Mój gorący francuski romans - Sue Roberts - ebook + książka
BESTSELLER

Mój gorący francuski romans ebook

Sue Roberts

3,7

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Doskonała lektura na plażę o drugiej szansie w życiu

Z Southport w północnej Anglii na południe Francji – to będzie niezapomniane lato!

Życie nagle staje się o wiele bardziej skomplikowane dla Liv, trzydziestoośmioletniej samotnej matki. Wprawdzie jej syn Jake jest pod każdym względem ideałem, lecz ostatnio zaczął zadawać trudne pytania. Odpowiedzi na nie należy szukać w letniej wakacyjnej przygodzie sprzed dwudziestu lat. Wtedy to Liv spędzała lato u ciotki na Lazurowym Wybrzeżu...

Powrót na Riwierę Francuską z jej plażami o białym piasku, z jej wykwintnymi winami oraz znakomitymi serami, tam, gdzie mieszka zawsze pomocna ciotka, okazuje się jednak nie taki znów łatwy i przyjemny, jakby się mogło wydawać. Liv zdaje sobie sprawę, że jeśli wyjazd ma przynieść odpowiedzi, których domaga się Jake, będzie musiała wytropić André – swoją pierwszą miłość. Nie jest jednakże profesjonalnym detektywem, a zajmuje się profesjonalnie jedynie cukiernictwem, więc pojęcia nie ma, jak się do tego zabrać.

Od samego początku poszukiwania tego, który wyjechał i zniknął bez śladu, okazują się jeszcze bardziej skomplikowane, niż sobie wyobrażała. Poza tym jeśli nawet uda się jej odnaleźć André, jak przyjmie on szokującą tajemnicę, którą skrywa Liv? Wprawdzie Liv wie, że powinna robić wszystko dla dobra swojej rodziny, lecz czy to oznacza konieczność rezygnacji z tego małego francuskiego romansu?

Wesoła, skłaniająca do radosnego śmiechu opowieść o drugich szansach, tajemnicach oraz gorących promieniach słońca. Idealna lektura na lato dla miłośniczek pełnych humoru powieści dla kobiet , których autorkami są Carole Matthews, Jenny Colgan czy Sophie Kinsella.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (74 oceny)
24
19
21
8
2
Sortuj według:
crestQ

Nie oderwiesz się od lektury

Lekka, miła i przyjemna. Idealna na odpoczynek.
00
jomord18

Z braku laku…

Niestety, polecanie tej książki na wakacje to życzenie poparzeń słonecznych. Tak szybko usypia. Książka jest do bólu przewidywalna. Niektóre fragmenty czy nawet całą stronę omijałam i nie wpływało to w żaden sposób na fabułę. Sama historia z dużym potencjałem, powrót po latach do młodzieńczych czasów..ale ani tu miłości, ani namiętności, ani rozterek, ani klimatu nadmorskich francuskich miasteczek czy nawet 'angielskości' bohaterki. Z braku innych pozycji do przeczytania, można po nią sięgnąć, ale czy warto ,
00

Popularność




Roz­dział 1

– Sedes!? Dobrze pan to prze­my­ślał?

Sie­dzę w piża­mie w czer­woną szkocką kratę i oma­wiam z jakimś face­tem wygląd tortu na imprezę z oka­zji przej­ścia na eme­ry­turę jego ojca. Burzę krę­co­nych brą­zo­wych wło­sów ścią­gnę­łam nie­dbale gumką w koń­ski ogon, na piersi dostrze­głam przed chwilą roz­ma­zaną smużkę dżemu. Na moje szczę­ście roz­mówca nie klik­nął w link z połą­cze­niem wideo.

– To bar­dzo nie­ty­powe zamó­wie­nie. Jest pan pewien, że się ojcu spodoba?

– Pew­nie, że tak. Tata był hydrau­li­kiem. Żył tą pracą. Prawdę mówiąc, jestem zasko­czony, że się w ogóle zde­cy­do­wał przejść na eme­ry­turę. Według mnie tort w kształ­cie kom­pak­to­wego kibelka byłby ide­alny.

Rozu­miem, że klient ma zawsze rację, ale rzu­cam nie­zo­bo­wią­zu­jąco pewną pro­po­zy­cję.

– A czy nie brał pan pod uwagę wanny? Łatwiej by mi było wykroić z cia­sta taki kształt.

– Och! Nie przy­szło mi to do głowy. Wanna? Mmm, może i tak. Tata spę­dził połowę życia na gada­niu o zawo­rach pły­wa­ko­wych i spłucz­kach, więc pierw­sze, co mi przy­szło do głowy, to ten kom­pak­towy sedes.

– Oczy­wi­ście decy­zja należy do pana, lecz ja oso­bi­ście uwa­żam, że tort w kształ­cie wanny będzie przy­jem­niej­szy dla oka. Mogę zro­bić małą figurkę taty sie­dzą­cego w wan­nie, oto­czo­nego bąbel­kami piany i trzy­ma­ją­cego w dłoni puszkę z piwem albo coś podob­nego.

– On nie pija piwa.

– Wino?

– Też nie. Wła­ści­wie on w ogóle nie pija alko­holu, nie wydaje mi się też, by kie­dy­kol­wiek w życiu zda­rzyło mu się wziąć kąpiel w wan­nie. Wie pani… Ma ato­powe zapa­le­nie skóry.

Zamó­wie­nie oka­zuje się nieco bar­dziej skom­pli­ko­wane, niż z początku myśla­łam.

– Hm, w takim razie zapo­mnijmy i o piwie, i o bąbel­kach. Wła­ści­wie dla­cze­góż by nie zro­bić faj­nego pro­sto­kąt­nego tortu, ude­ko­ro­wa­nego figurką taty ze skrzynką narzę­dziową, a obok fur­go­netka ojca, którą jeź­dził do klien­tów, albo coś w tym rodzaju?

– Dosko­nale! Niech tak zosta­nie. Czy możemy się umó­wić na odbiór tortu w pią­tek po połu­dniu?

Jest środa rano.

– W ten pią­tek!?

– Eee… No tak.

– Tro­chę krótko z cza­sem. Zwy­kle takie zamó­wie­nia, wie pan, przyj­muję z przy­naj­mniej tygo­dnio­wym wyprze­dze­niem, a w chwili obec­nej pra­cuję nad kil­koma rów­no­cze­śnie.

Na dru­gim końcu linii zapada cisza.

– Ale ze mnie oferma! Matka na pewno mnie zabije. Pro­siła już z mie­siąc temu, żebym zamó­wił ten tort, a ja na śmierć o nim zapo­mnia­łem. Będę musiał kupić jakąś kra­jankę tor­tową w mar­ke­cie.

Robię powolny wdech i wydech. Nie po raz pierw­szy spo­ty­kam się z taką sytu­acją. Za każ­dym razem muszę szybko zare­ago­wać, by nie odstra­szyć roz­mówcy. Każdy klient, który odszedłby z kwit­kiem, to dla mnie zawo­dowa porażka. Wola­ła­bym do rana ster­czeć w kuchni, deko­ru­jąc tort, niż kogo­kol­wiek spła­wić.

– No dobrze. Niech będzie. Zro­bię to dla pana. Mam nadzieję, że cia­sto bisz­kop­towe prze­kła­dane dże­mem wystar­czy? – pytam szybko, chcąc zatrzeć nie­przy­jemne wra­że­nie, które pozo­sta­wiła kra­janka tor­towa.

– Tak, jak naj­bar­dziej. Jak to miło z pani strony. Ratuje mi pani życie!

– Nie ma sprawy! Mógłby mi pan jesz­cze wysłać mejla z opi­sem tego, co pan dokład­nie zama­wia? To zna­czy pro­sto­kątny tort bisz­kop­towy z posta­cią hydrau­lika na imprezę z oka­zji przej­ścia na eme­ry­turę.

– Jasne. Jeśli pani tak sobie życzy. Jesz­cze raz bar­dzo dzię­kuję!

Ist­nieje uza­sad­niony powód, dla któ­rego wszyst­kich o to pro­szę. Na początku, kiedy dopiero zaczy­na­łam dzia­łać w branży, przyj­mo­wa­łam zwy­kle ustne zamó­wie­nia przez tele­fon i nic na piśmie. Szybko się nauczy­łam, że tylko potwier­dza­nie zamó­wie­nia przez wysła­nie wia­do­mo­ści tek­sto­wej na tele­fon lub na pocztę mej­lową wyklu­cza jakie­kol­wiek nie­po­ro­zu­mie­nia. Pamię­tam sytu­ację, gdy zapre­zen­to­wa­łam klientce tort ze stad­kiem… owiec (co jak dla mnie było cał­kiem na miej­scu, jako że na eme­ry­turę odcho­dził far­mer, wycią­gnę­łam więc wnio­sek, iż mógł lubić owieczki). Oka­zało się, że żona pro­siła o tort z „jakimś stat­kiem”, nie „jakimś stad­kiem”. Te owce sobie dośpie­wa­łam. Mieli zamiar sprze­dać gospo­dar­stwo, kupić dom nad morzem i pły­wać w dale­kie rejsy. Stat­kiem, nie stad­kiem.

Kiedy w końcu wszystko jest uzgod­nione i koń­czę roz­mowę, zdaję sobie sprawę, że nikt ni­gdy przed­tem nie zama­wiał u mnie tortu w kształ­cie kibelka. Nie zro­zum­cie mnie źle. Reali­zo­wa­łam w prze­szło­ści naprawdę pokrę­cone zamó­wie­nia: dam­skie talie w gor­se­tach, tort z wam­pi­rem czy tort w kształ­cie trumny. „Wymyśl coś do upie­cze­nia – myk! i w tort ja to zmie­niam!”. Upie­kła­bym nawet tor­to­wego penisa, choć ciarki mnie prze­cho­dzą na samą myśl o chwili, gdy pod­czas popo­łu­dnio­wej her­batki trzeba by było pokroić ostrym nożem ten szcze­gólny ele­ment wypo­sa­że­nia każ­dego faceta.

Wciąż uśmie­cham się do sie­bie, wspo­mi­na­jąc tort ze stad­kiem owiec, kiedy do kuchni wcho­dzi moja asy­stentka Sam.

– Dzień dobry, Liv! – mówi, zdej­muje zie­lony fil­cowy beret i popra­wia dłu­gie jasno­rude włosy, któ­rych kolor lubi nazy­wać tru­skaw­ko­wym blon­dem.

Ni­gdy nie widzia­łam Sam na ulicy bez nakry­cia głowy. Berety, toczki, czapki, fil­cowe kape­lu­sze zdo­bią jej głowę przez cały rok i są zawsze dopa­so­wane do reszty ubioru. Zwy­kle je nosi ze sty­lo­wymi płasz­czami, a usta maluje jaskra­wo­czer­woną szminką, co przy­daje tej dwu­dzie­sto­sze­ścio­latce iście hol­ly­wo­odz­kiego szyku. Dziś ma na sobie musz­tar­dową sukienkę w stylu vin­tage, do tego czarne raj­stopy i czarne zamszowe czó­łenka. Matka Sam jest wła­ści­cielką butiku z sukien­kami w stylu vin­tage w naszym mie­ście i więk­szość ubrań córka u niej kupuje.

– Dzień dobry, Sam! Przed chwilą przy­ję­łam zamó­wie­nie na tort bisz­kop­towy. Super­ek­spres na piąt­kowe popo­łu­dnie. Dasz wiarę? – Strze­puję okru­chy tosta i zeskro­buję dżem z piżamy.

– Chcesz, żebym to ja go upie­kła?

– A mogła­byś? Ja jutro będę mocno zajęta lukro­wa­niem i zdo­bie­niem tego wesel­nego tortu. Muszę też upiec na pią­tek parę tor­tów uro­dzi­no­wych i przy­go­to­wać zestaw babe­czek dla miej­sco­wej szkoły pod­sta­wo­wej.

– Nie ma pro­blemu. A może byś już stąd poszła i mimo wszystko się prze­brała? – śmieje się Sam.

– Pozwól, że naj­pierw dopiję moje paliwko napę­dowe. – Osu­szam do dna fili­żankę moc­nej, aro­ma­tycz­nej kawy, którą przed chwilą wypluł mój zabyt­kowy eks­pres. To jeden z pierw­szych modeli, które poka­zały się na rynku, i za nic nie wymie­nię go na now­szy, póki się sam nie roz­pad­nie.

„Per­fek­cyjne wypieki” to sklep inter­ne­towy, który pro­wa­dzę od ponad dwóch lat, wprost z wła­snej kuchni, ulo­ko­wa­nej w dobu­dówce mego trzy­po­ko­jo­wego sze­re­go­wego domku. W moje trzy­dzie­ste szó­ste uro­dziny rodzice zro­bili mi nie­spo­dziankę i spre­zen­to­wali dłu­go­ter­mi­nową polisę oszczęd­no­ściową, którą tego wła­śnie dnia można było zre­ali­zo­wać. W szes­na­ste uro­dziny tata zało­żył lokatę inwe­sty­cyjną na dwa­dzie­ścia lat z dobrze zarzą­dza­nymi środ­kami. Cały tata! Ni­gdy nie byłam mu bar­dziej wdzięczna za to jego bez­u­stanne pla­no­wa­nie wydat­ków domo­wych.

Zastrzyk gotówki pozwo­lił mi wypo­sa­żyć powięk­szoną kuch­nię w ogromny pie­kar­nik i całą masę nowych, błysz­czą­cych akce­so­riów do pie­cze­nia ciast. Wsta­wi­łam też tutaj wysoką szafkę-chło­dziarkę, do któ­rej wkła­dam zapa­ko­wane, gotowe do wyda­nia wypieki.

Wszy­scy zna­jomi uwa­żali, że roz­po­czy­na­nie wła­snej dzia­łal­no­ści w branży cukier­ni­czej to ogromne ryzyko; w mediach spo­łecz­no­ścio­wych aż roi się od stron poświę­co­nych pie­cze­niu ciast i tor­tów, a ceny stają się coraz bar­dziej kon­ku­ren­cyjne. Twier­dzili, że nie da się na tym zaro­bić. Uwa­żali, że jestem sza­lona, paku­jąc się w wyko­ny­wa­nie zawodu, któ­rego wcze­śniej uczy­łam, a gdy­bym dosta­wała funta za każ­dym razem, gdy ktoś mówił: „Że też ci się chce rezy­gno­wać z dłu­gich szkol­nych waka­cji”, była­bym usta­wiona do końca życia.

Jed­nakże nawet tak długa prze­rwa w pracy latem nie mogła zre­kom­pen­so­wać mi cią­głego stresu, który prze­ży­wa­łam, pra­cu­jąc w nie­do­in­we­sto­wa­nej szkole z dzie­cia­kami per­ma­nent­nie prze­ja­wia­ją­cymi trudne zacho­wa­nia. Odno­si­łam wra­że­nie, że więk­szość z nich była w mojej kla­sie. Dodaj­cie do tego nie­koń­czący się ciąg papier­ko­wej roboty, oce­nia­nia umie­jęt­no­ści ucznia, wszel­kich spo­tkań i zebrań, bez­u­stanne pla­no­wa­nie lek­cji. Kona­łam ze zmę­cze­nia. Albo wie­czory, które cał­ko­wi­cie poświę­ca­łam przy­go­to­wa­niu inte­re­su­ją­cego tematu, który wzbo­gaci wie­dzę uczniów (a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało). Pew­nego razu posta­no­wi­łam wypo­wie­dzieć się na temat wol­nego han­dlu (na lek­cji każdy miał opra­co­wać recep­turę, a potem wyko­nać cze­ko­la­dowy bato­nik, i takie tam), nie­stety, mój wykład wywo­łał u uczniów jedy­nie znu­dzone ziew­nię­cia. To wła­śnie wtedy uświa­do­mi­łam sobie, że wyko­nuję chyba nie ten zawód, co powin­nam. Zna­jomi suge­ro­wali zmianę szkoły. Bez­spor­nie w jed­nej z gor­szych dziel­nic mia­sta, z mini­mal­nym wspar­ciem ze strony rodzi­ców, ale tak czy siak, czy nauczy­ciel z powo­ła­nia nie dotarłby w końcu do swo­ich uczniów? Zaczę­łam spę­dzać więk­szość wie­czo­rów z kie­lisz­kiem wina, bia­do­ląc przy­ja­ciół­kom przez tele­fon, że nie na to się pisa­łam, że mia­łam być nauczy­cielką, a nie cho­lerną pra­cow­nicą jakiejś opieki spo­łecz­nej.

Pie­cze­niem ciast zawsze leczy­łam wszel­kie stresy, i czy byłam po łok­cie w mące, czy zaj­mo­wa­łam się tem­pe­ro­wa­niem cze­ko­lady, czy deli­kat­nie wyci­ska­łam cia­sto bez­owe – wszystko to dzia­łało na mnie odprę­ża­jąco. Wszel­kie wypieki zawsze mi nie­źle wycho­dziły. Mama, któ­rej ni­gdy w życiu nie udało się upiec cia­sta bez zakalca, twier­dzi, że musia­łam się tego nauczyć od jej sio­stry Gene­vieve, która pro­wa­dzi małą cukier­nię na wspa­nia­łym fran­cu­skim Lazu­ro­wym Wybrzeżu, a u któ­rej spę­dza­łam więk­szość moich let­nich waka­cji. Choć była Angielką, może z racji jej typowo fran­cu­skiego imie­nia zawsze cią­gnęło ją do Fran­cji. Tam też poznała wujka Enzo, wyszła za niego za mąż w wieku lat dwu­dzie­stu pię­ciu i zamiesz­kała tam na stałe.

W zasa­dzie jestem samo­ukiem, choć bez wąt­pie­nia wiele się nauczy­łam od ciotki. Eks­pe­ry­men­to­wa­łam z prze­pi­sami i kupo­wa­łam wszel­kie dostępne książki kuchar­skie, aż dopro­wa­dzi­łam do per­fek­cji pro­ces przy­go­to­wa­nia i pie­cze­nia cia­sta bisz­kop­to­wego. Chwilę dłu­żej zajęło mi roz­pra­co­wa­nie wszel­kich plac­ków z owo­cami, ale teraz zachwyca się nim więk­szość moich klien­tów. Kiedy skoń­czy­łam kurs deko­ro­wa­nia tor­tów, wszystko ruszyło z miej­sca. Bli­ska przy­ja­ciółka popro­siła mnie o zro­bie­nie tortu wesel­nego i wkrótce zmó­wie­nia zaczęły napły­wać jedno po dru­gim. Zary­zy­ko­wa­łam i rzu­ci­łam pracę od razu po zakoń­cze­niu roku szkol­nego, w któ­rym mia­łam wąt­pliwą przy­jem­ność pro­wa­dze­nia wyjąt­kowo nie­zdy­scy­pli­no­wa­nej klasy, i na szczę­ście ni­gdy tego nie żało­wa­łam. Musia­łam nawet zatrud­nić kogoś do pomocy. Wybra­łam Sam, uczen­nicę miej­sco­wej szkoły gastro­no­micz­nej. Z początku nie było łatwo, musia­ły­śmy nieco zaci­skać pasa, ale los nam sprzy­jał, ni­gdy nie narze­ka­ły­śmy na brak zamó­wień. Od samego początku rów­nież co mie­siąc sta­ra­łam się choć tro­chę zaosz­czę­dzić.

Zawsze mia­łam inkli­na­cje do cho­mi­ko­wa­nia gotówki, a kiedy pra­co­wa­łam w szkole, udało mi się odło­żyć dość zgrabną sumkę. Nie­stety, nie widzę u mojego syna Jake’a rów­nie prak­tycz­nego podej­ścia do pie­nię­dzy. Obec­nie stu­diuje na uni­wer­sy­te­cie daleko stąd i pra­cuje doryw­czo to tu, to tam, lecz wszystko, co zarobi, natych­miast wydaje. Wycho­wy­wa­łam go sama, a poma­gali mi rodzice, któ­rzy miesz­kają parę minut jazdy samo­cho­dem ode mnie, rów­nież w South­port. Życie mło­dej samot­nej matki nie jest naj­ła­twiej­sze, ale nie odda­ła­bym za nic ani jed­nego dnia. Udało mi się wycho­wać syna bez wspar­cia jakie­go­kol­wiek męż­czy­zny i jestem dumna z tego, na jakiego czło­wieka wyrósł. Jest uprzej­mym, roz­waż­nym mło­dzień­cem, który nie przy­wozi mi z uni­werku paczki brud­nych ubrań, a raczej (przy­naj­mniej na Dzień Kobiet) wielki bukiet kwia­tów i całusa w poli­czek. Wkrótce zawita do domu na let­nią prze­rwę w nauce, i już nie mogę się docze­kać, kiedy znów go zoba­czę.

Roz­dział 2

Jest piąt­kowe popo­łu­dnie. Wpa­dłam do rodzi­ców na her­batę po zro­bie­niu zaku­pów przy Lord Street, pięk­nej, sze­ro­kiej, obsa­dzo­nej drze­wami alei spa­ce­ro­wej w naszym mie­ście, wzdłuż któ­rej cią­gnie się rząd skle­pów o fasa­dach ze stali i szkła, z pod­cie­niami od frontu.

Rodzice miesz­kają w ślicz­nym, bia­łym, sze­re­go­wym domu z nie­wiel­kim ogród­kiem na tyłach jed­nej z głów­nych ulic han­dlo­wych. Drzwi wej­ściowe zostały ostat­nio odno­wione i poma­lo­wane nie­bie­ską farbą z pięk­nym poły­skiem – o dziwo, przez ojca. Dopiero kiedy prze­szedł na eme­ry­turę, zde­cy­do­wał się do nich zabrać. Kiedy mama mi o tym opo­wie­działa, przy oka­zji pona­rze­kała na niego, że to jedyne, co zro­bił, odkąd prze­stał cho­dzić do pracy, choć lata całe obie­cy­wał, że „dom będzie lśnić”, jak tylko zosta­nie eme­ry­tem.

Tego dokład­nie można się było spo­dzie­wać po Eddiem Davi­dzie Dunne. „Sumienny Eddie” ciężko pra­co­wał, zawsze lojalny wobec firmy, dumny z tego, że przez dwa­dzie­ścia lat nie wziął ani dnia zwol­nie­nia z powodu cho­roby. Posia­dacz tego samego auta od dwu­na­stu lat, choć mama nie usta­wała w bła­ga­niach o nowy, ale „prze­cież w sta­rym wszystko działa”, wiecz­nie sły­szała. Rzadko kiedy pijał piwo w week­endy, a nowe ubra­nia kupo­wał dopiero wtedy, gdy stare poprze­cie­rały się na wylot.

Wszystko jed­nakże się zmie­niło, gdy prze­szedł na eme­ry­turę. „Sumienny Eddie” znik­nął jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki, a jego miej­sce zajął „Bra­wu­rowy Dave”. Wró­cił do domu z imprezy z oka­zji przej­ścia na eme­ry­turę, zor­ga­ni­zo­wa­nej w dru­karni, gdzie pia­sto­wał sta­no­wi­sko dyrek­tora naczel­nego, ści­ska­jąc w dłoni kartę poda­run­kową na zakupy w cen­trum ogrod­ni­czym i resztki poże­gnal­nego tortu, owi­nięte w folię. „I to by było na tyle” – oznaj­mił. Mama prze­szła na eme­ry­turę pięć lat wcze­śniej. Pra­co­wała w naszym miej­skim teatrze i cen­trum kon­fe­ren­cyj­nym, gdzie zaj­mo­wała się orga­ni­za­cją dużych imprez. Sześć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nia, wciąż atrak­cyjna blon­dynka, wyznała mi któ­re­goś dnia, że mar­twiła się o tatę, gdy został eme­ry­tem, gdyż nie bar­dzo wie­działa, w jaki spo­sób zamie­rza wypeł­nić wolny czas. Mama zawsze udzie­lała się towa­rzy­sko, była człon­ki­nią klubu fit­ness, śpie­wała w chó­rze, cho­dziła na wie­czorki orga­ni­zo­wane przez klub książki. Tata nie miał żad­nych przy­ja­ciół i wcale mu to nie prze­szka­dzało, więc kiedy w pewne piąt­kowe popo­łu­dnie zaje­chał przed dom nowym lśnią­cym kam­pe­rem, mama o mało nie zemdlała.

– Słu­chaj, Glo­rio! Sądzę, że czas naj­wyż­szy się nieco zaba­wić – oznaj­mił, roz­kła­da­jąc na środku ich wymu­ska­nego salonu wielką mapę wysp bry­tyj­skich. – Naj­pierw obje­dziemy dookoła całą Wielką Bry­ta­nię, a potem ruszymy, dokąd­kol­wiek zechcesz. Świat stoi przed tobą otwo­rem!

Tym się wła­śnie zaj­mo­wali przez ostat­nie pół roku. Obje­chali całą Wielką Bry­ta­nię, od przy­lądka Land’s End na połu­dniowo-zachod­nim krańcu po naj­da­lej na pół­noc wysu­nięty punkt, irlandzką wio­skę John O’Gro­ats. Oboje zaczęli wyglą­dać o dzie­sięć lat mło­dziej. Ostat­nio przy­je­chali na dwa tygo­dnie do domu, a potem zamie­rzają wyru­szyć dalej, do Bar­ce­lony. Jestem zachwy­cona, że czer­pią tyle rado­ści z tych wypraw.

– Przy­nio­słaś może jakieś cia­sto do her­baty? – pyta mnie teraz ojciec.

– Prze­pra­szam, tato, ale wpa­dłam do was pro­sto z zaku­pów. Szu­ka­łam faj­nego topu. Następ­nym razem przy­niosę twoją ulu­bioną tartę mig­da­łową Bake­well. Może być? – pytam, jak­bym nie wie­działa, że ma do niej sła­bość.

– Och, doprawdy, nie powin­naś, kocha­nie! – prze­strzega mama, poja­wia­jąc się w salo­nie. – Chwilka w ustach, wiecz­ność w bio­drach.

Mamie udało się zacho­wać szczu­płą, wyspor­to­waną syl­wetkę dzięki upodo­ba­niu do tańca i dłu­gich spa­ce­rów. Bar­dzo rzadko pozwa­lała sobie na coś słod­kiego.

– Chrza­nić to! Pół życia spę­dzi­łem w dru­karni, więc zasłu­ży­łem sobie na tyle sma­ko­ły­ków, ile dusza zapra­gnie.

Mama cmoka nie­za­do­wo­lona, ale wciąż się uśmie­cha.

– Tak czy siak, mogła­byś spę­dzić czas na miłej randce, a nie na pie­cze­niu cia­sta dla nas – mówi. – Pokaż no ten top. Kupi­łaś go na jakąś spe­cjalną oka­zję?

Mama nie marzy o niczym innym dla mnie, jak tylko o tym, bym poznała sym­pa­tycz­nego faceta i wresz­cie się ustat­ko­wała. Wycią­gam czer­wony top z torby, a mama, gła­dząc dło­nią miękki szy­fon, zaczyna się zachwy­cać:

– Jaki przy­jemny w dotyku! Uwiel­biam ten kolor!

– To tylko kola­cja z dziew­czy­nami, mamo. Naprawdę! Skąd pomysł, że szu­kam męż­czy­zny marzeń? Czy raczej faceta z kosz­ma­rów sen­nych… Jestem szczę­śli­wie samotna.

Mama unosi brwi i obrzuca mnie spoj­rze­niem, które mówi: Jak możesz być szczę­śliwa, będąc sin­gielką? Jed­nakże ja naprawdę jestem szczę­śliwa. Moja cukier­ni­cza dzia­łal­ność zaj­muje mi sporo czasu, mam też nie­wiel­kie grono przy­ja­ció­łek, z któ­rymi się regu­lar­nie spo­ty­kam, no i mam też Jake’a. Nie potrze­buję w tej chwili żad­nych kom­pli­ka­cji w życiu. Z ostat­nim face­tem roz­sta­łam się ponad cztery lata temu. Spo­ty­ka­li­śmy się z Simo­nem, nauczy­cie­lem z tej samej szkoły, w któ­rej pra­co­wa­łam, przez sześć mie­sięcy, a potem się do mnie wpro­wa­dził. Wtedy zda­łam sobie sprawę, że byli­śmy kom­plet­nie nie­do­brani, a jedyne, co nas łączyło, to praca, o któ­rej roz­pra­wia­li­śmy nie­omal bez prze­rwy. Po roku cichych wie­czo­rów w domu, spę­dza­nych przy butelce wina i jedze­niu na wynos, zakoń­czy­łam tę zna­jo­mość. Chcia­łam od życia wię­cej i czu­łam, że zdą­żamy doni­kąd. Simon zniósł zerwa­nie o wiele gorzej, niż się spo­dzie­wa­łam. Ni­gdy nie posą­dza­łam go o to, że uważa mnie za miłość swo­jego życia. Ja przy­naj­mniej mia­łam pew­ność, że on nie jest miło­ścią mojego. Ten pociąg już dawno temu odje­chał z mojej sta­cji.

– Wydaje mi się, że od czasu do czasu mogła­byś się za kimś rozej­rzeć – mówi mama, pod­cho­dzi i cmoka mnie w poli­czek. Pach­nie wodą Estée Lau­der Youth Dew, któ­rej używa od nie­pa­mięt­nych cza­sów. – Zwłasz­cza wtedy, gdy ja i tata wyjeż­dżamy w nową podróż. Szkoda, że ni­gdy nie masz czasu, by się z nami wybrać.

Nie mogła­bym sobie wyobra­zić nic gor­szego niż gnież­dże­nie się w jed­nym kam­pe­rze z rodzi­cami, bez­senne noce na wąskim, roz­kła­da­nym łóżku i bra­nie prysz­nica w ogól­no­do­stęp­nych kabi­nach, gdzie hula wiatr. Na wszelki wypa­dek kiwam jed­nak smęt­nie głową.

– Nie martw się o mnie, mamuś. Uwierz, naprawdę mam się świet­nie. Teraz to wasz czas na wyjazdy, wspólny wypo­czy­nek i dobrą zabawę. Czy nie po to się idzie na eme­ry­turę?

– No cóż… Miło by było, gdy­byś wybrała się razem z nami, gdy udamy się w odwie­dziny do cioci Gen. Ile to już czasu minęło, odkąd byłaś ostat­nio we Fran­cji?

Ze zdu­mie­niem uświa­da­miam sobie, że minęło już pięć lat od mego ostat­niego pobytu u ciotki. Uda­li­śmy się wtedy wszy­scy razem na pogrzeb wujka Enzo. Nie­za­leż­nie od powodu wyjazdu, ile­kroć się tam wybie­ra­łam, przy­ła­py­wa­łam się na oglą­da­niu za każ­dym męż­czy­zną, który mnie mijał, w poszu­ki­wa­niu podo­bień­stwa do André, mojej pierw­szej miło­ści, w któ­rego towa­rzy­stwie w wieku lat osiem­na­stu spę­dzi­łam lato. Ludzie mogą się jed­nak bar­dzo zmie­nić z upły­wem czasu, a poza tym mógł już prze­cież nie miesz­kać na połu­dniu Fran­cji. Tak czy siak, gdy go ostatni raz widzia­łam, wyjeż­dżał do Nowej Zelan­dii i miał w pla­nach podróż dookoła świata.

To miały być kolejne, zwy­czajne let­nie waka­cje, które spę­dza­łam u ciotki Gen. Będąc dziec­kiem, plu­ska­łam się w lśnią­cym, tur­ku­so­wym morzu i bie­ga­łam wzdłuż brzegu po mięk­kim, bia­łym pia­sku plaż Anti­bes. Pamię­tam, gdy pierw­szy raz zoba­czy­łam gigan­tyczną orkę w miej­sco­wym del­fi­na­rium, a tata powie­dział, że to ta z filmu Uwol­nić orkę. Ni­gdy nie zro­zu­mia­łam, dla­czego puścił wtedy oko do mamy.

Posia­da­nie ciotki razem z cukier­nią to było coś, zwłasz­cza że za każ­dym razem, gdy two­rzyła nowe sma­ko­wite słod­ko­ści, pozwa­lała mi ich spró­bo­wać. Do tej pory pamię­tam, jak po raz pierw­szy wbi­łam zęby w jedną z jej słyn­nych, deli­kat­nych jak puch bez, i roz­ko­szo­wa­łam się sma­kiem mięk­kiego, cią­gną­cego się lekko wnę­trza. Po bro­dzie spły­wały mi kro­ple poły­skli­wego, czer­wo­nego musu z tru­ska­wek, który razem z ubitą na gładko śmie­tanką sta­no­wił nadzie­nie roz­pły­wa­ją­cej się w ustach bezy. Wspi­na­łam się w kuchni na drew­niany tabo­ret i balan­su­jąc na brzegu, obser­wo­wa­łam jak zacza­ro­wana, jak wał­ko­wała, a potem zwi­jała w pro­sto­kątne kawałki puszy­stego cia­sta podłużne kawałki cze­ko­lady, z któ­rych powsta­wały słod­kie, fran­cu­skie bułeczki pain au cho­co­lat. Po robo­cie wierz­chem dłoni ocie­rała czoło i wydatne kości policz­kowe, po czym wkła­dała cro­is­santy do roz­grza­nego pieca. Ciem­no­kasz­ta­nowe włosy zawsze miała upięte wysoko w kok, a usta pocią­gnięte brzo­skwi­niową pomadką. Do tej pory z łatwo­ścią mogę przy­wo­łać jej zapach, mie­szankę deli­kat­nej wani­lii i fioł­ków. Mam poczu­cie winy, że tak dawno jej nie odwie­dza­łam. Roz­my­śla­nia o ciast­kach przy­po­mi­nają mi jed­nakże o cze­ka­ją­cej w domu dosta­wie do klienta.

– Masz rację, mamo, ale teraz muszę pędzić – oznaj­miam i dopi­jam resztkę her­baty.

– Następ­nym razem nie zapo­mnij o tar­cie Bake­well dla mnie – przy­po­mina mi tata, kiedy cmo­kam ich w policzki na poże­gna­nie.

Ruszam naj­pierw do szkoły, w któ­rej pra­cuje moja przy­ja­ciółka Faye. Jestem zado­wo­lona, że udało mi się kupić top na jutrzej­szy wie­czór. Cza­sami wieki zaj­muje mi zna­le­zie­nie cze­goś odpo­wied­niego. Kolejna rzecz odha­czona na nie­koń­czą­cej się liście spraw do zała­twie­nia.

*

Prze­cho­dzę na ukos przez plac zabaw, mijam kolo­rową drew­nianą kon­struk­cję ramową, prze­zna­czoną do wspi­naczki dla dzieci i dzwo­nię do drzwi St Tho­mas Pri­mary School. Szkoła się mie­ści w wik­to­riań­skim budynku z sza­rego kamie­nia po dru­giej stro­nie mia­sta. Za chwilę prze­każę zamó­wioną paczkę babe­czek. Po paru minu­tach na recep­cji poja­wia się Faye i, zaafe­ro­wana, pro­wa­dzi mnie do środka.

– Cia­steczka dla cie­bie na wie­czorną imprezę – mówię, poda­jąc jej pudełko z zesta­wem babe­czek przy­ozdo­bio­nych lukrem bar­wio­nym w różne pastele.

Faye ma na sobie czarną spód­nicę do kolan i różową, koszu­lową bluzkę. Nikt by się nie domy­ślił, że drze­mie w niej roc­kowa dusza, choć czę­ściowo zdra­dzają ją obcięte na krótko, wystrzę­pione włosy w kolo­rze bakła­żana, oka­la­jące ładną ser­co­watą twarz o wiel­kich nie­bie­skich oczach. Tatu­ażu z orłem na ple­cach ni­gdy nie odsła­nia w szkole. Przy­jaź­nimy się od liceum i choć mamy różne poglądy na wiele spraw, nie­które wspo­mnie­nia zwią­zały nas na całe życie.

– Kto odcho­dzi? – pytam, podą­ża­jąc za nią do pokoju nauczy­ciel­skiego kory­ta­rzem w kolo­rze kwia­tów magno­lii, upstrzo­nym pra­cami dzieci przed­sta­wia­ją­cymi różne wer­sje sło­necz­ni­ków van Gogha.

– Mike, wycho­wawca szó­stej klasy. Dostał pracę w szkole poło­żo­nej nieco bli­żej jego miej­sca zamiesz­ka­nia, w Wigan. Codzienne dojazdy do pracy zaj­mo­wały mu ponad godzinę w jedną stronę, więc nie mam mu tego za złe. Jest świet­nym nauczy­cie­lem. Dzie­ciaki będą za nim tęsk­nić. Wszyst­kim nam będzie go bra­ko­wało.

Ukła­dam babeczki na stole w sąsiedz­twie spo­rego wyboru pti­fu­rek i dużego pro­sto­kąt­nego tortu z lukro­wym napi­sem: Wszyst­kiego Naj­lep­szego, Mike!

– Kto zro­bił tort? – pytam.

Trzeba zawsze śle­dzić dzia­ła­nia lokal­nej kon­ku­ren­cji.

– Cukier­nia Costco’s. Wszy­scy wie­dzą, że to jego ulu­biona. Wiesz prze­cież, że ja pole­ci­ła­bym cie­bie i twój tort domo­wej roboty.

– Tak tylko spraw­dzam – odpo­wia­dam z uśmie­chem.

Szcze­rze mówiąc, jestem zado­wo­lona, że popro­szono mnie jedy­nie o upie­cze­nie babe­czek. Przy­go­to­wuje się je bły­ska­wicz­nie, a ostat­nio naprawdę wiele czasu poświę­cam deko­ra­cji tor­tów wesel­nych. W końcu jest lato i sezon na śluby. Ulżyło mi, gdy Sam wzięła na sie­bie wyko­na­nie tortu na imprezę z oka­zji przej­ścia na eme­ry­turę tego hydrau­lika. Nie narze­kam mimo nad­miaru pracy, ni­gdy nie wia­domo, kiedy zwolni karu­zela ze zle­ce­niami.

– Nie masz nic prze­ciwko, żebym się cze­goś napiła? Po her­ba­cie u mamy został mi w ustach dziwny posmak. Chyba nie przy­go­to­wała mi tej, co zazwy­czaj.

– Mamy tylko taniego sika­cza. – Faye wska­zuje na pudło z butel­kami bia­łego i czer­wo­nego wina. – Komi­tet rodzi­ciel­ski szarp­nął się tylko na to. Nie mogę się docze­kać końca imprezki, żeby się wyrwać do pubu White Lion na kufel porząd­nego becz­ko­wego piwa. Gra tam zespół z cove­rami Iron Maiden w reper­tu­arze. Mogła­byś wpaść, jeśli chcesz.

Faye lubi pić z face­tami piwo na umór i potrafi ich prze­trzy­mać, póki nie zlą­dują nie­przy­tomni pod sto­łem. W każ­dym razie wszyst­kich mi zna­nych.

– Mia­łam na myśli coś bez­al­ko­ho­lo­wego. Pamię­tasz, że przy­je­cha­łam samo­cho­dem?

Faye nalewa do kar­to­no­wego kubeczka tro­chę różo­wej lemo­niady i mi podaje. Po czym napeł­nia szklankę wina i wypija jed­nym hau­stem.

– Dzięki za zapro­sze­nie, ale chyba dziś dam sobie spo­kój z wyj­ściami. Wiesz, wolę raczej styl Whit­ney niż Whi­te­snake’ów. Poza tym póź­nym wie­czo­rem ma przy­je­chać Jake. Zali­czył kolejny rok na uni­werku i roz­po­czyna let­nie waka­cje. Kiep­sko bym się czuła, wie­dząc, że wraca do pustego domu. Tobie, mimo to, życzę dobrej zabawy.

– Liv, on ma prze­cież dwa­dzie­ścia lat! Możesz go zabrać ze sobą, jeśli chcesz.

– Jakoś sobie nie wyobra­żam, żeby mu się chciało iść na wie­czorną imprezkę z matką i jej kole­żan­kami. – Wybu­cham śmie­chem. – Nie, no, daj spo­kój! Jestem wykoń­czona i muszę się dzi­siaj wcze­śniej poło­żyć.

– Żałuj, że nie słu­chasz porząd­nej muzy. Muza i piwo! Tylko to mnie inte­re­suje w pubach ostat­nimi czasy. Nie­stety, nie widuję ostat­nio żad­nych nowych twa­rzy, zna­czy się żad­nych wyspor­to­wa­nych typów. Chyba muszę posze­rzyć teren poło­wów, więc jeśli mia­ła­byś ochotę spę­dzić któ­ryś z naj­bliż­szych week­en­dów gdzieś dalej, to ja się zgła­szam!

– Zoba­czymy. A teraz, cóż… Będę lecieć, więc do zoba­cze­nia jutro. Naprawdę nie mogę się już docze­kać naszego bab­skiego wypadu do knajpy.

– Ja też! – Cmoka mnie w poli­czek na poże­gna­nie. – To był okrop­nie stre­su­jący tydzień. Mam nadzieję, że piwo i przy­stojni fran­cu­scy kel­ne­rzy ukoją moje nerwy.

Kiedy idę w stronę par­kingu, sły­szę dźwięk przy­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści. To od Jo, mojej dru­giej przy­ja­ciółki, która zaj­muje się wypro­wa­dza­niem psów.

Czy nasze jutrzej­sze spo­tka­nie aktu­alne? Cmok!

Jasne! Spo­tkajmy się naj­pierw na drinka w Gra­pes o siód­mej.Już się nie mogę docze­kać. Do zoba­cze­nia! Całusy!

Jo to kolejna osoba, która ode­szła ze swo­jej nie­do­rzecz­nie stre­su­ją­cej posady. Pra­co­wała w pań­stwo­wej służ­bie zdro­wia, w szpi­talu psy­chia­trycz­nym. Nie była w sta­nie dłu­żej odbie­rać tele­fo­nów od ludzi, któ­rzy roz­pacz­li­wie pró­bo­wali zna­leźć miej­sce dla swo­ich krew­nych po zała­ma­niu ner­wo­wym, tylko po to, by ich poin­for­mo­wać, że nie ma wol­nych łóżek, i prze­kie­ro­wy­wać dalej, do odle­głych loka­li­za­cji. Czarę gory­czy prze­lał powrót do pracy po dwu­dnio­wej prze­rwie, zastała prze­peł­nioną tackę na kore­spon­den­cję przy­cho­dzącą i zapchaną skrzynkę mej­lową. Zdjęła płaszcz z wie­szaka, wyszła ze swego gabi­netu, po czym wsia­dła w auto­bus, który zawiózł ją pod dom, i zamknęła się w swoim miesz­ka­niu na parę dni, wyłą­czyw­szy komórkę. Jakoś się pozbie­rała, sie­dząc bez­myśl­nie przed tele­wi­zo­rem przy roz­ma­itych seria­lach na Net­fli­xie, osta­tecz­nie zde­cy­do­wała się zająć wypro­wa­dza­niem psów.

Par­kuję przed swoim schlud­nym trzy­po­ko­jo­wym seg­men­tem i widzę świa­tło w oknach. Jake pod­nosi w górę roletę, a kiedy mnie zauważa, macha na powi­ta­nie. Otwie­ram drzwi i już od wej­ścia czuję zapach świeżo parzo­nej kawy. Jak dobrze, kiedy syn jest w domu!

Roz­dział 3

Usa­da­wiamy się na kana­pie w pokoju dzien­nym i Jake podaje mi kubek kawy latte. Jak zawsze, gdy wraca z uni­werku, wpa­truję się w niego, by się upew­nić, że wciąż wygląda zdrowo i jest szczę­śliwy. Wysoki, o ciem­nej kar­na­cji, przy­stojny – w zasa­dzie speł­nia powyż­sze kry­te­ria. Ma gęste, lekko falu­jące, ciem­no­brą­zowe włosy, duże nie­bie­skie oczy i pełne usta, które odzie­dzi­czył po mnie. Ostat­nio pre­zen­tuje światu ele­gancko przy­strzy­żoną brodę, która według mnie dodaje mu nieco lat.

– Zna­la­złem je w bla­sza­nym pojem­niku. Mam nadzieję, że są jesz­cze jadalne – mówi i odgryza duży kawał flo­ren­tynki, nie cze­ka­jąc na moją odpo­wiedź.

– O nie! Jesz­cze tam coś zostało?! Zapo­mnia­łam wyrzu­cić je do śmiet­nika.

Jake zamiera z gry­ma­sem prze­ra­że­nia na ustach.

– Tylko żar­to­wa­łam! Zro­bi­łam je dwa dni temu.

– Mmm… – Wpy­cha resztkę flo­ren­tynki do ust. – Zbyt dobrze sma­kuje jak na cia­cho po ter­mi­nie przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Z two­ich wypie­ków naj­bar­dziej lubię flo­ren­tynki i maka­ro­niki.

Jake zawsze pre­fe­ro­wał sma­ko­łyki o fran­cu­skich korze­niach. Sądzę, że ma to w genach.

– Jak ci idzie na uni­werku? Dobrze poszedł ostatni egza­min? – pytam, obej­mu­jąc obiema dłońmi kubek pysz­nej cyna­mo­no­wej kawy latte.

– Poszedł dość nie­źle. W zasa­dzie wszystko idzie dość nie­źle. – Wzru­sza ramio­nami.

Syn wydaje mi się tro­chę jak gdyby nie­obecny. Natych­miast zaczy­nam się mar­twić, czy go coś przy­pad­kiem nie trapi. Jego twarz zwy­kle się roz­świe­tlała, gdy go pyta­łam o życie stu­denc­kie. Na każde zawo­ła­nie gotów był opo­wia­dać inte­re­su­jące, zabawne histo­ryjki o swo­ich pery­pe­tiach, więc jego apa­tyczna odpo­wiedź jest dla mnie zaska­ku­jąca.

– Wszystko w porządku?

– Taa. Nic nowego. Wszy­scy poje­chali do domu na waka­cje. Mój kum­pel Con­nor wybiera się z ojcem do Szko­cji. Będą wędro­wać po górach. Fajna rzecz.

Czy mi się zdaje, czy sły­szę ton gory­czy w jego gło­sie, gdy mówi o rela­cjach kolegi z ojcem? Coś w jego dzi­siej­szym zacho­wa­niu spra­wia, że czuję się nie­swojo.

– Jesteś głodny? – pytam i spo­glą­dam na zega­rek. Widzę, że zbliża się piąta. – Sądzę, że dzięki tym flo­ren­tyn­kom wytrzy­masz jesz­cze chwilę do obiadu.

– Znasz mnie, mamo. Zawsze jestem chętny coś prze­ką­sić. Dzi­siaj rano, nim wysze­dłem z aka­de­mika, wrzu­ci­łem na ząb tosty z serem, ale od tam­tej pory niczego nie jadłem. Kanapki ofe­ro­wane w pociągu wyglą­dały na zeschnięte. Wła­ści­wie mia­łem zamiar przy­go­to­wać dla nas spa­ghetti. Masz może bekon? I chili? – Ska­cze na równe nogi i rusza do kuchni.

– Zawsze mam bekon w lodówce, kiedy wiem, że przy­jeż­dżasz.

Nie mogę powstrzy­mać natłoku myśli, jak długo jesz­cze to miej­sce będzie jego domem? Kiedy skoń­czy stu­dia, ze swoim stop­niem nauko­wym będzie mógł ubie­gać się o pracę gdzie­kol­wiek na świe­cie. Roz­my­śla­jąc o tym, zaczy­nam odczu­wać lekki smu­tek. Jak czę­sto będzie do mnie dzwo­nił? Co ja zro­bię, jeśli wyje­dzie do jakie­goś odle­głego miej­sca bez zasięgu i przez całe tygo­dnie nie będę miała od niego żad­nych wie­ści? Albo nie będzie w sta­nie się ze mną skon­tak­to­wać?

Idę za nim do kuchni i nale­wam każ­demu z nas po kie­liszku czer­wo­nego wina. Wciąż nie mogę się otrzą­snąć z wra­że­nia, że coś mu leży na sercu. Jest aku­rat zajęty wyj­mo­wa­niem pro­duk­tów na bolo­gnese z lodówki, więc nie widzę dokład­nie jego twa­rzy. Sia­dam na stołku baro­wym przy potęż­nej wyspie kuchen­nej i przy­glą­dam się, jak sieka paprykę, cebulę i bekon. Moja kuch­nia to mie­szanka tra­dy­cji i nowo­cze­sno­ści. Wyspa i pozo­stałe szafki wyko­nane są z desek z odzy­sku, lampy – z mie­dzi, jedna ściana – z suro­wej cegły. Deko­ra­cję sta­no­wią nowo­cze­sne obrazy dru­ko­wane na płót­nie.

– Oba­wiam się, że nie mam już świe­żych strącz­ków chili. Będzie musiało wystar­czyć mie­lone – mówię i wska­zuję jedną z sza­fek.

– Rów­nie dobre. Wła­ści­wie nawet lep­sze. Nie ma nic gor­szego niż siu­siak w chili.

O mało się nie zaplu­łam.

– Że jak!?

– No wiesz… Jeśli nie umy­jesz porząd­nie rąk i dotkniesz do oczu… albo gdzieś indziej…

Wybu­cham śmie­chem, po czym się uspo­ka­jam i cze­kam, aż pyszny, ostry sos pomi­do­rowy będzie gotów. Dopiero teraz uświa­da­miam sobie, że też pra­wie nic nie jadłam od śnia­da­nia. Jake nie­mal się nie odzywa, gotu­jąc, naj­wy­raź­niej wciąż czę­ściowo pochło­nięty czymś innym. Znów odno­szę wra­że­nie, że coś go gnębi. Wkła­dam do ust maka­ron nawi­nięty na wide­lec.

– To jest naprawdę nie­złe – mówię. – Myślę, że miną­łeś się z powo­ła­niem.

Jake przez chwilę mil­czy, a potem odwraca się i spo­gląda mi pro­sto w oczy.

– To nawet zabawne, że wła­śnie ty musia­łaś to powie­dzieć.

Czy w jego gło­sie nie sły­chać przy­pad­kiem lek­kiego pode­ner­wo­wa­nia?

– Doprawdy? Dla­czego?

– Cho­dzi o to… – Jake wzdy­cha głę­boko. – Kie­ru­nek, który wybra­łem, nie­spe­cjal­nie mi się podoba. Nie tak sobie wyobra­ża­łem te stu­dia. Zasta­na­wiam się, czy nie wziąć rocz­nego urlopu dzie­kań­skiego. – Sięga po coś do szu­flady, zde­cy­do­wa­nie uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego.

– Roczna prze­rwa w nauce!? – Jestem kom­plet­nie zasko­czona. – Skąd taki pomysł? Coś się stało!? – Czuję, że serce pod­cho­dzi mi do gar­dła. Jakie wyda­rze­nia mogły spo­wo­do­wać taką zmianę w jego sto­sunku do stu­diów? Przez ostat­nie dwa lata dosłow­nie try­skał entu­zja­zmem.

– Nie, mamo, naprawdę nic się nie stało. Po pro­stu te stu­dia nie budzą już we mnie takich emo­cji. Ostat­nio czuję się nieco zbity z tropu, a przy oka­zji cała ta wyprawa Con­nora z ojcem w góry przy­czy­niła się do tego, że zaczą­łem roz­my­ślać o wła­snym ojcu.

Wypo­wiada to wszystko jed­nym tchem, łapie kie­li­szek wina i rusza szyb­kim kro­kiem w stronę okna, gdzie staje i zaczyna się przy­pa­try­wać małemu ogród­kowi za domem.

„O wła­snym ojcu”. Zawsze wie­dzia­łam, że ten dzień nadej­dzie, ale i tak nie jestem przy­go­to­wana. Sta­ram się unor­mo­wać oddech i zebrać myśli, nim decy­duję się cokol­wiek powie­dzieć.

– Masz pełne prawo o nim myśleć. Rozu­miem cię i wiem, że musi być ci ciężko na sercu ze świa­do­mo­ścią, że inni kole­dzy jeż­dżą na waka­cje ze swymi ojcami. Ja ze swo­jej strony zawsze sta­ra­łam się nie ukry­wać niczego doty­czą­cego twego taty. Nie za bar­dzo wie­dzia­łam, jak się zabrać do odszu­ka­nia André, a poza tym za każ­dym razem, gdy poru­sza­łam ten temat, odno­si­łam wra­że­nie, że nie­spe­cjal­nie cię to inte­re­suje.

– Byłem tylko dziec­kiem – rzuca ostro. – Mia­łaś nadzieję, że tak po pro­stu o nim zapo­mnę?

Cała roz­trzę­siona, w emo­cjach, pró­buję ochło­nąć, zanim zbiorę się do odpo­wie­dzi.

Odwraca się do mnie, w jego jasno­nie­bie­skich oczach lśni smu­tek.

– Nie, oczy­wi­ście, że nie! – gor­li­wie zaprze­czam. – Naprawdę myśla­łeś, że mogłam tego chcieć?

– A kto cię tam wie. Może w ten spo­sób było ci łatwiej. – Pry­cha i odwraca się z powro­tem do okna.

Mój puls przy­spie­sza. Z tonu głosu Jake’a bije roz­ża­le­nie, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam.

– Łatwiej!? Uwa­żasz, że łatwo jest być samot­nym rodzi­cem!? – Teraz już nie jestem w sta­nie zacho­wać spo­koj­nego tonu głosu. – Ni­gdy nie ukry­wa­łam przed tobą prawdy o ojcu, zwy­czaj­nie nie wie­dzia­łam, gdzie go szu­kać. To było ponad dwa­dzie­ścia lat temu, mógł się znaj­do­wać gdzie­kol­wiek na świe­cie.

– Ale czy kie­dy­kol­wiek poczy­ni­łaś jakieś ruchy, żeby choć spró­bo­wać go odna­leźć? – mówi oskar­ży­ciel­skim tonem, co jesz­cze bar­dziej mnie nakręca.

– Poję­cia nie mia­łam, od czego zacząć. Po swoim wyjeź­dzie przy­słał mi tylko jeden list, kiedy byłam jesz­cze we Fran­cji. Pisał w nim, że za tydzień rusza dalej i będzie się bez­u­stan­nie prze­miesz­czał z miej­sca na miej­sce. Ni­gdy wię­cej się do mnie nie ode­zwał. Co mogłam zro­bić?

Boli mnie serce, gdy widzę, jak bar­dzo zde­ner­wo­wany jest Jake, i nagle dociera do mnie, jak bar­dzo byłam naiwna, myśląc, że ni­gdy nie zapyta o ojca! Czy zwio­dło mnie błędne prze­ko­na­nie, że bez­pieczny kokon miło­ści mojej i dziad­ków wystar­czy?

– Słu­chaj, mamo! Nie chcę wię­cej o tym gadać. To, że zaczą­łem myśleć o ojcu, nie jest powo­dem moich roz­wa­żań, czy nie rzu­cić stu­diów. Chcę zacząć się uczyć pro­fe­sjo­nal­nie goto­wać. Poza tym uwa­żam, że czas naj­wyż­szy, bym zaczął sam podej­mo­wać decy­zje. Idę na górę obej­rzeć film. Dobra­noc!

Po czym wbiega po scho­dach do sie­bie, a po moich policz­kach zaczy­nają pły­nąć łzy. Czy pod­świa­do­mie ste­ro­wa­łam jego życiem? Prawdę mówiąc, to ja mu zasu­ge­ro­wa­łam, by zaczął stu­dio­wać psy­cho­lo­gię, być może dla­tego, że sama zawsze o tym marzy­łam. Może nasko­czył na mnie, bo mu się zdaje, że nie zaak­cep­to­wa­ła­bym tak dra­stycz­nych zmian w jego życiu? Twier­dzi, że jesz­cze nie pod­jął osta­tecz­nej decy­zji co do swo­jej przy­szło­ści, za to ja pod­ję­łam decy­zję co do pew­nej sprawy, którą powin­nam była się zająć dawno temu. Zamie­rzam odszu­kać André.

Roz­dział 4

W sobotę o siód­mej wie­czo­rem bar Gra­pes jest zwy­kle pełen ludzi. Mia­łam okropny dzień i wywlo­kłam się z domu na to spo­tka­nie tylko dla­tego, że nie lubię wysta­wiać przy­ja­ció­łek do wia­tru. Jake więk­szość dnia spę­dził zamknięty w swoim pokoju, a ja chcę dać mu tro­chę luzu, nim wró­cimy do naszej roz­mowy. Dziś pra­wie się do mnie nie odzy­wał. Powie­dział tylko dzień dobry, kiedy napeł­niał wodą butelkę, z którą po chwili wyszedł pobie­gać. Prawdę mówiąc, pierw­szy raz w życiu tak porząd­nie się poprzty­ka­li­śmy, do cna mnie to wykoń­czyło. Wszystko, co powie­dział ostat­niego wie­czoru, kłębi mi się bez prze­rwy w gło­wie. Wciąż mnie prze­raża wyraz jego twa­rzy pod­czas naszego star­cia, tak pełen żalu i nie­wy­po­wie­dzia­nych pre­ten­sji. Nawet praca przy dzi­siej­szych wypie­kach (tort z dino­zau­rem dla czte­ro­latka i dwa kolejne z oka­zji rubi­no­wej rocz­nicy ślubu) ani tro­chę nie uko­iła mi ner­wów, wciąż czuję napię­cie w bar­kach.

Mimo mętliku w gło­wie posta­no­wi­łam jed­nak wyjść z domu, spo­tkać się z dziew­czy­nami i wbrew wszyst­kiemu świet­nie się bawić. Kiedy wcho­dzimy z Jo i Faye do Gra­pes, widzimy przy poły­skli­wym drew­nia­nym barze mło­dych męż­czyzn, sie­dzą­cych w kilku grup­kach, popi­ja­ją­cych piwo z bute­lek. Nie­któ­rzy spo­glą­dają w naszą stronę. Łapię wzrok blon­dyna w obci­słych czar­nych dżin­sach i jasno­nie­bie­skiej dżin­so­wej koszuli. Uśmie­cha się do mnie. Widzę, że jest mniej wię­cej w wieku Jake’a i nagle czuję się staro. Faye prze­py­cha się do baru i kilka minut póź­niej z tacą drin­ków zaj­mu­jemy miej­sca przy wol­nym sto­liku. Ja i Jo wola­ły­śmy wypić przed obia­dem mar­ga­ritę, a Faye wzięła swój zwy­cza­jowy kufel becz­ko­wego piwa. Upija teraz solidny łyk.

– Ach, jak­żeż mi tego bra­ko­wało! Mia­łam bar­dzo pra­co­wity tydzień. Nie­długo zakoń­cze­nie roku szkol­nego i wresz­cie waka­cje.

– Zasłu­ży­łaś sobie na odpo­czy­nek. Nie wszy­scy w tej szkole pra­cują z rów­nym zaan­ga­żo­wa­niem jak ty – mówię i upi­jam łyk mocno cytry­no­wego kok­tajlu.

Wiem, że to naj­praw­dziw­sza prawda. Faye ni­gdy nie wycho­dzi ze szkoły przed osiem­na­stą. Zostaje dłu­żej, by wybrać książki i zapla­no­wać fajne lek­cje na następny dzień. Jej sala wygląda jak cza­ro­dziej­ski świat dzie­cię­cej kre­atyw­no­ści, na każ­dym wol­nym skrawku ścian wiszą naj­lep­sze prace uczniów. Dzie­ciaki ją uwiel­biają.

– A może wobec tego jakieś szkolne plo­teczki? – pod­py­tuje Jo, niska, nie­zwy­kle ener­giczna kobietka o dłu­gich, lśnią­cych brą­zo­wych wło­sach, które zwią­zuje w kok, kiedy wypro­wa­dza psy.

– Nic się nie dzieje. Och, no może prócz tego, że pan Ostry i panna Bal mają romans.

– Nie­zła imprezka z tego wyj­dzie! – Szcze­rzę zęby w uśmie­chu. – Ale chwila. Prze­cież oboje są sin­glami, to co to za romans? Chyba oboje są wolni, z tego co wiem?

– To prawda, ale z upodo­ba­niem pró­bują się kryć przed wzro­kiem innych po szkol­nych schow­kach i zaka­mar­kach. Może pod­nieca ich fakt, że mogliby zostać przy­ła­pani na gorą­cym uczynku? Jeśli nie, to może po pro­stu nie dają rady trzy­mać rąk z dala od sie­bie do czasu powrotu do domu?

Ach, te pierw­sze porywy miło­ści! – wzdy­cham. Wra­cam myślami do lata tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tego ósmego roku we Fran­cji, kiedy z André zacho­wy­wa­li­śmy się dokład­nie tak samo. Przy­po­mi­nam sobie tę naglącą potrzebę cało­wa­nia się co chwila, cią­głego doty­ka­nia się i trzy­ma­nia za ręce. W zatło­czo­nych miej­scach wciąż szu­ka­li­śmy się wzro­kiem, pra­gnąc ze wszyst­kich sił zna­leźć się razem w cał­ko­wi­tym odosob­nie­niu. Według każ­dego, kto to prze­żywa, jest to uczu­cie tak mocne, że z pew­no­ścią trwać będzie wiecz­nie.

– Mia­łam zaję­cia poza­lek­cyjne z klu­bem tenisa sto­ło­wego i przy­go­to­wa­łam za mało piłe­czek – kon­ty­nu­uje swoją opo­wieść Faye. – Kiedy weszłam z impe­tem do schowka przy sali gim­na­stycz­nej, do głowy mi nie przy­szło, że natknę się na cał­ko­wi­cie odmienny zestaw piłe­czek. – Wybu­cha grom­kim śmie­chem i upija kolejny duży łyk piwa.

Opo­wia­damy sobie nawza­jem, co się zda­rzyło w ciągu minio­nego tygo­dnia. Śmie­jemy się, gdy Jo przy­ta­cza histo­ryjkę o jed­nym z psów, który pocią­gnął ją na smy­czy i zała­twił się wprost na schody przed wej­ściem do jakie­goś domu dokład­nie w chwili, gdy jego miesz­ka­niec wycho­dził na zewnątrz.

– Szar­pa­łam za smycz ile sił, ale tra­fiło na naj­więk­szego ze wszyst­kich, doga nie­miec­kiego Harolda, a to ozna­czało ni mniej, ni wię­cej, tylko naj­więk­sze moż­liwe kup­sko. Facet, który wycho­dził z domu, oka­zał się bar­dzo sym­pa­tyczny.

Ledwo łapię oddech ze śmie­chu. To dla­tego musia­łam wyjść dzi­siaj z domu. Opo­wia­dam przy­ja­ciół­kom o zamó­wie­niach z tego tygo­dnia, nie pomi­ja­jąc tortu w kształ­cie kom­pak­to­wego kibelka, co nie wydaje mi się nawet w poło­wie tak zabawne jak ich histo­ryjki. Decy­duję się nie mówić im jesz­cze o pery­pe­tiach z synem. Muszę to jesz­cze sama prze­my­śleć. Dziś nie chcę o tym roz­ma­wiać.

– Dobra, dziew­czyny! Gotowe? – pyta Faye i osu­sza kufel do dna.

Kiedy wycho­dzimy, blon­das sie­dzący przy barze odwraca się i posyła mi kolejny uśmiech. Może przy­po­mi­nam mu jego matkę?

*

Restau­ra­cja Le Boule­vard ma jaskra­wo­czer­wone ściany przy­ozdo­bione foto­gra­fiami przed­sta­wia­ją­cymi Moulin Rouge oraz inne widoki Paryża. Na bla­tach sto­łów z suro­wego drewna stoją grube, czer­wone świece. Kin­kiety z kutego żelaza dają przy­jemne, roz­pro­szone świa­tło.

Już od wej­ścia moje noz­drza ata­kuje uno­sząca się w powie­trzu woń czosnku.

– Bon­jour, moje panie, ça va? – wita nas Eric, przy­stojny kel­ner o oliw­ko­wej skó­rze i prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niu zie­lo­nych oczu.

– Ça va bien, merci, et tu?

– Très bien. Pro­szę za mną. – Eric pro­wa­dzi nas do sto­lika przy oknie, z któ­rego roz­ta­cza się widok na zatło­czony chod­nik Lord Street. Grupki zna­jo­mych, dys­ku­tu­jąc z oży­wie­niem, podą­żają na wie­czorne imprezy, pary zako­cha­nych, uśmiech­nię­tych od ucha, do ucha mijają nas, trzy­ma­jąc się za ręce.

– A co zamie­rza pora­biać dzi­siaj Jake? – rzuca mimo­cho­dem Jo, prze­glą­da­jąc menu.

– Jeśli nie zmie­niły mu się plany od naszej ostat­niej roz­mowy w tym tygo­dniu, zamie­rza się spo­tkać z paczką sta­rych zna­jo­mych. Myślę, że obej­rzą jakiś film, a potem pójdą coś zjeść.

– Czy przy­pro­wa­dził już jakąś dziew­czynę do domu, żeby ci ją przed­sta­wić?

– Nie. Wiem, że na uni­wer­sy­te­cie miał zaprzy­jaź­nioną grupkę mło­dzieży, w któ­rych gro­nie spę­dzał wolny czas, ale nie wspo­mi­nał o nikim szcze­gól­nym. Prze­sta­łam się dopy­ty­wać o dziew­czynę, kiedy mi oświad­czył, że dowiem się pierw­sza, jeśli pojawi się jakaś na serio.

Zbliża się Eric z napo­jami. Faye była lekko roz­cza­ro­wana, że nie mają tu piwa z beczki, i zde­cy­do­wała się na fran­cu­skie butel­ko­wane. My z Jo zamó­wi­ły­śmy butelkę wina char­don­nay i teraz skła­damy zamó­wie­nia na posi­łek.

– Och! A ja popro­szę do tego duży kie­li­szek brandy – mówi Faye do kel­nera i z trza­skiem zamyka menu z ofertą napo­jów alko­ho­lo­wych.

– A, tak szcze­rze… Jake wczo­raj spy­tał mnie o swo­jego ojca – wyrywa mi się bez­wied­nie, choć zarze­ka­łam się, że sło­wem o tym nie wspo­mnę.

Upi­jam łyk orzeź­wia­ją­cego, dobrze schło­dzo­nego wina.

– O! Coś takiego! No cóż, nale­żało się tego spo­dzie­wać, jak sądzę – mówi Jo łagod­nym tonem. – Wie­dzia­łaś o tym.

– Wie­dzia­łam, ale się oka­zało, że wciąż nie jestem na to gotowa. Głu­pio wyszło, bio­rąc pod uwagę, że mia­łam dwa­dzie­ścia lat do prze­my­śleń. Czas zle­ciał tak szybko. – Upi­jam kolejny solidny łyk wina.

– Nie­moż­liwe! – Faye wygląda, jakby nie dowie­rzała wła­snym uszom. – Ale jak to? Spy­tał ot tak, ni z tego, ni z owego?

– Mhm. Wydaje mi się jed­nak, że musiał myśleć o tym od dłuż­szego czasu. I tak się dzi­wię, że do tej pory nie pytał. Zbyt długo się sta­ra­łam cho­wać głowę w pia­sek. Posprze­cza­li­śmy się nawet.

– Co kon­kret­nie powie­dział? – pyta zanie­po­ko­jona.

– W ogól­nym zary­sie, że powin­nam się była bar­dziej posta­rać. Coś w tym rodzaju. Zarzu­cił mi, że chcia­łam go mieć tylko dla sie­bie, mając nadzieję, że straci naj­mniej­szy cień nadziei na odna­le­zie­nie ojca.

– Och, ale ci poje­chał! Na pewno dobrze się czu­jesz?

– Na pewno. Nic mi nie będzie. Pomy­ślę o tym jutro. Dzi­siaj chcia­ła­bym spró­bo­wać dobrze się bawić w waszym towa­rzy­stwie, jeśli nie macie nic prze­ciwko.

– Ja abso­lut­nie nie – mówi Jo. – Powiedz, co u rodzi­ców? Wciąż są zajęci roz­jeż­dża­niem dróg całego ziem­skiego globu?

– Tak wła­śnie jest. Mówię wam, wstą­piło w nich nowe życie. Oka­zało się, że tata w głębi duszy był od zawsze praw­dzi­wym poszu­ki­wa­czem przy­gód. Wkrótce mają zamiar wyru­szyć do Hisz­pa­nii.

– Może zawsze o tym marzył i tylko cze­kał, aż skoń­czy pra­co­wać? Nie­któ­rzy ludzie lubią wyraź­nie roz­dzie­lać pewne okresy w swoim życiu, nie sądzi­cie?

– Może i masz rację, ale cza­sem lepiej zacząć dzia­łać tu i teraz. Wyko­rzy­sty­wać week­endy. Nie każ­demu jest dane dożyć pode­szłego wieku.

– Racja – przy­ta­kuje Jo. – Moja sąsiadka, miesz­ka­jąca pię­tro niżej, która pra­co­wała jako urzęd­niczka pań­stwowa, kiedy prze­szła na eme­ry­turę, zapi­sała się na kurs salsy oraz dołą­czyła do lokal­nego kółka glob­tro­te­rów. Poznała tam swego obec­nego męża, sły­sza­łam, że ostat­nio kupili dom na waka­cje we Fran­cji.

– Czy twoja ciotka wciąż mieszka na Lazu­ro­wym Wybrzeżu? – pyta Faye.

– Tak. To sio­stra mojej mamy, cio­cia Gen. Powin­nam koniecz­nie upo­rząd­ko­wać swoje sprawy i ją odwie­dzić. Moja asy­stentka Sam jest już gotowa do prze­ję­cia więk­szo­ści obo­wiąz­ków w fir­mie. Gdy­bym zna­la­zła się tam na miej­scu, może uda­łoby mi się pogrze­bać nieco w prze­szło­ści i odna­leźć miej­sce pobytu André. Wła­ści­wie, skoro let­nie waka­cje tuż tuż, może chcia­ła­byś poje­chać razem ze mną, Faye? Ty, Jo, oczy­wi­ście też, o ile dosta­ła­byś urlop.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki