Autostopem przez Galaktykę - Douglas Adams - ebook + książka

Autostopem przez Galaktykę ebook

Douglas Adams

4,2

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Kultowa powieść science fiction, w której autor połączył wizyjną fantastykę ze zwariowanym brytyjskim humorem w stylu Monty Pythona

W tej niezwykłej, pełnej fantazji i humoru książce opowiedziana została historia Arthura Denta i Forda Prefecta, którzy po zniszczeniu Ziemi udają się w galaktyczną podróż, posługując się przewodnikiem Autostopem przez Galaktykę.

Pewnego dnia młody Ziemianin Arthur dowiaduje się z zaskoczeniem, że jego najbliższy przyjaciel Ford jest kosmitą, a Ziemia niemal za chwilę zostanie zniszczona, gdyż znajduje się na trasie planowanej międzygalaktycznej autostrady. Jak mu przekazuje beznamiętnie przyjaciel, informacja o tych planach została już dośc dawno wywieszona w jakimś galaktycznym urzędzie na planecie Alfa Centauri, tyle że Ziemianie ich nie oprotestowali, co oznacza że wyrażają zgodę. Unicestwienie ojczystej planety oraz zagłada całego ludzkiego gatunku to dla Arthura dopiero początek niesamowitych przygód, albowiem tuż przed katastrofą Ford zabiera go statkiem kosmicznym w podróż po Galaktyce, w trakcie której zbiera materiały do nowej edycji kompendium wszelkiej znanej wiedzy, czyli przewodnika Autostopem przez Galaktykę. W trakcie tej niekończącej się podróży, odbywanej między innymi w towarzystwie neurotycznego robota Marvina, Arthur spróbuje rozwiązać największą zagadkę kosmosu oraz spróbuje pojąć sens życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 203

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




DOUGLAS ADAMS

Autostopem przez galaktykę

Przełożył

Paweł Wieczorek

Ilustrował

Janusz Kapusta

Douglas Adams Autostopem przez galaktykę Tytuł oryginału THE HITCHHIKER’S GUIDE TO THE GALAXY ISBN Copyright © 1979 by Serious Productions Ltd.All rights reserved Copyright © 2016 for the Polish translation by Paweł Wieczorek Przełożył Paweł Wieczorek Ilustracja na okładce Ilustracje Janusz Kapusta Projekt graficzny okładki Krzysztof Kibart www.designpartners.com Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Jonny’ego Brocka i Clare Gorst oraz pozostałych Arlingtończyków za herbatę, sympatię oraz kanapę

Wstęp

Hen, daleko, w nieobjętych przez mapy peryferiach niemodnego końca Zachodniej Spirali Galaktyki świeci małe, niecieszące się uznaniem, żółte słońce.

W odległości około stu pięćdziesięciu ośmiu milionów kilometrów krąży wokół niego całkowicie nieważna, mała niebieskozielona planeta, a zamieszkujące ją, pochodzące od małpy, formy życia są tak zadziwiająco prymitywne, że uważają zegarki elektroniczne za dość inteligentny pomysł.

Planeta ta ma — a raczej miała — problem: większość mieszkających na niej ludzi była przez sporą część czasu nieszczęśliwa. Proponowano wiele rozwiązań tego zagadnienia, ale większość w znacznym stopniu dotyczyła ruchu małych zielonych papierków, co jest dziwne, to nie te zielone papierki były bowiem nieszczęśliwe.

Tak więc problem trwał. Mnóstwo ludzi zachowywało się podle, a większość była nieszczęśliwa, nawet ci, którzy mieli elektroniczne zegarki.

Wielu mieszkańców planety coraz bardziej skłaniało się ku opinii, że podstawowy błąd popełniono, schodząc z drzew. Niektórzy twierdzili wręcz, że nawet wybór drzew był błędem i nikt nie powinien był nigdy opuszczać oceanów.

Wtem, pewnego czwartku, prawie dwa tysiące lat po tym, jak pewien człowiek został przybity gwoździami do drzewa za twierdzenie, jak byłoby wspaniale dla odmiany być miłym wobec ludzi, pewna dziewczyna, siedząca samotnie w kawiarence w Rickmansworth, nagle zrozumiała, co cały czas nie szło tak jak trzeba i jak można by zrobić ze świata dobre i szczęśliwe miejsce. Tym razem pomysł był prawidłowy, zadziałałby i nikt nie musiałby być do niczego przybijany gwoździami.

