Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Myślisz, że wiesz wszystko o wielkim futbolu? Myślisz, że znasz Roberta Lewandowskiego? Jesteś w błędzie.
Cezary Kucharski, człowiek, który przeprowadził „Lewego” z pruszkowskiej murawy na sam szczyt Borussi Dortmund i Bayernu Monachium, przerywa milczenie. To nie jest kolejna ugrzeczniona biografia sportowa. To brutalna, do bólu szczera spowiedź architekta największego sukcesu w historii polskiego sportu, który dziś nie boi się palić mostów.
W tej książce nie ma zasad „fair play”. Jest tylko twarda gra o miliony.
Kucharski odsłania kulisy, o których inni boją się nawet szeptać:
To opowieść o świecie, w którym lojalność ma swoją cenę, a wdzięczność jest towarem deficytowym. Kucharski nie gryzie się w język – uderza prosto w punkt, bez cenzury.
Z niewolnika nie ma pracownika, a z układów nie ma przyjaźni. W tej branży albo ty kładziesz kasę na stół, albo to ciebie kładą na łopatki. Zapraszam za kulisy, których nigdy mieliście nie poznać. — Cezary Kucharski
Cezary Kucharski - człowiek, który zmienił oblicze polskiego menedżerstwa sportowego. Debiutował w klubie „Orlęta Łuków” w 1986 roku. W przeszłości ceniony napastnik, reprezentant Polski i legenda Legii Warszawa, z którą święcił sukcesy w Lidze Mistrzów. Po zakończeniu kariery na boisku zamienił korki na garnitur, stając się najbardziej wpływowym agentem piłkarskim w kraju.
To on stoi za globalnym sukcesem Roberta Lewandowskiego, prowadząc go od niszowych boisk Pruszkowa przez Poznań i Dortmund aż na absolutny szczyt w Monachium. Znany z żelaznych zasad, nieustępliwości w negocjacjach z największymi klubami świata – takimi jak Bayern Monachium czy Real Madryt – oraz z tego, że nigdy nie kłania się piłkarskim układom.
Poseł na Sejm VII kadencji, przedsiębiorca i obserwator futbolowej rzeczywistości, który w swoich opiniach bywa równie skuteczny, co kontrowersyjny. W świecie wielkich pieniędzy i brutalnej gry o wpływy zawsze gra według własnych reguł.
Krzysztof Pyzia – absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Autor bestsellerów, między innymi „Jerzy Dziewulski o polskiej policji”, „Jerzy Dziewulski o terrorystach w Polsce” i wywiadu rzeki z Wojciechem Pokorą „Z Pokorą przez życie”, a także historii Polski w anegdotach pod tytułami „Wyszło jak zwykle. Rozbrajająca historia Polski” i „Ze mną się nie napijesz? Imprezowa historia Polski”. Dziennikarz Radia ZET, tygodnika „Angora” i „Playboya”. Autor bloga KtoPyziaNieBladzi.pl. Interesuje się historią, służbami specjalnymi i sportem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 251
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 7 godz. 15 min
Lektor: Wojciech Chorąży
Copyright © Kucharski Investment S.K.A.
& Krzysztof Pyzia, 2026
Projekt okładki i zdjęcie
Paula Kucharska
Redaktor prowadzący
Michał Nalewski
Redakcja
Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta
Barbara Szymanek
Katarzyna Kusojć
Zdjęcia w książce
© starlineart, © efks
ISBN 978-83-8444-638-6
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
MOJEJ RODZINIE I PRZYJACIOŁOM
– W ŚWIECIE PIŁKI, GDZIE BRUTALNIE FAULUJĄ,
A LOJALNOŚCIĄ SIĘ HANDLUJE,
ZAWSZE JESTEŚCIE MOJĄ SIŁĄ I OPARCIEM.
PIŁKA PISAŁA SCENARIUSZ MOJEGO ŻYCIA,
RODZINA I PRZYJACIELE SĄ TEGO NAJWIĘKSZYM SUKCESEM.
Zanim zdecydowałem się napisać tę książkę, spytałem znajomego, co powinno się w niej znaleźć, by zaspokoiło to ciekawość polskiego czytelnika. W odpowiedzi usłyszałem, że mam zaserwować mięso, brudy i jeszcze raz mięso. Im więcej szemranych historii, tym lepiej!
Zaśmiałem się pod nosem. Od brudu zawsze wolałem porządek. Jednak prawdą jest, że moja kariera – najpierw piłkarza, a później menedżera piłkarskiego – już taka grzeczna nie była. Zresztą o czym my mówimy… Nie miałem nawet dziesięciu lat, gdy po raz pierwszy stałem się pośrednikiem, co było wstępem do późniejszej pracy menedżera. Dzisiaj trochę głupio o tym pisać, ale skoro ma być szczerze, niech tak będzie.
W dzieciństwie robiłem wiele głupich rzeczy. Po latach trochę się tego wstydzę. Pamiętam, że na ulicy mieliśmy dwóch wojskowych: pana S. i pana K. Panowie pracowali w wojsku i mieli schowane na swoich podwórkach beczki z butaprenem. A trzeba wspomnieć, że w tamtym czasie wśród starszych dzieciaków była moda na wąchanie kleju. Wszyscy chcieli tego spróbować, moi koledzy też. Znaleźli nawet pustostan, żeby się w nim po kryjomu zbierać, tylko wciąż nie wiadomo było, jak załatwić ten klej. W pewnym momencie któryś wpadł na pomysł, żeby wysłać mnie do tych wojskowych i załatwić od nich butapren. No i poszedłem. Musiałem być bardzo wiarygodny, bo pan S. dał mi cały słoik kleju. W ten sposób wkupiłem się w łaski starszych kumpli i mogłem grać z nimi w piłkę. Sam też kiedyś się sztachnąłem. Głowa mnie potem bolała niemiłosiernie, a w dodatku mama od razu wyczuła ode mnie podejrzany zapach. Afera była nie z tej ziemi. Gdyby ktoś wtedy powiedział moim rodzicom, że pośredniczenie w załatwianiu kleju zamienię na pośredniczenie w kontaktach z piłkarzami… Po latach można powiedzieć, że to nawet spory awans. Wtedy jednak rodzice raczej tego nie przeczuwali. Ja zresztą też nie. Tym bardziej że wcześniej miałem inny epizod. Nie bierzcie ze mnie przykładu, drogie dzieci…
Miałem trzy lata – do dziś nie rozumiem, jakim cudem to pamiętam – gdy któregoś dnia zobaczyłem, jak pradziadek pali papierosa. A że wykazałem tym faktem żywe zainteresowanie, pradziadek dał mi spróbować. Pech chciał, że gdy zaciągałem się dymem, do pokoju weszła mama. Niezbyt szczęśliwa sytuacja, trzeba przyznać. I niezbyt dobry zwiastun przyszłej kariery sportowca. W każdym razie mama się wściekła – nie wiadomo na kogo bardziej. Po latach mam nadzieję, że jednak na pradziadka. Koniec końców wręczyła mi całą paczkę papierosów i kazała palić jednego po drugim. Paliłem. Początkowo nawet z przyjemnością, szybko jednak stało się to uciążliwe. Ostatecznie zarzygałem się po pachy. To nie było bezstresowe wychowanie, co w perspektywie mojego dalszego życia miało kolosalne znaczenie. Od tamtej pory nie palę. I zachęcam do tego innych (w tym miejscu serdecznie pozdrawiam Wojtka Szczęsnego!).
Muszę przyznać, że w dzieciństwie, o ile nie miałem żyłki do interesów, o tyle do głupich pomysłów już tak. Mój wujek, kierowca autobusu, zawsze trzymał przy oknie małą miseczkę, a w niej – drobne do wydawania pasażerom. Raz z kumplami podkradliśmy mu przysłowiową złotówkę czy dwie, żeby mieć na lody. Dziś po latach chciałbym za to wujka przeprosić. I jeszcze sąsiadów, których własnością były piękne sady, gdzie rosły pyszne truskawki i czereśnie, dorodne gruszki i chrupiące jabłka. Oczywiście chodziliśmy na szaber, gdy zgłodnieliśmy. Proszę o wybaczenie.
A skoro mowa o kierowcach, nie tylko wujek na co dzień siedział za kółkiem. Również mój tata był zawodowym kierowcą. Najpierw, gdy budował szpitale, woził radziecką ciężarówką ZiŁ piach i żwir. Później transportował zboże po całym kraju enerdowską IFĄ. Oba samochody nie miały wspomagania kierownicy, ale tata był bardzo silny, co mi imponowało. Pamiętam, że ciągle pracował, non stop wyjeżdżał. A mimo to dbał o to, bym czuł, że jest w domu. Miał naprawdę wielkie serce. To z tatą zagrałem pierwszy raz w swoim życiu w piłkę. Mieszkaliśmy wtedy w Sarnowie, malutkiej wsi na Lubelszczyźnie. Pamiętam ten moment, jakby to było wczoraj. Byłem ogromnie szczęśliwy, choć nie miałem wtedy pojęcia, że to właśnie piłka będzie mi towarzyszyła przez całe dalsze życie. Zresztą mało brakowało, a to życie bym stracił…
W pobliżu naszego mieszkania były stawy rybne połączone rowami. Któregoś razu zobaczyłem w rowie ślimaka i niewiele myśląc, postanowiłem go wyciągnąć. Wpadłem do wody i zacząłem się topić. Bogu dzięki w pobliżu był akurat starszy kolega. Gdyby nie on, pewnie skończyłbym marnie.
Innym razem – miałem wtedy jakieś siedem lat – wdrapałem się na budę psa sąsiadów. Spadłem z niej tak niefortunnie, że złamałem nadgarstek. Plus był taki, że przynajmniej nikt na mnie nie krzyczał, bo wszystkim było mnie żal. Innym razem jednak miałem mniej szczęścia. Mama ubrała mnie odświętnie i pozwoliła mi iść na dwór. Decyzja tyle odważna, ile naiwna, co mogę stwierdzić po latach. Liczyła, że wrócę czysty? Powodzenia! Tak się złożyło, że podczas zabawy z kolegami gdzieś na budowie natknęliśmy się na beczkę smoły. Aż żal było nie skorzystać z takiej okazji! Zaczęliśmy wybierać rękami tę smołę; rozgrzana słońcem, była bardzo elastyczna. Ktoś nawet włożył nogę do beczki. Nie muszę chyba opowiadać, co się działo, gdy wróciłem do domu…
Ktoś pomyśli: po co on o tym wszystkim pisze? No właśnie, dobre pytanie. Piszę o tym, by pokazać, że można mieć zwykłe dzieciństwo i wcale nie być bardzo zdyscyplinowanym, a później, w dorosłym życiu, zostać piłkarzem czy menedżerem piłkarskim i robić naprawdę fajne rzeczy. Wszyscy mają równe szanse, a tak zwana Polska B to wcale nie pochodzenie, tylko mentalność, czego sam długo nie dostrzegałem. Życie podsuwa nam różne drogi, ale najważniejsze to mądrze wybierać – i mieć odwagę. Ja, jak widać, od wczesnego dzieciństwa nie bałem się próbować. I często ponosiłem konsekwencje swoich głupich decyzji. Ale człowiek, dopóki żyje, zawsze ma szansę się zmienić.
Zapraszam was na moją osobistą wycieczkę, podczas której opowiem o wszystkim, o czym chcielibyście się dowiedzieć. Nie zabraknie smaczków z „piłkarskiej szatni” i pikantnych opowieści. Zabiorę was za kulisy największych klubów piłkarskich. Pokażę, jak negocjuje się z Realem Madryt czy z Bayernem Monachium. Opowiem też trochę anegdot o moich podopiecznych. I jeszcze jedno: na kartach tej książki nie zamierzam nikogo o nic oskarżać ani udowadniać swoich racji – od tego jest sala sądowa. Tutaj będziemy wspominać moje historie. Na lewy i prawo. To znaczy na lewo i prawo.
PS Zdarza się, że skaczę po tematach jak pszczoła z kwiatka na kwiatek. Robię to świadomie, bo uważam, że dobry mecz to taki, w którym następują częste zwroty akcji. U mnie – mam nadzieję – będzie podobnie. Czasem też pojawią się niedomówienia. Wybaczcie, ale z wiekiem dochodzę do wniosku, że lepiej ugryźć się w język, niż powiedzieć za dużo i później żałować.
