Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Masz prawo jazdy? Najwyższa pora, by nauczyć się dobrze jeździć!
Czy wiesz, dlaczego budowanie dróg ekspresowych w mieście to dziwactwo, wciskanie gazu do dechy nigdy nie ma sensu, a młodzi kierowcy jazdy powinny się uczyć od swoich mam i babć?
Na te i inne pytania odpowiada Łukasz Zboralski – znany i ceniony dziennikarz od lat zajmujący się bezpieczeństwem ruchu drogowego. Zabiera czytelników w fascynującą, ale i bezpieczną (rzecz jasna!) podróż po świecie drogowych absurdów, utrwalonych mitów i zaskakujących faktów.
To książka dla tych, którzy dopiero odebrali upragnione prawo jazdy, dla kierowców z milionem kilometrów na liczniku i dla wszystkich, którzy chcą po każdej podróży wracać do domu cali i zdrowi.
Bez podręcznikowej nudy, za to z humorem, odrobiną ironii i reporterską dociekliwością autor proponuje wszystkim przyszłym i obecnym kierowcom.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 184
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.
Copyright © 2026 by Łukasz Zboralski
Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska
Korekta: Katarzyna Machowska
Redakcja techniczna i projekt okładki: Paweł Kremer
Zdjęcia Autora: Łukasz Naumienko
Zdjęcia w książce: Łukasz Zboralski – →, →
Wydanie I | Kraków 2026
ISBN ebook: 978-83-8404-202-1
Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków
Dział sprzedaży: [email protected]
EmocjePlusMinus.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Mojej żonie, córkom, rodzicom
„Pa tera...”
Słowa wypowiedziane przez wielu kierowców, którzy nigdy nie dojechali do celu.
Jak naukowiec żyjący na przełomie wieków XVIII i XIX pomógł uniewinnić polskiego kierowcę, który w 2016 roku zabił pieszego na drodze? Zaraz się tego dowiecie. A na końcu tej opowieści zrozumiecie, dlaczego właśnie od niej zaczynam tę książkę.
To był sierpniowy wieczór 2016 roku. Polski kierowca ciężarówki wyruszył na trasę w Norwegii, którą już dobrze znał, bo od siedmiu miesięcy woził po niej towary. Dzień jak co dzień. Załadunek, tachograf, karta i w drogę.
Czterdziestolatek wyjechał z miejscowości Nannestad na lokalną drogę nr 120 i ruszył w stronę Oslo. Trasa była tu zupełnie prosta, bez zakrętów i niespodzianek. Można było jechać maksymalnie 80 km/h, a w Norwegii nawet polscy kierowcy nie próbują przekraczać prędkości, bo grozi za to nie tylko gigantyczne uszczuplenie portfela. Przy większych przewinieniach w tej kwestii od razu można trafić na chwilę za kratki.
Około godziny dwudziestej pierwszej spokój w kabinie przerwał nagły skok adrenaliny. Człowiek! Człowiek stojący na drodze! Kierowca szarpnął kierownicą. Nie mógł zjechać na przeciwny pas ruchu, bo wtedy zderzyłby się czołowo z nadjeżdżającym z naprzeciwka autem. Wprawdzie dzięki manewrowi obronnemu kabina minęła pieszego i zawadziło go tylko wystające światło kierunkowe, ale dużo szersza naczepa uderzyła w niego z całą mocą.
Szofer zrobił tyle, ile mógł. I było to za mało. Na jezdni leżało ciało siedemdziesięciosiedmioletniego turysty z Chin, który wyszedł z pobliskiego hotelu. Miał na sobie ciemne spodnie i intensywnie czerwoną kurtkę.
Potem wydarzyło się to, co zawsze. Do traumy związanej z tym, że zginął człowiek, dołączyły prokuratura, zarzuty i sąd. Norwegowie odczytali zapisy z ciężarówki. Prędkość? Poniżej dopuszczalnej – między 61 a 73 km/h. Sąd pierwszej instancji uznał jednak kierowcę za winnego nieumyślnego spowodowania śmierci przez „rażące zaniedbanie”.
Po dwóch latach Sąd Apelacyjny Eidsivating (jeden z sześciu takich w Norwegii) zmienił wyrok i stwierdził, że kierowca jest niewinny. Nie było to zasługą żadnych nowoczesnych pomiarów ani prawniczych sztuczek obrony. Do takiego pozytywnego dla Polaka rozstrzygnięcia nie doszłoby, gdyby nie odkrycie czeskiego naukowca, którego dokonał na Uniwersytecie Karola w Pradze w… 1819 roku.
O Janie Evangeliście Purkyniem zapewne wielu z was nigdy nie słyszało, choć w Uściu nad Łabą istnieje nawet uniwersytet jego imienia. A według jednej z anegdot ów naukowiec na pewnym etapie swego życia był podobno tak sławny, że ludzie mieli słać do niego listy adresowane tylko jego nazwiskiem i dopiskiem „Europa” (oczywiście takich listów nie ma, a korespondencja naukowca, która się zachowała, nigdy nie była tak adresowana, ale przecież lubimy takie opowieści o sławie, nieprawdaż?).
Ten zakochany w nauce człowiek porzucił zakon, by móc zgłębiać tajniki fizjologii. Jako pierwszy ciął tkanki mikrotomem, dzięki czemu mógł poznać ich budowę. Jego badania pomogły rozwinąć histologię i patologię. Opublikował też pracę na temat głównych konfiguracji linii papilarnych, co dało podstawę nowej dziedzinie wiedzy – daktyloskopii. Krótko mówiąc, bez niego nie bylibyśmy dziś w stanie łapać przestępców dzięki pozostawianym przez nich śladom na przedmiotach.
Jak jednak odkrycie Purkyniego mogło wpłynąć na wyrok sądu w sprawie wypadku samochodowego sto pięćdziesiąt lat po jego śmierci? Przecież tam odcisków palców raczej nie zbierano. Już śpieszę z wyjaśnieniami. Ów zdolny Czech zainteresował się też ludzkim okiem i odkrył pewne prawidłowości w postrzeganiu przez nas świata. Zakładam, że pamiętacie z lekcji biologii w podstawówce, że ludzkie oko ma czopki i pręciki. Jeśli nie, to krótko przypominam: czopki są w stanie poinformować mózg, jaką barwę ma przedmiot, na który patrzymy. A ściślej rzecz biorąc – to one pozwalają rozpoznać, z jaką częstotliwością odbija się od tego przedmiotu światło, bo świat jako taki barw nie ma, kolory to tylko wytwór naszego umysłu. Czopki działają dobrze, gdy jest dostatecznie dużo światła. W ciemności oko przełącza się na pręciki. Te już nie rozróżniają barw, ale dzięki nim nie wejdziecie w nocy w drzwi łazienki, bo pozwalają zobaczyć kształty czarno-szarego nocnego świata.
Tak się składa, że pręciki kochają kolor niebieski, a czerwonym z jakiegoś powodu gardzą. W związku z tym, gdybyśmy postawili na stole różę oraz niezapominajki i powoli ściemniali światło w pokoju, to czerwona róża zacznie być czarna szybciej niż niebieskie drobne kwiatki.
No dobra, ale co to ma wspólnego z Norwegią, wypadkiem i w ogóle samochodami? Dzięki odkryciu Purkyniego wiemy między innymi to, że w ciemności jako pierwsze wyłączają swoją funkcję czopki odpowiedzialne za widzenie fal długich, czyli za „percepcję” koloru czerwonego. A to oznacza, że po zachodzie słońca, gdy zapada zmrok, jako pierwszy przestajemy widzieć kolor czerwony. No i bingo! Do uniewinnienia polskiego kierowcy potrzeba było oczywiście adwokata z gigantyczną wiedzą – i taką miał Łukasz Niedzielski z polsko-norweskiej kancelarii prawnej Garstecki & Torgersen AS z Oslo – oraz naukowca, który potwierdzi przed sądem, że w warunkach zapadającego zmierzchu kierowca ciężarówki nie miał szans odpowiednio wcześnie zauważyć pieszego w ciemnych spodniach i intensywnie czerwonej kurtce.
Przed sądem wystąpiła prof. Rigmor C. Baraas z Narodowego Centrum Optyki, Widzenia i Zdrowia Oczu z Universitetet i Sørøst-Norge. Oszacowała natężenie światła w chwili wypadku i uznała, że w takich warunkach było prawie niemożliwe, by kierowca z odległości 40 metrów dostrzegł nieruchomego chińskiego turystę stojącego na tle drzew i krzewów. Miał szansę zauważyć pieszego, gdy ten był dopiero 20 metrów przed nim, ale wtedy nic już nie mógł zrobić.
Sąd uniewinnił kierowcę, a wobec faktów naukowych prokuratura zrezygnowała z odwoływania się do norweskiego Sądu Najwyższego.
I po co ja to wszystko piszę? Na pewno nie po to, byście uznali, iż zawsze istnieje jakaś szansa, by wykręcić się od odpowiedzialności po wypadku drogowym. Chciałbym wam raczej uzmysłowić, że jako kierowcy powinniśmy rozumieć ograniczenia ludzkiego organizmu, które naukowcy poznali i opisali przez ostatnie dekady (a część z nich, co przypomniałem powyżej, już nawet setki lat temu). To, co potrafi, i to, czego nie potrafi nasze ciało, ma ogromny wpływ na to, co można, a czego nie da się zrobić za kierownicą. Niestety ci, którzy zdali egzamin na prawo jazdy pięćdziesiąt, czterdzieści czy nawet trzydzieści lat temu, nie mieli szansy o tym się dowiedzieć.
Dla pocieszenia dla boomerów i millenialsów (choć marne to pocieszenie) dodam, że młody człowiek, który dziś uśmiechnięty odjeżdża z wojewódzkiego ośrodka ruchu drogowego z pozytywnym wynikiem egzaminu, też o tym wszystkim nie ma pojęcia. W Polsce bowiem przez dekady tkwiliśmy w systemie kształcenia i egzaminowania kierowców rodem z PRL. Dawnym ekspertom wydawało się (a wielu wciąż się tak wydaje), że nauka jazdy to wypracowanie wraz z kursantem technicznej biegłości w kręceniu kierownicą i operowaniu pedałami. Nic bardziej mylnego. Bezpieczna i dobra jazda zaczyna się nie w rękach i nie w nogach, lecz w głowie. Kluczem do właściwego kształcenia kierowców muszą być psychologia i fizjologia. Uspokajam – chodzi o podstawowe rzeczy, które wcale nie są tak trudne do zrozumienia. Bez wiedzy o nich nie powinno się jednak w ogóle wyjeżdżać na drogę.
Z wdzięcznością pomyślmy zatem o wszystkich naukowcach takich jak pan Purkyně. I zapnijmy pasy, bo teraz zaczyna się nasza właściwa przejażdżka po świecie wiedzy o ruchu drogowym!
No dobra, powinienem napisać inaczej: „Wrzućcie na luz!”. Nie tylko dlatego, że my, Polacy jako kierowcy jesteśmy dość spięci i agresywni. Radzę wam spokój głównie dlatego, że za chwilę część tego, co myśleliście o jeździe samochodem i latami uznawaliście za ogólnie przyjęte i potwierdzone fakty, okaże się ślepą uliczką. Może się zdarzyć coś jeszcze gorszego – dowiecie się, że to, co niemal od zawsze przyjmowaliśmy jako pewnik, to tylko gusła i przesądy. Wiem, że zderzenie z czymś, co zaprzecza naszym poglądom, jest trudne. Dysonans poznawczy to dość bolesna sytuacja. Postaram się być delikatny. Poproszę was tylko o to, żebyście dali mi szansę. Gdy natraficie na coś, co w pierwszym momencie chcielibyście skomentować: „Cóż za pier*olety!”, nie odkładajcie książki i doczytajcie rozdział do końca. Postaram się pokazać wam, że w każdym z omawianych przeze mnie przypadków można znaleźć jakieś pręciki i czopki – czyli solidne badania naukowe, które zaprzeczają temu, w co do tej pory wierzyliście. Umowa stoi?
Po co to wszystko chcę napisać? Bo zapewne nie dowiedzieliście się tego od instruktora nauki jazdy skupionego głównie na tym, by kandydat na kierowcę poznał wszystkie pułapki na ulicach otaczających miejscowy wojewódzki ośrodek ruchu drogowego. Aspirujący do miana kierowcy dowiaduje się bowiem o rzeczach tak ważnych dla jego przyszłych drogowych kompetencji jak nieczynny przejazd kolejowy lub źle oznakowane skrzyżowanie (takie były na przykład w Łodzi, gdzie egzaminatorzy – zamiast wnioskować o zmianę – chętnie wykorzystywali błędy w oznakowaniu, by pognębić kursantów). Egzaminy na prawo jazdy zamiast sprawdzać właśnie świadomość pewnych ludzkich ograniczeń, która każdemu kierowcy jest niezbędna, przypominały czasem zwariowaną wojnę między ośrodkami szkolenia a WORD-ami. Kto kogo nabierze i zaskoczy? Przy czym, jak to zwykle bywa, na froncie giną nie dowódcy czy stratedzy bitew, lecz szeregowi żołnierze wysyłani na rzeź. W tym wypadku zestresowani młodzi kierowcy. Jest na szczęście światełko w tunelu, bo stoimy u progu rewolucji w szkoleniu i egzaminowaniu.
A! Zapomniałbym jeszcze o jednej prośbie! Jeśli ta książka pojawi się w wersji audio, nie słuchajcie jej podczas prowadzenia auta. To jednak rozproszyłoby waszą uwagę, a ja chcę wam podpowiedzieć, jak unikać kłopotów na drodze, a nie jak w nie się wpakować.
Kilka podstawowych faktów na początek
W tym rozdziale dowiecie się, dlaczego kobiety są lepszymi kierowcami, a młodzi powodują więcej wypadków niż starsi. Poznacie przyczynę codziennych dzwonów na ekspresówce biegnącej w centrum Warszawy. Wyjaśnię wam też, dlaczego nie każdy może się ścigać z Hamiltonem w F1. Przede wszystkim zaś odpowiemy na pytanie, czy warto zasuwać 100 km/h w środku miasta.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Pręciki i czopki, czyli taki kwiatek z wypadkiem
Czerwone światło dla… czerwonego
Rozdział i. Kilka podstawowych faktów na początek
Rozmiar (drogi) ma znaczenie
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