Niestety, nim zdążyła dotrzeć do telefonu, by komuś o tym powiedzieć, nastąpiła straszliwa, idiotyczna katastrofa i pomysł przepadł na zawsze.

To nie jest opowieść o tej dziewczynie.

Jest to opowieść o owej straszliwej, idiotycznej katastrofie i niektórych jej skutkach.

Jest to też opowieść o pewnej książce, przewodniku pod tytułem Autostopem przez Galaktykę. Nie jest to książka ziemska, nigdy nie została wydana na Ziemi, aż do wspomnianej straszliwej katastrofy żaden Ziemianin nigdy jej nie widział ani o niej nie słyszał.

Mimo wszystko książka ta jest w pełni godna uwagi.

Prawdopodobnie jest to najbardziej godna uwagi książka, jaką stworzyły wielkie korporacje wydawnicze z Małej Niedźwiedzicy, o których także nigdy nie słyszał żaden Ziemianin.

To nie tylko w pełni godna uwagi książka, ale też ogromny sukces wydawniczy: jest popularniejsza od Niebiańskiej antologii kuracji domowych, lepiej się sprzedaje niż Kolejne pięćdziesiąt trzy rzeczy, które można robić w nieważkości i jest bardziej kontrowersyjna od trylogii superbestsellerów filozoficznych Oolona Colluphida Gdzie Bóg się pomylił, Kilka kolejnych największych błędów Pana Boga oraz Kim ta osoba Pana Boga właściwie jest?

W wielu bardziej zrelaksowanych cywilizacjach Zewnętrznego Wschodniego Krańca Galaktyki przewodnik Autostopem przez Galaktykę zastąpił już Encyclopaedia Galactica jako standardowe kompendium wszelkiej wiedzy i mądrości. Choć wiele w nim przeoczono i zawiera dużo treści apokryficznych, a przynajmniej szalenie niedokładnych, bije starsze i pozbawione polotu dzieło w dwóch istotnych zakresach.

Po pierwsze, jest nieco tańszy, a po drugie, na jego okładce napisano dużymi przyjaznymi literami: NIE PANIKUJ.

Opowieść o owym straszliwym, idiotycznym czwartku, jego niezwykłych skutkach i o tym, jak nierozerwalnie są one splecione ze wspomnianą godną uwagi książką, zaczyna się jednak całkiem zwyczajnie.

Zaczyna się od pewnego domu.

Rozdział 1

Dom przycupnął na lekkiej stromiźnie na skraju wsi. Stał samotnie, z widokiem na rozległe połacie pól uprawnych zachodniej Anglii. Niczym się nie wyróżniał — był to mniej więcej trzydziestoletni, przysadzisty, czworokątny ceglany dom z czterema oknami na froncie o wielkości i proporcjach, którym nie udało się zadowolić ludzkiego oka.

Jedynym człowiekiem, któremu dom wydawał się pod każdym względem wyjątkowy, był Artur Dent, a to tylko dlatego, że przypadkiem w nim zamieszkał. Mieszkał tu od trzech lat, odkąd wyprowadził się z Londynu, gdyż miasto sprawiało, że stał się nerwowy i drażliwy. Artur też miał mniej więcej trzydzieści lat, był wysoki, ciemnowłosy i nigdy całkiem w zgodzie ze sobą. Najbardziej go trapiło, że stale go pytano, dlaczego wygląda na strapionego. Pracował w lokalnej rozgłośni radiowej, w której — jak zawsze mówił przyjaciołom — jest znacznie ciekawiej, niż sądzą. Tak też było, gdyż większość jego przyjaciół pracowała w reklamie.

W nocy ze środy na czwartek lało bez przerwy, droga do domu zrobiła się mokra i błotnista, ale poranne czwartkowe słońce świeciło jasno i wyraźnie na dom Artura Denta, jak się miało okazać po raz ostatni.

Do Artura jeszcze nie całkiem dotarło, że Rada Gminy chce zburzyć dom, by zbudować obwodnicę.

*

W czwartek rano o ósmej Artur Dent nie czuł się zbyt dobrze. Obudził się skołowany, wstał, okrążył pokój, otworzył okno, zobaczył buldożer, znalazł kapcie i na sztywnych nogach poszedł do łazienki.

Pasta na szczotkę — jest. Szorujemy.

Lusterko było odwrócone do sufitu. Przechylił je. Przez sekundę mignął w nim stojący za oknem drugi buldożer. Ustawione jak należy lusterko ukazało szczecinę Artura Denta. Zgolił ją, umył się, wytarł i ruszył sztywno do kuchni, by poszukać czegoś dobrego, co mógłby włożyć do ust.

Czajnik, wtyczka, lodówka, mleko, kawa. Ziewaaamy.

Przez chwilę wędrowało mu po głowie słowo „buldożer” i szukało czegoś, z czym mogłoby się skojarzyć.

Buldożer za oknem kuchni był całkiem spory.

Artur wbił w niego wzrok.

Żółty, pomyślał i stawiając ciężkie kroki, ruszył do sypialni, by się ubrać.

Zatrzymał się w łazience i wypił wielką szklankę wody, potem jeszcze jedną. Zaczął podejrzewać, że ma kaca. Dlaczego? Czyżby wczoraj wieczór pił? Uznał, że tak musiało być: w lusterku do golenia zauważył migotanie. Żółty, pomyślał i powlókł się do sypialni.

Przystanął i zastanowił się. Pub, pomyślał. O rany, pub. Niejasno pamiętał, że był wściekły z powodu czegoś, co wydawało się ważne. Nie tyle pamiętał, co podejrzewał, że opowiadał o tym w pubie, opowiadał długo i namiętnie — najwyraźniejszym wspomnieniem były szklane oczy słuchających go ludzi. Coś związanego z nową obwodnicą, o której właśnie się dowiedział. Planowano ją od miesięcy, ale najwyraźniej nikt o niej nie słyszał. Absurdalne. Wypił łyk wody. Uznał, że sprawa sama się załatwi. Nikt nie chciał obwodnicy, nikt nie da Radzie Gminy postawić nogi na swej ziemi. Sprawa sama się załatwi.

Dlaczego ma jednak po tym takiego kaca? Popatrzył w lustro na drzwiach szafy. Wystawił język. Żółty, pomyślał. Słowo „żółty” błądziło po jego głowie i szukało czegoś, z czym mogłoby się skojarzyć.

Piętnaście sekund później leżał przed wielkim żółtym buldożerem, który jechał ogrodową ścieżką.

Pan L. Prosser był, jak to się mówi, tylko człowiekiem. Innymi słowy zbudowaną na bazie węgla, dwunogą, pochodzącą od małpy formą życia. Bardziej szczegółowo: miał czterdzieści lat, był gruby, małostkowy i pracował w Radzie Gminy. Tak się dziwnie składało, że choć o tym nie wiedział, był też w prostej linii potomkiem Czyngis-chana po mieczu, aczkolwiek geny jego przodków przez pokolenia zmieszały się z genami tylu ras, że nie miał wyraźnie mongolskich cech, a po mocarnych przodkach pozostał mu jedynie wałek tłuszczu wokół talii i zamiłowanie do małych futrzanych czapeczek.

Nie miał w sobie nic z wielkiego wojownika, wręcz przeciwnie był nerwowym, zatroskanym mężczyzną. Dziś był szczególnie zdenerwowany i stroskany, gdyż pojawiły się poważne komplikacje przy realizacji otrzymanego zlecenia, polegającego na dopilnowaniu, by dom Artura Denta został usunięty z drogi przed końcem dnia.

— Pan zejdzie z drogi, panie Dent — mówił właśnie. — Sam pan wie, że nie wygra. Nie może pan leżeć bez końca przed buldożerem. — Spróbował błysnąć wściekle oczami, ale oczy nie były mu posłuszne.

Artur leżał w błocie i wykrzykiwał:

— Poczekajmy! Zobaczymy, kto pierwszy zardzewieje!

— Obawiam się, że będzie pan musiał się z tym pogodzić — odrzekł pan Prosser, chwycił futrzaną czapeczkę i zaczął nią obracać na głowie. — Ta obwodnica musi zostać zbudowana i zostanie zbudowana!

— Pierwsze słyszę! A dlaczegóż musi zostać zbudowana?

Pan Prosser pogroził Arturowi odrobinę palcem, zaraz jednak przestał i schował rękę.

— Cóż to za pytanie, dlaczegoż musi zostać zbudowana? To obwodnica. Obwodnice trzeba budować.

Obwodnice to urządzenia, które jednym ludziom pozwalają pędzić z punktu A do B, a innym z B do A. Ludzie mieszkający w leżącym pośrodku punkcie C często dziwią się, co jest tak wspaniałego w punkcie A, że tak wielu ludziom z punktu B zależy, by się tam dostać, oraz co jest tak wspaniałego w punkcie B, że tak wielu ludzi z punktu A chce się tam dostać. Często życzyliby sobie, żeby ludzie raz na zawsze dowiedzieli się, gdzie, do cholery, chcą przebywać.

