Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bezkres. To on jest bohaterem tej książki. To przezeń toczą swe potężne wody rzeki Dehcho i Thelon, to on mieści przepastne Wielkie Jezioro Niedźwiedzie, Wielkie Jezioro Niewolnicze i setki innych akwenów. To on jest matecznikiem niedźwiedzi, łosi, piżmowołów, bobrów, rozlicznych gatunków ptaków i ryb. To w nim mają początek mity opowiadane przez rdzennych mieszkańców i historie spisywane przez pionierów, kolonizatorów, najeźdźców, mieszkańców. I to przez bezkres płynie w nieznane łupinka canoe z dwojgiem młodych odkrywców.
Międzyświaty dzieją się na północy Kanady, na szlakach liczących łącznie blisko cztery tysiące kilometrów. Są opowieścią o pokornym i uważnym poznawaniu jednego z najbardziej bezludnych obszarów naszej planety: ziemi surowej i oszałamiająco pięknej. Są sagą o szukaniu, sile, odwadze, ciekawości. O wtapianiu się w naturę, w dzieje. O szukaniu dróg i zatartych szlaków, o rozwiązywaniu zagadek sprzed lat i odkrywaniu tajemnic.
Są zanurzaniem się w bezkres.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 295
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Koncepcja, redakcja, korekta:
Redakcja-Kreacja
Projekt okładki:
Tomasz Fedor
Zdjęcia na okładce i wewnątrz:
Michał Łukaszewicz
Skład:
Leszek Puławski
Wydawca:
Oficyna Wydawnicza Kontynenty
ul. Klonowa 13
05-220 Zielonka
Copyright © by Kontynenty Sp. z o.o. 2026
Copyright © by Michał Łukaszewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Wydanie I
Zielonka 2026
ISBN: 978-83-685711-89
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Motto
Wstęp
Część I. Dehcho
Nieuleczalna choroba
Baribale w obozie
J-stroke
Fort Simpson
Szkoci nad Dehcho
Delta
Część II. Barren Lands
John i Kate
Zagubione skarby
Międzyświaty
3, 2, 1... start!
Cztery elementy
Czy to jeszcze cywilizacja?
Olesenowie
Wrota do Barren Lands
Ostatni ludzie
Pod prąd
Stuletni depozyt
Przenoskowa tortura
Być jak karibu
Porucznik Schultz
Przypisy
Jest ziemia, gdzie góry imion nie mają,
A wszystkie rzeki płyną Bóg wie gdzie,
Żywoty marne w niebyt tam spływają,
Gdy śmierć je skosi, idąc kędy chce.
Jest trud. Niejeden podda się, ulegnie.
I są doliny ciche jak we śnie.
Znam tę krainę. Ku niej myśl ma biegnie,
I wrócę do niej. Ach, jak wrócić chcę.
Czar Jukonu, Robert W. Service[1]
Na mapie Kanady nie brakuje ani rzek, ani jezior. Od źródeł Jukonu w Kolumbii Brytyjskiej przez Wielkie Jeziora prowincji Ontario aż po pływowe ujście Rzeki Świętego Wawrzyńca w Quebecu. Kanada usiana jest wielkimi akwenami od Pacyfiku po Atlantyk. Jezioro Moraine w Parku Narodowym Banff, nieco raptem większe od Morskiego Oka, każdego roku kusi miliony turystów turkusowymi wodami. Podobne zainteresowanie budzi Wodospad Niagara przelewający wody Jeziora Eire do Michigan. I w Kanadzie właśnie znajdziemy źródła Missisipi – najdłużej rzeki Ameryki Północnej. W stanie Manitoba Jezioro Winnipegosis to cel dla tysięcy Kanadyjczyków przybywających, by wędkować i uprawiać sporty wodne. Jeździł nad nie nawet kreskówkowy Ludwiczek[2]. Na rubieżach prowincji Manitoba ujście rzeki Churchill do Zatoki Hudsona przyciąga nieco wytrwalszych turystów. Podróż pociągiem z Winnipeg, trwająca około 16 godzin, staje się sama w sobie doświadczeniem – mijane krajobrazy lasów borealnych, rozległe tundry i lodowate jeziora tworzą niemal malarski pejzaż. A na końcu tej podróży czekają niedźwiedzie polarne, majestatyczne i nieustraszone, które obserwować można z bezpiecznej odległości, w ich dzikim, surowym królestwie.
Z tego wodnego splendoru północ Kanady jest wyłączona – ale tylko pozornie. Wszak stany Jukon, Nunavut i Terytoria Północno-Zachodnie zajmują ponad połowę powierzchni kraju, lecz zamieszkuje je zaledwie 100 tysięcy ludzi – jeden procent populacji. Jednak tereny te wcale nie ukrywają się na mapach, ale ze względu na swoją niedostępność umykają uwadze zarówno turystów jak i samych Kanadyjczyków.
Przez stan Jukon przepływa nie tylko ikoniczna rzeka o tej samej nazwie, ale także rzeka Porcupine, której dorzecze stanowi dom dla kilkudziesięciu tysięcy migrujących reniferów karibu. Prowincję Nunavut, jedyną jurysdykcję, do której nie dochodzi żadna droga, zdobi labirynt jezior, rzek i rzeczułek tworzących Barren Lands. To druga największa połać niezamieszkałej dziczy na świecie, a przez nią płynie Thelon – rzeka, która oparła się jakiejkolwiek ingerencji człowieka i pod tym względem jest najdłuższa na naszej planecie. Są wreszcie Terytoria Północno-Zachodnie, które obejmują Dehcho, najdłuższą rzekę Kanady, oraz dwa gigantyczne jeziora: Niedźwiedzie i Niewolnicze.
Wielkie Jezioro Niewolnicze rozpościera się na blisko pięciuset kilometrach szerokości, zajmując swoją powierzchnią obszar podobny do Belgii. Wyglądem przypomina żywe stworzenie bliżej nieokreślonego gatunku, które tuli otaczającą je ziemię dwoma ramionami. Północne ramię jest bardzo płytkie. Krótkim kciukiem wskazuje w kierunku Oceanu Arktycznego. Wschodnie ramię zaś skrywa najgłębsze wody pośród wszystkich jezior w Ameryce Północnej, sięgając ponad 600 metrów. Na południu zasila je rzeka Slave, natomiast na zachodzie role się odwracają i to jezioro przyczynia się do narodzin Dehcho.
To właśnie nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym rozpoczęła się moja przygoda z Północą latem 2018 roku, kiedy to obrałem za cel spływ najdłuższą rzeką Kanady aż do Oceanu Arktycznego.
Na potrzeby tej opowieści słowo Północ, pisane wielką literą, zawsze będzie miało znaczenie wielowymiarowe. Północy nie da się zdefiniować ani krótko, ani trafnie, bowiem ma ona tak wiele wcieleń, jak wiele dusz zbłądziło na jej tory. Dla mnie Północ składa się z dwóch nierozerwalnie połączonych ze sobą bytów. Tym fizycznym jest ziemia Ameryki Północnej leżąca powyżej sześćdziesiątego równoleżnika. To miks lasów borealnych, tundry, rzek i jezior zamieszkały przez garstkę ludzi i miliony przedstawicieli megafauny. Metafizycznie Północ to stan pojednania z naturą. To energia ziemi, która zaspokaja potrzeby proste, choć z pewnością nie prymitywne. To furtka uwalniająca od wszelkich norm bez względu na pochodzenie. Furtka, która – raz otwarta – nigdy się nie zamknie. Bo Północ poznana w swej najczystszej formie pozostawia wewnętrzny ślad, który być może dałoby się wymazać, ale nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by tego chciał.
Moja opowieść toczy się na blisko czterech tysiącach kilometrów. Pokonuję je w canoe w ramach dwóch wypraw. Pierwsza, Dehcho Expedition 2018, to dwa miesiące spływu. To ona otworzyła moje serce na Północ, jednocześnie dając mi lekcję dorastania w wyprawowym fachu. Druga to Barren Lands Expedition 2023. W czasie nieco dłuższym niż dwa miesiące odciąłem się od cywilizacji, choć od niej nie uciekłem. To wyprawa poszukiwawcza. Jej celem jest odnalezienie depozytu zagubionego w dziczy przed stu laty. Pośród jałowych bezkresów tundry szukam także odpowiedzi na kłębiące się pytania. Dlaczego to robię? Co daje mi społeczeństwo, które zostawiłem za sobą? Jaki los czeka tereny subarktyczne i czego uczą nas o nich przodkowie? Prowadzę dialog z moim przodkiem, dziadkiem Waldkiem, którego straciłem w czasie pandemii. Na szczęście ani w Barren Lands, ani na Dehcho nie byłem sam.
Północy doświadczałem zawsze latem, zawsze z pomocą canoe i zawsze w towarzystwie najbliższej mi osoby – mojej żony Karoliny. Stanowimy idealny zespół wyprawowy. Rozumiemy się bez słów, mamy podobne tempo i pokrywającą się motywację. Często opisuję nasze przeżycia w liczbie mnogiej. W życiu codziennym jesteśmy dwójką odmiennych charakterów, jednak podczas wypraw cel, jaki nam przyświeca, zaciera granice. Los wyprawy bierze górę nad ego. Nie ma miejsca na kłótnie i narzekanie, na które pozwalamy sobie na co dzień. Wyprawy na Północy to ogromna praca, której każde z nas wykonuje tyle samo.
Zapraszam zatem w podróż przez świat, w którym drogi wytycza wyłącznie woda. Podróż przez największą niezamieszkałą dzicz na świecie – poza Antarktydą. I nie myślcie, że w związku z tym zabraknie tu wątków ludzkich. Ludzie od wieków stanowią nieodłączną część Północy – zarówno w przekazywanych sobie nawzajem opowieściach, jak i na kartach historii.
Wielokrotnie zastanawiałem się, co stanowi tę zapalną iskrę, która inicjuje u mnie potrzebę wyruszenia w podróż. Dla jednych to potrzeba uczenia się świata, dla drugich – pragnienie nawiązania więzi z drugim człowiekiem i szansa na gromadzenie opowieści. Dla jeszcze innych – ucieczka, odpoczynek, pomysł na życie.
Dla mnie podróż zawsze zaczyna się od mapy. Najczęściej jest to nieromantyczna jej wersja, jaką studiuję na ekranie komputera, ale zdarzają się też takie pożółkłe eksponaty, które inspirują i ciekawią. Mapy czyta się jak dobre książki i każdym można odkryć na nich coś nowego. Mapa to życzenie, które czeka na spełnienie. Kiedy już na mapie zostanie narysowana linia, wszystko inne jest proste: wystarczy za nią podążać. Północ jest tego najlepszym przykładem. Wytyczane linie mogą być bardziej lub mniej oczywiste, proste lub trudne, lecz najważniejsze jest to, że na Północy nigdy ich nie zabraknie.
Piszę te słowa, a łzy ciekną mi po policzku. Bo po powrocie z Północy przychodzi żałoba. Tam daleko, pomiędzy turkusowymi jeziorami i piaszczystymi ozami, zostawiam za sobą najlepszą wersję siebie. I nieustannie myślę, jak bardzo chcę po nią wrócić. I wrócę.
Amerykę Północną pokrywa siatka ponad 330 tysięcy kilometrów torów kolejowych. Najdalej na północ kolej dociera właśnie tu, do Hay River – dowiadujemy się od Stu, miejscowego emeryta, który widząc wielkość naszych plecaków, zgarnął nas z ulicy swoim pickupem. Zaoferował przejażdżkę po mieście i pomoc w dotarciu na pole namiotowe. Nie odmówiliśmy.
– Lato zawsze odsłania niedoskonałości. Zimą, pod śniegiem, nic nie widać. Spójrzcie na ten podziurawiony parking i zardzewiałą bramę tam, obok torów – wskazał lewą ręką, która momentalnie wróciła do kompulsywnego układania siwej brody. – Każdej zimy przez ponad trzydzieści lat mój tir ładowany był tutaj cargo. Obsługa kolei odpowiadała za załadunek. Moim zadaniem było przewieźć go jedną z dwóch tras. Pierwsza prowadziła nad Ocean Arktyczny wzdłuż rzeki Dehcho. Po drodze robiłem przystanki na rozładunek. Druga była krótsza, raptem 150 kilometrów, na drugą stronę jeziora do Yellowknife, ale to ona częściej przysparza problemów.
Zaciekawiony zbombardowałem Stu pytaniami dotyczącymi jego pracy. Uśmiechnął się, złapał za daszek swą czerwoną czapkę, wcisnął ją mocniej na głowę i twarz przystroił w taką minę, jaka towarzyszy dorosłym starającym się wytłumaczyć coś prostego dzieciom, których nie chce się urazić.
– Hay River położone jest na południowym brzegu Wielkiego Jeziora Niewolniczego. To jezioro gigant, matka całego naszego regionu: Terytoriów Północno-Zachodnich. To z niego rodzi się najdłuższa rzeka Kanady. Na mapach świata znana jest jako MacKenzie, ale my nazywamy ją zgodnie z pierwotną nazwą nadaną jej przez Pierwsze Narody – Dehcho. Każdego roku, około października, jeziora i rzeki zamarzają. Na ich powierzchni tworzy się kilkumetrowa warstwa lodu – tak gruba, że bez problemu jest w stanie utrzymać na sobie pędzącego po niej tira. To, co latem było otwartym akwenem, zimą staje się drogą. Na wiosnę, około kwietnia, przychodzą roztopy. To niebezpieczny okres, bo droga dalej jest przejezdna, ale lód robi się coraz cieńszy. Gdy prowadzi się tira, czuć, jak faluje pod kołami. Trzeszczy i skrzypi. Władze regularnie testują jego grubość, ale wypadki się zdarzają. Rok temu mój bliski kolega Joe dojeżdżał już do Yellowknife, kiedy lód skruszył się pod jego naczepą. Ledwo zdążył wyskoczyć z kabiny i odbiec jak najdalej. Gdy się obrócił, jego tir dryfował już na sztorc jak góra lodowa i powoli schodził na dno. Do dzisiaj go nie wyłowili. Ale dość już o mnie, powiedzcie lepiej, skąd przybywacie i co was tu sprowadza? – zapytał, przecierając zaczerwienione oko i rozpinając jeden z guzików kraciastej koszuli.
– Planujemy rozpocząć tu w Hay River nasz spływ rzeką MacKenzie... znaczy się... Dehcho.
– Nie przejmuj się nazwą. Mi też zajęło dobrych kilka lat, żeby przyzwyczaić się do nazw miejsc nadanym przez Pierwsze Narody. I tak należę do nielicznych, bo większość Kanadyjczyków dalej nie używa rdzennego nazewnictwa. Uważam jednak, że jesteśmy to winni Pierwszym Narodom. Szczególnie po zbrodniach, jakich rząd Kanady przez lata się na nich dopuszczał. To jest jednak proces, proces leczenia ran, który zajmie długie lata. Zobaczycie sami, im więcej czasu spędzicie tu na Północy, tym bardziej skomplikowany będzie się wam wydawał obraz tutejszej rzeczywistości. Wiecie, dobrze zgadłem, że jesteście wioślarzami! Tu nikt inny nie przyjeżdża z plecakiem. Miałem zapytać, dokąd sobie życzycie, żeby was podwieźć, ale zgaduję, że do Douga?
Stu się nie mylił. Faktycznie, byliśmy umówieni z Dougiem. Nasze krótkie spotkanie było wprowadzeniem do uniwersalnych prawd, jakich doświadcza się na Północy. Po pierwsze – każdy zna każdego. Po drugie – każdy każdemu pomoże w potrzebie. Po trzecie – każdy ma swoją historię i zasób opowieści. Niosą się one przez te ziemie jak pyłki dzikich kwiatów i nikt nie wie, gdzie i kiedy opadną.
Hay River zamieszkuje niespełna cztery tysiące mieszkańców, mimo to miasteczko zajmuje całkiem spory obszar. Nie znajdziemy tu typowych atrakcji turystycznych. Nie ma muzeów, wycieczek po jeziorze, zabytkowej czy chociażby ciekawej architektury. Nawet wspomniana stacja kolejowa nie obsługuje pasażerów. Najłatwiej tu dotrzeć z północy – wzdłuż drogi, jaka prowadzi z Yellowknife, okrążając od zachodu Wielkie Jezioro Niewolnicze. Najbliższe duże miasto to Edmonton w prowincji Alberta oddalone o tysiąc kilometrów na południe.
Z perspektywy nadchodzącej wyprawy Hay River stanowiło idealną bazę do przygotowań. Dwa sklepy spożywcze, sklep z artykułami przemysłowymi, sklep sportowy z wypożyczalnią sprzętu wodnego i pole namiotowe nad samym brzegiem jeziora. To wszystko, czego potrzeba do rozpoczęcia pielgrzymki, której kres stanowić miały wody Oceanu Arktycznego.
Był rok 2010, kiedy Michelle Swallow wsiadła, nad brzegiem jeziora w Hay River, na pokład pożyczonego od ojca canoe. Towarzyszyli jej Tina, przyjaciółka ze studiów, oraz Fred – czteroletni pies rasy border collie. Dzień był wymarzony na start. Chmury sunęły po niebie w regularnych odstępach, kontrolując ciepło czerwcowego słońca. Lekka bryza nie psuła warunków na jeziorze, a jednocześnie trzymała komary w impasie, nie pozwalając im wzbić się w powietrze. Michelle zajęła miejsce na dziobie, natomiast Tina z tyłu – odpowiadała za sterowanie i nawigację. I choć Michelle regularnie zmieniała się z Tiną, Fred nie miał za bardzo wyboru – leżał na niebieskich beczkach wypełnionych jedzeniem i sprzętem pomiędzy dwiema kobietami. Kiedy odbiły od brzegu, droga prowadziła już tylko w jedną stronę, do oddalonego o prawie dwa tysiące kilometrów Tuktoyaktuku – osady Inuitów nad Oceanem Arktycznym.
Pierwszego dnia canoe dopłynęło do Point La Roche – miejsca, gdzie jezioro rozpoczyna swoją transformację w rzekę Dehcho. W obozie rozbitym na niewielkim piaszczystym półwyspie Michelle uzupełniała swój dziennik zapisem przeżyć z minionego dnia. Tego pierwszego wieczoru, gdy wpatrywała się w odbijające się w wodzie promienie niezachodzącego słońca, Michelle wpadła na pomysł. Zamiast opisywać przeżycia w formie książki, po powrocie zlepi ze sobą zapiski z dziennika, najważniejsze informacje, opisane mapy, lokalne legendy i stworzy pierwszy w historii przewodnik dla wodniaków marzących o spłynięciu Dehcho.
Kilka lat później, pewnego zimowego wieczoru, trafiła do mojej skrzynki pocztowej paczka z Kanady. Zdarta koperta bąbelkowa formatu A4 zdradzała jasnoniebieską sztywną okładkę. Zawartość była obietnicą nadchodzącej przygody. Był to przewodnik autorstwa Michelle Swallow po najdłuższej rzece Kanady. Wertowałem go strona po stronie, aż z czasem poznałem go niemal na pamięć. Zawarte w nim mapy były wystarczające do nawigacji. Każda z położonych przy rzece społeczności została dokładnie opisana, co pomaga w planowaniu punktów zaopatrzeniowych. Liczne fotografie przedstawiały, czego można się spodziewać, spływając Dehcho. Ślady niedźwiedzi odciśnięte w błocie, chmury insektów obsiadające kapelusz, lustrzana tafla rzeki odbijająca w sobie wiosło i krwawiące niebo, które nie pozwala odróżnić dziś od jutra. Wszystko to rozbudzało mój apetyt tak silny, że zagłuszał pewien szczegół – żadne z nas nigdy wcześniej nie pływało w canoe.
Jeśli chodzi o wyprawy, kwestie bezpieczeństwa traktuję śmiertelnie poważnie. Może zatem wydawać się czytelnikowi poniekąd ignoranckie lub wręcz niepoważne, że zdecydowaliśmy z Karoliną rzucić się, dosłownie, na głębokie wody i zmierzyć się z Dehcho na własną rękę. Na tę wywracającą życie (choć na szczęście nie canoe) decyzję złożyło się kilka czynników. Oboje mieliśmy za pasem kilka samodzielnych wypraw, na których na własną rękę przemierzaliśmy najdziksze zakątki naszej planety. Dwumiesięczny trawers gór Papui Nowej Gwinei czy też miesiąc spędzony w Himalajach w poszukiwaniu śnieżnej pantery nauczyły nas wiele o przebywaniu w dzikim środowisku. Jeśli chodzi o sporty wodne, nie byliśmy kompletnymi laikami, bośmy mieli za sobą kilka drobnych spływów kajakowych. No i to, że od blisko dekady mieszkamy w Szkocji, a tam wypady w ogromne przestrzenie są częścią naszej cotygodniowej rutyny. Nie będę też ukrywał, ani wstydził się tego, że jestem samoukiem. Nie nadaję się na kursy czy zdobywanie szczebelków na drabinie uprawnień, które dopiero po latach zaświadczą, że mogę przejść do kolejnego etapu. Nie rzucam się nigdy na nic ekstremalnego, nie toleruję ryzyka – te dwie kwestie zapewniają mi bezpieczeństwo. Reszta to umiejętności zdobyte empirycznie, wiedza o środowisku nabyta ze szkolnictwa wyższego i książek oraz wyczucie wyprawowe. Na to ostatnie składają się logika, logistyka i pasja.
Wybór rzeki Dehcho jako poligonu doświadczalnego nie był wcale przypadkowy. Chcieliśmy zanurzyć się w środowisku znanym z książek Jacka Londona. Poczuć, co to znaczy przebywać w świecie, w którym człowiek nie wiedzie prymu, w którym czuje się mały. Czuć wokół siebie obecność niedźwiedzi i wilków, podglądać piszczące w gniazdach bieliki amerykańskie i usłyszeć uderzenie bobrzego ogona o powierzchnię wody. Celem było zjednanie się z tym środowiskiem w formie świadomej medytacji. Do tego celu ta rzeka wydawała się idealna. Na całej jej długości nie znajdziemy żadnej białej wody, która sprawiałaby trudności techniczne. Żadnych siermiężnych przenosek, które wymagałyby targania łodzi i ekwipunku dla ominięcia przeszkód. I do tego wisienka na torcie – regularne spotkania ze społecznościami zasiedlającymi tereny nad rzeką, co dałoby nam wgląd w kulturę Pierwszych Narodów, a przy okazji umożliwiło uzupełnianie zapasów jedzenia w beczkach.
Spływ Dehcho według szacunków miał nam zająć około dwóch miesięcy. Czy można wyobrazić sobie lepszy kurs, lepszą okazję na zdobycie cennego doświadczenia? Przyznam od razu otwarcie – popełniliśmy na tej wyprawie sporo błędów, szczególnie w jej pierwszych dniach. Było to jednak częścią procesu, kursu, którego organizatorem były Ziemie Północy. Były i są one dla mnie tym, czym Platon dla tych, którzy uczęszczali do jego Akademii – najwspanialszym nauczycielem, który cierpliwie wykłada filozofię tym, którzy tylko odważą się go posłuchać.
W towarzystwie Stu spędziliśmy całe przedpołudnie. Zrobiliśmy zakupy, zrzuciliśmy bagaże na polu namiotowym. Kończąc objazdówkę Hay River, a właściwie Xátł’odehchee, bo pod tą nazwą znane jest wśród Pierwszych Narodów, Stu podrzucił nas do blaszanego baraku przy szutrowej drodze na obrzeżach miasteczka. Nie mógł już nam dłużej towarzyszyć, gdyż zbliżała się godzina wizyt w szpitalu, w którym leżała jego chorująca żona. Uścisnęliśmy się na pożegnanie, po czym lawirując między kajakami, wiosłami, beczkami i szczekającym psem, weszliśmy na umówione spotkanie z Dougiem. To on wybrał dla nas canoe.
Douga Swallowa znają tu wszyscy – od ponad dwudziestu lat prowadzi w Hay River sklep ze sprzętem do sportów wodnych. W swojej ofercie ma też wypożyczanie kajaków i canoe. Całą zimę wymieniałem z nim maile z zapytaniami dotyczącymi spływu Dehcho. Na każde z moich dziesięciu słów Doug odpowiadał jednym – trafnie, w punkt i do rzeczy, wpisując się w pewien stereotyp ludzi zamieszkujących Północ. Słowa, historie i czyny kosztują energię, której każdy ma ograniczony zasób. Trzeba niejako zasłużyć sobie na wylewność, która względem przybyszy z Południa zdarza się rzadko. Południe żyje szybko, za szybko. Południe wymaga tego, czego na Północy nie sposób zagwarantować: punktualności, przewidywalności i wygody.
Doug przywitał nas delikatnym, niewymuszonym uśmiechem. Poruszał się po sklepie, szusując obuwiem po kafelkach, wyraźnie manifestował problemy z kręgosłupem. O ile większość naszego społeczeństwa zmaga się z problemami szkieletowymi wynikającymi z siedzenia w miejscu, o tyle na Północy niemal każdy zarzyna swoje kręgi fizycznie bez względu na profesję. Weźmy chociażby takiego pilota samolotu. W liniach lotniczych ruchy fizyczne pilotów są mocno ograniczone. Na Północy piloci mają dokładnie odwrotnie i sam przelot jest aktywnością najbardziej relaksującą. Załadunek, rozładunek, odśnieżanie, cumowanie, czyszczenie samolotu, czasami naprawa drobnej usterki – wszystko to sprowadza się do aktywności fizycznej. W przypadku Douga odzywały się lata spędzone na pracy w magazynach, a w drugiej połowie życia na przerzucaniu sprzętu wodnego. Kilkuosobowe canoe ze wzmocnionego włókna szklanego waży nawet sześćdziesiąt kilogramów.
Od małego Doug kochał przebywać na wodzie. Miał na koncie wiele spływów w odległych zakątkach Północy, takich, do których dotrzeć można tylko wynajętym wodolotem. Jego ulubiona rzeka to Hood – schowana intymnie pomiędzy większymi rzekami wpadającymi do Oceanu Arktycznego. Wspomnienie kanionu tej rzeki wyraźnie zaszkliło mu oczy. Doug był tam w towarzystwie swojej przyszłej żony. Z nutą nostalgii opiewał tygodnie nad Hood jako najpiękniejsze w życiu. Szybko się jednak poprawił, bowiem rok później na świat przyszła jego córka – Michelle. I to z nią spędził wiele weekendów na wodzie, zaszczepiając w niej bakcyla, który pewnego roku zażąda od niej spływu Dehcho. I popłynie, z Tiną i Fredem, dając światu przewodnik po najdłuższej rzece Kanady.
Przewodnik ten zajmował w sklepie Douga centralne miejsce tuż obok kasy. Spod szklanej lady Doug wyciągnął dla nas kilka koniecznych akcesoriów, które musieliśmy zakupić: spreje na niedźwiedzie, race hukowe i siatki przeciw insektom. W cenie wypożyczenia canoe dostaliśmy kamizelki ratunkowe, liny, wiadro, gąbkę, trzy wiosła i świstek papieru. Ów świstek, odręcznie napisany numer, mieliśmy okazać pod koniec wyprawy pod wskazanym adresem w Tuktoyaktuku. Dzięki niemu canoe wraz ze sprzętem będzie mogło wrócić do Douga na barce, która pod koniec lata nawiguje obładowana cargo w górę rzeki.
Doug zaprowadził nas na oględziny naszej łajby – wykonanego w Abbotsfordzie przez firmę Clipper modelu Tripper. Pierwszy raz widziałem canoe na żywo. Było dużo większe niż się spodziewałem – mierzyło 17,6 stóp, czyli pięć i pół metra. Wykonane z włókna szklanego, ważyło 34 kilogramów. Leżało na ziemi do góry brzuchem i nie miało właściwie żadnych śladów zadrapań. Przejechałem dłonią po jego smukłej, żółtej powierzchni, niejako witając się z obiektem, który tak bardzo chciałem oswoić. Chwyciliśmy z Karoliną za oba jego końce i obróciliśmy o 180 stopni. Ukazały nam się dwa białe siedzenia, takie jak w traktorze, co nie jest standardem wśród kanadyjek. Zazwyczaj mają siedzenia z poprzeplatanej jak kosz wiklinowy taśmy. Między siedzeniami było dużo miejsca, w które według producenta mogliśmy włożyć ćwierć tony ekwipunku. Ładowność to główny powód, dla którego to właśnie canoe jest jednostką idealną na długie wyprawy w kanadyjskiej dziczy. Łatwiej sterować kajakiem i szybciej pokonuje się nim dystanse, jednak to na canoe bez problemu załadujemy, czego tylko dusza zapragnie.
– Pływaliście już na canoe? – zapytał Doug dla formalności.
– Tak szczerze, to nasz pierwszy raz. Ale w dziczy, będąc zdani na siebie, czujemy się zupełnie komfortowo.
– To dużo ważniejsze. Żeby dopłynąć do celu, potrzebujecie nie tyle umiejętności, ile dyscypliny i ciężkiej pracy. Canoe to wdzięczna jednostka. Szybko się nauczycie. Napiszcie do mnie jakąś wiadomość co tydzień lub co dwa. Żebym wiedział, gdzie szukać mojego canoe, jak coś wam się przytrafi – Doug zaśmiał się ze skrzyżowanymi na piersi rękami, po czym umówił się z nami na dostarczenie łajby następnego dnia nad jezioro.
Pole namiotowe w Hay River jest wygodnie położone w lesie świerkowym nad samym jeziorem. Kiedy wróciliśmy tam po dniu przeznaczonym na sprawunki, zauważyłem niedaleko recepcji mężczyznę w sile wieku, który wyciągał z wielkiej, zielonej torby metalowe pałąki. Łączył je jeden z drugim, tak jak składa się stelaż od namiotu, ale konstrukcja nie przypominała żadnej formy schronienia. Potem rozłożył na ziemi długi płat zielonej sztucznej skóry i gąbkę w kształcie wydłużonego rombu. Pomyślałem, że albo buduje klatkę albo to jakąś forma artystycznej ekspresji. Dopiero kiedy wyciągnął młotek i zaczął zbijać pałąki ze sobą, umiejscawiając je wewnątrz skóry, forma zaczęła nabierać kształtu. Budował... canoe. Zaciekawiony podszedłem z pytaniami.
– Czy to naprawdę będzie pływać?
– Tak jest. Norweska konstrukcja. Dostępna na zamówienie. Składanie tego to straszna męka, ale jednocześnie najlepsze rozwiązanie, żeby dostać się tu z Europy z własną łodzią – mężczyzna mówił z niemieckim akcentem, odkręcając palcami śrubkę od czarnego, plastikowego siedziska.
– Skoro tyle z tym roboty, to chyba wypada gdzieś dalej popłynąć, żeby czas spędzony na składaniu zwrócił się? – kontynuowałem, licząc na to, że mężczyzna zdradzi swoje plany.
– Zgadza się! Jutro o świcie wyruszam w stronę Oceanu Arktycznego wzdłuż MacKenzie. Kojarzysz te nazwy?
– Kojarzę. Jutro wypływamy razem w tym samym kierunku! – odpowiedziałem, wskazując palcem na Karolinę rozkładającą nieopodal nasz namiot.
– Ah, so! – wyszeptał po niemiecku pod nosem wyraźnie zaskoczony. – Jakie akweny przebyliście w canoe do tej pory? Wyglądacie mi na całkiem młodych.
– To będzie nasz pierwszy raz w canoe.
– Ah, so! – mężczyzna zaśmiał się pod nosem, obrócił głowę w stronę nieba i zamyślił się, wyraźnie zbierając się do kolejnej wypowiedzi, która jednak nie nadeszła.
– Masz dla nas jakieś rady? – wtrąciłem.
– Rady? Zastanówcie się dwa razy, zanim wypłyniecie! – odpowiedział bez namysłu.
– A to dlaczego?
– To jest choroba. Nieuleczalna choroba. Zaufaj mi, bo wiem co mówię. Jak raz wsiądziecie w to canoe tu, na Północy, już zawsze będziecie chcieli wsiadać w canoe i to tylko na Północy! Od tego nie ma ucieczki. Próbowałem w życiu wszystkiego. Wspinałem się na ośmiotysięczniki, skakałem ze spadochronem, zapracowywałem się w niemieckim stylu w mojej firmie, jeździłem ze znajomymi na żagle, miałem też przygody z hazardem i alkoholem. I nic, zupełnie nic nie może się równać z tym, co przeżywa się tutaj, na Północy. Ta ziemia to narkotyk, a canoe to wyjątkowy paszport, który pozwala tego wszystkiego doświadczyć. Tak że uważajcie, bo jak już raz to poczujecie, całe życie będziecie chcieli do tego wracać. Naprawdę wiem, co mówię – to moje trzydzieste lato na Północy.
– Mam nadzieje, że złapiemy gdzieś pana na rzece, żeby usłyszeć trochę opowieści z tych minionych lat – rzuciłem na odchodne, ściskając mężczyźnie dłoń i życząc mu powodzenia.
– Gerald. Mów mi Gerald.
Czerwiec to miesiąc, w którym goście z całego świata odpowiadają na zaproszenie wysłane z Północy. Nad Wielkie Jezioro Niewolnicze przylatują, jako jedne z pierwszych, rybitwy popielate (Sterna paradisaea) z dalekiej Antarktydy. To smukłe ptaki, wyglądem przypominające mewy. Białe upierzenie elegancko zdobią czerwone nogi, czarna czapka i dziób w kolorze wina nalanego do kieliszka w słoneczny dzień. Determinacją i charakterem nie mają sobie równych w ptasim świecie. To do nich należy rekord najdłuższych migracji. Co roku odbywają pielgrzymkę, której trasa niejako wiedzie od bieguna do bieguna. Podążają za suto zastawionym przez naturę stołem, nigdy nie doświadczając surowej zimy i ciemności. Być może rybitwy popielate zdradzają swoim aktywnym trybem życia przepis na długowieczność. Dożywają czwartej dekady, co w świecie ptaków nie zdarza się często. W ciągu swojego szalonego życia pokonują ponad milion kilometrów i dosłownie nie potrafią usiedzieć w miejscu. Niczym sportowcy trenujący do olimpiady, rybitwy popielate muszą zadbać o dietę bogatą w kalorie i składniki mineralne. Jest to szczególnie istotne w okresie lęgowym i to właśnie dlatego ptaki te poświęcają blisko dwa miesiące życia na turnus nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym, gdzie rybnych kalorii nigdy nie zabraknie i można je zdobyć z wyjątkową łatwością.
Do ucztujących dołączają uhle garbonose (Melanitta deglandi) – stadne kaczki morskie, które przybywają nad jezioro z wód Pacyfiku. Wyglądem przypominają zmęczonego malarza. Na czarnym, aksamitnym upierzeniu odznaczają się białe worki pod oczami. Krańce ich drugorzędnych lotek umoczone są w białej farbie, a garbaty dziób to paleta, na której miesza się żółty z czerwonym, jakby to one miały odpowiadać za naniesienie pomarańczowych licheni na otaczające granitowe skały. Nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym zmieniają swoją dietę z małż Pacyfiku na skorupiaki i owady wodne, nurkując w ich poszukiwaniu przez ponad minutę. Co ciekawe, samice uhli przejawiają tzw. filopatię. Oznacza to, że wracają gniazdować w okolice własnych narodzin, gdyż czują niezwykłe przywiązanie do ziemi, na której złapały pierwszy oddech. Podobnie czynili nasi przodkowie w Afryce, opierając na doświadczeniu ewolucyjnym decyzję o osiedleniu się w okolicach narodzin. Bez względu na to, czy mówimy o naszych przodkach czy kanadyjskich uhlach, jeśli udało się przetrwać aż do dorosłości, oznacza to, że miejsce narodzin musiało zapewniać dobre warunki do dorastania. Według tej logiki kolejne pokolenie powinno mieć zagwarantowane podobne szanse.
Swoją obecność potwierdzają też siewki szare, które dolatują z oddalonego o 12 tysięcy kilometrów Urugwaju. Dystans nie jest im straszny. To wyborni lotnicy, którzy w czasie przelotów nad oceanem rozwijają prędkości dochodzące do 120 kilometrów na godzinę. Mimo że biesiada, która sprowadziła je nad jezioro, odbywa się przy niezachodzącym słońcu, siewki wystrojone są jak na wieczorny bal królewski. Samce wybrały na tę okazję czarno-biały smoking gustownie nakrapiany złotymi, błyszczącymi skrzydłami. Nie powinna nikogo zatem dziwić ich skłonność do tańca. Podczas godów wzlatują i opadają z lekkością motyla, przesuwają się w powietrzu jak po wiedeńskim parkiecie. Skomplikowanemu pokazowi akompaniują rytmicznym śpiewem. Nawet technika zdobywania pokarmu na Północy czyniona jest z charakterystyczną dla nich finezją. Siewki wzbijają się do lotu, a po chwili zatrzymują się raptownie i łapią nieczujne owady. Rodzicielstwo przychodzi im trudno. W połowie letniej uczty odlatują na Południe, jakby przeszkadzał im ton sierpniowej szaty Północy. Zostawiają za sobą młode, którym na własną rękę przyjdzie znaleźć drogę do Ameryki Południowej.
Kilkadziesiąt innych gatunków ptaków również pojawia się przy stole zastawionym milionami ryb i miliardami owadów. Brodziec żółtonogi (Tringa flavipes) przybywa z delty Orinoko w Wenezueli. To delikatny i czujny ptak brodzący, który broni gniazda z takim zacięciem, jakby bezpieczeństwo całego wszechświata zależało od ilości hałasu, jaki wytwarza. Przylatują również ikony Północy – bieliki amerykańskie (Haliaeetus leucocephalus), które zimowały we wspólnotach przy ujściach termalnych rzek uchodzących do Pacyfiku w Kolumbii Brytyjskiej. Teraz nadszedł czas zaklepania sobie świerku do budowy gniazda i całodobowego rybobrania. Podobną motywację wykazują rybołowy przybyłe z Gwatemali, pelikany dzioborogie (Pelecanus erythrorhynchos) z Meksyku i sieweczki skąpopłetwe (Charadrius semipalmatus) z Kuby.
Wśród 26 tysięcy gatunków insektów również pojawiają się ucztujący. Prym wśród nich wiodą ważki, które dopiero w ostatnim czasie zostały zauważone przez naukowców[3] jako gatunki migrujące. Dla nich jedno danie wyróżnia się w menu niczym schabowy z ziemniakami. To komary, których inwazja wzbogaca dietę setek gatunków ptaków, ryb i owadów. Ale dla ludzi odwiedzających latem Północ są one zmorą i postrachem. Armia komarzych pułków wydawała się szarżować prosto na plażę w Hay River w dniu naszego wypłynięcia.
Cały poranek turlaliśmy nad brzeg jeziora nasz ekwipunek. Duża, niebieska beczka o pojemności 120 litrów tak wypchana była jedzeniem, że nie dałoby rady wcisnąć tam pojedynczej nitki spaghetti. Zmieściliśmy do niej po kilka kilogramów ryżu, makaronu, płatków owsianych, czekolady, dżemu, masła orzechowego i bakalii. Kilka tuzinów puszek z fasolą, groszkiem, tuńczykiem i kukurydzą. Szpary wypełniły saszetki ziemniaków w proszku, kawa, herbata, przeciery pomidorowe, batony i przyprawy. Łącznie – bagatela! – sześćdziesiąt kilogramów.
Była też mniejsza siostra dużej niebieskiej beczki, czyli mała niebieska beczka. Również wykonana z plastiku i także zamykana czarnym dekielkiem, który w miejscu zaciskała stalowa obręcz. Jedynym, co różniło obie beczki poza pojemnością, były uchwyty do przenoszenia, których brakowało dużej beczce – jakby z góry było ustalone, że nią należy turlać po ziemi. We wnętrzu małej beczki znalazły się artykuły luksusowe, czyli takie, które szybciej się psują i którymi regularnie trzeba zarządzać. Były to ziemniaki, marchewki, jabłka, banany, ser żółty i mleko.
Do wielkiego wodoodpornego worka trafiły namiot, śpiwory i odzież. Zabrakło karimat lub materacy, co było pierwszym z błędów, jakie popełniliśmy w przygotowaniach. Zwyczajnie o nich zapomnieliśmy i karą, jaką mieliśmy ponieść za to drobne uchybienie, będzie 55 nocy spędzonych na matach do jogi – jedynym dostępnym w Hay River produkcie, który wyglądem przypominał materac. W ten sam wór trafiła też apteczka i kosmetyczka. Pierwsza mieściła w sobie standardowy szereg bandaży wzbogacony o kilka najważniejszych antybiotyków o szerokim spektrum działania. Natomiast kosmetyczka była skromna – szczoteczki do zębów, mydło biodegradowalne i ziołowa pasta do zębów, której producent zapewniał zgodę ze środowiskiem. Resztę klamotów uzupełniał biały wodoodporny worek z kuchnią oraz plecak z elektroniką, lornetką i przewodnikiem po regionie Dehcho autorstwa Michelle Swallow.
Tuż przed południem Doug dostarczył nam nasze żółte canoe wraz z wiosłami. Właściwie to nawet go nie widzieliśmy. Zajęci byliśmy sortowaniem ekwipunku na plaży, kiedy Doug po prostu zrzucił Trippera pod budynkiem recepcji. Menedżerowi przekazał krótko, że to dla dwójki z Polski. Pozostało nam zatem jedynie przenieść canoe na plażę i załadować wszystko do środka.
Dzień był bezwietrzny. Czekoladowa tafla jeziora, zafarbowana przez osad z wpadającej do niego rzeki Hay, odbijała w sobie leniwie sunące po niebie cumulusy. Po plaży spacerowała młoda Amerykanka z Chicago, która z zaciekawieniem przyglądała się naszym ruchom, podkręcając palcem czarne loki. Po chwili podeszła do nas i zadała nam kilka standardowych pytań z serii „skąd jesteście i dokąd płynięcie”. Z lasu wyłonił się jej mąż, dwójka dzieci i wiklinowy kosz z piknikiem. Ten ostatni skutecznie odwrócił od nas jej uwagę. Hamburgery i truskawki ze śmietaną. Tylko jak tu jeść, kiedy non stop trzeba klepać się po czole i szyi, odganiając komary?
Zrobiliśmy sobie zdjęcie w miejscu startu z wiosłami skrzyżowanym w powietrzu niczym szable przed bitwą. Spojrzeliśmy na siebie na znak, że już można przejść do ostatniego etapu. Nogawki podwinięte do kolan. Ślizgiem po piasku canoe ląduje na jeziorze. Woda zimna jak lód, więc trzeba się streszczać. Beczka, beczka, wór, wór, wiosło, wiosło i już. No, nie do końca. Canoe przechyla się do boku, jakby uderzyło burtą w górę lodową. Poprawka. Beczka na ląd. Wory na ląd. Spacer farmera. Obrót i drugie podejście. Siedzi. Stopy jak bryły lodu, z czoła struga potu, a wokół szyi szalik z komarów. Wsiadamy do środka. Karolina z przodu. Przed jej oczami tylko horyzont. Wiosłujemy, ale nie płyniemy. Stoimy w miejscu. Siedzimy na piasku. Wychodzę do wody. Popycham do przodu. Jedna noga wraca. Druga noga odpycha się od dna jak na hulajnodze. Wreszcie siadam. Dźgamy jezioro wiosłem jak widłami w gnój. Dwa metry od brzegu. Cztery metry. Chwiejemy się na boki. Czterdzieści metrów. Robi się głęboko. Canoe skręca w lewo. Canoe skręca w prawo. W kajaku skręcało się łatwiej. Tu wiosłuje się tylko z jednej strony. Tu ważymy ponad 300 kilogramów. Sto metrów za nami. Brzeg się oddala. Odpłynęliśmy. Potrzebny zwrot o 90 stopni na zachód. Tam mamy płynąć. Tam czeka Dehcho. Dźgamy z prawej oboje. Chlapiemy wodą jak kaczki. Zwrot o 90 stopni. Canoe dalej skręca. Zwrot o 180. Za mocno. Ktoś macha do nas z brzegu. Ignorujemy. Dźgamy oboje z lewej. Obieramy kurs. Jedno wbija widły z lewej, drugie wbija widły z prawej. Na przemian działa lepiej. Z góry skrzeczy mewa. Dopinguje? Chyba się śmieje. Dalej płyniemy zygzakiem, ale w dobrym kierunku. Zatopiona kłoda! Zwrot! Znowu za mocno. Poprawka na obranie kursu. Pierwszy kilometr za nami. Pierwsza godzina za nami. Obydwoje czujemy, że przydałoby się odpocząć. Zmęczyliśmy się. Przestajemy wiosłować. Dryfujemy. Karolina zgłodniała. Rzucam jej batona. Chce mi się siku. Niedobrze. „Daleko chyba będzie do tego oceanu” – pomyślałem. Kontruję pozytywnymi myślami. Mamy czas. Pogoda sprzyja. Jeszcze się nauczymy. To dopiero początek. Jeszcze złapiemy rytm. Grunt to słuchać tego, co mówi do nas Północ.
Z każdym kilometrem idzie nam coraz lepiej. Płyniemy w miarę prosto, zmieniając regularnie stronę wiosłowania. Kiedy ja wiosłuję z lewej, Karolina wiosłuje z prawej. I tak na przemian. Warunki sprzyjające, choć podwójne słońce daje się nam we znaki. Jedno pali z góry, drugie oślepia, odbijając się od tafli wody. Trzymamy się dwa, czasami trzy kilometry od brzegu, skracając sobie rozlewające się w głąb lądu zatoki. Patrząc z prawej, widzimy ocean. Jak okiem sięgnąć ani skrawka lądu. Gdzieś tam na środku tego oceanu, dalej, jest lód. Z lewej brzeg jest jednolity. Regularna linia świerkowego lasu, która łączy się z wodą poprzez sterty drewna ułożone niestarannie jak bierki wyrzucone z pudełka na dywan. W powietrzu unosi się delikatny rybi zapach, ale żadna z ryb nie odważy się pluskać przy powierzchni w tak ciepły dzień. Ryby cały rok mają wybór, wiedząc, że na dnie czeka je komfortowa woda o temperaturze czterech stopni.
Tego dnia dajemy z siebie wszystko. Dopływamy do Point la Roche tuż przed północą. Zrobiliśmy 26 kilometrów. Chcieliśmy tu dotrzeć. To ten sam niewielki półwysep, na którym swój inauguracyjny dzień zakończyła Michelle Swallow. Słońca już co prawda nie widać, ale nie zajmie mu dłużej niż godzinę, żeby na powrót wzbić się ponad horyzont. Obolali schodzimy na ląd, a przecież to nie koniec obowiązków na ten dzień, nawet jeśli zmieniła się data w kalendarzu.
Rozładowujemy klamoty jeden po drugim. Komary tną z każdej strony, więc czym prędzej naciągamy na głowy siatki. Szukam miejsca na namiot, szurając bosymi stopami po zimnym piasku. Dużym palcem u nogi, niczym pędzlem, zaznaczam dwa krzyżyki. Tu będą głowy. Karolina w tym czasie zbiera drewna. Trudno jej znaleźć patyki. Większość to kłody i konary, które nagromadziły się po latach spływów z Gór Skalistych. Nie wiadomo dokładnie, kiedy i skąd przybyły, ale nie są u siebie. Leżą wypłukane z koloru i choć ich życie dawno przeminęło, to stały się kluczowe dla życia innych. Dla bobrów budujących tamy. Dla ich braci świerków, które chronią od erozji ze strony jeziora.
Namiot stoi. Zbiera powoli krople rosy na tropiku. Ogień też już płonie. Ogrzewa nam zimne stopy. Opala kiełbaski na niedbale ostruganych oszczepach. Dym przegania komary, a właściwie przesuwa delikatnie ich strefę komfortu. Canoe leży nieopodal obrócone do nocnego spoczynku tak, jakby samo musiało odpocząć przed kolejną wartą na wodzie. Słońce powoli zaczyna wznosić się nad horyzont. Woda mieni się na pomarańczowo. Czas spać, ale szkoda nam zmarnować na sen zarówno ten moment, jak i kilka kolejnych.
Znikąd wynurza się spod wody para nurów. Na tle słońca widać tylko czarne sylwetki odpowiadające ich kaczkopodobnej, acz dużo bardziej smukłej, posturze. Nury dają głos. Najpierw wyją jak wilki. Wyją, jakby bawiły się głosem, jakby chciały coś nam przekazać. W drugim akcie krótkie, wysokie tony przeplatają się ze sobą, przypominając bawarskiego tenora. Potem cichną. Zanurzają się pod wodę i już ich więcej nie widać. Przeminęły, ale były. I to w byciu, w mimowolnym akcie przeżywania chwili, znalazły pierwiastek, którego nie znajdziemy na tablicy Mendelejewa. To Sm. Szczęśliwy moment.
Jak powstaje tak wielkie jezioro jak Niewolnicze? Jezioro tak duże, że bez trudu wypełniłoby wodą każdą wannę na świecie? Czy to rewolta atomów tlenu i wodoru? Czy to może lodowiec, który stopił się ze wstydu pod przenikającym go spojrzeniem Słońca? I kto tu jest niewolnikiem? Ziemia, którą nadzoruje woda czy woda, którą kontroluje ziemia?
10 tysięcy lat temu kończyła się epoka lodowcowa znana jako Zlodowacenie Wisconsin. Grube na kilka kilometrów lodowce sięgały swoimi jęzorami daleko na południe, lizały aż do dzisiejszej granicy stanów Montana i Nebraska. Topniejąc, zostawiły za sobą wiele śladów, które ukształtowały geografię znanej nam dziś Kanady[4].
Topnienie lodowców odbywa się na największą skalę pod ich powierzchnią, w miejscu styku z ziemią. Cofające się lodowce kruszą pod sobą skały w wyniku nacisku i kumulującego się od spodu osadu. Przychodzi moment, w którym lodowiec, choć dalej gruby na kilkaset metrów, kryje pod sobą cały system rzek rwących w lodowych ciemnościach. Podziemne rzeki tworzą pod lodowcem charakterystyczne wcięcia, które przesuwając się, gromadzą hałdy piasku. Te niezwykłe formacje znane są pod nazwą ozów. Ozy można zaobserwować w Polsce na terenie Mazur, jednak te pozostawione przez Zlodowacenie Wisconsin należą do najbardziej spektakularnych. Patrząc na północną Kanadę na zdjęciach satelitarnych, z łatwością można zaobserwować, w która stronę przemieszczały się cofające się lodowce.
Erozja skał i baśniowe ozy to tylko produkty uboczne końca epoki lodowcowej. Lodowce przede wszystkim zostawiły po sobie wodę. Ogrom wody, który musiał znaleźć gdzieś ujście. I znalazł, m.in. na granicy uskoku tektonicznego, gdzie liczące sobie dwa i pół miliarda lat skały metamorficzne z kratonu Slave spotykają się z młodymi skałami granitowymi liczącymi około 350 milionów lat. W tym właśnie miejscu, na obrzeżach tego, co geologom znane jest jako Tarcza Kanadyjska, znajdowała się głęboka na 600 metrów niecka, którą w całości wypełniła polodowcowa woda. Dziś ten fragment Wielkiego Jeziora Niewolniczego znany jest jako Christie Bay. Do tej pory nikt nie prowadził misji naukowej, która zbadałaby najciemniejsze głębiny jeziora[5].
Lodowce wywierają ogromny nacisk na elastyczną część płaszcza skorupy ziemskiej znaną jako Moho. Warstwa ta delikatnie ugina się pod ciężarem lodowców, podobnie jak napięcie powierzchniowe wody ugina się pod ciężarem spadającej kropli deszczu. W tej mikroskali, tuż po tym jak kropla rozpłynie się w wodzie, napięcie powierzchniowe zaczyna się uwypuklać. Podobnie zachowuje się skórzany fotel, którego obicie wgnieciemy mocno palcem. W geologicznej makroskali lodowce stopniały z prędkością światła, jednak gęsty płaszcz skorupy ziemskiej potrzebuje więcej czasu na reakcję. Dlatego właśnie na północy Kanady, na obszarze, który zajmowały niegdyś lodowce, możemy zaobserwować tzw. odwet polodowcowy. W konsekwencji, każdego roku tereny te rosną o kilka centymetrów. Jest to szczególnie charakterystyczne dla Barren Lands, ale i w Europie możemy podziwiać krajobraz przejawiający te same cechy. Hoga Kusten w Szwecji, na wybrzeżach Zatoki Botnickiej, doświadcza takiego samego odwetu.
Drugiego dnia pokonaliśmy zaledwie sześć kilometrów na jeziorze. Obolałe mięśnie odmawiały nam posłuszeństwa. Fale znacząco przybrały i jakoś tak wspólnie stwierdziliśmy, że nie ma co pchać się na siłę do przodu. Dopiero wieczorem w namiocie dotarło do nas, że nie możemy sobie pozwolić na taki brak higieny myślenia. Nie możemy wiosłować tylko wtedy, gdy mamy na to ochotę. Naszym jedynym zadaniem każdego dnia jest wsiąść w canoe i przesuwać je do przodu jak pionek po szachownicy. W przeciwnym razie nie będzie nam dane ujrzeć wód Oceanu Arktycznego.
Trzeci dzień wyprawy rozpoczęliśmy pod znakiem silnej mobilizacji. Na jeziorze panowała absolutna cisza, przerywał ją jedynie dźwięk dalekiego trzepotu skrzydeł wzbijającego się do lotu stada uhli. Jeszcze przed południem dopłynęliśmy do Point Desmaris, który wyznaczały dwie kilkumetrowe bojki. Oficjalnie to tutaj kończy się Wielkie Jezioro Niewolnicze, a zaczyna się Dehcho. Ale nurt rzeki dostrzegliśmy dopiero kilka kilometrów dalej. I wtedy poczuliśmy się wybawieni. Odłożyliśmy wiosła, ułożyliśmy nogi na burtach i położyliśmy się na plecach, a canoe dryfowało. Nie robiliśmy nic, zupełnie nic, a jednak świerki ślizgały się przed naszymi oczami jak tło w starych westernach. Pierwszy raz poczuliśmy, co to nurt. Nie był silny, raptem trzy-cztery kilometry na godzinę. Ten moment dał nam jednak wiarę, że nie zawsze będzie trudno, że Dehcho pomoże nam dotrzeć do celu, jeśli tylko wsłuchamy się w jej oddech.
Radość nie trwała jednak długo. Na początku swojego biegu Dehcho rozlewa się na dwa wielkie jeziora. Pierwsze, Beaver Lake, jest niesłychanie płytkie. Raz po raz musieliśmy odpychać się wiosłami od dna jak gondolierzy na weneckich kanałach W Wenecji jednak nie zobaczymy dwumetrowych szczupaków, które tu bez cienia strachu podpływały do obu burt canoe. Według legendy rdzennych mieszkańców Dene, ten fragment Dehcho nie powstał przypadkowo. Bóbr gigant, znany Dene jako Tsà, przepływał niegdyś w poprzek Dehcho. Napotkał złowrogie siły, które zwalczył, uderzając ogonem o powierzchnię rzeki. Ciosy były tak silne, że rzeka rozlała się po okolicy i tak powstało Beaver Lake.
Drugim, jeszcze większym jeziorem, jest Mills Lake, które poszerza Dehcho nawet do szesnastu kilometrów. Przed tym jeziorem ostrzega przewodnik Michelle. Woda jest płytka, teren bardzo otwarty, a brzeg porastają wysokie trawy i mokradła. Przy złej pogodzie i silnych wiatrach taka kombinacja potrafi przerodzić na pozór spokojny akwen w ocean straszący białymi falami i brakiem możliwości zejścia na ląd.
Widząc chmury burzowe zbierające się na horyzoncie, uwijaliśmy się jak mrówki, żeby jak najszybciej zostawić Mills Lake za sobą. Ostatecznie burza przeszła bokiem, a my dotarliśmy do obozu wczesnym popołudniem. W dole rzeki, w oddali, widzieliśmy z naszego namiotu jedyny most zbudowany na Dehcho – część drogi krajowej łączącej Yellowknife, stolicę Terytoriów Północno-Zachodnich, z resztą świata. Kawałek dalej szumią bystrza Providence, a tuż za nimi osada Fort Providence stanowi dom dla siedmiuset mieszkańców. Wizytę woleliśmy odroczyć do jutra, aby o świeżych siłach przepłynąć przez bystrza i móc zrobić niewielkie zakupy w sklepie spożywczym.
Tego wieczoru nasz namiot rozbiliśmy raptem metr od rzeki, na niewielkim placku zieleni otoczonym z każdej strony świerkami. Wąska ścieżka prowadziła w głąb lasu i zapraszała do wieczornego spaceru. Po całych dniach spędzonych w pozycji siedzącej nie mogliśmy sobie odmówić okazji do rozruszania nóg, nawet jeśli oznaczało to towarzystwo nieznośnych komarów.
Nie uszliśmy nawet stu metrów, kiedy nad naszymi głowami przeleciał piszczący pterodaktyl. Usiadł na gałęzi, pochwycił ją szponami wielkości moich palców i krzywił białą głowę z masywnym, żółtym dziobem. Zupełnie niechcący wkroczyliśmy na teren gniazdującej pary bielików amerykańskich. Pewnym krokiem ruszyliśmy przed siebie, starając się zaoszczędzić orlim rodzicom stresu wynikającego z naszej obecności.
Las zaczął się przerzedzać, a wąska, leśna ścieżka szybko zamieniła się w szutrową drogę z widokiem na przebiegające tędy słupy sieci elektrycznej. Na jednym z pali wypatrzyłem koronę z chrustu przypominającą gniazdo. Chwyciłem lornetkę, a moim oczom ukazała się głowa drapieżcy w masce Zorro. Była to samica rybołowa czekająca w gnieździe, aż jej partner wróci z rybobrania. Te fantastyczne ptaki migrujące, które spotkamy na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy, żywią się wyłącznie rybami.
Chcieliśmy wyczekać z Karoliną moment, w którym samiec wróci do gniazda z soczystym pstrągiem. Zamieniliśmy się na stanowisku lornetką, a samica rybołowa wyraźnie zaczynała się niecierpliwić. Karolina podała mi lornetkę akurat w momencie, kiedy pani rybołów zatrzepotała skrzydłami i stanęła na brzegu gniazda. Byłem pewien, że samiec zjawi się lada moment. Wtedy kątem oka odnotowałem ruch na peryferiach wzroku. Głowa pomyślała najpierw, że to pewnie ludzie spacerujący po okolicy. Ale zaraz – jacy ludzie? Tu nie ma ludzi. Spojrzałem w prawo. Karolina dalej oglądała rybołowy, a ja, bez odwracania głowy w jej kierunku, wyszeptałem: – Choćby nie wiem co, zachowaj spokój, ale jak spojrzysz teraz w prawo, zobaczysz dwa czarne niedźwiedzie idące prosto w naszą stronę.
– Żartujesz?
Nasze dłonie momentalnie powędrowały na wiszące na naszych paskach od spodni zawleczki od sprejów na niedźwiedzie. Jednym ślizgiem kciuka odbezpieczyliśmy je. Wyciągnąłem z kieszeni race hukowe. Karolina podała naboje. Niedźwiedzie, oba podobnych rozmiarów – wielkości Fiata 125p – dalej maszerowały w naszą stronę. Były jakieś trzydzieści metrów od nas i żaden nie przejawiał oznak agresji. Wydawało nam się, że wciąż nas nie widzą. Głowy miały skierowane do ziemi, a ich nosy wydawały się ciężko pracować, jednak nie mogły łatwo nas wyczuć, jako że wiatr powiewał od nich w naszą stronę. Zaczęliśmy cofać się tyłem, nie spuszczając baribali z oczu. One dalej człapały w naszym kierunku, zmniejszając dystans do kilkunastu metrów. Załadowałem racę hukową i odpaliłem ją w stronę nieba, zwalniając sprężynę w wyrzutni przypominającej zwykły długopis. Nabój leciał przez kilka sekund, po czym huknął, rodząc niebywałe echo. Niedźwiedzie stanęły w miejscu. Jeden zwrócił głowę ku drugiemu jakby pytał o poradę. Wyraźnie potrzebowały pomocy w decyzji. Załadowałem drugi nabój. To samo. Strzał w górę, huk, echo. Tym razem jednak doczekaliśmy się oczekiwanej reakcji. Niedźwiedzie odwróciły się na piętach, mało nie uderzając w siebie głowami, i pognały przed siebie, ile sił w nogach. Biegły i biegły aż znikły w zaroślach. Więcej już ich co prawda nie widzieliśmy, ale sen tej nocy nie znalazł mnie łatwo.
Na Północy występują trzy gatunki niedźwiedzi: polarne, grizzly i baribale. Te ostatnie nazywane są też niedźwiedziami czarnymi, choć przymiotnik ten potrafi być mylący. Kolor ich futra przybiera wszystkie odcienie czerni i brązów. Niezwykle rzadkie baribale, nazywane niedźwiedziami duchami, kolor futra mają tak biały jak niedźwiedzie polarne. To wina zastąpienia pojedynczego genu, który powoduje wytwarzanie adeniny, a nie guaniny. Kiedy oboje rodzice wnoszą ten recesywny gen, efektem jest białe futro.
Baribale występują od Meksyku po Kanadę, a ich północny limit terytorium wyznacza granica występowania drzew. Te wszystkożerne ssaki dość często wdają się w konflikt z ludźmi. Z punktu widzenia baribala człowiek jest zbyt mały, żeby stanowić dla niego zagrożenie, jednocześnie zbyt duży, żeby uważać go za potencjalną ofiarę. Dlatego właśnie baribale przejawiają „przyjacielskie” zachowanie względem ludzi i niechętnie schodzą z drogi.
W przypadku napotkania agresywnego baribala, człowiek musi jasno zaznaczyć swoją dominację. Najlepiej racą hukową. W drugiej kolejności – jeśli zajdzie potrzeba – należy użyć spreju zawierającego duże ilości kapsaicyny, działającego podobnie do gazu pieprzowego. W ostatniej instancji, kiedy kontakt jest nieunikniony, z baribalem trzeba próbować walczyć wręcz. Śmiertelne wypadki zdarzają się niezwykle rzadko. W czasie wypraw zawsze uważam, że najlepsze niedźwiedzie to te, których nie widać. I faktycznie, większość niedźwiedzi ucieka w dal, jak tylko wyczuje swoim superczułym nosem obecność człowieka.
Protokół względem spotkań z niedźwiedziami grizzly jest nieco inny. Grizzly są dużo większe i dużo bardziej nieprzewidywalne od swoich czarnych kuzynów. One także mają tendencję do schodzenia ludziom z drogi, jednak wypadki z ich udziałem zdarzają się częściej, szczególnie w miejscach, gdzie ich terytorium za bardzo pokrywa się z działalnością człowieka. Przykładem jest tu Park Narodowy Banff, który rok w rok odwiedzają tysiące turystów, a który stanowi dom dla blisko 700 niedźwiedzi grizzly. W przypadku bezpośredniego kontaktu człowiek nie ma szans z ważącym blisko pół tony niedźwiedziem. Jeśli zawiodą race i spreje, co zdarza się niezwykle rzadko, pozostaje jedynie położyć się na ziemi na brzuchu z rękami i nogami rozłożonymi jak gwiazda, aby uniknąć bycia obróconym przez niedźwiedzia.
Ostoją grizzly jest dziś pas biegnący od Alaski po Zatokę Hudsona. Niedźwiedzie te straciły już większość swojego byłego terytorium na południe od granicy Kanady. W Kalifornii, która w swojej fladze ma wizerunek grizzly, żywego niedźwiedzia nie widziano od 1924 roku. Wystarczyło 200 lat, by wyginęły całkowicie na skutek polowań organizowanych przez kolonialnych osadników. Historycznie niedźwiedzie grizzly występowały nawet w Meksyku. Dziś, najdalej na południe, populacje grizzly znajdziemy w Parku Narodowym Yellowstone.
Ostatnie z niedźwiedzi Północy to wielbiciele lodu i foczego tłuszczu, czyli niedźwiedzie polarne. Terytorium, jakie zajmują niedźwiedzie polarne, nigdy nie pokrywało się z geografią żadnej z naszych wypraw. To celowy zabieg, bowiem z niedźwiedziami polarnymi nie ma żartów i ich obecność wymaga całkowicie innych przygotowań i zachowań. Pośród sprzętu wyprawowego pojawia się broń, noce przerywać trzeba wartami, a w wypadku konfrontacji niedźwiedź rzadko kiedy uchodzi z życiem. Należy pamiętać, że ten największy z lądowych drapieżników jest pod ogromnym środowiskowym naciskiem wywołanym przez zmiany klimatyczne. Lodu na morskich wodach Arktyki jest coraz mniej, a bez lodu niedźwiedzie polarne nie są w stanie polować na foki. Naukowcy zauważają wśród nich tendencje adaptacyjne. Niedźwiedzie polarne wykształciły nowe techniki polowań na białuchy – niewielkie wieloryby, które rozmnażają się w okolicach ujść arktycznych rzek. Każdego roku odnotowuje się też przesunięcie granicy w głębi lądu, gdzie zapuszczają się niedźwiedzie polarne w poszukiwaniu pożywienia. Nie tylko prowadzi to do konfliktu z ludźmi, ale też z niedźwiedziami grizzly, które zaciekle bronią swoich terytoriów. Co ciekawe, wypatrzono w naturze już kilka osobników niedźwiedzi grolarnych, czyli hybryd powstałych w wyniku mieszania się niedźwiedzi grizzly z polarnymi.
Pewnego razu poznałem amerykańskiego wioślarza z Portland o imieniu Lee. Był on prawdopodobnie jedną z najbardziej doświadczonych osób w zakresie wypraw na Północ. Z minionych 44 lat 43 razy spędził lato na Północy, podejmując się subarktycznych ekspedycji. Jedną z nich była przeprawa kajakowa z Chesterfield Inlet do Gjoa Haven w Nunavut wzdłuż wybrzeży Zatoki Hudsona i Oceanu Arktycznego. W wyprawie towarzyszył mu jego przyjaciel Sam.
W okolicach zatoki Wager byli zmuszeni dokonać kilkunastokilometrowej przeprawy. Zatoka Hudsona znana jest z gigantycznych pływów i żeby uniknąć zepchnięcia na otwarte morze przez zbliżający się odpływ, Lee i Sam wiosłowali z całych sił. Kiedy dotarli wreszcie na suchy ląd, byli tak wykończeni, że ostatkiem sił postawili namiot. Porywisty wiatr utwierdził ich w decyzji, że nie będą w stanie gotować i na czczo padli prosto do środka spać. Każdej nocy zasypiali z bronią między nogami, jednak tym razem strzelba została w przedsionku.
Nad ranem Lee wyrwał ze snu krzyk Sama. Kiedy otworzył oczy, zobaczył jak jego przyjaciela – leżącego na brzuchu, wydzierającego się wniebogłosy – ciągnie za nogi szarobiały niedźwiedź polarny! Lee błyskawicznie oprzytomniał. Szeleszczący namiot walił mu się na głowę, co utrudniało znalezienie suwaka. Kiedy go wymacał, ten zaciął się na amen. Lee rozpruł scyzorykiem namiot, sięgnął po strzelbę i wyczołgał się z namiotu jak żołnierz w koszarach. W ułamku sekundy obrał cel – głowa niedźwiedzia, która w tym momencie szarpała nogę Sama. Nie ma czasu na myślenie. Strzał! Niedźwiedź puszcza Sama i ryczy. Drugi strzał! Trzeci strzał! Niedźwiedź próbuje odbiec, ale pada po kilkunastu sekundach. Lee biegnie do Sama. Jakimś cudem poza krwawiącą kostką i podziurawionym polarem nic mu nie jest. Kiedy Lee podchodzi ostrożnie do niedźwiedzia, ten wydaje z siebie ostatnie tchnienie.
Zgodnie z prawem Kanady można zastrzelić niedźwiedzia polarnego w ramach samoobrony, ale prawo stanowi, że trzeba ten fakt niezwłocznie zgłosić do ministerstwa środowiska. Lee wyciągnął więc z plecaka telefon satelitarny, rozwinął antenę i zadzwonił do przyjaciela, prosząc o namiary do ministerstwa. Kolejny telefon połączył go z jegomościem siedzącym gdzieś w biurowcu w odległej Ottawie.
– Chciałem zgłosić, że zastrzeliłem niedźwiedzia polarnego w zatoce Wager w terytorium Nunavut – poinformował Lee.
– Że co pan zrobił? – zaatakował głos po drugiej stronie.
– Proszę pana, mój przyjaciel został dosłownie wyciągnięty przez niego z namiotu. Nie miałem w tej sprawie wyboru.
– Rozumiem, rozumiem. Proszę poczekać – słuchawka jakby została odłożona, choć satelitarny abonament nie przestawał naliczać. – Halo! Jest tam kto dalej na linii?
– Jestem – przytaknął Lee.
– Zgodnie z prawem federalnym w zaistniałej sytuacji rząd Kanady przyśle helikopter po skórę. Jednak to pan musi ją zedrzeć z niedźwiedzia.
– Z całym szacunkiem, ale nie jestem w stanie sprostać tym wymaganiom.
– A to niby dlaczego?
– Dlatego, że mam przy sobie jedynie scyzoryk.
Rząd Kanady ostatecznie wysłał helikopter nad zatokę Wager i zabrał niedźwiedzia w całości. Lee i Sam kontynuują odkrywanie zakamarków Północy, choć nie zapuszczają się już na terytoria zamieszkałe przez niedźwiedzie polarne.
Tak bardzo chciało nam się bananów. Byliśmy gotowi wiosłować, ile sił w rękach, omijając tor przeszkód oddzielający nas od społeczności Fort Simpson. Dehcho, z którą zaprzyjaźniliśmy się przez ostatni tydzień, miała właśnie zmienić się nie do poznania. Do tej pory jej ciche wody były przejrzyste i meandrowały wzdłuż wąskiego koryta. Teraz miała je zasilić od zachodu Liard – rzeka, która ma zupełnie inny charakter. Bieg zaczyna wysoko w Górach MacKenzie i ciągnie ze sobą miliony ton osadu, który nadaje jej czekoladowy kolor. Po wiosennych roztopach mknie z takim impetem, że rok w rok porywa setki przybrzeżnych drzew. Świerk za świerkiem, sosna za sosną, olbrzymie konary suną z nurtem Liardu jak pociski. Ich celem jest ocean, choć niektórym z nich zajmie dziesiątki lat, aby tam dotrzeć. Przy Fort Simpson kawalkada drzew wbija się bezpardonowo prosto w nurt Dehcho. Rozsądniej i dużo bezpieczniej byłoby trzymać się prawego brzegu. Ale przecież tak bardzo chce nam się bananów.
Po lewej mijamy wysokie klify. Już odsłania się zza nich bieg Liardu. Wiosną w tym miejscu kumulują się wysokie na kilkanaście metrów hałdy lodu. Wyliczamy kąt płynięcia i szacujemy nakład sił potrzebny do wcelowania do Fort Simpson. Żeby tam dotrzeć, musimy dołączyć do Liardu i wiosłować pod prąd, pod kątem 45 stopni, prosto do oddalonego o dwa kilometry brzegu. Wiem, że nurt Liardu jest silny. Dwanaście, może czternaście kilometrów na godzinę. Zły kąt lub za mało sił i Liard porwie nas ze sobą. Szlag trafi bananowe marzenie.
Wyraźnie widzimy już poszarpaną granicę dwóch rzek wyznaczoną przez dwukolorowy pasek przypominający flagę Kataru. Dołączamy do Liardu, który momentalnie obraca nas zgodnie z silniejszym nurtem. Z każdej strony otaczają nas mknące przed siebie wielotonowe konary. Większość nie straciła nawet jeszcze gałęzi, które wystają ponad powierzchnię. Za życia skierowane były na zachód, teraz sterczą wycelowane ku niebu jak płetwy rekinów.
Łapiemy oddech. Obieram kurs, robiąc szeroki łuk wiosłem z prawej burty. Cała naprzód. Nie, jednak stop. Hamujemy, żeby puścić drzewną torpedę. Miała przynajmniej dwadzieścia metrów. Rozpędzamy się od nowa. Widzimy kolejne drzewo kilkadziesiąt metrów w górze rzeki. Chcemy je puścić przodem, ale nagle znikąd wynurza się jak batyskaf kilkumetrowa gałąź. Z drzewa zatopionego tuż pod powierzchnią wody. Przyśpieszamy, ile sił w rękach. Kolizja z takim rozpędzonym konarem może nas zwyczajnie zatopić. Teraz nie mamy wyjścia. Musimy zdążyć, zanim kolejny konar przetnie nasz tor. Udaje się z minimalnym zapasem – końcówka jednej gałęzi ociera się igłami o tył naszego canoe. Pot spływa mi z czoła strugami. Mięśnie rąk naprężone jak liny na starym statku. Krew w żyłach przemieniona w parzącą lawę, a my wiosłujemy dalej, nie mając prawa do ani chwili odpoczynku. Wydajemy sobie nawzajem dopingujące komendy. Lewa! Prawa! Mocniej! Już niedaleko! Wydaje mi się, że serce wyskoczy mi zaraz przez gardło. Kolejna kłoda. Szybki unik i znów cała naprzód. Nie przegrywamy tej walki, nie poddamy się. Nareszcie minęliśmy autostradę z drzewnych pocisków, pozostaje walka z nurtem. Płyniemy teraz właściwie pod prąd, powoli zbliżając się do brzegu. Już widać niedaleko wielkie, drewniane tipi. Pojawiają się pierwsze budynki. Szkoda byłoby się poddać w takim momencie. Harujemy, jak tylko się da. Gdyby Liard była śmietaną, już dawno ubilibyśmy masło. Nagle zauważam przybrzeżną cofkę. Żeby tylko przekroczyć jej granicę. Kilka ostatnich mocnych pociągnięć. Wpływamy w cofkę. Obraca nas o 90 stopni. Dobijamy do brzegu.
Łapiemy za liny przymocowane do canoe i ciągniemy je za sobą jak psa na smyczy. Padamy na ziemię z linami w ręku. Sapiemy i dyszymy. Udało się. Przedostaliśmy się na wskroś rzeki Liard prosto do Fort Simpson.
– Czego się nie robi dla bananów – kwituje Karolina.
Dla Dene, przedstawicieli Pierwszych Narodów, zaledwie kilka punktów na Północy zasłużyło sobie na rangę „centralnego miejsca spotkań”. W nich mieszkańcy władający językami atabaskańskimi spotykali się dorocznie, by wymienić się towarami i wiadomościami. Dene to szeroka grupa etniczna, na którą składają się podgrupy Tlicho, Chipewyan, Slavey, Gwich’in, Sahtu i Yellowknives. Dla Tlicho i Yellowknives takim miejscem spotkań było Edzo położone na północnym brzegu Wielkiego Jeziora Niewolniczego. Edzo było nie tylko świadkiem pokojowej wymiany dóbr i informacji, ale także wojny, która rozpętała się w XVIII wieku pomiędzy oboma grupami na podłożu konfliktów handlowych. Jak mówią historie przekazywane ustnie przez Tlicho, konflikt udało się zażegnać wyłącznie dzięki oratorskim umiejętnościom wodza Edzo, który przekonał do pokoju Akeitcho – ówczesnego wodza Yellowknives. Po ustanowieniu pokoju miała miejsce ogromna uroczystość, podczas której tańczono przez okrągłe dwa dni. Okrąg pozostały po tym tańcu można zobaczyć do dziś na brzegu jeziora Mesa.
Kolejnym centralnym miejscem spotkań był właśnie zbieg rzek Dehcho i Liard. Każdego lata spotykały się tu ze sobą grupy Slavey i Tlicho. Miejsce to nazwano Łı́ı́dlı̨ı̨ Kų́ę́, co w wolnym tłumaczeniu języka Dene (Chipewyan) oznacza właśnie miejsce, gdzie rzeki spotykają się ze sobą. W 1803 roku Kompania Północno-Zachodnia, zawiedziona małą ilością futer spływających z Fortu Gór Skalistych, ustanowiła w tym miejscu Fort of the Forks. Celem było wzmożenie handlu futrami w regionie. Nad zbieg rzek Dehcho i Liard zaczęło spływać tyle futer rysi, niedźwiedzi czy rosomaków, że wkrótce Fort of the Forks zyskał sobie miano Imperium Północy. W 1823 roku Fort of the Forks nazwano Fort Simpson.
Wielkie tipi, które zauważyliśmy podczas przeprawy przez Liard, również miało swoją historię. W 1984 roku papież Jan Paweł II oświadczył, że podczas zbliżającej się podróży po kraju pragnie spotkać się z rdzenną ludnością Kanady. Nie podał jednak miejsca, pozostawiając tę kwestię do rozstrzygnięcia Pierwszym Narodom. Jim Antoine, ówczesny wódz Łı́ı́dlı̨ı̨ Kų́ę́ First Nation, momentalnie zaczął zabiegać o poparcie dla wizyty papieża w Fort Simpson. Ostatecznie rdzenna społeczność w kraju poparła ten pomysł. Pozostało przygotować się na wizytę i czekać.
19 września 1984 roku rozpoczął się od usterki samolotu papieskiego McDonnell Douglas DC-10. Papież, wraz ze sztabem, czekali na płycie lotniska w Edmonton, aż inżynierowie z nią się uporają. W tym czasie wokół ogromnego tipi wybudowanego w Fort Simpson zebrało się już blisko trzy tysiące przedstawicieli Pierwszych Narodów – trzykrotnie więcej niż mieszkańców osady. Stali w deszczu, oczekując nie tylko samego papieża, ale także jego słów, z którymi wiązali ogromne nadzieje. Przez lata zarówno Kościół jak i rząd Kanady krzywdzili i dopuszczali się zbrodni przeciwko Pierwszym Narodom na skalę przekraczającą granice wyobraźni (zainteresowanych odsyłam do reportażu 27 Śmierci Tony’ego Obeda[6]). Teraz mieszkańcy byli otwarci na dialog, na pojednanie, na przeprosiny i na mobilizację rządu w sprawie ich praw jako obywateli Kanady oraz praw do ziem, jakie zamieszkują.
Późnym porankiem papieski samolot wreszcie wystartował z Edmonton. W Fort Simpson rosły emocje, rozpoczęły się tańce i śpiewy, a w centralnym miejscu tipi czekał już na papieża ręcznie wykonany fotel z poroża łosia i skór karibu. Samolot papieski rozpoczął przygotowania do lądowania, kiedy otrzymał od kontrolera w Fort Simpson informację o pogarszającej się pogodzie i gęstej mgle. Kołował wokół lotniska i podjął trzy próby lądowania, jednak widoczność nie pozwalała na bezpieczne przeprowadzenie manewru. Załoga zdecydowała o odwołaniu lądowania i zawróceniu na najbliższe lotnisko z dobrą widocznością. Wizyta papieska w Fort Simpson nie doszła do skutku. Mieszkańcy byli głęboko zawiedzeni. Ich jedynym pocieszeniem była obietnica Jana Pawła II, który obiecał wrócić do Fort Simpson przy pierwszej możliwej okazji.
Faktycznie, Papież dotrzymał słowa i 19 września 1987 roku, po zakończeniu pielgrzymki w USA, skierował się z Detroit prosto do Fort Simpson. Pogoda była dużo łaskawsza. Wokół tego samego tipi zebrało się blisko pięć tysięcy przybyszy. Fotel z poroża łosia doczekał się użycia. Papież zasiadł w nim i wyraził poparcie dla mieszkańców Pierwszych Narodów: „Przybywam do Was, by spojrzeć wstecz, na Waszą przeszłość, głosić Waszą godność i wspierać Waszą przyszłość”. Papież pobłogosławił to, co święte dla Dene: ziemię, wodę i powietrze. Spotkał się z przedstawicielami Narodu Dene i nalegał, aby rząd Kanady uregulował roszczenia do ziemi rdzennej ludności i stał się „wzorem dla świata”. W Fort Simpson wezwał do sprawiedliwego rozstrzygnięcia kwestii gruntów i przyznania, że ludność tubylcza była niesprawiedliwie traktowana.
Minie kolejne siedem lat, zanim rząd Kanady uhonoruje prawa Pierwszych Narodów do ziem otaczających Dolinę MacKenzie. Minie kolejnych dziesięć, zanim zamknie się ostatnia szkoła rezydencyjna w Rankin Inlet, co położy kres dekadom wykorzeniania kultury Pierwszych Narodów i łamania praw człowieka.
Miasteczko z łatwością dało się obejść. Ulice pełne były turystów, którzy zjawili się tutaj o czasie na doroczny festiwal. W centralnym punkcie odwiedzamy niewielkie muzeum regionu, w którym do dziś stoi papieski tron z poroży łosi. Naszym najdalszym punktem na mapie był sklep Northern oddalony od zacumowanego canoe o niespełna dwa kilometry. Sklepy Northern znajdziemy u najodleglejszych społeczności kanadyjskiej Północy. Rząd skutecznie obniża ceny na półkach subsydiami, pomimo tego osiągają one astronomiczne pułapy – mleko, cukier czy chleb kosztują tu pięciokrotnie więcej niż na południu kraju. Ze sklepu wyszliśmy szczęśliwi – z papierową torbą pełną poczerniałych bananów zakupionych z przeceny za jednego dolara.
Wracając już nad rzekę, usłyszeliśmy za plecami wołanie znajomego głosu. Obróciwszy się, zobaczyłem po drugiej stronie szutrowej ulicy sylwetkę Geralda, który wymachiwał rękami w naszą stronę, próbując telepatycznie zatrzymać nas w miejscu. Nie był sam. Towarzyszył mu rosły jegomość w okularach z perfekcyjnie okrągłymi przyciemnianymi szkiełkami. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i mimowolnie dołączyliśmy do wysłuchiwania opowieści, która automatycznie zmieniła język wypowiedzi z niemieckiego na angielski.
Nowopoznany jegomość na imię miał Jorg, pochodził tak jak Gerald z Niemiec, a na Północ sprowadziła go miłość do latania w buszu. Od blisko dwudziestu lat umożliwiał miejscowym społecznościom kontakt ze światem. Nie ma chyba wyczerpującej listy tego, czego pilot w buszu podejmie się w czasie swojej kariery. Dla Jorga było to chociażby przyjęcie porodu zimą w jednosilnikowym samolocie Beaver, zaparkowanym płozami na zamarzniętym Wielkim Jeziorze Niedźwiedzim. Historia zakończyła się szczęśliwie i niewielka społeczność Deline zyskała kolejnego obywatela.
Staliśmy we czworo na chodniku, a Jorg opowiadał i opowiadał. Historie były niezwykłe, więc słuchaliśmy z zaciekawieniem, podjadając banany i co jakiś czas przerywając sobie uderzeniem w głowę unicestwiającym natrętnego komara.
– Była zima 1997 roku. A może to był 1998? – Jorg zawiesił na chwilę głos. – Latałem wtedy na samolotach Twin Otter. Dwójka pilotów, większe dostawy i odległości. Klient w Yellowknife przekazał nam pudełko z dziurkami, siedział w nim kot. Naszym zadaniem było dostarczyć go do właściciela w Fort Simpson. Bułka z masłem. Oczywiście zadań na ten dzień było dużo więcej i kiedy wylądowaliśmy nad Dehcho w Fort Providence, powiedziałem do drugiego pilota, że ten kot w pudełku jest jakiś mało ruchliwy. Wyciągnąłem z kieszeni scyzoryk i przeciąłem taśmę. Mój kolega otworzył pudło i obaj nie mogliśmy uwierzyć oczom... kot był nieżywy!
Gerald zrobił wielkie oczy. – I co? Co zrobiliście? Zgłosiliście to do bazy?
– Ależ skąd! Mój kolega słusznie zauważył, że ten kot wyglądał jak książkowy kot z ulicy. Ot, taki najzwyklejszy dachowiec. Poszliśmy więc na spacer po Fort Providence i niedaleko wysypiska śmieci znaleźliśmy kota. Był identyczny! No to złapaliśmy go, wsadziliśmy do kartonu, zakleiliśmy z powrotem taśmą i odlecieliśmy do Fort Simpson. Na miejscu poszliśmy pod wskazany adres i zapukaliśmy do drzwi właściciela. Starszy jegomość otworzył pudełko i momentalnie zauważyłem, jak twarz robi mu się czerwona ze złości. Krzyknął do mnie: „Co to ma być do cholery!?”. „To pański kot”. Mężczyzna trzasnął drzwiami i odpowiedział z drugiej strony: „Mój kot? To ma być mój kot? Mój kot był martwy!!!”.
Północ żyje opowieściami i ludzie wymieniają się nimi jak drogocennymi kartami kolekcjonerskimi. To najlepsza rozrywka, szczególnie jak trafia się taka dobra i dotąd niesłyszana. I kto wie, może opowieść Jorga przetrwa kolejne tysiąc lat, tak jak opowieści Pierwszych Narodów o Tsà – bobrze gigancie?
Jorg odprowadził nas nad rzekę i pomógł Geraldowi wydobyć zakopane w gąszczach canoe. Schowane było między trzcinami nie dalej jak dwadzieścia metrów od naszego żółtego Clippera. Pożegnaliśmy się z Jorgiem i chwilę później sunęliśmy już razem w dół Dehcho, przywiązani do Geralda. Dla łatwości konwersacji związaliśmy tymczasowo nasze łajby ze sobą. My zajadaliśmy się bananami jak szympansy, Gerald zaś wcinał kiełbasę z łosia, zakupioną również w sklepie Northern. W międzyczasie wymieniliśmy się wydarzeniami minionego tygodnia. Dowiedzieliśmy się, że Geraldowi wilk ukradł but sprzed namiotu i że skończył mu się papier toaletowy. Karolina pożaliła mu się w zamian, że w społeczności Jean Marie River ugryzł ją pies. Ja natomiast pochwaliłem się, jak uszyłem ze znalezionych w Fort Providence śmieci płótno ochronne pod nasz namiot.
Gdy tylko rozwiązaliśmy nasze canoe i zaczęliśmy wiosłować, Gerald spojrzał na mnie i uniósł brew. Widziałem, że chciał coś powiedzieć, ale nie mógł tego z siebie wydobyć.
– O co chodzi, robię coś źle? – zapytałem, przekładając wiosło z lewej strony burty na prawą, by utrzymać kierunek.
