Miłość wyczytana z nut - Aleksandra Tyl - ebook + audiobook
Opis

28-letnia Eliza pracuje jako świetliczanka, prowadząc spokojne, ustabilizowane życie. Nagle na jej drodze pojawia się dwóch mężczyzn: romantyczny skrzypek Bruno i pragmatyczny lekarz Adam. Obydwaj starają się o względy Elizy. Wybór tylko pozornie jest prosty, bo choć serce Elizy pragnie namiętności i pod tym względem skłania się ona ku skrzypkowi, to z drugiej strony rozum podpowiada, że życie z przebojowym, przedsiębiorczym Adamem może okazać się równie udane, a przede wszystkim dające gwarancję spokoju i bezpieczeństwa bez trosk o potrzeby materialne. Podjęcie decyzji dodatkowo komplikuje fakt, iż Eliza spodziewa się dziecka. Jakie będą konsekwencje jej wyborów? Czy decyzja okaże się słuszna? Czy serce może wygrać z rozumem lub odwrotnie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 418

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 33 min

Lektor: Joanna Lissner

Popularność


Copyright © 2010 by Aleksandra Tyl

Copyright © Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki:

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Redakcja i korekta:

Izabela Wójcik

Skład i łamanie:

Agnieszka Miksa

Wydawnictwo Prozami

www.prozami.pl

www.literaturainspiruje.pl

Warszawa 2015

Wydanie II

ISBN 978-83-65223-56-2

Skład wersji elektronicznej:

Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Nie chciałam wyprawiać urodzin, ale Magda się uparła. Ja uważałam, że celebrować należy okrągłe rocznice, a ona twierdziła, że każda okazja do świętowania jest dobra.

Upierałam się przy swoim, tłumacząc, że nie mam ochoty balować w dzień swoich urodzin, szczególnie że właśnie ten dzień przypominał mi, iż wielkimi krokami zbliżam się do magicznej trzydziestki. Magicznej, bo tę granicę obrałam sobie jako czas, do którego zamierzam zrealizować wszystkie plany, i te zawodowe, i te osobiste. Najpóźniej do trzydziestki chciałam wyjść za mąż, urodzić pierwsze dziecko i podjąć rozwijającą, satysfakcjonującą i dobrze płatną pracę. Taką z perspektywami na przyszłość.

Tymczasem, mimo iż do trzydziestych urodzin zostały już tylko dwa lata, nie miałam ani narzeczonego, ani nawet chłopaka, nie miałam szans na zmianę pracy, ani też jakichkolwiek pomysłów na zmianę średnio udanego życia. Wciąż mieszkałam z rodzicami, przyjaźniłam się głównie z Magdą, a czas wolny spędzałam najczęściej w domu, przed telewizorem lub z książką w ręku. Żadnych szaleństw, niespodziewanych wypadów, żadnych spontanicznych wyskoków. Odkąd skończyłam studia i podjęłam pracę w świetlicy społecznej, moje życie drastycznie się wyciszyło i straciło tempo. Tym bardziej więc nie miałam ochoty przypominać sobie o mijającym czasie.

Magda jednak się uparła. Stwierdziła, że urodziny to świetna okazja, by, zdmuchując świeczki na torcie, wypowiedzieć życzenie, a także zabawić się, odprężyć, może nawet upić i pomarzyć o super przyszłości, jaka nas czeka. Bo przecież kiedyś nas czeka. Zadeklarowała się wspaniałomyślnie, że to ona zorganizuje mi urodziny i postawi tort. Wyjdziemy razem i będziemy bawić się do rana.

Od zawsze, odkąd tylko pamiętam, powtarzała, że to ona, jako moja najlepsza i w dodatku jedyna przyjaciółka, będzie moją ostoją, moim lekiem na chandrę, moim kompanem do zabawy. A kiedy już znajdę męża, to zostanie moją świadkową, a potem chrzestną moich dzieci. Oczywiście ja deklarowałam względem niej dokładnie to samo. Planowałyśmy, że kiedy będziemy mężatkami, to zamieszkamy nieopodal siebie, żeby nasze dzieci mogły się razem bawić, a my plotkować przy kawce w ogródku. Oczywiście plan był taki, że będziemy okropnie bogate, zamieszkamy we wspaniałych domach z ogrodami, a nasi mężowie będą przystojni i zakochani w nas po uszy.

– Nie będziemy musiały pracować – marzyła Magda, gdy rozmawiałyśmy na ten temat, popijając urodzinowe wino w przytulnej małej kawiarence na Chmielnej. – Nasze dni będą upływały beztrosko pomiędzy sklepami a salonami kosmetycznymi. Wieczory zaś będziemy spędzać w restauracjach, teatrach albo na przyjęciach u bogatych znajomych.

– Chyba byśmy się zanudziły – roześmiałam się z jej wizji.– Takie życie wcale nie jest fajne. Nie po to studiowałam, żeby spędzać czas w butikach. Zresztą ty chyba też nie.

– O nie, nie zanudziłybyśmy się! Na pewno nie! Ja nie po to studiowałam, żeby iść do pracy, ale po to, żeby właśnie po maturze nie iść do niej zbyt szybko. Zawsze to kilka lat imprezowania więcej. Nie sądzisz chyba, że pasjonuje mnie farmacja? Wyobrażasz sobie, żebym siedziała pół dnia w białym kitlu, sprzedając jakieś leki? O nie, co to, to nie! A ty? Co możesz robić po pedagogice? Siedzieć w dusznej szkole albo w jakiejś świetlicy społecznej, jak teraz. I wieczne marudzenie, że nie masz na fryzjera i sama musisz farbować włosy.

– Przyzwyczaiłam się.

– E tam, gadanie. Do luksusu też mogłabyś się przyzwyczaić. Załóż się, że jak już będziemy bajecznie bogate, to odechce ci się ganiać do pracy, żeby się użerać z jakimiś małolatami z patologicznych rodzin.

– Nie odechce mi się. Zresztą, jakoś mi nie zależy na uwieszeniu się ramienia bogatego męża. Wolałabym sama być bogata, bez niczyjej pomocy.

– No pewnie, w pracy na świetlicy można zbić takie kokosy, że ho ho! – tubalnym głosem przedrzeźniała mnie przyjaciółka. – „Dzieci, poproście swoich tatusiów recydywistów o przyniesienie całego urobku z włamu prosto do mnie. Inaczej nie będę się wami zajmować należycie”.

– Przestań. – Zatkałam jej usta dłonią, mimo że sama dusiłam się ze śmiechu.

– No widzisz, nie będziesz bogata. Chyba że rzucisz tę robotę i otworzysz jakiś snobistyczny prywatny ośrodek dla trudnej młodzieży. O, to jest myśl! Ja mogłabym przygotowywać dla nich psychotropy, tajne środki uspokajające, żeby nie podskakiwali za bardzo. To jest myśl! – ekscytowała się Magda. – A ich starzy by za to płacili grubą forsę, żeby się tylko pozbyć problemu. No, sama powiedz, czy nie jestem genialna? Tym sposobem staniemy się bogate, oczywiście podział zysków fifty-fifty, i będziemy mogły sobie wybierać pośród równie bogatych mężów.

– I co nam przyjdzie z tego bogactwa?

– Jak to co? Szczęście, kochana, samo szczęście!

Idea otworzenia prywatnego ośrodka dla trudnej młodzieży upadła równie szybko, jak się pojawiła. Chwilę później Magda wpadła bowiem na kolejny genialny pomysł, tym razem dotyczący zupełnie innej branży.

– Ośrodek dla trudnej młodzieży to niezbyt trafiony pomysł – wyznała, delektując się kolejną lampką wina. – Zaharujemy się. Zanim dojdziemy do kokosów, to stracimy zbyt dużo czasu na użeranie się z tą całą bandą wyrostków. Poza tym, trzeba by na początek sporo zainwestować, choćby w lokal, a nie mamy pieniędzy. Wpadłam na o wiele lepszy i bardziej przyjemny sposób na zarabianie. Zostaniemy projektantami mody! Zajęcie prestiżowe i niewymagające. Ty masz zdolności praktyczne, będziesz projektować. Zatrudnimy krawcową i ona będzie szyć. Ja się zajmę marketingiem. Podział zysków fifty-fifty, oczywiście.

– Obawiam się, że to także nie jest trafiony pomysł. Dość odległy od naszych obecnych zajęć. – Uśmiechnęłam się lekko. – Nie znam się na projektowaniu.

– Na tym nie trzeba się znać! Co to za filozofia narysować sukienkę? Cała rzecz to ją uszyć, ale w tym już głowa krawcowej. Mówię ci, to jest myśl, na pewno się uda. Masz zadanie na weekend, żeby zaprojektować kilka strojów. Ja przygotuję ofertę promocyjną. Pamiętasz Monikę? Grała w tym serialu, czekaj, niech sobie przypomnę… − Magda zmrużyła oczy. − „Błogość uczuć” chyba jakoś tak. Monia chodziła ze mną do szkoły. Można by odnowić z nią kontakt, żeby na jakiejś imprezie założyła suknię naszego projektu i tym sposobem się sprawa rozdmucha. Mówię ci, to bardzo proste. A ty wiesz, ile taka suknia od znanego projektanta może kosztować?

– No ile?

– O, kochana, nieskończenie wiele…

– Nie, dziękuję, jakoś nie mam ochoty zostać projektantką. Daj spokój, wcale nie chcę być bogata, dobrze mi tak, jak jest.

– Akurat. Mieszkasz z rodzicami, masz słabo płatną pracę, kilka nieudanych związków za sobą i brak perspektyw na kolejny i tobie jest dobrze?

– Dobrze jak dobrze, ale lubię swoją pracę. Może nie uwierzysz, ale te dzieciaki są naprawdę wartościowe, cieszę się, że mogę z nimi pracować, pomagać, poświęcić swój czas. To naprawdę sprawia mi frajdę. A faceta znajdę już niebawem, zobaczysz. I wcale nie musi być bogaty.

– Pożyjemy, zobaczymy. Tylko mi za kilka lat nie płacz w rękaw, że ja się wyleguję przy swoim basenie z drinkiem w ręku, a ty musisz gnieść się w kawalerce z mężem i gromadką dzieci.

– Nie będę ci płakać, bez obaw. W kawalerce też może być przyjemnie. Jak się ludzie kochają, to nic innego nie jest ważne. Można być szczęśliwym i w namiocie.

Magda westchnęła, kręcąc z niedowierzaniem głową. Ja też nie do końca wierzyłam w to, co mówię, ale tylko dlatego, że nigdy jakoś specjalnie nie lubiłam wypadów pod namiot.

Oczywiście zaśmiewałyśmy się z tych planów i szalonych pomysłów Magdy. Tak naprawdę miałyśmy bardzo skonkretyzowane cele. Magda wbrew pozorom nigdy nie była materialistką, a farmacja to był jej prawdziwy konik. Marzyła o tym, że któregoś dnia uda jej się stworzyć linię kosmetyków ekologicznych, które będą dostępne w aptekach po niewygórowanych cenach. Wcale nie pragnęła bogactwa i wielkiego domu z basenem, ale możliwości realizowania się w laboratorium, dostępu do wszelkich nowinek, tworzenia czegoś nowego na wysokim poziomie.

Ja z kolei bardzo lubiłam spędzać czas ze swoimi podopiecznymi. Przeżywałam każdy sukces w szkole, każdą piątkę, czwórkę, a nawet tróję, jeśli tylko wiedziałam, że mój wychowanek musiał włożyć naprawdę sporo wysiłku, by opanować materiał. W świetlicy jednak nie tylko pomagałam w lekcjach. Prowadziliśmy również różne warsztaty, rozmowy, organizowaliśmy wycieczki, wyjścia do kina, czy teatru. Zależało nam na tym, żeby te dzieciaki poznały świat z trochę innej strony niż ten, który przedstawiają im rodzice – zazwyczaj alkoholicy z kryminalną przeszłością, bo właśnie taka grupa mi się trafiła.

Zdmuchując prowizoryczną świeczkę na torciku, który zamówiła dla mnie Magda, miałam to samo, co każdego roku życzenie. „Chcę być szczęśliwa”. Po prostu. Cokolwiek to miało znaczyć. Najwyraźniej nie osiągnęłam jeszcze tego stanu, skoro rok w rok, moje życzenie pozostawało niezmienione. Być może urodzinowe życzenia wcale się nie spełniają… Nie zamierzam jednak z nich rezygnować, bo życzenie, samo wypowiedzenie go w myślach, nic przecież nie kosztuje, ale nadzieja, że może się spełni, sprawia tak wiele przyjemności.

O urodzinowym życzeniu przypomniałam sobie jakiś czas później, kiedy poznałam Adama.

Poznaliśmy się w pracy. Nie mojej, ale jego. Któregoś dnia, jeden z chłopców na świetlicy, Tomek, dostał nagle ataku duszności. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło, nie wiedzieliśmy co robić. Pani dyrektor próbowała się bezskutecznie dodzwonić do jego rodziców, w tym czasie kolega zatelefonował na pogotowie. Dopiero kiedy przyjechała karetka i Tomkowi został podany tlen, duszności ustały. Sanitariusz zaordynował, że trzeba zabrać dziecko do szpitala na badania. Zobowiązałam się, że to ja z nim pojadę.

Na miejscu przyjął nas młody, bardzo opanowany lekarz. Po krótkim wywiadzie uspokoił mnie, że chłopcu na pewno nic nie jest, duszności były najwyraźniej reakcją na stres. Okazało się, że w czasie, gdy chłopiec spędzał czas na zajęciach w świetlicy, w jego szkole trwała wywiadówka, a wychowawczyni zagroziła, że jeśli rodzice znów się nie stawią, Tomek będzie zagrożony. Oczywiście Tomek wiedział, że rodzice na wywiadówkę nie przyjdą, bo gdy wychodził z domu, ojciec siedział z kolegami pod sklepem monopolowym, a matka zajmowała się młodszymi dziećmi.

– No cóż, niewesołe dzieciak ma życie, ale co zrobić – westchnął lekarz, gdy Tomek poszedł do łazienki. – Oczywiście zostawimy go na obserwację, zrobimy badania. Czy jest jakiś kontakt z jego rodzicami?

– Obawiam się, że nie. Próbowaliśmy się do nich dodzwonić, ale numer nie odpowiada – wyjaśniłam. – Pani dyrektor świetlicy zobowiązała się, że do nich pojedzie. Nie otrzymałam od niej jak dotąd żadnej wiadomości. Jestem jednak pewna, że dopilnuje tego, żeby zostali poinformowani. Tak czy inaczej, sama jutro przyjadę do Tomka.

– Dobrze, myślę, że już jutro będzie wszystko wiadomo, ale naprawdę proszę się nie martwić. Takie reakcje czasem się zdarzają, szczególnie u wrażliwych dzieci.

– Dziękuję, uspokoił mnie pan. Prawdę mówiąc trochę spanikowałam, pierwszy raz widziałam coś takiego, on naprawdę nie mógł oddychać. To było straszne. Jeszcze raz panu dziękuję. Do zobaczenia jutro. – Uśmiechnęłam się i podałam lekarzowi rękę na pożegnanie. Przytrzymał ją kilkanaście sekund, patrząc na mnie z zamyśleniem.

– Mnie jutro nie ma… – powiedział po dłuższej chwili. – A sam będę ciekaw, jak się sytuacja z tym chłopcem rozwinie. Może zostawię pani swoją wizytówkę? Zadzwoniłaby pani do mnie jutro?

– Oczywiście – powiedziałam niepewnie, bo wydało mi się to dziwne, żeby lekarz aż tak angażował się w sprawy przypadkowych pacjentów. Wzięłam jednak wizytówkę, chowając ją do kieszeni spodni.

– To świetnie. A zatem do usłyszenia!

Skinęłam głową na pożegnanie i wyszłam na korytarz, gdzie czekał na mnie Tomek przebrany już w szpitalną piżamę. Obok niego stała blada, drobna pielęgniarka, która próbowała namówić go, żeby poszedł z nią na oddział.

– O, ja z tą panią jestem! – chłopiec krzyknął na mój widok.

– Pani jest mamą? – spytała bladolica, wzdychając ciężko.

– Nie, jestem opiekunką Tomka ze świetlicy… Przyjechałam tu z nim karetką.

– Uparł się, żeby na panią zaczekać.

Pokrótce wyjaśniłam Tomkowi, co się z nim będzie działo, jakie mu zrobią badania i czego się może spodziewać.

– To naprawdę nic strasznego, muszą sprawdzić czy jesteś całkiem zdrowy. Jutro być może wrócisz do domu. Pani dyrektor powiadomiła twoich rodziców, na pewno przyjadą do ciebie, jak nie dziś, to jutro. A ja też jutro wpadnę do ciebie.

Odprowadziwszy go do sali, upewniłam się, że pielęgniarka pomoże mu się zaaklimatyzować. Właśnie podano kolację. Na wszelki wypadek zostawiłam jednak Tomkowi dziesięć złotych, gdyby miał ochotę kupić coś do picia w szpitalnym bufecie.

Kiedy wychodziłam ze szpitala, minął mnie w drzwiach lekarz, który nas przyjął. Nie zauważył mnie jednak, szybkim krokiem udał się w stronę parkingu.

Przypomniałam sobie o naszej rozmowie i obietnicy skontaktowania się z nim. Myśląc o tym, zadzwoniłam do Magdy, żeby opowiedzieć jej o dzisiejszych wydarzeniach.

– A przystojny? – zagadnęła, gdy już skończyłam relacjonować pobyt w szpitalu.

– Kto? – spytałam nieco roztargniona, bo akurat skończyłam na tym, jak obiecałam Tomkowi, że jutro też wpadnę.

– No, lekarz przecież. Przystojny?

– Trudno powiedzieć. Taki średni, normalny, nie jakiś playboy – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Jednocześnie próbowałam sobie przypomnieć jego wygląd. W sytuacji szpitalnej nie przyglądam się lekarzom i innym członkom personelu medycznego pod kątem urody.

– Ale blondyn, czy brunet, wysoki, niski, gruby, chudy, no, takie rzeczy to chyba można zauważyć? – dopytywała podekscytowana Magda.

– Blondyn, trochę wyższy ode mnie, ale nie za wiele.

– E, to nie będziesz mogła chodzić w obcasach – zmartwiła się przyjaciółka.

– Dziś byłam w butach na obcasach i wydawał się jednak wyższy ode mnie, ale naprawdę nie pomyślałam, żeby zwrócić na to uwagę. Zwróciłam jednak uwagę na to, że trzymał moją dłoń o wiele dłużej niż to przyjęte, no i prośba o mój telefon do niego jutro…

– Nie napalaj się, może to rzeczywiście jakiś altruista, który interesuje się losem swoich pacjentów.

– Albo powiedział tak tylko z grzeczności. Wiem, wiem… Nie będę do niego dzwonić, nie mam zamiaru się wygłupiać.

– Nie napalaj się, ale wykorzystaj sytuację! Trzeba kuć żelazo póki gorące! Oczywiście pod warunkiem, że ci się podoba. No, a jak ma na imię?

Próbowałam odnaleźć wizytówkę w torebce, dopiero po chwili przypomniałam sobie, że włożyłam ją do tylnej kieszeni spodni. Magda po drugiej stronie słuchawki zdążyła się już zniecierpliwić.

– Jeszcze tego brakowało, żebyś zgubiła jego numer, koniec świata! – krzyczała.

– Adam. Adam Wieczorkowski. Internista, Humana-Med – przeczytałam.

– Humana-Med, no proszę, fiu fiu, to on musi być niezły, Humana-Med. To olbrzymia firma! A może to jego klinika?

– Coś ty, gdyby to była jego klinika, to nie pracowałby na dyżurach w szpitalu. Bardziej się zastanów nad tym, po co on tyle pracuje? Może ma żonę i gromadkę dzieci na utrzymaniu?

– To nie spojrzałaś na palec? Nie wiesz, czy nosi obrączkę?

– Nie, nie spojrzałam. Zresztą, brak obrączki niczego wcale nie oznacza. Mógł ją zgubić, zdjąć, zapomnieć, cokolwiek.

– Masz rację. Brak obrączki nic by nam nie powiedział, ale już jej obecność powiedziałaby wiele, mogłaś sprawdzić.

– Dobra, dość już tego gadania. Porozmawiamy, jak się zobaczymy, mam autobus – krzyknęłam do słuchawki, choć wcale nie doszłam jeszcze na przystanek.

Planowałam pojechać do świetlicy, ponieważ byłam ciekawa, czy pani dyrektor udało się porozmawiać z rodzicami Tomka, ale kiedy spojrzałam na zegarek, okazało się, że zbliża się już dwudziesta.

Wróciłam do domu.

Mama jak zwykle dopytywała się, co tam w pracy. I jak zwykle odpowiedziałam, że w porządku. Nie chciało mi się rozwijać tematu, szczególnie że wiedziałam, iż pytania o pracę rzucane są rutynowo i mama nie oczekuje szczegółów. Dla niej o wiele bardziej ekscytujące niż życie wychowanków świetlicy były zmagania gwiazd w nowym programie rozrywkowym, w którym musiały odpowiadać na najbardziej intymne pytania od widzów.

Mama uwielbiała ten program.

Zjadłam podgrzany w mikrofali obiad i zaszyłam się w swoim pokoju.

Zmęczona, nie miałam siły już czytać, choć robię to niemal każdego dnia, nie licząc tych wieczorów, kiedy wychodzę.

Tym razem zamiast sięgnąć po książkę włączyłam radio i przez chwilę siedziałam bezmyślnie w fotelu, a następnie po krótkim, nawet bardzo krótkim prysznicu, poszłam spać.

– Wcale nie chcieli otworzyć – opowiadała dyrektorka świetlicy, gdy zapytałam ją o rodziców Tomka. – Musiałam się dobijać i tłumaczyć przez drzwi kim jestem i po co przychodzę. Dopiero później mi się przyznała, że myślała, że jestem od komornika. Ponoć zalegają z opłatami już od wielu miesięcy. Kiedy ktoś puka, po prostu udają, że ich nie ma.

– Ale udało się pani w końcu wejść? – dopytywałam, nalewając sobie kawy do kubka.

– Tak, w końcu weszłam, ale stałam pod tymi drzwiami chyba z piętnaście minut. Gdyby nie sąsiadka, która akurat wychodziła z psem na spacer i powiedziała mi, że na pewno są w domu, to pewnie bym odpuściła. W końcu otworzyła matka. Nieufnie na mnie patrzyła, ale zaprosiła do środka. Ogólnie tylko powiedziałam jej, co się stało, bo przecież sama nie znałam szczegółów, a z tego pośpiechu zapomniałam sobie spisać w komórkę twój numer telefonu, żeby zadzwonić. I tak dobrze, że zapamiętałam, do którego szpitala go zawieźli.

– No i co? Pojadą tam dzisiaj?

– O kochana, już wczoraj matka u niego była! Bardzo się przejęła, nie mogę powiedzieć. Stary spał gdzieś w pokoju, nawet nie widziałam, bo przyjęła mnie w kuchni. Muszę przyznać, że było czysto, schludnie, chociaż oczywiście warunki niezbyt dobre, widać, że bida z nędzą. Ale kiedy tylko jej opowiedziałam o Tomku, zawołała jakąś koleżankę przez okno, żeby przypilnowała młodszych dzieci i jak stała, tak wyszła, żeby jechać do szpitala. Wcale bym się nie zdziwiła, że dziś od samego rana też tam jest.

– Ja też się wybieram – powiedziałam. Miałam nadzieję, że uda mi się wyjść z pracy trochę wcześniej.

Świetlica działała od ósmej do dziewiętnastej, pracowaliśmy na dwie zmiany. Rano przychodziły dzieci, które zaczynały szkołę na godziny popołudniowe, a po południu te, które kończyły wcześniej. Ja w tym tygodniu pracowałam jednak przez całe dnie, bo koleżanka, z którą się zamieniałam złamała nogę i nie znaleźliśmy nikogo na zastępstwo w tak nagłym czasie. Owszem, świetlica mogła odwołać zajęcia, ale pod koniec roku szkolnego większość naszych podopiecznych wymagała dodatkowych korepetycji, uwagi, pomocy w lekcjach, dlatego zdecydowałam się zastąpić Kasię i pracować przez cały dzień, z godzinną tylko przerwą na obiad.

– Pewnie, jedź, ale jeśli lekarze mówią, że nic mu nie jest, to pewnie już go tam nie będzie. Nie wiem, o której robią wypisy, chyba koło czternastej, jak wszędzie.

Kilka godzin pracy upłynęło mi bardzo szybko. Garstka dzieci, która przychodzi do nas rano, jest niezwykle zdyscyplinowana i zdolna. Aż trudno uwierzyć, że wymagają pomocy świetlicy środowiskowej. Raczej można by pomyśleć, że ich zapracowani rodzice nie mają co z nimi zrobić przed szkołą, a na opiekunkę żałują pieniędzy.

Nikt z nas nie sprawdza sytuacji rodziny, nie wchodzi z butami do żadnego domu. Do świetlicy może zapisać się każde dziecko poniżej osiemnastego roku życia. Przyjęło się jednak, że w większości zapisują się dzieciaki z rodzin dysfunkcyjnych, którym o świetlicy mówią nauczyciele lub pedagodzy szkolni. Te dzieciaki naprawdę potrzebują uwagi i kiedy już zaczną chodzić, to rzadko zdarza się, żeby bez powodu opuszczały nasze zajęcia. Wydaje się wręcz, że kiedy nie mogą przyjść do świetlicy, to tęsknią za nami, ale może to tylko moje czcze marzenia i pragnienie żeby być potrzebną.

Kiedy dotarłam do szpitala, Tomka już rzeczywiście nie było na sali. Z jednej strony ucieszyłam się, bo to oznaczało, że jest zdrowy i został wypisany, a z drugiej zrobiło mi się smutno, że go zawiodłam, bo przecież obiecałam, że przyjadę. Okazało się jednak, że jeszcze nie wyszedł. Spotkałam go, kiedy z mamą wychodzili z pokoju pielęgniarek.

Przywitałam się z nimi.

– Dostałem prezent, niech pani zobaczy! – Na mój widok zamachał szpitalnym długopisem.

– Świetnie! Widzę, że wszystko w porządku i nawet zaprzyjaźniłeś się z pielęgniarkami!– Roześmiałam się.

– Tak, dzielny zuch z tego mojego chłopca – powiedziała matka Tomka, uśmiechając się do mnie. Miała zmęczoną, szarą, ale też ciepłą twarz. Ubrana była w ciemną bluzkę i brązową spódnicę. Wyglądała na jakieś czterdzieści kilka lat, choć podejrzewałam, że tak naprawdę ma o wiele mniej.

– Bardzo się cieszę.

– Chciałam pani podziękować. – Kobieta podała dłoń. – To miłe, że przyjechała wczoraj pani z Tomkiem.

– Nic takiego.

– Przepraszam, wiem, że nie mogliście się państwo do nas dodzwonić, ale odłączyli nam telefon. Wie pani, opłaty, rachunki… przy czwórce dzieci ważniejsze są inne wydatki niż telefon.

– Rozumiem. Nic się nie stało, cieszę się, że Tomkowi nic nie jest, bo przyznam, że trochę nas wystraszył. – Potargałam Tomka z uśmiechem po włosach.

– Ja też się zdenerwowałam. To się zdarzyło już drugi raz. Ostatnio takich duszności dostał w szkole. Wtedy jednak szybko mu minęły, nie wzywano karetki. Myśleliśmy, że to jednorazowa sprawa.

– Rozmawiała pani z lekarzem?

– Tak, już wszystko wiem. Najważniejsze, że badania dobre. A na nerwy znajdzie się rada, prawda Tomeczku? Nie musisz się bać nauczycielki. Nie byłam na wywiadówce, ale obiecuję, że jutro pójdę do szkoły.

Tomek uśmiechnął się smutno.

Uznałam, że nic tam po mnie. Pożegnałam się i wróciłam do świetlicy.

Dopiero po skończonych zajęciach zauważyłam kilka nieodebranych połączeń w telefonie. To oczywiście Magda przez pół dnia usiłowała mnie złapać.

– No i co tam? – spytała, kiedy oddzwoniłam po powrocie do domu.

– Wszystko w porządku, wypisali Tomka. Poznałam jego mamę, bardzo miła kobieta. Myślę, że zajmie się teraz synem bardziej uważnie.

– Nie o to pytam! To znaczy, oczywiście interesuje mnie los tego chłopca, Jak najbardziej. Ale teraz pytam, czy dzwoniłaś do swojego doktorka?

Rzeczywiście! Zupełnie zapomniałam o obietnicy danej lekarzowi.

– Zapomniałam! – przyznałam zgodnie z prawdą. – Nie będę już dzwonić, za późno. Trudno. Przyjdzie na dyżur, to się dowie od kolegów, jeśli naprawdę go to interesuje,

– Ty frajerko! Przecież jego nie Tomek interesuje, ale ty! Koniecznie do niego zadzwoń! Facet pewnie czeka, a ty przepuszczasz taką okazję!

– Nie zadzwonię – upierałam się, choć ukłuło mnie w brzuchu, że być może rzeczywiście przepuszczam okazję i naprawdę zasługuję na niechlubne miano frajerki.

– Zadzwoń. Dopiero dwudziesta. Powiedz, że wypadło ci z głowy albo że gdzieś zapodziałaś wizytówkę, wymyśl coś.

– Nie, głupio mi tak dzwonić.

– Co głupio, głupio. Sam cię przecież poprosił. Mówię ci, zadzwoń, to wyczujesz o co chodzi. Jeśli powie, że cieszy się, że z Tomkiem wszystko okey i nic więcej, to trudno. Ale według mnie, to on cię zaprosi na kawę, zobaczysz. Nie masz nic do stracenia. Dzwoń!

– Nie zadzwonię.

– Dzwoń!

– Rozłączam się.

– No pewnie, rozłączaj się ze mną i dzwoń do doktorka, jak mu tam było, Artur?

– Adam – sprostowałam, zdziwiona, że zapamiętałam jego imię.

– Adam, no widzisz. Zadzwoń i powiedz, że chcesz zostać jego Ewą! – krzyczała Magda do słuchawki. Dobrze wiedziała, że musi mnie mocno dopingować, bo w przeciwnym razie zamiast walczyć o faceta, znów zalegnę w pokoju z książką w ręku.

Kiedy skończyłyśmy rozmawiać, odruchowo sięgnęłam do tylnej kieszeni spodni, pamiętając, że tam właśnie włożyłam wizytówkę. Ale nie było jej! Przeszukałam wszystkie kieszenie. Pomyślałam, że może przełożyłam ją do torebki albo do portfela, ale tam również jej nie było.

Obszukałam niemal wszystkie miejsca, co do których istniało podejrzenie, że mogą skrywać maleńki kartonik, lecz niestety wcięło go skutecznie.

– Czego tak szukasz? – spytała mama, widząc, jak nerwowo wywracam do góry nogami wszystkie swoje rzeczy.

– Wizytówki, gdzieś ją tu włożyłam – odpowiedziałam, po raz kolejny przeszukując kieszenie.

– A, to nie widziałam. A czyjej?

– Lekarza.

– Jakiego lekarza? Chora jesteś?

Przypomniało mi się, że nie opowiadałam rodzicom o wczorajszej wizycie w szpitalu, a zatem nie było sensu opowiadać o tym dzisiaj. Wymyśliłam więc na poczekaniu, że szukam wizytówki do dentysty.

– Gdybyś miała porządek w rzeczach, to nie musiałabyś nic szukać – skwitowała mama, ogarniając wzrokiem mój pokój, który rzeczywiście wyglądał teraz jak jedno wielkie pobojowisko. Wszystkie rzeczy z torebki leżały na biurku. Z kolei cała zawartość kieszeni spodni i kurtki, wylądowała na fotelu. Były tam stare bilety autobusowe, kilka monet, papierki od cukierków i gum do żucia i ogólnie mnóstwo drobnych śmieci, jakie można znaleźć, grzebiąc komuś w kieszeniach.

Dopiero kładąc się spać doznałam olśnienia, że przecież miałam na sobie wczoraj inne dżinsy. Ulżyło mi. Podczas gdy szarpałam sobie nerwy, wizytówka spokojnie tkwiła w innej kieszeni.

Natychmiast zerwałam się z łóżka i pobiegłam do łazienki. Pamiętałam, że tam właśnie poprzedniego dnia zostawiłam ubrania.

Jak na złość łazienka lśniła czystością. Nie było w niej również moich spodni.

– Gdzie są moje dżinsy? – krzyknęłam, budząc przysypiającą już mamę.

– Które? – spytała zaspanym głosem.

– Niebieskie, rurki. Miałam je wczoraj na sobie, były w łazience.

– Wyprałam.

– Co?

– Wyprałam, powinnaś mi podziękować. Zostawiłaś na pralce, więc pralka uprała.

– Cholera jasna! Nigdy nie pierzesz moich rzeczy! – zezłościłam się, biegnąc na balkon, gdzie suszyło się pranie.

– Jak to nie piorę! Oczywiście, że piorę, tylko ty nie zauważasz! Co ty sobie myślisz, że to wszystko krasnoludki robią? Waldek, słyszałeś? Twoja córka zdziwiła się, że w domu to ja sprzątam i piorę, myślała, że samo się robi.

– Nie o to chodzi – sprostowałam. – Zazwyczaj pytasz się, czy nie mam czegoś do prania. Nie bierzesz nic sama z siebie.

– Położyłaś spodnie na pralce, to myślałam, że do prania. O co ci w ogóle chodzi? Obrażona jesteś, że ci spodnie wyprałam?

Nie słuchałam. Ściągnęłam suche już spodnie z wieszaka na balkonie i włożyłam drżącą dłoń do kieszeni.

– Jest! – krzyknęłam do siebie.

Wizytówka, co prawda pomięta i sprana, ale była. Rozmyte literki i cyfry dało się rozczytać, dlatego w lepszym już humorze wróciłam do swojego pokoju, dziękując mamie za wypranie spodni.

– Nie mogę dojść za tą dziewczyną, Waldek, o co jej chodziło z tym praniem?

– Nie wiem, śpij już – mruknął tata, przewracając się najwyraźniej na drugi bok, bo stare łóżko mocno zaskrzypiało.

Z wizytówką pod poduszką, zastanawiając się, czy doktor Adam czekał na mój telefon, zasnęłam.

Śniły mi się spodnie. Tańczące, wyprane, szalejące na sznurkach do suszenia. Głupi, beznadziejnie głupi sen, skończył się przed siódmą rano. Zapomniałam, że jest sobota i na dźwięk budzika zerwałam się z łóżka. W domu jeszcze wszyscy spali. Spojrzałam na zawieszony przy biurku kalendarz.

– Sobota. Cholera, mogłam jeszcze pospać – wymamrotałam, idąc do kuchni.

Mamę obudził aromatyczny zapach kawy.

– Ja też poproszę. Z mlekiem – powiedziała, przecierając oczy. – Przyjeżdża dziś babcia. Zapomnieliśmy ci z ojcem powiedzieć.

– Nie musisz mnie informować o każdej wizycie babci.

– Niby tak, ale teraz przyjeżdża na dłużej.

– To znaczy?

– No wiesz, odkąd dwa tygodnie temu przewróciła się i straciła przytomność, mocno się o nią niepokoję. Wtedy, gdyby nie sąsiadka, nie wiadomo, jakby się ten upadek skończył, pamiętasz?

– Pamiętam, pamiętam, napędziła nam babcia strachu.

– No właśnie. I uznaliśmy z ojcem, że jednak bezpieczniej będzie, jak babcia przeniesie się do nas. Ma już prawie osiemdziesiąt lat. W tym wieku nietrudno o wypadek. Lepiej, żeby sama nie mieszkała.

– Też tak myślę – przyznałam.

Rzeczywiście, nie raz była rozmowa o tym, żeby babcia zamieszkała z nami, ale temat był szybko ucinany, ponieważ babcia nie chciała. Uważała, że we własnym mieszkaniu jest jej najlepiej. W końcu, jak widać, dała się przekonać.

Ucieszyłam się. Sama też martwiłam się o babcię. Umysł co prawda nie odmawiał jej posłuszeństwa, ale ciało zdecydowanie tak. Rodzice kupili jej specjalny balkonik do chodzenia. Babcia nie chciała go używać, tłumacząc, że jeszcze nie jest aż tak niedołężna. Z domu jednak nie wychodziła. Mieszkała na czwartym piętrze bez windy i dlatego trudno było jej zdobyć się choć na krótki spacer. Samo zejście po tylu schodach było nie lada wyzwaniem. Zbyt dużym, by się na nie porywać.

– Cieszę się. Już dawno powinniśmy to zrobić, no ale wiadomo, my z ojcem pracujemy, ty też pracujesz, babcia siedziałaby u nas sama przez cały dzień. Tam to przynajmniej ma sąsiadki, które czasem wpadną na herbatę. Jednak w tej sytuacji uznaliśmy, że ważniejsze jest zdrowie babci niż jej życie towarzyskie.

– Pewnie, że tak. Zastanawiam się tylko, jak się tu wszyscy pomieścimy? Rozumiem, że babcia zamieszka ze mną, w moim pokoju? Chyba, że wy zlikwidujecie sypialnię, w której zamieszka babcia, a sami przeniesiecie się do dużego pokoju?

– I tak, i nie. – Mama podniosła się, uchyliła okno, a następnie dolała sobie kawy z ekspresu. – Waldek! Wstawaj, trzeba lecieć po bułeczki, głodna jestem! – krzyknęła w stronę sypialni. Ja też nagle poczułam ssanie w żołądku. Tata odkrzyknął coś niezrozumiałego, czym zakomunikował, że już nie śpi. Od lat tradycją było, że to on rano chodził do sklepu. Uwielbiał poranne spacery, a jeszcze bardziej flirtowanie z biuściastą rudą sklepową, o czym mama wiedziała, ale nie miała nic przeciwko temu.

– Stara jest i mało atrakcyjna – uznała kiedyś. – Nie wiem, co ten Waldek w niej widzi, żadna to dla mnie konkurencja. Niech się mizdrzą do siebie, sikoreczki, ale naprawdę uśmiałabym się, gdyby był z tego jakiś romans.

Siedziałyśmy w kuchni przy kawie, czekając aż tata przybiegnie z chrupiącym pieczywem. Tymczasem mama wtajemniczała mnie w plany mieszkaniowo-babciowe.

– Nie będziemy likwidować sypialni – powiedziała. – Babcia zamieszka w twoim pokoju.

Skrzywiłam się. Co za egoiści. Sami będą spać w wygodnym łożu małżeńskim, a ja ze staruszką na ciasnej kanapie.

Mama chyba wyczuła, że nie tryskam szczęściem, bo zaraz dodała:

– Babcia u ciebie, a ty u babci.

– Chcesz powiedzieć, że miałabym się przenieść do jej mieszkania?

– Właśnie tak wymyśliliśmy.

O rany, tyle razy im to proponowałam i zawsze byli przeciwni. Obawiali się, że z mieszkania babci zrobię jakąś imprezownię, że będę zapraszać nieodpowiedzialnych znajomych, którzy zniszczą mieszkanie i zrujnują meble. Jakby mnie nie znali. Nigdy nie byłam typem szalonej imprezowiczki.

Nagle to odkryli, że zmienili zdanie?

– Super! – krzyknęłam, nie dopytując o powody.

– Mogłabyś się przenieść już na dniach, babcia przyjedzie dzisiaj i już zostanie. Ojciec któregoś dnia podjedzie samochodem i przewiezie co ważniejsze jej szpargały.

– No pewnie, mogę nawet dzisiaj – ucieszyłam się.

– Nie musisz aż tak szybko, na razie położymy babcię w dużym pokoju. Nie chcę, żeby to wszystko wyglądało, że cię wyganiamy, no ale sama jakiś czas temu proponowałaś takie rozwiązanie.

– Jakoś nie byliście wtedy chętni…

– Cóż, sytuacja się zmieniła. Babcia jest coraz bardziej niedołężna. I to jest główny powód. Natomiast ty jesteś coraz bardziej samodzielna. Zrozumiałam w końcu, że już nie jesteś moją małą dziewczynką. Masz prawie trzydzieści lat… Poza tym pomyślałam… No wiesz, jesteś wciąż panną, przepraszam, teraz się mówi „singielką”. Może to po części wina wychowania. Za bardzo nad tobą drżeliśmy, żyłaś pod kloszem, no ale sama rozumiesz, jesteś naszym jedynym dzieckiem.

– Wiem, wiem.

– Tak czy owak, nadszedł chyba w końcu moment, aby przeciąć pępowinę. Martwię się tylko, czy dasz radę sama się utrzymać. Niby to tylko dwa pokoje z kuchnią, no ale rachunki, coś do zjedzenia… Wszystko kosztuje. Teraz nie musiałaś się o to martwić. Oczywiście pomożemy, na ile możemy.

– Nie, nie, myślę, że to nie będzie potrzebne. Przecież mogę jeden pokój wynająć sublokatorce.

– Oj, lepiej nie, nigdy nie wiadomo na kogo się trafi.

– Myślałam o Magdzie. Ona teraz wynajmuje kawalerkę i też narzeka na opłaty. Gdyby wprowadziła się do mnie, wszystko dzieliłybyśmy na pół, jej dodatkowo odpadłyby koszty wynajmu, bo przecież ja bym od niej nie brała.

– Magda? Rzeczywiście, nie pomyślałam o niej. No, na Magdę babcia się zgodzi – przyznała mama.

Nie mogłam się już doczekać, kiedy obwieszczę przyjaciółce dobre nowiny. Nie chciałam jej tego mówić przez telefon, dlatego umówiłyśmy się w południe na Starówce.

Słońce nieśmiało wychodziło zza leniwie płynących chmur, dzięki czemu było ciepło, słonecznie, ale nie upalnie.

Ubrałam się w wygodną przewiewną spódnicę i bluzkę z odkrytymi plecami. Delikatny wiosenny makijaż sprawił, że czułam się świeżo i atrakcyjnie, a myśl o przeprowadzce dodatkowo mnie rozpromieniła, co oczywiście widać było w lustrzanym odbiciu. Pomyślałam, że wyglądam naprawdę świetnie i nie obraziłabym się, gdybym przez przypadek spotkała na Starówce doktora Adama Wieczorkowskiego. Oczywiście wiedziałam, że szansa spotkania go tam jest równa mniej więcej zeru, ale zawsze przecież trzeba mieć nadzieję. Jego pomiętą wizytówkę wyjęłam spod poduszki i włożyłam do małej przegródki w portfelu. Dzięki temu miałam pewność, że już mi się nie zapodzieje i bardziej nie zniszczy. No i że w razie potrzeby, zawsze będę ją miała pod ręką. Roześmiałam się, zawstydzona własnymi myślami. W końcu widziałam go tylko raz i z pewnością nie było to zakochanie od pierwszego wejrzenia. Zauważyłam jednak, że myślę o nim, a im częściej to robię, tym bardziej go idealizuję w głowie. Miałam nadzieję, że kiedyś jeszcze go spotkam. Nie planowałam dzwonić, byłoby to z mojej strony zbyt odważne posunięcie, ale w razie gdyby Tomek jeszcze raz zemdlał na świetlicy, z pewnością byłabym pierwszą, która odwiozłaby go do szpitala.

Wychodząc z domu jeszcze raz przeczesałam włosy i rozpyliłam wokół siebie mgiełkę ulubionych perfum.

Uśmiechając się do swojego odbicia w sklepowych witrynach, poszłam żwawym krokiem na spotkanie z Magdą.

Spotkałyśmy się pod Kolumną Zygmunta, jak zwykle. Nigdy nie umawiałyśmy się w konkretnej kawiarni, bo nigdy nie potrafiłyśmy się wcześniej na żadną zdecydować, a ulubionej nie miałyśmy. Zazwyczaj spacerowałyśmy uliczkami Starówki i Nowego Miasta i wchodziłyśmy tam, gdzie wnętrze wydawało nam się zapraszające. Czasem kusił nas zapach świeżo mielonej kawy, czasem delikatna muzyka, a czasem gwar bawiących w środku, roześmianych ludzi. Tym razem również postanowiłyśmy spacerować dotąd, aż znajdziemy przyjazne sobie miejsce.

– Co mi chciałaś powiedzieć ważnego? – spytała Magda, gdy tylko udało nam się odnaleźć wśród tłumu japońskich turystów, okupujących Kolumnę Zygmunta.

– Powiem ci, jak usiądziemy, wiadomość jest naprawdę wspaniała.

– Widziałaś się z doktorkiem i ci się oświadczył?

– Głupia, nie widziałam się z nim.

– Odkryłaś, że nie ma żony i że ta Humana-Med to jego własna klinika – dociekała Magda.

– A skąd, nic o nim nie wiem. To wcale nie dotyczy jego.

– A kogo?

– Ciebie i mnie.

– Mnie i ciebie? Co wymyśliłaś?

– Ale ty jesteś niecierpliwa. Babcia przenosi się do nas – zdradziłam, nie mogąc już dłużej wytrzymać.

– Aha, i?

– I ja przenoszę się do jej mieszkania.

– I?

– I… no chyba wiesz co chciałam ci zaproponować… – Uśmiechnęłam się wymownie.

– Wspólne mieszkanie! – wykrzyknęła uradowana Magda.

– Bingo!

– O, jak wspaniale, jak cudownie. – Magda zatańczyła swój taniec radości, nie zważając na oglądających się na nią turystów. – Czekaj, czy ja nie za wcześnie się cieszę? Będziesz ze mnie zdzierać za wynajem?

– No pewnie, tysiąc dolarów za dzień!

– Och, to tylko jedna trzecia tego, co dziennie zarabiam, więc niech będzie!

Roześmiałyśmy się i podałyśmy sobie ręce na znak świetnie ubitego interesu.

Idąc w stronę Nowego Miasta, omawiałyśmy już na poważnie szczegóły. Byłyśmy podekscytowane perspektywą wspólnego mieszkania.

– Liza! – usłyszałam nagle swoje imię. Przystanęłyśmy, rozglądając się, lecz nie widziałam nikogo znajomego.

– Eliza! Cześć! – usłyszałam ponownie i wtedy dostrzegłam machającego do mnie mężczyznę, idącego w naszym kierunku od strony Barbakanu.

– O nie – zaklęłam pod nosem niezadowolona.

Magda spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.

– Janko Muzykant – wyjaśniłam szeptem i podniosłam rękę w geście przywitania. Nie wypadało bowiem odwrócić się na pięcie, skoro już mnie zauważył i zawołał. Zdobyłam się na udawany uśmiech i podeszłam do zbliżającego się mężczyzny.

Janko Muzykant. Właściwie Bruno jakiś-tam, bo nazwiska nawet nie znałam. W każdym razie mówiliśmy na niego Janko. Poznałam go wiele lat temu, kiedy byłam nastolatką. Pojechałam wtedy na wakacje do cioci Jagody, do Jeziorzan. Bruno mieszkał w tej wsi. Zakochał się we mnie, a i moje serce zadrżało, kiedy pierwszy raz go ujrzałam. Na początku bardzo mi się podobał, ale po pewnym czasie, kiedy poznałam go bliżej, zaczęło mnie drażnić, że ciągle chodzi z tymi swoimi skrzypcami i brzdąka. Zauważyłam, że we wsi wszyscy się z niego wyśmiewali. „Janko Muzykant” przylgnęło do niego niczym prawdziwe imię, nikt nie zwracał się do niego inaczej.

Szybko minęła mi ta miłość. W tamtym czasie bardziej imponowali mi chłopcy na motorach, niż rzewny muzykant. Kiedy wyjeżdżałam, nie zostawiłam mu swojego adresu w obawie, żeby mnie nie gnębił przesadnie romantyczną miłością. Jeszcze u cioci Jagody potrafił bowiem chodzić za mną i grać serenady. Cała wieś się śmiała. Albo przyszedł kiedyś na dyskotekę i zamiast tańczyć, tak jak wszyscy, on zażyczył sobie walca, po czym poprosił mnie do tańca. Oczywiście odmówiłam. Pomijając fakt, że nie umiem tańczyć walca, to cała sytuacja była dla mnie bardzo żenująca.

Naprawdę dziwnym był chłopakiem. Mimo że bardzo przystojny i bez wątpienia muzycznie uzdolniony, to jednak tak nieżyciowy i odrealniony, że nie chciałam się z nim pokazywać, nie mówiąc już o jakimś bliższym związku.

Teraz więc, kiedy go zobaczyłam pod Barbakanem, wszystkie te negatywne uczucia wróciły. Pomyślałam, że wciąż nie zmądrzał, nie wydoroślał, tylko dalej żyje swoją muzyką i tymi paskudnymi skrzypcami.

– Eliza! Witam! Co za spotkanie! – Naprawdę ucieszył się na mój widok. Nie mogłam powiedzieć tego o sobie.

– Cześć.

– Nic się nie zmieniłaś, ślicznie wyglądasz. – Patrzył na mnie z podziwem, co powinno mnie połechtać, jednak tylko mnie zirytowało. Dla niego zawsze wyglądałam ślicznie, mówił mi to za każdym razem, kiedy mnie widział. Osłuchały mi się jego komplementy.

– Dziękuję… Ty też nic się nie zmieniłeś – skłamałam. Zmienił się. Co by nie mówić zmężniał i wyprzystojniał, choć już wtedy zwracał na siebie uwagę wyglądem. Gdyby nie to, że dobrze go pamiętałam z tamtych czasów i niestety wciąż miałam w pamięci tamte wrażenia, może moja reakcja na jego widok byłaby inna. Ale „Janko Muzykant” był wciąż w moich wspomnieniach zbyt wyrazisty.

– Postarzałem się trochę. W końcu kilka ładnych lat minęło. Nie wpadałaś do cioci?

– Jakoś nie było okazji. A co ty robisz w Warszawie? – spytałam retorycznie, bo przecież domyślałam się, że gra i tym sposobem zarabia na życie. Nieodłączne skrzypce spoczywały w futerale pod jego pachą. Żenujące.

– Pracuję tu. Gram w orkiestrze kameralnej. Właśnie idę na próbę. Wynajmuję małe mieszkanko tu, na Nowym Mieście. Może miałabyś jutro ochotę na kawę? Wspaniale byłoby się spotkać i porozmawiać.

– Nie, dziękuję. Mam już inne plany na jutro, przeprowadzam się.

– Czekałem tu na ciebie – powiedział nagle Bruno, wpatrując się we mnie tymi swoimi magnetyzującymi oczami.

– Jak to? – zdziwiłam się, przecież nie mógł wiedzieć, że akurat dziś umówiłam się z Magdą na Starówce.

– Zwyczajnie, czekałem… Skończyłem Ecole Normale de la Musique w Paryżu i przez kilka lat właśnie tam mieszkałem. Ale kiedy pojawiła się propozycja z Warszawy, przyjąłem ją bez wahania. Miałem nadzieję, że kiedyś ciebie tu spotkam. I proszę, dziś moje marzenie się spełniło.

Poczułam, jak robię się czerwona. Głupio było słuchać, że ktoś ma marzenie mnie spotkać. Szczególnie że sama nie byłam zainteresowana tą znajomością.

– Magda jestem – powiedziała nagle zza moich pleców Magda, o której zupełnie zapomniałam.

– Ach, przepraszam, to moja przyjaciółka – wyjaśniłam Jankowi, przedstawiając ich sobie.

– Bruno – powiedział, podając jej rękę.

– Janko Muzykant. – Magda uśmiechnęła się, zdradzając tym samym, że o nim rozmawiałyśmy.

– No tak, Janko, rzeczywiście. Jeszcze czasem ktoś tak do mnie mówi. – Mrugnął do mnie.

– Całkiem ładna ksywka – powiedziała głupio Magda, patrząc na Bruna maślanymi oczami.

Znałam ten jej wzrok. Czym prędzej chwyciłam ją pod rękę i postanowiłam szybko uciąć pogawędkę.

– Miło było cię spotkać – powiedziałam, odsuwając Magdę. – Niestety jesteśmy już spóźnione. Umówiłyśmy się tu ze znajomymi i musimy biec. Życzę szczęścia w muzykowaniu.

– Może spotkamy się któregoś dnia? – spytał Bruno, opierając skrzypce o murek.

– Oczywiście. Zapisz mi swój numer, jak będę wolniejsza, to dam znać.

– Niech będzie – powiedział Janko, gryzmoląc na kawałku kartki numer swojej komórki. Schowałam kartkę do torebki i pożegnaliśmy się. Kiedy już byłam kilka metrów dalej, usłyszałam, jak gra na skrzypcach Dla Elizy.

Przebiegł mnie dreszcz. Boże, pomyślałam, gdyby on nie był takim nieudacznikiem, gdyby był choć trochę bardziej życiowy i nowoczesny, to nie zastanawiałabym się długo, ale tak…

– O kurczę, niezły jest – Magda wyrwała mnie z zamyślenia.

– No, niezły – przyznałam, bo grał rzeczywiście pięknie. Nie miałam odwagi, żeby się odwrócić, ale widziałam kątem oka, że Magda co chwila kręci głową, spoglądając jeszcze na niego.

– I przystojny. Nie rozumiem, dlaczego nie chciałaś się z nim spotkać. Przecież nie przeprowadzamy się jutro.

– Ach, nie chce mi się tłumaczyć. Po prostu, mnie on nie pasuje. Jak chcesz, to go sobie podrywaj. Zaręczam, że po pewnym czasie zatęsknisz za normalnym facetem.

– Ale o co ci chodzi? Przecież on też jest normalny, w dodatku ta szkoła w Paryżu… Musi być naprawdę niezły. No i teraz praca w orkiestrze, to nie byle co przecież.

– Nie rozśmieszaj mnie. Wymyślił te bzdury na poczekaniu.

– Jak to? – Magda nie rozumiała, o co mi chodzi.

– A niby co miał powiedzieć? Że stoi tu i zarabia? Myślisz, że naprawdę pracuje w orkiestrze? Akurat. Stał tu pod Barbakanem i grał, żeby zebrać parę groszy do futerału. No, ale co miał powiedzieć, kiedy mnie zobaczył? Prawdę? Przecież to wstyd i ujma przed kobietą, którą się kocha − wymsknęło mi się.

– Myślisz, że on cię nadal kocha? − Magda spojrzała na mnie marszcząc brwi.

Zamyśliłam się. Kiedyś mnie kochał na pewno, przecież nie raz wyznawał mi miłość. Po tylu latach uczucie może już nieco osłabło, ale przecież gdyby nie czuł do mnie nic, to nie chciałby się teraz umawiać.

– Myślę, że trochę może tak – odpowiedziałam w końcu.

– A może już mu minęło… − westchnęła Magda.

– Tym lepiej – ucięłam.

Ostatecznie nie weszłyśmy do żadnej kawiarni, bo mama zadzwoniła z propozycją, żeby zrobić uroczyste przywitanie babci w naszym domu. Zaprosiła też Magdę, uznawszy, że skoro mamy mieszkać razem w mieszkaniu babci, to warto byłoby, aby i ona uczestniczyła w rodzinnej uroczystości.

Kiedy dotarłyśmy do mnie, babcia już była. Przytuliła nas serdecznie, zapewniając, że bardzo się cieszy z takiego obrotu spraw. Ustaliliśmy wspólnie z rodzicami, że wprowadzę się do jej mieszkania w poniedziałek. Magda miała dołączyć do mnie dopiero za miesiąc, bo taki okres wypowiedzenia obejmowała jej umowa najmu.

Mama przygotowała naprawdę pyszny obiad. Krem brokułowy z ptysiowym groszkiem, a na drugie danie indyk z żurawiną. Zajadałyśmy się z Magdą, żartując, że może weźmiemy i ją ze sobą do mieszkania babci.

– Mogłabyś zamieszkać w kuchni – zaproponowałam, zadowolona ze swojego żartu.

– No tak, ja to tylko od gotowania jestem. – Mama z wyraźną dezaprobatą pokiwała głową. – Ostatnio wyrzucałaś mi, że piorę twoje rzeczy, a teraz nagle widzisz mnie jako swoją kucharkę. Niedoczekanie twoje. Teraz, moja droga, to ja zamierzam rzucić w cholerę te wszystkie gary i żelazko, i będę spędzać czas w sposób bardziej wyrafinowany. Babcia zaproponowała, że ona będzie gotować, dlatego ja mogę zająć się czymś bardziej wzniosłym.

– Mamusia będzie gotować? – zdziwił się tata. – Nie musi mamusia.

– To co, mam się nudzić, jak ten mops? – Babcia nie wyglądała na schorowaną staruszkę. – Co ja mam, synu, innego do roboty? Na spacer nie wyjdę, bo nogi mnie bolą. Od telewizora z kolei oczy. Czytać już też nie sposób. To chociaż popichcę. Stać przecież w kuchni nie muszę. Usiądę sobie na stołeczku i raz dwa porobię co trzeba. Już zapomniałeś, jak dobrze gotuję…

– Nie zapomniałem. Tylko nie chciałabym, żeby mamusia zanadto się przemęczała.

– Nie przemęczy się mamusia – weszła w słowo mama. – Babcia ma rację. Jeśli ma ochotę, to niech gotuje.

– Skoro tak ustaliłyście. – Tata wzruszył ramionami.

Po skończonym obiedzie ja i Magda pomogłyśmy mamie posprzątać ze stołu, a następnie poszłyśmy do mojego pokoju.

– Cały czas myślę o tym twoim Janku – wyznała Magda, kładąc się na moim łóżku. – Nie mogę pojąć, co ci w nim nie odpowiada.

– Żenujący jest i tyle. Powinno wystarczyć. Zresztą, przestań o nim myśleć, lepiej zastanów się, jak zmieścimy twoje meble w mieszkaniu u babci.

– No, ale