Jeśli chodzi o mnie, to ja nadal jestem nowa. Pracuję tu dopiero od siedmiu miesięcy, nie wychylam się i nie ośmielam się za bardzo wygłaszać własnych opinii. Ale mam ambicję, mam pomysły. Mnie też kręci design, a zwłaszcza typografia, i o tym właśnie rozmawiałyśmy z Demeter podczas rekrutacji.
Kiedy tylko do biura wpada nowy projekt, mój mózg zaczyna pracować na pełnych obrotach. Wykonałam już mnóstwo darmowej pracy w wolnym czasie na moim laptopie. Logotypy, pomysły na projekty, dokumenty strategiczne… Ciągle wysyłam je do Demeter, żeby się do nich jakoś odniosła, a ona ciągle mi obiecuje, że na pewno do nich zajrzy, kiedy będzie miała chwilę.
Wszyscy mówią, że Demeter nie można poganiać, bo się wkurzy. No więc cierpliwie czekam na dobry moment, jak surfer na falę. Przy okazji, jestem całkiem dobra w surfowaniu i wiem, że fala w końcu nadpłynie. Kiedy przyjdzie odpowiednia chwila, zdobędę uwagę Demeter. Ona obejrzy moje prace, wszystko zaskoczy i w końcu popłynę na fali mojego życia. Przestanę tak wiosłować, wiosłować i wiosłować, jak teraz.
Sięgam właśnie po kolejny formularz ze stosu, kiedy do biura wchodzi Hannah. Wszyscy wstrzymują oddech, a Flora odwraca się do mnie i unosi brwi. Biedna Hannah musiała w piątek iść wcześniej do domu. Naprawdę nie było z nią dobrze. W ciągu ostatnich dwóch lat przeżyła chyba z pięć poronień i po tym wszystkim jest trochę nerwowa, a od czasu do czasu miewa ataki paniki. Tak się właśnie zdarzyło w piątek, więc Rosa kazała jej iść do domu i odpocząć. Trzeba przyznać, że Hannah pracuje chyba najciężej w biurze. Widziałam mejle wysyłane przez nią o drugiej w nocy. Należy jej się chwila przerwy.
– Hannah! – woła Rosa. – Jak się czujesz? Nie bierz sobie dziś dużo na głowę.
– Wszystko w porządku – odpowiada Hannah i wsuwa się za swoje biurko, unikając wzroku innych. – Wszystko w porządku.
Natychmiast otwiera jakiś dokument i zaczyna pracować, popijając z butelki filtrowaną kranówkę (Cooper Clemmow wypuścił tę markę, więc wszyscy mamy takie gratisowe neonowe butelki na biurkach).
– Hannah! – Demeter pojawia się w drzwiach biura. – Wróciłaś. Dobra robota.
– Wszystko w porządku – powtarza po raz kolejny Hannah.
Widzę, że nie chce robić wokół siebie zamieszania, ale Demeter rusza w jej kierunku.
– Słuchaj, nie przejmuj się, Hannah – oświadcza swoim przenikliwym, autorytatywnym tonem. – Nikt nie uważa, że dramatyzujesz ani nic w tym stylu. Więc w ogóle się niczym nie przejmuj.
Przyjaźnie kiwa do Hannah głową, a potem wraca do swojego biura i zamyka za sobą drzwi. Wszyscy gapimy się jak oniemiali, a Hannah wygląda na kompletnie wstrząśniętą. Odwraca się do Rosy, gdy tylko Demeter zamyka się w biurze.
– Czy wy wszyscy myślicie, że dramatyzuję? – wykrztusza z siebie.
– Nie! – natychmiast woła Rosa.
– Durna Demeter – dobiega mnie pomruk Liz.
– Słuchaj, Hannah – mówi Rosa, podchodzi do biurka Hannah, kuca i spogląda jej prosto w oczy. – Właśnie stałaś się ofiarą klasycznej Demeter.
– Zgadza się – przyznaje Liz. – To była klasyczna Demeter.
– Wszystkim nam się to zdarza. Ona jest nietaktowną krową, mówi głupoty i nie możesz jej słuchać, okej? Dobrze, że dzisiaj przyszłaś i wszyscy naprawdę doceniamy twój wysiłek. Prawda?
Rozgląda się, a wtedy rozlegają się oklaski i Hannah rumieni się zadowolona.
– Jebać Demeter – kończy zwięźle Rosa i wraca do swojego biurka, odprowadzana kolejnymi oklaskami.
