Miasto, które smakuje yerba mate. Reportaż z Montevideo - Kinga Eysturland - ebook + książka

Miasto, które smakuje yerba mate. Reportaż z Montevideo ebook

Eysturland Kinga

0,0
59,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Montevideo się nie zwiedza – je się przeżywa.

 

Z filiżanką yerba mate w dłoni, w rytmie bębnów candombe i rozmów prowadzonych na targach, stadionach i w sąsiedzkich barach. Kinga Eysturland, związana z miastem od ponad dekady, prowadzi poza turystyczne trasy – przez Ciudad Vieja, Pocitos, Carrasco i El Prado – do miejsc, w których toczy się życie urugwajskiej stolicy.

 

Autorka oddaje głos mieszkańcom Montevideo – producentce biżuterii, przedsiębiorcom, sportowcom i ludziom kultury. Ich opowieści prowadzą przez miasto widziane od środka i sprawiają, że stajesz się uczestnikiem rozmów o historii, mentalności oraz codziennych rytuałach stolicy.

 

Spróbujesz chivito, wołowinę z parrilli i dulce de leche, nauczysz się rytuału picia yerba mate, zrozumiesz, dlaczego piłka nożna jest tu sprawą niemal świętą, a spacer Ramblą – najlepszym sposobem na myślenie o świecie.

 

Zwiedź, zasmakuj i pokochaj Montevideo od środka!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 211

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Autor: Kinga Eysturland

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Kamila Recław

Projekt graficzny okładki: Panczakiewicz Art.design

Opracowanie techniczne i skład: Robert Kupisz

Zdjęcia: archiwum prywatne autorki

Redaktor prowadząca: Alicja Pająk

Kierownik redakcji: Agnieszka Górecka

© Copyright by Kinga Eysturland © Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Bielsko-Biała 2026

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. ul. Zapora 25 43-382 Bielsko-Biała tel. 338282828, fax [email protected]

ISBN 978-83-8317-757-1

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszystkie treści zawarte w tej publikacji, w tym teksty, ilustracje, zdjęcia i grafiki, podlegają ochronie prawnoautorskiej. Zabrania się ich wykorzystywania do trenowania modeli sztucznej inteligencji, w tym dużych modeli językowych (LLM), tworzenia zbiorów danych, eksploracji tekstów i danych (text and data mining) oraz jakichkolwiek innych form automatycznego przetwarzania treści w celach komercyjnych, analitycznych lub badawczych bez uprzedniej, pisemnej zgody wydawcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Moim córkom: Nurii i Fridzie –pierwszym Urugwajkom w rodzinie

„Montevideo to miasto pełne snów. Dlatego nikt się nim nie opiekuje. (...) W Montevideo śnimy o odległych krajach, niemożliwych miłościach lub nowych celach. Gdy jesteś w Montevideo, wchodzisz w niebezpieczny stan i wtedy słyszysz tango”.

Alfredo Fressia

Wstęp

8 września 2012 roku. Samolot brazylijskich linii GOL siada ciężko na płycie lotniska w Montevideo. Z głośników rozbrzmiewa powitanie, stewardesy uśmiechają się profesjonalnie, pasażerowie wstają z miejsc. Jestem wśród nich – razem z moim partnerem, dziś już mężem, Ivanem. Wysiadamy na nowym terminalu lotniska Carrasco, którego owalna, futurystyczna bryła przypomina bardziej statek kosmiczny niż port lotniczy. W duchu ochrzciłam go „Star Trek” i tak już zostanie.

To mój pierwszy raz w Urugwaju. Przybywam tu z głową pełną obrazów, które przez tygodnie sączyły się z promocyjnych filmów Urugwajskiej Organizacji Turystycznej pokazywanych mi przez Ivana. Indoktrynacja pełną parą. Gaucho z termosami yerba mate w objęciach pampy, słońce w kolorze cynobrowym zachodzące nad Atlantykiem, tętniące życiem Punta del Este, historyczna Colonia del Sacramento z urokliwą architekturą rodem z południowej Europy. Raj dla zmysłów, dla plażowiczów, dla smakoszy wołowiny i czerwonego wina. Dla tych, którzy szukają słońca, ciszy i świętego spokoju. Tyle obiecują ładne kadry stworzone przez doświadczonych marketingowców.

Tymczasem już podczas drogi do centrum Montevideo zderzam się z rzeczywistością. Pierwsze wrażenia? Rozczarowanie. Zawód. Niedowierzanie. Zamiast Monte Carlo – wychłodzone miasto w końcówce urugwajskiej zimy. Szarość rozlana między eklektycznymi budynkami i nierównymi chodnikami. Zamiast raju – niepokój i pytania. Montevideo nie wygląda tak, jak namalowałam je sobie w głowie. Filmiki nie dotrzymały swojej obietnicy, a spojrzenie Ivana mówiło: przecież nie twierdziłem, że wszystko będzie idealnie.

Letni dzień w Ciudad Vieja

Zatrzymujemy się w butikowym hotelu w Ciudad Vieja. Stołeczna starówka wita nas chłodem i walającymi się dookoła śmieciami. Hotel Plaza Fuerte, który dziś już nie istnieje, wtedy był naszym pierwszym „domem” na urugwajskiej ziemi. Patrzę przez okno i widzę kamienice w stylu kolonialnym dzielące przestrzeń z modernistycznymi blokami. Balkony zdobione kutym żelazem tuż obok zardzewiałych krat i łuszczącej się farby. Starówka wygląda bardziej jak dzielnica widmo niż historyczne centrum. Jest w niej coś organicznego, nieokiełznanego. W Europie starówki są sercem miast – odnowione, błyszczące, wypolerowane, doinwestowane. W Montevideo – jakby ktoś o niej zapomniał. Niewygodny wrzód na tkance miejskiej, śpiewający swoją pieśń o przeszłości i dawnej świetności.

Z każdym kolejnym spacerem ośrodek odsłania swoje nowe warstwy. Trochę jak cebula, a trochę jak dobrze zakamuflowany charakter – Montevideo nie daje się poznać od razu. Nie oferuje łatwej miłości. Nie uwodzi na pierwszy rzut oka. Wymaga cierpliwości, czasu oraz zgody na to, że nie wszystko okaże się piękne i wygodne.

Były momenty, gdy mówiłam sobie, że nigdy więcej. Kiedy spakowana siedziałam na walizce i powtarzałam w myślach, że to na pewno nie miejsce dla mnie. Ale wracałam i wracałam. Bo Montevideo nie jest jak namiętny kochanek – raczej jak trudna relacja. Bywa toksyczna, ale też ekscytująca. Z czasem zaczęłam akceptować jego wady. Niektóre nawet pokochałam. Inne – wciąż negocjuję.

Przyjechałam tu jako znawczyni Skandynawii. Latynoski świat był mi obcy, język hiszpański brzmiał jak potok nieznanych dźwięków. A Urugwaj? Terra incognita. Dziś Montevideo to mój dom. Miasto, które mnie zmienia i które wciąż potrafi mnie zaskoczyć – raz olśniewająco, raz boleśnie.

Ta książka to opowieść o miejscu, które przez lata żyło w cieniu swojego większego brata – Buenos Aires, w cieniu, w którym dzieją się rzeczy ciche, ważne i prawdziwe. Chcę się nimi podzielić.

Zapraszam cię do Montevideo. Miasta, które nie ma wiele wspólnego z Bernem ani Zurychem, choć jest stolicą kraju nazywanego Szwajcarią Ameryki Łacińskiej. Miasta, które nie próbuje być czymś innym, niż jest. Miasta, którego trzeba się nauczyć, żeby najpierw je zrozumieć, a później pokochać.

¡Bienvenidos a Montevideo!

Urugwaj nie ma gór. A przynajmniej nie takie, które można by wpisać na listę marzeń alpinistów. To kraj głównie nizinny, rozciągający się leniwie pomiędzy trawami pampy, gdzie rytm wyznaczają pasące się krowy i słońce niezłomnie sunące po niebie. Cerro Catedral, najwyższy punkt w kraju, wznosi się na zaledwie 513 m n.p.m. W skali kontynentu to łupinka zajmująca ostatnie miejsce wśród południowoamerykańskich szczytów. Jednak Montevideo nie jest całkiem płaskie. W codziennej rzeczywistości pieszych i rowerzystów tutejsze pagórki potrafią dać się we znaki. Szczególnie latem, gdy asfalt parzy w stopy, a każdy podjazd wydaje się osobistym wyzwaniem.

A jednak to właśnie wzgórze – jedno, samotne i na dodatek niezbyt imponujące – dało nazwę całej stolicy. Według legendy zauważył je marynarz z wyprawy Magellana, zbliżając się do brzegu Nowego Świata, i obwieścił to gromkim: Monte vide eu! – Widzę górę! Inna wersja mówi o kartograficznym zapisie Monte VI De Este a Oeste – szósta góra z kolei, licząc ze wschodu na zachód. Fakty ponownie ustępują miejsca opowieściom – ale jedno jest pewne: chodzi o Cerro de Montevideo, wznoszące się na 134 m n.p.m.1

Aleja Herrery to granica Pocitos i Buceo

To na jego szczycie hiszpański dowódca Bruno Mauricio de Zabala założył punkt obserwacyjny mający chronić miasto przed atakami od strony wody. W 1802 roku wzniesiono tam latarnię morską. W 1809 roku rozpoczęto budowę twierdzy, którą ukończono 30 lat później – stoi ona do dziś, lecz mało kto ją odwiedza, chociaż mieści się w niej Museo Militar Fortaleza General Artigas. Cerro – dzielnica wokół wzgórza – aktualnie nie cieszy się najlepszą sławą. Mimo że forteca powinna być atrakcją turystyczną, zła reputacja okolicy skutecznie odstrasza turystów.

A przecież Cerro wciąż żyje swoją historią. Widać ją w nazwach ulic – Grecia, Francia, Suiza, Polonia – stanowiących ślady po europejskich imigrantach, którzy kiedyś wierzyli, że to właśnie tu czeka na nich lepsze życie. Wśród potomków tych marzycieli urodziła się Natalia Oreiro – ikona telenowel i latynoskiej popkultury. A także José Mujica, „el Pepe” – nieżyjący już były prezydent Urugwaju, który uczynił z prostoty życia swój znak rozpoznawczy.

Montevideo rośnie, chociaż niezbyt gwałtownie. W 1950 roku liczyło nieco ponad 1,2 miliona mieszkańców, dziś – ok. 1,7 miliona. To ponad połowa ludności całego kraju. Mimo rolniczego charakteru Urugwaju, aż 96%2 obywateli żyje w miastach. Dla porównania: drugie co do wielkości skupisko mieszkańców, Salto, liczy nieco ponad 100 tysięcy obywateli.

Z morza pamp i pagórków wyłania się miasto, którego nazwa zaczęła się od wzgórza – skromnego, niepozornego, ale widocznego z daleka. Takiego, które być może naprawdę ktoś kiedyś zobaczył i na jego widok zawołał z pokładu statku: Monte vide eu!

Avenida Italia – nieoficjalna granica zamożności

Miasto po przejściach, kraj bez wojny

Z pozoru nic nie zapowiadało wojny. Ciche uliczki Montevideo i rozległe plaże bardziej zachęcają do spaceru niż do walki. A jednak przez ponad sto lat właśnie tu – na skrzyżowaniu interesów mocarstw i ambicji polityków – toczyły się walki, które kształtowały nie tylko kraj, ale też miasto.

W XIX wieku Montevideo było bardziej fortecą niż metropolią. Twierdzą nad Río de la Plata, którą blokowali raz Francuzi, raz Brytyjczycy, a najczęściej – sąsiedzi. W czasie, gdy trwała Guerra Grande (Wielka Wojna, 1839–1851), przez dwanaście lat ośrodek pozostawał w stanie oblężenia. Życie toczyło się za murami, a każda dostawa z zewnątrz stanowiła wydarzenie. Na ulicach stacjonowały oddziały brazylijskie, a z okien domów wypatrywano argentyńskich wojsk.

Montevideo było wtedy jak mała Europa w Ameryce Południowej. Tętniące życiem, pełne imigrantów, interesów, ale też napięć. Trochę Paryż, trochę Genua, a trochę wojenny front. Wojny domowe rozgrywały się często właśnie w stolicy. To stąd rządzili Colorados, tu próbowano zdobywać władzę z rąk Blancos. Partyzanckie walki i przewroty nie omijały Alei 18 de Julio ani Starego Miasta. Każda rewolucja niosła się echem po ośrodku.

A potem nadeszło XX stulecie – i choć nie przyniosło klasycznych wojen, przywiało coś innego: strach. W latach 60. i 70. na ulicach Montevideo grasowali Tupamaros – partyzanci, którzy porywali polityków i urządzali akcje sabotażowe, a władze odpowiadały brutalną siłą. Miasto znów znalazło się w stanie oblężenia – tym razem psychicznego. Przyszła cenzura, a potem zamach stanu i dyktatura wojskowa.

Plaza Matriz

Od 1985 roku po dziś dzień Urugwaj jest jednym z najspokojniejszych krajów Ameryki Łacińskiej. Montevideo nie pamięta dźwięku syren alarmowych, nie ma bunkrów ani posterunków wojskowych. O wojnach świadczą jedynie stare pomniki, nazwy ulic i wspomnienia. Dominuje też świadomość, że nawet w miejscu znającym przemoc można zbudować kulturę pokoju i współistnienia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Niektóre źródła podają również wysokość 132 m n.p.m. ↩

2databank.worldbank.org [dostęp: 25.10.2025]. ↩