Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
"Jestem lekarzem psychiatrą. Od wielu lat jestem uzależniony od morfiny i heroiny. Ten wstęp nie jest literacką prowokacją. Niestety, to prawda" - pisał Maciej Kozłowski w "Dużym Formacie". Niniejsza książka jest rozwinięciem intelektualnej i emocjonalnej wiwisekcji, która spotkała się z tak szerokim społecznym odzewem. To coś więcej niż kolejne wyznanie narkomana, to próba zrozumienia mechanizmów uzależnienia i świata, który wcale nie jest tak odległy, jak się nam może wydawać.
[opis okładkowy]
ISBN 8324004831
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 187
Rok wydania: 2004
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Moja
heroina
Maciej Kozłowski
Moja
heroina
II. Odtrucia i leczenie
III. nieoczekiwana pomoc
IV. Świat narkomanów
Spis treści
heroina
Świadectwo psychiatry
Wydawnictwo Znak Kraków 2004
Projekt okładki Paweł Święcicki
Redakcja
Magdalena Sanetra
Adiustacja Beata Trebel
Korekta
Katarzyna Onderka Barbara Wójcik
Opracowanie typograficzne Irena Jagocha
Łamanie Ryszard Baster
Mlii' Słupsk I .8
8-74220
; o 1
-r "i
Copyright © by Maciej Kozłowski ISBN 83-240-0483-1
ĄUitr Zamówienia: Dział Handlowy, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Bezpłatna infolinia: 0800-130-082
Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: www.znak.com.pl
Wstęp
Ploja praca nie jest przeznaczona dla profesjonalistów. Jest ona pisana z myślą o wszystkich osobach zainteresowanych problemem. Z myślą o nich opisałem swoje doświadczenia zawodowe i zamieściłem wiele uogólnień. Posługuję się całym swoim życiorysem, aby przekazać własne pojmowanie uzależnień - jako częstego wyboru sposobu istnienia w naszym świecie. Trudno mi znaleźć osoby całkowicie wolne, niezależne od substancji chemicznych, innych osób lub własnych, ustalonych poglądów. Może podatność na uzależnienia skrywała już cienka skórka rajskiego jabłka?
Niniejsza książka jest zapisem moich doświadczeń i przemyśleń. Założyłem monograficzny charakter książki i nie dokonywałem przeglądu ostatnich światowych doniesień i publikacji zagranicznych. Postanowiłem nie korzystać z rad specjalistów i nie powoływać się na cudze poglądy lub prace. W 1998 roku napisałem obszerną autobiografię i zamierzałem ją wtedy opublikować. Zasięgnięcie porady profesjonalisty spowodowało, że przez pięć lat leżała w szufladzie. Przypadek zrządził, że moim pisaniem zainteresował się niedawno krakowski naukowiec i skontaktował mnie z redakcją „Gazety Wyborczej". Moja stara praca zaginęła, więc w maju 2003 roku rozpocząłem pisanie na nowo. Po publikacji w lipcowym artykule małych fragmentów moich wyznań i myśli otrzymałem od czytelników wielką dawkę wsparcia i wiary w sens dalszej pracy. Większą część książki napisałem, nie łącząc się z Internetem i nie konsultując z nikim swojej pracy. Nie jestem naukowcem i wiem, że gdybym się starał dokonać jedynie pobieżnego przeglądu literatury dotyczącej tematyki uzależnień, nie starczyłoby mi cierpliwości, wytrwałości i czasu. Publikacja ta nigdy by się nie ukazała. Kilka osób wspierało i ponaglało mnie przyjej pisaniu, podkreślając pilność przedsięwzięcia, dlatego zdecydowałem się na taką formę i styl, jakie wydały mi się najbardziej naturalne. W całkowitym osamotnieniu nie odważyłbym się napisać tego materiału i na dodatek wydać go pod własnym nazwiskiem.
Jestem praktykiem, uważam się przy tym za człowieka ciekawego poglądów innych ludzi. Cechy te, połączone ze skłonnością do ryzyka, bywały moim życiowym przekleństwem. Prezentuję tutaj doświadczenia własne zarówno od strony pacjenta, jak i lekarza-terapeuty, psychiatry. Wiele myśli wyraziłem w niej w formie być może nazbyt stanowczej, moralizatorskiej. Styl taki, jak sądzę, może drażnić niektórych czytelników, jednak moje nar-komańskie przeżycia nadają mu specyficzną emocjonalność i dobitność. Cechy te dla osób ceniących wyznania będą zaletą, a dla oczekujących obiektywizmu i precyzji — poważną wadą tej książki.
Starałem się wypośrodkować między koniecznością ujawnienia pewnych spraw a dyskrecją, dobrem innych i bezpieczeństwem własnym; zachować umiar i szczerość mojej osobistej prawdy. Sprawą podstawowej wagi jest dla mnie unikanie wszelkich szczegółów, które mogłyby kogoś zranić albo zaszkodzić konkretnym osobom czy instytucjom. Nie zapominam też ani na moment, że jestem lekarzem i obowiązuje mnie tajemnica zawodowa. W pojawiających się tu i ówdzie opisach konkretnych osób miałem na względzie ich dobro. Pominąłem dane osobowe, wszelkie tytuły naukowe osób żyjących, nazwy miast i ośrodków leczniczych. Brak dat i nazwisk może zniechęcić tych, którzy oczekują skandalu. Proszę mnie zrozumieć - po takiej publikacji chcę dalej żyć i pracować, a nie pozostać bezrobotnym outsiderem. Zachowaniu anonimowości sprzyja to, że pracowałem w szesnastu różnych miejscach. Przebywałem w różnych miastach na de-toksykacyjnych oddziałach szpitalnych. Podejmowałem osiem prób leczenia w ośrodkach stacjonarnych. Próbowałem wszelkich dostępnych w kraju form leczenia.
Historia mojego uzależnienia, leczenia i życia jest dość bogata, barwna. Należę do szczęściarzy, ponieważ mój życiorys, pomimo fragmentacji i rozbicia, nie jest jedynie życiorysem narkomana. Proporcja okresów odurzania się z próbami leczenia do lat trzeźwych (remisji), gdy byłem aktywny zawodowo, wynosi mniej więcej jeden do trzech. Liczę tylko czas od wystąpienia oczywistych objawów uzależnienia, które u mnie pojawiły się nietypowo późno, w dwudziestym siódmym roku życia. Przebieg tej choroby był w moim przypadku uciążliwy, pełen szarpaniny, pełen nawrotów i długich okresów twórczego, względnie normalnego życia. Tę specyfikę jej przebiegu czasami przeklinam, innym razem zaś dziękuję Opatrzności za to, że zyskałem wiele lat życia. Udawało mi się, jak dotąd, zachować wierność podstawowym humanistycznym wartościom. Choć wstydzę się dziś wielu swoich uczynków, to najważniejszym zasadom jakimś cudem nie byłem zdolny się sprzeniewierzyć.
Nic mi nie wiadomo, aby ktokolwiek starał się pozbawić mnie prawa wykonywania zawodu bądź je ograniczyć. Byłem kilka razy zatrudniany jako lekarz w instytucjach, w których wcześniej leczyłem się jako heroinista. Moi przełożeni podejmowali decyzje odważne i kontrowersyjne dla innych. Czas pokazał, że nie nadużyłem ich zaufania. Z punktu widzenia etyki zawodowej najpoważniejszym przestępstwem, jakie popełniłem, były wielokrotne wymiany leków nasennych i uspokajających na narkotyki. Kiedy diler nie godził się na wymianę, a ja nie miałem pieniędzy, kilka razy sprzedałem leki, aby zdobyć upragnione 40 złotych na porcję heroiny. W 1996 roku na olsztyńskiej melinie skradziono moją pieczątkę, więc niewykluczone, że w tym mieście do tej pory pojawiają się fałszywe recepty. Narkotyków nigdy nie sprzedawałem. Jedynie zawistny wróg może powiedzieć, że popełniłem poważny błąd lekarski albo - będąc nietrzeźwy - badałem lub leczyłem pacjentów. Narkomania niszczyła głównie mnie i moich bliskich, oszczędzając innych ludzi.
Jak to możliwe? Otóż odnajdywałem zawsze w sobie okruch rozsądku, który nie pozwalał mi iść po narkotykach do pracy. Brałem natychmiast od starego przyjaciela zwolnienie lekarskie, a w przypadku narkotycznego ciągu rezygnowałem z zatrudnienia. Nie zostałem zwolniony dyscyplinarnie z żadnego miejsca pracy, ponieważ nie było ku temu podstaw. Każdorazowo składałem wymówienie lub odchodziłem za porozumieniem stron. Moja choroba była tajemnicą dla większej części środowiska lekarskiego aż do lipca 2003 roku.
