Miłość. I co wtedy? - Ewa Woydyłło,Joanna Olekszyk - ebook + książka

Miłość. I co wtedy? ebook

Ewa Woydyłło, Joanna Olekszyk

0,0

Opis

Miłość przychodzi w wielu odsłonach. 
A kiedy już przyjdzie – co wtedy? 

Czy każdy potrafi kochać? Skąd wiemy, że to właśnie miłość? Czy można kochać dwie osoby jednocześnie? Czy bycie solo oznacza samotność? I co właściwie kończy się wtedy, gdy kończy się miłość? 
 
W książceMiłość. I co wtedy?dr Ewa Woydyłło i Joanna Olekszyk rozmawiają o uczuciach, relacjach i wyborach, które podejmujemy każdego dnia. O pierwszych zakochaniach i dojrzałych związkach. O bliskości, przyjaźni, kryzysach, rozstaniach i odwadze zaczynania od nowa. Zastanawiają się, dlaczego jedne relacje dodają nam skrzydeł, a inne stają się źródłem cierpienia. 
 
To książka dla wszystkich, którzy kochają, tęsknią, szukają odpowiedzi albo po prostu chcą lepiej zrozumieć siebie i innych. Bo miłość nie jest stanem, który po prostu się przydarza. Jest sztuką, której uczymy się przez całe życie. 

 

*** 

EwaWoydyłłodr psychologii, terapeutka uzależnień, publicystka i autorka wielu książek pełnych porad oraz wiary w to, że nasze szczęście zależy od nas samych, w tym bestsellerowychZakrętów życiaiSzczęścia można się nauczyć(Wydawnictwo Zwierciadło). Propagatorka ruchu, miłośniczka tenisa na korcie i na trybunach. 

 

Joanna Olekszykdziennikarka, redaktorka naczelna miesięcznika „Zwierciadło”. Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa UW. Współautorka książek, m.in.Daj się pokochać, dziewczyno(Wydawnictwo Zwierciadło). 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 319

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026 © Copyright by Ewa Woydyłło, Joanna Olekszyk 2026

Korekty: Katarzyna Szajowska, Melanż

Skład i łamanie: Sylwia Kusz, Magraf sp.j., Bydgoszcz

Projekt okładki i projekt graficzny: Adriana Dziewulska

Zdjęcie Autorek: Weronika Kosińska

Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.

ISBN 978-83-8132-786-2

Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wydanie I, 2026

OD AUTORKI

Porozmawiamy o miłości? – pytałam Ewę, a ona zwykle odpowiadała: „Bardzo chętnie” albo „Z przyjemnością”. I rozmawiałyśmy... Kilka zimowych tygodni, podczas których nagrywałyśmy podcast „Porozmawiajmy o miłości z Ewą Woydyłło” wspominam jako bardzo intensywne, treściwe i ogromnie zaskakujące. Ewa jest wspaniałą rozmówczynią. Nie dlatego że utwierdza cię w twoim przekonaniu, ale dlatego że cię z niego wyrzuca niczym katapulta. (Przy czym czasem robi to tylko po to, by sprawdzić, jak bardzo jesteś do niego przywiązana). Nie ukrywam, początkowo jest to niekomfortowe, ale stopniowo zdajesz sobie sprawę, że dzięki temu, że pozwoliłaś się poprowadzić jej nową drogą, dotarłyście do cudownych krain. A ponieważ Ewa prowadzi pewnie, krok po kroku – na zawsze się tę podróż zapamiętuje.

Książka, którą trzymacie w ręku, powstała na bazie tamtych spotkań, ale też późniejszych – wzbogaciłyśmy ją o kilka nowych wątków, a w pewnych miejscach uprościłyśmy lub doprecyzowałyśmy przekaz. Jest o zakochaniu, przyjaźni, przywiązaniu, o związkach, ale i o samotności, o dojrzałości, ale i o głupocie, o spokoju, ale i o rozpaczy. Także o Ewie, o mnie, o każdej i każdym z was. Nade wszystko jest jednak o tym, dlaczego właśnie miłość jest smakiem, sensem i najważniejszym celem naszego życia.

Joanna Olekszyk

.
.

Kogo ostatnio pytam, deklaruje, że pragnie miłości, że to dla niego najważniejsza wartość. A jednak mało kto mówi, że jest w miłości szczęśliwy. Że ją spotkał. Że jej doświadczył. Mam poczucie, że my bardzo dużo o niej myślimy i o niej marzymy, a jeszcze częściej się z jej powodu zadręczamy. Na przykład zadając sobie wciąż te same pytania, jak to, od którego chciałabym zacząć nasze rozmowy: Czy każdy potrafi kochać?

Spytajmy może najpierw: co to znaczy kochać? Bo jeśli to znaczy: „chcę kogoś mieć, być z kimś, dla kogoś żyć” – to właściwie załatwia nam temat. Każdy potrafi, bo każdy chce kogoś mieć i dla kogoś żyć. Z drugiej strony odkąd ludzkość istnieje, zdarzają się rozłąki, rozpady związków, czasami niemożność spełnienia, czyli różne wyzwania, które w tej miłości mogą być przeszkodą... To dowodzi, że prawdopodobnie jednak nie każdy potrafi. Bo chcieć nie oznacza umieć. Zresztą gdyby każdy potrafił kochać, to twoje pytanie by nie wracało... Z miłością nie jest jak z oddychaniem – nie wystarczy żyć, żeby to się działo. Poza tym dzisiaj chyba zaczynamy rozumieć słowo miłość w bardziej wymagający sposób. Wiemy, że są rzeczy, które bardzo przeszkadzają miłości. Na przykład egoizm...

Ale przecież mówi się, że pewna dawka egoizmu jest nam potrzebna, żebyśmy dobrze żyli z innymi.

Według mnie egoizm, tak jak uzależnienie, ma jednoznacznie pejoratywne znaczenie. Ktoś może mówić „zdrowy egoizm”, ale wtedy to już nie będzie egoizm, a uwzględnianie swoich potrzeb, bez narażania kogokolwiek na krzywdę. Przecież nie mówimy, że ktoś jest egoistą, kiedy dba o siebie. Ja używam tego słowa tak, żeby się nie myliło. Nigdy nie powiedziałabym: „Dobrze, bądź, moja córko, egoistką”.

Nie?

Ależ oczywiście, że nie, to strasznie brzydka cecha. Brzydka i powodująca wiele nieszczęścia. Kogoś takiego się nie kocha. I choć można za nim tęsknić, podziwiać go, zachwycać się nim, to w związku z nim doznaje się wielu krzywd. Jeżeli myślę tylko o sobie i mam zero empatii dla innych, to chcę ciebie, ale wyłącznie po to, żeby cię używać do różnych celów. Właśnie dlatego egoizm jest brzydki. I jest ogromną przeszkodą dla miłości.

Co jeszcze może być taką przeszkodą?

Niedojrzałość. Na pewno lęk. Chociaż lęk raczej przeszkadza osobie, która go odczuwa, niż tej drugiej. Kiedy człowiek się boi, nie może się zakochać. Lęk w relacjach ma też inną nazwę – nieufność. To ona powoduje, że ktoś się blokuje na miłość. Prawdopodobnie doznał krzywdy albo wprost przeciwnie – nie ma żadnych przykrych doświadczeń, ale w domu ciągle słyszał: „uważaj, bo ktoś ma interes w tym, żeby cię zwieść, oszukać”, więc się teraz tak nasrożył, że tylko upatruje zagrożeń i tym sposobem sobie przeszkadza. Jak widzisz, jest wiele raf, na których nasz statek miłości może się zatrzymać lub o które może się rozbić.

I wtedy jej przepływ nie jest tak naturalny, jak powinien być. Zgodziłabyś się, że miłość jest właśnie czymś w rodzaju energii, która przez nas przepływa, a pewne uwarunkowania mogą w tym przepływie przeszkadzać i go blokować?

Tak, można tak powiedzieć, to nawet ładnie brzmi... Dla mnie miłość jest uczuciem... wielopoziomowym. To nie tylko potrzeba emocjonalna, ale też cielesna, seksualna czy po prostu towarzyska. Jest najlepszym lekarstwem na samotność, nawet jeśli niekoniecznie wiąże się z erotyzmem. Starożytni Grecy świetnie to czuli i nazywali, możemy się do tego odwołać. Rozróżniali na przykład agape – miłość bezinteresowną, uniwersalną, bezwarunkową. Ale też eros – miłość namiętną, zmysłową.

Miłość przyjacielska to według Greków philia, miłość rodzicielska, rodzinna to storge...

Miłością może być współdziałanie – nie mogę bez ciebie pracować, dlatego że tworzymy coś wspólnie. Jest też miłość duchowa, która w jakimś sensie uznaje czyjąś dominację, przewagę, czyjś autorytet.

Bardzo lubię definicję nieżyjącego już amerykańskiego psychiatry, który był też głosicielem filozofii chrześcijańskiej. Nazywał się M. Scott Peck i napisał książkę, która w Polsce wyszła pod tytułem „Droga rzadziej przemierzana”. Jest tam rozdział pod tytułem „Miłość”. Peck wyjaśnia w nim, że miłość omyłkowo została zaliczona do kategorii uczuć. Bo emocje, które towarzyszą miłości, towarzyszą też często przyjaźni. Jego zdaniem miłość to działanie. I ono jest zupełnie inne niż działanie w przyjaźni czy działanie we współpracy, inne niż działanie w sąsiedztwie czy wspólnocie. Peck wykłada to na dziesięciu stronach, bardzo zresztą ciekawie i przekonująco.

Podaję czasem taki przykład, że oto ktoś gdzieś w barze wznosi toast: „Słuchajcie, dziś są urodziny mojego synka. Wypijcie ze mną za jego zdrowie, ja go tak kocham. Co to jest za wspaniałe uczucie!”. Mówi to, niemal płacząc. Wznosi kielich, stawia wszystkim kolejkę. Nagle wśród gości rozlega się głos: „Tak cudnie o tym mówisz, no naprawdę, zazdroszczę ci. Ale czekaj, twój syn ma dziś urodziny, tak? Ile lat kończy?”. „Ostatni raz widziałem go dwa lata temu. Wtedy miał chyba cztery, to teraz może mieć sześć...”

Ten ktoś tak pięknie mówił o miłości, co więcej, był przekonany, że ją czuje, tu, gdzieś pod sercem – czuje tak bardzo, że wzrusza go to do łez, a przecież ta miłość była czystą fikcją. Nie chcielibyśmy być tak kochani. Bo miłość dzieje się wtedy, gdy druga osoba, czyli obiekt tej miłości, też ją czuje. A kiedy czuje? Kiedy o niej wie. U Pecka jest to bardzo jasno sformułowane – prawdziwa wielka miłość jest wtedy, kiedy ja robię wszystko, żeby obiekt mojej miłości, dzięki mojej miłości, był najlepszą wersją siebie. Nie taką, jaką chcę, żeby był – tylko taką, jaką on sam chce być...

Jeśli kogoś kochasz, daj mu wolność...

Dokładnie tak. Niektórzy mężowie zapewniają, że kochają swoje żony. Jednocześnie nie chcą, żeby wychodziły za często z domu, odradzają im studia, przyjaźnie czy uczestniczenie w życiu, które je fascynuje. Tłumaczą to tak: „Ona lubi robić coś, czego ja nie lubię, a ponieważ ją kocham, nie chcę, żeby się ode mnie oddalała”. Czy to jest jeszcze miłość, czy już egoizm, zaborczość? Bardzo łatwo zgubić ten trop, który prowadzi do szlachetnego spełnienia. Zobacz, jeszcze nie zaczęłyśmy o niej na dobre mówić, a już mamy komplikacje...

Oj, tak, miłość powoduje sporo komplikacji, ale też mnóstwo dobrych wzruszeń... Kiedy powiedziałaś o tym, czym jest wielka prawdziwa miłość, to aż mnie przeszedł prąd... A czy może być tak, że ktoś kocha, ale nie potrafi tego okazać?

Tak też bywa, bo jeszcze na dodatek jest cała masa umiejętności, które nie mają już takiego ścisłego związku z samą deklaracją miłości, tylko na przykład z obyciem. To jest tak, jakby ktoś mówił w obcym języku. W dodatku ty tego języka kompletnie nie rozumiesz. I nie szukasz porozumienia w inny sposób. Podobno języków miłości jest aż pięć. A przynajmniej tak twierdzi Gary Chapman, który napisał na ten temat bestseller. Chapman wyróżnia dotyk, słowa uznania, prezenty, wspólnie spędzany wartościowy czas oraz akty wzajemnej pomocy. No i teraz pytanie: czy dałoby się to wszystko połączyć? Oczywiście, że tak, byłoby to nawet wskazane.

Na pewno dobrze wiedzieć, jakimi językami najczęściej mówimy. Według Chapmana nawet jeśli twój język miłości różni się od mojego – możemy się porozumieć. Na przykład ja mogę ci okazywać miłość na mój sposób, dając ci prezenty z okazji ważnych okazji. A ty możesz w ogóle nie pamiętać, kiedy się pierwszy raz spotkaliśmy czy powiedzieliśmy sobie „kocham”, za to wiem, że z kolei ty wyrażasz swoją miłość przez umycie mi samochodu. Na przykład tak zawsze okazywał mi miłość mój tata – interesując się moim samochodem, biorąc go na przeglądy czy do myjni. Wcześniej nigdy tego tak nie odbierałam, aż do momentu, kiedy to zauważyłam.

Tylko aby doszło do porozumienia między partnerami, ja muszę powiedzieć jemu, czego potrzebuję. Na przykład: „Chcę, żebyś poświęcał mi więcej uwagi i spędzał ze mną jakościowy czas”, bo inaczej on będzie dawał mi prezenty, w ten sposób okazując miłość, a ja będę się robić coraz bardziej niecierpliwa, bo nienawidzę gromadzenia przedmiotów. Potrzebuję uwagi, a dostaję suszarkę. Tylko kto jest odpowiedzialny za to, żebym dostała to, czego chcę? No właśnie...

Na przykład ja kocham Roberta De Niro i w sumie jest mi wszystko jedno, czy on o tym wie. Ponieważ ja go kocham! Niektórzy ludzie tak kochają Boga, że właściwie nie muszą sprawdzać, czy sam Bóg o tym wie, czy nie – mają jakąś wewnętrzną potrzebę i ją realizują bez udziału samego obiektu swego uczucia. I to też jest miłość. Natomiast jeżeli ja chcę mieć relację, w dodatku taką, z której też coś czerpię, to jednak dobrze by było, by kiedy zapukam, ktoś mi te drzwi jednak otworzył. Jeśli w relacji jedna osoba stosuje jakąś walutę, jakąś wartość informującą o temperaturze tej miłości, a drugiej osobie jest to obojętne – to nie wróży to dobrze relacji. Dlatego gdy ludzie zaczynają nabierać odwagi lub zaczynają wchodzić w fazę, w której decydują się na bliskość trwałą, a nie przelotną – uzgadniają ze sobą pewne rzeczy. Komunikują, na czym im najbardziej zależy wprost, nie uciekając się do jakichś szyfrów. Z drugiej strony w relacjach miłosnych zawsze będzie obecna nuta czegoś nienazwanego. Mówimy na to: chemia. I ta chemia to jest coś, co trudno wyrazić. Nie chodzi tylko o to, że ja lubię zapach jego wody kolońskiej albo w ogóle skóry czy ciała. W filmie Emilia Perez Jacques’a Audiarda jest taka scena, w której dziecko przytula się do cioci i mówi: „Pachniesz jak mój tata”. To, że ktoś jakoś „nam pachnie”, wcale nie oznacza, że użył perfum, dezodorantu czy innej chemicznej substancji – czasami temperatura, struktura czy faktura jego skóry jest nam tak intymnie bliska, że nic innego tego nie podrobi.

Nie potrafisz wyjaśnić czemu, ale wiesz, że to jest twój człowiek. Tamto dziecko w filmie tak ładnie opisuje, czym pachniał tata. Końmi, kamykami rozgrzanymi na słońcu, benzyną, wiatrem. W ten sposób dowiadujemy się, co ten tata robił, jak spędzali wspólnie czas, gdzie go spędzali. To, jak pachniał tata, mówiło wszystko o ich miłości.

Oczywiście sposób, w jaki my odbieramy ważne dla nas relacje, w dużej mierze zależy od naszej wrażliwości i zmysłowości. Nie każdy ma jednakowo rozbudzone zmysły.

Ale mówisz, że miłość jest jednak tajemnicą, enigmą...

Nie da się jednoznacznie wyjaśnić, czemu kogoś kochamy. Nie sposób też przewidzieć, która miłość będzie tą do grobowej deski. Da się jednak wyróżnić kilka elementów, bardziej albo mniej decydujących o tym, czy ta miłość się utrwali, czy może będzie tylko chwilową efemerydą.

Na przykład...?

Lojalność. Albo taka cecha jak angielskie commitment, na którą niestety nie ma dobrego polskiego odpowiednika; śmieję się, że to dlatego u nas właśnie w tej dziedzinie jest dosyć kiepsko. Rozmawiałam o tym z księdzem profesorem Józefem Tischnerem, kiedy pisałam doktorat. Zastanawialiśmy się wspólnie, jaki jest najbliższy temu angielskiemu pojęciu polski odpowiednik? Profesor zaproponował „samozobowiązanie”. Tylko czym by było to samozobowiązanie? Zobowiązanie to ma na przykład przodownik pracy, że wyrobi taką a taką normę. Samozobowiązanie oznaczałoby, że ktoś się sam do czegoś zobowiązuje.

Ja bym chyba zaproponowała „zaangażowanie”.

Mnie zaangażowanie kojarzy się z tym, że jakiś zespół angażuje się w projekt. I gdy projekt zostanie zrealizowany, to podejmujemy następne zaangażowanie.

Czyli ktoś bierze w czymś udział... No ale może chodzi tu ostatecznie o branie udziału.

Tu chodzi raczej o to, że ja siebie nie zdradzę, nie zawiodę, nie zmienię zdania. W tym znaczeniu, kiedy deklaruję, że będę cię kochać do grobowej deski, to nawet jeżeli będę wystawiona na syrenie śpiewy, które będą mnie chciały skusić i zwieść na manowce, to każę się przywiązać do masztu niczym Odys, który jest tu zresztą bardzo dobrą metaforą. Z jednej strony bardzo chciał dopłynąć do Itaki, z drugiej chciał też posłuchać śpiewów syren, bo słyszał, że są niebiańsko, obłędnie szalone. Załodze kazał zatkać uszy woskiem, żeby nie ulegli syrenom, bo to by ich zwiodło – przygotował ich więc do tego, że nie będą odporni – a siebie polecił przywiązać do masztu i zapowiedział, że gdyby chciał się odwiązać, to mają go siłą powstrzymać. Tak udało się mu usłyszeć syreni śpiew, a jednocześnie nie dać się skusić uwodzicielskim syrenom i bezpiecznie dopłynąć do Itaki, gdzie czekała na niego wierna Penelopa.

Czyli commitment byłoby takim przywiązaniem się do masztu.

Przywiązaniem, o którym ja sama decyduję. Natomiast sądząc po ilości rozwodów branych zarówno dzisiaj, jak i w czasach, kiedy o rozwodach jeszcze nie myślano albo było to źle widziane, sądząc po ilości romansów pozamałżeńskich, a małżeństwo od wieków było przecież poprzedzone deklaracją wierności, wprawdzie jednostronną, bo w 99% to mężczyźni pozwalali sobie na wszelkiego rodzaju śpiewy syrenie podczas jego trwania – to z tym commitment nie jest u nas, jak powiedziałam, najlepiej. W każdym razie nic dziwnego, że tego słowa w naszym języku po prostu nie ma.

Nie chcemy się samozobowiązywać czy nie potrafimy tego zobowiązania dotrzymać?

Przecież każdy, kto idzie do ślubu, coś ślubuje, bo inaczej nie byłoby potem rozwodu...

To może źle ślubuje. Zamiast „że ciebie nie zdradzę” powinien ślubować, że nie zdradzi siebie?

Ale tu nie chodzi o to, komu bardziej dochowam wierności, tylko czy wierzę w to, że ja rzeczywiście będę z tobą na zawsze. Bo jeżeli wierzę, i to przekonanie jest dla mnie najważniejszą sprawą – to siebie nie zawiodę.

Chciałabym jeszcze dopytać, czy jak my mówimy, że miłość jest naszą podstawową potrzebą, to mamy bardziej na myśli to, żeby nas kochano, czy żebyśmy my kochali?

Najlepiej jest sprawdzić to na sobie, czyli przypomnieć sobie – a każdemu się to pewnie zdarzyło. Jak to było, kiedy ktoś strasznie cię adorował, ale był ci obojętny albo wręcz patrzyłaś na niego niezbyt przychylnym okiem? Jakie to było uczucie?

No męczące i raczej nieprzyjemne.

Czyli lepiej, żeby ktoś cię kochał czy żebyś ty kochała?

Zdecydowanie wolę sytuację, kiedy to ja kocham, czyli kiedy wybieram, kogo obdarzam uczuciem, chociaż niektórzy mówią, że tego się nie wybiera.

Mimo że miłość nieodwzajemniana może powodować frustrację czy niedosyt?

Oczywiście, mogę znaleźć się w sytuacji osoby, która czyniła mi awanse, a mnie się to nie podobało. To jest to ryzyko związane z miłością. Chociaż pewnie z biologicznego punktu widzenia, z punktu widzenia naszego przetrwania – ważniejsze jest, żeby być kochanym. Jeśli rodzic mnie kocha, to znaczy, że raczej przeżyję, prawda?

Ale miłość nie jest wcale niezbędna do życia.

Nie jest?

My mówimy to romantycznie – zostało to opisane w tysiącach wierszy czy piosenek – natomiast prawda jest taka, że do życia niezbędna jest nam raczej czyjaś troska – ludzki noworodek bez niej by nie przetrwał. A czy potem jest nam ona równie potrzebna? Nie zawsze. Jeżeli wraz z opieką i pierwotną, tą najwcześniejszą troską, dana osoba zostanie wyposażona w umiejętność dbania o siebie, to nie musi mieć nikogo więcej. Natomiast nadal może bardzo potrzebować kogoś, ponieważ dla większości ludzi największym zagrożeniem jest samotność. Lekarstwem na samotność wcale nie musi być miłość romantyczna, to równie dobrze może być przyjaźń albo dobre sąsiedztwo lub życzliwa więź współplemienna. Miłość zawiera w sobie obietnicę oddania, w przyjaźni jest tylko powiedziane, że teraz idziemy razem. W miłości niezależnie od potrzeb zostajemy ze sobą, w przyjaźni – niekoniecznie. To ma raczej związek z tym, że życie jest wartościowsze, ciekawsze, weselsze i przyjemniejsze, jeżeli spotka nas dobra miłość. Bo jak jest niedobra, taka, w której występuje krzywda, jakakolwiek forma nadużyć, to czasami bywa przyczyną samobójstwa. Potrzebna jest nam dobra miłość.

Dobra, czyli jaka?

Taka, która nie szkodzi, nie krzywdzi czyli nie powoduje zniewolenia, cierpienia, wstydu, upokorzenia, gniewu, strachu.

Daje tę wolność do bycia sobą, o której mówiłaś na początku?

To już zależy od tego, jak się umówimy... Czy ta miłość zbuduje związek partnerski, czy związek podporządkowany, przecież takich jest mnóstwo i bywają bardzo trwałe i szczęśliwe. Nie każdy rodzaj nierówności w związku musi kończyć się jego rozpadem. Dzisiaj dzieje się to rzeczywiście częściej, ale przez całe tysiąclecia związki trwały, mimo ewidentnej nierówności.

Kiedy powiedziałaś o trosce, przypomniały mi się słowa jednej z terapeutek, która wypowiadała się na łamach magazynu „Sens”. Opowiadała, że jej koleżanka po fachu kobietom, które do niej przychodzą i które boją się, że nie kochają swojego dziecka, że nie czują tego, co „powinny” – zadaje kilka pytań. „A jak dziecko płacze w nocy, to do niego wstajesz? Bierzesz je na ręce? Karmisz, jak jest głodne? A jak coś je boli, to chcesz mu ulżyć w bólu?”. I one odpowiadają: „No tak, tak. Ja to robię, tylko mechanicznie”. Wtedy ona im mówi: „Ale to właśnie znaczy, że kochasz”. Więc tak się zastanawiam, czy ta troska nie jest niekiedy tożsama albo przynajmniej mocno związana z miłością?

Nie.

Nie? To z czym jest związana? Troszczysz się, bo co? Bo widzisz, że ktoś tego potrzebuje?

Może się za tym kryć powinność, wewnętrzny przymus na zasadzie: „a co ludzie powiedzą?”, albo też strach: „nie mogę go zostawić, bo będzie na mnie, jak się coś stanie”, cała masa motywów ludzkich. Mam teraz pacjentkę, która ma zaborczą i wymagającą matkę, a ponieważ z reguły matka jest starsza, to wymusza na córce różne posługi i ta zaniedbuje swoją rodzinę: dzieci, męża. W dodatku matka jest drapieżną i straszliwie nieszczęśliwą postacią, odradzała córce małżeństwo, od początku była mu przeciwna, a teraz robi wszystko, by kobieta nie była w tym związku i w swoim życiu szczęśliwa. Córka jednak nie potrafi matce niczego odmówić, troszczy się o nią, ale na poziomie emocjonalnym nie czuje miłości, raczej tylko pretensje, urazę, niechęć, złość. I przekonanie, że niczego nie da się zmienić.

Czyli mówisz: wewnętrzny przymus?

Tak, ale to nic nowego. No a żony? Przez wieki musiały obsługiwać mężów, także tych, do których od początku żadnego uczucia nie żywiły, chociaż mogły mieć z nim dziewięcioro dzieci. Człowiek jest zbudowany na tak wielu rozmaitych poziomach, ma tyle warstw i struktur...

Niczym cebula.

Ja bym się pokusiła o stwierdzenie, że chyba więcej rzeczy robimy, bo musimy, niż dlatego, że chcemy. I niekoniecznie uważam, że to jest nieszczęście. Myślę, że na tym polega dojrzałość. Ja wiem, że robię to, bo muszę, chociaż chętnie bym nie robiła. Może nawet uważam, że nie powinnam albo że dobrze by było, żeby to mnie nie dotyczyło, ale ostatecznie specjalnie z tego powodu nie cierpię. Robię, bo taki jest porządek świata.

Twoim zdaniem my się miłości uczymy? Być może przez całe życie?

Pewnie. Uczymy się jej przede wszystkim na sobie samych, i to już od samego początku. Najważniejsze jest, czy dostajemy – nawet niekoniecznie od mamy i taty, możemy dostać to choćby w domu dziecka – dużo czułości, dużo ciepła i dużo uwagi, czyli najważniejszych rzeczy na pierwszym etapie naszego życia.

Ponieważ współpracuję z psychologami i terapeutami, którzy mają do czynienia z adopcyjnymi rodzinami i adoptowanymi dziećmi, wiem, że czasem jest tak, że niemowlę zostaje zostawione w szpitalu tuż po porodzie i przebywa tam nawet do pół roku. I w tym czasie może bardzo dobrze się rozwijać, bo jest lubiane i otaczane troską, może nawet pracujące tam pielęgniarki i położne żałują go tak bardzo, że tej troski, czułości i uwagi dostaje jeszcze więcej. Że jak się niechcący położy na rączce, która go uwiera, to od razu daje sygnał i ktoś do niego przybiega, by mu ulżyć. To może być za każdym razem inna pielęgniarka, bo ma akurat dyżur, ten fakt w niczym nie przeszkadza.

Zauważ, że zarówno Janusz Korczak, jak Maria Montessori czy Rudolf Steiner – filary nowej pedagogiki – nie zajmowali się swoimi dziećmi, tylko dziećmi w ochronkach, sierocińcach, w jakichś publicznych placówkach. W czasach, które niezbyt sprzyjały takiej, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, nowoczesnej trosce o dziecko. A jednak te dzieci były do nich przywiązane. My czasem za bardzo demonizujemy biologię, tymczasem dziecku do prawidłowego rozwoju jest potrzebne spełnienie podstawowych potrzeb. Taką potrzebą jest na przykład dotyk, kołysanie w objęciach, okazywanie czułości, głaskanie, patrzenie z uśmiechem, pieszczotliwy głos, reagowanie w sposób ciepły, nie zniecierpliwiony. Prawie niemożliwe jest, żeby to wszystko dała dziecku jedna osoba – jego matka.

Oj, tak, nie oczekujmy tego od matek.

I również nie obarczajmy ich całą winą za to, że coś z tej listy nie jest wypełnione. A taki brak może spowodować nawet traumę, nigdy nie wiemy, jaki układ nerwowy ma dane dziecko. Jeżeli jest nadmiernie wrażliwe, rozdygotane, a jakaś jego potrzeba nie zostaje spełniona raz, drugi, trzeci, to jest prawie pewne, że się nasroży, uzbroi i nie będzie już liczyć na pomoc. Bo co to jest zaufanie? Spokój biorący się z tego, że jak czegoś potrzebuję, to zwykle to dostaję. Dorosły człowiek może już rozumieć, że ktoś nie potrafi albo nie ma czasu, ale dla malucha to jest jakaś abstrakcja. Dlatego w tym najwcześniejszym okresie łatwo jest to dziecko zrazić. Ono może wtedy popaść w zwątpienie, czy komukolwiek na nim zależy, może zacząć liczyć tylko na czyjąś uwagę „z łaski”. A dobra miłość nie jest łaską. Dostajesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz. Kiedy maluch dorasta, dochodzimy do takiego momentu, w którym zaczynamy negocjować, co znaczy, że dziecko też musi brać w tym udział. Mówimy: „Nie będę dziś otulać cię przed snem. Nie będę przy tobie siedzieć, dopóki nie zaśniesz, będę w drugim pokoju”, a dziecko negocjuje: „Ale poczytasz mi wcześniej książkę?”. „Dobrze, poczytam ci, zanim przyjdą goście”. Czyli tu udział biorą obie strony. Natomiast dopóki nie ma dwustronnego udziału, czyli w niemowlęctwie, dziecko ma dostać wszystko, a rzadko które dostaje. Bo też rzadko potrafimy odczytać wszystkie sygnały wskazujące na różne potrzeby dziecka.

Tak, czasem długo się domyślamy, czego dziecko chce, zanim do tego dojdziemy, i zanim będziemy mogli mu to dać. A skoro jesteśmy przy dzieciństwie, chciałam, żebyśmy wspomniały o stylach przywiązania, czyli koncepcji brytyjskiego psychiatry i psychoanalityka Johna Bowlby’ego. O tym zwykłe mówimy, gdy rozmawiamy o miłości, tworzeniu związków, ale też trudności ich budowania i obawach, czy w ogóle to potrafimy. Bowlby, badając relacje małych dzieci, niekoniecznie tylko z matkami, też z ich opiekunkami, które nagle wychodziły z pokoju, a potem wracały, nawiązywały kontakt wzrokowy z dzieckiem bądź nie – zaobserwował bardzo wiele prawidłowości. Jedną z nich przed chwilą opisałaś – jeśli dziecko nie dostaje uwagi, czułości i troski, jeśli o nie prosi i nadal ich nie dostaje, zamyka się w sobie, stroszy się, najeża. Bowlby razem ze swoją uczennicą – Dorothy Ainsworth na podstawie tych badań stworzył całą koncepcję stylów przywiązania, jakie w tym najwcześniejszym czasie rozwojowym się w nas kształtują. Z grubsza podzielili je na bezpieczne, czyli te, które są reakcją na dobrą miłość, oraz pozabezpieczne. I w tych pozabezpiecznych to ja już się gubię, bo jest tu trochę zamieszania w nazewnictwie...

Najbardziej klasyczny podział to: styl przywiązania bezpieczny, styl lękowy, styl ambiwalentny i styl chaotyczny albo rozproszony, zakłócony czy zdezorganizowany. Jest jeszcze styl unikowy, który trochę przypomina lękowy. Ten ostatni bierze się z braku zaufania, a unikowy z neurologicznego wyposażenia, trochę przypominającego autyzm: gdy na przykład dziecko nie lubi być dotykane, nie lubi, gdy ktoś blisko przebywa, zbytnio się zajmuje albo gdy za dużo mówi. Styl unikowy może mylnie sugerować, że jest to osoba niezdolna do miłości. Niekoniecznie. Może to być ktoś bardzo gorący w miłości, natomiast ma neurologiczną strukturę o pewnych ograniczeniach. To jest tak, jakby ktoś był alergikiem, co jest oczywiście dużym uproszczeniem, ale polega na czymś w sumie bardzo podobnym. Na przykład ktoś ma zastrzeżenia do intymności przez to, że nie czuje się w niej komfortowo, ale nie jest to lękowe w sensie „ja ci nie ufam”, tylko „ja nie potrzebuję tego, co ty”.

Styl lękowy prowadzi do tego, że unikamy bliskości, ale bierze się to raczej z lęku przed odrzuceniem, przed zranieniem. Dzieci z takim stylem wydają się obojętne na obecność lub nieobecność opiekuna, ale to jest ich mechanizm obronny. Jako dorośli mogą mieć problemy z wyrażaniem emocji czy potrzeb, mogą też kończyć związek przedwcześnie z obawy przed byciem porzuconym. Chcą być non stop zapewniane o tym, że są kochane. Styl ambiwalentny, który również jest podobny do lękowego, wyróżnia się tym, że z powodu tych samych obaw ludzie bardzo przywiązują się do partnera, tak jakby nie potrafili bez niego funkcjonować. Wyrażają też bardzo skrajne emocje: od ekstazy do nienawiści. No i mamy jeszcze styl chaotyczny, zdezorganizowany, tak samo wynikający z lęku i niepewności, ale związany z tym, że w dzieciństwie opiekun był dla dziecka jednocześnie źródłem bezpieczeństwa, jak i zagrożenia.

To wszystko może rzutować na związek, zwłaszcza jeżeli spotykają się dwie osoby, które mają style pozabezpieczne, a nie są na siebie nawzajem otwarte i wystarczająco uważne, żeby się dowiedzieć, jaki ten ktoś naprawdę jest. Dochodzi wtedy często do konfliktów czy zderzeń, których interpretacja nie musi być prawdziwa. Ona powie: „On mnie nie kocha, bo nie chce bliskości”, tymczasem on może nie lubić, jak ktokolwiek blisko niego siedzi. W każdym razie w tych sprawach łatwo o pomyłkę.

Wszystko, o czym teraz mówimy, jest kwestią tego, czy obydwie strony wyrażają zgodę na taki sposób reagowania, jaki każde z nich ma w swoim wyposażeniu. Przecież w pary łączą się bardzo różne osoby, nie ma dwóch związków, które byłyby klasyczne pod jakimś względem. Znamy takie określenie, że związek się dociera, czyli rozpoznaje się wzajemnie i dopiero po pewnym czasie osiąga względną harmonię. Dlaczego mówię, że względną? Bo raczej nigdy nie będzie stuprocentowej. No chyba, że ktoś jest podporządkowany i zawsze ustąpi.

No tak, wtedy harmonia jest stuprocentowa.

Osoby pozwalające sobą manewrować zwykle pozostają w związku najdłużej. Bo kiedy nie ma rozwodów, to wcale nie znaczy, że ludzie się dobrze dobrali. Często jest tak, że jedno wytrzymuje wszystko, a drugie nie musi się specjalnie starać...

Czyli można powiedzieć, że miłości uczymy się całe życie, uczą nas jej nasi opiekunowie i osoby, z którymi wchodzimy w relacje. Ale też ważne jest, żebyśmy zdecydowali, jak chcemy kochać i pomyśleli, jak chcemy być kochani. Bo mamy na to wpływ, prawda?

Oczywiście, że mamy na to wpływ, ale przede wszystkim mamy na to czas. Mamy czas, żeby się w tym rozeznać, żeby się tego nauczyć i żeby ostatecznie zdecydować. Przecież jeszcze jakieś 150 lat temu 12-letnia dziewczynka haftowała swoją pościel do wyprawy ślubnej, a chłopczyk często pracował gdzieś w obejściu, w polu albo razem z matką czy ojcem. My obecnie po raz pierwszy w dziejach mamy szansę mieć naprawdę długie dzieciństwo. Przecież do szkoły chodzi się i chodzi, kiedyś nie było w ogóle takiego obowiązku. Ale też szansy. Poza tym uczymy się dziś różnych rzeczy dotyczących naszej przyszłości, a więc też i związków oraz miłości. A jednocześnie nadal największy wpływ ma na nas dom rodzinny. Co nie znaczy, że to się tylko do tego ogranicza, ponieważ własny dom może się nam w ogóle nie podobać. Zwłaszcza że dzisiaj już nawet bardzo małe dzieci oglądają telewizję, znają bajki, czytają książeczki – i widzą, że może być inaczej. Potem chodzą do przedszkola, bywają w innych domach, więc dość często bardzo wcześnie pojawia się wybór albo przynajmniej przedsmak wyboru. Człowiek zaczyna zauważać różne sposoby życia i odkrywać, że może być inaczej niż we własnym domu. I jest to w gruncie rzeczy korzystna sytuacja. Jeżeli wcześnie zaczniemy uczestniczyć w decydowaniu o tym, jak sobie urządzimy własne życie, to jest większe prawdopodobieństwo spełnienia. Oczywiście można się też mylić, bo uczymy się czegoś dopiero wtedy, gdy sami na sobie coś sprawdzimy. Natomiast minusem jest to, że dziś dużo mniej ludzi jest cierpliwych. Bo skoro możemy decydować, no to chcemy decydować, już, teraz. A ponieważ nie mamy za młodu kompetencji, to czasami popełniamy bardzo poważne błędy.

Wracając do tematu związków – wybieranie sobie partnerów jest zdobyczą ostatnich 100 czy 120 lat. Przedtem związki organizowali nam rodzice albo swaci. Tylko kurtyzana mogła powiedzieć „ja tego chcę, a tamtego to nie”.

Wtedy nikt też nie zadawał sobie pytania: czy ja potrafię kochać? Czy wszyscy potrafią? To też są zdobycze współczesności.

Poza tym łączenie się w relacje rodzinne, w pary, w związki, w małżeństwa miało kiedyś jeden cel – pomnażanie majątków i płodzenie potomstwa. Natomiast dzisiaj dzieci też stają się kwestią wyboru. I wobec tego są bardzo różne kombinacje i możliwości. Czasami aż szkoda, że nie jest tak, jak kiedyś, bo dziś jest to dużo trudniejsze.

No właśnie, jest trudniej, ale jest też wspanialej, a w każdym razie może być.

Może być wspanialej właśnie dlatego, że tak dużo popełniamy błędów. Kiedyś nikt nie zwracał uwagi na pomyłki. Ale też ludzie, którzy decydowali o doborze ewentualnych par, mieli większe doświadczenie. Te wszystkie swatki i swaci naprawdę znali się na tym, czym się zajmowali, choć nie byli psychologami. Nie zwracali uwagi na różnice charakterologiczne, bo społeczne nakazy były tak silne, że można się było nie przejmować, czy małżonkowie lubią ten sam sposób spędzania czasu. Majątek, pochodzenie, środowisko, wyznawana religia – to były podstawy więzi. Natomiast dzisiaj na to zwraca się mniejszą uwagę, najważniejsza jest miłość, a właściwie zakochanie – a więc emocje, ekscytacje i tajemnicza chemia, która ludzi do siebie przyciąga. Dopiero w miarę upływu lat, gdy ktoś jest już starszy i wchodzi w kolejne związki albo w ogóle dłużej czeka z ich zawarciem, do głosu dochodzą te same co niegdyś kryteria, ponieważ tak naprawdę liczy się to, by wyznawać podobne wartości, mieć podobny status społeczny i podobne cele życiowe. A miłość... Ona może przelecieć, przefrunąć...

Niczym te motyle z brzucha.

No właśnie.

Ja bym tak podsumowała naszą rozmowę – mam nadzieję, że się zgodzisz – że jeśli zadajesz sobie pytanie: czy potrafię kochać? – to tak naprawdę znasz odpowiedź. Po prostu czujesz, czy potrafisz kochać, czy nie.

Poza tym nie wiem, czy słowo „potrafisz” jest tu najważniejsze. Czy potrzebujesz? Czy chcesz? Czy tęsknisz do miłości? Czy marzysz o tym? To chyba jest główny motor, który nami kieruje, sprawiając, że w ogóle wchodzimy w związki. Ale dodajmy, że dzisiaj jest tak dużo bodźców pochodzących z różnych źródeł – filmów, które oglądamy, książek, które czytamy, historii, które słyszymy, że jest to trochę zakłócone.

Nie wiadomo, kto tak naprawdę tego chce – my czy inni.

Karmimy się tymi wszystkimi love stories i jakoś dziwnie uważamy, że to jest to, czego my pragniemy. Tylko potem niekoniecznie kierujemy się kryteriami, które do tego prowadzą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu