Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Czasem jeden przytulas potrafi zdziałać więcej niż tysiąc słów.
Przed mieszkańcami Chaty pod Wierchami kolejna niezwykła wyprawa! Tym razem ich droga prowadzi do Szczecina, do ośrodka rehabilitacyjnego, gdzie pracuje brat Daktyla, Wafel - pies terapeuta o wielkim sercu. Na miejscu bohaterowie poznają Kasię, dziewczynkę, która zatonęła w smutku i nie chce z nikim rozmawiać.
Czy bliskość, empatia i psia przyjaźń pomogą jej odzyskać uśmiech? Magia przytulania to ciepła, wzruszająca opowieść o sile czułości, odwadze w pomaganiu i o tym, że czasem najważniejsze rzeczy dzieją się po prostu wtedy, kiedy ktoś jest obok.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 67
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Anna Sakowicz
POPR-ańcy
Magia przytulania
– Ceść, kochani cłowieckowie, to jak zwykle ja, was niezawodny genius w małym scuzym ciele.
– Oraz ja, Daktyl!
– Spiesymy wam psypomnieć, co to się u nas wydazyło. Oj, az mnie nelwy biolą na wspomnienie ostatnich psygód. Wyoblaźcie sobie, ze odesła od… nas… Dzumaja… Posła sobie w świat…
– Nie becz, Sculku, moje rodzeństwo też odeszło, znalazło nowe domy i sam widziałeś, że im tam dobrze. Są szczęśliwi.
– Dobze, dobze… zalaz tam dobze… a mogłoby być pseciez lepiej, a moze i najlepiej U NAS.
– Nie ma się co mazać. Opowiedz dzieciom o naszej ostatniej przygodzie w trakcie pobytu u Pumy w Zakopanem. Może nie pamiętają, że moja siostra służy w policji, jest świetna w tropieniu, rozwiązuje różne zagadki, łapie złodziei i jest w tym doskonała.
– Tak, to plawda. Lazem z nią znaleźliśmy zagubione stado owiec, a potem wynikły z tego dodatkowe kłopoty, bo Dzumaję upolował ozeł, po cym ją zgubił, a my dzięki klukom ją odnaleźliśmy. Pomiesanie z poplątaniem, cyli wielki galimatias.
– Pomógł nam Agrest, wezwał na pomoc swojego przyjaciela. A Scul z Bakcylem polecieli potem na ptasich grzbietach, by odnaleźć szczurzycę. To była prawdziwa akcja POPR-u!
– Dobze mówis, Daktylku. Podcas tej psygody splawdziliśmy tez, cy nowy psyjaciel Dzumai jest odpowiednimkompanem do wędlowania. Okazało się NIESTETY, ze tak, więc dwa sculy wędlowne posły za głosem swoich selc i wylusyły w świat. A my zostaliśmy tu sami…
– Znowu zaczynasz się mazać. Najlepiej, jak nie będziesz już wracał do ostatniej historii, a razem posłuchamy opowieści Gambita, mojego najlepszego przyjaciela… na równi z tobą oczywiście.
– No, ja myślę!
Rozdział 1
Co wyniknęło z delulu Belo
Leżałem na moim puszystym posłaniu, obok mnie pochrapywał Daktyl, kiedy nagle do moich uszu dotarł bardzo dziwny dźwięk. Najpierw myślałem, że się przesłyszałem, bo to było takie „plask”, jakby w ścianę naszej chaty uderzyło coś galaretowatego. Podniosłem głowę i uważnie rozejrzałem się po pokoju. Oda siedziała na swoim pieńku i zajadała owoce zwisające z żerdzi, przygotowanej specjalnie dla niej. Ośki nie widziałem, za to ni stąd, ni zowąd pojawił się Pepe i jak błyskawica przebiegł przez pokój. Wtedy obudził się Daktyl.
– Co się dzieje? – Ziewnął. Był zmęczony po służbie, na pewno chciał pospać, a tymczasem jakieś dziwne hałasy przerwały mu drzemkę.
– Chyba zaby lozbijają się o nase okno… albo ślimaki bez skolupek. Znam takie, potlafią być baldzo niepsewidywalne – szepnął Scul, choć zapewne nie miał zbyt wielu doświadczeń z płazami i mięczakami, ale kto, jeśli nie on, mógłby się w takiej sytuacji wymądrzać? Ja obstawiałem galaretkę. Pepe jednym susem znalazł się na parapecie, a wtem znów rozległ się „plask” i kocur odskoczył jak oparzony, bo coś uderzyło w szybę. Natychmiast ruszyliśmy w stronę okna. Kolejny „plask”. Tym razem wyraźnie zobaczyliśmy zepsuty pomidor zsuwający się po szkle. Ktoś rzucał w nasz dom zgniłymi warzywami.
– Co się dzieje? – powtórzył za Daktylem Scul. Po chwili koty i szczur siedziały na parapecie powciskani pomiędzy doniczki kwiatów, a my z młodym opieraliśmy się o niego łapami, by przyjrzeć się temu, co działo się na zewnątrz.
– Ktoś nas atakuje! – miauknął Pepe, a gryzoń zaraz wyciągnął daleko idące wnioski:
– Musieliśmy nadepnąć komuś na odcisk. A telaz oko za oko, ząb za ząb…Spoglądaliśmy na podwórze, ale niczego podejrzanego nie dostrzegliśmy. Kuc stał w zagrodzie, niestety sam niczym palec, choć na szczęście wyglądał na zadowolonego. Może wreszcie się cieszył ciszą i spokojem? Dostrzegłem też Koko i Gęgawę. Biegły od strony koszy na śmieci w głąb podwórza i szybko zniknęły mi z oczu. Zdziwiłem się nawet, że potrafią tak szybko się poruszać, zazwyczaj dostojnie kroczyły, jak przystało ptasim damom.
– Patrzcie tam! – zawołał Daktyl i wskazał nosem kierunek. Coś się poruszyło za pojemnikami na śmieci! Zanim zorientowaliśmy się, kto się tam ukrył, znów coś uderzyło w szybę. Ani Honorata, ani Emilka, ani Michał nie będą z tego zadowoleni.
– To Aglest! – wrzasnął nagle Scul.
– No tak, widać jego brunatne futerko – mruknąłem pod nosem. W tym momencie wszyscy rzucili się do drzwi, musiałem więc podążyć za nimi, żeby nacisnąć klamkę. Wystrzeliliśmy z domu jak pociski z procy. Za kubłami faktycznie ukrywał się nasz przyjaciel niedźwiedź, grzebał w śmieciach i rzucał nimi w nasze okna, żeby zwrócić na siebie uwagę. Szczurek natychmiast znalazł się na jego ramieniu.
– Elo, mordy moje! Sterczę tu i czekam na okejkę, że mnie widzicie. Już miałem strzelać focha forever na pięć minut, ale wreszcie jesteście!
– Coś się stało? – spytał Daktyl.
– Lepiej odejdźmy w bardziej ustronne miejsce – odezwałem się, gdy usłyszałem klakson samochoduprzejeżdżającego właśnie obok naszej posesji. Być może kierowca zobaczył nasze stado. Trudno było udawać, że nie widzi się niedźwiedzia, jeżeli zza kubła wystawała jego wielka głowa.
– Git! – rzucił krótko Agrest i wszyscy razem ruszyliśmy w stronę szlaku prowadzącego na Butorowy Wierch, by tam ukryć się pomiędzy drzewami i spokojnie pogadać.
– Mów sybko, co się stało, bo cielpliwość nie jest moją mocną stloną – poprosił Scul. Zatrzymaliśmy się w bezpiecznym miejscu. Od ludzi dzieliły nas gęste zarośla i drzewa. Z oddali dochodziły do naszych uszu jedynie dźwięki ulicy: warkot silników samochodów, pisk opon, a czasami głośna muzyka. Staraliśmy się nie zwracać na nie uwagi.
– Chodzi o Belo…
– Znów ma delulu? – zainteresował się Pepe.
– Jest delulu i nołlajf1.
– Co?
Nic z tego nie rozumiałem. Spoglądałem na pysk Ag- resta i nie wiedziałem, czy on się cieszy czy smuci. Wyglądał, jakby sam miał delulu. Wypowiadał jakieś dziwne słowa, a my staliśmy naprzeciwko niego i wybałuszaliśmy oczy, czekając, aż zacznie gadać po zwierzęcemu, a nie po niedźwiedziemu.
– Mów jaśniej – warknąłem.
Nagle misiek ryknął tak głośno, że drzewa i krzewy wokół nas się zatrząsły, spadło kilka gałęzi, a ptaki poderwały się do lotu. Pepe podskoczył w miejscu, a potem wygiął się w łuk i zasyczał. Scul za to o mało nie zsunął się z ramienia brunatnego olbrzyma.
– Co się stało? – spytał Daktyl, a Agrest chwycił Scula w łapy i zakręcił się z nim wokół drzewa, po czym znów ryknął.
– To delulu… jednak jest zalaźliwe – wydukał zdezorientowany gryzoń.
– Będę wujkiem! – wrzasnął niedźwiedź, a my przez chwilę składaliśmy w całość to, co mówił. Delulu Bela, dziwne zachowanie Agresta, wrzaski, radość… Jak to się wszystko do siebie doda, to wychodzi… wujek… Wujek…?
– Że co? – zdziwił się Daktyl, a misiek uderzył łapą w pierś.
– Epicko! Wujem będę!
– Wujem?
– Kto to jest wuj? – zainteresował się Pepe, a Scul natychmiast odpowiedział:
– Wuj to wuj! Zosia kiedyś psecytała w jakiejś ksiązce: Wuj to wuj… a gdzie ojca nie ma, tam, pismo mówi, wuja słuchać będzies2.
– Jakie pismo? – nie odpuszczał kocur, choć nikt z nas tak naprawdę tego nie rozumiał.
– Cłowieków pismo, bo cłowiekowie takie mają, no nie? Jak glyzmolą na papieze, to mają pismo. I mają jesce taką glubą księgę, o któlej w sklócie mówią pismo3. Kto by tam to odlóznił. No, co ja będę wam tłumacył, jezeli wuj to wuj i bzmi epicko.
– Belo zostanie ojcem! Jest fajoza! A ja będę wujkiem dla niedźwiadków jego i Luśki – wyjaśnił wreszcie misiek i wszystko stało się jasne.
– Belo będzie tatą? – powtórzyliśmy chórem. Mnie aż przeszły ciarki na myśl o tym, że ten dziwny niedźwiedź będzie wychowywał niedługo swoje dzieci.
– Jop! To wyszło z tego delulu, co prawda teraz będzie nołlajf, bo skończy się ganianie po lasach i dzieciakówbędzie musiał pilnować, ale ja… będę wujem! – odparł, a potem zaśpiewał w swoim stylu: Wiem, wiem, Belo nie chciał być sam, bo żył wleśnej dżungli, bam, bam…teraz będę wujem jam, jam…
– Chyba ta wiadomość o zostaniu wujkiem nieco mu pomieszała w głowie – szepnąłem do Daktyla. Żaden z nas jednak nie chciał przerywać miśkowi, bo w powietrzu wciąż wybrzmiewało: „bam, bam, jam, jam”, jakby misiek właśnie opracowywał nowy język, znany jedynie przyszłym wujom.
– Ej! A kiedy te małe niedźwiadki mają się pojawić? – przytomnie spytał Pepe, bo inaczej chyba stalibyśmy tak w nieskończoność i słuchali zawodzenia miśka.
– Ups… Nie wiem, pewnie zimą, więc jak otworzę ajsy na wiosnę, będę już innym niedźwiedziem. Czeka mnie odjechany początek roku, mordy moje! Gitara gra!
– Wuj to wuj, nic nie poladzimy – westchnął gryzoń.
– Gratulacje – mruknąłem pod nosem, a Agrest rzucił:
– Sęk ju. A teraz siemaneczko, ziomeczki, lecę szerować4 wieści w las! Nara!
– Po tych słowach Agrest skoczył w zarośla i tyle go widzieli. Słyszeliśmy jeszcze odgłos łamanych gałęzi i jego „bam, bam, jam, jam”, jakby wybijał rytm swojej radości.
– No to się polobiło… Belo zostanie tatą…
– Jeżeli Agrest będzie wujem, to my kim będziemy dla tych maluchów?Przez chwilę każdy z nas szukał odpowiedzi na pytanie Daktyla, ale nic nie przychodziło nam do głowy. Wtedy Scul krzyknął:
– Najfajniejsą ekipą z Chaty pod Wielchami.
– Zabierzemy je na akcje POPR-u! – ucieszył się Pepe, a ja musiałem ostudzić ich zapał.
– Wracajmy do domu, nic tu po nas. A do narodzin tych maluchów jeszcze dużo czasu. Nie wiadomo, czy Lusia pozwoli im na zabawy z nami.
