Modern Romance. Miłość w czasach Internetu - Aziz Ansari - ebook
Opis

Aziz Ansari, jeden z najbardziej znanych amerykańskich komików stand-upowych, z właściwym sobie poczuciem humoru napisał przezabawną książkę o randkowaniu w erze smartfonów i portali społecznościowych. Tezy poparł jednak badaniami, których nie powstydziłaby się niejedna książka naukowa!

 

Książka została oparta na ogromnym projekcie badawczym przygotowanym przez Ansariego i profesora socjologii z Uniwersytetu Nowojorskiego Erika Klinenberga – setkach wywiadów oraz badań fokusowych przeprowadzonych w ciągu dwóch lat na całym świecie, od Tokio przez Paryż aż po Buenos Aires. Cel był konkretny, skoncentrowany wokół pytania: czy technologia i nieograniczone możliwości wyboru partnera rzeczywiście ułatwiają nam znalezienie drugiej połówki?

 

Na to i wiele innych pytań czytelnik znajdzie odpowiedzi w książce. Aziz nie ocenia, ukazuje różne aspekty relacji męsko-damskich (tych dotyczy książka) w sieci, czasem prześmiewczo, a czasem poważnie dzieli się swoimi rozważaniami. Pisze o sekstingu, zdradzaniu, szpiegowaniu i zrywaniu, cytuje najgorsze SMS-y ever, sprawdza, jak to robią w Buenos Aires, a jak w Tokio. Zabiera czytelnika w zaskakującą podróż po świecie współczesnych związków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: Modern Romance

Przekład: Kaja Wiszniewska-Mazgiel

Redaktor prowadzący: Justyna Zyśk

Redakcja językowa: Anna Herzog-Grzybowska

Korekta: Justyna Zyśk

Redakcja techniczna: Dawid Żabiński

Projekt i wykonanie okładki: Sandra Dudek

Zdjęcie wykorzystane na okładce: © luckinout

Copyright © 2015 by Modern Romantics Corporation

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Penguin Press, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Józef Częścik, 2016

Redakcja i Biuro Handlowe: 80-172 Gdańsk, ul. Morenowa 109 tel. 58 348 09 50, 58 348 09 51 fax 58 526 96 26 e-mail: harmonia@harmonia.edu.pl

Wydawnictwo Józef Częścik należy do Grupy Wydawniczej Harmonia, którą tworzą trzy wydawnictwa: Wydawnictwo Harmonia, Harmonia Universalis i Wydawnictwo Józef Częścik.

Szczegółowe informacje o naszych publikacjach:

www.harmonia.edu.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zarówno cała publikacja, jak i jakakolwiek jej część nie może być przedrukowywana ani reprodukowana – mechanicznie, elektronicznie lub w jakikolwiek inny sposób, z kserokopiowaniem i odtwarzaniem w środkach masowego przekazu włącznie – bez pisemnej zgody Wydawnictwa Harmonia.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

ISBN 978-83-63788-09-4

Gdańsk 2016 – Wydanie I

WPROWADZENIE

O, KURDE! Dzięki, że kupiliście moją książkę. Teraz wasza kasa jest MOJA. Ale naprawdę ciężko na to pracowałem i myślę, że wam się spodoba.

Przede wszystkim kilka słów o tym przedsięwzięciu. Gdy odnosisz sukcesy jako artysta stand-upowy, szybko proponują ci napisanie książki humorystycznej. W przeszłości zawsze odrzucałem te oferty, bo uważałem, że w stand-upie odnajduję się najlepiej. Myślałem, że książka nie będzie tak zabawna jak to, co przedstawiam na scenie.

A jednak zdecydowałem się napisać książkę o współczesnych związkach. Dlaczego? Kilka lat temu w moim życiu była pewna dziewczyna – nazwijmy ją Tanya – z którą przeżyłem małą przygodę pewnej nocy w L.A. Byliśmy na przyjęciu urodzinowym, a kiedy impreza zaczęła dogorywać, Tanya zaproponowała, że podrzuci mnie do domu. Rozmawialiśmy i trochę flirtowaliśmy przez cały wieczór, więc zaprosiłem ją do siebie na drinka.

W tamtym czasie podnajmowałem całkiem niezłą chatę na Wzgórzach Hollywood. Przypominała trochę dom De Niro w filmie Gorączka, ale była nieco bardziej w moim stylu niż w stylu zawodowego złodzieja samochodów pancernych.

Zrobiłem dobre drinki, po czym zaczęliśmy na zmianę puszczać płyty, śmiejąc się i gawędząc. W końcu zaczęliśmy się całować – to było naprawdę super. Pamiętam mój głupi pija­cki tekst, kiedy wychodziła, coś w stylu: „Tanya, jesteś bardzo czarującą młodą damą...”, na co ona odparła: „Aziz, też jesteś czarującym młodym człowiekiem”. Nasze spotkanie zdawało się zatem bardzo obiecujące, wszak oboje doszliśmy do tej samej konkluzji: byliśmy czarującymi ludźmi.

Chciałem znowu zobaczyć się z Tanyą, musiałem więc zmierzyć się z prostą łamigłówką, która trapi nas wszystkich: jak i kiedy odezwać się do niej?

Zadzwonić? Wysłać SMS-a? Napisać na Facebooku? Puścić sygnał dymny? Jak to się w ogóle robi? Czy podpalę przy tym mój wynajęty dom? Jak bardzo będę zażenowany, mówiąc właści­cielowi, aktorowi Jamesowi Earlowi Jonesowi, że spaliłem mu dom podczas próby wysłania sygnału dymnego?

O nie, właśnie zdradziłem, czyją wyczesaną chatę wynajmowałem: samego Króla Jaffe Joffera, głosu Dartha Vadera, legendy kina – Jamesa Earla Jonesa.

Ostatecznie postanowiłem napisać SMS-a, bo wyglądała mi na esemesoholiczkę. Odczekałem kilka dni, żeby nie wyjść na nadgorliwca. Dowiedziałem się, że kapela Beach House, której słuchaliśmy tego wieczoru, gdy się całowaliśmy, będzie w tym tygodniu w L.A., więc zagranie wydawało się idealne.

Oto treść mojego SMS-a:

Miłe, ale stanowcze pytanie, z dodatkiem prywatnego żarciku (na imprezie Tanya śpiewała The Motto Drake’a i, co imponujące, znała prawie cały tekst).

Byłem całkiem pewny siebie. Nie, że zakochałem się w Tanyi po uszy, ale wydawała się bardzo fajna i miałem wrażenie, że dobrze się rozumiemy.

Czekając na odpowiedź, zacząłem wyobrażać sobie nasz hipotetyczny związek. Może w przyszły weekend pójdziemy obejrzeć film wyświetlany na świeżym powietrzu na Hollywood Forever Cemetery? Może w tygodniu ugotowałbym dla Tanyi obiad, przy okazji mógłbym wypróbować ten przepis na kurczaka spod cegły, który od dawna chciałem przetestować? Czy Tanya i ja tej jesieni pojedziemy na wakacje do Ojai? Kto wie, jak będzie wyglądać nasza przyszłość? Na pewno będzie super!

Minęło kilka minut i status mojej wiadomości zmienił się na „odczytana”.

Moje serce stanęło.

To była chwila prawdy.

Przygotowałem się na to, co nadejdzie, i zobaczyłem, że pojawiły się te iPhone’owe kropki. Te, które wabiąco informują o tym, że ktoś właśnie pisze wiadomość – smartfonowy odpowiednik powolnej jazdy na szczyt rollercoastera. Ale nagle, po kilku sekundach – zniknęły. Żadnej reakcji ze strony Tanyi.

Hmmm… Co się stało?

Mija kilka minut i…

Nic.

Nie ma sprawy, prawdopodobnie właśnie obmyśla swoją idealnie dowcipną odpowiedź. Zrobiła szkic, stwierdziła, że jest słaby, i postanowiła, że wróci do tego później. Rozumiem. Pewnie też nie chciała wydać się zbyt chętna i od razu odpisywać – no nie?

Mija kwadrans… Nic.

Moja pewność siebie powoli się ulatnia i przechodzi w zwątpienie.

Godzina… Nic.

Dwie godziny… Nic.

Trzy godziny… Nic.

Zaczynam trochę panikować. Wczytuję się w swoją wiadomość. Przed chwilą taki pewny siebie, teraz we wszystko powątpiewam.

Ale jestem głupi! Powinienem był napisać „hej” przez dwa e, a nie jedno! Zadałem za dużo pytań. Co ja do cholery myślałem? O, świetnie, kolejne pytanie. Aziz, O CO CI CHODZI Z TYMI PYTANIAMI?

Wysilam mózg, żeby rozgryźć, o co chodzi, ale staram się zachować spokój.

OK, może ma dużo pracy. Nic takiego.

Na pewno odpisze, jak tylko będzie mogła. Przecież coś zaiskrzyło między nami, prawda?

Mija pieprzony dzień.

CAŁY DZIEŃ!

Moje myśli zaczynają szaleć.

Co się stało?! Wiem, że przeczytała to, co napisałem!

Czy telefon Tanyi wpadł do rzeki/prasy na odpady/wulkanu? Czy Tanya wpadła do rzeki/prasy na odpady/wulkanu? O nie, Tanya umarła, a ja jak ten samolub martwię się o naszą randkę. Jestem złym człowiekiem.

Podzieliłem się moimi rozterkami z przyjacielem.

„Oj, stary, daj spokój, wszystko dobrze. Odpisze. Pewnie po prostu jest zajęta” – optymistycznie oznajmił.

Przeglądam portale społecznościowe. Widzę, że jest dostępna na facebookowym czacie. Czy powinienem napisać? Nie! Nie rób tego, Aziz. Wyluzuj. Wyluzuj…

Później sprawdzam Instagram. Tanya, prawdziwy żartowniś, wrzuca jakieś zdjęcie jelenia. Odpisać nie ma czasu, ale przesłać zdjęcie jelenia, którego widziała na wycieczce, to może?

Jestem w rozpaczy, ale doznaję olśnienia, jakie miewa każdy idiota w takiej sytuacji.

MOŻE NIE DOSTAŁA MOJEJ WIADOMOŚCI!

Tak, na pewno właśnie to się stało, prawda? Miała jakieś zakłócenia w telefonie. No jasne.

Zaczynam myśleć nad drugą wiadomością, ale waham się, ponieważ nigdy nie słyszałem, by komukolwiek z moich znajomych przydarzyła się taka sytuacja:

„Hej, Alan. Napisałem Ci, żebyś wpadł na obiad, ale cały dzień nie odpisywałeś. Co się stało?”

„Kurczę! Nic nie dostałem. Jakieś zakłócenia. Przepraszam, chodźmy na obiad jutro”.

Wracając do Tanyi. W tym momencie minęły już ponad 24 godziny. Jest środa. Dzisiaj koncert. Przynajmniej powinna była odmówić, żebym mógł zaprosić na koncert kogoś innego, no nie? Żeby nawet nie odpisać i nie powiedzieć „nie” – czemu tego nie zrobiła? Dlaczego, Tanya, dlaczego? Zaczynam wariować od myślenia o tym. Jak ona może być tak strasznie podła? Nie jestem jakimś tam frajerem. Znamy się przecież od lat.

Wciąż rozważałem, czy napisać cokolwiek, ale czułem, że wyszedłbym na desperata, więc zaakceptowałem jej brak zainteresowania. Powiedziałem sobie, że i tak nie chciałbym umawiać się z kimś, kto tak traktuje ludzi, co było po części prawdą, nie zmieniało jednak faktu, że nadal byłem zdołowany i urażony.

Wtedy uświadomiłem sobie coś interesującego.

Szał, w który popadałem, nie miałby racji bytu dwadzieścia czy choćby dziesięć lat temu. Oto ja, maniakalnie sprawdzający telefon co kilka minut, przeżywający tornado paniki, bólu i złości, tylko dlatego, że ta osoba nie napisała mi głupiej krótkiej wiadomości na głupim małym telefonie.

Byłem bardzo przygnębiony, ale czy Tanya naprawdę zrobiła coś aż tak niestosownego czy złośliwego? Nie, po prostu nie odpisała na wiadomość, żeby uniknąć niezręcznej sytuacji. Pewnie zrobiłbym to samo w stosunku do kogoś innego i w ogóle nie zdawałbym sobie sprawy, jak podobną rozpacz przypuszczalnie wzbudziłem.

W końcu nie poszedłem na koncert tego wieczoru. Zamiast tego wybrałem się do klubu komediowego i zacząłem opowiadać o paskudnej frustracji, zwątpieniu w samego siebie i wściekłości, które całe to „milczenie” wywołało gdzieś w czeluściach mojego „ja”. Zostałem nagrodzony śmiechem, ale nie tylko – czułem, jak gdybym porozumiał się z publicznością na znacznie głębszym poziomie.

Wiedziałem, że każdy na widowni miał swoją własną Tanyę w telefonie w jakimś momencie życia i osobiste problemy i rozterki z tym związane. Każdy z nas siedzi samotnie, wpatrując się w czarny ekran, targany przez całą gamę emocji. Ale w pewien przedziwny sposób robimy to razem i powinno być dla nas pocieszające to, że nikt nie ma pojęcia, co właściwie się dzieje.

Zafascynowały mnie kwestie „jak” i „dlaczego” tylu z nas jest obecnie zakłopotanych wobec wyzwania, któremu ludziom od zawsze udawało się sprostać, i to całkiem efektywnie – chodzi o znajdowanie miłości. Zacząłem wypytywać znajomych, czy znają jakąś książkę, która opisuje mnogość przeszkód, jakie napotyka człowiek poszukający miłości w dzisiejszym świecie. Tu i ówdzie natrafiłem na ciekawe artykuły, ale nigdzie nie mogłem znaleźć obszernego, dogłębnego opracowania socjologicznego, o jakie mi chodziło. Taka książka po prostu nie istniała, zdecydowałem więc, że sam spróbuję ją napisać.

Kiedy zaczynałem ten projekt, założyłem, że wielkie zmiany we współczesnym życiu miłosnym były oczywiste ze względu na rozwój technologii takich jak smartfony, do tego powstanie portali randkowych i mediów społecznościowych. Jednak w miarę zgłębiania tematu zdałem sobie sprawę, że przyczyn tych przemian nie można wyjaśnić jedynie dynamicznym rozwojem technologii – kryje się za tym o wiele więcej. W bardzo krótkim czasie cała kultura poszukiwania miłości i partnera diametralnie się zmieniła. Sto lat temu ludzie znajdywali sobie kogoś przyzwoitego w swojej okolicy. Następnie rodziny się spotykały, a kiedy upewniono się, że żadna ze stron nie wygląda na mordercę, młodzi pobierali się i wkrótce mieli dziecko, a to wszystko jeszcze przed ukończeniem 22. roku życia. Dzisiaj ludzie spędzają lata na poszukiwaniu idealnej osoby, swojej bratniej duszy. Wykorzystujemy przy tym inne narzędzia, ale to, co naprawdę się zmieniło, to nasze pragnienia i – co jeszcze bardziej zaskakujące – prawdziwy cel szukania sam w sobie.

Im więcej myślałem o tych zmianach, tym bardziej czułem, że muszę napisać tę książkę. Ale wiedziałem też, że ja, komik-klaun, Aziz Ansari, najprawdopodobniej sam nie poradzę sobie z tematem, postanowiłem więc zwrócić się do bardzo mądrych ludzi, którzy mogliby mnie pokierować. Zaprosiłem do zespołu socjologa Erika Klinenberga i wspólnie przygotowaliśmy potężny projekt badawczy, który zakładał prowadzenie badań przez ponad rok na całym świecie i włączał do prac czołowych ekspertów w zakresie życia miłosnego i związków.

Zanim zaczniemy, chciałbym opowiedzieć wam o naszym projekcie, tak żebyście wiedzieli, co zrobiliśmy, a czego nie. Głównym źródłem informacji wykorzystanych w tej książce są badania, które przeprowadziliśmy z Erikiem w 2013 i 2014 roku. Przebadaliśmy grupy fokusowe i odbyliśmy rozmowy z setkami ludzi w Nowym Jorku, Los Angeles, Wichita, Monroe (w stanie Nowy Jork), Buenos Aires, Tokio, Paryżu i Doha. Nie były to zwykłe wywiady. Po pierwsze zgromadziliśmy zróżnicowane grupy ludzi, po czym rozmawialiśmy z nimi o niezwykle intymnych szczegółach ich życia miłosnego. Po drugie, co jeszcze bardziej intrygujące, wielu uczestników badań wyraziło chęć podzielenia się z nami informacjami ze swoich telefonów, dzięki czemu mogliśmy śledzić ich interakcje poprzez SMS-y, e-maile, profile na portalach randkowych i aplikacje mobilne takie jak Tinder. Te dane były rewelacyjne, ponieważ umożliwiły nam obserwowanie tego, jak rozgrywały się autentyczne towarzyskie relacje, a nie tylko słuchanie historii o tym, co ludzie zapamiętali. Ponieważ badani dzielili się z nami wieloma osobistymi informacjami, obiecaliśmy im anonimowość. Wszystkie historie zostały więc opublikowane pod pseudonimami, co jest powszechną praktyką stosowaną w jakościowych badaniach w naukach społecznych.

By poszerzyć zakres naszego badania o więcej niż wyżej wymienione miasta, stworzyliśmy subreddit – niszowe forum Modern Romantics [Współcześni romantycy] na portalu Reddit – dzięki czemu mogliśmy zadawać pytania i w gruncie rzeczy prowadzić ogromną internetową grupę fokusową, otrzymując tysiące odpowiedzi z całego świata. (W tym miejscu pragnę bardzo podziękować wszystkim, którzy wzięli udział w tych sesjach, ponieważ bez was ta książka by nie powstała). A więc kiedy w książce pada słowo „subreddit”, to mowa jest właśnie o tym.

Spędziliśmy również dużo czasu na przeprowadzaniu wywiadów z niezwykle inteligentnymi ludźmi, włączając w to wybitnych socjologów, antropologów, psychologów i dziennikarzy, którzy w swojej pracy zajmowali się studiowaniem współczesnych związków – wszyscy oni poświęcili nam bardzo dużo uwagi. Oto lista, która – obawiam się – nie będzie pełna: danah boyd z Microsoftu, Andrew Cherlin z Uniwersytetu Johna Hopkinsa, Stephanie Coontz z Evergreen State College, Pamela Druckerman z „New York Timesa”, Kumiko Endo z The New School, która asystowała również przy badaniach w Tokio, Eli Finkel z Northwestern University, Helen Fisher z Rutgers University, Jonathan Haidt z Uniwersytetu Nowojorskiego, Sheena Iyengar z Columbia University, Dan Savage, Clay Shirky z Uniwersytetu Nowojorskiego, Sherry Turkle z Instytutu Technologicznego w Massachusetts oraz Robb Willer ze Stanford, który pomógł nam też przygotować część pytań i przeanalizować zebrane przez nas informacje.

Poza przeprowadzeniem wywiadów zdobyliśmy również dostęp do rewelacyjnych danych ilościowych, które obszernie cytowaliśmy w książce. Przez ostatnie pięć lat portal Match.com sponsorował największy sondaż wśród amerykańskich singli – ogólnokrajowej reprezentacyjnej grupy ludzi, których zapytano o przeróżne zachowania i preferencje. Match hojnie podzielił się z nami swoimi odkryciami, my natomiast w zamian dzielimy się z wami naszą analizą. Skorzystaliśmy też z dobrej woli Christiana Ruddera i portalu OkCupid, którzy zdobyli istną skarbnicę wiedzy na temat zachowań użytkowników swojego serwisu. Informacje te były niezwykle przydatne, ponieważ pozwoliły nam odróżnić to, o czym ludzie mówią, że pragną, od tego, co naprawdę robią.

Kolejne wspaniałe źródło danych zapewnił nam Michael Rosenfeld z Uniwersytetu Stanforda, udostępniając materiały ze swojego badania How Couples Meet and Stay Together [Jak pary poznają się i zostają razem], ogólnokrajowego sondażu reprezentacyjnego przeprowadzonego wśród 4002 dorosłych piśmiennych użytkowników języka angielskiego, z których trzy czwarte posiadało małżonka lub partnera. Rosenfeld, tak jak i inny badacz, Jonathan Haidt z Uniwersytetu Nowojorskiego, zezwolił nam na zamieszczenie opracowanych przez siebie wykresów w naszej książce. Wielkie dzięki dla was obu.

Z pomocą tych wszystkich ludzi Erikowi i mnie udało się zbadać wiele kwestii związanych ze współczesnymi związkami, ale nie zgłębiliśmy wszystkiego. Zdecydowanie chcę wam powiedzieć, że książka ta dotyczy głównie związków heteroseksualnych. Już na początku zdaliśmy sobie z Erikiem sprawę, że jeżeli chcielibyśmy napisać o tym, jak wszystkie analizowane przez nas aspekty mają się w kontekście związków wśród osób LGBT, po prostu nie bylibyśmy w stanie przedstawić tematu w taki sposób, na jaki zasługuje, bez napisania osobnej książki. Wprawdzie poruszamy kilka problemów dotyczących miłości i związków wśród gejów i lesbijek, ale absolutnie nie wyczerpujemy tematu.

Poza tym chcę dodać, że większość przebadanych przez nas osób to ludzie z klasy średniej, tacy, którzy chodzili na studia i odkładali posiadanie dzieci do trzydziestki, i tacy, którzy dziś są w dość intensywnych i intymnych związkach ze swoimi drogimi smartfonami. Wiem, że miłość i związki działają na zupełnie różnych zasadach w środowiskach bogatych i biednych, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w innych krajach odwiedzonych przez nas podczas naszych badań. Ale jeszcze raz chciałbym to podkreślić – Eric i ja czuliśmy, że analiza wszystkich wariacji dotyczących grup społecznych mogłaby być zbyt przytłaczająca, więc nie uwzględniliśmy tego w książce.

OK, to właściwie wszystko, co musicie wiedzieć tak na wstępie. Ale zanim zaczniemy, chciałbym szczerze podziękować komuś jeszcze – wam, czytelnikom.

Mogliście kupić każdą inną książkę. Mogliście sięgnąć po Unruly: The Highs and Lows of Beacoming a Man [Która z ról: wzloty i upadki niesfornego chłopca, który staje się mężczyzną] Ja Rule’a. Mogliście wyjść ze sklepu z egzemplarzem Rich Dad, Poor Dad [Bogaty ojciec, biedny ojciec]. Mogliście nawet sprawić sobie Bogaty ja, biedny ja: Ja Rule’a poradnik rozsądnego zarządzania finansami. Mogliście kupić każdą z tych książek (i może nawet to zrobiliście!), oprócz tej ostatniej, której, mimo moich wielokrotnych próśb mailowych, Ja Rule wciąż nie napisał.

Ale kupiliście też moją. I za to wam dziękuję.

A teraz zacznijmy naszą podróż po świecie… współczesnych związków!

ROZDZIAŁ PIERWSZY

POSZUKIWANIE BRATNIEJ DUSZY

Wiele frustracji, jakich doświadczają dzisiejsi single, jest charakterystycznych dla naszych czasów i współczesnej technologii: brak odpowiedzi na SMS-a; męczenie się nad wyborem ulubionego filmu, który trzeba wpisać na internetowym profilu randkowym; zastanawianie się, czy teleportacja bukietu róż do tej dziewczyny, z którą wczoraj jadłeś kolację, jest dobrym pomysłem. (SŁABO WIDZĘ ROZWIKŁANIE PROBLEMU TELEPORTACJI, ZANIM KSIĄŻKA UKAŻE SIĘ W CZERWCU 2015 ROKU, JAK USŁYSZAŁEM OD MOICH DORADCÓW NAUKOWYCH. DO REDAKTORA: PROSZĘ USUNĄĆ FRAGMENT, JEŻELI ZAWIŁOŚCI TELEPORTACJI NIE ZOSTAŁY ROZWIĄZANE).

Takie oto dziwactwa stanowczo są nowością w świecie związków, ale podczas badań i wywiadów, które przeprowadzałem na potrzeby tej książki, odkryłem, że zmiany w życiu miłosnym zaszły o wiele głębiej i na o wiele większą skalę, niż zdawałem sobie z tego sprawę.

W tej chwili jestem jednym z milionów młodych ludzi, którzy są w podobnej sytuacji. Poznajemy innych, umawiamy się na randki, zaczynamy i kończymy związki, a wszystko to z nadzieją na znalezienie kogoś, kogo szczerze pokochamy i z kim nawiążemy głęboką więź. A może nawet zapragniemy wziąć ślub i założyć rodzinę.

Ta droga obecnie wydaje się dosyć zwyczajna, ale znacząco różni się od doświadczeń ludzi choćby sprzed dekady. A ściślej mówiąc, dzisiaj widzę, że wyobrażenia o ,,poszukiwaniu” i o ,,tej jedynej osobie” z czasem całkowicie się zmieniły. To zaś oznacza, że nasze oczekiwania co do etapu zalotów również uległy przemianie.

WYWIAD ZA PĄCZKA:

Z WIZYTĄ W NOWOJORSKICH DOMACH SPOKOJNEJ STAROŚCI

Skoro chciałem dowiedzieć się, jakie zmiany dokonały się na przestrzeni lat, wykombinowałem, że najpierw powinienem posłuchać o doświadczeniach żyjących jeszcze starszych pokoleń. To oznaczało rozmowę ze staruszkami.

Szczerze mówiąc, zdarza mi się idealizować przeszłość i choć doceniam wszystkie udogodnienia współczesności, niekiedy tęsknię za mniej skomplikowanymi czasami. Czy nie byłoby fajne życie singla w minionej epoce? Zabrałbym dziewczynę do kina samochodowego, poszlibyśmy na cheeseburgera i napój z proszku do taniej restauracji, a potem całowalibyśmy się pod gołym niebem w moim starym kabriolecie. Pewnie, w latach 50. nie byłoby to łatwe z uwagi na brązowy odcień mojej skóry oraz charakterystyczne dla tamtych czasów napięcia na tle rasowym, ale w mojej wyobraźni zgodność ras jest w pakiecie.

Tak więc by dowiedzieć się czegoś więcej o miłosnych relacjach w tamtych czasach, razem z Erikiem udaliśmy się do domu spokojnej starości na Lower East Side w Nowym Jorku w celu przeprowadzenia wywiadów z grupką emerytów.

Uzbroiliśmy się w wielkie pudło z pączkami z Dunkin’ Donuts i kawę, czyli w narzędzia, które – zdaniem personelu – nakłonią staruszków do rozmowy. I rzeczywiście, gdy do nosów seniorów dotarła woń pączków, szybko przysiedli się do nas i zaczęli odpowiadać na pytania.

Pewien 88-latek o imieniu Alfredo od razu zainteresował się pączkami. Po dziesięciu minutach rozmowy, podczas których udało mi się wyciągnąć z niego zaledwie informację o wieku i imieniu, spojrzał na mnie zdezorientowany, uniósł brudne od pączków ręce i odszedł.

Kilka dni później, kiedy ponownie odwiedziliśmy dom spokojnej starości, by przeprowadzić kolejne wywiady, Alfredo wrócił. Personel wyjaśnił nam, że Alfredo źle zrozumiał cel poprzedniego spotkania – myślał, że przyszliśmy porozmawiać o jego doświadczeniach wojennych – ale teraz był dobrze przygotowany, żeby odpowiadać na pytania o miłości i małżeństwie. Znowu całkiem szybko rozprawił się z pączkiem, a potem – szybciej, niż dałbyś radę zlizać z górnej wargi okruszki francuskiego pączka – Afredo zrobił „pa, pa”.

Mogę tylko mieć nadzieję, że na emeryturze będę miał podobnie genialne pomysły na pozyskiwanie darmowych pączków.

Na szczęście inni chętniej dzielili się z nami informacjami. Victoria, lat 68, dorastała w Nowym Jorku. Wzięła ślub jako 21-latka z mężczyzną mieszkającym piętro wyżej w tym samym apartamentowcu.

„Stałam przed moim budynkiem ze znajomymi, kiedy do mnie podszedł” – zdradziła nam Victoria. „Powiedział, że bardzo mu się podobam i zaprosił mnie na randkę. Nie odpowiedziałam. Zapytał jeszcze dwa czy trzy razy, zanim zgodziłam się z nim umówić”.

To była pierwsza randka Victorii. Byli w kinie, a później na obiedzie u jej mamy. Wkrótce sąsiad stał się jej chłopakiem, a po roku – mężem. Byli małżeństwem przez 48 lat.

Gdy Victoria po raz pierwszy opowiedziała mi swoją historię, zauważyłem w niej elementy charakterystyczne, jak sądziłem, dla tej grupy ludzi: wyszła za mąż bardzo młodo, jej rodzice niemal od razu poznali jej chłopaka i dosyć szybko zaczęła wieść małżeńskie życie.

Założyłem, że ślub z kimś, kto mieszkał w tym samym budynku, był zmienną raczej przypadkową.

Ale następna kobieta, z którą rozmawialiśmy, Sandra, lat 78, powiedziała nam, że wzięła ślub z facetem, który mieszkał naprzeciwko.

Stevie, lat 69, ożenił się z kobietą z końca korytarza.

Jose, lat 75, wziął ślub z dziewczyną z sąsiedniej ulicy.

Alfredo ożenił się z kimś z naprzeciwka (prawdopodobnie z córką właściciela lokalnego sklepu z pączkami).

To było niesamowite. W sumie 14 z przepytanych 36 seniorów poślubiło osobę mieszkającą bardzo blisko ich domu rodzinnego. Brali śluby z sąsiadami z domu obok, z tej samej dzielnicy albo nawet z tego samego budynku. Wydało mi się to dosyć dziwne.

„Hej” – powiedziałem. „Jesteście z Nowego Jorku. Czy pomyśleliście kiedyś: O, może poza moim budynkiem też istnieją jacyś ludzie? Po co się tak ograniczać? Nie lepiej poszerzać horyzonty?”

Na co oni wzruszali ramionami i mówili mi, że nie tak się wtedy sprawy miały.

Po zebraniu wywiadów zbadaliśmy, czy ten trend dotyczył większej grupy ludzi. W 1932 roku James Bossard, socjolog z Uniwersytetu Pensylwanii, zbadał pięć tysięcy zezwoleń na zawarcie małżeństwa złożonych przez mieszkańców Filadelfii. Wow: jedna trzecia par, które wzięły ślub, mieszkała w promieniu pięciu przecznic od siebie. Jedna szósta par mieszkała na tej samej przecznicy. Zdumiewające, że jedna ósma par przed ślubem mieszkała w tym samym budynku[1].

BLISKOŚĆ GEOGRAFICZNA WŚRÓD PARTNERÓW NA PODSTAWIE DANYCH 5 TYSIĘCY MAŁŻEŃSTW W FILADELFII W 1932 ROKU

Może ten trend lokalnych małżeństw utrzymywał się tylko w dużych miastach? Cóż, wielu socjologów w latach 30. i 40. zastanawiało się nad tym samym. Relację ze swoich badań zdawali w wiodących w tamtych czasach czasopismach poświęconych naukom społecznym. Tak, ich odkrycia bardzo przypominały ustalenia Bossarda w Filadelfii, z kilkoma wyjątkami.

Przykładowo, ludzie z mniejszych miast również brali śluby z sąsiadami, jeśli ci byli osiągalni. Jeżeli jednak sąsiedzi byli już zajęci, z powodu za małej puli ludzie poszerzali swoje horyzonty, ale tylko na tyle, na ile potrzebowali. Jak to ujął socjolog John Ellsworth Jr. z Uniwersytetu Yale po przestudiowaniu wzorców małżeństw w Simsbury w stanie Connecticut (populacja 3941 mieszkańców): „Ludzie posuną się tak daleko, jak tylko mogą, by znaleźć partnera, ale nie dalej”[2].

Dzisiaj oczywiście sprawy mają się zupełnie inaczej. Dowiedziałem się, że socjologowie w ogóle nie przeprowadzają już tego rodzaju badań na temat geografii małżeńskiej na poziomie miast. Ja sam nie jestem w stanie wymienić chociażby jednego znajomego, który wziął ślub z kimś z sąsiedztwa, i prawie nikogo, kto pobrał się z osobą ze swojego rodzinnego miasta. Większość moich znajomych wzięła ślub z ludźmi, których poznała po studiach, z osobami spotkanymi w zupełnie innej części kraju lub nawet świata.

Pomyślcie o miejscu, w którym dorastaliście, budynku czy waszej okolicy. Wyobrażacie sobie ślub z jednym z tych pajaców?

WSCHODZĄCA DOROSŁOŚĆ:

GDY DOROŚLI DORASTAJĄ

Jednym z powodów, dla których tak trudno jest nam wyobrazić sobie poślubienie kogoś, z kim się wychowywaliśmy, jest fakt, że w dzisiejszych czasach zawieramy związki małżeńskie o wiele później niż poprzednie pokolenia.

Wśród osób przepytywanych przeze mnie w domach spokojnej starości w Nowym Jorku średni wiek zawarcia małżeństwa wynosił około 20 lat u kobiet i 23 lat u mężczyzn.

Dziś średni wiek, w którym ludzie po raz pierwszy biorą ślub, oscyluje w granicach 27 lat wśród kobiet i 29 lat wśród mężczyzn, przy czym w dużych miastach, takich jak Nowy Jork czy Filadelfia, wynosi on 30 lat zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn.

Dlaczego wiek zawierania pierwszego małżeństwa podniósł się tak dramatycznie przez ostatnie kilkadziesiąt lat? Gdy młodzi ludzie brali ślub w latach 50., wydarzenie to było dla nich pierwszym krokiem w dorosłość. Dzisiaj małżeństwo traktuje się raczej jako późniejszy etap dorosłości. Większość 20-latków i 30-latków koncentruje się na innych sprawach – studiuje, rozpoczyna karierę i doświadcza dorosłości poza domem rodzinnym, zanim zdecyduje się na małżeństwo.

ŚREDNI WIEK ZAWIERANIA PIERWSZEGO MAŁŻEŃSTWA W STANACH ZJEDNOCZONYCH

Źródło: U.S. Census Bureau, Decennial Censuses, 1890 to 1940, and Current Population Survey, Annual Social and Economic Supplements, 1947 to 2014 [Cenzusy dziesięcioletnie, 1890–1940 oraz Bieżący sondaż populacji, Coroczne dodatki społeczne i ekonomiczne, 1947–2014].

W tym okresie życia zasadniczo nie chodzi o poszukiwanie partnera i znalezienie go. Są inne priorytety: zdobycie wykształcenia, podjęcie pracy na różnych stanowiskach, bycie w kilku związkach, o ile szczęście dopisze, rozwijanie się. Socjologowie wymyślili nawet nazwę określającą ten nowy etap życia: wschodząca dorosłość.

Wówczas również znacznie poszerzamy nasz zakres opcji związanych z miłością. Opuszczamy rodzinne strony, wyprowadzamy się do innych miast, latami poznajemy ludzi na studiach czy w pracy i – co zupełnie zmienia zasady gry – korzystamy z nieskończonej listy możliwości, jakie oferują nam portale randkowe i inne tego rodzaju technologie.

Okres wschodzącej dorosłości poza tym, że wywiera znaczący wpływ na instytucję małżeństwa, jest dla młodych ludzi fascynującym i radosnym czasem uniezależnienia się od rodziców, kiedy mogą korzystać z przywilejów dorosłego życia – zanim staną się mężami, żonami i założą rodziny.

Jeśli choć trochę przypominasz mnie, nie jesteś w stanie wyobrazić sobie poślubienia kogoś, zanim tego wszystkiego nie przeżyjesz. Jako 23-latek nie miałem zielonego pojęcia, kim będę, gdy dorosnę. Studiowałem biznes i biologię na Uniwersytecie Nowojorskim. Czy ożeniłbym się z jakąś dziewczyną z sąsiedztwa z Bennettsville w Karolinie Południowej, gdzie dorastałem? Cóż za tajemniczy „biznes biologiczny” właściwie próbowałem założyć? Nie miałem pojęcia. Byłem idiotą, z pewnością niegotowym na podejmowanie tak ważnych życiowych decyzji[3].

Seniorzy, z którymi rozmawialiśmy, po prostu nie znali tego etapu życia i wielu z nich zdawało się tego żałować. Dotyczyło to zwłaszcza kobiet, które nie miały szansy na zdobycie wyższego wykształcenia i rozpoczęcie kariery. Przed 1960 rokiem prawie w całych Stanach Zjednoczonych niezamężne kobiety nie mieszkały same, a rodziny często nie zgadzały się na wyprowadzki córek do wspólnych mieszkań dla „kobiet pracujących”. Do czasu zamążpójścia kobiety te były praktycznie zamknięte w domu, trzymane pod raczej rygorystycznym nadzorem dorosłych, bez przysługującej im podstawowej autonomii. Zawsze musiały informować rodziców o swoich planach czy miejscu przebywania. Nawet umawianie się na randki było mocno związane z rodzicielską kuratelą: rodzice musieli zaakceptować wybranka lub towarzyszyć córce podczas spotkania.

W pewnym momencie podczas rozmowy z uczestnikami grupy fokusowej zapytałem wprost starsze kobiety, czy wiele dziewczyn w ich wieku wychodziło za mąż tylko po to, by wydostać się z domu. Każda z nich potwierdziła. Dla kobiet tamtej epoki małżeństwo było najłatwiejszym sposobem na uzyskanie podstawowych wolności, jakie gwarantowała dorosłość.

Później jednak wcale nie było tak lekko. Większość kobiet szybko odkryła, że małżeństwo, mimo że uwalniało od rodziców, uzależniało je od męża, który traktował żonę według swojego uznania i ujarzmiał, obarczając obowiązkami domowymi i wychowywaniem dzieci. Ta sytuacja kobiet w ówczesnej epoce była określana mianem „problemu bez nazwy”, o czym pisała w tamtym okresie Betty Friedan w bestsellerze Mistyka kobiecości[4].

Gdy kobiety uzyskały dostęp do rynku pracy oraz zdobyły prawo do rozwodu, liczba rozwodów szybko poszła w górę. Kilka starszych pań, które spotkałem w naszych grupach fokusowych, zostawiło mężów u szczytu rewolucji rozwodowej. Panie przyznały się, że zawsze miały poczucie straty czegoś wyjątkowego i wspaniałego: życia młodej, niezależnej kobiety.

„Myślę, że ominął mnie pewien etap życia, ten, w którym wychodzi się ze znajomymi” – powiedziała nam smutno kobieta o imieniu Amelia. „Nigdy nie wychodziłam z przyjaciółmi. Ojciec mi na to nie pozwalał. Był aż tak surowy. Więc ja mówię moim wnuczkom: »Cieszcie się wolnością. Cieszcie się, a potem bierzcie ślub«”. Miejmy nadzieję, że te słowa nie zachęcą wnuczek Amelii do brania tony ecstasy i mówienia mamie: „Babcia kazała mi cieszyć się wolnością! Odczep się ode mnie!”.

Taki sentyment wyrażano bardzo często. Wszystkie kobiety, łącznie z tymi, które żyły w bardzo szczęśliwych małżeństwach, przyznały, że chciałyby, aby ich córki i wnuczki podeszły do małżeństwa inaczej niż one same. Pragnęły, by te młode dziewczyny spotykały się z wieloma mężczyznami i spróbowały różnego rodzaju związków, zanim znajdą męża. „Powiedziałam córce, żeby wyszła z domu, zdobyła wykształcenie, kupiła samochód, korzystała z wolności” – powiedziała nam Amelia. „A potem, na koniec, niech sobie kogoś wybierze”.

Nawet Victoria, która przez 48 lat była szczęśliwą żoną mężczyzny z piętra wyżej, zgodziła się z tym stwierdzeniem. Podkreśliła, że bardzo kocha męża, ale dała też do zrozumienia, że gdyby miała szansę, pewnie postąpiłaby inaczej.

„Mój mąż i ja dobrze się rozumiemy” – zdradziła nam. „Ale jesteśmy bardzo różni. Czasem się zastanawiam, czy gdybym wyszła za kogoś, kto ma takie same zainteresowania jak ja...” – zamilkła.

Może była zainteresowana pączkami i rozmyślała o życiu z Alfredo?

LUKSUS SZCZĘŚCIA:

OD MAŁŻEŃSTWA PARTNERSKIEGO DO MAŁŻEŃSTWA BRATNICH DUSZ

Zmianie wieku, w którym szuka się miłości i jest się gotowym na małżeństwo, towarzyszy zmiana kryteriów wyboru przyszłego małżonka. Wśród powodów randkowania, zaręczania się i brania ślubu z ich przyszłymi partnerami staruszkowie wymieniali: „wydawał się być dobrym chłopakiem”, „była miłą dziewczyną”, „miał dobrą pracę”, „miała pączki, a ja kocham pączki”[5].

Dzisiaj, gdy pytamy ludzi o powód, dla którego wzięli z kimś ślub, odpowiedzi są bardziej dramatyczne i związane z miłością. Słyszysz teksty w stylu: „jest moją drugą połówką”, „nie wyobrażam sobie życia bez niego u mego boku” albo „zawsze, jak dotykam jej włosów, strasznie mi staje”.

Na naszym subreddicie zapytaliśmy: „Jeżeli wzięliście ślub lub byliście w długoterminowym związku, skąd wiedzieliście, że dana osoba była (lub wciąż jest) dla was odpowiednia? Co wyróżniło tę osobę na tle innych?”. Odpowiedzi uderzająco różniły się od tego, co usłyszeliśmy od staruszków w domach spokojnej starości.

Wiele opowieści przedstawiało głęboką więź między dwojgiem ludzi, dzięki której czuli, że znaleźli kogoś niezwykłego, a nie tylko kogoś, z kim miło byłoby założyć rodzinę.

Jedna kobieta napisała:

Moment, w którym poczułam, że naprawdę zakochuję się w moim chłopaku, nastąpił, kiedy po cichutku zaśpiewałam piosenkę Whitney Houston „Greatest Love of All”, gdy razem się uczyliśmy, a wtedy on zaczął śpiewać ją na cały głos. I tak zaśpiewaliśmy całą piosenkę, śmiejąc się i tańcząc. Właśnie w takich chwilach, gdy czułam się wolna, zwariowana i kochana, wiedziałam, że on jest tym jedynym. Poza tym czułam, że odkąd jesteśmy razem, stałam się najlepszą wersją samej siebie. Motywowałam się, by próbować nowych rzeczy i wciąż się uczyć, mimo że nie byłam już w szkole. Sama zyskałam bardzo wiele, ale jego wsparcie robiło ogromną różnicę.

Inna kobieta napisała:

Sprawia, że się śmieję, a gdy tego nie robię, poświęca czas, by dociec, dlaczego tak jest. Dzięki niemu czuję się piękna i kochana, nawet gdy wydaje mi się, że jestem brzydka i odstraszam ludzi. Łączy nas również wiara, te same wartości, etyka pracy, miłość do filmów i muzyki oraz pragnienie podróżowania.

Inna z kolei:

Jest inny od reszty, ponieważ jest jedyny w swoim rodzaju. Na świecie nie ma nikogo takiego jak on. Zachwyca mnie i zadziwia każdego dnia. Dzięki znajomości z nim i jego miłości stałam się lepszą osobą. Jesteśmy razem już od pięciu lat i wciąż szaleję na jego punkcie. Jest moim najlepszym przyjacielem.

Wszyscy ci ludzie znaleźli kogoś naprawdę wyjątkowego. Z ich opisów wynikało, że gdy zdecydowali się rozpocząć z kimś związek, stawiali poprzeczkę o wiele wyżej niż seniorzy, którzy ustatkowali się zaledwie kilkadziesiąt lat temu.

Aby dowiedzieć się, dlaczego obecnie ludzie popadają w tak wielką egzaltację, mówiąc o tym, co zadecydowało o wyborze ich partnera, przeprowadziłem wywiad z Andrew Cherlinem, wybitnym socjologiem rodzinnym oraz autorem książki The Marriage-Go-Round [Karuzela małżeńska]. Jak wyjaśnił Cherlin, jeszcze 50 lat temu większości wystarczało tak zwane „małżeństwo partnerskie”. W tego rodzaju związku partnerzy mieli jasno określone role. Mężczyzna był głową rodziny i głównym żywicielem, podczas gdy kobieta nie pracowała, zajmowała się domem i dziećmi. Osiągnięcie satysfakcji w małżeństwie zależało od tego, jak dobrze wypełniano przydzielone role. Jeśli mężczyzna zarabiał na chleb, wiadomo było, że jest dobrym mężem. Jeżeli kobieta utrzymywała czystość w domu i urodziła 2,5 dziecka, była dobrą żoną. Małżonkowie być może darzyli się miłością, nie było to jednak uczucie w stylu „zawsze, gdy widzę jego wąsy, mam motylki w brzuchu”.

Nie brano ślubów dlatego, że było się szaleńczo zakochanym: celem ślubu było założenie rodziny. Mimo że niektórzy mówili, że pobrali się z miłości, presja rozpoczęcia dorosłego życia i założenia rodziny była tak ogromna, że nie każdy związek był związkiem bratnich dusz, a zamiast tego mieliśmy „małżeństwa wystarczająco dobre”.

Czekanie na prawdziwą miłość było luksusem, na który wiele osób, a w szczególności kobiety, nie mogło sobie pozwolić. We wczesnych latach 60. aż 76% kobiet przyznało, że są skłonne wyjść za kogoś, kogo nie kochają. Jeżeli zaś chodzi o mężczyzn, tylko 35% z nich byłoby w stanie na to się zgodzić[6].

Kobiety miały o wiele mniej czasu na znalezienie męża. Prawdziwa miłość? Ten facet ma pracę i przyzwoite wąsy. Bierz go od razu, dziewczyno!

To pokazuje zasadniczą zmianę w postrzeganiu małżeństwa. Dzisiaj zawarcie związku małżeńskiego utożsamiamy ze znalezieniem partnera życiowego. Kogoś, kogo kochamy. Jednak cały ten pomysł z braniem ślubu z miłości jest stosunkowo nowy.

Prawie od początku istnienia naszego gatunku zaloty i małżeństwo nie miały właściwie nic wspólnego z poszukiwaniem miłości czy spełnienia. Według Stephanie Coontz, badaczki historii, autorki książki Mariage, a History [Małżeństwo, historia], jeszcze do niedawna związek małżeński służył przede wszystkim do powiązania rodzin. Małżeństwo zapewniało bezpieczeństwo – finansowe, społeczne, osobiste. Tworzyło warunki umożliwiające przetrwanie i rozmnażanie się.

To nie taka znowu starożytność. Do czasu rewolucji przemysłowej większość Amerykanów i Europejczyków mieszkała na wsi i każdy członek rodziny musiał pracować. Wybór małżonka miał charakter czysto praktyczny.

W przeszłości faceci myśleli: O kurde, muszę mieć dzieci do pracy na farmie. Potrzebuję czterolatków do wykonywania pracy fizycznej NA WCZORAJ. I kobiety, która uszyje mi ubrania. Muszę to ogarnąć. Kobiety natomiast: Muszę znaleźć faceta, który ma siłę do pracy na farmie i potrafi obsługiwać pług, bo inaczej będę głodować i umrę.

Upewnianie się, czy osoba ta lubi sushi i filmy Wesa Andersona, a w dodatku zawsze, jak dotykasz jej włosów, strasznie ci staje, byłoby przejawem zbytniej wybredności.

Rzecz jasna ludzie pobierali się z miłości, ale ich oczekiwania co do samego uczucia były zupełnie inne, niż te, jakie mamy dziś. Dla rodzin, których przyszłe bezpieczeństwo zależało od udanego małżeństwa ich dzieci, namiętność stanowiła niezwykle ryzykowną pobudkę do hajtania się. „Małżeństwo było zbyt istotną instytucją ekonomiczną i polityczną, by zawierano je wyłącznie na podstawie czegoś tak irracjonalnego jak miłość” – pisze Coontz[7].

Coontz zdradziła nam również, że przed 1960 rokiem większość osób należących do klasy średniej miała dosyć sztywne poglądy względem płci, a więc i na temat tego, co dana osoba wnosi do małżeństwa. Kobiety szukały bezpieczeństwa finansowego. Mężczyźni szukali dziewic i w ogóle nie zaprzątali sobie głowy zagłębianiem się w takie rzeczy jak inteligencja czy wykształcenie.

„Typowa para brała ślub zaledwie po sześciu miesiącach – był to znak, że miłość postrzegano raczej przez pryzmat stereo­typów na temat płci, a nie jako znajomość opartą na głębokiej więzi z partnerem” – powiedziała.

Ale to wcale nie tak, że małżeństwa zawarte przed 1960 rokiem były pozbawione miłości. Wręcz przeciwnie, im więcej czasu pary spędzały razem, tym bardziej zaczynały żywić względem siebie silniejsze uczucia, na przestrzeni lat dorastając i zakładając rodziny. Może i na początku uczucia w tych związkach ledwo się tliły, ale z czasem się rozniecały.

Jednak wiele rzeczy zmieniło się w latach 60. i 70., łącznie z naszymi oczekiwaniami dotyczącymi tego, co powinno dawać nam małżeństwo. Dążenie kobiet do równouprawnienia było ważnym czynnikiem pobudzającym tę transformację. Kobiety studiowały, zdobywały pracę i osiągały niezależność ekonomiczną, ugruntowując przy tym nowo odkrytą kontrolę nad własnym ciałem i życiem. Coraz więcej kobiet odrzucało możliwość małżeństwa z chłopakiem z sąsiedztwa. One też chciały zdobywać nowe doświadczenia i teraz miały do tego prawo.

Jak uważa Cherlin, ci, którzy dorastali w latach 60. i 70., odrzucali małżeństwa partnerskie, bo pragnęli zdecydowanie czegoś więcej. Nie chcieli tylko partnera – pragnęli bratniej duszy.

Po 1980 roku 86% Amerykanów i 91% Amerykanek stwierdziło, że nie weźmie ślubu z kimś, kogo nie darzy miłością romantyczną[8].

Małżeństwo bratnich dusz znacznie różni się od małżeństwa partnerskiego. Nie polega na znalezieniu kogoś przyzwoitego, z kim można założyć rodzinę. Chodzi w nim o znalezienie osoby idealnej, w której jesteśmy szczerze i mocno zakochani. Kogoś, z kim chcemy spędzić resztę życia. Gdy powąchamy jej T-shirt, znajomy zapach od razu przeniesie nas do szczęśliwego wspomnienia, kiedy to zrobiła nam śniadanie, a potem zostaliśmy w domu i obejrzeliśmy wszystkie osiem sezonów serialu Larry i Balki.

Pragniemy czegoś namiętnego, płomiennego od samego początku. Kiedyś ludzie nie szukali żaru – wystarczył im płomyk. Gdy już go znaleźli i zdecydowali się na wspólne życie, starali się rozniecić ten ogień. Dziś, jeżeli w związku nie ma żaru, podejmowanie decyzji o małżeństwie wydaje się przedwczesne.

Jednak poszukiwanie bratniej duszy trwa bardzo długo i wymaga ogromnego zaangażowanie emocjonalnego. Problem w tym, że pogoń za miłością bywa bardzo stresująca. Młode pokolenie jest obarczone wielką presją, by znaleźć „tego jedynego” czy „tę jedyną”, podczas gdy starsze generacje z takim problemem nie musiały się borykać, bo im małżeństwo „wystarczające” wystarczało.

Jeżeli jednak ludziom uda się znaleźć bratnią duszę, czerpią z tego niesamowite korzyści. Jak twierdzi Cherlin, małżeństwo bratnich dusz ma największe szanse na szczęście i pozwala osiągnąć spełnienie na poziomach, które rzadko były dostępne dla pokolenia starszych osób, z jakimi rozmawiałem.

Cherlin doskonale zdaje sobie sprawę, jak trudne jest podtrzymywanie tych pozytywnych uczuć, i twierdzi, że dzisiejszy model małżeństwa bratnich dusz bardzo często wiąże się z rozczarowaniem. Ponieważ mamy tak wysokie wymagania, łatwo dajemy za wygraną, gdy związek nie spełnia naszych oczekiwań (dotykam włosów, nie staje mi). Cherlin prosił również, bym wyraźnie zaznaczył, że analogia włosy/wzwód jest wymyślona przeze mnie i tylko przeze mnie.

Psychoterapeutka Esther Perel prowadziła terapie z setkami par, które miały problemy małżeńskie, i według niej wymaganie tego wszystkiego od małżeństwa wywiera ogromną presję. Cytuję:

Małżeństwo było instytucją ekonomiczną zapewniającą życiowego partnera, z którym dzieliło się opiekę nad dziećmi, status społeczny, majątek i towarzystwo. Teraz jednak chcemy, by partner poza gwarantowaniem nam tych wszystkich rzeczy był również naszym najlepszym przyjacielem, zaufanym powiernikiem i na dodatek namiętnym kochankiem, a żyjemy dwa razy dłużej. Zwracamy się więc do tej jednej osoby i praktycznie prosimy ją, by dała nam to, co niegdyś zapewnić mogła cała wioska: daj mi poczucie przynależności, poczucie tożsamości, wytrwałość, ale daj mi też transcendencję, tajemniczość i zachwyt, wszystko naraz. Daj mi spokój, daj mi szaleństwo. Daj coś nowego i daj coś, co znam. Bądź przewidywalny, ale bądź też zaskakujący. I uważamy to za oczywistość, a zabawki i seksowna bielizna mają pomóc nam to utrzymać[9].

Jeśli wszystko układa się idealnie, trafiamy na naszą bratnią duszę i cieszymy się życiem, jak gdybyśmy byli pijani szczęściem.

Ale bratnie dusze bardzo trudno zaleźć.

ODNAJDYWANIE BRATNIEJ DUSZY

OK, nikt nie mówił, że poszukiwanie bratniej duszy będzie łatwe. Mimo to zdaje się, że na swój sposób pokolenie dzisiejszych singli ma się lepiej dzięki zmianom, jakie zaszły we współczesnych związkach. Poświęcenie czasu na rozwój osobisty i randkowanie z różnymi ludźmi przed ślubem pomagają nam dokonywać lepszych wyborów. Na przykład ludzie, którzy biorą ślub po 25. roku życia, mają o wiele większe szanse na udane małżeństwo, niż ci, którzy pobrali się młodo[10].

Poza tym wcale nie musimy brać ślubu, jeśli nie chcemy. Kiedyś zakładanie rodziny było pozornie jedynym rozsądnym sposobem na życie. Dziś akceptujemy alternatywny styl życia, a ludzie znajdują się w coraz bardziej zróżnicowanych sytuacjach: są singlami i mają współlokatorów, są singlami i mieszkają sami, mają partnera i mieszkają bez niego, są w związku małżeńskim, są rozwiedzeni, są rozwiedzeni i mają legwana, są w związku z legwanem, są rozwiedzeni i mają siedem legwanów, bo ich obsesja na punkcie legwanów zrujnowała ich związek, i w końcu są singlami i mają sześć legwanów (Arturo niestety został rozjechany przez furgonetkę z lodami).

Nie istnieją już określone z góry ścieżki życiowe. Każdy musi radzić sobie sam.

Kiedy już decydujemy się na ślub, robimy to z miłości. Szukamy bratniej duszy. A narzędzia, jakimi dysponujemy podczas poszukiwań, są niesamowite. Nie musimy ograniczać się do naszych frajerskich sąsiadów. Mamy serwisy randkowe, które dają nam dostęp do milionów frajerów na całym świecie. Możemy wśród nich przebierać do woli. Wychodząc z domu, korzystamy ze smartfonów, by SMS-ować z dowolną liczbą adoratorów w czasie naszej rundki po pubach. Nie jesteśmy ograniczeni przez komunikację stacjonarną ani skazani na kogoś, z kim już się umówiliśmy.

Nasze obecne miłosne możliwości są bezprecedensowe, a narzędzia do radzenia sobie z nimi – oszałamiające. Dlaczego więc tylu ludzi jest sfrustrowanych?

Dla celów książki Eric i ja chcieliśmy sprawdzić, co by było, gdybyśmy zgromadzili osoby z różnych pokoleń i porozmawiali z nimi o randkowaniu dawniej i dziś. Zebraliśmy dużą grupę fokusową, składającą się z dwustu osób.

Wysłaliśmy zaproszenia i oznajmiliśmy, że każdy uczestnik musi przyprowadzić przynajmniej jednego z rodziców. Gdy ludzie przyszli, podzieliliśmy rodziny na dwie grupy – młodych poprosiliśmy na lewo, rodziców – na prawo. Godzinę lawirowaliśmy między stronami, pytając o wyjaśnienie nam, jak poznawali nowych ludzi, z którymi się umawiali, i jak podejmowali decyzję o małżeństwie i oddaniu się jednej osobie.

Z rozmowy z osobami starszymi będącymi w szczęśliwych, udanych małżeństwach wynikało, że poznały się w uroczy, acz prosty sposób, który nie pociągał za sobą stresu, przez jaki przechodzą dzisiejsi single. Poznawali się w młodym wieku i prawdo­podobnie nie byli jeszcze wtedy aż tak wyrobieni, jak później, ale, cytując pewną kobietę: „Dorastaliśmy i zmienialiśmy się razem. I proszę, oto my, 60-latkowie, wciąż razem”.

Przedstawiciele starszego pokolenia obecni na naszym spotkaniu w większości prawie od razu zapraszali swoje sympatie na randkę, przez telefon lub osobiście. Tak dżentelmen o imieniu Tim opisał, jak pierwszy raz zaprosił gdzieś swoją przyszłą żonę: „Zobaczyłem ją w szkole i powiedziałem: »Wiesz, mam dwa bilety na koncert The Who na Madison Square Garden...«”.

Brzmi to o niebo fajniej niż ciągłe wymienianie SMS-ów z dziewczyną przez dwa tygodnie, tylko po to, żeby zobaczyć jak pada z wrażenia na koncercie Sugar Ray.

Gdy rozmawiałem z ludźmi na temat randkowania w dawnych czasach, mówili, że chodzili do jednego baru albo na spotkania towarzyskie, czyli coś w stylu potańcówek organizowanych zazwyczaj przez kościół, uczelnię albo inną lokalną instytucję, na których młodzież mogła spotykać się i rozmawiać. Tam bawili się przez całą noc, wypijając jeden lub dwa drinki.

Wydaje mi się to o wiele przyjemniejsze od tego, co dziś można zobaczyć w barach – kupę ludzi gapiących się w ekrany telefonów w poszukiwaniu kogoś lub czegoś bardziej interesującego niż to, co przed nimi.

Co jednak z naszymi wszystkimi możliwościami? Dzisiaj mamy szansę na znalezienie idealnej osoby, prawda? Staruszkowie właściwie całą tę gamę wyboru traktowali jako przeszkodę. Martwili się losem swoich dzieci, a zarazem byli wdzięczni, że w czasach ich młodości życie było prostsze, aczkolwiek nie idealne.

„Na usprawiedliwienie młodzieży muszę powiedzieć, że teraz jest po prostu za duży wybór” – powiedziała jedna z mam. „Gdy dorastałam, miałam jedną imprezę i jeden bar, i to wszystko. Ale teraz – Boże. Nie chciałabym dzisiaj być singlem”.

„Myślisz, że dlaczego młodzi mają teraz tak ciężko?” – zapytałem. „Pomyśl o tych wszystkich możliwościach, o drzwiach, które mogą otworzyć”.

Staruszkowie tego nie kupowali. Rozumieli, że w młodości mieli mniejszy wybór, ale, co ciekawe, chyba wcale tego nie żałowali. Pewna kobieta wyjaśniła nam: „Nie myślało się o różnych możliwościach. Kiedy znajdowaliśmy kogoś, kto nam się podobał, wskakiwaliśmy w związek. Chyba nie myśleliśmy: O, tutaj jest dwanaście par drzwi, a tutaj kolejne siedemnaście, a tutaj czterysta, a tutaj trzydzieści trzy pary drzwi”. Dodała jeszcze: „Zobaczyliśmy drzwi, które nam odpowiadały, i je wybieraliśmy”.

A teraz spójrzmy na moje pokolenie. Znajdujemy się w korytarzu z milionami drzwi. To bardzo dużo drzwi. Miło jest mieć tyle możliwości.

Ale korytarz z milionami drzwi? Czy to naprawdę lepsze? Czy może raczej przerażające?

Z jednej strony mamy wiele drzwi, wśród których możemy wybierać. Brzmi to lepiej niż konieczność szybkiego zawarcia małżeństwa, choć nie jest się jeszcze gotowym na dorosłość. Z drugiej strony, może poprzednie generacje były na tyle dojrzałe, by samodzielnie otwierać te drzwi. W końcu spójrzmy na Amelię, Victorię i wszystkie inne kobiety, które nie mogły się doczekać ucieczki od rodziców na zawsze i chętnie popędziły ku pierwszym drzwiom, jakie ujrzały. Czasem te małżeństwa, do jakich tak spieszyły, okazywały się samotne i trudne. Często jednak przeradzały się w coś pełnego miłości i szczęścia.

Dzisiaj pragniemy masy drzwi do wyboru i jesteśmy bardzo ostrożni z ich otwieraniem. Faza wschodzącej dorosłości to praktycznie dana nam przez społeczeństwo przepustka na szwendanie się po korytarzu i kombinowanie, co też może być dla nas najlepsze. Przebywanie w tym korytarzu czasami bywa frustrujące, ale jeśli wszystko potoczy się idealnie, dojrzewamy i dorastamy oraz znajdujemy drzwi, które w sytuacji, gdy jesteśmy na to gotowi, pasują nam jak ulał.

Ludzie poszukujący dziś miłości mają bezprecedensową wręcz gamę możliwości do szukania wspaniałego partnera romantycznego lub, jeszcze lepiej, bratniej duszy. Możemy bowiem poślubić, kogokolwiek właściwie chcemy, nie zważając na płeć biologiczną, płeć kulturową, tożsamość etniczną, wiarę czy rasę, a nawet i lokalizację tej osoby. Mamy większą od poprzednich generacji szansę na związek, w którym partnerzy będą sobie równi. A także, w przeciwieństwie do wcześniejszych pokoleń, prawie wszyscy poślubimy kogoś, kogo kochamy.

Rzecz jednak w tym, że z powodu wszystkich tych możliwości, sam proces poszukiwania tej osoby może być naprawdę stresujący. I w odróżnieniu od czasów, kiedy człowiek po 20. roku życia był już po ślubie, obecnie poszukiwanie miłości może trwać latami.

Nigdy więcej wychodzenia za mąż za sąsiada z góry czy brania za żonę dziewczyny z sąsiedztwa.

Nigdy więcej spędzania (całego) życia z miłością ze szkolnej ławki.

Nigdy więcej: „Hej, mamo, tato, osoba w salonie wydaje się być miła. To co, za trzy miesiące ślub?”.

Zamiast tego mamy zupełnie nową kulturę związków opartą na zakrojonych na szeroką skalę poszukiwaniach tej idealnej osoby. Poszukiwaniach, które towarzyszą nam na uniwersytecie i podczas różnych etapów kariery. Poszukiwaniach przyjmujących nowe formy, gdyż współczesne romanse często rozgrywają się na ekranach naszych telefonów i komputerów.

ŚWIAT TELEFONICZNY

W 2014 roku przeciętny Amerykanin spędził 444 minuty w ciągu dnia – czyli około 7 i pół godziny – patrząc na ekran smarfona, tabletu, telewizora lub laptopa. To więcej niż w większości krajów europejskich, gdzie ludzie spędzają „tylko” od 5 do 7 godzin dziennie, wpatrując się w swoje ekrany, jednak nie tak dużo, by Stany Zjednoczone znalazły się w pierwszej piątce: w Chinach, Brazylii, Wietnamie, na Filipinach i – na pierwszym miejscu – w Indonezji poświęca się 9 godzin dziennie na gapienie się w ekran[11].

Te 7 i pół godziny to długo, ale zbadałem to na sobie i stwierdziłem, że nie jest to niemożliwe. Dziś mamy całkiem zwyczajny niedzielny poranek w Los Angeles. Obudziłem się i jakiś czas SMS-owałem z moimi przyjaciółmi, Nickiem i Chelsea, o potencjalnym miejscu na brunch. Potem włączyłem laptopa, żeby wygooglować proponowane przez nich restauracje. Wszedłem na Yelp i na strony tych knajp, aby zerknąć na menu, przeglądając w międzyczasie przypadkowe strony (czytając głupkowate nagłówki, które zwróciły moją uwagę na Reddicie[12], i oglądając najciekawsze fragmenty ostatniego Saturday Night Live), a w końcu po trwających godzinę i siedem minut ciągłych przekomarzaniach Chelsea i Nick stwierdzili, że chcą iść do zwykłej knajpy gdzieś niedaleko. Nie miałem ochoty tam iść, więc nawet nie poszliśmy razem na ten brunch.

Zamiast tego poszedłem w inne miejsce, do Canelé, z inną ekipą brunchową. W czasie brunchu usłyszałem piosenkę Nelly’ego, więc wszedłem na Wikipedię, jak się to czyni, gdy dręczy cię jakieś pytanie dotyczące Nelly’ego. Po brunchu, idąc do domu, pisałem z innymi osobami na temat ewentualnych planów obiadowych[13]. A teraz jestem w domu, znów siedzę przy komputerze i piszę ten rozdział, który czytasz prawdopodobnie też z ekranu!

Sposób, w jaki spędzam dzień, robiąc plany na brunch, jest niezwykle podobny do tego, w jaki spędzam moje singielskie życie: planując lub próbując planować rzeczy przez telefon z osobą, która akurat jest na mojej orbicie randkowej. Tak jak mój brunch z Chelsea i Nickiem, wiele z tych planów kończy się fiaskiem. I w ten sam sposób, w jaki sprawdzałem restauracje, młodzi single sprawdzają siebie nawzajem – poprzez portale randkowe i społecznościowe albo po prostu przez Google’a, by mieć większą szansę na ewentualną randkę.

Jak zauważyłem, poświęcamy naszym urządzeniom elektronicznym tyle czasu, ponieważ stworzyliśmy swoje własne osobiste „światy telefoniczne”.

Dzięki naszemu światu telefonicznemu jesteśmy w kontakcie ze wszystkimi, od rodziców po zwykłego kolegę, którego mamy na liście znajomych na Facebooku. Życie towarzyskie młodszych generacji rozgrywa się na portalach społecznościowych, takich jak Instagram, Twitter, Tinder i Facebook, w takim samym stopniu jak na uniwersyteckich kampusach, w kawiarniach czy w klubach. Ale w ostatnich latach, odkąd coraz więcej dorosłych zaczęło poświęcać coraz więcej czasu swoim urządzeniom elektronicznym, praktycznie każdy, kogo stać na sprzęt i mobilny Internet, stał się nadentuzjastycznym członkiem swojego telefonicznego świata.

Świat telefoniczny jest miejscem, do którego udajemy się, gdy chcemy znaleźć kogoś, kto pójdzie z nami do kina. Jest miejscem pomagającym nam zdecydować, na co idziemy do kina. Jest miejscem, w którym kupujemy bilety. Miejscem, gdzie oznajmiamy przyjacielowi, że już dotarliśmy do kina. Gdzie przyjaciel mówi: „Kurde, jestem nie w tym kinie”, a ty odpowiadasz: „Człowieku, WTF. Zawsze tak robisz. Ale OK, idę obejrzeć G.I. JOE: Odwet sam. ZNOWU”.

A skoro nasze światy telefoniczne są integralnym elementem nawet najbardziej przyziemnej pracy, oczywiście stają się również istotną częścią naszego życia miłosnego.

Dziś, posiadając smartfona, nosisz w kieszeni całodobowy bar dla singli otwarty siedem dni w tygodniu. Możesz nacisnąć kilka przycisków o każdej porze dnia i nocy i automatycznie zanurzyć się w oceanie miłosnych możliwości.

Na początku pływanie w tym oceanie wydaje ci się fantastyczne. Ale większość współczesnych singli szybko zdaje sobie sprawę z tego, że unoszenie się na wodzie wymaga ogromnego wysiłku, a znalezienie odpowiedniej osoby i wspólne dopłynięcie do brzegu – jeszcze więcej.

W tych wodach dużo się dzieje, człowiek musi podejmować szybko decyzje i wykonywać trudne ruchy. A wśród wszystkich tych wyzwań nie ma nic bardziej zniechęcającego niż domyślanie się, co robić, gdy już spotkasz tę osobę.

Jak pokazała moja historia z Tanyą, nieważne jak proste wydają się być sprawy, temu pierwszemu pytaniu zawsze towarzyszy stres i zatrważające konsekwencje.

ROZDZIAŁ DRUGI

TO PIERWSZE PYTANIE

Zaproszenie kogoś na randkę jest prostym zadaniem, które często sprowadza się do przerażającego dylematu, budzącego w nas strach, zwątpienie i stres. Wiążą się z nim bowiem trudne decyzje: Jak zaprosić? Osobiście? Przez telefon? Przez SMS-a? Co powiedzieć? Czy ta osoba będzie tą, z którą spędzę resztę życia? Może to dla mnie ta jedyna? A co, jeśli schrzanię to wszystko jednym złym SMS-em?

Choć technologia dołożyła do tych dylematów kilka nowoczesnych bajerów, zaproszenie nowo poznanej osoby na romantyczne wyjście nigdy nie było łatwe. To jak wyznanie, że ten ktoś nam się podoba, i wyłożenie wszystkich kart na stół, czyli narażenie się na ryzyko odrzucenia, a nawet, w dzisiejszych czasach, na niewytłumaczalną lodowatą ciszę.

Dla współczesnego randkowicza pierwszą decyzją, jaką musi podjąć, jest wybór medium: rozmowa telefoniczna lub SMS. Niektórzy dorzucają do tego jeszcze e-mail i portale społecznościowe. Dla poprzedniego pokolenia telefon stacjonarny albo nawet reklama w gazecie były pierwszymi krokami na drodze poszukiwania miłości. Jednak dziś prawie od razu na myśl przychodzi nam ekran. Właściwie życie miłosne większości współczesnych randkowiczów toczy się w dużej mierze w ich telefonicznym świecie.

Drobna uwaga: statystyki wskazują, że przeważająca większość wciąż uważa, że mężczyzna powinien zainicjować to pierwsze pytanie. W 2012 roku tylko 12% Amerykanek w ciągu ostatniego roku zaprosiło kogoś na randkę. Tak więc gdy piszę o tym pierwszym pytaniu, zakładam sytuację, w której to facet zaprasza dziewczynę. Omawiane sprawy generalnie można traktować obustronnie (oprócz kwestii dziewczyn nienawidzących facetów, którzy rozpoczynają znajomość od wysłania zdjęcia swojego penisa).

OK, zobaczmy więc, jakie są ogólne tendencje.

W 2013 roku badacze z Match.com zapytali Amerykanów: „Jak nawiązalibyście kontakt z osobą, którą chcecie zaprosić na pierwszą randkę?”. Oto wyniki badań:

SPOSÓB KONTAKTU

LUDZIE PO TRZYDZIESTCE

LUDZIE PRZED TRZYDZIESTKĄ

ROZMOWA PRZEZ TELEFON

52%

23%

ROZMOWA NA ŻYWO

28%

37%

WIADOMOŚĆ SMS

8%

32%

E-MAIL

7%

1%

Zwróćmy uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, spadek liczby telefonów przy zmianie grupy wiekowej (z 52% do 23%) jest jasny. Wśród nastolatków jeszcze więcej osób preferuje SMS-y. W 2012 roku sondaż textPlus wykazał, że 58% Amerykanów w wieku od 13 do 17 lat przyznało się do zaproszenia kogoś na randkę przez SMS-a[14]. Widać, że młodzi ludzie dorastający w kulturze SMS-ów lepiej czują się, gdy ich życie miłosne rozgrywa się na ekranach komórek. Po drugie, po jakimś czasie my również zaczynamy tak odczuwać.

W 2010 roku tylko 10% dorosłych, zapraszając kogoś na pierwszą randkę, zdecydowało się na SMS-a, natomiast w 2013 roku – już 32%. Umawianie się przez SMS-a staje się nową normą, rozmowa przez telefon idzie w odstawkę.

Warto zauważyć, że jest to niezwykle szybka zmiana sposobu, w jaki się komunikujemy. Przez wiele pokoleń młodzi ludzie korzystali z rozmów telefonicznych, gdy chcieli nawiązać kontakt z potencjalnymi partnerami. To straszne przeżycie każdy z nas ma już za sobą. Przed zadaniem tego pierwszego pytania słyszeliśmy przerażający sygnał, a potem „halo”. Odebrać mógł obiekt naszych westchnień, ale i współlokator albo nawet rodzic. Wtedy pytało się, czy można prosić tę osobę do telefonu.

Jeśli akurat była w domu, w końcu dało się usłyszeć „słucham?”, po czym zaczynała się lekka panika. Na początku trzeba było trochę pogadać, próbując nawiązać bliższy kontakt i jednocześnie robiąc grunt pod możliwe niezręczne przejście do zaproszenia na randkę.

„Więc, hm, słuchaj, w każdym razie, przegrałem ten konkurs jedzenia ciast… Chcesz może wybrać się ze mną kiedyś do kina?”

Telefoniczne zaproszenie wymagało pewnej odwagi, by zainicjować rozmowę, i talentu, by zrobić to dobrze, ale z czasem stawaliśmy się w tym lepsi i obmyślaliśmy strategię.

Załóżmy, że jesteś chłopakiem o imieniu Darren. Na początku twoje rozmowy mogły przypominać tę:

DARREN: Cześć, Stephanie. To ja… Darren.

STEPHANIE: Hej, Darren, co tam?

DARREN: Wszystko OK.

DARREN: [długo nic]

DARREN: OK, to pa.

Ale z czasem to ogarnąłeś. Wkrótce wiedziałeś, jak emanować pewnością siebie podczas tego rodzaju rozmów. Przygotowałeś śmieszną anegdotkę albo temat do rozmowy. Nauczyłeś się dowcipnych przekomarzań, a wtedy ty i Stephanie staliście się szermierzami słowa, odpierającymi ataki i ripostującymi tak:

DARREN: Hej, Stephanie, to ja, Darren! [pewny siebie, energiczny]

KOBIETA: Dzień dobry Darrenie, tutaj mama Stephanie. Chwileczkę…

DARREN: Kurde. [cicho]

DARREN: Spokój, Darren, spokój. [cicho]

STEPHANIE: Halo?

DARREN: Hej, Stephanie, to ja, Darren! [znowu pewny siebie, energiczny]

STEPHANIE: O, cześć, Darren. Co tam?

DARREN: Właśnie dostałem parasol!

STEPHANIE: Fajnie…

DARREN: OK, to pa!

No, później było już tylko lepiej.

Umiejętność zatelefonowania do obiektu westchnień to sztuka, której młode pokolenie już nie opanuje lub nie zechce opanować.

Technologia zaczyna przeważać w naszym życiu, przez co romantyczne zachowania uznawane za dziwne czy niestosowne przez jedno pokolenie, dla drugiego mogą stać się normą.

Na przykład w przeprowadzonej ostatnio ankiecie 67% nastolatków zdradziło, że przyjęłoby zaproszenie na bal na zakończenie szkoły wysłane SMS-em[15]. Starsze pokolenia mogłyby uznać za chłodne i beznamiętne SMS-owe zaproszenie na tak wyjątkowe wydarzenie, jakim jest bal. Wydawałoby im się to nieodpowiednie, zważywszy na tak ważną imprezę. Ale dzisiejsza młodzież żyje w środowisku nasyconym SMS-ami, co kształtuje jej percepcję w kwestii stosowności i niestosowności. Na przykład, nawiązując do tematu, który szerzej omówimy później, zerwanie z kimś przez SMS-a osobom z mojego pokolena wydaje się okrucieństwem, ale gdy przeprowadzałem wywiady z młodszymi ludźmi, kilkoro z nich wyznało, że wszystkie ich rozstania miały miejsce na ekranie telefonu. Któż wie, z jakimi SMS-ami zmierzy się młodsze pokolenie?

NARODZINY SMS-A

SMS, czyli Short Message Service, został wymyślony przez niemiec­kiego inżyniera Friedhelma Hillebranda w 1984 roku i wykorzystany po raz pierwszy przez Neila Papwortha, młodego brytyjskiego inżyniera, który w 1992 roku napisał do swojego kolegi „Wesołych Świąt”. Niestety, kolega nie odpisał, ponieważ jego telefon nie miał opcji wpisywania tekstu[16].

Jasne. Taki sam kit wciskają mi znajomi, którzy nie odpowiedzieli na moje życzenia świąteczne. A do SMS-a co roku dorzucam specjalne zdjęcie – spójrzcie na to z 2012 roku.

Ale skoro już o tym mowa, możecie sobie wyobrazić, jakie to musiało być obłędne – dostać pierwszego SMS-a na świecie? Kiedy nikt nawet nie wiedział, co to SMS? Pewnie wywołałby taką reakcję: „DLACZEGO W MOIM TELEFONIE SĄ SŁOWA? TELEFONY SĄ OD NUMERÓW!”.

W 1997 roku Nokia wprowadziła na rynek telefon komórkowy z oddzielną klawiaturą, przygotowując tym samym podłoże dla epidemii BlackBerry, która dopadła japiszonów na całym świecie, ale dopiero od 1999 roku SMS-y mogły być wysyłane i odbierane między sieciami komórkowymi, dzięki czemu zaczęła wzrastać liczba użytkowników telefonów. W 2007 roku po raz pierwszy w historii liczba SMS-ów wymienionych przez miesiąc przerosła liczbę rozmów telefonicznych wykonanych w Stanach Zjednoczonych. A w 2010 roku na świecie zostało wysłanych 6,1 tryliona SMS-ów, czyli mniej więcej 200 tysięcy na minutę.

Firmy technologiczne wprowadziły wiele rodzajów usług mających na celu pomaganie nam w wymianie SMS-ów, na co odpowiedzieliśmy tak intensywnym klepaniem po klawiaturze jak nigdy wcześniej. No i oczywiście przełożyło się to na ogromny wzrost liczby miłosnych interakcji realizowanych przez SMS-y.

Jednym z powodów skoku liczby zaproszeń na randkę przez SMS-a jest fakt, że o wiele więcej z nas posiada smartfona z dużym ekranem, który sprawia, że SMS-owanie to przyjemność i zabawa. Jak donoszą ankiety konsumenckie, liczba dorosłych Amerykanów posiadających smartfona z 17% w 2010 roku podskoczyła do 58% w 2014 roku, a urządzenia te są najbardziej popularne wśród osób u progu wschodzącej dorosłości, między 18. a 29. rokiem życia, gdyż 83% z nich wszędzie chodzi ze swoim smartfonem[17]. Gdy nie zajmujemy się tradycyjnym SMS-owaniem, naszą uwagę pochłaniają aplikacje, takie jak WhatsApp, Facebook Messenger, iMessage, i wiadomości prywatne na Twitterze, które pozwalają na darmowe komunikowanie się. Na całym świecie coraz więcej osób porozumiewa się ze sobą przez SMS-y, szczególnie młodzi ludzie upodobali sobie pisanie wiadomości kosztem staromodnych rozmów telefonicznych.

Jednak nie pozbyliśmy się naszych starych nawyków tak do końca. Wiele z nas, włączając w to młodzież, potrafi czerpać radość z rozmów telefonicznych, a nawet uważa, że zwiastują one coś wyjątkowego w pączkującym związku. Ale podczas naszych pierwszych rozmów na temat wzajemnego zapraszania na randki dowiedzieliśmy się, że przez wszystkie te przemiany techno­logiczne już sami pogubiliśmy się w tym, z których mediów kiedy mamy korzystać. Skąd mamy wiedzieć, kiedy zadzwonić, kiedy napisać i kiedy rzucić wszystko, stanąć pod oknem ukochanej osoby i zaśpiewać jej serenadę, swoją ulubioną nutę R&B z lat 90., może All My Life K-Ci & JoJo? To właśnie musieliśmy zbadać.

ROZMOWA KONTRA SMS

Rozmowa przez telefon? NAJGORZEJ.

Uczestniczka grupy fokusowej

Jeśli chcesz ze mną porozmawiać, musisz do mnie zadzwonić.

Inna uczestniczka grupy fokusowej

[Brak słów.]

Każdy facet w grupie fokusowej

Kwestia „rozmowa telefoniczna versus SMS” wywołała bardzo zróżnicowane reakcje w naszych grupach fokusowych. Generalnie każdy młody koleś był cholernie przerażony perspektywą dzwonienia do kogoś na komórkę. Nie zdziwiło mnie to tak bardzo, jednak byłem zaskoczony, że grozę na myśl o tradycyjnej rozmowie przez telefon odczuwały również młode dziewczyny. „Rozmowy są do bani i przez nie mam ataki paniki” – powiedziała pewna 24-latka. „Odkąd mamy SMS-y, dzwonimy raczej tylko w nagłych przypadkach” – usłyszeliśmy od innej. Pozostałe dziewczyny uznały, że zaproszenie na randkę przez telefon jest zbyt bezpośrednie i ogólnie lepiej zapatrywały się na SMS-ową propozycję spotkania.

Z kolei inne kobiety powiedziały, że kiedy facet dzwoni, okazuje pewność siebie i odróżnia się tym samym od całej reszty pospolitych gości zalewających je wiadomościami w stylu „Hejcotam?”. Ci, którzy telefonują, wydają się tym kobietom odważni i dojrzali. Rozmowy przez telefon pozwoliły im nawiązać bliższy kontakt, dzięki czemu poczuły się na tyle swobodnie i bezpiecznie, by umówić się z osobą, której wcale tak dobrze nie znały.

Pewna uczestniczka naszych grup fokusowych opowiedziała historię o tym, jak SMS-owanie znudziło ją do tego stopnia, że wyłączyła opcję otrzymywania wiadomości i była dostępna tylko pod telefonem. Ta kobieta już nigdy więcej nie poszła na randkę. No nie, tak naprawdę poznała kogoś niedługo potem. Stwierdziła również, że faceci, którzy zdobyli się na odwagę i do niej zadzwonili, byli prawdziwymi mężczyznami, dzięki czemu udało się jej wyeliminować całą masę pajaców.

Ale nie wszystkie miłośniczki rozmów telefonicznych ułatwiały facetom życie. Kłopotliwy zwrot akcji dla przyszłych adoratorów: wiele pań lubi dostawać telefony, ale nie odbierać. „Często nie odbieram, ale lubię, jak ktoś do mnie dzwoni” – wyznała pewna kobieta, będąc zdaje się nieświadomą tego, jak niedorzecznie to brzmi.

W tej grupie poczta głosowa służyła za pewnego rodzaju badanie przesiewowe. Wyjaśnienia kobiet były sensowne. Jeśli wiadomość była od kogoś, kogo poznały w barze, mogły usłyszeć głos faceta i rozpoznać dziwolągów. Jedna dziewczyna zachwycała się wiadomością głosową, jaką pewien gość niedawno jej zostawił. Uprzejmie poprosiłem, aby ją odtworzyła, i usłyszałem tę perełkę: „Hej Lydia. Tu Sam. Co tam? Dryndnij, jak będziesz mogła”.

I TO WSZYSTKO.

Pragnąłem dowiedzieć się, co w tej wiadomości było takie wspaniałe. Słodkim głosem odparła: „Zapamiętał moje imię, powiedział »cześć« i poprosił, żebym oddzwoniła”.

Nieważne, że to, co opisała, to treść PRAKTYCZNIE KAŻDEJ WIADOMOŚCI GŁOSOWEJ NA ŚWIECIE. Imię, powitanie, prośba o telefon. Nie ma w tym raczej nic zniewalającego. By oblać ten test, facet musiałby zostawić wiadomość o treści: „Nie witam cię. Tutaj mężczyzna. Nie pamiętam cię. Koniec rozmowy”.