Kątem oka widzę, jak Demeter patrzy przez szybę swojego szklanego biura, jakby zastanawiała się, o co chodzi. I prawie mi jej żal. Ona naprawdę nie ma pojęcia.
Przez mniej więcej kolejną godzinę wszyscy pracują w spokoju. Demeter ma swoją wideokonferencję, ja przedzieram się przez stos kwestionariuszy, a Rosa częstuje wszystkich retro słodyczami w butelce. I zastanawiam się właśnie, o której zrobić sobie przerwę na lunch, gdy Demeter znów wystawia głowę zza drzwi.
– Potrzebuję… – Przebiega wzrokiem po biurze i ostatecznie ląduje nim na mnie. – Ciebie. Co teraz robisz?
– Ja? – Jestem zaskoczona. – Nic. To znaczy, pracuję. To znaczy…
– Dałabyś radę podejść i pomóc mi z czymś nieco… – Robi jedną z tych swoich typowych pauz. – Innym?
– Tak! – odpowiadam, starając się nie zdradzić, że wytrąciła mnie z równowagi. – Pewnie! Oczywiście!
– Za pięć minut, okej?
– Za pięć minut. – Kiwam głową. – Jasne.
Wracam do pracy, ale słowa rozmywają mi się przed oczami. W głowie mi się kręci z przejęcia. Z czymś nieco innym. To może być wszystko. Może nowy klient… Strona internetowa… Rewolucyjny pomysł na markę, który Demeter chce wypróbować jako pierwsza… Cokolwiek to jest, to moja szansa. To moja fala!
Czuję radość wzbierającą w piersi. Te wszystkie mejle, które jej wysyłałam, wreszcie się na coś przydały! Musiała od początku przeglądać moje pomysły i uważa, że mam potencjał, a czekała tylko na idealny, wyjątkowy projekt…
Naprawdę trzęsą mi się ręce, kiedy biorę laptop i kilka wydruków z portfolio, które trzymam w szufladzie. Przecież nie zaszkodzi pokazać jej moje najnowsze prace, prawda? Nakładam kolejną warstwę szminki i spryskuję się perfumami. Muszę wyglądać na bystrą i zorganizowaną. Muszę dobrze wypaść.
Po dokładnie czterech i pół minuty odsuwam krzesło, czuję się skrępowana. Ruszam. Fala się wznosi. Serce mi wali, a wszystko wokół zdaje się trochę jaśniejsze niż zwykle, ale kiedy przechodzę między innymi biurkami w stronę drzwi biura Demeter, staram się wyglądać nonszalancko. Swobodnie. W stylu „No tak, wybieram się właśnie na indywidualne spotkanie z Demeter. Mamy do przegadania parę pomysłów”.
O mój Boże, a jeśli to jest coś wielkiego? Nagle wyobrażam sobie, jak siedzimy z Demeter do późna w biurze, jemy chińszczyznę na wynos, pracujemy nad jakimś wspaniałym, przełomowym projektem, może to ja zrobię prezentację…
Mogę opowiedzieć o tym tacie. Może zadzwonię do niego dziś wieczorem.
– Hm, cześć? – Pukam do drzwi Demeter i otwieram je do środka.
– Cath! – woła.
– Właściwie to Cat – ośmielam się ją poprawić.
– Oczywiście! Cat. Cudownie. Wejdź. No więc, mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli cię o to poproszę…
– Oczywiście, że nie – odpowiadam szybko. – Jestem otwarta na wszelkie zadania. Oczywiście mam wykształcenie w kierunku designu, ale interesuję się też tożsamością firmy, strategiami, możliwościami cyfrowymi, wszystkim…
Teraz już gadam głupoty. Przestań, Katie.
Cholera. To znaczy: przestań, Cat. Jestem Cat.
– Jasne – odpowiada z roztargnieniem Demeter, kończąc pisanie mejla. Wysyła go, a potem się odwraca i z zaskoczeniem dostrzega mój laptop oraz portfolio. – Po co to wszystko?
