Mój Paryż moja miłość - Paulina Wnuk-Crépy - ebook
Opis

Piętnaście lat temu młoda Polka opuściła kraj, by zamieszkać w Paryżu. Tu z nastolatki stała się dojrzałą kobietą. Jak ułożyć sobie życie w mieście które potrafi zarówno uwieść jak i pokazać ciemną  stronę? Fascynująca opowieść o pierwszych miłościach i rozczarowaniach, karierze modelki,  typowych paryżanach i miejskich sekretach...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Paulina Wnuk-Crépy

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Redakcja: Aurelia Hołubowska

Korekta: Barbara Filipek

Konsultacja językowa: Monika Motkowicz

Projekt graficzny okładki: Aleksandra Zimoch

Redaktor prowadząca: Justyna Tomas

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Zdjęcie na okładce: Corbisimages.com © David Cleveland

Zdjęcie autorki: © Karolina Trawińska

Pozostałe zdjęcia: Dreamstime.com © Veremer (s. 6), © Lotsostock (s. 8), © Olha Afanasieva (s. 10), © Piotr Gilko (s. 38), © Sue Martin (s. 68), © Louis Capeloto (s. 108), © Mikolaj Kamienski (s. 138), © Roman Milert (s. 170), © Olesh (s. 210), © Hugo Rosseels (s. 244), © Imaengine (s. 276), © Ardazi (s. 282)

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2015

ISBN 978-83-7642-591-7

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Dla moich córeczek: Liliany i Ophelii, które powoli stają się polskimi paryżankami

Wstęp

Pa­ryż po­ko­cha­łam od pierw­sze­go wej­rze­nia, mimo że on nie od­wza­jem­niał mo­je­go uczu­cia. Naj­pierw szy­dził ze mnie, mło­dej, na­iw­nej i nie­do­świad­czo­nej ło­dzian­ki, któ­ra przy­je­cha­ła z pu­stym port­fe­lem i gło­wą peł­ną ma­rzeń. Póź­niej trak­to­wał mnie bez­li­to­śnie, ska­zu­jąc na ła­skę i nie­ła­skę nie za­wsze mi­łych i uprzej­mych pa­ry­żan. Osta­tecz­nie jed­nak mnie za­ak­cep­to­wał i wziął pod swo­je skrzy­dła. Dziś jak sta­re do­bre mał­żeń­stwo cza­sa­mi się kłó­ci­my, czę­sto się nie zga­dza­my i wy­ty­ka­my so­bie sła­be stro­ny, jed­nak za­wsze po­tra­fi­my dojść do po­ro­zu­mie­nia. Bo Pa­ryż bywa zmien­ny jak ko­bie­ta, raz za­chwy­ca, in­nym ra­zem roz­cza­ro­wu­je. Cza­sa­mi urze­ka, a kie­dy in­dziej za­wo­dzi. Skry­wa wie­le se­kre­tów, ale dzie­li się nimi tyl­ko z wy­bra­ny­mi. Cho­ciaż ma wie­le wad, po­tra­fi ocza­ro­wać i za­wró­cić w gło­wie. Brud­ne i tłocz­ne, lecz tak­że pięk­ne, ta­jem­ni­cze i ma­gicz­ne – ta­kie jest mia­sto, w któ­rym miesz­kam już od kil­ku­na­stu lat. Bo Pa­ryż, któ­ry ko­cham i o któ­rym wam opo­wiem, skła­da się z prze­ci­wieństw i wła­śnie dla­te­go jest wy­jąt­ko­wy.

Paryżanie

Wy­sia­da­jąc na lot­ni­sku Char­les’a de Gaul­le’a z kom­for­to­we­go i pra­wie pu­ste­go sa­mo­lo­tu Air Fran­ce, po raz pierw­szy sta­nę­łam na fran­cu­skiej zie­mi. Od Pa­ry­ża dzie­li­ło mnie już tyl­ko kil­ka ki­lo­me­trów. Mia­łam szes­na­ście lat, gło­wę peł­ną ma­rzeń, ser­ce wy­peł­nio­ne na­dzie­ją, wraż­li­wą du­szę, uśmiech na twa­rzy i… naj­gor­szy styl, jaki moż­na so­bie wy­obra­zić. W dniu przy­lo­tu do świa­to­wej sto­li­cy mody by­łam ubra­na w je­an­so­we ogrod­nicz­ki, po­ma­rań­czo­wy pod­ko­szu­lek i sza­re van­sy. Wy­róż­nia­łam się na tle ota­cza­ją­cych mnie lu­dzi, by­naj­mniej nie po­zy­tyw­nie.

Przez ko­lej­ne ty­go­dnie prze­ko­ny­wa­łam się, że nie tyl­ko ubiór od­róż­nia mnie od pa­ry­żan. By­łam ich prze­ci­wień­stwem pod pra­wie każ­dym wzglę­dem. Po wie­lu la­tach po­by­tu w tym wy­jąt­ko­wym mie­ście na­uczy­łam się tu­tej­szych re­guł gry. Po do­kład­nej ana­li­zie spo­so­bu ży­cia pa­ry­żan zro­zu­mia­łam ich, za­ak­cep­to­wa­łam, a osta­tecz­nie sama sta­łam się taka jak oni. W Pa­ry­żu, ina­czej niż w Lon­dy­nie czy No­wym Jor­ku, nowo przy­by­li nie na­rzu­ca­ją miesz­kań­com swo­ich przy­zwy­cza­jeń. Pa­ry­ża­nie od lat kro­czą wła­sną ścież­ką, a resz­ta świa­ta musi się do nich do­sto­so­wać. Dzię­ki temu każ­dy może się stać pa­ry­ża­ni­nem. Wy­star­czy tyl­ko chcieć.

A jacy na­praw­dę są miesz­kań­cy mia­sta nad Se­kwa­ną? Przyj­rzyj­my się im z bli­ska.

Kolorowo mi

Pod­czas po­by­tu w Pa­ry­żu mo­że­cie być bar­dzo za­sko­cze­ni tym, co zo­ba­czy­cie. Miesz­kań­cy sto­li­cy Fran­cji przy­po­mi­na­ją ra­czej lu­dzi z re­kla­my wło­skie­go pro­du­cen­ta odzie­ży Uni­ted Co­lors of Be­net­ton niż po­sta­ci z ob­ra­zów Pis­sar­ra czy Si­sleya.

Pa­ry­ża­nie, po­dob­nie jak miesz­kań­cy ca­łej Fran­cji, to nie tyl­ko po­tom­ko­wie Aste­rik­sa i Obe­lik­sa. To rów­nież dzie­ci, wnu­ki i pra­wnu­ki imi­gran­tów przy­by­łych do Fran­cji w cią­gu ostat­nich dzie­się­cio­le­ci za spra­wą po­li­ty­ki i bo­ga­tej hi­sto­rii fran­cu­skie­go ko­lo­nia­li­zmu. Część z nich do­sko­na­le się za­adap­to­wa­ła i za­ak­cep­to­wa­ła tu­tej­sze kul­tu­rę, ję­zyk i oby­cza­je. Dziś już tyl­ko obco brzmią­ce na­zwi­sko, ewen­tu­al­nie zna­jo­mość oj­czy­stej mowy ro­dzi­ców czy dziad­ków świad­czą o ich nie­fran­cu­skich ko­rze­niach. Géral­di­ne Na­ka­che, po­pu­lar­na ak­tor­ka, Ży­dów­ka al­gier­skie­go po­cho­dze­nia, pa­ry­żan­ka do szpi­ku ko­ści, czy Rama Yade, pra­wi­co­wa po­li­tyk uro­dzo­na w Se­ne­ga­lu, mogą sta­no­wić przy­kład uda­nej asy­mi­la­cji.

Nie­ste­ty, nie wszyst­kim imi­gran­tom się to uda­ło. Część z nich wo­la­ła po­zo­stać w swo­ich en­kla­wach. Nie­któ­rzy, mimo że miesz­ka­ją pod fran­cu­skim nie­bem od wie­lu lat i mają fran­cu­skie do­ku­men­ty, nie są w sta­nie po­ro­zu­mieć się w ję­zy­ku Mo­lie­ra. Inni po pro­stu nie chcą się do­sto­so­wać. Dla­te­go spo­tka­nie z kel­ne­rem pra­cu­ją­cym w chiń­skiej re­stau­ra­cji, któ­ry po­słu­gu­je się tyl­ko dia­lek­tem kan­toń­skim, krą­głą Afry­kan­ką w barw­nym tur­ba­nie i sze­ro­kiej suk­ni w ko­lo­ro­we kwia­ty czy Arab­ką ukry­tą za ni­ka­bem nie na­le­ży tu­taj do rzad­ko­ści. Z re­gu­ły ci miesz­kań­cy Pa­ry­ża zaj­mu­ją całe dziel­ni­ce me­tro­po­lii lub jej obrze­ża, two­rząc mia­sta w mie­ście i ży­jąc w zgo­dzie ze zwy­cza­ja­mi swo­ich przod­ków, a igno­ru­jąc za­sa­dy obo­wią­zu­ją­ce we współ­cze­snej Fran­cji. Naj­mniej­szy sprze­ciw ro­do­wi­tych Fran­cu­zów wo­bec ta­kie­go sta­nu rze­czy po­praw­na (do prze­sa­dy!) le­wi­ca od­bie­ra jako atak na mniej­szo­ści et­nicz­ne i re­li­gij­ne.

Jesz­cze kil­ka wie­ków temu Fran­cu­zi byli wy­jąt­ko­wo dum­nym i wa­lecz­nym na­ro­dem. Ko­cha­li swój kraj i afi­szo­wa­li się ze swo­im po­cho­dze­niem. Jed­nak pra­wie trzy wie­ki skraj­nie le­wi­co­we­go pra­nia mó­zgu nie­mal cał­ko­wi­cie wy­ru­go­wa­ły ta­kie po­sta­wy. Dziś ma­ni­fe­stu­ją­cym swój pa­trio­tyzm Fran­cu­zom za­rzu­ca się po­glą­dy ra­si­stow­skie oraz brak to­le­ran­cji. Wy­wie­sza­nie fla­gi na­ro­do­wej na fa­sa­dzie domu czy oknie bal­ko­no­wym jest do­pusz­czal­ne tyl­ko pod­czas roz­gry­wek pił­kar­skich lub in­nych waż­nych wy­da­rzeń spor­to­wych. Na co dzień Fran­cu­zi jak stru­sie cho­wa­ją gło­wy w pia­sek i po­zwa­la­ją na­rzu­cać so­bie re­gu­ły gry.

Jed­nak w sto­li­cy kra­ju, bę­dą­cej kwin­te­sen­cją współ­cze­snej wie­lo­ra­so­wej i wie­lo­et­nicz­nej Fran­cji, znaj­dzie­my gro­no lu­dzi, któ­rzy są praw­dzi­wy­mi pa­ry­ża­na­mi bez wzglę­du na swe ko­rze­nie. Inès de la Fres­san­ge, słyn­na pa­ry­ska mo­del­ka, jest cór­ką Ar­gen­tyn­ki. A Jean-Char­les de Ca­stel­ba­jac, je­den z naj­więk­szych fran­cu­skich pro­jek­tan­tów mody, uro­dził się w Ca­sa­blan­ce. Dla­te­go pod­kre­ślam, że pa­ry­ża­ni­nem nie trze­ba się uro­dzić. Pa­ry­ża­ni­nem trze­ba się stać.

Il n’y as pas un Pa­ris, mais des Pa­ris. De même, le pa­ri­sien type, n’exi­ste pas, nie ma jed­ne­go Pa­ry­ża, ale jest ich kil­ka, tak samo, jak nie ist­nie­je je­den typ pa­ry­ża­ni­na, po­wie­dzia­ła kie­dyś Vir­gi­nie Co­upérie-Eif­fel, wnucz­ka sław­ne­go kon­struk­to­ra. I my­ślę, że mia­ła ra­cję, gdyż miesz­kań­cy Pa­ry­ża są róż­ni, tak jak róż­ne ob­li­cza ma ich uko­cha­ne mia­sto.

Sami swoi

Aro­ganc­cy, bez­czel­ni i opry­skli­wi – tacy wy­da­ją się pa­ry­ża­nie na pierw­szy rzut oka. Uwa­ża­ją sie­bie i swo­je mia­sto za pę­pek świa­ta. Do­sko­na­le od­da­je to ty­po­we pa­ry­skie po­wie­dze­nie: „Pa­ryż jest je­den, a resz­ta to pro­win­cja”. Cóż, po kil­ku­na­stu la­tach miesz­ka­nia w sto­li­cy prze­ko­na­łam się, że to praw­da. Pa­ryż nie jest mi­nia­tu­rą Fran­cji, a pa­ry­ża­nie nie są ty­po­wy­mi Fran­cu­za­mi. Praw­dzi­wi pa­ry­ża­nie żyją we­dług wła­snych za­sad, czę­sto nie­zro­zu­mia­łych dla tu­ry­stów, miesz­kań­ców da­le­kich przed­mieść i resz­ty oby­wa­te­li ich pięk­ne­go pań­stwa. Mają inny styl by­cia i ubie­ra­nia się. Ale za­cznij­my od po­cząt­ku.

Mój pierw­szy kon­takt z miesz­kań­ca­mi Pa­ry­ża był, de­li­kat­nie mó­wiąc, mało za­chę­ca­ją­cy. Gdy zgu­bi­łam się na uli­cy, nie­chęt­nie wska­zy­wa­li mi dro­gę. Gdy py­ta­łam o coś po an­giel­sku, czę­sto od­wra­ca­li gło­wy i ucie­ka­li gdzie pieprz ro­śnie. Tak­że przy­ja­cie­le mo­je­go męża Mar­ti­na, wów­czas na­rze­czo­ne­go, po­cząt­ko­wo byli wo­bec mnie uprzej­mi, ale bar­dzo zdy­stan­so­wa­ni.

Pa­ry­ża­nie sły­ną ze swo­je­go chłod­ne­go po­dej­ścia do ob­cych. Zresz­tą zna­ni są nie tyl­ko z tego. We­dług jed­ne­go z son­da­ży prze­pro­wa­dzo­nych cał­kiem nie­daw­no przez ga­ze­tę „Le Fi­ga­ro” pa­ry­ża­nie uwa­ża­ją się za oso­by ele­ganc­kie, in­te­li­gent­ne i bły­sko­tli­we. Po­zo­sta­li miesz­kań­cy kra­ju zga­dza­ją się z tym, lecz rów­no­cze­śnie twier­dzą, że pa­ry­ża­nie są tak­że eg­zal­to­wa­ni, nie­uprzej­mi i wy­jąt­ko­wo za­ro­zu­mia­li. Fak­tycz­nie, miesz­kań­cy sto­li­cy mogą się wy­da­wać pre­ten­sjo­nal­ni i na­dę­ci, jed­nak gdy po­zna się ich bli­żej, czę­sto oka­zu­je się, że to nie­zwy­kle sym­pa­tycz­ni i życz­li­wi lu­dzie. A ich wady, o któ­rych się tyle mówi, wy­ni­ka­ją z tego, że żyją w zu­peł­nie in­nym świe­cie.