Tu dochodzę do kluczowej dla mnie sprawy, do decyzji o ujawnieniu lub — jak kto woli — obnażeniu własnego życia. Był to i jest dla mnie i moich bliskich poważny problem, który nadal pozostaje najtrudniejszą decyzją w życiu. Do ostatniej chwili miałem podpisać pracę pseudonimem, ale w dniu odesłania materiału do drukarni wymieniłem z redakcją i swoją rodziną kilka gorączkowych telefonów i listów elektronicznych. Nie zgadzano się na obcojęzyczny pseudonim i na podpisanie samym imieniem. Ja z kolei nie zgadzałem się na zmyślone nazwisko, podobnie jak na zdjęcie z retuszem oczu. „Nie jestem zbrodniarzem" - argumentowałem.
Stanąłem wtedy przed wyborem: czy ujawnić swoje uczucia, myśli i część życiorysu, czy też nie robić tego. Przeważyło przeświadczenie, że wybór tej pierwszej ewentualności umożliwi przekazanie cennych dla wielu informacji i być może zapobiegnie w pewnych przypadkach katastrofom życiowym. Naraziłem się na ciosy, upokorzenia i ryzyko całkowitego odarcia z resztek prywatności. Świadomie wybrałem pełne odsłonięcie, odrzucając męczące milczenie w lęku i zawstydzeniu. Podczas pracy wielu przyjaciół powtarzało mi, że najcenniejsze są moje doświadczenia, przeżycia i myśli jako narkomana-lekarza. Przeczuwali, że bez otwartego, jawnego odwołania się do nich przedsięwzięcie nie będzie miało sensu i celu.
Po artykule moje życie się zmieniło. Stało się jeszcze trudniejsze, co znajdowało wyraz w sporadycznym łamaniu przeze mnie abstynencji i wspomaganiu się lekami. Podejmując ostateczne wyzwanie, jakim jest ta książka, wystawiam się na ciosy; niektórzy twierdzą nawet, że popełniam społeczne samobójstwo. Inni zachęcają, przedstawiając ten krok w kategoriach mojego moralnego obowiązku - bez względu na koszta własne. Nie jestem świętym i wcale nie chcę płonąć na stosie dla zbawienia innych dusz. Tylko coraz trudniej nie zauważać, że narkomania szaleje, panoszy się jak pożar. Jeżeli moja praca może innych ochronić, wzbogacić lub wesprzeć, to zaryzykuję i tym razem.
Chciałbym ocalić minimum intymności, lecz teraz już nie wiem, czy to jeszcze możliwe. Nie będę ukrywać się za pseudonimem. Nie jestem niczyim wrogiem i nie chcę ze wstydem zasłaniać twarzy. Nie wiem nawet, dlaczego ta twarz miałaby być ważna. Proszę nie szukać we mnie uzdrowiciela. Mimo że mani doświadczenie i wiedzę, brak mi obecnie siły, aby pomagać innym. Mój stan się zmienia na lepsze, lecz nie jest stabilny. Nigdy nie przypuszczałem, że pisanie to tak ciężka praca. Uczciwe, lecz rozważne ukazywanie własnego wnętrza wymaga spokoju i wysiłku. Jest to katorga, przy której chodzenie nago po scenie wydaje mi się niewinną zabawą. Swój życiorys chcę wykorzystać dla dobra innych, a nie przeciwko komukolwiek. Nie wierzę w słodycz zemsty, chociaż nie jestem aniołem, który jedynie wybacza i współczuje. Trudno jest całkowicie zapomnieć ludzi, którzy rozmyślnie mi szkodzili i poniżali mnie. Jednak odpowiadając tym samym, mógłbym pogorszyć i tak trudną sytuację własną. Cierpienie zadane drugiemu człowiekowi zawsze wywoływało we mnie uczucie wstrętu do samego siebie. Chwilowa ulga wywoływała później jeszcze głębszą gorycz i osamotnienie.