– Och. – Rumienię się i niezgrabnie przesuwam portfolio. – Po prostu… przyniosłam kilka rzeczy… pewne pomysły…
– Dobra, połóż to gdzieś – rzuca bez zainteresowania Demeter i zaczyna grzebać w szufladzie biurka. – Słuchaj, bardzo mi przykro, że cię o to proszę, ale jestem totalnie zdesperowana. Mam koszmarnie wypchany kalendarz, a dzisiaj wieczorem są te przeklęte nagrody. To znaczy, sama mogę gdzieś skoczyć, żeby mnie uczesali, ale odrosty to zupełnie inna kwestia, dlatego…
Nie do końca rozumiem, co mówi, ale minutę później niepewnie wręcza mi pudełko. Jest to opakowanie farby Clairol i na chwilę uderza mi do głowy dzika myśl: „Robimy rebranding dla Clairol? Będę pomagać w REBRANDINGU CLAIROL? O Boże, to jest przecież MEGA…
I wtedy do mnie dociera. Demeter nie wygląda na przejętą jak ktoś, kto właśnie będzie tworzył na nowo międzynarodową markę. Wydaje się znudzona i trochę zniecierpliwiona. I teraz dopiero zaczynam rozumieć jej słowa: „odrosty to zupełnie inna kwestia”…
Przyglądam się uważniej opakowaniu. „Łatwy i szybki korektor odrostów Clairol. Ciemny brąz. Maskuje odrosty w zaledwie dziesięć minut!”.
– Chcesz, żebym…
– Jesteś taka kochana. – Demeter obdarza mnie jednym ze swoich magicznych uśmiechów. – To jest moje jedyne okienko w ciągu całego dnia. Nie masz nic przeciwko, żebym wysłała parę mejli, kiedy będziesz to robić? Tylko koniecznie włóż rękawiczki ochronne. Och, i nie nachlap, proszę, na dywan. Może poszukaj jakiegoś starego ręcznika czy czegoś?
Jej odrosty. Tym wyjątkowym, idealnym projektem jest malowanie jej odrostów.
Czuję się, jakby moja fala mnie zakryła. Jestem przemoczona, wyglądam jak zmokła kura, cała w wodorostach, kompletny nieudacznik. Trzeba przyznać, że ona nawet nie szukała akurat mnie, kiedy wyszła z biura. Czy ona w ogóle wie, kim jestem?
Kiedy wychodzę, zastanawiając się, gdzie niby mam znaleźć stary ręcznik, Liz zainteresowana podnosi wzrok znad ekranu.
– O co chodzi?
– Och – wzdycham i pocieram sobie nos, grając na czas.
Nie mogę dać po sobie poznać mojego rozczarowania. Czuję się taka głupia. Jak w ogóle mogłam pomyśleć, że prosi mnie o pracę nad marką Clairol?
– Chce, żebym jej zrobiła odrosty. – Staram się, żeby to zabrzmiało zwyczajnie.
– Zrobiła jej odrosty? – powtórzyła Liz. – W sensie, zafarbować? Mówisz poważnie?
– To skandal! – wtrąca Rosa. – Przecież nie masz tego w obowiązkach!
W całym biurze ludzie podnoszą głowy i czuję ogólną falę współczucia. Może nawet litości.
Wzruszam ramionami.
– To nic takiego.
– To gorsze niż tamta suknia z gorsetem – zauważa znacząco Liz.
Słyszałam o tym, że kiedyś cały zespół próbował zapiąć na Demeter suknię z gorsetem, który był za mały, ale ona nie chciała tego zaakceptować. (Ostatecznie musieli użyć wieszaka i brutalnej siły).
– Wiesz, że możesz odmówić – instruuje mnie Rosa, która jest najbardziej wojowniczą osobą w biurze.
Ale nawet ona nie wydaje się przekonana. Prawda jest taka, że kiedy jesteś najmniej doświadczonym pracownikiem w takiej konkurencyjnej branży, to robisz praktycznie wszystko. Ona o tym wie i ja też.
– To żaden problem! – staram się powiedzieć jak najbardziej pogodnie. – Właściwie to zawsze uważałam, że byłabym dobrą fryzjerką. Jeśli mi tu nie wyjdzie, to się przebranżowię.
Tym zasłużyłam sobie na wielki śmiech całego biura, a Rosa poczęstowała mnie jednym ze swoich superdrogich ciasteczek z piekarni na rogu. Więc nie jest tak źle. Biorę z toalety trochę papierowych ręczników i postanawiam: potraktuję to jako nową możliwość. Może to nie jest takie osobiste spotkanie, na jakie liczyłam, ale nadal jest to spotkanie jeden na jeden, prawda? Może to jednak będzie moja fala.
Ale, o Boże. Fuuuuj.
Teraz już wiem, że nie przebranżowię się na fryzjerkę. Skalpy innych ludzi są ohydne. Nawet Demeter.
