Mikropowieści. Dwie - Monika Lech - ebook
Opis

Dwie mikropowieści: "Bitwa na miarę jednego życia" i "Mrs Wheelon-Jones ma zwidy" prowadzą Czytelników do dwóch, bardzo różnych światów. Jeden jest czymś w rodzaju starożytnego Rzymu, drugi może być nawet i na Ziemi.


Co łączy oba te światy, to ich dystopijny charakter. W żadnym z nich nie chcielibyśmy mieszkać, istnienia żadnego z nich nie chcemy nawet dopuszczać do głowy. Ale... Ale może oba nie są tak dalekie, jak by się wydawało? Może nie trzeba być na odległej planecie, żeby pozwolić się wykrzywić pozornym cnotom? Może wystarczy zacząć nie zauważać osób wiekowych, chorych, słabych, innych, żeby zacząć budowanie tego drugiego świata?
Co się może stać ze światem zbudowanym na tradycyjnych, rzymskich cnotach, do których dołoży się odrobinę kosmicznego "czegoś"?
Co może się stać z nami, jeśli młodość i popularność będą jedynymi rzeczami, o których marzymy? 

Autorka udziela swojej odpowiedzi w "Mikropowieści. Dwie"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MIKROPOWIEŚCI. DWIE

Wycieczka doświatów dystopii

Copyright 2019 Monika Lech

Published by Monika Lech

ISBN 978-83-953592-2-4

Szanowna Czytelniczko, Drogi Czytelniku:

Masz przed sobądwie, bardzo różne mikropowieści.

„Bitwa na miaręjednegożycia”jest typowąSF, a jej bohaterowie sąmocno zakorzenieni w kulturze starożytnego Rzymu, chociażod Wiecznego Miasta sąoddaleni o setki latświetlnych. Roma Aeterna nie była miejscem dla grzecznych i pokornych, nie kiedy sięrozwijała.

„Mrs Wheelton-Jones ma zwidy”to także SF, ale raczej dystopia, niżcokolwiek innego. Jej bohaterowie sąmłodzi, lub bardzo młodzi, ale losświata leży całkowicie w ich rękach. Na dobre i na złe.

Nie sąto przesadnie radosne opowieści, dlatego niniejszaksiążka jest przeznaczona wyłącznie dla dorosłych odbiorców. Zawiera sceny, które nie sąodpowiednie dla młodego czytelnika. Autorka prosi o to, by osoby nieletnie po niąnie sięgały.

Oceny, opinie i pytania?

Zapraszam na www.veryurbanfantasy.pl

~~***~~

"Mikropowieści. Dwie" to utwór fikcji literackiej. Imiona, postaci, miejsca, zdarzenia sąalbo wytworem wyobraźni autora lub sąużyte w kontekście fikcji literackiej i należy je interpretowaćwyłącznie w zgodzie z zasadami gatunku, do którego ta powieśćnależy. Jakiekolwiek podobieństwo do osób, czy wydarzeńjest całkowicie przypadkowe oraz zupełnie niemożliwe.

~~***~~

Credits:

Wrona: by GDJ from Pixabay.com

Image by Pexels from Pixabay.com

Książka, którąnabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyśprzestrzegałpraw, jakie im przysługują. Jej zawartośćmożesz udostępnićnieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudząwłasnośći prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

CHAPTER 1

Bitwa na miaręjednegożycia

- To jest wasza rada?! To?!

Zmiąłkartkęgęsto zapisanego papieru, którąstudiowałw milczeniu od godziny. Podskoczyli, zaskoczeni i przestraszeni. Wszyscy, oprócz jednej osoby.

Wiedział,że jego cisza i bezruch sprawią,że czekanie na werdykt będzie dla nich nieznośne. Cieszyłgo ich dyskomfort, obawa i ażparująca z nich niepewnośćco do natury jego reakcji.

Wyciągnąłrękęw górę,żeby nikt nie udawał,że nie rozumie jego reakcji na to… na tępropozycję. Kulęciężkiego papieru rzuciłw płomienie. Tylko jedna para oczuśledziła jej lot. Pozostali bali sięspuścićz niego wzrok. Dobrze. Nie wolno nie obserwowaćnajwiększego drapieżcy w klatce. Przynajmniej tyle zapamiętali. Przynajmniej na tyle ich stać. Na jakiśinstynkt samozachowawczy, wsparty elementarnym szacunkiem dla ich władcy.

Pytanie "dlaczego otaczajągo głupcy?", które zadawałsobie od dawna, powróciło, jak powraca zwykle jeden z tych wgryzających sięw mózg i irytujących refrenów piosnekśpiewanych na Forum.

- Pokój? - szepnął, a dźwięk tego jednego słowa poniósłsiędalej niżjego krzyk.

To pełne niedowierzania "pass" zabrzmiało bardziej jak nagłe szczeknięcie psa, chowającego sięw kolumnadzie, niżjak wyraz, pytanie. Dobrze, niech poczująstrach, niech do nich dotrze,że jego psy zaraz złapiąich załydki i zacznąszarpać!

- Po tym wszystkim, co przeszliśmy, wyszliście z tym czymś? "Zakończyćdziałania wojenne?" "Zdemobilizowaćpołowęlegionów"? "Przekierowaćśrodki na odbudowęinfrastruktury poza Latium"? "Wlaćsiłęrobocządo rzemiosła i rolnictwa"? "Rozwinąćpokojowe stosunki z nie-romańskimi prowincjami i podbitymi ludami"? - to ostatnie powiedziałz pogardliwym wydęciem ust, ze skrzywieniem, jakim odpowiedziałby na zaproszenie na występ amatorskiej trupy aktorskiej, której częściąbyłby senator. Powiedziałto z takim obrzydzeniem w głosie, z jakim każdy prawdziwy mieszkaniec Romy odpowiada na tak obraźliwąsugestię.

- Tak.

Jego starsza siostra nawet nie udawała,że sięzastanawia nad odpowiedzią. Jak zwykle. Wszystko, ale to wszystko, musiała wiedziećlepiej, na wszystko musiała miećgotowąodpowiedź. Nigdy nie mogła sprawiaćwrażenia,że nie ma własnej opinii!

- Granice Romy sąbezpieczne. Imperium Romanum zajmuje potężne terytorium i czas je wreszcie skonsolidowaćw warunkach pokojowych. Wojna i stan wojenny trwająod niemal dwudziestu lat. Od tylu lat Latium nie widziało pokoju, bracie. Nasza stolica zasłużyła na to, by cieszyćsięz owoców zwycięstwa.

Chciałjej przerwać, ale nie pozwoliła. Po prostu mówiła dalej!

- Od kilkunastu lat nie powstałani jeden wynalazek, który miałby cywilne zastosowanie i który by cywilom służył. W ogóle wynalazków jest coraz mniej. Tracimy kreatywność, bo najlepszych z naszych wysyłamy na front - mówiła i mówiła, kłapała pyskiem i kłapała, jakby sam tego nie wiedział!

Przecieżufundowałspecjalne stypendium, nagrodędla kogoś, kto… kto cośwymyśli!

- Roma jest potężnym krajem, silnym mieczami jejżołnierzy i umysłami jej inżynierów! To co,że większośćz nich pracuje w legionach? Gdzie mająpracować, u barbera?

Drwina nie zrobiła na niej wrażenia.

- Od kilkunastu lat nikt nie wydałksiążki, która nie byłaby czystąpropagandąopiewającąsłużbęw legionach. W ogóle książek sięjużnie wydaje, bo papier jest reglamentowany - popatrzyła w płomienie, w które przed momentem wrzuciłzapisanąkartkę, którąmożna było przecieżjeszcze zużyć. Jasno przypomniała mu jego obowiązki

Przeklęta baba!

- Wyjedźza miasto, za jakiekolwiek z miast Romy. Na polach zobaczysz tylko zdemobilizowanych i zbyt okaleczonych,żeby walczyć, no i kobiety i dziewczynki. Przejdźsięulicami Latium, zobacz, kto pracuje w warsztatach, kto prowadzi sklepy. Kobiety, starcy i kaleki.

- O to ci chodzi?!

Teraz dopiero wybuchłprawdziwym gniewem, który dziśkrążyłmu jakośwyjątkowo płytko pod skórą. Teraz dopiero siła jego krzyku sprawiła,że wszyscy pochylili głowy.

- Tylko o to ci chodzi!? - parsknąłteraz wysilonymśmiechem - O baby!? Bo sama jesteśpizdą, jak one! - to ostatnie wypluł, z nienawiściąprawie - Imperium Romanum to więcej niżjakieśbabiny gnące karki na roli, czy młódki dające dupy w uliczkach Latium!

Jak zawsze, kiedy wypowiadałnazwęswojej stolicy,łzy pojawiały sięw jego oczach. Kochałto miasto, które zbudowali jego przodkowie ponad czterysta lat temu. Kochałje prawdziwie. W każdym kamieniu była kropla krwi jego rodu! Rzuceni tutaj, w tępustkę, przez siły, których nie rozumieli, jego ojcowie przetrwali! Podbili słabszych, rozmnożyli się, odbudowali cywilizację! Zbudowali to miasto, połyskujące teraz złotawymi marmurami i dumnie prężące sięłukami akweduktów.

Co siędzieje, kiedy on chce miećprawo wzmocnićto Latium, budowaćpotęgęRomy, tworzyćImperium Romanum? No co? Okazuje się,że wszystko jest ważniejsze, niżchwała Latium i Romy! Gospodarka! Rzemiosło! Rola! Literatura! Jakieścipy sąważniejsze, niżpaństwo! Jużon pozwoliżołnierzom tak im wszystkim dogodzić,żeby nie brakło dzieci do pracy w tych ich zapchlonych sklepach, do dawania dupy i do obrabiania pól.

- Latium znaczy więcej! Nie widzisz tego?!!!

Cisza zaległa w sali, gdzie obradowała jego rada. Absolutna i zupełna.

I co zrobili? Jak mu odpowiedzieli? Mieli jeszcze jakieśargumenty? Nie!

Nic nie zrobili. Nic nie odpowiedzieli.

A ona? Teżnic. Patrzyła tylko prosto na niego, na swojego władcę, na swojego brata. Gapiła siętymi niebieskimi, jakby wyblakłymi oczami, identycznymi jak jego. W takich momentach jak ten, miałwrażenie,że patrzy w oczy samemu sobie. Nie lubiłtego. Luster teżnie lubił.

Usiadłna krześle,żeby wszyscy mogli znowu zacząćudawać,że nic im nie zagraża. Miałnadzieję,że ich przygiął, ale nie. Ona przecieżbyła Juniusem, jak on. Gryźćnie mogła, ale szczekała dalej, suka!

- W ciągu ostatnich lat na frontach naszych wojen zginęło dwieście tysięcy tych "pizd" - mówiła cicho, przypominając mu dane.

Jakby musiała to robić! On rozpocząłspisywanie i zapisywanie wszystkiego, co trzeba. On najlepiej z nich wszystkich znałte liczby!

- … i to sądane, które dotyczątylko tych, które były w naszych legionach, bracie - powiedziała, odchylając sięna krześle. Spokojna i chłodna.

- No i co? - warknąłw ciszępokoju - No i co? Mężczyzn zginęło dziesięćrazy tyle! Czy ktośtu po nich rozpacza? Co?

Pokazałszerokim gestem na siedzących w milczeniu mężczyzn, jego doradców. Kiedy wypowiedziałte słowa, nasyciwszy je takąpogardądla jej sentymentalizmu, jakątylko byłw stanie tam umieścić, zdałsobie sprawę,że oto wpadłw pułapkę, którąna niego zastawiła.

Powiedziałto.

Te słowa.

Przyznałsiędo prawdziwego kosztu podbojów.

No i co?

Teraz dopiero rozparłsięw swoim krześle, jak powinien byłod początku, jako władca.

- W ciągu dziewiętnastu lat, nie jakichśtam "ostatnich lat". Umysłcięzawodzi, siostro - popatrzyłna nią, chcąc sprawdzić, jak przyjmie to,że jąpoprawia,że jąobraża, kwestionując jej inteligencję.

Jej twarz nawet nie drgnęła, kiedy po raz kolejny powiedziałna głos coś, czego nikt nie mógłmówićotwarcie.

Lat wojny sięnie sumowało.

Nigdy.

Nie mówiło sięo "wojnie", były "kampanie". Była "pierwsza kampania kitajska", "druga kampania czeska", "pierwsza kampania frankijska" i tak dalej i tak dalej.Żadna z nich nie trwała dłużej niżrok.Żadna!

Nie ma wojen, które ciągnąsięprawie dwa dziesięciolecia! On, Claudius Junius Appius takich nie toczy. Jego kampanie sązawsze szybkie i zawsze zwycięskie. Jeden sezon, podpisanie układu kończącego wojnęi powrót na zimowe leża, gdzie armia szkoli uzupełnienia, leczy rannych,ćwiczy. O resztęmartwiąsięwyzwoleńcy i inni, ci, którzy nie nadająsiędo legionów. I kobiety, bo te pizdy sąwszędzie! Nie ufałim. Roma stała na męskich virtus, nie na niewieścim sentymentalizmie.

"Niestety, na tym etapie nie możemy sięich pozbyć" - mówili mu jego najbliżsi i najbardziej zaufani cywilni doradcy - "to sparaliżowałoby administrację, rolnictwo i rzemiosło. Pojawiłyby siętakże kłopoty z logistyką".

"Sparaliżowałoby". Sraty-pierdaty.

Musieliby sami robićwięcej, a to im sięnie uśmiecha. Jeśli kiedykolwiek w przeszłości byłeśniewolnikiem, to zawsze to w tobie zostaje. Ta chęćoszukania twojego właściciela, twojego pana, ta potrzeba okradzenia go z tego, do czego ma niezbywalne iświęte prawo: z twojego czasu, twojej pracy i twojej atencji, która winna byćnakierowana wyłącznie na niego.

Jego przodkowie mieli racjęustanawiając prawa w Romie i ustalając w niej niewolnictwo. Szczęśliwie także, jego ród rozpostarłmądrąmateriępraw, które spisano na Forum, na resztęImperium Romanum.

Nie wszyscy, którzy zostaliŚciągnięci mieli duszęwolnych ludzi.

- Straciliśmy prawie dwa milionyżołnierzy. Straty wśród ludności cywilnej w naszym królestwie były nawet dwa razy większe - powiedziałwyzywająco, obserwując ich reakcje.

Dalejżaden z nich nie powiedziałnic.

No, ale co mieli powiedzieć?

Co?

"O, jaka szkoda"?

Była wojna, to były i ofiary, ale każdy z tych trupów byłkonieczny! Na kościach poległych i na krwiżołnierzy Romy stanęły podwalinyświata, jaki dziśwszyscy znają, w jakimżyją.

Zresztą… Każdy z nich kogośstracił. Każdy. Nawet on, ich król! Takie zwyczajne straty, tużona, tam syn, tu znowu niemowlę, sąprzewidywalne, wliczane w koszty konfliktu. Dlatego też, nie zatrzymując sięi nie epatując ich jego osobistymi nieszczęściami, mówiłdalej.

- Nasze imperium powiększyło terytorium. Cztery razy. Mamy prawie cały Kontynent na własność. Imperium Romanum jest faktem - umilkł, pozwalając im przełknąćte słowa i to przypomnienie - Ludności jest sześćrazy więcej, niżkiedy zaczęliśmy budowanie naszej przyszłości, w wielu miejscach gęstośćzaludnienia wzrosła trzykrotnie. Wiedzielibyście to, gdybyście sprawdzili dane z ostatniego spisu powszechnego! - znowu uderzyłdłoniąw stół, zniecierpliwiony i zły,że musi siętłumaczyć.

Musi? Czy rzeczywiście… Oczywiście,że nie!

Cośgo jednak pchało,żeby mówićdalej.

- Bolejęnad każdąz tych dusz, które odeszły.

Kłamał.

Nie bolał. Nie byłsentymentalny. Obchodzili go ci, których znał. Jako król nie mógłpochylaćsięnad każdymżołnierzem gnijącym w ziemi. Rządzenie i podejmowanie decyzji, taka właśnie jest powinnośćwładcy. Wypełnianie rozkazów iśmierć, jeśli trzeba, to obowiązekżołnierza. Zbawienie leży w należytym dopełnieniu swego fatum, nawet dzieci to wiedzą.

- Jednak w przeciwieństwie do ciebie, siostro… - powiedziałto ostatnie słowo z takąsłodyczą,że powinny jąrozbolećzęby.

"Te, które jeszcze ma" - pomyślałzłośliwie, przypominając sobie moment, kiedy w czasie bitwy, dawno temu, jeden z nieprzyjaciółuderzyłjąjelcem w usta, a ona, przebijając go sztychem, wypluwała z krwiątrzy zęby. Te, które miała teraz w ustach, zrobione z kości słoniowej i równiutkie, wyglądały nawet nieźle, ale były niewygodne i ich noszenie bolało.

Nie powinien czerpaćtyle radości z faktu,że została oszpecona, ale jednak cieszyło go to. On sam byłniebywale dumny, bo w wieku lat czterdziestu dwóch posiadałwszystkie zęby. Wszystkie i własne. Bo to on wybija zęby, nie daje je wybijaćsobie.

Zacząłod nowa, z udanym współczuciem dla swojej siostry.

- W przeciwieństwie do ciebie, czerpiępociechęnie z ubolewania nad nieuniknionym, tylko z obserwacji tego, jak Imperium Romanum rośnie w siłę. Jak niesie cywilizacjęw miejsca, gdzie jej nie było odŚciągnięcia! Jakświat staje sięlepszy dzięki nam!

Wstałi zacząłsięprzechadzaćpo pokoju, zupełnie jak to robił, kiedy przemawiałdo ludu, stojąc na rostrach, ubrany, jak powinien byćodziany władca, w purpurowątogę.

- Myślisz - stanąłza niąi nachyliłsiędo jej ucha -że ja nie chcępokoju? Spokoju?Że nie wolałbym tarzaćsiępo miękkich materacach, zamiast spaćw namiocie?Że nie mam ochoty cieszyćsiębogactwem, biblioteką? Jeśćwykwintne dania? Miećwreszcie rodzinę????

Złośćna niąi straszliwe rozżalenie,że ona nie docenia,że nikt nie docenia jego wysiłków i poświęcenia,że nikt nie wie, ile on poświęcił,że nikt, ale to nikt, nie jest w stanie towarzyszyćmu w jego misji, pochłonęły go całkowicie. Sam jużnie wiedział, co jest prawdą, a co grąna ich emocjach. Nienawidziłaktorów, uznając ich za niewiele lepsząprofesję, niżkurwy, ale lubiłgraćna emocjach słuchaczy, zarówno senatorów, jak i plebsu Latium. Emocje oznaczały zwycięstwo.

Nie obawiałsięoszukiwaćinnych i mijaćsięz prawdąw czasie swoich wystąpień. Czasem, przez chwilę, nawet sam wierzyłw to, co mówił. Musiałw to wierzyć,żeby brzmiećprzekonująco! Ludzie nie lubiąkłamców, ale za to szczerze nienawidzątych, którzy mówiąim prawdę. Tęnaukęprzyswoiłsobie od ojca. Dawno, dawno temu. Nienawidziłgo, jak nikogo innego.

Teraz wisiałnad swojąsiostrą, o wiele od niej wyższy, ale ona, córka Juniuszy nawet nie drgnęła.

- Masz rodzinę… - głos, który sięodezwał, byłnieco zduszony, ale mocny. A on zamarł, bo naśmierćo tym zapomniał- … ojcze mój i panie.

- Wiem, synu - powiedział, jakby chwilęwcześniej jego ust nie opuściło zaprzeczenie tego, co powiedziałteraz.

Swojego jedynego syna, teraz osiemnastoletniego i jużod trzech lat oficjalnie dorosłego, traktowałjakżołnierza, oficera, podwładnego. A niby jak ma traktowaćkogoś, kto jest dorosły? Rodzina tożona, małe dzieci bawiące siękoło fontanny i szczebiocące. Osiemnastolatek jest jego następcą, nie dzieckiem. Potencjalnym rywalem, nie dzieckiem.

Położyłjednak rękęna ramieniu młodego mężczyzny i uścisnąłje mocno. Bardziej po to,żeby ten zamilkł, niżpo cośinnego, ale dla reszty nie miało to znaczenia. Widzieli zmęczonego, ale dumnego władcę, który patrzy z zaufaniem na swojego następcę.

Jest sztuka w tkaniu rzeczywistości, w układaniu naprzemiennie nici kłamstwa, pozorów i prawdy. Obietnic i oskarżeń. Ciemności i cienia. Sztukętęznająwładcy, niektórzy, jak on, sąw niej mistrzami.

- To, co zaproponowaliście, "po dojrzałym namyśle"…

Falset, którym mówił, miałprzedrzeźniaćnie jego siostrę, która miała dośćniski głos, zmysłowy, jak mówili. Miałuderzyćw jednego z jego dowódców, w prefekta jego pretorianów, którego głos go bawiłi którego uwielbiałdrażnić, i z którego uwielbiałsięnaśmiewać.

Potrzebowałtrochęradości wżyciu, zwłaszcza w takich momentach, jak ten, kiedy wszyscy sprzysięgali się,żeby nie oddaćmu tego, co z natury rzeczy jest jego: ostatecznego zwycięstwa. Należała mu siędrwina, przecieżostatniąosobą, która powinna była zaproponowaćpokój, byłprefekt jego pretorianów.

- … jest tchórzostwem i pozostawieniem naszychżołnierzy i naszych rubieży na pastwęlosu. Nie wiecie tylu rzeczy - uniósłręce do góry, opuściłje i spojrzałna sześćosób siedzących przy owalnym stole z wyrzutem, z niedowierzaniem, z pogardą- Tylu rzeczy nie rozumiecie.

Pochyliłsięnisko, opierając dłonie na gładkiej powierzchni. Uśmiechnąłsięz tryumfem.

- Legiony Mongolii sąw stanie wrzenia. Nasi ludzie - wskazałrękąna prefekta pretorianów, który prawie pokraśniałz zadowolenia - wspomogli ich w podjęciu decyzji dobrej dla ich kraju. Odpowiedzialnej decyzji. Nie będąz nami walczyć. Przejdąna nasząstronęw najbardziej odpowiednim dla nas momencie - zakończyłtryumfująco.

Zaskoczenie, radość, ulga.

Mógłw nich czytać, jak w otwartej księdze, jak w twarzach dzieci patrzących na sklep cukiernika.

Przewidywalni.

Nikt z nich nie myśli, nikt nie ma rozmachu, odwagi, potrzeby podboju, potrzeby podążania w przód. Nikt. Dlatego on jest ich królem.

- Co powiecie? - zapytałich i sam uniósłdłońz kciukiem w górę.

Lubiłten sposób głosowania. Wszyscy obecni wiedzieli,że to nie byłożadne głosowanie, tylko test z kompatybilności dla jego najbliższych ludzi.

Piątka z nich poszła za jego przykładem. Jego siostra siedziała w milczeniu, z bladymi wargami. Położyła dłonie na stole. Wreszcie poczuła strach, przeszło mu przez głowę. Wreszcie. Ale to za mało i zdecydowanie za późno. On, Claudius Junius Appius swoje decyzje podejmuje szybko.

- Mam dla ciebie, siostro, dobrąwiadomość- podniosła na niego oczy i znowu miałwrażenie,że to on sam patrzy na siebie z chłodną, pogardliwą, oceniającąuwagą- Znalazłem sposób na złagodzenie twojego konfliktu sumienia - trzy sekundy ciszy, dla większego efektu - Legiony Klaudyjskie przejmie twoja córka. Jużczas,żeby pokazała sięnaszym ludziom w czymświęcej, niżw potyczkach na granicach, niżw naparzankach z niedobitkami barbarzyńców.

Podniosła głowęgwałtownie, jakby chciała zaprotestować. Nie miałzamiaru jej na to pozwalać. Dziśpowiedziała za dużo, a i jej przydatnośćsięjużskończyła. Młoda Oktawia Appia ma dwadzieścia pięćlat i służy w legionach od dziewięciu. Jej czas na zostanie legatem właśnie nadszedł. Jeśli mu sięspodoba w czasie wojny, nakaże swojemu synowi, Gajusowi, poślubienie jej w odpowiednim czasie. Trzeba wzmacniaćdynastię, za wszelkącenę. Trzeba konsolidowaćwładzęi zbieraćw jednym miejscu najlepsze geny,

- Służyłaś, siostro moja, wiernie naszemu państwu. Dziękujęci za to - powiedziałz wdzięcznością, ale jego następny gest tej wdzięczności zaprzeczył. Odpiąłwłasny nóżod pasa i przesunąłgo po gładkiej powierzchni stołu. Nagie ostrze zatrzymało siękilka centymetrów dalej, niżzamierzał, ale nikt nie siedziałpo lewej stronie jego siostry.

Sam gest byłjasny.

Wszyscy patrzyli na stal z jakimśostatecznym zadziwieniem i niedowierzaniem, a on miałochotęsięroześmiać.

Tak! Tak! Zawsze potrafiłich zaskoczyć. Zawsze. Jeszcze sięnie zdarzyło, ani razu od kiedy objąłwładzę,żeby zrobili cośnieprzewidywalnego. Dziadek, ojciec i on. Dostali zagrodępełnązwierząt i zamienili jąw cyrk, w którym wszyscy podskakujądo rytmu, który wybija ich król. Podobno ich przodkowie mieli jeszcze do czynienia z mężczyznami, ale oni mieli jużtylko podatne narzędzia.

Jego siostra, wysoka, godna i przystojna nawet wśrednim wieku, szczupła szczupłościąkogoś, kto dużo sięrusza, niewieleśpi, dzieli z ludźmi trudy ich obozowegożycia, wstała, wzięła nóżi zaczęła sięśmiać.

- Nie wygrasz tej wojny - powiedziała, kiedy wreszcie przestała i przetarła rękawem załzawione odśmiechu oczy - Bo ty walczysz z sobą, Appiuszu, tylko i wyłącznie z sobą.

A później sięgnęła po nóżi błyskawicznym gestem podcięła sobie gardło.

A on zamarłz oburzenia i zgrozy. Zrobiła to tutaj, w sali obrad jego Rady Przybocznej! Co za afront i brak elegancji! Co za ostateczna arogancja tej przeklętej kobiety!

Takie rzeczy, co wiedzieli wszyscy, robi sięw zaciszu domu, wśród swoich niewolników, pożegnawszy sięz najbliższymi, wydawszy ucztędla przyjaciół! Zeświatem rozstaje siępokazując tęnajrzadszą, ale najbardziej w Imperium Romanum cenionąvirtus: odwagę. Ona nie umiała zrobićnawet tego. W dodatku zbezcześciła jego domostwo!

To było jego miejsce! Jego przestrzeń, która została zawłaszczona! Zdesakralizowana.

Gwałtownym ruchem odsunąłbezwładne jużciało,żeby upadło i krew wsiąkała w dywan, nie w dokumenty i mapy, które były na stole! Papier nie jest tani! Jeśli ma wybór: produkowaćmiecze, czy teżpapier, zawsze wybiera broń. Jej nie oszczędzał, ani nie oszczędzałna niej. Ale papier teżbyłpotrzebny i jego marnowanie było kategorycznie zakazane. Inni nie mogli go marnować. On, Claudius Junius Appius mógłwszystko. Nie lubiłtylko, kiedy ktokolwiek byłświadom, jak bardzo król kocha przekraczanie norm, które sam ustanowił.

Podniósłoczy. Spojrzenie jego syna było wbite w truchło kobiety, która go wychowała i wykształciła. Uświadomiłsobie,że byćmoże powinien byłrozkazaćjej popełnićsamobójstwo w bardziej dyskretny, prywatny sposób. Byłoby mułatwiej jąpublicznie opłakać.

Nie, zdecydowałpo sekundzie. Nie. Przecieżona była zdrajcą. Zdrajcąojczyzny i całego jej wieloletniego, ciągnącego sięod pokoleń, trudu wojennego! Zdrajczyniątego, co Imperium Romanum uznaje za najświętsze. Nawet, jeśli słysząc to oskarżenie, ktośz ludu, z arystokracji, czy z jej legionów, krzyknie "to kłamstwo!" to co z tego?

- Zbiórka za tydzieńtutaj - wbiłpalec w mapęi powiedziałtonem, z którym nikt nie odważyłsiędyskutować- Niech legiony będągotowe. Rusza pięćz nich. Wiecie które. Wykonać.

Nikt nie zaprotestował, nie powiedział,że to za mało, za dużo,że jest susza,że logistycy mówią,że zwiadowcy twierdzą,że siano,że chuj wie co!

Nikt nic nie mówił.

Były tylko dwie substancje, które były w stanie ich przymknąć: krew i złoto.

~~*~~

Zerwałsięzłóżka, podbiegłdo rogu pokoju, gdzie stałdzban z wodąi wylałgo sobie na głowę, nie zważając na to,że woda rozpryskuje siępo dywanie. To nie było ważne, ważne było,żeby koszmar odszedł, zniknął.Żebyłeb wyczyścić. Lodowata woda pomogła. Krew, która znów zalała jego sen, spływała teraz z wodąi wsiąkała w dywan.

Przetarłtwarz, wróciłdołóżka, usiadłna nim całym ciężarem.

Musiałzrozumieć, co sięz nim dzieje. To byłzły moment na sny i omeny. Zły! Uderzyłpięściąw materac, kłykciem trafiając w drewnianąramę. Ból obudziłgo do końca, nawet lepiej niżzrobiła to woda.

Appius nienawidziłsnów. Jako racjonalista nie ufałtemu, cośpiący mózg, nie poddany odpowiedniej kontroli woli, wypluje ze swoich czeluści.

Podobno byli tacy wśródŚciągniętych, którzy nigdy nieśnili. Podobno byłtu gdzieśinny kontynent, na którym mieszkali ludzie, inne ludy, w tym ci, którzyśpiąbez snów.

Appius w to nie wierzył.

Ludzie byli tacy sami wszędzie. Tacy sami sąwszędzie tu, na Novej. Tacy sami byli, i pewnie są, na tej całej Ziemi, która po pięciuset latach jest jużdla Romian bardziej mitem, niżjakąśhistorycznąreferencją. Jakakolwiek siłaŚciągnęła jego ojców, ich przodków tutaj, zebrała przecieżprzeciętnych ludzi, co do tego zapiski sąjasne i nie pozostawiajążadnych wątpliwości. "Przeciętni ludzie" - pisałCassius Filo - "Średnia statystyczna ludzkości pod każdym względem". Appius nie byłpewny znaczenia słowa "statystyczna", ale "średnią" rozumiałdoskonale. Dlatego, dla bezpieczeństwa i porządku społecznego, zapiski Cassiusa zostały utajnione.

Ziemia, planeta, która była gdzieśtam, daleko, zawieszona w przestrzeni, krążąca wokółgwiazdy niczym nie różniącej sięw nocy od innych gwiazd, nie była tutaj ważna, ale zapiski tych, którzy jąznali, w dalszym ciągu mogły miećpotencjałrewolucyjny.

Podszedłdo okna, otworzyłgo szeroko. Niebo na wschodzie dopiero zaczynało jaśnieć. Chłodne powietrze pachniało jak zwykle, kojąc nieco jego nie wiedziećczym poszarpane nerwy.

Na pewno powodem jego rozedrgania nie było samobójstwo jego czcigodnej siostry. Prychnąłna samąmyśl o tym. Pomyśleć, było ich kiedyśsześcioro, a zostałsam. Najsilniejszy wilk w miocie. Roma zasłużyła na najsilniejszego z silnych czele.

Wciągnąłzapachy w płuca. Ludzie, zwierzęta, dym, siano, woda,świeże drewno. Tyle razy mówił,że tu ma byćporządek,że ma byćczysto! To nie jest jakiśpodrzędny zameczek lokalnego barona! To jest stolica! Kapitol! Połowy tych zapachów tu byćnie powinno. Siana, zwierząt… co tu robiąkrowy, na Jowisza?!

Zatrzasnąłokno, szczelnie zamykając okiennice. Położyłsięnałóżku, ciągle w mokrej koszuli. A niech służba ma więcej roboty. Nie potrafiągo słuchać? Nie umiejązrozumiećprostych poleceń? To niech robią! Tylko do tego sięnadają!

Koszmar.

Wszystko ostatnio było koszmarem.

Tyle osiągnął! Prawie cały kontynent byłjego! Romy.

Podbity, uporządkowany, bezpieczny. Wszystko, co było do posprzątania, zostało ułożone, poprawione, przystrzyżone, skodyfikowane. Dwadzieścia lat mu to zajęło. Jemu i jego ludziom. Dwadzieścia lat niesienia cywilizacji tym utaplanym w błocie barbarzyńcom, którzy woleli swojądzicz, niżromiańskącywilizację.

Dwadzieścia lat służby tym niewdzięcznikom, którzy nic tylko siębuntowali, nie chcąc za darmo tego, co tylko Roma zdołała w okruchach, fragmentach i skrawkach ocalić. Co udało sięjej tak wspaniale ożywići przeszczepić.

Jak można tak zhańbićprzodków z Ziemi,żeby odrzucaćto, co jest ich dziedzictwem?

Terazśni, którąśnoc z rzęduśni,że wszystko traci.

Jak to "traci"?

Jak można stracićcoś, co stoi na zdrowych podstawach? Na sile legionów Romy, na kodeksach Imperium? Na pracy jego namiestników?

Budowałwszystko powoli i starannie. O, nie spieszyłsię, nie! Zbyt dobrze znałhistorięich ziemskiej, starożytnej matki, Wiecznej Romy. Czytałją, studiowałcałe dzieciństwo, wracałdo niej bez przerwy na zimowych leżach jego legionów. On, Claudius Junius Appius wiedziałdoskonale, jak szybko upadająpotęgi, jakłatwo kruszy sięwładza, jak szybko erodująwartości.

Czytałtakże, prawie z wypiekami, zapiski Marka Juniora, zwanego poprawnie Marcusem Juniusem, założyciela Romy, który byłscholarzem i najprawdopodobniej mieszkałw czymś, co nazywano "uniwersytetem". Marcus Junius, jego własny przodek, byłspecjalistąod czegoś, co nazywał"starożytnym Rzymem". Jego wiedza, jego wizja i marzenie tak spodobały sięjednej z grupŚciągniętych,że na starych prawach i jeszcze starszych wartościach Rzymu zbudowali podwaliny pierwszej osady, jaka powstała na Novej. Nazwali jąLatium. Później te wartości stały siębaządla ich państwa, dla Romy, kształtując ich prawa, struktury i zwyczaje.

Sporo z tych pierwotnych zapisków Marcusa Juniusa Appius kazałprzepisać, przenieśćna papier z kruchych papirusów zrobionych z liści, szybko niszczejących i butwiejących w kontakcie z powietrzem, rozsypujących sięw rękach.

Wybrałi zachowałniektóre z nich, ale nie wszystkie. Tylko te, które nie mogły przywieźćludzi do anarchii. Resztęspalił, złożyłw ofierze wświątyni Westy. To była godna ofiara dla bogini, która była opiekunkąLatium.

Czyżałował,że zrobiłcoś, czego nie zrobiłżaden z jego poprzedników? Nie, byłdumny z tego,że ma kręgosłup i dalekowzroczność, którymi nie wykazali sięjego przodkowie. Poza tym, nikt o tym nie wie, więc lud sięnie wzburzy, a senatorowie nie uniosąsięświętym oburzeniem. Skoro nikt nie wie, to akt prawie sięnie zadział.

Zresztą… w końcu wszystko ginie, prawda? Nicośćczeka na wszystko, nawet na zapiski sprzed 500 lat, zapiski scholara, któryŚciągnięty z Ziemi, zebrałwokółsiebie tysiące innychŚciągniętych, który zbudowałz nich i z nimi Romę. Wielu z nich, z tych tysięcyŚciągniętych, było budulcem, nie budowniczymi, ale takie sąprawa historii.

On, Claudius Junius Appius zna historię. Wie, co było powodem klęski mitycznych władców, jak Kaligula i Neron. Więcej jednak nauczyłsięz dzienników Varusa Gajusa Juniusa i z jego klęsk z początkowych lat podbojów Novej, niżz tych starożytnych, ziemskich mitów. Najważniejsze były dwie lekcje. Pierwsza była prosta: nie powtarzaćbłędów, które popełnili przodkowie. Druga wymagała jasności spojrzenia i braku sentymentalizmu:żadne imperium nie trwa wiecznie. Buduj je dla siebie, nie dla wieczności.

Appius czułsięjużlepiej. Myślenie pomogło. Racjonalnym umysłom zawsze pomaga. Dalej jednak nie czułsięsobą, jakby sen zostawiłw nim ostrza, zupełnie jak rzep. Małe, palące, niby to nie ból i ich nie czujesz, a jednak pojawiająsięmałe ranki i ropieją, powodując gorączkęi tężec

Byłtylko jeden sposób,żeby siępozbyćtego odczucia. Uśmiechnąłsiędo siebie. Zawsze byłciekawy tego, kogo znajdzie za drzwiami? To była jedyna rzecz, nad którąnie chciałpanowaći nad którąnie potrzebowałmiećkontroli. Nie chciałdecydować, ani wiedziećwcześniej, kto będzie czekałna jego wezwanie. To, co było najbardziej ekscytujące, to właśnie niespodzianka.

Otworzyłdrzwi jednym szarpnięciem i rozjaśniłsię, kiedy szczupły chłopak wyprężyłsięjak struna. I zbladł. A on uśmiechnąłsięjeszcze bardziej. Gestem pokazałswojąsypialnię. Chłopak, może piętnastoletni, może młodszy, opuściłgłowęi wszedł. Zatrzymałsię, jak musiałkażdy niewolnik, zaraz obok drzwi.

- Zdejmij tunikę. Nałóżko. Na kolana.

Powiedziałtylko tyle, wiedząc,że nie musi nic tłumaczyć. Rozkaz wydaćmusiał. Niewolnik nie może zrobićnic bez bezpośredniego rozkazu. Co prawda Micron nie byłświeżo kupionym czy złowionym niewolnikiem. Urodziłsięw tym domu, w domu władcy Imperium Romanum, i doskonale zna jego zasady.

Rozebrałsięi oparłsięna kolanach i dłoniach, wypięty w kierunku swojego pana. Appius podszedł, zatrzymałsię, sprawdzając czy Micron jest na dobrej wysokości.

- Jeśli zamkniesz oczy, każęci je wyłupić- powiedział, chwyciłgo za włosy, a potem wszedłw niego jednym pchnięciem. Krzyk bólu sprawił,że zrobiłsięjeszcze twardszy. Nie używałlubrykantów. Nie lubiłich. Krew, którączuł, nie była dobrym nawilżeniem, ale nie przejmowałsiętym. Jemu było wygodnie i to sięliczyło. Micron w końcu przestałwyć, a on krótko po tym skończyłi kazałchłopakowi wyjść.

Byłteraz o wiele spokojniejszy. Może za chwilęjeszcze raz wyjrzy i sprawdzi, kogo los lub zarządca niewolników w jego domu, mu ofiaruje w prezencie tym razem.

Nie zdążyłtego zrobić. Zasnął, wreszcie uspokojony.

~~*~~

Rano, na sześćdni przed spotkaniem w obozie bitewnym, zszedłna Forum,żeby złożyćofiaręwświątyni Jowisza. Towarzyszyła mu jak zwykle grupa pretorianów z pierwszej kohorty, jego ulubionej. Wierni, oddani, broniący go przed wszystkimi i za wszelkącenę. Cynicznie rzecz ujmując, musieli go bronić. Wybierałich starannie. Każdy z nich miałtyle na sumieniu,że bez niego i jego opieki, ci z nich, którzy nie pochodzili z arystokracji zostaliby zaszyci w worki i wrzuceni do Tybru. Arystokraci dostaliby nóżi rozkaz skończenia z sobąod razu. Więźkróla i jego obrońców była z gatunku tych najbardziej osobistych. Onżyje, oni przeżyją. Proste jak arytmetyka.

Uśmiechałsięnieznacznie, skłaniając lekko głowętu, lekko tam, machając rękątemu, to tamtemu, dając siępodziwiać, pozwalając sięsobie kłaniać, nie protestując, kiedy sypano przed nim kwiaty. Kolejny dowód na to,że jego siostra była zdrajczyniąi kłamcą. Jeśli plebs ma czas zrywaćkwiaty, to znaczy,że ichżycie jest całkiem znośne,że majączas na tak bezsensowne działania.

Przechodziłwłaśnie koło rostrów, kiedy zobaczył,że na posągu jego siostry sąświeże kwiaty. Poczułgniew. Nikt, ale to nikt nie będzie wieńczyłposągów zdrajcy! Wskazałpomnik jednemu z pretorian, nie musiałnic tłumaczyć. Osiłek i jego kolega przewrócili posąg, pilnując,żeby upadłpod takim kątem,żeby sięrozbićw pył.

Marmur na Novej nie był, jak marmur na Ziemi. Nie trwałwieki, co w tym momencie było powodem radości Appiusa.

Mówca, który przemawiałna rostrach umilkł. Kiedy zobaczył, jak władca macha mu ręką, dając znak,żeby kontynuował, ruszyłz kopyta, zaczynając dokładnie w miejscu, w którym sięzatrzymał. "Oto człowiek, który potrafi trzymaćnerwy na wodzy" - pomyślałAppius i kazałdowódcy straży dowiedziećsię, kto zacz. Trzeba mu pomóc wygraćwybory na trybuna ludowego. Kasjusz Nenius Ferrarius ma za sobąjużtrzy trybunaty. Potrzebuje odpoczynku. Najlepiej z dala od Latium, w którym narobiłsobie sporo wrogów.

Świątynia Jowisza była dużym budynkiem z zielonkawego marmuru. Zielony kamieńbyłniezwykle trwały, ale oczywiście nie byłmarmurem.

Tu, na Novej, nic nie było tym, na co wskazywały ziemskie słowa, a jednocześnie wszystko było dokładnie tym. Konie miały sześćkończyn, marmury były od kruchego po twardy jak diament, diamenty były mleczne i delikatne, perły wydobywano zżołądków niektórych krów, sosny miały parzącążywicę, a drewno dawało siękształtowaćpod wpływem ognia. A jednocześnie konie były niezwykle szybkie lub wytrzymałe, marmury porażały urodą, diamenty płonęły wewnętrznym ogniem i były niezwykle rzadkie, perły opalizowały jak niektóre z gwiazd, igły sosen były powszechnie stosowanątruciznądo grotów, a sosnowe drewno po ukształtowaniu trwało w nadanej formie przez stulecia. Z językiem było podobnie.Łacina była językiem klas wyższych, ale kto odróżniałablativus od dativusa? Nikt, nawet on sam.

Wszystko było inne, wszystko było takie samo, także wróżby z wnętrzności zwierząt ofiarnych.

Stałnad kucającym kapłanem, który wpatrywałsięw parujące wnętrzności byka. Zastanawiałsię, co on widziałby w tych flakach? Popatrzyłuważniej. Tu, na sercu, była czarna narośl. Podobnąwidziałw rozpłatanej kości miednicy, w mózgu stworzenia. Nie widziałtakiej nigdy i nie wiedział, co z tym zrobić. Stanąłna szerzej rozstawionych nogach, a kapłan, jakby przestraszony jego nagłym ruchem, zatoczyłsiędo tyłu i prawie opadłna tyłek. Appius opanowałparsknięcie.

Nie mógłsięśmiać.

Król królem, ale kapłani byli bardzo popularni wśród ludu. Dopóki cały kontynent nie będzie jego, a Imperium nie będzie absolutnie bezpieczne, dopóty nie może ich wziąćpod buta. Nie może nawet udawać,że tego chce. W 42 roku po założeniu Romy, jeden z jego przodków miałna tyle mało rozsądku,że zabiłkapłankę, która upierała się,że jako westalka ma prawo, obowiązek i zaszczyt byćdziewicą, orazże nie musi rodzićmu dzieci. Zabiłją, oczywiście zgwałciwszy wcześniej dla przykładu. Ale dzieńpóźniej zostałpogrzebanyżywcem, a lud Romy skakałgodzinami po jego grobie, ubijając ziemiętak,że dopiero inżynierowie legionów zdołali wydobyćjego ciało.

Następca tego gorącogłowego przodka ukarałlud Latium bardzo subtelnie. Zamiast zaszczepićna ospęwszystkie dzieci urodzone tego fatalnego roku, zaszczepiono tylko dzieci z rodów senatorskich i potomków equestrian.Żadnego bachora z plebsu. Oczywiście, wszystkie gesty zostały wykonane jak trzeba, nawet lekarze byli przekonani,że w niewielkie nacięcia każdemu brudnemu bękartowi wcierająszczepionkę, ale tak naprawdęto była tylko woda. Nic więcej. Tej zimy ospa zabrała wszystkie dzieci z Awentynu i z innych dzielnic zamieszkiwanych przez plebs. Dzieci z Kapitolu przeżyły. Lud jużnigdy nie uwierzyłw szczepionki, co pozwoliło władzy w sposób idealnie bezkrwawy kontrolowaćpopulacjętych niedouczonych, brudnych i tępych istot.

Arystokracja i equestrianie rozmnażali sięz kolei tak szybko,że wkrótce wielu z nich, słabszych, biedniejszych, mniej odpornych, musiało sięprzenieśćna Awentyn. Oni, plebs nova, wyparli, głównie wybili stary plebs, i nieco go przez to uszlachetnili.

Z cała pewnościąpotrafili za Romę, a później za Imperium Romanum, umieraćjak nikt inny. Przed rokiem 85 legiony były trudnądo opanowania hałastrą, po 85 zdyscyplinowanąmachinąwojenną, która dobrze karmiona ludźmi, rosła i rosła, i rosła, ażsama zaczęła pochłaniaćświat. Podbijaći cywilizować, pokrywając paskudnątwarz kontynentu porządnąsieciądróg i od linijki pobudowanych Kolonii.

Ale plebs zawsze pozostanie plebsem, niezależnie od tego, ile błękitnej krwi sięweńwleje. Jakby to byłstan ducha, nie klasa społeczna. Duch, czy klasa, jest liczny, stanowi ponad trzy czwarte populacji. Dla wszystkich władców jest kłopotem. Skoro plebs szanuje kapłanów i wielbi kapłanki, więc on, Claudius Junius Appius, teżmusi to robić.

- Co widzisz, kapłanie? - zapytał, odwracając twarz od stygnących flaków i patrząc na kurtynę, osłaniającąich obu, truchło zwierzęcia i sanctum sanctorum od rozciągającego sięw dole Forum.

Kapłan, mężczyzna koło sześćdziesiątki, ale dobrze sięjeszcze trzymający dawny centurion Piątego Legionu, wstał, stanąłprawie na bacznośći powiedziałpo prostu:

- Widzęklęskę, panie.

To było to, czego Appius sięspodziewał, kiedy zobaczyłte czarne narośle. Ale to było także coś, co nie mogło siępokazać.

- Zabij kolejne - rzuciłkrótko.

Mężczyzna nie drgnął, tylko powiedział:

- Ludzie będąsiędziwić, dlaczego wielki Appius każe powtarzaćwróżby. Zacznąsięplotki. Latium plotkuje, jak nikt inny - dodał, wzruszając ramionami.

Appius potrafiłdocenićuwagękapłana. Była słuszna. Plotka była narzędziem polityka i kucharki, senatora i niewolnika. Nikt nie byłprzed niąbezpieczny, bo prywatnośćnie była rzeczą, w którąw Romie oraz stworzonym przez niąImperium wierzono. Władza była sprywatyzowana, a wszystko inne było bardzo, ale to bardzo res publica.

- Rozwiązanie?

Mężczyzna wyprostowałsię, jak w czasie parady.

- Appius składa ofiary w podzięce za uratowanie go przed knowaniami jego siostry - wyszczekał, jakby zdawałraport legatowi.

Appius skinąłgłową, aprobując pomysłi zostawiając jego wykonanie sprytnemu kapłanowi. Wyszedłzza kotary, oddzielającej pomieszczenie wróżebne od właściwejświątyni i stanąłprzed posągiem bóstwa. Rąbek togi założyłna głowę, jak każdy obywatel w czasie czynności religijnych. Pochyliłgłowę, jakby słuchałsłów, które podsuwa mu Jowisz.

Ryk zwierząt ofiarnych słychaćbyło na całym Forum, a plebs, jak to plebs, zbliżyłsięprzyciągnięty zapachem krwi i możliwościądarmowegożarcia. Mięso wołów nie nadawało siędo jedzenia, za to ich wątroby były smakołykiem.Żaden senator,żaden legat, nawet sam król nie zanegowałby prawa plebes do darmowego pożerania resztek ofiar.

Trzy godziny później blady kapłan, skąpany w burej jusze, znowu stanąłprzed Appiusem. Nie musiałnic mówić.

Appius odwróciłgłowęi wydąłwargi.

W takich rodach, jak jego, u Juniuszy, u Witelii, u Bruti, jeszcze w kilku najstarszych rodzinach, wywodzących sięod najmądrzejszych, najbardziej bezwzględnych i najsilniejszych zeŚciągniętych, doskonale wiedziano,że bogów nie ma.

Ci, w których moc wierzono na Ziemi, zostali daleko, daleko w czasie i jeszcze dalej w przestrzeni, pod zupełnie innym niebem. To niebo, które rozpościerało sięnad głowąAppiusa, granatowe, pogodne i wygwieżdżone, wyglądało inaczej, niżto namalowane wieki temu przez Gnejusa Sutoriusa wświętej jaskini Latium, w Lupercal.Żadnej z upamiętnionych tam konstelacji nie widziałteraz nad swojągłową, podobnie jakżaden z ziemskich bogów nie wisiałnad jego losem. Jeśli byli bogowie, to byli nimi ci, którzy ponad półtysiąca lat temuŚciągnęli tu z Ziemi trzydzieści pięćtysięcy osób i po prostu ich porzucili na pustej Novej.

Appius zastanawiałsięnawet, czy nie byłczęściąjakiegośkosmicznegośmiecia, zabranąz Ziemi i wywalonątutaj.

"Jeśli tak" - pomyślałi uśmiechnąłsiędrapieżnie - "to zobaczcie, jakie cuda rosnąna moim wysypisku! Latium ma półtora miliona mieszkańców, kanalizacjęi jest z kamienia. Moje imperium, Imperium Romanum, zamieszkuje pięćdziesiąt milionów mieszkańców. Jeszcze do niedawna niezależne kraje i kraiki stały sięczęściączegoświelkiego, moimi prowincjami."

Jeszcze tylko jedno państewko i jego osiem milionów dusz, i Imperium Romanum będzie zajmowaćcały, olbrzymi kontynent, rozciągający się, od bieguna do bieguna, a on wreszcie będzie Augustusem! Wreszcie sięgnie po najgodniejszy z tytułów!

Tego mu nie zabierzeżadna ilośc narośli na ofiarnych wołach.

Kiedy tej nocy otworzyłdrzwi swojej sypialni, w przedpokoju stała dziewczyna. Skinął. Weszła. Kazałjej zdjąćtunikęi uklęknąćnałóżku. No, pomyślałpatrząc na niądłuższąchwilęi ciesząc sięwidokiem jej drżących, szczupłych rąk i nóg, dziśwreszcie ma większy wybór otworów. Tym razem nie było słychaćżadnych krzyków. Ta niewolnica, którąlubiłze względu na jej kruchość, język straciła jużdawno, ażelazna obręcz na jej gardle nie pozwalała jej nabraćtakiego oddechu,żeby krzyk byłmożliwy.

~~*~~

Obudziłsię.

Wreszcie wiedział, co mu sięśni. Wreszcie!

Leżałprzez chwilę, patrząc w bezruchu na majaczący nad nim sufit jego sypialni i uspokajałoddech. Widział, jak jego pięćlegionów topi sięw błocie na miejscu, które wybrałdo stoczenia ostatniej bitwy z Mongołami. Widział, jak chmury szybko, nienaturalnie szybko, zasnuwająniebo, jak ciężkie warkocze deszczu lecąna ziemię, a ona pije i pije, jak opój z Zatybrza i robi sięgąbczasta jak uda czterdziestolatki.

Widział, jak on sam marszczy brwi i zastanawia sięnad tym, co zrobić. Jak wydaje rozkaz, a jego legiony tonąw błocie, jak lekka jazda mongolska spada na nich jak szarańcza i zabija. Jak reszta Mongołów rusza i robi to samo.

Tak! Widziałtęsamąlekkąjazdę, którąjego jeźdźcy mieli byli związaćw potyczce i zatrzymać! Tak! Te same mongolskie legiony, które miały przejśćna jego stronę! Widział, jak później Mongołowie i ich szalona królowa "wyzwalają" to, co kiedyśbyło jego imperium, a sami wracająobładowaniłupami na swojełyse wzgórza. Widziałchwasty zarastające Forum i swojączaszkębielejącąwśród kamieni.

Zerwałsię, wyszedł, uderzyłkolejnego niewolnika, który zerwałsięz miejsca, myśląc,że to jego kolej na bycie wezwanym.

"Głupcy!" - prawie zawyłna głos!

Głupcy! Czy oni wszyscy myślą,że król nie ma na głowie nic innego, tylko dupczenie swojej własności!?

Chwyciłpierwszego lepszego pretorianina za gardło. Mocno, udowadniając bardziej sobie, niżjemu,że nie straciłnic z siły, za którąkiedyśkochali go legioniści. Kiedy twarzżołnierza była fioletowa jak pomidor, odsunąłdłońi wyszeptałmu do ucha:

- Przynieśmi głowęswojego prefekta.

Żołnierz popatrzyłna niego, na swoich pięciu kolegów, którzy studiowali właśnie freski na suficie, znowu na niego. Później skinąłi wyszedł.

Wróciłpo godzinie z zawiniątkiem, z którego ciekła krew. Różowy marmur wessałjąszybko. Appius odwinąłmateriał, który okazałsięobciętym byle jak, chyba mieczem, kawałkiem płaszcza nieżyjącego prefekta. Zobaczyłbladątwarz,łysinęi luźnąszczękęswojego byłego wspólnika. Zawinąłto wszystko z powrotem.

- Jak sięnazywasz?

- Marius Lollius Narcisus.

Appius skrzywiłsię. Syn wyzwoleńca. No nic, to będzie dobry sygnałdla innych, ambitnych. Da nadzieję