Rozumiem też, że moja praca jest kontrowersyjna. Ja także chciałbym żyć w świecie uporządkowanym, prostszym, o jasnych regułach. W kraju, gdzie nie ma niezrównoważonych psychiatrów, uzależnionych lekarzy, pedagogów molestujących dzieci i ministrów okradających państwo. Wcale mi się te sprawy nie podobają. Jednak nie przestaję wierzyć w uzdrawiającą moc prawdy. Inna sprawa, że nie wiem, czym cała prawda jest. Znam tylko swoją wersję wszystkich przeżytych chwil i zapamiętanych zdarzeń. Całość tę nazywam własną małą prawdą roku 2003, którą staram się opowiedzieć. Wierzę, że kiedyś sobie powiem, iż warto było ją napisać dla ocalenia kilku albo chociaż jednego ludzkiego życia. Proszę, przeczytajcie moją historię i sami osądźcie.
I. Branie
łJ estem z wykształcenia lekarzem psychiatrą. Od wielu lat jestem uzależniony od heroiny i pokrewnych jej substancji, czyli opia-tów. Ten wstęp nie jest literacką prowokacją; niestety, to prawda. Moje pierwsze doświadczenia z opiatami przeżywałem w dziewiętnastym roku życia. Wcześniej wielokrotnie paliłem marihuanę i piłem spore ilości alkoholu. Był koniec lat siedemdziesiątych. W moim środowisku - wielkomiejskiej inteligencji - narkomania była wtedy zjawiskiem abstrakcyjnym. Narkomani, oglądani głównie w filmach, to, jak sądziłem, zasługujące na litość ludzkie wraki; jakieś zdemoralizowane, bezwzględne typy z amerykańskich slumsów i więzień. Owszem, można było już wtedy zauważyć charakterystyczne zgarbione, brudne sylwetki w centrach największych miast, na dworcach i ławkach. Mówiono, zazwyczaj szeptem, że to właśnie narkomani. Nie mogłem pojąć, jak można się doprowadzić do takiego stanu. „Czy ci ludzie nie widzą samych siebie?" - pytałem retorycznie kolegów. Pozostawało mi wrzucić takie spostrzeżenia do wielkiego kufra spraw tajemniczych, w którym już leżały takie niepojęte dla mnie sprawy, jak: przemoc, bieda, żebractwo, perwersje seksualne, głód i śmierć.
Pochodziłem z dobrego, zamożnego jak na owe czasy domu, choć byłem chłopakiem o trudnym, buntowniczym charakterze. Po gehennie szkoły średniej zacząłem pracować w dużym szpitalu jako sanitariusz. Chciałem mieć ewentualne punkty preferencyjne na medycynę. Jednocześnie kończyłem liceum ogólnokształcące dla osób pracujących. Najbardziej interesowała mnie biologia, chemia i szpitalne życie. Rok pracy na trzech różnych oddziałach był dla mnie formą bezpiecznego zerknięcia do tego tajemniczego kufra, w którym cierpienie mieszało się ze śmiercią. Chłonąłem nowe doświadczenia, interesowałem się operacjami, rodzajami leków, przeżyciami chorych. Wiele nazw leków sprawdzałem w domowym vademecum. Wtedy właśnie wyniosłem z oddziałowej lodówki kilka ampułek syntetycznej odmiany morfiny. Posiadanie tego „strasznie niebezpiecznego leku" w domu sprawiało mi jakąś przewrotną przyjemność.
Pomiędzy szesnastym a dziewiętnastym rokiem życia paliliśmy słabą „trawę" wielokrotnie i niemal jawnie. Wspólnie dorabialiśmy sobie do tego ideologię: hipisowskie hasła, elementy ra-stafariańskiej religii i wyrywkowe dane z dostępnej literatury. Być może ktoś starszy od nas i mądrzejszy mógłby mieć na nas zbawienny wpływ. My jednak wzmacnialiśmy w sobie ten chaos wartości i niespójnych idei, na który nakładały się: burza hormonów, ogrom nauki i widok naszych skłóconych i uwikłanych w codzienność rodzin. Mijały szalone przedmaturalne miesiące, a sobotnie popijawy stanowiły oddech po intensywnym tygodniu. Trudno wyrazić słowami atmosferę tamtych marihuanowo-al-koholowych wieczorów. Miałem wtedy poczucie związku, braterstwa z moimi przyjaciółmi, co stanowiło doznanie nowe i piękne. Lubiliśmy się serdecznie, a wspólne doświadczenia cemento-wały tę przyjaźń. Nie ma we mnie teraz śladu ironii; raczej żal, że te czyste, młodzieńcze uczucia się rozmyły, a my rozbiegliśmy się po całym świecie. Próbowaliśmy razem stworzyć coś wartościowego: usiłowaliśmy wspólnie muzykować, a nasze biesiady stanowiły namiastkę hipisowskiej komuny.
Jednak marihuana wprowadziła stopniowo i niepostrzeżenie chaos w moim systemie wartości. Wszystko, co do niedawna było stabilne, stawało się płynne i względne. Mój dotąd uporządkowany świat wzbogacał się o niepokojące barwy, półtony i cienie. Męczyły mnie setki pytań i wątpliwości w rodzaju: zło, ale dla kogo i w jakiej sytuacji? Kim jajestem i co znaczy samo „jestem"? Co oznacza rozróżnienie, że coś istnieje lub nie istnieje? Czym jest życie i końcem czego jest śmierć? Co to jest świadomość, dusza, miłość itd.? Próbowałem czytać traktaty wielkich filozofów i mistyków. Marihuana otworzyła puszkę Pandory. Z czasem jednak coraz częściej miewałem stany, w których trudno było się uczyć i czytać, bo czynności te wymagały koncentracji i spokoju wewnętrznego.
Moje doświadczenia z marihuaną i haszyszem urwały się nagle, wiele lat później. Wtedy, po wypaleniu dużej dawki haszyszu, przeżyłem długotrwały stan panicznego lęku. Bałem się drgnąć, przekonany, że najmniejszym ruchem mogę spowodować kataklizm na skalę światową. Po tym doświadczeniu lękałem się marihuany i środków halucynogennych. Znałem podobne objawy z literatury medycznej; nie chciałem wylądować w szpitalu psychiatrycznym.
Od lat słyszę o koncepcji wstępowania po schodach, czyli zjawisku łatwiejszego sięgania po narkotyki ciężkiego kalibru przez osoby, które początkowo odurzały się lżejszymi środkami. Ze mną i moimi znajomymi tak właśnie się stało. Zjawisko to wyjaśniałem sobie następująco: osoby wspólnie palące marihuanę wspierają się wzajemnie, wytwarzając namiastkę kontrkultury. My także uważaliśmy się za uprzywilejowanych, za cyganerię intelektualną, będącą w opozycji do zakłamanego świata. Takie postawy ułatwiały nam z czasem łamanie kolejnych społecznych tabu, jednocześnie coraz dotkliwiej izolując nas od innych ludzi.
Nadszedł wreszcie wieczór, który pamiętam tak wyraźnie, jakby zdarzył się wczoraj. Wróciłem lekko podchmielony do domu i leżałem zmęczony na kanapie. Po głowie zaczęła mi chodzić natrętna myśl, aby spróbować tego strasznego leku, tej zniewalającej ludzi substancji. Odtrąciłem ten pomysł z lękiem. Jednak myśl powracała, drążyła, kusiła. Przeczuwałem mgliście niebezpieczeństwo i bałem się. Przeczytałem o tym środku wszystkie informacje, jakie miałem w domu. Medycyna dopuszczała w wyjątkowych sytuacjach podanie ampułki dożylnie - bóle nowotworowe, zawał serca itp. Naukowcy przestrzegali przed niekontrolowanym użyciem i nakazywali szczególną ostrożność.
Trudno mi teraz określić, czego właściwie bałem się najbardziej. Wydawało mi się chyba, że po jednorazowym przyjęciu zmienię się, stanę się kimś innym, narkomanem, który myśli tylko o narkotyku. Zniewolonym, ogłupiałym nie-sobą. Tak wyobrażałem sobie uzależnienie: człowiek się nagle zmienia, zapomina, kim jest, czego w życiu chce, i myśli tylko o narkotyku. Przestają się dla niego liczyć przyjaźń, kobiety, nauka, zawód, rodzina, własne zdrowie - wszystko po kolei. Nie miałem pojęcia, jak dokonuje się ten proces. Podejrzewałem, że nagle, ale nie byłem pewien, bo może jednak powoli, stopniowo? Chciałem doświadczyć działania tego środka i gotów byłem za takie doświadczenie sporo zapłacić, ale nie własnym życiem - nie byłem szalony. W końcu po parogodzinnym łamaniu sobie głowy doszedłem do wniosku, że wezmę ten lek tylko jeden raz.
Przysiągłem sobie, że jeżeli poczuję się wspaniale, a na drugi dzień będę odczuwał choćby najmniejsze pragnienie powtórzenia tego doświadczenia, to wyrzucę resztę ampułek i innych akcesoriów, aby już nigdy, przenigdy nie powtarzać takich eksperymentów. Moje myślenie wydało mi się rozsądne, uczciwe i dojrzałe. Takie było z punktu widzenia człowieka, który o uzależnieniu nie ma większego pojęcia, bo skąd miałby je mieć.
Z łomoczącym sercem, drżącą ręką podałem sobie powoli dożylnie ampułkę. Bałem się śmierci. Teoretycznie mogłem umrzeć. Mogłem stracić przytomność albo serce, zaskoczone takim wstrząsem, mogło wstrzymać pracę. Nic z tych rzeczy na szczęście się nie stało. Jedynie fala zmęczenia, lekkiej senności i nieokreślony szmerek w głowie... to wszystko. Doprawdy nic przyjemnego, nie poczułem żadnej euforii. Odprężenie to miało charakter obcy, sztuczny i nie wytrzymywało porównania z odprężeniem po ciężkiej fizycznej pracy, gdy po dniu harówki siadałem z przyjaciółmi przy piwie i kiełbasce z rusztu. Poszedłem spać rozczarowany i zdegustowany.
Gdy zasypiałem, lekko, ale niemiło szumiało mi w głowie. Myślałem jeszcze: „O co tyle hałasu? Czy ludzie oszaleli, aby z czegokolwiek w życiu rezygnować dla takiego gówna?".
Następnego dnia, po przebudzeniu, odczuwałem tylko wstyd i poczucie winy, że zrobiłem coś tak głupiego i całkiem niepotrzebnego. Nie widziałem najmniejszego powodu, aby powtarzać te w gruncie rzeczy nieciekawe doznania lub zwierzać się komukolwiek z tego, co zrobiłem. Nie widziałem także powodu, by wyrzucać te ampułki do śmieci lub zanosić je z powrotem do szpitala. „Może i warto było spróbować, żeby się dowiedzieć, jakie to w gruncie rzeczy świństwo".
Teraz, po dwudziestu trzech latach, tak to mogę skomentować: biorąc narkotyk, święcie wierzyłem w siłę rozumu. Wierzyłem w wolną wolę, na której nigdy dotąd się nie zawiodłem. Nie wiedziałem, że w tym wypadku rozum zaprowadzi mnie na manowce, z których bardzo trudnojuż będzie powrócić. Muszę przyznać, że wiele błędów sobie wybaczyłem, ale z jednym nie mogę się dotąd uporać: chodzi mi o to nacechowane pychą przekonanie o własnej wyjątkowości, inności.
Przecież widziałem już wtedy narkomanów-szkielety chodzących po ulicach, żebrzących lub śpiących na parkowych ławkach. Co wtedy sobie o nich myślałem? Myślałem, że to jakiś inny gatunek ludzi, kompletni szaleńcy lub zdemoralizowane, groźne typy. Wzbudzali we mnie odrazę, strach i pragnienie ucieczki. Głowa sama mi się odwracała w drugą stronę, nie chciałem widzieć upadku ich człowieczeństwa. Nie stać mnie było wtedy na refleksję, która już po kilku latach stała się całkiem naturalna i oczywista: „Może każdy z nich jest podobny do mnie? Może nie chce być narkomanem, ale wszystkie sprawy wymknęły się spod kontroli i zaczęły żyć własnym życiem, niejako odrywając się od rozumu i woli?". Widok starej fotografii, którą zrobiłem sobie w ciężkim heroinowym ciągu, jest dla mnie tak przykry, że nie mogę jej długo oglądać. Jestem przekonany, że młodemu człowiekowi, który myśli o spróbowaniu narkotyków, nie sposób się utożsamić z takim obrazem.
Ta wiara we własną wyjątkowość i siłę woli była moim grzechem pierworodnym. Okazało się potem, że to cecha niepokojąco powszechna wśród narkomanów. Nie chcę powiedzieć, że była ona przyczyną choroby - spotkałem przecież wiele osób, którym nie zaświtał pomysł sięgnięcia po narkotyk, a byli przeświadczeni o własnej oryginalności od urodzenia aż po grób - raczej istotnym warunkiem sięgnięcia po narkotyki. Głębokie przekonanie, ze jestem podobny do innych, utrudnia, a nawet uniemożliwia przyjęcie narkotyku. Po prostu myśl taka nie pojawi się w umyśle osoby uważającej się za całkiem normalną, zdrową i przeciętną.