Gdy zaczynam nakładać brejowatą farbę, staram się jak najbardziej odwracać wzrok. Nie chcę zobaczyć jej bladej skóry głowy ani małych drobinek łupieżu, ani też zdać sobie sprawy, jak dawno nie robiła odrostów.
A to musiało być chyba przed chwilą. Nie ma tam prawie w ogóle siwizny: ewidentnie ma paranoję. Co ma nawet sens. Demeter jest przewrażliwiona na punkcie swojego wieku oraz tego, że wszyscy jesteśmy od niej młodsi. Ale z drugiej strony zdecydowanie nadrabia, znając wszelkie internetowe żarty przed wszystkimi, każdą celebrycką plotkę, każdy nowy zespół muzyczny i każdy… Wszystko.
Demeter jest zawsze na czasie, nikt w historii ludzkości nigdy nie potrafił się tak dobrze adaptować jak ona. Każdy gadżet ma przed wszystkimi. Te słynne ubrania z designerskich kolekcji H&M ma pierwsza. Inni ludzie muszą czekać po nie w kolejkach całe noce pod sklepem, a Demeter z jakiegoś powodu po prostu je ma.
Albo restauracje. W swoim czasie współpracowała z niektórymi znanymi restauracjami, więc ma miliony znajomości. W efekcie nigdy nie chodzi do restauracji, chyba że na otwarcie. Albo kiedy lokal jeszcze nie jest otwarty dla klientów, z wyjątkiem takich wyjątkowych, ważnych gości jak ona. A kiedy tylko zacznie normalnie działać i obsługiwać zwyczajnych ludzi albo w „The Times” publikują pozytywną recenzję, ona wypala: „No, owszem, było tam w porządku, dopóki kompletnie się nie zepsuli”, a potem przechodzi do następnego zadania.
Więc budzi postrach. Niełatwo zrobić na niej wrażenie. Zawsze musi się okazać, że weekend spędziła najlepiej ze wszystkich, zawsze ma najlepszą historię z wakacji, a jeśli ktoś zauważy na ulicy celebrytę, okazuje się, że ona chodziła z tą sławą do szkoły, jej chrześnica umawia się z jej bratem albo coś w tym stylu.
Jednak dzisiaj nie zamierzam dać się wystraszyć. Będę prowadzić inteligentną rozmowę, a potem, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, wykonam strategiczny ruch. Muszę tylko postanowić, jaki to ma być dokładnie ruch…
– Okej? – pyta Demeter, pisząc na laptopie.
– W porządku! – odpowiadam i znów zanurzam pędzel w farbie.
– Gdybym miała wam, dziewczyny, dać jedną radę, to powiedziałabym, żebyście nie szły w siwiznę. Straszne nudziarstwo. Chociaż… – Zerknęła na mnie krótko. – Ty masz taki mysi kolor, że nawet nie byłoby widać.
– Och – odpowiadam skonsternowana. – Yyy… dobrze?
– A w ogóle jak się trzyma Hannah? Biedactwo. Mam nadzieję, że poczuła, że ją wspieram.
Demeter z samozadowoleniem kiwa głową i bierze łyk kawy, podczas gdy ja tępo wpatruję się w tył jej głowy. A więc to była próba wsparcia Hannah?
– Cóż… – Nie wiem, co mam powiedzieć. – Tak. Wydaje mi się, że dobrze się czuje.
– Doskonale!
Demeter wraca do stukania w klawiaturę z jeszcze większą energią, a ja ponaglam się w myślach. „Dawaj, Katie”.
To znaczy, dawaj, Cat. Cat.
Oto jestem. W gabinecie Demeter. Tylko ona i ja. To moja szansa.
Pospiesznie decyduję, że pokażę jej te projekty, które zrobiłam dla Wash-Blu. Tylko że nie rzucę ich tak po prostu na jej biurko, będę bardziej subtelna. Najpierw zagadam. Nawiążę więź.
Szukam inspiracji na ogromnej tablicy korkowej Demeter. Byłam w jej biurze tylko parę razy, ale zawsze patrzę na tablicę, żeby sprawdzić, co tam nowego. Ona jest jak całe bajeczne życie Demeter, podsumowane w kolażu obrazów, pamiątek, a nawet próbek tkanin. Są tam wydrukowane projekty dla marek, które stworzyła. Przykłady nietypowych krojów pisma. Zdjęcia ceramiki oraz klasycznych mebli w stylu mid-century modern.
Wiszą tam wycinki z prasy i jej zdjęcia na różnych wydarzeniach. Fotki całej jej rodziny na nartach, na żaglach i na malowniczych plażach, wszyscy zawsze w fotogenicznych ubraniach. Nie mogliby wyglądać bardziej idealnie. Jej mąż jest podobno superuzdolnionym szefem think tanku, a tu stoi koło niej na jakimś czerwonym dywanie, w smokingu. Czule trzyma ją za ramię, wygląda odpowiednio wspaniale i inteligentnie. Demeter nie zgodziłaby się na nikogo mniej wspaniałego.
Powinnam spytać ją o dzieci? Nie, zbyt osobiste. Rozglądam się i zauważam leżące wszędzie stosy dokumentów. To jest kolejna rzecz, która doprowadza Sarah do szaleństwa: kiedy Demeter prosi ją o drukowanie mejli. Często słyszę, jak mruczy przy biurku: „Kurwa, przeczytaj je sobie na ekranie”.
Na półce za Demeter stoją w szeregu książki o markach, marketingu i designie. Głównie standardowe pozycje, ale dostrzegam coś, czego nie czytałam – starą książkę w miękkiej oprawie, pod tytułem Our Vision, i przyglądam się jej uważniej.
– Czy ta książka Our Vision jest dobra? – pytam.
– Cudowna – odpowiada Demeter, na chwilę przerywając pisanie. – To jest cykl rozmów pomiędzy projektantami z lat osiemdziesiątych. Bardzo inspirujące.
– Czy mogłabym może ją… pożyczyć? – odważam się.
– Pewnie. – Demeter na chwilę odwraca głowę, jest zaskoczona. – Proszę bardzo. Przyjemnej lektury.
Zdejmuję książkę z półki i nieopodal zauważam małe pudełko. To jeden z najsłynniejszych triumfów Demeter, opakowanie rodzynek Redfern, z takimi uroczymi, maleńkimi, czerwonymi sznurkowymi uchwytami. Wszyscy teraz już się przyzwyczaili do tych uchwytów, ale swego czasu nikomu by coś takiego nie przyszło do głowy.
– Zawsze zastanawiałam się nad tymi rodzynkami Redfern – odezwałam się spontaniczne. – Jak udało ci się przeforsować te sznurkowe uchwyty? One muszą być drogie.
– Och, są drogie. – Demeter kiwa głową, nadal pisze. – Przekonanie klienta to był koszmar. Ale potem wszystko się ułożyło.
„Ułożyło się” to mało powiedziane. To była sensacja, a sprzedaż rodzynek Redfern wystrzeliła w górę. Czytałam o tym artykuły.
– To jak to zrobiłaś? – nie odpuszczam. – Jak udało ci się przekonać tego klienta?
Nie pytam tylko po to, żeby podtrzymać rozmowę; naprawdę chcę się czegoś dowiedzieć. Bo może pewnego dnia to ja będę pracować nad projektem i zechcę przepchnąć jakąś superdrogą rzecz, a klient będzie się wściekał. I wtedy przypomnę sobie mądrą radę Demeter, dzięki której zwyciężę. Ja będę Kung Fu Pandą, a ona Mistrzem Shifu, tylko z mniejszą ilością kung fu. (Prawdopodobnie).
Demeter przestaje pisać i odwraca się, jakby ją samą zainteresowało to pytanie.
– W naszej pracy – zaczyna z namysłem – chodzi o równowagę. Z jednej strony musimy słuchać klienta. Tłumaczyć. Odpowiadać. Ale z drugiej, chodzi o odwagę, by podążać za swoimi wielkimi pomysłami. Chodzi o to, żeby bronić swoich przekonań. Musisz być nieustępliwa. Jasne?
– Absolutnie.
Staram się wyglądać możliwie najbardziej nieustępliwie. Opuszczam brwi i zdecydowanie trzymam pędzel z farbą do włosów. Mam nadzieję, że emanuje ze mnie: Nieustępliwa. Czujna. Zaskakująco interesująca członkini młodej ekipy, której imię warto zapamiętać.
Ale Demeter chyba nie zauważa mojej nieustępliwej, czujnej postawy. Odwróciła się z powrotem do komputera. Szybko, o czym jeszcze możemy porozmawiać? Zanim zacznie znowu pisać, rzucam pospiesznie:
– To, yyy, byłaś już może w tej nowej restauracji w Marylebone? W tym nepalsko-brytyjskim fusion?
To działa jak kocimiętka. Wspomniałam najmodniejszą w tej chwili restaurację w mieście, a Demeter zamarła.
– Tak, byłam – odpowiada chyba zaskoczona, że o to spytałam. – Poszłam tam parę tygodni temu. A ty?
Czy ja tam byłam?
Co ona sobie myśli, że stać mnie na wydanie dwudziestu pięciu funtów za talerz pierożków?
Ale nie chcę powiedzieć: „Nie, czytałam o tym na blogu, bo tylko na tyle mnie stać, ponieważ Londyn jest szóstym najdroższym miastem na świecie, nie zauważyłaś tego?”.
(Z plusów, nie jest taki drogi jak Singapur. I to mnie zastanawia: ile w takim razie wszystko kosztuje w Singapurze?).
– Planuję – odpowiadam po chwili zastanowienia. – Co o niej myślałaś?
– Byłam pod wrażeniem. – Demeter kiwa głową. – Wiesz, że stoliki zostały ręcznie wykonane w Katmandu? A jedzenie jest wymagające, ale niezafałszowane. Autentyczne. Oczywiście wszystko mają organiczne.
– Oczywiście – dopasowuję się do jej poważnego, nieskorego do żartów tonu.
Wydaje mi się, że gdyby Demeter musiała podać w jakimś kwestionariuszu swoje wyznanie, wpisałaby „Organiczne”.
– A szefem kuchni nie jest tam czasem ten sam gość, co w Sit, Eat? – pytam, nabierając pędzlem więcej brejowatej farby. – On nie jest Nepalczykiem.
– Nie, ale ma nepalskiego konsultanta i spędził w Nepalu dwa lata… – Demeter odwraca się i spogląda na mnie, oceniając. – Znasz się na restauracjach, co?
– Lubię jedzenie.
To akurat prawda. Czytam recenzje restauracji, tak jak niektórzy czytają horoskopy. Mam nawet w torebce listę wszystkich najlepszych restauracji, do których chciałabym pójść. Napisałyśmy ją kiedyś w ramach żartu z moją przyjaciółką Fi, i jakoś tak ze mną została, jak talizman.
– A co myślisz o Salt Block? – pyta Demeter, jakby mnie testowała.
– Chyba trzeba tam spróbować jeżowca – odpowiadam bezbłędnie.
Wszędzie o tym czytałam. W każdej recenzji, na każdym blogu. Wszędzie piszą o tym jeżowcu.
– Jeżowca. – Demeter kiwa głową i marszczy brwi. – Tak, słyszałam o tym. Szkoda, że tego nie zamówiłam.
Widzę teraz, że jest przejęta. Przegapiła najważniejsze danie. Będzie musiała wrócić i go spróbować.
Demeter rzuca mi krótkie, przenikliwe spojrzenie, a potem odwraca się z powrotem do komputera.
– Następnym razem, gdy będziemy mieli jakiś projekt związany z jedzeniem, przydzielę cię do niego.
Poczułam jednocześnie zachwyt i niedowierzanie. Czy to było votum zaufania ze strony Demeter? Czyżbym naprawdę wreszcie do czegoś zmierzała?
– Pracowałam przy ponownym otwarciu Awesome Pizza Place w Birmingham – przypominam jej szybko.
Było to w moim CV, ale na pewno zapomniała.
– Birmingham – powtarza roztargniona. – Zgadza się. – Kilka sekund pisze coś wściekle. – Nie słyszę u ciebie akcentu Brummie.
O Boże. Nie zamierzam się teraz wdawać w całą tę historię o tym, jak porzuciłam akcent z West Country. To zbyt żenujące. Zresztą kogo to obchodzi, skąd tak naprawdę pochodzę? Teraz jestem z Londynu.
– Ja chyba po prostu nie mam wyraźnego akcentu – odpowiadam, zamykając temat. Nie chcę rozmawiać o swoim pochodzeniu; chcę cisnąć do celu. – Więc, hm, Demeter? Ten rebranding Wash-Blu, do którego się przygotowujemy. Zrobiłam do niego parę swoich makiet logotypu i opakowania. W wolnym czasie. I tak sobie pomyślałam, że może mogłabym ci je pokazać?
– Zdecydowanie. – Demeter zachęcająco kiwa głową. – Bardzo dobrze! Wyślij mi je mejlem.
Ona zawsze tak reaguje. Mówi „wyślij mi je mejlem!” z ogromnym entuzjazmem, wysyłasz jej, a ona nigdy, przenigdy nie odpowiada.
– Dobra. – Kiwam głową. – Doskonale. A może pokażę ci je teraz?
– Teraz? – rzuca wymijająco Demeter i sięga po foliową teczkę.
Chciała, żebym była nieustępliwa, prawda? Ostrożnie odkładam farbę do włosów na półkę i szybko wyciągam moje projekty.
– Więc to jest przód pudełka. – Kładę przed nią wydruk. – Możesz zauważyć, jak podeszłam do liternictwa, jednocześnie zachowując ten bardzo rozpoznawalny błękitny odcień…
Dzwoni komórka, Demeter sięga po nią.
– Halo, Roy? Tak, dostałam twoją wiadomość. – Uważnie kiwa głową. – Tak, pozwól, że to zapiszę… – Sięga po mój wydruk, odwraca go i zapisuje na odwrocie numer. – Osiemnasta. Jasne, oczywiście.
Odkłada telefon, z roztargnieniem składa kartkę na cztery i wkłada do torebki. Potem spogląda na mnie i się reflektuje.
– Och! Przepraszam. To była twoja kartka, prawda? Masz coś przeciwko, żebym ją zachowała? To bardzo ważny numer.
Patrzę na nią, krew pulsuje mi w uszach. Nie wiem, co odpowiedzieć. To był mój projekt. Mój projekt. Który jej pokazywałam. A nie jakieś gówniane, niepotrzebne kartki. Powinnam coś powiedzieć? Powinnam być asertywna?
Podupadam na duchu. Czuję się taka głupia. Przecież ja tu wierzyłam – miałam nadzieję – że zawiązujemy więzi, że ona zaczęła mnie zauważać…
– Kurde. – Demeter wyrywa mnie z zamyślenia i skonsternowana wpatruje się w komputer. – Kurde. O mój Boże.
Bez ostrzeżenia odsuwa krzesło i uderza mnie nim w nogi.
– Ała! – krzyczę, ale ona chyba nie słyszy.
Jest zbyt wstrząśnięta. Wygląda przez szklaną ścianę swojego biura, a potem się pochyla.
– O co chodzi? – wyduszam z siebie. – Co się stało?
– Alex jedzie! – mówi, jakby to wszystko tłumaczyło.
– Alex? – powtarzam głupio.
Kim jest Alex?
– Właśnie wysłał mi mejl. On nie może zobaczyć mnie w tym stanie. – Wskazuje na swoją głowę, całą upapraną farbą, którą trzeba trzymać jeszcze przynajmniej pięć minut. – Idź do windy – mówi ponaglająco. – Zatrzymaj go.
– Nie wiem, kim on jest!
– Poznasz go – odpowiada niecierpliwie Demeter. – Powiedz mu, żeby przyszedł za pół godziny. Albo wysłał mejl. Ale nie pozwól mu tu wejść.
Podnosi dłonie do głowy, jakby chciała ją osłonić.
– Ale co z twoim farbowaniem?
– W porządku. Już skończyłaś. Muszę teraz tylko poczekać i to zmyć. Idź już! Idź!
O Boże. Udziela mi się panika Demeter i kiedy pędzę korytarzem, czuję się bardzo pobudzona. Ale co, jeśli nie złapię tego Alexa? Jeśli go nie rozpoznam? Kim on tak w ogóle jest?
Zajmuję miejsce tuż przed drzwiami windy i czekam. Pierwsza winda wypluwa Liz i Rosę, które patrzą na mnie trochę dziwnie, przechodząc. Potem pierwsza winda znowu wjeżdża na nasze piętro i… ping. Drzwi się otwierają, a ze środka wychodzi wysoki, szczupły mężczyzna, którego wcześniej nie widziałam. Demeter ma rację: od razu wiem, że to musi być on.
Ma brązowe włosy, nie w takim mysim brązie, tylko porządne, w ciemnym kasztanowym odcieniu. Wygląda na człowieka koło trzydziestki i ma otwartą, wdzięczną twarz, którą tworzą ładne kości policzkowe i szeroki uśmiech. (Nie uśmiecha się teraz, ale to widać: kiedy się uśmiechnie, to szeroko, i założę się też, że ma piękne zęby). Jest ubrany w dżinsy i jasnofioletową koszulę, a w rękach niesie mnóstwo pudełek z chińskimi napisami.
– Alex? – pytam.
– To ja. – Spogląda na mnie zaciekawiony. – A ty kim jesteś?
– Yyy… Cat. Mam na imię Cat.
– Cześć, Cat.
Jego brązowe oczy przyglądają mi się badawczo, jakby chciał wydobyć ze mnie jak najwięcej informacji w jak najkrótszym czasie. Czułabym się niezręcznie, gdyby nie to, że głowę zaprzątało mi wypełnienie mojego zadania.
– Mam wiadomość od Demeter – obwieszczam. – Pyta, czy nie zechciałbyś może przyjść się z nią spotkać za jakieś pół godziny? Albo po prostu wysłać jej mejl? Jest trochę… hm… zawalona.
„Uwalona” przychodzi mi do głowy i prawie parskam śmiechem.
On od razu to wychwytuje.
– Co w tym śmiesznego?
– Nic.
– Nieprawda. Prawie się roześmiałaś. – Spogląda mi w oczy. – Opowiedz mi ten kawał.
– Nie ma żadnego kawału – odpowiadam zmieszana. – No, w każdym razie tak brzmi wiadomość.
– Zaczekać pół godziny albo wysłać mejl.
– Tak.
– Hmmm. – Przez chwilę wygląda, jakby się zastanawiał. – Problem w tym, że ja nie chcę czekać pół godziny. Ani pisać mejla. Co ona takiego robi?
Ku mojemu przerażeniu Alex rusza korytarzem w kierunku naszego biura. W panice biegnę za nim, wyprzedzam go i staję naprzeciw niego.
– Nie! Ona nie może… Nie wolno…
Gdy porusza się, żeby mnie minąć, szybko zagradzam mu drogę. Próbuje drugą stroną, a ja znowu go blokuję i mimowolnie unoszę dłonie w pozycji obronnej.
– Naprawdę będziemy się w to bawić? – Alex wygląda, jakby miał wybuchnąć śmiechem. – Kim ty jesteś, pracujesz w służbach specjalnych?
Policzki płoną mi czerwienią, ale nie zbija mnie to z tropu.
– Moja szefowa nie życzy sobie, żeby jej przeszkadzać.
– Groźny z ciebie ochroniarz, co? – Przygląda mi się z jeszcze większym zaciekawieniem. – Ale nie jesteś jej asystentką, prawda?
– Nie. Jestem specjalistką do spraw badań. – Wymawiam starannie ten tytuł. Specjalistką. Nie stażystką, tylko specjalistką.
– Gratuluję.
Kiwa głową, jakbym mu zaimponowała, i zastanawiam się, czy może on jest stażystą.
Nie. Jest za stary. A poza tym Demeter nie przejmowałaby się przecież spotkaniem ze stażystą.
– A ty kim jesteś? – pytam.
– Cóż… Robię wszystkiego po trochu. Pracuję w biurze w Nowym Jorku – mówi wymijająco.
Rusza nagle, żeby mnie ominąć, ale znowu go blokuję.
– Niezła jesteś.
Uśmiecha się, a ja czuję ukłucie złości. Ten facet powoli zaczyna mnie wkurzać.
– Wiesz co, nie wiem, kim jesteś ani do czego jest ci potrzebna Demeter – oznajmiam chłodno. – Ale powiedziałam ci, że ona nie życzy sobie, by jej teraz przeszkadzano. Jasne?
Milczy przez chwilę, przygląda mi się, a potem na jego twarzy rozciąga się uśmiech – i miałam rację, jest szeroki, biały i olśniewający. Zdaję sobie sprawę, że ten gość jest niesamowicie przystojny, a to trochę spóźnione odkrycie przyprawia mnie o rumieniec.
– Jestem szalony – oznajmia nagle i robi krok w tył, prawie kłaniając się szarmancko. – Nie potrzebuję Demeter i przepraszam, że byłem taki nieuprzejmy. Wygrałaś, jeśli jest to dla ciebie jakieś pocieszenie.
– W porządku – odpowiadam trochę sztywno.
– Nie potrzebuję Demeter – powtarza radośnie. – Ponieważ mam ciebie. Potrzebuję pewnego badania, a ty jesteś specjalistką do spraw badań. To się idealnie składa.
Mrugam do niego niepewnie.
– Co?
– Mamy robotę.
Wymachuje przede mną tymi pudełkami z chińskimi napisami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Modna artystyczna dzielnica Londynu. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
2. Brummie – akcent charakterystyczny dla mieszkańców Birmingham. [wróć]