Menedżer piłkarski jest jak saper – żyje w poczuciu, że siedzi na minie, która w każdej chwili może wybuchnąć. Wystarczy, że piłkarzowi ktoś coś szepnie, nagada głupot, ktoś inny go podpuści i mamy lont odpalony. Pozostaje tylko czekać na wielkie „bum”! Sam doświadczyłem kilku takich sytuacji. Moja ulubiona? Otóż mam piłkarza kozaka, którego dotknął palec boży. Obchodzi się z piłką niczym sumienny prawnik z umową, doskonale wie, jak kopnąć, by osiągnąć zamierzony cel. Dochodzimy do momentu, w którym mamy podpisać kontrakt z poważanym europejskim klubem. Lada moment mój zawodnik ma zostać najlepiej opłacanym piłkarzem w swojej lidze. Towarzyszy nam sztab fotoreporterów, strzelają korki od szampanów. I nagle wybucha niekontrolowany granat. Piłkarz w świetle reflektorów mówi mi, że w kontrakcie nie zgadzają się kwoty. I że on go nie podpisze.
Ciśnienie mi skacze, ale przed obiektywami robię dobrą minę do złej gry. Szefostwo klubu nie wie, o co chodzi. Albo inaczej: przypuszczają, że dogadałem się z zawodnikiem i że to nasza świadoma strategia – chcemy coś ugrać na ostatniej prostej. Atmosfera staje się napięta. W końcu przychodzi klubowy prawnik i mówi: „Albo to podpisujecie, albo piłkarz zostaje przy starej umowie”. Krótka piłka.
Ostatecznie zawodnik umowę podpisuje, choć nie obchodzi się bez zgrzytów. Później usłyszę od niego, że specjalnie wpisano mu niższą kwotę, za to ja dostałem większą prowizję. Dla mnie to absurdalne oskarżenia. Gwiazdor nie wie, jak wyglądają negocjacje z klubem, zapomina też, że sam zaakceptował warunki. Nie zamierzam jednak tego rozpamiętywać. Lepiej skupić się na pozytywach.
Musicie wiedzieć coś jeszcze: boisko to miejsce, w którym pasja do piłki przeplata się z niewyobrażalnymi pieniędzmi, kolosalną popularnością i czymś, co nazwałbym rywalizacją pozasportową. Największe telewizje konkurują o prawa do transmisji meczów (nie „meczy”, bo meczy koza, zapamiętajcie!). Kluby piłkarskie wykładają wory pieniędzy, byle tylko ściągnąć do siebie najlepszych piłkarzy. Sponsorzy także wykładają ogromne pieniądze, żeby zaistnieć w tym towarzystwie. Nikogo nie razi, że Messi reklamuje chipsy, które mają niewiele wspólnego ze zdrową żywnością, a Ronaldinho promuje ciemny napój gazowany. Nawiasem mówiąc, Ronaldinho reklamował kiedyś Coca-Colę, ale przyłapano go na piciu Pepsi. Jak to się mówi w języku piłkarskim, strzelił samobója i intratny kontrakt reklamowy z Coca-Colą dość szybko został rozwiązany. Cristiano Ronaldo w pewnym momencie swojej kariery też reklamował Coca-Colę, ale w trakcie konferencji prasowej przed meczem w ramach Euro 2020 odsunął od siebie dwie butelki tego napoju i zamiast nich postawił wodę niegazowaną. Po tym incydencie firma wydała oświadczenie, w którym podkreśliła, że w ofercie ma także napoje bez cukru i wodę. To jednak nie zatrzymało lawiny, w wyniku której akcje The Coca-Cola Company miały spaść aż o cztery miliardy dolarów.
Wszyscy popełniają błędy, menedżerowie również. A przy okazji obrywają tak, że pozostaje tylko usiąść i się rozpłakać. Pamiętam, jak finalizowałem transfer naprawdę znanego w Polsce piłkarza do jednego z krajów europejskich, gdzie słońca nie brakuje przez cały rok. Czasu było niewiele, dlatego dogadaliśmy się co do warunków (miałem dostać 10 procent od jego zarobków), ale nie podpisaliśmy umowy. Słowem: zawarliśmy umowę nomen omen słowną. To były moje początki w roli menedżera i naiwnie wierzyłem, że jak dogaduję się z piłkarzem, z którym znam się od dawna, to mogę mu ufać. Błąd i bolesna nauczka.
Po wszystkim pisał do mnie maile, że mi nie zapłaci, bo to, co zrobiłem, to był mój prezent dla niego. Nie poszedłem z nim do sądu, choć wisiał mi około 25 tysięcy euro. Niemało. Jednak niewystarczająco, by się tym spalać. Do dzisiaj mam wiadomości od niego – i tylko kasy nadal brak. Widuję go w telewizji, gdzie jest komentatorem sportowym.
Miałem zaledwie osiemnaście lat, gdy zostałem menedżerem piłkarskim. Gdy dziś ktoś mnie pyta o najważniejsze wydarzenie w moim życiu zawodowym, nie mówię o negocjacjach z Realem Madryt ani o wielomilionowych kontraktach z Borussią Dortmund czy z Bayernem Monachium. Niemal zawsze wracam za to do jednego momentu, który będę wspominał nawet na łożu śmierci.
Był rok 1990, a ja grałem w Orlętach Łuków, gdy pojawiła się oferta przejścia do Siarki Tarnobrzeg. Wiem, nie brzmi jak FC Barcelona czy Real Madryt, lecz wierzcie mi, zaangażowanie tamtych zawodników było bardzo duże. Ale to były dziwne czasy. Jeśli dobrze pamiętam, piłkarze nie podpisywali nawet umów z klubami i nie dostawali za grę żadnych pieniędzy, a mimo to klub decydował o tym, czy zawodnik może odejść do innej drużyny. Mnie działacze Orląt Łuków puścić nie chcieli, choć podchodziłem ich na różne sposoby. Pomyślałem wtedy: a właściwie co mam do stracenia? Nic! Zaryzykowałem – oznajmiłem, że jeśli mnie nie puszczą, to po prostu przestanę grać w piłkę. Ba, napisałem nawet wypowiedzenie! Wojna między nami trwała jakieś dwa tygodnie. W tym czasie nie przychodziłem na treningi, żeby mogli przywyknąć do mojej nieobecności.
Pamiętam, że ci z Orląt Łuków słali do PZPN-u pisma, w których przekonywali, że nie należy wyrywać osiemnastoletniego chłopca z domu przed samą maturą, a poza tym jestem potrzebny łukowskiej społeczności, która mnie podziwia. Dzisiaj brzmi to śmiesznie, wtedy jednak nie było mi do śmiechu. Powtórzę: w tamtych czasach piłkarz był niewolnikiem swojego klubu i mimo że nie dostawał od niego pieniędzy, bez zgody zwierzchników nie mógł przejść do innej drużyny i grać w jej barwach. Teraz pod tym względem jest dużo łatwiej, choć też nie tak różowo, jak może się wydawać. Niedawno na przykład spotkałem mojego hiszpańskiego agenta. Wyznał mi, że kilka miesięcy wcześniej w końcu dostał prowizję od transferów ze mną w roli głównej, które przeprowadził w 1997 roku! Ale to tak na marginesie.
Mając w pamięci doświadczenia z Orląt Łuków, później zawsze powtarzałem swoim piłkarzom, że powinni sami kształtować swoją karierę i nie poddawać się niczyjej presji. To wyłącznie ich decyzja, do którego klubu przejdą. Warto w tym momencie przywołać sytuację z Robertem Lewandowskim. Gdy Lewy grał jeszcze w Lechu Poznań, ze względów finansowych władzom klubu zapewne byłoby bardziej na rękę, by przeszedł do rosyjskiego, ukraińskiego czy nawet tureckiego klubu niż do Borussii. Dlaczego? To proste – te kluby zapłaciłyby za niego większe pieniądze, a co za tym idzie, szerszy strumień gotówki zasiliłby konto Lecha Poznań. Ja jednak byłem zdania – i taką też decyzję wspólnie podjęliśmy – że jeżeli Robert chce zrobić wielką karierę, lepszy dla jego rozwoju będzie transfer do Bundesligi, gdzie poziom szkoleniowy jest zdecydowanie wyższy.
Piłkarze nieraz popełniają ten błąd, że gdy z jednej strony pojawiają się lukratywna oferta i wór pieniędzy, a z drugiej – lepsza oferta rozwoju, ale mniejsze pieniądze, zwykle wybierają tę pierwszą opcję. W konsekwencji często zgarniają dużą kasę i… na tym się kończy ich wielka kariera. Ale do tego jeszcze wrócę.
Życie menedżera piłkarskiego jest jak jazda rollercoasterem. A natężenie absurdalnych sytuacji można porównać do wysypu grzybów po deszczu w pięknym polskim lesie. W prywatnych rozmowach znajomi często pytają o moje najdziwniejsze doświadczenie w pracy z piłkarzami. Zgodnie z prawdą odpowiadam wtedy, że było ich wiele. Jednak wiem, że to nie jest interesująca odpowiedź. Dlatego przejdę do konkretów.
Pamiętam, jak wynegocjowałem dla mojego zawodnika wielomilionowy kontrakt. Wszystko jest gotowe, spotykamy się z władzami klubu, by uroczyście go podpisać. Są największe tuzy tego klubu, po prostu światowa potęga. Zgodnie z etykietą rozmawiamy w języku, który wszyscy znamy. Mój piłkarz trzyma w dłoni długopis, już ma podpisać papiery, gdy nagle zwraca się do mnie po polsku:
– Czarek, zapytaj jeszcze, jakim samochodem będę jeździł.
– Nie teraz – cedzę w odpowiedzi. – Później.
– No weź zapytaj, bo chcę wiedzieć – upiera się zawodnik.
– Będziesz jeździł, czym zechcesz – ucinam.
I w tym momencie prezes klubu, który zauważył, że niemal się kłócimy, w dodatku po polsku, pyta mnie, czy jest jakiś problem. Oczywiście zapewniam go, że nie ma, a mój zawodnik zaraz potem składa podpis, ale czuję, że się skompromitowaliśmy. Takich pytań nie zadaje się w takim momencie, po prostu nie wygląda to dobrze. A samochód? Ostatecznie mój piłkarz wybrał taki, jaki chciał.
A skoro mowa o samochodach, inny mój zawodnik, grający w jednej z lig europejskich, pojechał kiedyś na wywiad z dziennikarzem, jednym z bardziej szanowanych w kraju. Pojechał – podkreślmy – swoim wypasionym autem. Po rozmowie mówi do dziennikarza:
– Weź no wydzwoń jakichś paparazzi, żeby przyjechali i zrobili mi zdjęcie, jak odjeżdżam tą furą.
Zdziwiony dziennikarz na to:
– Chłopie, ja pracuję w poważnej redakcji, nie znam żadnych paparazzi!
Kiedy opowiedziałem o tym jednemu z kolegów z rynku hiszpańskiego, ten zażartował, że przecież od tego jest menedżer – żeby spełniać każde życzenie piłkarza. Ot, taki żarcik branżowy. Ten sam kolega w ramach rewanżu opowiedział mi o innym menedżerze i jego podopiecznym, któremu zamarzyła się randka z bardzo znaną wokalistką. To był czas, gdy piosenkarka była w nieformalnym związku z synem znanego polityka. Czy mojemu koledze udało się spełnić zachciankę? Wystarczy wspomnieć, że kilka miesięcy później media huczały o tym, że piosenkarka związała się z młodszym od siebie obrońcą pewnego klubu. Do dziś nie wiem, czy to prawda. Oficjalnie: para poznała się na planie teledysku…
W branży zwykło się mówić, że jak piłkarz o coś prosi, menedżer to załatwia. Nikt przecież nie chce stracić kury znoszącej złote jajka. Była Miss Polonia Ewa Wachowicz, gdy poproszono ją o to, by została rzecznikiem rządu premiera Waldemara Pawlaka, powiedziała, że premierowi się nie odmawia, a dziś ja mogę powiedzieć, że piłkarzowi się nie odmawia. Zresztą mam przykład zawodnika, który chciał odmówić właśnie premierowi…
Pewnego razu jeden z moich piłkarzy rozegrał wybitny mecz. Po nim, już na imprezie, zadzwonił do mnie Igor Ostachowicz, prawa ręka Donalda Tuska, z informacją, że premier chciałby porozmawiać z tym zawodnikiem i mu pogratulować. Podszedłem więc do piłkarza, naświetliłem sprawę, a on na to:
– Z Tuskiem nie będę rozmawiał!
Dodam, że zawodnik wiedział, iż Donald Tusk jest kibicem piłki nożnej, był nawet wcześniej na spotkaniu w jego kancelarii. Zdziwiony, zapytałem o powód odmowy, na co usłyszałem:
– Bo on nas kiedyś skrytykował. Nie będę z nim rozmawiał.
Zdębiałem, nie wiedząc, jak wytłumaczę Ostachowiczowi, że piłkarz, którego prowadzę jako menedżer, nie chce rozmawiać z premierem.
– Słuchaj, stary – postanowiłem przemówić zawodnikowi do rozumu – za moich czasów było tak, że jak faceci coś do siebie mieli, to albo pili flaszkę i sobie wygarniali, albo szli na solo. Ty masz okazję porozmawiać z Tuskiem i powiedzieć mu, co ci leży na wątrobie.
Chyba użyłem dobrych argumentów, bo ostatecznie piłkarz się zgodził.
Zaraz potem zadzwonił Donald Tusk i zawodnik odszedł z telefonem na bok. Nie wiedziałem, o czym rozmawiali, ale trwało to dłuższą chwilę.
Po jakimś czasie spotkałem na sejmowym korytarzu Ostachowicza. Z ciekawości zagadnąłem, jak tam pogaduchy mojego piłkarza z Tuskiem, na co Igor:
– Premier powiedział, że nigdy więcej do niego nie zadzwoni!
Ktoś powie: „Rozumiem gościa, ja też bym nie chciał rozmawiać z politykiem”. Okej, można i tak. Ale inny z moich piłkarzy odmówił spotkania z… papieżem! I nie, to nie jest żart. Ale od początku.
Mój znajomy zajmował się organizacją ślubu kościelnego mojego piłkarza i jego narzeczonej. Kiedy wszystkie detale były już dopięte na ostatni guzik, postanowił, że da młodym nietypowy prezent: zorganizuje im prywatną audiencję u Ojca Świętego. Oczywiście para bardzo się ucieszyła. Dzień przed audiencją, gdy spotkali się z sekretarzem papieża, zapytali, czy podczas tej prywatnej wizyty u zwierzchnika Kościoła będą obecne media. Zgodnie z prawdą sekretarz powiedział, że przedstawiciele mediów zawsze są obecni przy Ojcu Świętym, bo każda publiczna chwila jego życia jest rejestrowana przez prywatną telewizję i fotografa. Wtedy młodzi stwierdzili, że w takim razie rezygnują z audiencji. Dopiero matka piłkarza przemówiła im do rozumu i ostatecznie do spotkania podobno doszło.
Piłkarze są tylko ludźmi. I zdarza się, że nie muszą zarabiać wielkich pieniędzy, by odbiła im palma. Wystarczy na przykład, że młody zawodnik zagra jeden dobry mecz, pojawi się o nim artykuł w „Przeglądzie Sportowym” i już czuje się panem tego świata. Klasyka gatunku to młodzi zawodnicy pytający, czy jeśli zostanę ich menedżerem, będą mieli kontrakty reklamowe na buty i wszystko dostaną za darmo. Zresztą ci bardziej doświadczeni często też chcą „wszystko za darmo”. Ostatnio żona jednego z moich byłych piłkarzy zrobiła awanturę w warszawskim salonie kosmetycznym. Po zrealizowanej usłudze zaproponowała właścicielce, że zamiast zapłacić, wrzuci na Instagram zdjęcie z salonu i go oznaczy. A gdy właścicielka się nie zgodziła, zaczęła się kłócić.
Zdarzało się, że w środku nocy dzwonił do mnie zawodnik, który poszedł do knajpy, najadł się, napił, ale zapłacić nie zamierzał. Albo że na imprezach piłkarze chcieli, bym sprowadził im dziewczyny do towarzystwa. Świat piłki nożnej jest brudny i brutalny. I nie zawsze przestrzega się w nim zasad fair play. Czysto gra się tylko na boisku, oczywiście nie licząc sporadycznych fauli.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
MOJA OSOBISTA WYCIECZKA
PODPISZESZ? NIE!
Z NIEWOLNIKA NIE MA PRACOWNIKA (ANI PIŁKARZA)
ŻYCIE MENEDŻERA TO JEDEN WIELKI ABSURD!
Okładka