W drodze

Pa­ry­ża­nie, jak więk­szość miesz­kań­ców wiel­kich miast, są wiecz­nie za­bie­ga­ni i no­to­rycz­nie się spóź­nia­ją, co we­dług tu­tej­szych stan­dar­dów nie sta­no­wi więk­sze­go pro­ble­mu. Jed­nak na­le­ży ich uspra­wie­dli­wić, gdyż dłu­gie sta­nie w ulicz­nym kor­ku, jaz­da me­trem, w któ­rym pa­sa­że­ro­wie są ści­śnię­ci jak sar­dyn­ki w pusz­ce, a w koń­cu cią­gły zgiełk i za­męt u każ­de­go wy­wo­ła­ły­by lek­kie po­de­ner­wo­wa­nie. W do­dat­ku w Pa­ry­żu czę­sto wy­bu­cha­ją straj­ki, tak­że pra­cow­ni­ków ko­mu­ni­ka­cji, a gdy ani ko­lej­ka pod­ziem­na, ani na­wet au­to­bu­sy nie kur­su­ją, miesz­kań­cy sto­li­cy nie są w sta­nie po­ru­szać się po mie­ście. Roz­wią­za­niem mo­gły­by być ro­we­ry miej­skie, ale ich licz­ba jest ogra­ni­czo­na i zwy­kle oka­zu­je się, że wszyst­kie już daw­no zo­sta­ły wy­po­ży­czo­ne.

Tak źle i tak niedobrze

Pa­ry­ża­nie są bar­dzo ma­rud­ni. Nie­zwy­kle czę­sto po­wo­dem ich ubo­le­wa­nia jest po­go­da: na­rze­ka­ją na upał la­tem, na chłód zimą, na pa­da­ją­cy deszcz, na wie­ją­cy wiatr i tak da­lej. Dru­gim te­ma­tem, nad któ­rym mogą się roz­wo­dzić go­dzi­na­mi, jest dzia­łal­ność par­tii po­li­tycz­nych – sta­le je kry­ty­ku­ją. Czy rzą­dzi le­wi­ca, czy pra­wi­ca, za­wsze znaj­dą coś, co im się nie po­do­ba.

Mała czarna

Pa­ry­ża­nie twier­dzą, że naj­le­piej zna­ją się na mo­dzie, bo prze­cież u nich od­by­wa się fa­shion week. Mimo że sami ubie­ra­ją się mało ory­gi­nal­nie i tak na­praw­dę wszy­scy są do sie­bie po­dob­ni, uwa­ża­ją się za wy­jąt­ko­wo sty­lo­wych. Ro­bią za­ku­py w tych sa­mych ba­aar­dzo pa­ry­skich bu­ti­kach ofe­ru­ją­cych dość za­cho­waw­cze stro­je po­zba­wio­ne choć­by gra­ma sza­leń­stwa. Bez wzglę­du na porę roku czy dnia czerń jest ich fa­wo­ry­tem. Za­mi­ło­wa­nie pa­ry­żan do tej bar­wy ma kil­ka przy­czyn. Po pierw­sze, o czym wszy­scy wie­dzą, czar­ny wy­szczu­pla. Po dru­gie, to ko­lor bar­dzo ele­ganc­ki i na­da­je się na wszyst­kie oka­zje, no może z wy­jąt­kiem ślu­bu czy chrzcin. Po trze­cie, bo tak jest po pro­stu ła­twiej. Wy­bie­ra­jąc czerń, trud­no po­peł­nić gafę sty­li­stycz­ną. Czar­ny jest bez­piecz­ny. Cza­sa­mi jed­nak pa­ry­ża­nie sza­le­ją. Wio­sną i la­tem po­zwa­la­ją so­bie na wło­że­nie cze­goś bia­łe­go, ewen­tu­al­nie be­żo­we­go, a je­sie­nią i zimą sza­re­go lub brą­zo­we­go. Krzy­kli­we bar­wy do­brze wy­glą­da­ją na mo­del­kach ze zdjęć w ko­lo­ro­wych cza­so­pi­smach, ale nie na sto­no­wa­nych pa­ry­ża­nach.

Koneserzy

Pa­ry­ża­nie zwy­kle my­ślą, że do­sko­na­le zna­ją się na sztu­ce, a to dzię­ki licz­nym mu­ze­om, ga­le­riom i te­atrom, któ­re od­wie­dza­ją. Bar­dzo chęt­nie wy­bie­ra­ją się na wy­sta­wy twór­ców współ­cze­snych, mimo że ab­so­lut­nie nie są za­in­te­re­so­wa­ni dzie­ła­mi ar­ty­stów. Czu­ją się jed­nak zo­bo­wią­za­ni do zo­ba­cze­nia cze­goś, o czym wszy­scy mó­wią. Poza tym sztu­ka to za­wsze świet­ny te­mat do roz­mo­wy z in­nym am­bit­nym i obe­zna­nym pa­ry­ża­ni­nem.

Za kółkiem

Pa­ry­ża­nie są­dzą, że są świet­ny­mi kie­row­ca­mi, gdyż nie mają pro­ble­mów z pro­wa­dze­niem sa­mo­cho­du na­wet po kil­ku kie­lisz­kach wina. Aby to udo­wod­nić, jeż­dżą, jak się im po­do­ba, bez pa­sów, z te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym przy uchu, nie re­spek­tu­jąc ani zna­ków dro­go­wych, ani świa­teł ulicz­nych.

Naj­lep­szy do­wód na to, że pa­ry­ża­nin w sto­li­cy jest na­praw­dę u sie­bie, to par­ko­wa­nie. Mnie ja­koś ni­g­dy to nie za­sta­na­wia­ło, ale mój tata za każ­dym ra­zem nie może się na­dzi­wić, jak bar­dzo bez­pro­ble­mo­wi są miesz­kań­cy sto­li­cy Fran­cji. Par­ku­ją, gdzie chcą, tak­że na ron­dach, skrzy­żo­wa­niach i przej­ściach dla pie­szych, a auto sto­ją­ce tuż pod zna­kiem ozna­cza­ją­cym za­kaz par­ko­wa­nia ni­ko­go już nie dzi­wi. Jed­nak to nie miej­sca par­ko­wa­nia, ale me­to­da usta­wia­nia po­jaz­du naj­bar­dziej za­sko­czy­ła mo­je­go tatę, któ­ry stwier­dził, że ni­g­dy nie zo­sta­wi swo­je­go sa­mo­cho­du na uli­cy. Mimo że więk­szość aut ma wiel­kość pu­deł­ka od za­pa­łek, to za­wsze bra­ku­je miejsc par­kin­go­wych. Dla­te­go, par­ku­jąc swój sa­mo­chód, pa­ry­ża­nin bez naj­mniej­sze­go za­że­no­wa­nia po­pchnie po­jaz­dy z przo­du i z tyłu, aby sa­me­mu mieć wię­cej miej­sca. I ab­so­lut­nie nikt tu nie robi z tego pro­ble­mu.

Kurka paryska

Pa­ry­ża­nie, choć na ogół nie są wul­gar­ni, po­tra­fią kląć jak szewc, a fran­cu­skie sło­wo pu­ta­in na­bie­ra w ich ustach zu­peł­nie no­we­go wy­dźwię­ku. Pu­ta­in, bę­dą­ce do­kład­nym od­po­wied­ni­kiem naj­bar­dziej po­pu­lar­ne­go pol­skie­go prze­kleń­stwa, przez pa­ry­żan nie jest uwa­ża­ne ani za zbyt śmia­łe, ani or­dy­nar­ne. Może wy­ra­żać za­chwyt, za­sko­cze­nie, nie­za­do­wo­le­nie czy roz­cza­ro­wa­nie. Sta­no­wi wy­jąt­ko­wo pa­ry­ski sy­no­nim wie­lu przy­miot­ni­ków cał­ko­wi­cie ak­cep­to­wa­ny za­rów­no w to­wa­rzy­stwie, jak i w pra­cy. W Pa­ry­żu chy­ba tyl­ko przed­szko­la­ki nie mó­wią pu­ta­in.

Na zdrowie

Pa­ry­ża­nie oprócz tego, że prze­kli­na­ją i wca­le się tego nie wsty­dzą, piją rów­nież hek­to­li­try wina. Spo­ży­wa­nie al­ko­ho­lu w po­rze obia­do­wej ni­ko­go nie dzi­wi. Zimą czer­wo­ne wino po­da­je się do cięż­szych mię­snych po­traw. Fran­cu­zi uwa­ża­ją, że świet­nie roz­grze­wa i za­po­bie­ga prze­zię­bie­niom. La­tem, przy pięk­nej po­go­dzie, pa­ry­ża­nie chęt­niej piją bia­łe czy ró­żo­we wino do lek­kich sa­ła­tek kon­su­mo­wa­nych w re­stau­ra­cyj­nych ogród­kach. Co waż­ne, al­ko­hol musi być wy­traw­ny.

Po lun­chu i kil­ku lamp­kach wina pa­ry­ża­nie wra­ca­ją do swo­ich za­jęć. Oczy­wi­ście, nie za­wsze uda­je im się spo­koj­nie zjeść po­si­łek w po­rze obia­do­wej, po­nie­waż jako lu­dzie wy­jąt­ko­wo za­bie­ga­ni i za­pra­co­wa­ni mają co­raz mniej cza­su na ga­stro­no­micz­ne przy­jem­no­ści w cią­gu dnia. Dla­te­go czę­sto mu­szą po­prze­stać na ka­nap­ce.

Eksperci

Pa­ry­ża­nie cha­rak­te­ry­zu­ją się ogrom­nym tu­pe­tem i chęt­nie za­bie­ra­ją głos we wszyst­kich spra­wach, na­wet ta­kich, na któ­rych się nie zna­ją. Uwa­ża­ją jed­nak, że jako miesz­kań­cy me­tro­po­lii mają pra­wo, a na­wet obo­wią­zek wy­ra­zić swo­ją opi­nię na każ­dy te­mat. Kon­flikt zbroj­ny na Bli­skim Wscho­dzie? Pa­ry­ża­nin wie, jak go roz­wią­zać. Pro­blem eko­no­micz­ny w Gre­cji? Pa­ry­ża­nin może pod­su­nąć kil­ka pro­po­zy­cji. Brak spój­no­ści w Unii Eu­ro­pej­skiej? Dla­cze­go na­dal nikt tego nie skon­sul­to­wał z pa­ry­ża­ni­nem, prze­cież on wie, co ro­bić!

Na walizkach

Miesz­kań­cy sto­li­cy Fran­cji ko­cha­ją po­dró­żo­wać. Chęt­nie wy­ru­sza­ją za­rów­no na dłu­gie wa­ka­cyj­ne wy­jaz­dy w róż­ne za­kąt­ki świa­ta, jak i na wy­ciecz­ki week­en­do­we w oko­li­ce Pa­ry­ża.

La­tem czę­sto od­wie­dza­ją eks­klu­zyw­ne i im­pre­zo­we Sa­int-Tro­pez, fil­mo­we Can­nes czy po­pu­lar­ną Ni­ceę, sło­wem, pa­ry­ża­nie uwiel­bia­ją La­zu­ro­we Wy­brze­że.

Le­żą­ca na po­łu­dniu Fran­cji Pro­wan­sja jest jed­nym z ulu­bio­nych ce­lów wa­ka­cyj­nych wo­ja­ży miesz­kań­ców sto­li­cy. Mogą tu do woli de­lek­to­wać się pięk­ną po­go­dą i schło­dzo­nym ró­żo­wym wi­nem. Bę­dąc na wa­ka­cjach w Pro­wan­sji, pa­ry­ża­nin chęt­nie spo­ży­wa lo­kal­ne pro­duk­ty. Ku­pu­je je na co­ty­go­dnio­wych mar­ché, tar­gach, gdzie sprze­da­je się świe­żą i zdro­wą żyw­ność. Szcze­gól­ną mi­ło­ścią da­rzy oli­wę z oli­wek, oczy­wi­ście tę z pierw­sze­go tło­cze­nia. Już daw­no za­po­mniał o ma­śle, ole­ju sło­necz­ni­ko­wym i in­nych tłusz­czach. Je­dy­nym kon­ku­ren­tem oli­wy jest ocet bal­sa­micz­ny, dla któ­re­go pa­ry­ża­nie rów­nież tra­cą gło­wę. Ich zda­niem po­tra­wa, w któ­rej skład wcho­dzi oli­wa z oli­wek i ocet bal­sa­micz­ny, musi być smacz­na.

Mimo że pa­ry­ża­nie chęt­nie jeż­dżą na po­łu­dnie kra­ju, to ni­g­dy nie spo­tka­cie ich w Mar­sy­lii, gdyż miesz­kań­cy tych dwóch miast ży­wią do sie­bie ogrom­ną nie­chęć. We­dług pa­ry­żan po­wo­dów jest wie­le, za­czy­na­jąc od gło­śne­go, nie­przy­jem­ne­go spo­so­bu wy­po­wia­da­nia się miesz­kań­ców Mar­sy­lii, a na ich zbyt­niej nie­fra­so­bli­wo­ści koń­cząc.

Na stoku

Pa­ry­ża­nie ko­cha­ją mróz i śnieg. Ale oczy­wi­ście nie w Pa­ry­żu! Zimą chęt­nie wy­bie­ra­ją się na nar­ty do dro­gich ośrod­ków nar­ciar­skich, ta­kich jak Cha­mo­nix, Méri­bel czy Co­ur­che­vel. Mimo iż na nar­tach szu­su­ją tyl­ko raz w roku, ro­bią to wspa­nia­le. Naj­waż­niej­sze dla pa­ry­ża­ni­na jest to, aby z ty­go­dnio­we­go wy­jaz­du w Alpy przy­wieźć… opa­le­ni­znę. I choć przed ko­le­ga­mi w pra­cy kry­gu­je się po­tem, mó­wiąc, że wy­glą­da tro­chę głup­ko­wa­to, to jed­nak w głę­bi du­szy roz­pie­ra go duma. Opa­le­ni­zna na­by­ta na tego typu wy­jeź­dzie jed­no­znacz­nie wska­zu­je na wy­so­ki sta­tus fi­nan­so­wy jej wła­ści­cie­la, gdyż po­byt na nar­tach spo­ro kosz­tu­je.

Pępek świata

Pa­ry­ża­nie wy­cho­dzą z za­ło­że­nia, że po­nie­waż miesz­ka­ją w sto­li­cy Fran­cji, Eu­ro­py, a na­wet świa­ta, mają pra­wo do by­cia in­ny­mi niż wszy­scy. Od naj­młod­szych lat wma­wia się im, że są lep­si, wy­jąt­ko­wi. Uwa­ża­ją się za kwiat na­ro­du i jego przy­szłość, bo prze­cież to w Pa­ry­żu znaj­du­ją się fir­my o naj­więk­szej re­no­mie, sie­dzi­by mię­dzy­na­ro­do­wych kon­cer­nów i oczy­wi­ście naj­waż­niej­sze urzę­dy de­cy­du­ją­ce o lo­sach pań­stwa.

Cał­kiem nie­daw­no na wie­lu pro­fi­lach użyt­kow­ni­ków Fa­ce­bo­oka moż­na było zo­ba­czyć mapę Fran­cji wi­dzia­nej ocza­mi pa­ry­ża­ni­na. Okrę­giem za­zna­czo­no sto­li­cę i jej pe­ry­fe­rie. Resz­tę kra­ju opi­sa­no jed­nym sło­wem: pro­win­cja. To do­kład­nie ilu­stru­je na­sta­wie­nie pa­ry­żan do po­zo­sta­łych Fran­cu­zów. Je­śli chce­cie się przy­po­do­bać miesz­kań­com sto­li­cy, oto kil­ka wska­zó­wek:

Dzie­sięć rad, jak nie wku­rzyć pa­ry­ża­ni­na

1. Od­wie­dza­jąc pa­ry­ża­ni­na, ni­g­dy, prze­nig­dy nie py­taj­cie, jak może miesz­kać w ta­kiej klit­ce i dla­cze­go: w bu­dyn­ku nie ma win­dy / ła­zien­ka jest po­łą­czo­na z to­a­le­tą / nie ma po­ko­ju go­ścin­ne­go (to py­ta­nie ku­zyn­ki mo­je­go męża miesz­ka­ją­cej na po­łu­dniu Fran­cji, gdy po raz pierw­szy przy­je­cha­ła do nas w od­wie­dzi­ny).

2. Ko­rzy­sta­jąc z me­tra, nie na­le­ży gło­śno się nim za­chwy­cać. Nie wol­no rów­nież skar­żyć się, że… cuch­nie. Wcho­dząc na ru­cho­me scho­dy, za­wsze sta­waj­cie po pra­wej stro­nie, ina­czej zo­sta­nie­cie stra­to­wa­ni. I po­zwól­cie, aby pa­ry­ża­nin naj­pierw wy­siadł z za­tło­czo­ne­go wa­go­nu, za­nim sami się do nie­go we­pchnie­cie…

3. Idąc z pa­ry­ża­ni­nem na ko­la­cję lub drin­ka, ni­g­dy nie in­for­muj­cie go, że w wa­szym mie­ście piwo kosz­tu­je czte­ry razy mniej, a w ce­nie pa­ry­skiej przy­staw­ki moż­na zjeść cały obiad. Pa­ry­ża­nin wie, że jego mia­sto jest dro­gie, nie mu­si­cie mu o tym przy­po­mi­nać.

4. Ro­biąc za­ku­py w su­per­mar­ke­cie, ku­pu­jąc bi­let na me­tro czy za­opa­tru­jąc się w znacz­ki na po­czcie, nie wda­waj­cie się w roz­mo­wę z ka­sjer­ką czy urzęd­nicz­ką. Wy tu je­ste­ście na wcza­sach, ale pa­ry­ża­ni­no­wi się spie­szy, więc je­śli chce­cie unik­nąć nie­przy­jem­nych ko­men­ta­rzy, za­ła­tw­cie szyb­ko, co ma­cie do za­ła­twie­nia, i jesz­cze szyb­ciej opuść­cie ko­lej­kę.

5. Nie uma­wiaj­cie się na spo­tka­nie z pa­ry­ża­ni­nem w miej­scu ty­po­wo tu­ry­stycz­nym, ta­kim jak Champs Ély­sées czy plac przed ka­te­drą No­tre Dame, gdzie bę­dzie mnó­stwo ob­co­kra­jow­ców i przy­by­szów z pro­win­cji. Po pierw­sze, nie zgo­dzi się, a po dru­gie, uzna was za nie­zna­ją­cych mia­sta głup­ków.

6. Ni­g­dy nie mów­cie, że Pa­ryż jest wspa­nia­ły i chcie­li­by­ście tu za­miesz­kać, że mia­sto was za­chwy­ca i że prze­cież nie moż­na tu tak szyb­ko cho­dzić, bo nie da się po­dzi­wiać za­byt­ków. Wy Pa­ry­ża nie zna­cie, a pa­ry­ża­nin tu żyje na co dzień i je­śli­by ga­pił się na za­byt­ki, to… wszedł­by w psią kupę!

7. W to­wa­rzy­stwie pa­ry­ża­ni­na ni­g­dy nie ku­puj­cie pa­mią­tek od wścib­skich ulicz­nych han­dla­rzy / róż od na­tręt­nych kwia­cia­rzy w re­stau­ra­cji / bu­te­lek wody od po­dej­rza­nych sprze­daw­ców (po­dob­no są prze­cho­wy­wa­ne nie­le­gal­nie w stu­dzien­kach ka­na­li­za­cyj­nych i cho­dzą po nich szczu­ry).

8. Nie pro­po­nuj­cie pa­ry­ża­ni­no­wi obia­du lub ko­la­cji w fast fo­odzie, a tym bar­dziej ke­ba­ba u Tur­ka czy saj­go­nek u Chiń­czy­ka, je­śli nie zna­cie knajp­ki. Chy­ba że wa­szym ce­lem jest otru­cie miesz­kań­ca sto­li­cy. Więk­szość tych lo­ka­li już daw­no po­win­na zo­stać za­mknię­ta ze wzglę­dów sa­ni­tar­nych. Co rusz wy­bu­cha ko­lej­na afe­ra do­ty­czą­ca na przy­kład po­da­wa­nia mię­sa go­łę­bi za­miast kur­cza­ka.

9. Ni­g­dy nie wy­ma­gaj­cie od pa­ry­ża­ni­na, aby zga­sił pa­pie­ro­sa, na­wet je­śli pali w miej­scu nie­do­zwo­lo­nym. Nie zwra­caj­cie mu uwa­gi, że wła­śnie rzu­cił pa­pie­rek na pod­ło­gę lub nie sprząt­nął po swo­im psie. To on jest u sie­bie, a wy je­ste­ście tyl­ko go­ść­mi.

10. Naj­waż­niej­sze, aby ni­g­dy nie po­rów­ny­wać pa­ry­ża­ni­na do miesz­kań­ców in­nych me­tro­po­lii, a już na pew­no nie do lon­dyń­czy­ków i no­wo­jor­czy­ków (pa­ry­ża­nie mają wo­bec nich kom­plek­sy, do któ­rych się nie przy­zna­ją). Pa­mię­taj­cie, że naj­więk­szą ob­ra­zą dla miesz­kań­ca sto­li­cy Fran­cji jest po­wie­dze­nie mu, że… jest miły jak na pa­ry­ża­ni­na.

Paryska „dobra partia”

Pa­ry­ska bur­żu­azja na­zy­wa­na po­tocz­nie les bo­ur­ges to nie­zwy­kle cie­ka­wa gru­pa spo­łecz­na war­ta głęb­szej ana­li­zy. Jej re­pre­zen­tan­ci za­miesz­ku­ją dro­gie dziel­ni­ce mia­sta: siód­mą, ósmą, szes­na­stą i sie­dem­na­stą. W więk­szo­ści po­cho­dzą z ro­dzi­ny od po­ko­leń dys­po­nu­ją­cej spo­rym ma­jąt­kiem, dla­te­go mają zu­peł­nie inne po­dej­ście do pie­nię­dzy niż no­wo­bo­gac­cy. Les bo­ur­ges koń­czą do­bre i dro­gie pry­wat­ne szko­ły, aby w przy­szło­ści za­jąć kie­row­ni­cze sta­no­wi­ska w naj­więk­szych fran­cu­skich fir­mach, ewen­tu­al­nie jako człon­ko­wie par­tii pra­wi­co­wej pia­stu­ją waż­ne funk­cje po­li­tycz­ne.

Moż­na ich roz­po­znać już na pierw­szy rzut oka dzię­ki spe­cy­ficz­ne­mu sty­lo­wi by­cia i ubie­ra­nia. Ko­bie­ty wy­bie­ra­ją bia­łe ko­szu­le, apasz­ki i per­ły, a męż­czyź­ni nie­bie­skie ko­szu­le, spodnie z ma­te­ria­łu, swe­ter za­rzu­co­ny na ra­mio­na i buty typu ba­te­au1). Pa­no­wie pro­wa­dzą zwy­kle duże błysz­czą­ce bmw, pa­nie moż­na zo­ba­czyć za kie­row­ni­cą fi­li­gra­no­wych mini. Ich dzie­ci na szczę­ście są nie­co mniej kon­ser­wa­tyw­ne i bar­dziej in­spi­ru­ją się modą niż ich ro­dzi­ce. Mimo to mło­dzi męż­czyź­ni z tej kla­sy za­wsze ubie­ra­ją się po­dob­nie, a mia­no­wi­cie ko­cha­ją po­lów­ki w krzy­kli­wych ko­lo­rach od Ral­pha Lau­re­na, ko­niecz­nie z po­sta­wio­nym koł­nie­rzy­kiem, ob­ci­słe je­an­sy, oku­la­ry Ray-Ban i za­mszo­we mo­ka­sy­ny. Mło­de ko­bie­ty czę­sto za­kła­da­ją zwiew­ne tu­ni­ki od fran­cu­skich pro­jek­tan­tów, skó­rza­ne kurt­ki i ba­le­ri­ny. Pre­fe­ru­ją uma­lo­wa­ne na wy­ra­zi­sty ko­lor usta i fry­zu­ry „wia­trem cze­sa­ne”. Mło­dych przed­sta­wi­cie­li tej gru­py moż­na spo­tkać wie­czo­rem w ogród­kach knaj­pek i re­stau­ra­cji, gdzie przy bu­tel­ce szam­pa­na roz­ma­wia­ją o pro­ble­mach tra­pią­cych świat dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku. Dłu­gie świą­tecz­ne week­en­dy spę­dza­ją poza mia­stem, uda­jąc się do ma­ison de cam­pa­gne, wiej­skich do­mów, na­le­żą­cych do ich za­moż­nej ro­dzi­ny – te wspa­nia­łe po­sia­dło­ści roz­sia­ne są na te­re­nie ca­łe­go kra­ju.

1)Ba­te­au – obu­wie przy­po­mi­na­ją­ce mo­ka­sy­ny, pier­wot­nie prze­zna­czo­ne do no­sze­nia na po­kła­dzie stat­ku.

Któ­re­goś dnia mój mąż za­pro­sił do nas na ko­la­cję ko­le­gę z biu­ra wraz z żoną. Usta­li­li­śmy, że ko­la­cja od­bę­dzie się w pią­tek. Mar­tin mó­wił mi, że to mło­dzi lu­dzie, nie­wie­le star­si od nas, po­cho­dzą­cy z wy­jąt­ko­wo za­moż­nych ro­dzin typu vie­il­le Fran­ce, sta­ra Fran­cja. To wyż­sza kla­sa spo­łecz­na czę­sto dys­po­nu­ją­ca du­ży­mi za­so­ba­mi fi­nan­so­wy­mi, w więk­szo­ści wie­rzą­ca i prak­ty­ku­ją­ca. Jed­nak jej po­glą­dy zde­cy­do­wa­nie róż­nią się od obec­nie naj­po­pu­lar­niej­szych w kra­ju norm. Wie­dzia­łam rów­nież, że mał­żon­ko­wie przyj­dą osob­no, gdyż każ­de z nich przy­je­dzie pro­sto z pra­cy.

W piąt­ko­wy wie­czór Mar­tin wró­cił do domu, a chwi­lę póź­niej w drzwiach po­ja­wił się jego ko­le­ga. Jak na Fran­cu­za przy­sta­ło, przy­niósł wspa­nia­łe czer­wo­ne wino do ko­la­cji. Przy­wi­ta­li­śmy się, po czym po­wie­dzia­łam, że jest mi go żal, bo w taki pięk­ny let­ni dzień musi się mę­czyć w gar­ni­tu­rze. Męż­czy­zna z uśmie­chem wzru­szył ra­mio­na­mi i od­parł, że taki już los męż­czyzn w gar­nia­kach. Nie­dłu­go po­tem do­łą­czy­ła do nas jego żona. Gdy otwo­rzy­łam drzwi, uj­rza­łam mło­dą ko­bie­tę w gra­na­to­wej gar­son­ce, bia­łej ko­szu­li, po­ma­rań­czo­wej apasz­ce, per­ło­wych kol­czy­kach i na­szyj­ni­ku. Na no­gach mia­ła cie­li­ste raj­sto­py i czó­łen­ka na kil­ku­cen­ty­me­tro­wym słup­ku. Gdy­bym nie wie­dzia­ła, że jest na­uczy­ciel­ką hi­sto­rii, to są­dząc po jej stro­ju, po­my­śla­ła­bym, że pra­cu­je jako ste­war­des­sa w jed­nej z wie­lu firm lot­ni­czych. Przy­wi­ta­ły­śmy się, do­sta­łam od niej pięk­ny bu­kiet kwia­tów i za­pro­wa­dzi­łam ją do sa­lo­nu. Po chwi­li roz­mo­wy za­py­ta­łam, czy nie czu­je się nie­kom­for­to­wo. Spoj­rza­ła na mnie zdzi­wio­na, więc do­da­łam, że po­dob­nie jak nasi mę­żo­wie, nie mia­ła cza­su się prze­brać po pra­cy. W tym sa­mym mo­men­cie otrzy­ma­łam zna­czą­ce­go kop­nia­ka pod sto­łem. To mój mąż da­wał mi do zro­zu­mie­nia, że po­peł­ni­łam wiel­ką gafę.

Dziś się z tego śmie­je­my. Nasi zna­jo­mi zo­sta­li wy­cho­wa­ni w ty­po­wo pa­ry­skich ka­to­lic­kich ro­dzi­nach. Oprócz kon­ser­wa­tyw­nych po­glą­dów mie­li rów­nież dość sta­ro­mod­ny spo­sób ubie­ra­nia. On opo­wia­dał nam kie­dyś, jak jego ro­dzi­ce za­bro­ni­li mu no­sić je­an­sy, mó­wiąc, że to strój ro­bo­czy i nie wy­pa­da w nich cho­dzić na co dzień. Ona przez wie­le lat uwa­ża­ła, że naj­lep­szą ozdo­bą oprócz tra­dy­cyj­nych pe­reł jest we­lu­ro­wa prze­pa­ska we wło­sach, na­wet je­śli się ma pięć­dzie­siąt lat. Na szczę­ście, kie­dy roz­po­czę­li pra­cę, po­zna­li lu­dzi z in­nych krę­gów, dzię­ki cze­mu ich gar­de­ro­ba się zmie­ni­ła i dziś, mimo że są dzie­sięć lat star­si, wy­glą­da­ją mło­dziej, niż kie­dy ich po­zna­li­śmy.

Za­cho­wa­li jed­nak swo­je po­glą­dy na te­mat ro­dzi­ny i gdy nie­daw­no na świat przy­szła moja dru­ga có­recz­ka, im uro­dził się już pią­ty po­to­mek. Pew­nie jak inne dzie­ci z ka­to­lic­ko-bur­żu­azyj­nych ro­dzin, on rów­nież otrzy­ma jed­no z tra­dy­cyj­nych fran­cu­skich imion, ta­kich jak Je­an­ne (Ja­ni­na), Apol­li­ne (Apo­lo­nia) czy Eu­génie (Eu­gie­nia) dla dziew­czyn­ki albo Clément (Kle­mens), Paul (Pa­weł) lub Ju­lien (Ju­lian) dla chłop­ca.

Chłopaki z miasta

Cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem pa­ry­skiej bur­żu­azji są les ra­ca­il­les, czy­li mło­dzi lu­dzie, zwy­kle ty­po­wa ło­bu­zer­ka, za­miesz­ku­ją­cy po­dej­rza­ne oko­li­ce i pe­ry­fe­rie mia­sta. Nie­ste­ty, zde­cy­do­wa­na więk­szość z nich to po­tom­ko­wie daw­nych imi­gran­tów z Czar­ne­go Lądu. I cho­ciaż ich ro­dzi­ce mniej lub bar­dziej zin­te­gro­wa­li się z fran­cu­skim spo­łe­czeń­stwem, za­ak­cep­to­wa­li tu­tej­szy spo­sób ży­cia i kul­tu­rę, to młod­sze po­ko­le­nie nie ma ocho­ty żyć we­dług „za­sad sys­te­mu”, jak okre­śla­ją pa­nu­ją­ce w kra­ju nor­my. Les ra­ca­il­les za­wsze prze­miesz­cza­ją się w gru­pach i tyl­ko wte­dy są od­waż­ni. Pa­ry­ża­nie na ich wi­dok spusz­cza­ją gło­wy lub prze­cho­dzą na dru­gą stro­nę uli­cy. Les ra­ca­il­les nie mają nic do stra­ce­nia, a przede wszyst­kim nic do zro­bie­nia, dla­te­go dla roz­ryw­ki i za­bi­cia cza­su ima­ją się kra­dzie­ży, na­pa­ści czy roz­bo­jów.

Sama mia­łam z nimi do czy­nie­nia i któ­re­goś wie­czo­ru wy­lą­do­wa­łam na ko­mi­sa­ria­cie tyl­ko dla­te­go, że od­py­sko­wa­łam im, gdy usły­sza­łam wul­gar­ne ko­men­ta­rze na mój te­mat. A po­nie­waż jed­ną z cech cha­rak­te­ry­zu­ją­cych tych chu­li­ga­nów jest brak sza­cun­ku dla ko­biet (zwłasz­cza tych, któ­re mają od­wa­gę wy­ra­żać swo­je zda­nie), na­sze spo­tka­nie za­koń­czy­ło się bój­ką, in­ter­wen­cją po­li­cji i moim pod­bi­tym okiem.

Les ra­ca­il­les nie na­le­żą do znaw­ców mody. Mają wy­jąt­ko­wy styl i nie jest to by­naj­mniej kom­ple­ment. Pa­ry­scy ło­bu­zi no­szą or­ta­lio­no­we dre­so­we spodnie z pod­wi­nię­tą jed­ną no­gaw­ką. Kie­dyś na­iw­nie my­śla­łam, że w ten spo­sób chro­nią spodnie przed ubru­dze­niem od łań­cu­cha ro­we­ru, ale wkrót­ce się prze­ko­na­łam, że oni nie jeż­dżą na ro­we­rach, tyl­ko na ma­łych sku­te­rach z ce­lo­wo po­psu­ty­mi tłu­mi­ka­mi, żeby ro­bi­ły wię­cej ha­ła­su. Ci mło­dzi męż­czyź­ni wkła­da­ją też pod­ko­szul­ki z logo ulu­bio­ne­go klu­bu spor­to­we­go, zwy­kle Mar­sy­lii. Dla­cze­go? Po­dob­no dzię­ki temu iden­ty­fi­ku­ją się z „brać­mi” z po­łu­dnia Fran­cji, gdzie miesz­ka ogrom­na licz­ba imi­gran­tów z Al­gie­rii i Ma­ro­ka. Inni twier­dzą, że chu­li­ga­ni wy­bie­ra­ją ten klub na złość praw­dzi­wym pa­ry­ża­nom, któ­rzy mar­syl­czy­ków nie cier­pią. Obo­wiąz­ko­wy­mi ele­men­ta­mi stro­ju są też bia­łe skar­pet­ki pod­cią­gnię­te do po­ło­wy ły­dek i cza­pecz­ka z dasz­kiem typu bejs­bo­lów­ka, któ­rą prze­krę­ca­ją na bok. Do tego no­szą to­reb­kę-bio­drów­kę typu ba­nan, ewen­tu­al­nie sa­szet­kę na cien­kim pa­sku prze­rzu­ca­ną przez ra­mię. Bo­gat­si ra­ca­il­les uwiel­bia­ją zna­ne fir­my, na przy­kład La­co­ste, ku roz­pa­czy mar­ki, któ­rej na­resz­cie nie­daw­no uda­ło się zmie­nić swój nie­chlub­ny wi­ze­ru­nek.

Pa­ry­scy chu­li­ga­ni po­słu­gu­ją się na­wet wła­snym slan­giem – zna­nym jako le ver­lan – cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­mia­łym dla prze­cięt­ne­go Fran­cu­za. Two­rzą wy­ra­zy, prze­sta­wia­jąc lub skra­ca­jąc sy­la­by w ja­kimś ist­nie­ją­cym już sło­wie. Slang ten na­ro­dził się na pa­ry­skich przed­mie­ściach – ci­tés, gdzie w wy­so­kich na kil­ka­na­ście pię­ter blo­kach wła­dze po­wo­jen­nej Fran­cji ulo­ko­wa­ły więk­szość imi­gran­tów na­pły­wa­ją­cych do kra­ju. Wy­sił­ki ów­cze­snych ar­chi­tek­tów, któ­rzy chcie­li uczy­nić te blo­ko­wi­ska mi­ły­mi dla oka, speł­zły na ni­czym, a w do­dat­ku ich nowi miesz­kań­cy ra­czej nie dba­ją o oto­cze­nie. Na obrze­żach Pa­ry­ża znaj­du­je się mnó­stwo tego typu osie­dli. Miesz­ka­ją­ca tam ło­bu­zer­ka chęt­nie przy­jeż­dża do cen­trum, aby pod­czas pu­blicz­nych ma­ni­fe­sta­cji lub im­prez ma­so­wych móc zro­bić roz­ró­bę.

Krót­ki słow­nik pa­ry­skie­go slan­gu

a donf – (fr.) à fond – do­kład­nie (cho­dzi o ro­bie­nie cze­goś do­kład­nie, z pa­sją)

che­lou – lo­uche – po­dej­rza­ny, wąt­pli­wy

keuf – flic – po­tocz­nie gli­niarz

meuf – fem­me – ko­bie­ta

oim – moi – ja

oit – toi – ty

ouf – fou – zwa­rio­wa­ny, sza­lo­ny

pécho– cho­per – po­tocz­nie zła­pać, po­de­rwać dziew­czy­nę/chło­pa­ka

reum – mère – mat­ka

reup – père – oj­ciec

teuf – fête – przy­ję­cie, im­pre­za

tu­re­voi – vo­itu­re – sa­mo­chód

véner– éne­rvé – zde­ner­wo­wa­ny

za­rbi – bi­zar­re – dziw­ny

Na szczę­ście dla tu­ry­stów nie­zda­ją­cych so­bie spra­wy z po­wa­gi sy­tu­acji, ale przede wszyst­kim dla miesz­kań­ców sto­li­cy les ra­ca­il­les sta­no­wią zde­cy­do­wa­ną mniej­szość w Pa­ry­żu i uni­ka­jąc pew­nych miejsc oraz ma­so­wych im­prez i dar­mo­wych kon­cer­tów, mo­że­cie ich wca­le nie spo­tkać.

Małe co nieco

Pa­ryż sły­nie z wy­jąt­ko­wej ga­stro­no­mii, a pa­ry­ża­nie uwiel­bia­ją od­wie­dzać re­stau­ra­cje. Jed­nak nie­daw­no na­sta­ła moda na inny ro­dzaj ja­da­nia na mie­ście. Pa­ryż sta­je się eu­ro­pej­ską sto­li­cą su­shi na wy­nos. Każ­dy pa­ry­ża­nin, aby być mod­nym, musi mieć iPho­ne’a, no­sić je­an­sy i jeść su­shi.

W cią­gu ostat­niej de­ka­dy su­shi sta­ło się wy­znacz­ni­kiem sty­lu ży­cia, ty­po­wym pa­ry­skim po­sił­kiem. Prze­cięt­ny pa­ry­ża­nin kon­su­mu­je su­shi mi­ni­mum raz w ty­go­dniu w po­rze obia­do­wej, czę­sto za­ma­wia na wy­nos ko­lej­ny ze­staw, tym ra­zem w po­rze ko­la­cji. Zde­cy­do­wa­ną więk­szość re­stau­ra­cji ser­wu­ją­cych su­shi w Pa­ry­żu pro­wa­dzą Wiet­nam­czy­cy lub Chiń­czy­cy.

Kar­ty dań za­wsze ilu­stro­wa­ne ko­lo­ro­wy­mi zdję­cia­mi nie mają wie­le wspól­ne­go z praw­dzi­wą ja­poń­ską kuch­nią. Wiem, co mó­wię, bo miesz­ka­łam w Ja­po­nii przez dość dłu­gi czas. Mó­wiąc o su­shi w Pa­ry­żu, tak na­praw­dę mam na my­śli pseu­do­ja­poń­skie ze­sta­wy, w skład któ­rych wcho­dzą za­rów­no ty­po­we maki, po­pu­lar­ne ca­li­for­nia roll, a tak­że świe­że sa­shi­mi i uwiel­bia­ne przez pa­ry­żan małe mię­sne szasz­ły­ki w so­sie te­riy­aki.

Nie­któ­re re­stau­ra­cje do­wo­żą­ce su­shi do domu pro­po­nu­ją da­nia ko­szer­ne lub ha­lal. Cóż, ja­poń­skie su­shi z re­li­gij­nym po­sma­kiem może świad­czyć o wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści mia­sta.

Pa­ry­ża­nie za­ma­wia­ją naj­wię­cej ja­poń­skie­go je­dze­nia w nie­dzie­le z kil­ku po­wo­dów. Po pierw­sze, więk­szość re­stau­ra­cji tego dnia wie­czo­rem jest za­mknię­ta. Po dru­gie, pa­ry­ża­nin wła­śnie wte­dy re­lak­su­je się po in­ten­syw­nym, to­wa­rzy­skim week­en­dzie. Po trze­cie, wśród mło­dych pa­ry­żan to już nie­mal tra­dy­cja, że w nie­dzie­lę po se­an­sie ki­no­wym (kina to ko­lej­ne miej­sca ob­le­ga­ne w tym cza­sie) za­ma­wia­ją su­shi.

Tak więc pa­ry­ża­nin za­fa­scy­no­wa­ny kuch­nią Nip­po­nu, któ­rą zna je­dy­nie z re­stau­ra­cji szyb­kiej ob­słu­gi, bę­dzie de­lek­to­wał się su­shi, aż… pew­ne­go dnia od­kry­je jed­ną z wie­lu cu­dow­nych ja­poń­skich knaj­pek przy rue Sa­in­te-Anne, gdzie skosz­tu­je praw­dzi­wych przy­sma­ków pro­sto z Kra­ju Kwit­ną­cej Wi­śni.

Nawodnienie

Pa­ry­ża­nie, jak więk­szość Fran­cu­zów, do po­sił­ków oprócz wina piją tyl­ko wodę mi­ne­ral­ną. W la­tach osiem­dzie­sią­tych ry­nek zdo­mi­no­wa­ła woda z bą­bel­ka­mi. W Pa­ry­żu moż­na ku­pić jej dwa ro­dza­je. Pierw­sza to moc­no ga­zo­wa­na woda Per­rier po­da­wa­na w wy­so­kich szklan­kach z lo­dem i pla­ster­kiem cy­try­ny. Sprze­da­je się ją w cha­rak­te­ry­stycz­nych szkla­nych zie­lo­nych bu­tel­kach o po­jem­no­ści 0,33 li­tra.

Dru­ga mod­na woda to wło­skie San Pel­le­gri­no do­stęp­ne w szkla­nych bu­tel­kach o po­jem­no­ści 0,5 lub 1 li­tra. Sta­ła się tak po­pu­lar­na, że pa­ry­ża­nie za­czę­li zdrab­niać jej na­zwę. Je­śli bę­dzie­cie więc w sto­li­cy Fran­cji, pa­mię­taj­cie, by za­ma­wia­jąc do po­sił­ku naj­bar­dziej pa­ry­ską z wło­skich wód ga­zo­wa­nych, po­pro­sić o San Pé.

Być albo nie być

Ser czy de­ser? To jed­no z waż­niej­szych py­tań, któ­re pada w pra­wie każ­dej re­stau­ra­cji we Fran­cji na za­koń­cze­nie po­sił­ku. Pa­ry­ża­nie czę­sto re­zy­gnu­ją z se­rów, po­nie­waż uwa­ża­ją, że są zbyt ka­lo­rycz­ne. O ile w do­mo­wym za­ci­szu z przy­jem­no­ścią zje­dzą doj­rza­ły brie, naj­le­piej z tru­fla­mi, to w re­stau­ra­cji za­mó­wią tyl­ko moz­za­rel­lę z po­mi­do­ra­mi jako przy­staw­kę.

W knaj­pach kel­ner za­wsze za­py­ta, czy go­ście mają ocho­tę na de­ser. Bo pa­ry­ża­nie, choć ni­g­dy się do tego nie przy­zna­ją, są wiel­ki­mi ła­kom­czu­cha­mi. Ko­cha­ją sło­dy­cze. Zresz­tą trud­no im się dzi­wić: gdy spoj­rzy­cie na tu­tej­sze słod­ko­ści, to nie po­zo­sta­je nic in­ne­go, jak się nimi de­lek­to­wać. Mimo to za­rów­no pa­ry­ża­nin, jak i pa­ry­żan­ka bar­dzo się pil­nu­ją i zwra­ca­ją uwa­gę na…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Paryż niejedną ma modę

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Przemierzając Paryż wzdłuż i wszerz

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Za żelaznymi bramami kamienic

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Miłość po parysku

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Mama, tata, dziecko i… Paryż

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Paryskie przyjemności

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Paryskie sekrety

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Paryski weekend

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Adresy

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Bibliografia

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Podziękowania

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej