Mgła - Ragnar Jónasson - ebook + książka

Mgła ebook

Jonasson Ragnar

3,3

Opis


„Czyż Jónasson nie jest najlepszym autorem kryminałów naszych czasów? To prawdziwy mistrz!”  „Times”

2 miliony sprzedanych egzemplarzy!

Co 30 sekund na świecie sprzedaje się 1 książka Jónassona!

Tom 1 nagradzanej serii Hulda.

W bestsellerowej serii HULDA Jónasson zaskakuje postacią bohaterki – według „Timesa” jednej z najciekawszych i najoryginalniejszych w literaturze kryminalnej – i jak zwykle zachwyca niepowtarzalnym, mrocznym nastrojem. Unikatowa konstrukcja – w każdym tomie bohaterka jest o 10 lat młodsza – tworzy niesamowity suspens.

Arcydzieło! Akcja pełna zwrotów zapiera dech, a zakończenie poraża! YRSA SIGURÐARDÓTTIR

Rok 1987, tuż przed Bożym Narodzeniem. Odludna farma na wschodzie Islandii. Mieszkają tam państwo Einarsson, w zimę odcięci przez śnieżyce od świata. Śnieżyca powinna była odciąć wszystkich od świata. Nikt nie powinien się tam dostać, a jednak ktoś puka do drzwi. Państwo Einarsson nie wpuszczają obcych, a jego wpuścili. Nieznajomy plącze się w opowieściach. To kłamca, a może morderca?

Czterdziestoletnia detektyw Hulda Hermannsdóttir wraca do pracy po życiowej tragedii. Nie może się pozbierać, a szef powierza jej skomplikowaną sprawę zbrodni na farmie Einarssonów.

W tym tomie poznajemy wreszcie tajemnicę, która tak boleśnie ukształtowała życie i osobowość Huldy.

Od spektakularnego debiutu Jónassona – Milczenia lodu – minęło pięć lat. Rok 2020 przyniósł islandzkiemu mistrzowi drugą falę triumfu: dwa miliony sprzedanych egzemplarzy, pierwsze miejsca na listach bestsellerów, przygotowania do seriali obsypanych nagrodami serii Mroczna wyspa lodu i Hulda oraz tytuł najlepszego autora kryminałów naszych czasów.

Bestsellerowa seria HULDA wydawana jest w 32 krajach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (7 ocen)
0
2
5
0
0

Popularność




Redaktor inicjująca i prowadząca

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Małgorzata Denys

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Renata Ulanowska

Zdjęcie na okładce

© Mikhail Varentsov/Shutterstock

Tytuł oryginału

Mistur

Copyright © Ragnar Jónasson, 2017

Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2020 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-8050-9

Warszawa 2022. Wydanie III

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Dla Kiry i Natalii

Dni

Prolog

Luty 1988

Hulda Hermannsdóttir otworzyła oczy.

Nękała ją tak silna i uporczywa apatia, jakby była odurzona lekami. Mogłaby przespać cały dzień, nawet tutaj, na swoim twardym krześle.

Na szczęście jako detektyw zasłużyła sobie na własny gabinet. A to znaczyło, że mogła zamknąć drzwi, odciąć się od świata i spędzać kolejne godziny, patrząc pusto w przestrzeń albo pozwolić opaść powiekom. A na biurku przed nią piętrzyły się dokumenty. Od powrotu ze zwolnienia dwa tygodnie temu nie uporała się z ani jedną sprawą.

To zaniedbanie niecałkowicie umknęło uwadze jej szefa, Snorriego, ale trzeba przyznać, że traktował ją z cierpliwością i wyrozumiałością. Prawda wyglądała tak, że po prostu musiała wrócić do pracy; nie była w stanie znieść kolejnej minuty uwięziona w domu z Jónem. Nawet oszałamiające piękno przyrody w okolicach ich domu w Álftanes ostatnio nie robiło na niej wrażenia. Była głucha na westchnienia fal i ślepa na gwiazdy i lśniącą na niebie zorzę polarną. Z Jónem prawie nie rozmawiali; pierwsza przestała się do niego odzywać, ale odpowiadała, gdy się do niej zwracał.

Lutowe ciemności też nie pomagały. To był najzimniejszy, najbardziej ponury czas roku i zdawało się, że pogoda z każdym dniem się pogarsza. Jakby tego jeszcze było mało, w tym miesiącu zaczął ostro padać śnieg, zasypując miasto puszystą warstwą i tamując jego arterie. Samochody ciągle utykały w korkach, a Hulda musiała wykorzystać wszystkie umiejętności, żeby pokonać nieodśnieżone boczne drogi Álftanes swoją skodą, mimo obowiązkowych opon z kolcami, zanim udało jej się bezpiecznie dojechać do głównej drogi w Kópavogur.

Przez chwilę wątpiła, że kiedykolwiek wróci do pracy. Tak naprawdę to wątpiła, że kiedykolwiek jeszcze wyjdzie z domu albo znajdzie siłę, żeby wyczołgać się spod kołdry. Ale ostatecznie miała tylko dwa wyjścia: zostać w domu z Jónem albo od rana do nocy siedzieć w swoim gabinecie, nawet jeśli w pracy nie miała zbytnich osiągnięć.

Wybrała gabinet i walczyła, żeby się skupić, ale mimo to całe dnie spędzała na przekładaniu akt i raportów z jednego stosu na drugi. Próbowała je czytać, ale nie była w stanie zebrać myśli. Ta sytuacja nie może trwać wiecznie, tłumaczyła sobie, musi się poprawić. Oczywiście nigdy nie pozbędzie się poczucia winy – tego była pewna – ale ból na pewno z czasem złagodnieje. Przynajmniej mogła uchwycić się tej nadziei. Jednak na razie jej gniew na Jóna bynajmniej nie słabł, narastał i się jątrzył. Każdego kolejnego dnia czuła, że wściekłość i nienawiść coraz mocniej ją zżerają, i choć wiedziała, że niczego dobrego jej nie przyniosą, po prostu nie była w stanie zapanować nad emocjami. Musiała znaleźć dla nich jakieś ujście…

Gdy na jej biurku zadzwonił telefon, Hulda nie zareagowała. Pogrążona w swoim mrocznym świecie nawet nie podniosła wzroku, póki nie zadzwonił kilka razy. W końcu, opieszałym ruchem, jakby znajdowała się pod wodą, podniosła słuchawkę.

– Hulda.

– Cześć, Hulda. Tu Snorri.

W jednej chwili poczuła niepokój. Jej szef zwykle nie dzwonił do niej, jeżeli sprawa nie była pilna. Ich kontakt ograniczał się na ogół do porannych spotkań i Snorri z reguły nie wtrącał się za bardzo w jej bieżące dochodzenia.

– A, cześć – odpowiedziała po chwili.

– Mogłabyś do mnie wpaść? Jest sprawa.

– Już idę. – Odłożyła słuchawkę, wstała i przejrzała się w małym lusterku, które nosiła w torebce. Jakkolwiek paskudnie się czuła, w pracy nie miała zamiaru pokazać ani cienia słabości.

Nikt z jej kolegów zapewne nie miał najmniejszych wątpliwości, w jakim jest stanie, ale ona, bardziej niż czegokolwiek innego, bała się tego, że zostanie wysłana na dalszy urlop okolicznościowy. Żeby zupełnie nie oszaleć, musiała mieć zajęcie.

Snorri przywitał ją z uśmiechem, gdy weszła do jego gabinetu, o wiele większego niż jej własny. Poczuła emanujące od niego współczucie i zaklęła w duchu – obawiała się, że najmniejszy przejaw serdeczności rozsadzi jej z trudem wypracowane opanowanie.

– Jak się czujesz, Hulda? – zapytał, wskazując, żeby usiadła, zanim zdążyła odpowiedzieć.

– Dobrze, zważywszy na okoliczności.

– Jak się odnajdujesz po powrocie do pracy?

– Rozkręcam się. Domykam zeszłoroczne sprawy. Wszystko posuwa się naprzód.

– Jesteś całkowicie pewna, że dasz sobie radę? – spytał Snorri. – Jeżeli trzeba, bez problemu dam ci więcej wolnego. Oczywiście wiesz, że cię tutaj potrzebujemy, ale chcemy mieć pewność, że jesteś w stanie wziąć na siebie dość skomplikowane zadania.

– Mogę to zrozumieć.

– A jesteś?

– Co: jestem?

– W stanie sobie poradzić?

– Tak – skłamała, patrząc mu prosto w oczy.

– W porządku. W takim razie jest sprawa i chciałbym, żebyś się jej przyjrzała.

– Tak?

– Paskudna sprawa. – Przerwał, zmarszczył czoło i podkreślił swoje słowa machnięciem ręki. – Prawdę mówiąc, cholernie paskudna. Podejrzenie morderstwa daleko na wschodzie. Natychmiast musimy tam kogoś wysłać. Przykro mi, że obarczam tym ciebie tuż po twoim powrocie, ale w tej chwili nie mam do dyspozycji nikogo innego z twoim doświadczeniem.

Hulda pomyślała, że mógłby się bardziej wysilić w ubieranie tego w komplement, ale mniejsza o to.

– Jasne, mogę pojechać. Jak najbardziej jestem w stanie – odpowiedziała ze świadomością, że to kłamstwo. – Gdzie dokładnie?

– Oj, na farmie na odludziu. Nie do wiary, że ktoś jeszcze zajmuje się farmerstwem na tym pustkowiu.

– Kim jest ofiara? Wiemy już?

– Ofiara? Och, przepraszam, Hulda, nie przedstawiłem ci całej sytuacji. Nie mówimy o jednym trupie… – zawiesił głos. – Odkrycie wygląda dość makabrycznie. Nie wiadomo, ile czasu te ciała tam leżały, ale zdaje się, że co najmniej od Bożego Narodzenia…

Część 1 DWA MIESIĄCE WCZEŚNIEJ – TUŻ PRZED BOŻYM NARODZENIEM 1987

1

Koniec.

Erla odłożyła książkę i z ciężkim westchnieniem opadła na oparcie podniszczonego, starego fotela.

Nie miała pojęcia, która godzina. Dziadkowy zegar w dużym pokoju nie działał już od jakiegoś czasu – pewnie od paru lat. Nie umieli naprawić go sami, a był na tyle ciężki i nieporęczny, że nigdy poważnie nie brali pod uwagę wtaszczenia go do starego dżipa i zawiezienia długą wyboistą drogą do miasteczka. Nie mieli nawet pewności, czy zmieści się do samochodu ani czy tam na miejscu ktoś będzie posiadał umiejętności konieczne do tego, żeby naprawić zabytkowy mechanizm. Więc stał na swoim miejscu, ograniczony do roli ozdoby. Kiedyś należał do dziadka Einara. Podobno przywiózł go ze sobą z Danii, dokąd wyjechał na studia rolnicze, żeby po powrocie do domu przejąć farmę. Tego od niego oczekiwano, jak mawiał Einar. Później przyszła kolej na jego ojca, aż w końcu pałeczkę przekazano samemu Einarowi. Jego dziadek dawno już zmarł; ojciec także – nieco przedwcześnie. Prowadzenie farmy na tym odludziu, a właściwie samo życie tutaj, odciskało swoje piętno, fizyczne i psychiczne.

A teraz, do tego wszystkiego, było zimno. Nic dziwnego, o tej porze roku należało się tego spodziewać. Czuło się, że dom jest stary, a gdy wiatr wiał z pewnego kierunku, w niektórych pokojach, na przykład tutaj, w salonie, przed zmarznięciem można się było uchronić, jedynie owijając się grubym kocem, tak jak zrobiła to teraz.

Koc ogrzewał jej ciało, ale wystające spod niego dłonie były tak zimne, że z trudnością przewracała kartki. Ale przywykła do tego. Czytanie sprawiało jej większą przyjemność niż jakakolwiek inna znana jej czynność. Dobra książka była w stanie przenieść ją daleko, do innego świata, innego kraju, innej kultury, gdzie klimat był cieplejszy, a życie łatwiejsze. Nie znaczyło to wcale, że była niewdzięczna albo nieprzywiązana do farmy i miejsca. W końcu to był rodzinny dom Einara, więc należało zacisnąć zęby i starać się to wykorzystać. Dorastającej w powojennym Rejkiavíku Erli nigdy nie przyszło do głowy, że miałaby zostać żoną farmera w dzikich islandzkich górach, ale gdy poznała Einara, straciła dla niego głowę. Później, jeszcze gdy mieli po dwadzieścia parę lat, pojawiła się Anna.

À propos Anny; jej dom był w nieco lepszym stanie niż ich. Został wybudowany w stylu bardziej współczesnym, niedaleko od ich mieszkania, pierwotnie jako lokum dla dzierżawców rolnych. Odległość była o tyle uciążliwa, że nie dało się wpaść ot, tak sobie, w odwiedziny, gdy pogoda psuła się tak jak teraz – trzeba było dużego wysiłku. Einar zwykle odstawiał dżipa na najsroższe zimowe miesiące, bo nawet napęd na cztery koła, opony z kolcami i łańcuchy na niewiele się zdawały, gdy śnieg zaczynał sypać na dobre, dzień za dniem, dzień za dniem. W tych warunkach łatwiej było przemieszczać się pieszo albo na biegówkach, szczęśliwie oboje z Einarem dość dobrze radzili sobie na nartach. Miło byłoby mieć okazję pojeździć częściej – choćby raz kiedyś – żeby wypróbować umiejętności na prawdziwym stromym zboczu, ale na tego rodzaju zajęcia nigdy nie było czasu. Z pieniędzmi też zawsze było krucho; sytuacja na farmie w końcu się poprawiła, ale nadmierne ich wydawanie na przyjemności czy podróże nie było uzasadnione. Rzadko o tym rozmawiali. Ich celem w tej chwili, jak zawsze, było utrzymanie się na powierzchni, dbanie, by farma funkcjonowała, w miarę możliwości, z zyskiem. Wiedziała, że na szali leżał honor rodziny Einara; jej mąż dźwigał na barkach ciężkie jarzmo przodków, a jego praojcowie, jakby niewidzialnie obecni, zawsze przyglądali mu się z góry.

Jego pradziadek, Einar Einarsson pierwszy, miał ich na oku w najstarszej części domu, gdzie siedziała teraz Erla – oryginalnej drewnianej konstrukcji, którą zbudował „własnymi rękami, w pocie, krwi i łzach”, jak kiedyś powiedział jej mąż. Ojciec Einara, Einar Einarsson drugi, nadzorował część, którą Erla nazywała nowym skrzydłem – betonową przybudówkę, mieszczącą obecnie sypialnie, postawioną, gdy jej mąż, Einar Einarsson trzeci, był jeszcze dzieckiem.

Erla swoich przodków nie darzyła podobną nabożnością. Rzadko o nich mówiła. Jej rodzice, którzy się rozwiedli, mieszkali na południu, a swoich trzech sióstr prawie nie widywała. Oczywiście, pewne znaczenie miała odległość, ale prawda wyglądała tak, że jej rodzina nigdy nie była tak blisko. Po rozstaniu rodziców siostry przestały się wysilać, żeby utrzymać kontakt, a rodzinne spotkania należały do rzadkości. Erla nie rozpaczała zbytnio z tego powodu. Miło byłoby mieć własną grupę wsparcia, na którą mogłaby liczyć, ale zrekompensowała to sobie, wrastając w rodzinę Einara i pielęgnując te rodzinne więzi.

Nie poruszyła się w fotelu. Nie czuła się jeszcze na siłach, żeby wstać. I tak nie miała dokąd pójść, poza łóżkiem, a chciała jeszcze trochę posiedzieć i upajać się spokojem i ciszą. Einar zasnął kilka godzin temu. Wczesne wstawanie uważał za cnotę, a poza tym musiał nakarmić owce. Jednak o tej porze roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, gdy dni są najkrótsze, Erla nie widziała najmniejszego powodu, żeby zwlekać się wcześnie z łóżka, gdy było jeszcze zupełnie ciemno. Przejaśniać zaczynało się około jedenastej i, jej zdaniem, była to wystarczająco wczesna godzina na pobudkę w grudniu. Przez lata nauczyli się nie kłócić o tak trywialne sprawy. Nie odwiedzało ich tu zbyt wielu gości, więc nie mieli wyjścia i musieli się ze sobą dogadywać. Nadal się też kochali, może nie tak jak za dawnych czasów, gdy się poznali, ale ich miłość dojrzała, a związek stał się silniejszy.

Erla trochę żałowała, że tak szybko pochłonęła książkę; powinna była nieco przeciągnąć czytanie. Gdy ostatnim razem pojechali razem do miasteczka, wypożyczyła z biblioteki piętnaście powieści, oczywiście powyżej dozwolonej ilości, ale obowiązywały ją wyjątkowe zasady, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę okoliczności. Wypożyczone książki mogła też trzymać dłużej niż normalnie, czasami nawet dwa albo trzy miesiące przy najgorszej pogodzie. Teraz jednak wszystkie piętnaście już przeczytała; ta była ostatnia. Skończyła je nadzwyczaj szybko, a Bóg jeden wie, kiedy znów wybierze się do biblioteki. Nie śmiała prosić Einara, żeby przywiózł jej nowe, gdy niedawno jechał na nartach do miasteczka w pilnej sprawie, bo byłyby dla niego dodatkowym obciążeniem. Przytłaczało ją znajome poczucie pustki, które dopadało ją za każdym razem, gdy tylko coś się kończyło, a ona wiedziała, że nie ma możliwości uzupełnienia zapasów. Była tu uwięziona. Nazwanie tego uczucia pustką nie do końca oddawało prawdziwy stan; powinna raczej powiedzieć, że tu, na odludziu, czuła się niemal jak więzień.

Jednak wspominanie o klaustrofobii było na farmie zakazane; musieli ignorować to uczucie, bo inaczej szybko stałoby się nie do zniesienia.

Duszące…

Tak, to była naprawdę dobra książka, najlepsza ze wszystkich piętnastu. Jednak nie na tyle dobra, żeby od razu miała ochotę zabrać się do jej ponownego czytania. A wszystkie inne książki przeczytała już dawno – te, które kupili czy odziedziczyli wraz z domem; niektóre nawet wiele razy.

Jej wzrok padł na stojącą w kącie salonu jodłę. Choć raz Einar się wysilił i wybrał zgrabne drzewko. Leśny zapach wypełniający mały pokój w miły sposób przypominał, że zbliżają się święta. Zawsze robili, co mogli, żeby choć na chwilę, w okresie Bożego Narodzenia, odegnać mrok i swoją samotnię zamienić w cichą przystań. Erla delektowała się myślą, że w tym spokojnym okresie odpoczynku od zajęć będą zupełnie sami, dosłownie, bo nikt nie dotarłby tak daleko w głąb lądu w śniegu – musiałby być bardzo zdeterminowany. Do tej pory nigdy się to nie zdarzyło.

Choinka nie była jeszcze udekorowana. Zgodnie z rodzinną tradycją ubierali ją dwudziestego trzeciego grudnia w święto St. Thorlákur Mass, ale leżało już pod nią kilka paczek. Nie było sensu ukrywać przed sobą prezentów, bo wszystkie kupili wieki temu. Nie mogli przecież pobiec na zakupy w Wigilię, żeby dokupić coś, czego zapomnieli – jakichś ostatnich upominków czy śmietany do sosu.

Pod drzewkiem leżały książki, wiedziała to na sto procent i potwornie ją kusiło, żeby choć jeden prezent otworzyć wcześniej. Einar zawsze obdarowywał ją przynajmniej kilkoma powieściami i w święta bardziej niż czegokolwiek innego wyczekiwała tego, żeby odkryć, co to za książki, a potem zasiąść w fotelu z pudełkiem czekoladek i tradycyjnym napojem ze słodu piwnego i czytać do późnej nocy. Wszystkie przygotowania miała za sobą. Pudełko czekoladek leżało zapakowane na stole. Napój słodowopomarańczowy stał w spiżarni i nikomu nie wolno było go ruszyć do czasu oficjalnego rozpoczęcia uroczystości o szóstej wieczorem w Wigilię. Było rzeczą oczywistą, że na świąteczną kolację w wieczór dwudziestego czwartego grudnia będą jedli tradycyjne islandzkie danie z wędzonej jagnięciny, hangikjöt. Jak rok temu i dwa lata wcześniej, jak co roku…

Erla wstała i jak tylko wyłoniła się ze swojego ciepłego kokonu poczuła napierający na jej ciało chłód. Podeszła do okna w salonie, odsłoniła zasłonę i wyjrzała w ciemność. Padał śnieg. Ale mogła była się tego domyślić. Zimą zawsze padał tu śnieg. Czego innego można się spodziewać w Islandii, tak daleko w głębi lądu i tak wysoko nad poziomem morza? Uśmiechnęła się dość krzywo: to nie było miejsce dla ludzi, nie o tej porze roku. Upór przodków Einara był na swój sposób godny podziwu, ale Erla teraz czuła się tak, jakby ponosiła karę za ich poświęcenie. To przez nich tu tkwiła.

Farmę trzeba było utrzymać przy życiu, bez względu na cenę. Nie żeby narzekała – pewnie, że nie. Kilka farm z sąsiedztwa – o ile tak rozległy, rzadko zaludniony obszar można nazwać sąsiedztwem – w ciągu ostatniej dekady porzucono, na co Einar reagował zawsze w ten sam sposób: przeklinając tych, którzy się wyprowadzili, za ich tchórzostwo i za to, że tak szybko się poddali.

– Erla! – usłyszała, jak szorstkim głosem mąż woła ją z sypialni. Była pewna, że chwilę wcześniej słyszała, jak chrapie. – Czemu się nie kładziesz?

– Już idę – odpowiedziała i zgasiła lampę w salonie, a potem zdmuchnęła świeczkę, którą wcześniej zapaliła na stoliku obok, żeby stworzyć sobie przyjemny nastrój do czytania.

Światło Einara się paliło. Leżał po swojej stronie łóżka, jak zawsze – niewolnik przyzwyczajeń: ze szklanką wody i powieścią Laxnessa na nocnej szafce. Erla znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że jego zdaniem klasyk taki jak Laxness dobrze wyglądał przy łóżku, choć tak naprawdę wieczorami Einar wcale nie rwał się do czytania. Mieli większość książek Halldóra Laxnessa i sama przeczytała je po kilka razy, ale Einar ostatnio zaglądał tylko do starych gazet i czasopism albo do artykułów o zjawiskach paranormalnych. Oczywiście, gazety mieli zawsze przeterminowane, jedne bardziej, inne mniej: o tej porze roku zdarzało się, że dostawali je po paru miesiącach. Mimo wszystko utrzymywali prenumeratę rządowej tuby, której kolejne numery piętrzyły się na poczcie pomiędzy ich wizytami, i paru magazynów, na przykład islandzkiego „Reader’s Digest”.

To, że Einar interesował się bieżącymi sprawami, rozumiała doskonale, ale za żadne skarby nie mogła pojąć, co ciekawego jest w historiach o duchach czy okultystycznych książkach o świecie duchowym, gdy żyje się w miejscu tak osobliwym jak to.

W zimie nie było dnia, żeby nie stawała się świadkiem czegoś, co przyprawiało ją o dreszcze. Nie wierzyła w duchy, ale odosobnienie, cisza i ta przeklęta ciemność, połączone, potęgowały każde skrzypnięcie podłogi i ścian, jęk wiatru, migotanie światła i cienia do tego stopnia, że czasami zastanawiała się, czy może jednak powinna w duchy uwierzyć; może dzięki temu życie byłoby łatwiejsze do zniesienia.

Tylko wtedy, gdy siedziała i czytała książkę przy świecy, pochłonięta nieznanym światem, cholerne zjawy traciły moc i nie były w stanie jej przestraszyć.

Wślizgnęła się do łóżka i próbowała ułożyć się wygodnie. Starała się cieszyć na następny poranek, ale nie było to proste. Chciała być tak oczarowana tym miejscem – samotnością – jak Einar, ale nie była w stanie wykrzesać z siebie takich uczuć. Wiedziała, że jutro nie będzie wcale lepsze, że nie będzie zbytnio różniło się od dnia, który właśnie dobiegł końca. Boże Narodzenie przynosiło niewielką odmianę od rutyny, ale nic poza tym. Nowy Rok zlewał się z każdym innym dniem, choć wtedy też zawsze jedli uroczysty posiłek, wędzoną jagnięcinę, jak w Wigilię, ale od lat nie puszczali fajerwerków. Z racji tego, że uchodziły za przedmioty niebezpieczne, były w sprzedaży tylko przez określony czas, a to oznaczało, że dawno zdążyły zostać wykupione, gdy z Einarem udawali się do miasteczka na przedświąteczne zakupy. Robili to zwykle w listopadzie, przed najgorszym śniegiem, i trudno byłoby znaleźć uzasadnienie kolejnej specjalnej wyprawy w środku zimy po to tylko, żeby kupić kilka petard i zimnych ogni. Poza tym oboje byli zdania, że puszczanie fajerwerków na zupełnym pustkowiu nie ma większego sensu. W każdym razie, tak ujął to Einar, a ona jak zwykle przyznała mu rację, choć w głębi duszy tęskniła za eksplozją barw, jaką zwykli byli witać Nowy Rok.

– Dlaczego tak długo siedziałaś, skarbie? – spytał łagodnie.

Chciała zauważyć, że nie ma jeszcze jedenastej, ale w tej nieustannej ciemności czas miał niewielkie znaczenie. Żyli według własnego rytmu, kładli się spać o wiele za wcześnie i wstawali także o wiele za wcześnie. Milczącym sprzeciwem, który polegał na tym, że siedziała dłużej i czytała, nic nie wskóra.

– Kończyłam książkę – odparła. – Nie byłam śpiąca. I zastanawiałam się, czy nie powinniśmy zadzwonić do Anny, żeby się upewnić, czy u niej wszystko w porządku. – Odpowiadając sobie na pytanie, dodała po chwili: – Ale już chyba za późno na telefon.

– Mogę zgasić światło? – spytał.

– Tak – odpowiedziała niechętnie. Nacisnął włącznik i zalała ich ciemność. Tak bezkompromisowa, a przy tym tak cicha. Nie było widać choćby nikłego światła. Czuła, jak śnieg pada na zewnątrz; wiedziała, że nigdzie się nie wybiorą – oczywiście, nie licząc odwiedzin u Anny – do stycznia, w najlepszym przypadku. Tak sobie urządzili życie. Nic nie można było na to poradzić, trzeba było trwać.

2

Dobrze po dziesiątej wieczorem Hulda stała przed drzwiami, szukając w torebce kluczy do domu, i klęła pod nosem. Nic nie widziała. Żarówka nad drzwiami się przepaliła, a światło latarni było za słabe, żeby na coś się zdało.

Jón obiecał, że kupi nową żarówkę, ale najwyraźniej jeszcze się tym nie zajął. Mieszkali właściwie na wsi, nad morzem na półwyspie Álftanes, z dala od jasnych świateł miasta. Zawsze jej się wydawało, że to dobre miejsce do życia, jednak od paru miesięcy miała wrażenie, że nad rodziną wisi jakaś ponurość, jakby mieli nad sobą zachmurzone niebo.

W końcu znalazła klucze. Nie chciała używać dzwonka na wypadek, gdyby Jón i Dimma spali. Liczyła się z tym, że wróci do domu jeszcze później, bo miała pracować na nocnej zmianie, ale choć raz był spokój, więc Snorri wypuścił ją wcześniej. Był dość spostrzegawczy, musiała mu to oddać, i pewnie wyczuwał, że nie do końca układało jej się w domu. Oboje z mężem pracowali za ciężko, w dodatku w trybie dalekim od normalnego. Kiedy dużo się działo, oczekiwano od Huldy pracy w nadgodzinach, a gdy było trzeba, musiała pracować wieczorami i nocami, a czasem też i w święta. W tym roku, na przykład, przypadł jej dyżur w pierwsze święto. Ale może przy odrobinie szczęścia nie będzie nic do roboty i wróci do domu o przyzwoitej porze.

W domu panowała cisza. Światła w salonie i w kuchni były pogaszone i Hulda od razu zorientowała się, że nie czuć zapachu jedzenia. Najwyraźniej Jónowi nie chciało się ugotować obiadu dla siebie i ich córki. Miał dopilnować, żeby Dimma coś zjadła; nie mogła się żywić samymi cheeriosami, na śniadanie i kolację. Jej stan psychiczny się nie poprawi, jeżeli nie będzie jadła solidnych posiłków, a ostatnio i tak było z nią dość kłopotów. Wiek dojrzewania nie zaczął się u niej najlepiej. Zaniedbywała szkolne koleżanki, a wieczory spędzała samotnie w domu, zamknięta w swoim pokoju. Álftanes wydawało się Huldzie zawsze idealnym miejscem do wychowywania dziecka, dobrym połączeniem miasta i wsi, w rozsądnej odległości od Reykjavíku, z piękną okolicą tuż za progiem i mnóstwem czystego, zdrowego nadmorskiego powietrza. Teraz jednak musiała przyznać, że decyzja o zamieszkaniu tutaj być może była błędem: może powinni byli przeprowadzić się bliżej centrum miasta, żeby zapewnić córce bogatsze życie towarzyskie.

Hulda stała na korytarzu, kiedy drzwi pokoju Dimmy niespodziewanie się otworzyły i wyszedł Jón.

– Już wróciłaś? – spytał, patrząc jej z uśmiechem w oczy. – Tak wcześnie? Myślałem, że będę musiał siedzieć do późna, żeby mieć szansę cię zobaczyć.

– Co robiłeś u Dimmy? Śpi?

– Jak zabita. Wszedłem do niej zajrzeć. Wieczorem zdawała mi się bardzo przygaszona. Chciałem się upewnić, że z nią wszystko w porządku.

– Tak? Ma gorączkę?

– Nie, nic z tych rzeczy. Czoło ma chodne. Chyba lepiej dać jej spać. Wydaje się chwilowo zdołowana.

Jón podszedł, objął Huldę i zaprowadził ją do salonu.

– Może napijemy się po kieliszku wina, skarbie? Pojechałem dziś do Riki i kupiłem dwie butelki czerwonego.

Hulda się zawahała, ciągle zmartwiona Dimmą. Coś jej nie pasowało, ale przepędziła tę myśl. To prawda, że powinna się odstresować po męczącym dniu; dość wyczerpywała ją praca, żeby jeszcze w domu miała być podminowana. Może Jón miał rację, może po prostu powinna się napić, żeby odprężyć się przed pójściem spać.

Zdjęła płaszcz, położyła go na oparciu sofy i usiadła. Jón poszedł do kuchni i wrócił z butelką i dwoma staroświeckimi kieliszkami, które kiedyś należały do jej dziadków. Z trudem wyjął korek i napełnił kieliszki. Był to dla nich niecodzienny luksus. Nie dość, że alkohol był obłożony zabójczym podatkiem, to jeszcze trudno im było dotrzeć do Rikiego, jak nazywano państwowy sklep monopolowy, w ściśle określonych godzinach otwarcia.

– Czerwone wino! Co za niespodziewana ekstrawagancja. Co świętujemy?

– To, że miałem dobry dzień – odparł. – Chyba w końcu udało mi się sprzedać ten budynek na Hverfisgata, którego usiłowałem się pozbyć. Bank deptał mi po piętach, groził, że go przejmie. Banda cholernych chciwców, nie mają pojęcia o biznesie. W każdym razie, na zdrowie!

– Na zdrowie.

– Czasami gorzko żałuję, że nie mieszkamy za granicą, gdzieś, gdzie są normalne banki. To takie dołujące, usiłować pracować w państwie, w którym wszystko sprowadza się do polityki, a wszystkie banki prowadzą dawni politycy. To jakiś obłęd. Jestem w niewłaściwej partii i to się na mnie odbija. – Westchnął ze smutkiem.

Hulda słuchała go jednym uchem. Nie miała cierpliwości, żeby starać się nadążyć za wszystkimi szczegółami niekończących się zmagań finansowych Jóna. Dość miała własnych problemów przy biurku w pracy, ale ściśle przestrzegała zasady, żeby nie przynosić ich do domu, do czego on miał skłonność. Mocno wierzyła w jego smykałkę do interesów; zdawało się, że zna wszystkie sztuczki. W jednej chwili kupował pierwszorzędną nieruchomość, zaraz potem dowiadywała się, że sprzedał ją ze sporym zyskiem, a resztę czasu zajmował się rozwijaniem swojej hurtowni. Musiała mu to przyznać, przez lata zapewniał im dostatnie życie. Mieli na własność ten atrakcyjny wolno stojący dom, dwa samochody i od czasu do czasu było ich też stać na luksusy, jak wyjście z Dimmą na kolację raz czy dwa razy w miesięcu, zwykle do ich ulubionej knajpki z hamburgerami. Reykjavík miał tak niewiele restauracji, że nawet wyjście do fast foodu należało do wyjątkowych okazji. Pomyślała, że dość dawno nie byli całą rodziną w lokalu. Zdawało się, że Dimma wyrosła z chęci spędzania czasu z rodzicami i odrzuciła kilka propozycji wyjścia z nimi w ciągu ostatnich tygodni czy miesięcy.

– Jón, może wybralibyśmy się jutro do restauracji?

– W Thorlákur’s Mass? Wszędzie będzie tłok.

– Myślałam o naszym stałym miejscu, o wyjściu na burgera z frytkami.

– Hm… Poczekamy, zobaczymy – dodał po chwili. – Na pewno będzie pełna, a przed samymi świętami zawsze są straszne korki. Nie zapominaj też, że musimy ubrać choinkę.

– O cholera – zaklęła. – Zapomniałam kupić.

– Hulda, obiecałaś, że się tym zajmiesz. Koło twojego biura jest chyba punkt, gdzie sprzedają choinki?

– Tak, przejeżdżam obok niego codziennie.

– Więc chyba możesz tam wstąpić i kupić drzewko z samego rana? Teraz jesteśmy uziemieni z naszą małą chudą buntowniczką.

Po chwili milczenia Hulda zmieniła temat.

– Kupiłeś coś jeszcze dla Dimmy? Rozmawialiśmy, żeby kupić jej coś z biżuterii, prawda? Ja mam dla niej tę książkę, którą chciała – zawsze lubiła czytać w święta. I przypadkiem wiem, że moja matka zrobiła dla niej sweter na drutach, więc przynajmniej nie grozi jej Bożonarodzeniowy Kot. – Huldę rozbawił własny żart o kocie, który rzekomo zjada islandzkie dzieci, które nie dostaną pod choinkę żadnych ubrań.

– Nie wiem, co by chciała – powiedział Jón. – Z niczym się nie wygadała, ale jutro ją podpytam. Naprawdę myślisz, że założy sweter wydziergany przez twoją matkę? – zachichotał. Nim Hulda zdążyła zareagować, ciągnął dalej: – Cholernie dobre to wino, nie sądzisz? Do tanich nie należało.

– Rzeczywiście, niezłe – odpowiedziała, choć nie była na tyle przyzwyczajona do czerwonego wina, żeby umieć odróżnić sikacza od porządnego trunku. – Nie naśmiewaj się z mamy; stara się jak może. – Choć nie była z matką tak blisko, jak by tego pragnęła, czasami raniło ją to, jak mówił o niej Jón. Sama zawsze chciała, żeby Dimma dobrze znała babcię, i przynajmniej to się udało.

– Twoja mama wieki się u nas nie pokazywała, co? – zauważył Jón, a Hulda wiedziała, że pod tym lekkim, zaczepnym tonem skrywała się krytyka, nie była jednak pewna, czy dotyczyła matki, czy jej samej. Może ich obu.

– To moja wina. Ostatnio jestem tak zajęta, że nie miałam czasu jej zaprosić, szczerze mówiąc. – To była połowa prawdy. W rzeczywistości nieszczególnie przepadała za towarzystwem matki. Ich więź zawsze była dość powściągliwa, a matka potrafiła być nieznośnie natarczywa, zawsze obok. Zresztą i tak nigdy nie rozmawiały o niczym ważnym.

Hulda pragnęła zapytać ją o przeszłość, o te lata, które spędziła sama w domu dziecka, i o to, dlaczego matka ją w nim umieściła. Przypuszczała, że w dużej mierze przyczynili się do tego dziadkowie, a jednak im jakoś łatwiej było wybaczyć niż własnej matce. Rzecz jasna, nie pamiętała okresu spędzonego w placówce, ale odkąd się dowiedziała, ta świadomość ją prześladowała. Może właśnie z tego powodu nie umiała nawiązać więzi z matką: uczucie, że została porzucona, że nie była kochana, było trudne do zniesienia.

Wypiła kolejny łyk drogiego wina Jóna. Teraz przynajmniej była kochana. Szczęśliwa żona Jóna, matka wspaniałej córki. Żywiła głęboką nadzieję, że przez święta Dimma otrząśnie się ze swojego ponurego nastroju.

Nagle usłyszała odgłos na korytarzu.

– Nie śpi? – spytała, podrywając się z kanapy.

– Usiądź, skarbie – odezwał się Jón, kładąc dłoń na jej udzie. Ściskał ją zbyt mocno, pomyślała, ale nie zaprotestowała.

– Idzie tylko do łazienki. Uspokój się, kochanie. Musimy dać jej wolną przestrzeń. Tak szybko dorasta.

Oczywiście, miał rację. Okres dojrzewania oznaczał wielkie zmiany i z pewnością dzieci radziły sobie z nimi na różne sposoby. Ten etap mnie, i być może Hulda rzeczywiście powinna się nieco uspokoić. Była matką i targały nią silne emocje, ale czasami należało posłuchać zdrowego rozsądku.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu – to zawsze dobrze im wychodziło. Jón dolał Huldzie wina, choć nie zdążyła wypić tego, które miała w kieliszku, a ona mu podziękowała.

– Nie powinniśmy kupić baleronu na dwudziestego czwartego, żeby było jak zawsze? – spytał Jón. Najwyraźniej nie zauważył mięsa spokojnie czekającego w głębi lodówki.

– Jedliście coś na kolację? – spytała w odpowiedzi Hulda. – A baleron już kupiłam.

– Nie było czasu. Ja kupiłem sobie kanapkę po drodze do domu, a Dimma na ogół radzi sobie sama. W lodówce zawsze jest przecież skyr czy coś innego.

Hulda kiwnęła głową.

– Dużo masz pracy? – spytał przyjacielsko, zmieniając temat.

– Prawdę mówiąc, tak. Zawsze usiłujemy poradzić sobie ze zbyt dużą ilością spraw. Jest nas za mało.

– Nie przesadzaj, mieszkamy w najspokojniejszym kraju na świecie.

Tylko się uśmiechnęła, żeby zakończyć temat. Pracowała nad kilkoma naprawdę paskudnymi sprawami i nie chciała z nim o nich rozmawiać. Jeden przypadek szczególnie nie dawał jej spokoju, choć zdarzył się kilka miesięcy temu: zaginiona w Selfoss młoda kobieta. Sprawa była dziwna. Może nie zaszkodzi jeszcze raz przejrzeć jutro akta.

Z korytarza dobiegł kolejny odgłos. Hulda wstała bezwiednie, ignorując protesty Jóna.

Wyszła na korytarz i zobaczyła Dimmę przy drzwiach jej pokoju, wchodzącą właśnie do środka. Przystanęła, patrząc matce w oczy, z miną tak nieruchomą, jakby była pogrążona we własnym świecie.

– Dimma, skarbie, nie śpisz? Wszystko w porządku? – spytała Hulda, słysząc, jak mimowolnie do jej głosu zakrada się ton rozpaczy.

Hulda podskoczyła, kiedy Jón nagle objął ją za ramiona, ujmując je w silny, ale czuły uścisk. Dimma spojrzała na nich oboje bez słowa, a potem znikła w swoim pokoju.

3

Erla siedziała naprzeciwko Einara przy kuchennym stole. Głos spikera czytającego południowe wiadomości rywalizował w tle z szumem zakłóceń w starym radiu odbierającym na długich falach. Zasięg był tu zawsze kiepski i powiedziano im, że mają szczęście, że w ogóle udaje im się złapać jakąś rozgłośnię. Ale choć z jakością bywało różnie, na ogół można się było domyślić, co mówią, nawet przy najgorszych zakłóceniach, a dla Erli radio było kołem ratunkowym, niemal warunkiem trwania ich egzystencji na tym odludziu. Choć była molem książkowym, nie wyobrażała sobie przetrwania zimnych, ciemnych zimowych miesięcy bez radia. Jej ulubionymi audycjami były sztuki i seriale – właściwie wszystko, co pomagało jej oderwać się myślami od rzeczywistości. Obiad podawała, na ogół słuchając ostatniej piosenki przed wiadomościami, a potem siedzieli i jedli w czasie południowego dziennika, który nie pozwalał zbytnio na rozmowę. Obiad każdego dnia niewiele się różnił: chleb razowy, serwatka do picia, podgrzane resztki z poprzedniego wieczoru – tym razem w postaci mięsnego gulaszu. Kuchnię wypełniał silny, apetyczny zapach.

Erla przyglądała się mężowi. Wyglądał na zmęczonego. Miał cienie pod oczami i głębokie zmarszczki na czole, choć ledwie przekroczył pięćdziesiątkę. Przez całe życie ciężko pracował, ale nie było perspektyw na to, by coś się miało zmienić. Stopniowo odwykli od spotkań z dawnymi przyjaciółmi i znajomymi z okolicy, a poza tym co roku przez kilka miesięcy byli odcięci od świata z powodu stanu dróg. Einar kiedyś bardzo oddawał się polityce, ale teraz wystarczało mu kupowanie partyjnej gazety i udział w wyborach. Nie angażował się już emocjonalnie w bieżące sprawy i przestał się kłócić o politykę. Ale jako że z Erlą na ogół we wszystkim się zgadzali, po prostu nie miał się z kim kłócić, no chyba że z radiem.