Pan Prosser chciałby być w punkcie D. Nie był to jakiś szczególny punkt, po prostu dogodnie położone miejsce, bardzo oddalone od punktów A, B i C. Miałby tam mały miły domek ze skrzyżowanymi nad drzwiami wejściowymi toporami i spędzał radośnie wiele czasu w punkcie E, czyli pubie najbliższym od punktu D.Jego żona chciałaby oczywiście mieć pnące róże, ale on wolał topory. Nie wiedział dlaczego — po prostu lubił topory. Mocno poczerwieniał, widząc szydercze uśmieszki operatorów buldożerów.

Przestępował z nogi na nogę, lecz na każdej stało się tak samo niewygodnie. Najwyraźniej ktoś był przerażająco niekompetentny i pan Prosser wznosił modły, by nie okazało się, że to on.

— Miał pan jak najbardziej prawo zgłaszać w odpowiednim czasie propozycje i składać zażalenia — stwierdził.

— W odpowiednim czasie?! — zawył Artur. — W odpowiednim czasie? Dowiedziałem się o wszystkim wczoraj, gdy zjawił się u mnie robotnik. Zapytałem, czy przyszedł umyć okna, a on mi na to, że przyszedł zburzyć dom. Oczywiście nie powiedział tego od razu. O nie! Najpierw umył kilka okien i wziął piątaka. Dopiero potem mi powiedział.

— Ależ, panie Dent, plany były dostępne w gminnym biurze planowania przestrzeni przez dziewięć miesięcy.

— Oczywiście, pewnie, kiedy tylko się dowiedziałem, natychmiast poszedłem je obejrzeć. Było to wczoraj po południu. Zbytnio się nie wysililiście, by zwrócić uwagę na plany. Na przykład komuś coś powiedzieć albo czy ja wiem...

— Plany były wywieszone...

— Wywieszone? Musiałem zejść do piwnicy, by je znaleźć!

— Tam mieści się dział informacji.

— Z latarką.

— No, może światło było zepsute.

— Na schodach też.

— Znalazł pan jednak ogłoszenie.

— Znalazłem. Tak, znalazłem — stwierdził Artur. — Na dnie zamkniętej szafy na akta, wepchniętej do nieużywanej toalety, na drzwiach której napis ostrzegał: UWAGA! ZŁY LAMPART!

Po niebie sunęła chmura. Rzuciła też cień na Artura Denta, który wsparty na łokciu leżał w zimnym błocie. Rzuciła też cień na dom Artura Denta. Pan Prosser spojrzał na dom ze zmarszczonym czołem.

— W końcu nie jest to szczególnie ładny dom.

— Przepraszam, mnie akurat się podoba.

— Obwodnica też się panu spodoba.

— Ach, ucisz się pan! Zamknij gębę, znikaj i zabierz sobie tę swoją głupią obwodnicę. Stoicie na niczym i dobrze pan o tym wie.

Pan Prosser dwa razy otworzył i zamknął usta, podczas gdy przez głowę mknęły mu niewytłumaczalne, ale szalenie miłe obrazy trawionego przez płomienie domu Artura Denta i samego Artura, który, wrzeszcząc, wybiega z buchających płomieniami ruin z co najmniej trzema wbitymi w plecy oszczepami. Pana Prossera często dręczyły podobne wizje i bardzo go rozdrażniały. Przez chwilę się jąkał, ale wziął się w garść.

— Panie Dent...

— Tak? Słucham?

— Kilka faktów dla pańskiej informacji. Potrafi pan sobie wyobrazić, jakich uszkodzeń doznałby ten buldożer, gdybym kazał przejechać nim po panu?

— Jakich? — zaciekawił się Artur.

— Żadnych — odpowiedział pan Prosser i nerwowo się oddalił, dziwiąc się, dlaczego głowę wypełnia mu tysiąc zarośniętych, wrzeszczących na niego jeźdźców.

Dziwnym zbiegiem okoliczności słowo „żadnych” byłoby dokładnym określeniem poziomu podejrzeń, jakie pochodzący od małpy Artur miał co do tego, że jeden z jego najlepszych przyjaciół nie pochodzi od małpy, lecz z małej planety w okolicy Betelgeuse, więc i nie z Guildford, jak zazwyczaj twierdził.

Artur Dent nigdy, przenigdy by tego nie podejrzewał.

Jego przyjaciel pojawił się na planecie Ziemia mniej więcej piętnaście ziemskich lat temu i włożył wiele wysiłku w to, by wtopić się w społeczeństwo ziemskie — trzeba przyznać, że odniósł pewien sukces. Przez całe piętnaście lat podawał się, na przykład, za bezrobotnego aktora, co brzmiało dostatecznie rozsądnie.

Mimo wszystko popełnił gafę, która wynikła z nieco niechlujnego przeprowadzenia wstępnych badań. Zebrane informacje skłoniły go do tego, aby nazwać się Ford Prefect, gdyż uznał, iż nie będzie to zwracać uwagi.

Jego wzrost nie przyciągał uwagi, jego rysy, choć uderzające, również. Włosy miał sztywne jak cienkie druciki, rudawe i zaczesane do tyłu. Twarz wyglądała, jakby coś ciągnęło skórę do tyłu, poczynając od nosa. Miał w sobie coś odrobinę osobliwego, choć trudno było określić, o co właściwie chodzi. Być może o to, że zbyt rzadko mrugał powiekami i kiedy się z nim nawet chwilę rozmawiało, niechybnie zaczynały łzawić oczy. Może uśmiechał się troszeczkę za szeroko i wywoływał u rozmówcy denerwujące wrażenie, że zamierza rzucić mu się do gardła.

Większość ludzi, z którymi zaprzyjaźnił się na Ziemi, uważało go za ekscentryka, choć nieszkodliwego, za niesfornego pijusa z kilkoma osobliwymi nawykami. Na przykład często wkradał się nieproszony na uniwersyteckie przyjęcia, upijał się na sztywno, a potem robił sobie żarty z każdego astrofizyka, którego udało mu się znaleźć, zanim wyrzucono go za drzwi.

Czasami nachodziły go dziwne nastroje i nieobecny duchem wpatrywał się jak zahipnotyzowany w niebo, póki ktoś go nie zapytał, co robi. Wzdragał się wtedy, jakby przyłapano go na czymś zdrożnym, zaraz jednak się rozluźniał i szczerzył zęby w uśmiechu.

— Wypatruję latających talerzy — dowcipkował, a wszyscy się śmiali i pytali, jakich to latających talerzy wypatruje.

— Zielonych — odpowiadał ze złośliwym uśmiechem, przez chwilę dziko rechotał, potem nagle ruszał biegiem do najbliższego baru, gdzie stawiał masę drinków.

Wieczory takie zazwyczaj kończyły się fatalnie. Ford do nieprzytomności upijał się whisky, wciskał się w kąt z jakąś dziewczyną i klarował jej bełkotliwie, że uczciwie mówiąc, kolor latających talerzy nie gra wielkiej roli.

Potem toczył się na wpół sparaliżowany przez nocne ulice i często pytał przechodzących policjantów, czy nie wiedzą, jak się dostać na Betelgeuse. Policjanci odpowiadali zazwyczaj coś w rodzaju:

— Nie sądzi pan, że czas wrócić do domu?

— Próbuję, skarbie, próbuję — odpowiadał niezmiennie Ford.

W rzeczywistości kiedy rozkojarzony wpatrywał się w niebo, szukał jakiegokolwiek latającego talerza. „Zielonych” mówił dlatego, że zgodnie z tradycją zielone skafandry nosili zwiadowcy handlowi z Betelgeuse.

Ford Prefect rozpaczliwie pragnął, aby wkrótce pojawił się latający talerz, utknąć bowiem na piętnaście lat jest straszliwe wszędzie, a zwłaszcza w miejscu tak bezbrzeżnie nudnym jak Ziemia.

Marzył, by wreszcie przyleciał latający talerz, wiedział bowiem, jak je ściągnąć z nieba i sprawić, by podwiozły. Wiedział też, jak podziwiać cuda wszechświata za mniej niż trzydzieści altairańskich dolarów dziennie.

W rzeczywistości Ford Prefect był specjalistą od badań terenowych, pracującym dla owej w pełni godnej uwagi książki Autostopem przez Galaktykę.

*

Ludzkie istoty mają wspaniałe zdolności przystosowawcze, więc już około południa życie w otoczeniu domu Artura unormowało się. Zaakceptowano, że rolą Artura jest taplać się w błocie i od czasu do czasu żądać adwokata, mamy lub dobrej książki, uznano, że rolą pana Prossera jest od czasu do czasu atakować Artura nowymi fortelami, takimi jak mowa „O działaniu dla dobra ogółu”, „O postępie” lub przemowa „Mnie też pewnego dnia zburzono dom, ale życie toczy się dalej” i różnymi innymi prośbami i groźbami, przyjęto, że rolą operatorów buldożerów jest siedzieć, pić kawę i cytować postanowienia związkowe dla sprawdzenia, jakie dałoby się wyciągnąć z sytuacji korzyści finansowe.

Ziemia powoli przebywała swą dzienną trasę.

Słońce zaczęło wysuszać błoto, w którym tkwił Artur.

Znów przesunął się po nim cień.

— Cześć, Artur — powiedział cień.

Artur spojrzał w górę i mrużąc oczy w słońcu, stwierdził ku swemu zdziwieniu, że stoi nad nim Ford Prefect.

— Ford! Cześć, co u ciebie?

— Nieźle — odrzekł Ford. — Słuchaj, jesteś zajęty?

— Czy jestem zajęty?! — wykrzyknął Artur. —Nie, muszę tylko tak sobie leżeć przed tymi buldożerami, bo inaczej zburzą mi dom, ale poza tym... eee, nic nie robię. Czemu pytasz?

Sarkazm jest na Betelgeuse nieznany i jeżeli Ford Prefect się nie skupiał, często go nie zauważał.

— Rozumiem. Moglibyśmy gdzieś porozmawiać? — spytał.

— Słucham? — zdziwił się Artur Dent.

Przez kilka sekund Ford zdawał się nie zwracać na niego uwagi, gdyż wpatrywał się w niebo jak królik, który stara się, by przejechał go samochód. Nagle przykucnął.

— Musimy porozmawiać — stwierdził natarczywie.

— Świetnie — zgodził się Artur. — Mów.

— I napić się — dodał Ford. — To bardzo ważne, byśmy porozmawiali i coś wypili. Natychmiast. Idziemy do pubu we wsi.

Znów spojrzał w niebo. Nerwowo, wyczekująco.

— Czy ty nic nie rozumiesz?!! — wrzasnął Artur. Wskazał na Prossera. — Ten człowiek chce zburzyć mój dom!

Ford spojrzał na Artura zdziwiony.

— Przecież może to zrobić, jak ciebie nie będzie.

— Ale ja nie chcę!

— Aha...

— Słuchaj, Ford, co się z tobą dzieje?

— Nic. Nic się ze mną nie dzieje, ale muszę ci koniecznie powiedzieć najważniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałeś. Muszę ci to powiedzieć natychmiast i koniecznie przy piwie w „Pod Koniem i Koniuszym”.

— Dlaczego?

— Bo powinieneś wypić trochę alkoholu.

Ford wpatrywał się w Artura, który stwierdził zdziwiony, że jego wola zaczyna słabnąć. Nie miał pojęcia, że był to efekt zastosowania starej gry knajpianej, której Ford nauczył się w hiperprzestrzennych portach obsługujących kopalnie madrianitu w układzie Rigel.

Gra niewiele odbiega od ziemskich „oszukańczych zapasów” i przebiega następująco:

Dwaj zawodnicy siedzą naprzeciw siebie przy stole, każdy ma przed sobą szklankę.

Między nimi stoi butelka sznapsa z Janx nieśmiertelnie uwiecznionego w starej balladzie górniczej z Rigla: „Och, więcej mi już nie lej starego sznapsa z Janx. Nie polewaj już więcej starego sznapsa z Janx, bo łeb mi zawiruje, język się skołuje, oko zbuntuje i śmierć capnie mnie. Nie nalejesz mi kielicha grzesznego starego sznapsa z Janx?”.

Każdy z zawodników musi skupić się na butelce, siłą woli przechylić ją i nalać wódkę do szklanki przeciwnika, który ma wtedy obowiązek wypić.

Butelkę znów się napełnia i gra zaczyna się od nowa. I od nowa.

Kto raz przegra, z dużym prawdopodobieństwem będzie przegrywać dalej, gdyż jednym ze skutków picia jankskiego sznapsa jest zanik sił telepsychicznych.

Po wypiciu z góry określonej ilości przegrany musi za karę zrobić coś, co normalnie jest czymś obscenicznie biologicznym.

Ford Prefect zazwyczaj grał, aby przegrać.

*

Ford wpatrywał się w Artura, któremu zaczęło się wydawać, że może jednak chciałby pójść do pubu „Pod Koniem i Koniuszym”.

— A co z moim domem? — zapytał płaczliwie. Ford rzucił okiem na pana Prossera i nagle do głowy przyszła mu złośliwa myśl.

— Chce ci zburzyć dom?

— Tak, chce budować...

— I nie może, bo leżysz przed jego buldożerem?

— Tak i...

— Jestem pewien, że uda nam się jakoś dojść do porozumienia — stwierdził Ford. — Proszę pana!

Pan Prosser (który z rzecznikiem operatorów buldożerów dyskutował o tym, czy Artur Dent stanowi zagrożenie dla ich zdrowia psychicznego, czy nie i ile powinni dostać, gdyby się okazało, że stanowi) rozejrzał się. Był zaskoczony i nieco zaniepokojony faktem, że Artur ma towarzystwo.

— Tak? Słucham?! — odkrzyknął. — Czy pan Dent się opamiętał?

— Czy moglibyśmy na razie założyć — zawołał Ford — że nie?!

— Więc... — Pan Prosser westchnął ciężko.

— Czy moglibyśmy także założyć — ciągnął Ford — że zamierza leżeć tu cały dzień?!

— Tak?

— To pańscy ludzie będą tu sterczeć bezczynnie do wieczora.

— Możliwe, możliwe...

— Jeśli zrezygnował pan, to mój przyjaciel w zasadzie nie jest tu panu potrzebny przez cały czas?

— Że co?

— Nie jest tu panu w zasadzie potrzebny — powtórzył cierpliwie Ford.

Pan Prosser zastanawiał się nad tym.

— Eee... nie... jako taki... niekoniecznie potrzebny... — Prosser zdał sobie sprawę, że jeden z nich nie myśli zbyt logicznie.

— Jeśliby pan zechciał założyć, że on tu w zasadzie jest, moglibyśmy skoczyć szybko na pół godzinki do pubu. Jak to brzmi?

Pan Prosser uważał, że pomysł jest kompletnie szalony.

— Brzmi to całkowicie rozsądnie — powiedział jednak uspokajającym tonem i zastanawiał się, kogo właściwie próbuje uspokoić.

— A gdyby potem pan chciał skoczyć na łyczek, moglibyśmy w rewanżu pana zastąpić.

— Bardzo serdecznie dziękuję — odpowiedział pan Prosser, który stracił całkiem koncept. — Bardzo serdecznie dziękuję, tak, to bardzo miłe. — Zmarszczył czoło, uśmiechnął się, potem spróbował zrobić to jednocześnie, ale mu się nie udało, złapał futrzaną czapeczkę i zaczął nią to w jedną, to w drugą stronę obracać na głowie. Mógł jedynie zakładać, że właśnie odniósł zwycięstwo.

— Więc — kontynuował Ford Prefect — gdyby pan zechciał podejść i się położyć.

— Co?

— Przepraszam, może nie wyraziłem się jasno. Ktoś musi leżeć przed buldożerami, inaczej nic ich nie powstrzyma przed wjazdem do domu pana Denta, prawda?

— Co?

— To bardzo proste. Mój klient, pan Dent, mówi, że przestanie leżeć w tym błocie wyłącznie pod warunkiem, jeżeli pan go zmieni.

— O czym ty mówisz? — zdziwił się Artur, lecz Ford lekko trącił go czubkiem buta, żeby siedział cicho.

— Chciałby pan, żebym — rzekł Prosser, próbując wyobrazić sobie sytuację — podszedł i się położył.

— Tak jest.

— Przed buldożerem?

— Tak jest.

— Zamiast pana Denta?

— Tak jest.

— W błoto?

— W, jak pan sam mówi, błoto.

Kiedy pan Prosser zrozumiał, że przegrał, poczuł, jakby spadł mu z ramion ciężar: był to świat, jaki znał. Westchnął.

— W zamian za to weźmie pan pana Denta do pubu?

— Tak jest — stwierdził Ford. — Dokładnie.

Pan Prosser zrobił kilka nerwowych kroków i stanął.

— Słowo? — zapytał.

— Słowo — odpowiedział Ford i odwrócił się doArtura. — Chodź! Wstawaj i pozwól położyć się temu człowiekowi.

Artur wstał. Miał uczucie, że tkwi wewnątrz snu.

Ford dał ręką znak Prosserowi, który smętnie i nieporadnie siadł w błoto. Nieraz miał wrażenie, że całe jego życie jest snem, i czasem zadawał sobie pytanie, kto go właściwie śni i czy dobrze się przy tym bawi. Błoto objęło jego tyłek, ramiona i zaczęło sączyć się do butów.

Ford patrzył na niego surowo.

— I bez żadnego burzenia cichcem domu pana Denta pod jego nieobecność, rozumiemy się?

— Nawet przez myśl by mi to nie przeszło — odparł pan Prosser, kładąc się na plecach — żeby coś takiego mogło mi wpaść do głowy.

Na widok zbliżającego się przedstawiciela Związku Zawodowego Operatorów Buldożerów pozwolił opaść głowie w błoto i zamknął oczy. Próbował uporządkować argumenty, by móc udowodnić, że teraz sam nie jest zagrożeniem dla ich zdrowia psychicznego. Nie był tego wcale taki pewien — głowę zdawały się mu wypełniać odgłosy bitwy i tętent koni, dym i odór krwi. Zdarzało się to zawsze, gdy czuł się nędznie lub miał wrażenie, że go okpiono, i nigdy nie umiał sobie tego wytłumaczyć. W dalekim wymiarze, o którym nic nie wiemy, mocarny Chan ryczał z wściekłości, ale pan Prosser jedynie lekko drżał i pojękiwał. Poczuł pod powiekami łzy.

Proceduralne wpadki, wściekli ludzie w błocie, rozdzielający niepojęte obelgi niemożliwe do rozszyfrowania, obcy, a w głowie hordy wyśmiewających się z niego bliżej nieokreślonych jeźdźców — co za dzień.

Co za dzień! Ford Prefect wiedział, że to, czy dom Artura zostanie zburzony, czy nie, jest tak nieistotne, jak różnica między sześć a pół tuzina.

Artur ciągle był niespokojny.

— Możemy mu ufać? — spytał.

— Jeśli o mnie chodzi, to wierzyłbym mu do końca świata — odpowiedział Ford.

— To znaczy jak długo?

— Około dwunastu minut. Chodź, muszę się czegoś napić.

Rozdział 2

W Encyclopaedia Galactica można przeczytać o alkoholu, że jest to bezbarwna, łatwo parująca ciecz, powstająca w wyniku fermentacji cukrów, wspomina się tam także, że działa trująco na określone bioformy zbudowane na bazie węgla. Także przewodnik Autostopem przez Galaktykę wspomina alkohol. Napisano tam, że najlepszym istniejącym drinkiem jest Pangalaktyczny Gardłogrzmot.

Napisano, że Pangalaktyczny Gardłogrzmot działa, jakby ktoś wytłukiwał pijącemu mózg z głowy plastrami cytryny owiniętymi wokół sztaby złota.

Autostopem podaje także informacje, na jakich planetach miksuje się najlepsze Pangalaktyczne Gardłogrzmoty, ile trzeba zapłacić i jakie organizacje dobroczynne pomagają po konsumpcji wrócić do zdrowia.

Autostopem zdradza nawet, jak można sobie samemu zrobić Pangalaktycznego Gardłogrzmota:

Weź zawartość butelki starego sznapsa z Janx. Dodaj jedną część wody z mórz Santraginusa Pięć — o, ta santraginejska morska woda! O, te santraginejskie ryby!

W mieszance rozpuść trzy kostki arkturańskiego megaginu (musi być dobrze zmrożony, gdyż inaczej ulotni się zawarta w nim benzyna).

Przepuść przez mieszankę cztery litry falliańskiego gazu bagiennego — ku pamięci wszystkich szczęśliwych autostopowiczów, którzy zmarli z przyjemności w bagnach Falli.

Po odwróconej srebrnej łyżeczce dodaj kroplami jedną część kwalaktyńskiego ekstraktu hipermiętowego, który pachnie wszystkimi odurzającymi kwalaktyńskimi sferami: delikatnie, słodko i mistycznie.

Wrzuć do środka ząb algoliańskiego tygrysa słonecznego.

Patrz, jak się rozpuszcza, a ognie algoliańskich słońc rozchodzą się w głębi napoju. Dodaj kilka kropli zamforu. Wrzuć oliwkę.

Pij… ale... bardzo ostrożnie...

Przewodnik Autostopem przez Galaktykę sprzedaje się nieco lepiej niż Encyclopaedia Galactica.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki