Milczenie fiordu - Ragnar Jonasson - ebook + książka
BESTSELLER

Milczenie fiordu ebook

Jonasson Ragnar

3,8

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Wielki Czwartek. Mroźna bezwietrzna noc. W Siglufjörður natura zawsze była okrutna i nieokiełzana, ale o tej porze roku było w niej nie tylko coś bardziej mrocznego, ale jakby bardziej głębokiego i dalekiego. Kiedy Ari Thór dotarł do głównej ulicy dreszcz przeszedł mu po plecach.

Na brzegu chodnika młoda kobieta leżała w kałuży własnej krwi; jej ciało było wykręcone w nienaturalnej pozycji, która nie pozostawiała cienia wątpliwości, że musiała skoczyć z dużej wysokości. Nie trzeba było lekarza, by stwierdzić, że nie żyła. Wyglądało na to, że cała krew pochodziła z jej głowy; najprawdopodobniej miała strzaskaną czaszkę. Jej spojrzenie było upiornie nieobecne; oczy miała szeroko otwarte, ale puste, jakby wpatrywały się w nicość.

Ari Thór natychmiast zrozumiał, że ten widok już zawsze będzie go prześladował.

Ari Thór bada okoliczności śmierci dziewiętnastoletniej dziewczyny. Dziwna notatka w jej dzienniku sugeruje, że to mógł nie być wypadek. Zaczyna sypać śnieg i tłumy turystów przybywają na wielkanocny długi weekend do Siglufjörður. Stoki narciarskie majestatycznych gór kuszą swoim pięknem. Nieoczekiwane załamanie pogody zaskakuje wszystkich. Gwałtowne burze śnieżne, mróz i silne wiatry powodują popłoch wśród turystów, odcinają prąd i paraliżują komunikację. W tych ekstremalnych warunkach Ari Thór musi poskładać elementy przerażającej układanki i ujawnić straszliwą prawdę, która zrani wszystkich.

Co 30 sekund na świecie sprzedaje się 1 książka Jónassona!

Od spektakularnego debiutu islandzkiego mistrza – Milczenia lodu – minęło pięć lat. Lata 2020 i 2021 przynoszą mu drugą falę triumfu: kolejny milion sprzedanych powieści, pierwsze miejsca na światowych listach bestsellerów, przygotowania do seriali i tytuł najlepszego autora kryminałów naszych czasów!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 243

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (140 ocen)
39
51
33
14
3

Popularność




Redaktor inicjująca i prowadząca

Małgorzata Cebo-Foniok

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Yevhenii Chulovskyi/Shutterstock

Tytuł oryginału

Vetrarmein

Copyright © 2020 Ragnar Jónasson

Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2021 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7475-1

Warszawa 2021. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Dla

Przyjdzie czas, kiedy wszystkie dolegliwości zimy zostaną zmiecione.

Þ. Ragnar Jónasson (1913–2003)

Stories from Siglufjörður, 1997

WIELKI CZWARTEK

1

Policja, mówi inspektor Ari Thór.

Operator linii alarmowej przeszedł od razu do rzeczy:

– Dostaliśmy właśnie zgłoszenie z Siglufjörður; to ty masz nocny dyżur?

W Siglufjörður noc niewiele różniła się od dnia latem, kiedy słońce prawie nie zachodziło. To była ulubiona pora roku Ariego Thóra. Do lata zostało już tylko kilka miesięcy i nie mógł się go doczekać. Uwielbiał to poczucie nieograniczonej wolności, które przynosiły długie godziny światła na północy Islandii.

Nie to, co ciemność i śnieg, które okrywały miasto zimą.

Ari Thór był całkiem przytomny, kiedy zadzwonił telefon. Nie mógł zasnąć, choć bardzo się starał. Nadal korzystał z głównej sypialni w swoim mieszkaniu przy Eyrargata. Tego samego pokoju, który dzielił z Kristín i Stefnirem, zanim oboje przenieśli się do Szwecji.

Trudno było mu się przystosować, kiedy przyjechał tu z Reykjavíku, ale teraz śnieżyce i ciemne dni nie wywoływały już takiego uczucia klaustrofobii. Prawie nie tęsknił już za domem. W ostatnich latach skutki dobrej koniunktury, którą przeżywała po kryzysie południowa Islandia, dotarły i do Siglufjörður. Teraz każdego lata do małego miasteczka przybywali turyści z całego świata. Nawet zimą ludzie przyjeżdżali korzystać ze stoków narciarskich – głównie z innych części Islandii. Wielkanoc stała się wśród gości szczególnie popularną porą i teraz, przed długim weekendem, zapowiadało się, że stoki znowu będą pełne.

Ari Thór przekroczył trzydziestkę, ale miał poczucie, że znowu znalazł się w punkcie wyjścia. Mieszkał sam i prawie nie widywał swojego syna. Nie wyobrażał sobie, jak mógłby uratować to, co zostało z jego związku z Kristín. Wyczerpali już wszystkie możliwości, by tak to ująć.

Cóż, może niewszystkie. Prawdę mówiąc, popadł w wygodną rutynę i niechętnie robił cokolwiek, co mogłoby zaburzyć jego spokój. Po latach starania się o tę funkcję awansował na inspektora w Siglufjörður i teraz dowodził komisariatem policji. W pewnym momencie będzie musiał podjąć decyzję, czy zadowoli się tym, co osiągnął. Wiedział, że trudno byłoby mu pójść dalej, gdyby został w Siglufjörður – to znaczy, o ile chciałby piąć się wyżej po szczeblach kariery. Nie chodziło tylko o to, że osiągnął najwyższą pozycję na komisariacie w małym miasteczku; nawet gdyby był najlepszy w tym, co robił, w pobliżu nie było żadnego z przełożonych, który mógłby docenić jego pracę.

Tómas, jego były szef, opuścił Siglufjörður i wyjechał na południe, żeby objąć stanowisko w Reykjavíku. Przez jakiś czas namawiał Ariego Thóra, żeby poszedł za jego przykładem. Mówił, żeby dał mu znać, kiedy będzie gotów zrobić to samo, a wtedy wstawi się za nim. Ari Thór nie był jednak pewien, czy ta propozycja jest nadal aktualna, ponieważ od dłuższego czasu Tómas o tym nie wspominał. I doskonale zdawał sobie sprawę, że Tómas nie staje się młodszy i zbliża się już do emerytury. Wkrótce Ari Thór straci swojego jedynego adwokata w komendzie policji w Reykjavíku. Kiedy te drzwi się zamkną, utknie na północy na dobre, czy mu się to podoba, czy nie.

Zwykle niepokój o przyszłość dopadał Ariego Thóra w środku nocy i tym razem nie było inaczej. Jednak kiedy słońce wschodziło, zawsze udawało mu się uwolnić od tych myśli, kiedy postanawiał żyć bieżącym dniem. Ale wiedział, że zegar tyka. Wkrótce będzie musiał podjąć jakąś decyzję. Być może zdecyduje, że jest właśnie tam, gdzie chce być – tutaj, w Siglufjörður. Musi to jeszcze dobrze przemyśleć.

Jednak w wielkanocny weekend nie będzie miał okazji się nad tym zastanawiać. Będzie się zajmował małym Stefnirem. Serce Ariego Thóra zaczynało bić szybciej na myśl, że znowu go zobaczy, choćby przez kilka dni. W Boże Narodzenie jego syn skończył trzy lata, ale Ariego Thóra ominęła uroczystość.

Pół roku wcześniej Kristín postanowiła wrócić na uniwersytet i dokończyć studia w Szwecji. Ari Thór nie miał do niej o to żalu. Nie było nic złego w studiach medycznych na Islandii, ale Kristín zawsze dążyła do czegoś większego i lepszego. Jak wielu lekarzy, chciała zrobić specjalizację i w końcu uznała, że nadszedł czas, by skończyć z odkładaniem na później i zrealizować swoje ambicje. Kiedy Kristín ujawniła swoje plany, rozmawiali o przyszłości Stefnira. Kristín zaproponowała, że zabierze chłopca ze sobą „na początek”, a później będą mogli rozważyć inne możliwości. Obiecała przywozić Stefnira na Islandię na Boże Narodzenie i Wielkanoc, może częściej, a Ari Thór planował wziąć urlop latem i odwiedzić ich w Szwecji. Nie sprzeciwiał się, mimo przejmującego lęku, jaki budziła w nim myśl, że tak rzadko będzie widywał syna. Chciał uniknąć konfliktu z Kristín.

Ari Thór miotał się w łóżku, próbując znaleźć wygodną pozycję. Przewrócił się na bok, wziął głęboki oddech i westchnął ciężko. Musiał się w końcu przespać. Jutro – nie, dzisiaj, poprawił się – był czwartek, jego ostatni dzień służby przed wielkanocnym weekendem. Kristín i Stefnir przyjadą wieczorem.

Dochodziła trzecia nad ranem. Ponad dwie godziny, odkąd się położył, a wciąż nie mógł zasnąć.

W końcu pogodził się z porażką i wstał.

Niech to. Nie mógł sobie pozwolić na nieprzespaną noc; nie teraz, kiedy powinien być gotowy na spędzenie weekendu z synem. Ale niepokój tylko podsycał ogień bezsenności i teraz już nawet nie czuł się zmęczony.

W sypialni nie było prawie żadnych mebli, jeśli nie liczyć kilku półek ze starymi książkami, których nie zabrali poprzedni właściciele. Ari Thór kartkował je czasem, najczęściej wtedy, gdy próbował zasnąć i potrzebował czegoś, co oderwałoby go od ponurych myśli. Sięgnął na półkę po pierwszą lepszą książkę i oparł głowę na poduszce.

Mimo usilnych starań Ari Thór nie potrafił się uwolnić od dręczącego niepokoju o nadchodzący weekend. Pierwszy raz miał zostawić posterunek w rękach Ögmundura, młodego policjanta, który przyjechał z południa na swoje pierwsze stanowisko. Brak doświadczenia nadrabiał z nadwyżką chęcią nauki.

Odkąd Ari Thór został inspektorem, musiał sobie radzić z policjantami przysyłanymi na zastępstwo z Ólafsfjörður albo Akureyri – za każdym razem był to ktoś inny. Ale ostatnio dostał zgodę na zatrudnienie policjanta na pełny etat. Chętnych na to stanowisko nie brakowało, niektórzy z kandydatów mogli się pochwalić sporym doświadczeniem, ale Ari Thór postanowił przyjąć tego młodego człowieka, świeżo po szkole policyjnej.

Mimo różnicy charakterów Ari Thór dostrzegł w młodym Ögmundurze coś z dawnego siebie. Pamiętał, jak Tómas pokazywał mu wszystko, kiedy pierwszy raz przyjechał do Siglufjörður. Teraz sytuacja się zmieniła i to Ari Thór był doświadczonym policjantem, który opiekuje się nowicjuszem stawiającym pierwsze kroki. Bardzo starał się ułożyć z Ögmundurem dobre stosunki, podobnie jak wcześniej Tómas z nim, mimo że różnica wieku między nimi była o wiele mniejsza.

Po daremnej próbie znalezienia snu między stronami książki, co wydawało się trwać całe wieki, zszedł po starych, skrzypiących schodach do kuchni. Tam nalał sobie szklankę wody i pogryzał kawałek suszonej ryby, przeglądając wczorajszą gazetę. Niepotrzebnie; nie było w niej nic nowego, tylko te same, odgrzewane historie. Jedynym, co naprawdę zwróciło jego uwagę, była prognoza pogody. Nie była optymistyczna. Wyglądało na to, że na północy zapowiadały się gwałtowne burze tuż po wielkanocnym weekendzie. Taka właśnie była tutejsza pogoda; ledwie odkopiesz się po jednej śnieżycy, musisz szykować się na następną.

Naprawdę nie mógł sobie pozwolić na nieprzespaną noc; nie uda mu się przetrwać całego dnia.

Ari Thór pełnił dyżur pod telefonem, ale nocami ulice miasteczka były opustoszałe, a komisariat policji wydawał się oazą spokoju. Zwykle jedynymi zgłoszeniami były telefony ze skargami na pijaków zanadto hałasujących w drodze do domu.

Ari Thór zdążył wrócić do łóżka – chociaż wciąż był całkowicie przytomny – kiedy zadzwonił telefon.

– Wygląda na to, że jakiś przechodzień znalazł ciało kobiety leżące na ulicy. Ambulans jest już w drodze, tak na wszelki wypadek – powiedział obojętnym tonem operator linii alarmowej.

Ari Thór pospiesznie zakładał mundur, przytrzymując telefon przy uchu ramieniem.

– Gdzie?

– Na głównej ulicy, Aðalgata.

– Kto to zgłosił?

– Nazywa się Gudjón Helgason. Powiedział, że zostanie na miejscu, dopóki nie dotrze policja.

Nazwisko nic mu nie mówiło.

Dwie minuty później Ari Thór był już ubrany i wychodził z domu w nocną ciemność. Mieszkał tylko jedno skrzyżowanie od głównej ulicy, więc dotarcie tam pieszo zajęło mu tylko chwilę. Była mroźna, bezwietrzna noc, na niebie migotały gwiazdy. Natura tutaj była zawsze dzika i nieokiełznana, ale o tej porze roku było w niej nie tylko coś bardziej mrocznego, ale jakby bardziej głębokiego i dalekiego.

Ari Thór dotarł na miejsce równocześnie z ambulansem. Kiedy skręcił w Aðalgata, dreszcz przeszedł mu po plecach.

Na brzegu chodnika młoda kobieta leżała w kałuży własnej krwi; jej ciało było wykręcone w nienaturalnej pozycji, która nie pozostawiała cienia wątpliwości, że musiała skoczyć z dużej wysokości. Nie trzeba było lekarza, żeby stwierdzić, że nie żyła. Wyglądało na to, że cała krew pochodziła z jej głowy; najprawdopodobniej miała strzaskaną czaszkę.

Kiedy Ari Thór podszedł do ciała, zdał sobie sprawę, że kobieta musiała być młodsza, niż mu się w pierwszej chwili wydawało – mogła być jeszcze nastolatką. Wstrzymał oddech, kiedy zobaczył jej twarz.

Do diabła.

Jej spojrzenie było upiornie nieobecne; oczy miała szeroko otwarte, ale puste, jakby wpatrywały się w nicość.

Ari Thór natychmiast zrozumiał, że ten widok już zawsze będzie go prześladował.

2

Ariemu Thórowi nie były obce nocne spacery po mieście. Czy to w pełni lata, czy w środku zimy, przechadzka pustymi ulicami miała w sobie coś magicznego. Miasto spowite nocną ciszą wydawało się tak spokojne. Przez krótką chwilę doznał znajomego uczucia unoszenia się w morzu ciszy, ale bardzo szybko wróciła świadomość powagi sytuacji i spokój legł w gruzach.

Nieliczni ludzie obecni na miejscu wydawali się czekać na jego polecenia – z wyjątkiem lekarki ze szpitala, która już przykucnęła przy ciele młodej kobiety. Oprócz niej Ari Thór zobaczył dwóch ratowników, a za nimi mężczyznę, na oko po trzydziestce, w puchowej kurtce i wełnianej czapce, z bujną brodą – to był zapewne Gudjón, człowiek, który wezwał służby.

Ari Thór czuł się jak sparaliżowany. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek dotąd, uświadomił sobie ciężar odpowiedzialności spoczywający na jego ramionach. Odkąd awansował na inspektora, życie w Siglufjörður biegło zwykłym, spokojnym torem i, ku swojej ogromnej uldze, nie było żadnych poważnych przestępstw, którymi musiałby się zająć. Dni mijały z przyjemnym brakiem sensacji, policję wzywano od czasu do czasu, ale nigdy do niczego poważniejszego niż zażycie narkotyków, wykroczenia drogowe albo zakłócanie ciszy nocnej. Ale teraz na środku ulicy została znaleziona ta młoda kobieta. Ari Thór popatrzył na nią jeszcze raz, po czym rozejrzał się po okolicy.

Pozbawione życia ciało leżało na bruku przed piętrowym budynkiem z lukarnami w dachu, sugerującymi trzeci mieszkalny poziom na strychu. Wydawało się, że na samej górze jest balkon. Ari Thór od razu pomyślał, że kobieta musiała spaść właśnie stamtąd, choć ta myśl przyprawiła go o dreszcz.

Lekarka wstała. Miała na imię Baldvina i była w Siglufjörður dopiero od początku stycznia. Doktorzy nigdy nie zostawali tu długo. Rotacja w szpitalu była bardzo duża w ostatnich latach; lekarze jeden po drugim wyjedżali robić lepsze rzeczy w większych miastach, kiedy tylko nadarzała im się okazja, albo wracali kontynuować naukę, jak Kristín. Baldvina była nieco młodsza od Ariego Thóra. Po tym, jak kilka razy ich drogi się przecięły, nabrał przekonania, że zna się na tym, co robi.

– Cóż, nie ma wątpliwości, że nie żyje. Najprawdopodobniej w wyniku upadu – powiedziała Baldvina odwracając się, żeby spojrzeć na budynek, zanim Ari Thór zdążył zadać pytanie. – Przypuszczam, że spadła z balkonu tam, na górze. Ale, oczywiście, to ty musisz ustalić. Czy możemy już zabrać ciało?

– Tak, dajcie mi tylko zrobić kilka zdjęć. I musimy zabezpieczyć miejsce do badań kryminalistycznych.

Ari Thór zdawał sobie sprawę, że ekipa kryminalistyczna potrzebuje czasu, żeby dotrzeć do Siglufjörður. Ale nie mógł pozwolić, żeby ta nieszczęsna młoda kobieta leżała tu w kałuży własnej krwi dłużej niż to konieczne. To była kwestia szacunku. Nie chciał zostawiać jej ciała odsłoniętego, na widoku. To była główna ulica miasta, a słońce niedługo miało wzejść. Wolał też uniknąć ciekawskich, których mogłoby przyciągnąć całe to niezwykłe nocne poruszenie.

Ari Thór zrobił kilka zdjęć telefonem. Potem zadzwonił do Ögmundura, żeby zawiadomić go o tym, co się wydarzyło.

– Musisz jak najszybciej dołączyć do mnie na Aðalgata.

– Tak… oczywiście – odparł jego zaspany podwładny po krótkiej chwili wahania.

Ögmundur dał się poznać z dobrej strony i wydawał się chętny podejmować wyzwania, chociaż dotychczas jego zadania nie były szczególnie wymagające. Nie chodziło tylko o to, że zima nie obfitowała w wydarzenia, ale też Ari Thór oszczędzał młodemu policjantowi co bardziej przyziemnych obowiązków – wolał, żeby przystosowywał się we własnym tempie. A jednak Ögmundurowi udało się zdobyć więcej przyjaciół w Siglufjörður niż Ariemu Thórowi przez wszystkie lata, które tu przeżył. Wyglądało na to, że młody umie szybko zjednać sobie zaufanie ludzi – co oczywiście jest bardzo pożądaną cechą w jego zawodzie. Okazało się też, że Ögmundur grał w islandzkiej narodowej drużynie piłkarskiej – mówiąc ściśle, młodzieżowej, ale dla Ariego Thóra nie była to istotna różnica – a jego fascynacja sportem, popularnym tematem rozmów w tych okolicach, ogromnie ułatwiała mu kontakty z ludźmi.

Jeszcze przez telefon Ari Thór przedstawił Ögmundurowi sytuację.

– Musiała spaść z balkonu na strychu – dodał. – Jeszcze nie wiemy, czy to był wypadek, czy może… ehm, samobójstwo. Musimy to ustalić. Trzeba się pospieszyć.

Kiedy tylko dostali zgodę Ariego Thóra, ratownicy przenieśli ciało dziewczyny na nosze i zapakowali do ambulansu, pozostawiając tylko makabryczną czerwoną kałużę na chodniku – przyprawiające o dreszcz przypomnienie o tym, co się wydarzyło.

W mdłym blasku ulicznych latarni i wśród nocnych cieni krew wydawała się niemal zbyt jaskrawa, żeby mogła być prawdziwa. Ariemu Thórowi przemknęła przez głowę myśl, że całe to miejsce wygląda jak teatralne dekoracje.

W końcu zwrócił się do mężczyzny, który trzymał się nieco z tyłu, stojąc nieruchomo, ze spuszczoną głową.

– Dobry wieczór. Ty musisz być Gudjón?

Tamten skinął głową i po chwili wahania mruknął potwierdzająco.

– Inspektor Ari Thór Arason. Możesz mi powiedzieć, co się zdarzyło? Czy to ty wezwałeś policję?

– Tak. Cóż, zadzwoniłem na numer alarmowy, ale tak naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie mam pojęcia, co się wydarzyło.

Wydawało się, jakby wypowiedzenie tych słów pozbawiło go tchu. Mówiąc, pocierał brodę i zerkał nerwowo na boki, nie patrząc Ariemu Thórowi w oczy.

Ari Thór słuchał i czekał. Nie chciał jeszcze przechodzić do następnego pytania. Doświadczenie nauczyło go, że ludzie, którzy są zdenerwowani – a Gudjón wyraźnie był – starają się zapełnić ciszę.

– Ja tylko… cóż, znalazłem ją tutaj, tak po prostu leżącą. W pierwszej chwili pomyślałem, że upadła. To znaczy poślizgnęła się i przewróciła na ulicę. Podszedłem i chciałem pomóc jej wstać, ale wtedy zdałem sobie sprawę… zdałem sobie sprawę, że nie żyje. Wtedy zadzwoniłem na numer alarmowy, od razu.

– Dotykałeś czegoś? – spytał Ari Thór po krótkiej chwili milczenia.

– Ja… nie pamiętam. Mogłem nią lekko potrząsnąć, żeby się upewnić, ale wydawało się oczywiste, że nie żyje.

Ari Thór skinął głową.

– Widziałeś kogoś jeszcze w pobliżu?

– Nie, w okolicy nie było nikogo. Tylko ja. Byłem wstrząśnięty, kiedy ją zobaczyłem. Myślisz, że skoczyła?

– W tej chwili jeszcze trudno powiedzieć – odparł Ari Thór, po czym wrócił do przesłuchania. – Jest czwarta nad ranem, więc byłeś tu około trzeciej trzydzieści, zgadza się?

– Tak. Tak, zgadza się.

– Dlaczego?

– Spacerowałem, to wszystko.

– W środku nocy? – Ari Thór uniósł brew.

– Chłód dodaje mi energii. Niebo jest czyste, nie ma wiatru, tylko rześkie morskie powietrze, którym można głęboko odetchnąć. To czysta przyjemność chodzić po ulicach w taką pogodę.

Ari Thór nie był przekonany, chociaż, szczerze mówiąc, on sam także często wybierał się nocami na spacer po mieście – nie żeby zamierzał przyznawać się do tego Gudjónowi. Spokój, jaki panował na ulicach w środku nocy miał w sobie coś szczególnego. Ten przeklęty, nieuchwytny spokój.

– W dzień i w nocy?

– Wolę spacerować nocą. Jest spokojniej. Działa bardziej kojąco na duszę.

– Mieszkasz w Siglufjörður, Gudjón?

Gudjón zawahał się.

– Teraz tak. Przyjechałem tu na trzy miesiące. Jestem artystą, szukam natchnienia.

– Gdzie się zatrzymałeś?

– Niedaleko stąd jest dom dla artystów. Nad brzegiem morza, na skraju miasta.

– Od dawna tu jesteś?

– Od stycznia – odparł Gudjón. Wyglądał, jakby dopiero teraz dotarł do niego nocny chłód. I jakby poczuł się nieswojo.

– Rozumiem – Ari Thór zrobił znaczącą pauzę. – Jaka jest twoja dziedzina?

– Co masz na myśli?

– Jaką dziedziną sztuki się zajmujesz? Malarstwo? Muzyka?

– Malarstwo. Tak, malarstwo. Maluję i rysuję. Mogłeś widzieć plakaty mojej wystawy. Krajobrazy Siglufjörður. Wszystkie są na sprzedaż.

– Nie, musiałem ich nie zauważyć. Znasz ją?

– Kogo?

– Tę kobietę.

Gudjón wyraźnie się wzdrygnął.

– Co? Nie, oczywiście, że nie. Nie mam pojęcia, kim jest… ehm, to znaczy, kim była. Dlaczego miałbym ją znać? Nie jestem stąd.

– Skąd ta pewność, że była miejscowa?

– Ja… skąd mam wiedzieć? Nie rozumiem, co insynuujesz. Ja tylko wezwałem policję, nic więcej. Nigdy wcześniej nie widziałem tej dziewczyny.

– Musisz przyznać, Gudjón, że to trochę dziwne, spacerować w środku nocy.

– Na miłość boską, jestem artystą! – zaprotestował, jakby to miało tłumaczyć wszelkie możliwe dziwactwa i grzechy. Oddychał ciężko i z trudem składał słowa. – Posłuchaj, spaceruję po mieście nocami, bo szukam inspiracji, a potem wracam do domu i rysuję. Sypiam w ciągu dnia. Jeśli chcesz, to zapraszam… przyjdź popatrzeć, jak pracuję. Wtedy przekonasz się, że nie kłamię.

– Na razie to nie będzie konieczne, chociaż na pewno odezwę się na dalszym etapie śledztwa – powiedział Ari Thór. – Ale prosiłbym, żebyś zajrzał jeszcze dzisiaj na komisariat, żebyśmy mogli oficjalnie spisać zeznanie.

Niechęć Gudjóna wyraźnie dała się wyczuć.

– Czy to naprawdę konieczne? Nie mam niczego do ukrycia, ale, prawdę mówiąc, nie mam ochoty być grillowany przez policję bardziej niż byłem już do tej pory.

Po chwili, wciąż z trudem panując nad oddechem, dodał:

– Ja tylko… tylko spełniłem obywatelski obowiązek, kiedy wziąłem telefon i zadzwoniłem, prawda?

– Posłuchaj, młoda kobieta… może jeszcze nastolatka… nie żyje, a ty znalazłeś jej ciało. Musimy spisać twoje zeznanie na potrzeby śledztwa. Nie mamy powodu zakładać, że miałeś cokolwiek wspólnego z jej śmiercią.

Ari Thór nie miał ochoty być dla niego zanadto miły; nadal nie do końca przekonywały go wyjaśnienia Gudjóna.

– Cóż, mam nadzieję, że nie zamierzasz oskarżyć niewinnego świadka o żadne przestępstwo!

Gudjón wciąż jeszcze sapał z oburzenia, kiedy zza rogu na Aðalgata Ögmundur wyjechał swoją małą czerwoną mazdą – sportowym kabrioletem, który, choć już dość stary, zwracał na siebie uwagę. Nisko zawieszony samochód nie najlepiej nadawał się do jazdy po śniegu, ale po kilku niezwykle o tej porze roku ciepłych i deszczowych dniach drogi były czyste. Ögmundur zaparkował po drugiej stronie ulicy i podbiegł do Ariego Thóra i Gudjóna.

– Przepraszam, że musiałeś czekać. Przyjechałem najszybciej, jak mogłem. Myślisz, że skoczyła?

Zerknął na kałużę krwi, potem na balkon.

– Dziękuję, doceniam to – powiedział Ari Thór. – To jest Gudjón Helgason. Był na nocnym spacerze, kiedy znalazł ciało. Poprosiłem, żeby później przyszedł na komisariat. Kiedy przyjdzie, byłbyś tak miły i spisał jego zeznanie?

– Oczywiście, zajmę się tym – Ögmundur uśmiechnął się i wyciągnął rękę.

– Cześć, Gudjón. Miło cię poznać. Nazywam się Ögmundur. Jestem tu policjantem.

– Na razie to wszystko. Możesz się zająć swoimi sprawami. Dziękujemy za współpracę – Ari Thór odprawił Gudjóna krótkim skinieniem głowy.

Swobodny ton, jakim Ögmundur rozmawiał z ludźmi w takich sytuacjach działał Ariemu Thórowi na nerwy, chociaż trzeba przyznać, że pomagał rozwiązywać języki.

– Miłego spaceru – dodał przez zaciśnięte zęby.

Wyciągnięty z łóżka w środku nocy, już wcześniej pozbawiony snu, Ari Thór z trudem zmuszał się do uśmiechu równie radosnego jak jego młodszy kolega.

3

Zostań tutaj – powiedział Ari Thór. – Wezwij kryminalistyków. I miej oko na wszystko, dopóki nie przyjadą, dobrze?

Ögmundur skinął głową z obojętnym wyrazem twarzy.

– Jak chcesz, ale naprawdę nie widzę sensu, Ari Thór. Sam widzisz, że na ziemi jest tylko krew. Lepiej poszedłbym do tego budynku i dopilnował, żeby nikt nie wychodził na balkon.

Ari Thór upierał się przy swoim.

– Po prostu obserwuj wejście. Ja pójdę i rozejrzę się w środku.

Frontowe drzwi były zamknięte. Sądząc z liczby dzwonków, stary dom został podzielony na dwa osobne mieszkania – po jednym na każdym piętrze.

Ögmundur zajrzał Ariemu Thórowi przez ramię.

– Znasz ludzi, którzy tu mieszkają?

– Nie – Ari Thór pokręcił głową.

Z tabliczek przy przyciskach dzwonków wynikało, że lokatorzy na parterze nazywali się Jónína i Jóhann, a na piętrze mieszkał ktoś o imieniu Bjarki.

Ari Thór zadzwonił do mieszkania na parterze. Nie czekał długo, nim drzwi się otworzyły i stanął w nich starszy mężczyzna w piżamie, ani trochę nie wyglądający na zaspanego.

– Czekaliśmy na ciebie z żoną. Obserwowaliśmy, co się dzieje – powiedział, odrobinę niepewnie.

Musieli stać w ciemności, ponieważ Ari Thór nie widział żadnych świateł w oknach.

– Więc co się stało? Kto leżał tam, na ulicy? Nie żyje?

– Mogę wejść na chwilę?

– O, tak. Oczywiście. – Staruszek podał mu miękką, spoconą dłoń. – Jestem Jóhann.

Ari Thór miał złe przeczucie. Coś wydawało się nie w porządku. Wszedł za Jóhannem do pogrążonego w ciemności mieszkania i w salonie zauważył sylwetkę kobiety, tuż przy oknie wychodzącym na ulicę. To zapewne była Jónína. Kiedy wszedł, nie odezwała się ani słowem.

– Przepraszam za najście. Dziś w nocy zginęła tu młoda kobieta. Czy może coś widzieliście?

– Zupełnie nic – odparł stanowczo Jóhann. – Kto to był?

– Jeszcze nie wiem. Coś wam przychodzi do głowy? Czy jakaś młoda kobieta albo dziewczyna mieszka w tym domu?

– Nie, nie, tylko Bjarki na górze, ale… czasem wynajmuje swoje mieszkanie obcym przez Airy… wielkie nieba, Jónína, jak to się nazywa?

Jego żona nadal nie powiedziała ani słowa. Oboje wyglądali na grubo po siedemdziesiątce. Ari Thór żałował, że nie może skorzystać z umysłu Tómasa. Jego dawny szef wiedział wszystko o wszystkich w miasteczku – co robili i z kim byli spokrewnieni.

– Czy sądzicie, że jest teraz w domu?

Staruszkowie wymienili spojrzenia.

– Raczej nie – odparł Jóhann. – On ciągle przyjeżdża i wyjeżdża. Dużo czasu spędza w Reykjavíku. Ale jest stąd. Nie widziałem go dzień albo dwa.

Jónína w końcu otworzyła usta.

– Nie, nie ma go w domu – mówiła cicho, ale z przekonaniem. – Spotkałabym go, albo przynajmniej słyszała, gdyby tu był.

– Nie możesz widzieć wszystkiego, kochanie. Nie wiemy o wszystkich, którzy wchodzą i wychodzą z budynku, prawda?

Mówił z naciskiem, jakby chciał przekazać żonie jakiś sygnał. Ari Thór wyjrzał przez okno i zauważył, że z tego miejsca najprawdopodobniej nie było widać, kto dzwoni do drzwi.

– Kiedy powiedziałeś, że jest stąd, miałeś na myśli jego, czy jego rodzinę?

– Jego. To chłopak z Siglufjörður – odparła Jónína. – Pamiętam jego ojca. Bjarki urodził się tutaj, a potem jego rodzina się wyprowadziła, jak wiele innych. Od kiedy skończyły się śledzie, nie ma tu dużo do roboty.

– Ale teraz ludzie wracają i miasto znowu ożywa – dodał Jóhann.

– My oczywiście nigdy nie wyjechaliśmy. – Jónína złożyła ręce na piersi i zmarszczyła brwi, jakby chciała dać do zrozumienia, że to koniec rozmowy.

– Jak mogę się dostać na balkon? – spytał Ari Thór.

– Balkon? Po co ci to? – Jóhann jakby zapomniał, dlaczego przyszedł do niego policjant. I nagle zaskoczył:

– Ach, tak, oczywiście. Pokażę ci drogę. Drzwi są na strychu. W dawnych czasach to miejsce było częściej używane niż dzisiaj. Kiedyś w tym domu mieszkali dziadkowie Bjarkiego. Potem został podzielony na mieszkania i my kupiliśmy to na parterze. Chcieliśmy czegoś mniejszego. Zanim przeprowadziliśmy się tutaj, mieliśmy własny dom pod miastem, ale trzeba było się napracować, żeby ładnie wyglądał. W każdym razie strych został przerobiony na wspólną część dla obu mieszkań, raczej jako schowek, niż żeby spędzać tam czas. Jest za zimno. My nigdy nie wychodziliśmy na balkon. Jónína ma kłopot z wchodzeniem po schodach. I nie sądzę, żeby Bjarki często tam bywał. Cały czas siedzi z nosem w książkach. To porządny młody człowiek – dodał Jóhann z uśmiechem.

Ari Thór znowu odniósł wrażenie, że coś jest nie tak w sposobie, w jaki mówił ten człowiek. Wydawało mu się, że Jóhann jest zdenerwowany i nadmierną gadatliwością stara się to zamaskować.

Jóhann poszedł pierwszy w kierunku wejścia do budynku i dał Ariemu Thórowi znak, żeby szedł za nim, gdy w ślimaczym tempie ruszył po schodach. Skrzypiące schody miały w sobie jakiś staroświecki urok. Wytarte drewniane stopnie były o ton jaśniejsze niż poręcz, która nieco lepiej zniosła upływ czasu. Ściany pokrywała jasnoniebieska tapeta.

Kiedy Jóhann dotarł na piętro, stał, przez chwilę chwytając oddech, i wskazał drzwi.

– To tutaj mieszka historyk.

– Bjarki? Jest historykiem? – spytał Ari Thór.

– Na zlecenie ratusza prowadzi jakieś badania na temat ludzi z Siglufjörður, którzy wyjechali do Ameryki Północnej. Muszą mieć za dużo pieniędzy, jeżeli stać ich na takie rzeczy. Najwyraźniej gospodarka ma się całkiem nieźle, przy tych wszystkich robotach drogowych, turystach i czym tam jeszcze – mamrotał, zbierając siły przed następnymi schodami.

– Nie wiedziałem, że ludzie stąd też byli w tamtej fali emigracji – przyznał Ari Thór.

– Jakieś piętnaście tysięcy Islandczyków wyjechało na przełomie wieków i sporo ludzi stąd trafiło do Kanady. Do prowincji Manitoba, tak, zdaje się, mówił Bjarki. Nie jestem molem książkowym, ale to ciekawy temat, nie sądzisz? Dobrze, możemy ruszać.

Weszli po kolejnych schodach, które kończyły się bezpośrednio przed zamkniętymi drzwiami, bez żadnego podestu.

– Daj, ja otworzę – odezwał się pospiesznie Ari Thór. Nie chciał, żeby ktokolwiek bez rękawiczek dotykał klamki, na wypadek, gdyby zostały na niej jakieś odciski palców. – Nie są zamknięte, prawda?

– Nie, nigdy nie są zamykane.

Ari Thór delikatnie popchnął drzwi i ostrożnie wszedł do pomieszczenia na strychu. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się najzupełniej normalne. Było jednak przenikliwie zimno, a Ari Thór szybko zorientował się, dlaczego – drzwi na balkon były uchylone.

– Zaczekaj tutaj, Jóhann. I niczego nie dotykaj – polecił.

Ari Thór obejrzał pomieszczenie na strychu, ale nie zauważył niczego podejrzanego. Żadnych śladów walki, ale uchylone drzwi świadczyły, że ktoś tu niedawno był. Ostrożnie wyszedł na zewnątrz i głęboko odetchnął mroźnym, słonym powietrzem. Widok był imponujący. Ari Thór z podziwem patrzył na panoramę gór otaczających miasto i fiord w dole.

Na balkonie również nie rzucało się w oczy nic podejrzanego. Kilka dni deszczu i nadzwyczaj łagodnych temperatur sprawiło, że śnieg, który nazbierałby się tutaj, stopniał, więc nie zostały żadne ślady stóp, które mogłyby potwierdzić, że młoda kobieta tu była.

Ari Thór wrócił do środka i zastał Jóhanna u szczytu schodów – w tym samym miejscu, gdzie go zostawił.

– To pomieszczenie trzeba będzie zamknąć – powiedział. – Policjant, który jest na dole, zajmie się tym. Nie wpuszczajcie nikogo do budynku, dobrze?

Stary skinął głową.

– Czy jest jakieś tylne wejście do budynku? – spytał Ari Thór.

– Tak – odparł Jóhann, sprawiając wrażenie coraz bardziej zaniepokojonego. – Prowadzi do mieszkania Bjarkiego. Zapewne jest zamknięte.

– Ale stamtąd nie ma wyjścia na balkon, prawda?

– Nie, chyba że… chyba że przejdziesz przez jego mieszkanie i tędy, oczywiście.

– Przepraszam – Ari Thór ze zniecierpliwieniem przecisnął się obok Jóhanna i zbiegł piętro niżej. Zapukał do drzwi Bjarkiego.

Żadnej odpowiedzi.

– Myślę, że nie ma go w domu – powiedział Jóhann.

Ari Thór bez słowa zszedł z nim na dół.

Jónína stała w drzwiach, czekając na nich.

– Zostawię was teraz w spokoju – powiedział Ari Thór. – Przy odrobinie szczęścia uda się wam jeszcze przespać.

Już miał wyjść na zewnątrz, kiedy pewna myśl przyszła mu do głowy.

– Kiedy przyszedłem, frontowe drzwi były zamknięte na zamek. Czy tak jest zawsze?

– W tych czasach, tak. Ale dawniej nigdy się ich nie zamykało.

– A więc jeżeli ona… ta młoda kobieta, dostała się na balkon, to musiała mieć klucz.

Staruszkowie znowu wymienili spojrzenia i tym razem Ari Thór nie miał wątpliwości, że coś ukrywają. Nie odezwał się jednak, czekając, aż przedłużająca się cisza skłoni ich do mówienia.

– No, rzeczywiście, ktoś był przy drzwiach dziś w nocy – wyjąkał z wahaniem Jóhann.

– Rozumiem – powiedział łagodnie Ari Thór.

– Ktoś zadzwonił domofonem i nas obudził. To się zdarza czasami, kiedy różni ludzie zatrzymują się tutaj. Jónína, moja żona… wpuściła go do środka.

– Tak było? – Ari Thór spojrzał na staruszkę.

– Tak – szepnęła, tak cicho, że ledwie ją usłyszał. – Nie przyszło mi do głowy, że dojdzie do czegoś takiego…

– Widziałaś, kto stał przy drzwiach?

Ponownie wymienili spojrzenia i Jóhann pokręcił głową.

– Nie, ale to musiała być ta dziewczyna, która skoczyła, prawda? W mieszkaniu na górze nie ma teraz nikogo. W każdym razie nic nam o tym nie wiadomo, ale nie zawsze wszystko słyszymy… – dodała Jónína. – Poza tym ten, kto dzwonił, mógł wejść i od razu wyjść, albo w ogóle nie wchodzić.

– To prawda – wychrypiał Jóhann. – Słuchaj, moja biedna Jónína wychodzi z siebie, odkąd przyjechał ambulans. Nie mogliśmy zasnąć po tym, jak zadzwonił domofon.

– Ile czasu minęło od dzwonka do przyjazdu ambulansu?

– Trzy kwadranse, może trochę dłużej.

Ari Thór zmarszczył brwi. Wszystko wydawało się wskazywać, że młoda kobieta weszła do budynku po to, żeby skoczyć z dachu. Ale nie mógł ustalić nic więcej, ponieważ nie wiedział, jak długo leżała na ulicy, zanim znalazł ją Gudjón.

– Dziękuję – powiedział Ari Thór przez zaciśnięte zęby. – Powinniście powiedzieć mi to od razu.

– Wiem, że powinniśmy, ale moja żona była w szoku – odparł Jóhann, jakby to wszystko tłumaczyło. – Nie zamierzaliśmy niczego przed tobą urywać, czekaliśmy tylko na odpowiedni moment, żeby powiedzieć.

– Rozumiem. W każdym razie proszę, zachowajcie to dla siebie. Ostatnie, czego potrzebujemy, to żeby zaczęły krążyć plotki – spojrzał głęboko w oczy Jóhannowi, potem Jónínie.

– Tak, oczywiście. Będziemy bardzo ostrożni – odparł stary.

– Ale nie myślisz… To nie była moja wina, prawda? – spytała jego żona; w jej spuszczonych oczach malował się smutek i poczucie winy

Jeżeli ta dziewczyna zamierzała się zabić, pomyślał Ari Thór, znalazłaby jakiś sposób bez względu na to, czy udałoby się jej dostać na balkon, czy nie. Zawsze był jakiś sposób. Dawno już pozbył się skłonności do ratowania poranionych dusz. Jego studia teologiczne były już tylko odległym wspomnieniem. Tylko garstka upartych miejscowych nadal nazywała go „wielebnym” – to przezwisko przylgnęło do niego pierwszej zimy, którą spędził w Siglufjörður.