Moje myślenie sprzed narkotyku zdradza więcej fatalnych błędów, czy raczej założeń, które okazały się niedorzeczne. Zakładałem, że działanie narkotyku może mnie jakoś zmienić, ale przecież nie aż tak, abym nie był w stanie podjąć sensownego wyboru (z pozbyciem się narkotyku włącznie). Jakie to teraz dla mnie naiwne, aż rozczulające w swej młodzieńczej ignorancji! Zakładałem, że „ja" to dostępne mi myśli i przeżycia, że mój świat kończy się tam, gdzie kończy się moja świadomość, wgląd, pojmowanie. I jeszcze, że nad tym własnym światem mam pełnię władzy, mogę sobą rządzić, wybierać, decydować o sobie jak Bóg. Nawet dzieci czują, że jest inaczej, bo ich wrażliwa psychika przeczuwa wielkie obszary, których myśl jeszcze nie zna, a świadomość nie ogarnia. Ludzie starsi, którzy wiele przeżyli i doświadczyli swoich i cudzych nieracjonalnych zachowań, wyborów sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem i rachunkiem ekonomicznym, wiedzą, że człowiek jest zlepkiem popędów, potrzeb i sprzecznych emocji. Intelekt to tylko ludzki płaszczyk, powłoka, którą przekonuję innych i samego siebie, oszukuję bez ustanku, usprawiedliwiam, rozgrzeszam, gadam i gadam. Słowem -wysilam się, aby tę głęboko skrytą istotę ochronić, zaspokoić, a jeszcze zachować o sobie nie najgorsze zdanie.
Narkotyk uderza nie w myślenie, rozumienie, ale w sam środek człowieka, w głąb jego psychiki, do której jeszcze bardzo długo nie będziemy mieli dostępu. Nie mogłem zauważyć, że coś się stało, że zaszła we mnie jakaś ważna zmiana. Wtedy wydawało mi się, że jestem taki sam jak dawniej. O tym, że to nieprawda, dowiedziałem się wiele lat później. Nie wiem, komu dziękować, że nie stało się to dopiero w chwili śmierci.
Nie chcę powiedzieć, że każdy uzależnia się natychmiast, po pierwszym razie. Nie sposób przewidzieć, kto, kiedy i od czego się uzależni. Znam kilka osób, które po pierwszym lub kilku pierwszych doświadczeniach z heroiną nie popadły w ciąg - co mogę stwierdzić z perspektywy dwudziestu pięciu lat, jakie od tamtych wydarzeń upłynęły. Początkowo tłumaczyłem to zjawisko rozmaicie, zależnie od tego, co na ten temat przeczytałem w książkach. Spotykałem się w nich z różnymi wyjaśnieniami, które wydawały mi się wystarczające do chwili, gdy rozwiązanie tego problemu stało się kwestią mojego życia lub śmierci. Jedno jest pewne: przyjąć narkotyk po raz drugi było mi znacznie łatwiej niż po raz pierwszy. Bariera społecznego tabu została przełamana - to coś jak utrata dziewictwa (porównanie to wydaje mi się trafne zwłaszcza, jeśli jest mowa o zastrzyku dożylnym). Poza tym przyjęcie tak silnego, brutalnego środka psychotropowego musi wywołać długotrwałe zaburzenie równowagi w wielu ośrodkach regulacji w mózgu. Moja świadomość, myśl nie alarmowały mnie o tym, co się naprawdę wydarzyło, więc łudziłem się, że wszystko jest po staremu, nic się przecież nie stało. Jednak w głębi mózgu zaszło bardzo wiele. To było jak kopniak w tę część mnie, która z rozumem i wolną wolą nie ma nic wspólnego.
Najgorsze było właśnie to przekonanie, że nic się nie stało, więc nie muszę niczego w swoim życiu zmieniać, postanawiać. Moje życie płynęło jak dawniej przez następne dwa miesiące. Po tym czasie, podchmielony, zwierzyłem się swojemu przyjacielowi z "głupoty, jaką zrobiłem". Najpierw śmiał się do łez, ale po kilku minutach spytał, czy mam jeszcze ten preparat. Skutek był taki, że zaaplikowaliśmy sobie dożylnie po dwie ampułki. To już była dawka dająca ciężkie oszołomienie, na granicy utraty przytomności, z kolorowymi, dynamicznymi wizjami i uczuciem przyjemnego odrętwienia całego ciała. Nazwanie tego stanu euforią byłoby jednak dużą przesadą. Następnego dnia unikaliśmy się. Było mi wstyd, a poza tym źle się czułem: obolałe ciało, mdłości, senność, przygnębienie. „To nie ma żadnego sensu!" - stwierdziłem i wyrzuciłem resztki leku, strzykawki i igły. Uznałem, że o wydarzeniu najlepiej będzie zapomnieć. Ot, chwilowa głupota dociekliwych i wstawionych studentów medycyny. Przez następne tygodnie wytworzyła się między nami zmowa milczenia - ale tylko do czasu, gdy podchmieleni wracaliśmy do domu. Wtedy rozpoczynaliśmy poszukiwania innych substancji, których „trzeba spróbować". No więc próbowaliśmy rozmaitych pochodnych morfiny i samej morfiny. Raz na miesiąc, zależnie od zdobywanych łupów. Odczuwaliśmy wyrzuty sumienia i wstyd, ale eksperymenty te nie miały dla nas nic wspólnego z uzależnieniem. „Uzależnieni - mawialiśmy - to ludzie, którzy utracili nad sobą kontrolę, którymi rządzi narkotyk, a my... skądże. Uczymy się do egzaminów, jesteśmy ambitni i rozsądni. Wszystko biegnie po staremu, tyle tylko, że lubimy poeksperymentować. Nic złego się nie dzieje". Nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że narkotyk zacznie lub już zaczął nami rządzić.
Podczas wakacji razem jeździliśmy w okolice Kielc albo na Mazury w pobliże makowych pól, aby zakosztować opium. Po kilku dniach wracaliśmy do domów roztrzęsieni, bladzi i z głębokim poczuciem winy. Któregoś wieczoru 1982 roku ktoś przyniósł kompot - ten brudny, najgorszy w naszej ocenie narkotyk polskich narkomanów. Wstrzykiwaliśmy go sobie z mieszaniną wstrętu i ciekawości. Całe kilkuosobowe towarzystwo było już kompletnie zaćpane: zwężone źrenice, bełkotliwa mowa, co chwila ktoś wymiotował przez okno. Dopiero tego wieczora poczułem niepokój o swoją przyszłość, ale tylko przez chwilę. Mój umysł, chociaż ciągle sprawny, miał już dobrze przetarte drogi do uzależnienia. Więc znowu postanowienie o końcu eksperymentów, usuwanie strzykawek, aby po dwu tygodniach dojść do wniosku: „Bez przesady: to, że sobie zaćpam raz na dwa tygodnie, po kolokwium, to nic takiego".
Taki cykl powtarzał się dziesiątki razy. Jeden z moich przyjaciół od razu po pierwszym przyjęciu narkotyku wpadł w codzienny ciąg, chodził po „bąjzlu" (ulica narkomanów) i unikał nas. Uważaliśmy takie postępowanie za dowód jego głupoty, ignorancji i nieliczenia się z całym światem. Rozmawialiśmy o nim z mieszanką pogardy i litości: „No tak, on nigdy nie miał po kolei w głowie, chociaż szkoda chłopa...".
Nie przypominam sobie, aby ten narzucający się swoją oczywistością przykład skłonił kogokolwiek z nas do głębszej refleksji nad tym, co robimy i dokąd dojdziemy. Po następnych dwu latach na „bąjzlu" znalazł się mój najbliższy przyjaciel. Z początku miał niezwykle silne opory psychiczne przed przyjęciem narkotyku. Musiał przez półtora roku przebywać z nami - ćpającymi, aby któregoś dnia nie wytrzymać presji napięcia, lęku, ciekawości i pragnienia bycia „równym gościem, jak wszyscy". Po trzech latach stracił zdrowie i wyrzucono go ze studiów. Trzech innych szybko i dramatycznie „osiągnęło dno": trafili do ośrodka stacjonarnego na dwuletnie leczenie, po którym wprawdzie nie powrócili do heroiny, ale za to uzależnili się szybko od alkoholu. Dwaj założyli rodziny i porzucili eksperymenty. Dziś są lekarzami na stanowiskach i wstydliwie ukrywają swoje młodzieńcze wybryki. O trzech pozostałych nie mam żadnych wieści od wielu lat.
