Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę już wkrótce będziesz mógł / mogła wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Zapisz się do kolejki i zaczekaj, aż pozyskamy ją dla Ciebie.
Aktualizację dostępności potwierdzimy w naszych social mediach:
Powieść "Miasto i miasto", współczesny literacki odpowiednik kultowego filmowego „Blade Runnera”, kojarząca się nieodwołalnie z Franzem Kafką, Phillipem K. Dickiem i Raymondem Chandlerem, jest kryminałem wyniesionym na zdumiewające wyżyny metafizyczne i artystyczne.
China Miéville stworzył swą najdoskonalszą dotąd powieść – egzystencjalny thriller rozgrywający się w mieście najniezwyklejszym ze wszystkich, realnych czy wyimaginowanych.
Gdy w ponurym, chylącym się ku upadkowi mieście Besźel położonym gdzieś na skraju Europy znaleziono ciało zamordowanej kobiety, wydawało się, że inspektora Tyadora Borlú z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni czeka kolejna rutynowa sprawa. W miarę postępów śledztwa Borlú odkrywa jednak dowody wskazujące na spiski znacznie dziwniejsze i groźniejsze niż wszystko, co mógłby sobie wyobrazić. Wkrótce inspektorowi i bliskim mu ludziom zaczyna grozić niebezpieczeństwo. Borlú musi przekroczyć granicę niepodobną do żadnej innej i wyruszyć do jedynego miasta na Ziemi, które jest równie dziwne jak to, w którym mieszka.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Tczewie
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Gostyniu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 466
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
CHINA MIÉVILLE
MIASTO I MIASTO
Przełożył
Michał Jakuszewski
Zysk i S-ka
Wydawnictwo
Tytuł oryginału
THE CITY & THE CITY
Copyright © China Miéville 2009
Ali rights reserved
Copyright c for the Polish translation by
Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2010
Ilustracja na okładce
Yincent Chong
Redaktor
Mirosław Jarosz
ISBN 978-83-7506-556-5
Zysk i S-ka Wydawnictwo
ul. Wielka 10,61-774 Poznań
tel. (0-61) 853 27 51, 853 27 67, fax 852 63 26
Dział handlowy, tel./fax (0-61) 855 06 90
www.zysk.com.pl
Poświęcam pamięci matki,Claudii Lightfoot
„Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne”.
Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe
PODZIĘKOWANIA
Jestem bardzo wdzięczny za pomoc przy pisaniu tej książki następującym osobom: Stefanie Bierwerth, Markowi Bouldowi, Christine Cabello, Micowi Cheethamowi, Julie Crisp, Simonowi Kavanaghowi, Penny Haynes, Chloe Healy, Deannie Hoak, Peterowi Lavery’emu, Farah Mendlesohn, Jemimie Mieville, Davidowi Moenchowi, Sue Moe, Sandy Rankin, Marii Rejt, Rebece Saunders, Maksowi Shaeferowi, Jane Soodalter, Jesse Soodalter, Dave’owi Stevensonowi i Paulowi Tauntonowi. Na wdzięczność zasługują również moi redaktorzy: Chris Schluep i Jeremy Trevathan. Serdecznie dziękuję wszystkim w wydawnictwach Del Rey i Macmillan, a także Johnowi Curranowi Davisowi za jego cudowne tłumaczenia Brunona Schulza.
Wśród niezliczonych pisarzy, u których zaczerpnąłem dług, jest garstka takich, którym jestem szczególnie wdzięczny, gdy chodzi o tę książkę. Są wśród nich Raymond Chandler, Franz Kafka, Alfred Kubin, Jan Morris i Bruno Schulz.
Część pierwsza. BESŹEL
Rozdział pierwszy
Nie widziałem ulicy ani większej części osiedla. Otaczały nas bloki koloru ziemi. Przez okna wyglądali mężczyźni w podkoszulkach oraz potargane kobiety z pełnymi napojów kubkami w dłoniach. Wszyscy gapili się na nas, jedząc śniadanie. Otwartą przestrzeń między budynkami ukształtowano kiedyś na podobieństwo pola golfowego – rzeźba terenu w dziecinnej wersji. Może mieli zamiar posadzić tu drzewa i wykopać staw. Był tu niewielki zagajnik, ale wszystkie drzewka uschły.
Trawniki zaniedbano, przecinały je ścieżki wydeptane między stertami śmieci i ślady pozostawione przez koła. Zauważyłem kilku zajętych różnymi czynnościami policjantów. Nie przybyłem tu pierwszy – widziałem Barda Naustina i paru innych – ale byłem najstarszy stopniem. Poszedłem za sierżantem tam, gdzie zgromadziła się większość moich kolegów – między niską, walącą się wieżę a skatepark otoczony wielkimi pojemnikami na śmieci w kształcie bębnów. Naprzeciwko stojących funkcjonariuszy na murku siedziała zgraja dzieciaków. Nad wszystkim krążyły mewy.
– Inspektorze.
Odpowiedziałem na to powitanie skinieniem głowy. Ktoś zaproponował mi kawę, ale potrząsnąłem głową i spojrzałem na kobietę, którą przyszedłem tu zobaczyć.
Leżała obok rampy. Nic nie może być bardziej nieruchome od trupów. Wiatr porusza ich włosami, tak jak robił to teraz, a one w ogóle na to nie reagują. Leżała w brzydkiej pozie – nogi miała skrzyżowane, jakby próbowała wstać, ręce dziwnie wygięte, a twarz zwróconą ku ziemi.
Młoda kobieta. Brązowe włosy związała sobie w warkoczyki sterczące jak łodygi roślin. Była prawie naga. Zasmuciłem się na widok gładkiej, gołej skóry, pozbawionej gęsiej skórki mimo zimnego poranka. Miała na sobie tylko pończochy ze spuszczonymi oczkami i jeden but na wysokim obcasie. Sierżant zauważyła, że mu się przyglądam, i przywołała mnie skinieniem dłoni w miejsce, gdzie leżał drugi.
Od chwili znalezienia ciała minęło około dwóch godzin. Zerknąłem raz jeszcze na zwłoki i pochyliłem się, wstrzymując oddech, by przyjrzeć się twarzy. Zobaczyłem tylko jedno, otwarte oko.
– Gdzie Shukman?
– Jeszcze tu nie dotarł, inspektorze.
– Niech ktoś do niego zadzwoni i każę mu się pośpieszyć.
Stuknąłem palcami w zegarek. Odpowiadałem za to, co nazywamy miejscem zbrodni. Nikt nie ruszy stąd zwłok, dopóki nie zjawi się patolog, Shukman, mieliśmy też jednak inne rzeczy do roboty. Sprawdziłem, czy jesteśmy dobrze widoczni. Staliśmy na uboczu i zasłaniały nas puszki na śmieci, ale i tak czułem spojrzenia gapiów, jakby chodziły po mnie owady. Kręciliśmy się w kółko bez celu.
Między dwoma pojemnikami postawiono na boku wilgotny materac. Obok leżały zardzewiałe kawałki żelastwa pomieszane ze starymi łańcuchami.
– Tym ją przykryto – wyjaśniła Lizbyet Corwi, młoda, inteligentna policjantka, z którą współpracowałem już w paru sprawach. – Trudno powiedzieć, by była dobrze ukryta, ale pewnie na pierwszy rzut oka wyglądała jak kupa śmieci.
Zauważyłem ciemniejszy prostokąt otaczający zabitą – pozostałość skapującej z materaca rosy. Naustin przykucnął obok niego, wpatrując się w ziemię.
– Dzieciaki, które odkryły ciało, zdjęły go w połowie.
– Jak je znalazły?
Corwi wskazała na ślady łap.
– Spłoszyły padlinożerców i uciekły w diabły, gdy się zorientowały, co to jest. Zawiadomiły policję, a kiedy nasi ludzie tu dotarli...
Zerknęła na dwóch nieznanych mi posterunkowych.
– Zdjęli materac?
Skinęła głową.
– Mówią, że chcieli sprawdzić, czy ofiara jeszcze żyje.
– Jak się nazywają?
– Shushkil i Briamiv.
– A to są odkrywcy? – zapytałem, wskazując głową na pilnowanych przez policjantów nastolatków, dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Wszyscy pochylali głowy, wlepiając w ziemię zimne spojrzenia.
– Tak. To żujki.
– Wczesnoporanni poszukiwacze?
– Tak to się nazywa? – zapytała. – Może ubiegają się o tytuł ćpuna miesiąca albo jakiś inny syf. Byli tu sporo przed siódmą. Najwyraźniej tak jest zorganizowany skatepark. Zbudowano go dopiero parę lat temu, wcześniej nic tu nie było, ale miejscowi zdążyli już sporządzić harmonogram. Od północy do dziewiątej rano tylko żujk; od dziewiątej do jedenastej miejscowy gang układa plan dnia; od jedenastej do północy deskorolki i łyżworolki.
– Znaleźliście coś przy nich?
– Jeden chłopak miał mały kozik. Naprawdę maleńki. Nie załatwiłby nim nawet szczura mlecznego. To zabawka. I wszyscy mieli po działce. Nic więcej. – Wzruszyła ramionami. – Nie mieli towaru przy sobie. Znaleźliśmy go pod murem, ale... – znowu wzruszyła ramionami – nie było tu nikogo innego.
Przywołała jednego z policjantów i otworzyła jego torbę.
W środku były małe wiązki zlepionej żywicą trawy. W ulicznym slangu mówią na to „feld”. Stanowi mieszankę Catha edulis doprawionej tytoniem, kofeiną i czymś mocniejszym oraz włókien szklanych albo czegoś w tym rodzaju, co kaleczy dziąsła, wprowadzając narkotyk do krwi. Ta nazwa to gra słów w trzech językach. Tam gdzie rośnie, narkotyk nazywa się „khat”, a „cat” to angielskie określenie zwierzęcia, które w naszym języku nazywa się „feld”. Powąchałem towar. Był kiepskiej jakości. Potem podszedłem do czworga nastolatków, drżących z zimna pomimo puchowych kurtek.
– Sup, policeman? – zapytał jeden z chłopców, próbując przemawiać w hiphopowym angielskim z silnym besźańskim akcentem. Uniósł wzrok i spojrzał mi w oczy, ale twarz miał bladą. Ani on, ani jego towarzysze nie wyglądali za dobrze. Z miejsca, w którym siedzieli, nie było widać martwej kobiety, ale nawet nie próbowali patrzeć w jej stronę.
Z pewnością zdawali sobie sprawę, że znaleźliśmy feld i wiemy, że należy do nich. Mogli nas nie zawiadamiać, a po prostu uciec.
– Jestem inspektor Borlu – przedstawiłem się. – Z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni.
Nie powiedziałem: „Jestem Tyador”. Świadków w tym wieku trudno jest przesłuchiwać. Są już zbyt dojrzali na mówienie po imieniu, eufemizmy i zabawki, ale jeszcze za młodzi, by być regularnymi przeciwnikami w grze o jasno określonych regułach.
– Jak się nazywasz? – zapytałem.
Chłopak zawahał się, zastanawiając się, czy użyć ulicznej ksywki, ale postanowił tego nie robić.
– Vilyem Barichi.
– Wy ją znaleźliście? – Skinął głową i pozostali zrobili to samo. – Opowiedz mi o tym.
– Przyszliśmy tu, bo, no wie pan, i... – Vilyem zaczekał chwilę, ale nie wspomniałem ani słowem o narkotykach. Opuścił wzrok. – Zobaczyliśmy, że pod tym materacem coś jest i ściągnęliśmy go. Były tam...
Pozostała trójka spojrzała na Vilyema, który zawahał się, najwyraźniej pod wpływem przesądnego strachu.
– Wilki? – podpowiedziałem. Popatrzyli na siebie.
– Aha. Kurde, małe, parszywe stado węszyło tu i...
– Pomyśleliśmy sobie...
– Ile czasu minęło od tej chwili? – zapytałem.
Vilyem wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Dwie godziny?
– Był tu ktoś jeszcze?
– Widzieliśmy paru facetów, jakiś czas przedtem.
– Dilerów?
Znowu wzruszył ramionami.
– Była też furgonetka. Podjechała tu po trawie, zatrzymała się i zaraz potem odjechała. Z nikim nie rozmawialiśmy.
– Kiedy przyjechała ta furgonetka?
– Nie wiem.
– Było jeszcze ciemno – zaoferowała się z pomocą jedna z dziewczyn.
– Dobra. Słuchajcie wszyscy. Dostaniecie śniadanie i coś do picia, jeśli chcecie. – Skinąłem na ich strażników. – Rozmawialiśmy z rodzicami?
– Są już w drodze, szefie. Tylko z jej starymi... – wskazał na jedną z dziewczyn – nie możemy się skontaktować.
– Próbujcie dalej. Zawieźcie ich do nas.
Czworo nastolatków popatrzyło na siebie.
– Kurde, no co jest – sprzeciwił się niepewnym głosem chłopak, który nie był Vilyemem. Wiedział, że obowiązujące w jego środowisku zasady żądają, by sprzeciwił się moim poleceniom, ale chciał pojechać z policjantami. Czarna herbata, chleb, wypełnianie papierów, nuda i blask świetlówek, wszystko to bardzo się różniło od ściągania z trupa ciężkiego od wilgoci, nieporęcznego materaca na pogrążonym w mroku podwórku.
Zjawili się Stepen Shukman i jego asystent, Hamd Hamzinic. Spojrzałem znacząco na zegarek, ale patolog mnie zignorował. Pochylił się, charcząc, nad ciałem, stwierdził zgon i zaczął dyktować spostrzeżenia Hamzinicowi.
– Ile czasu minęło? – zapytałem.
– Około dwunastu godzin – odparł Shukman, naciskając na jedną z kończyn kobiety. Ciało się zakołysało. Zdążyło już zesztywnieć, a ponieważ jego pozycja nie była stabilna, zapewne zaraz po śmierci ofiara leżała na innym podłożu. – Nie zabito jej tutaj.
Nieraz już słyszałem, że jest świetnym patologiem, ale osobiście nigdy nie zauważyłem, by był więcej niż kompetentny.
– Gotowe? – zapytał kobietę z ekipy technicznej. Zrobiła jeszcze dwa różne ujęcia, a potem skinęła głową. Shukman z Hamzinikiem przetoczyli ciało. Wydawało się, że zesztywniała ofiara stawia im opór. Po przewróceniu na plecy wyglądała niedorzecznie, jak ktoś, kto udaje martwego owada. Kołysała się na plecach, unosząc ku górze wykrzywione kończyny. Spoglądała na nas spod uchylonych powiek. Jej twarz zamarła w grymasie wysilonego zdumienia, jakby bez końca dziwiła się samej sobie. Była młoda, a intensywny, rozmazany teraz makijaż nadawał jej twarzy wygląd posiniaczonej. Nie sposób było określić, jak wyglądała za życia, jaką twarz ujrzą oczyma duszy znajomi, gdy usłyszą jej nazwisko. Potem, gdy sztywność minie, może łatwiej będzie to zobaczyć. Przód jej ciała pokrywała krew, ciemna jak ziemia. Błysnęły flesze.
– Hej, witamy przyczynę zgonu – odezwał się Shukman, przemawiając do ran na klatce piersiowej. Lewy policzek przeszywała długa, czerwona szrama, zakrzywiająca się poniżej żuchwy. Całą twarz przecięto wpół. Na długości kilku centymetrów rana była gładka, biegła wzdłuż zarysów ciała jak pociągnięcie pędzlem. Gdy jednak zbiegała na szyję, poniżej rozwartych ust, robiła się paskudnie poszarpana. Kończyła się – albo zaczynała – głęboką dziurą, wyszarpaną w miękkiej tkance za kością. Kobieta kierowała na mnie niewidzące oczy.
– Zróbcie też parę zdjęć bez fleszy – poleciłem.
Podobnie jak kilku innych, odwróciłem wzrok, gdy Shukman zaczął szeptać. Podglądanie go przy podobnych czynnościach wydawało się nieprzyzwoitością. Umundurowani eksperci z ekipy pracującej na miejscu zbrodni – w naszym slangu zwaliśmy ich „mektekami” – przeszukiwali teren we wciąż się poszerzającym kręgu. Zaglądali pod walające się na ziemi odpadki i sprawdzali ślady pozostawione przez pojazdy. Wszędzie stawiali znaczniki i robili zdjęcia.
– No dobra. – Shukman wstał. – Zabierzmy ją stąd.
Dwóch mężczyzn ułożyło ciało na noszach.
– Jezu, zakryjcie ją – odezwałem się. Ktoś wyciągnął koc, nie wiem skąd, i wszyscy ruszyli w stronę samochodu Shukmana.
– Wezmę się do roboty po południu – zapowiedział patolog. – Zajrzysz do mnie?
Pokiwałem niezobowiązująco głową i ruszyłem w stronę Corwi.
– Naustin – zawołałem, ustawiając się tak, by kobieta znalazła się w zasięgu naszej rozmowy. Uniosła wzrok i zbliżyła się nieco.
– Słucham, inspektorze.
– Co o tym sądzisz?
Popił łyk kawy, spoglądając na mnie nerwowo.
– To chyba dziwka – stwierdził. – Tak mi przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka, inspektorze. W tej okolicy, naga, pobita? I... – Wskazał na przesadnie umalowaną twarz. – Dziwka.
– Pobiła się z klientem?
– Ehe, ale... No wiesz, gdyby chodziło tylko o rany na ciele, można by pomyśleć, że może nie zrobiła tego, czego od niej żądał, i wkurzył się albo coś. Ale to. – Znowu dotknął swego policzka z niespokojną miną. – To wygląda inaczej.
– Psychol?
Wzruszył ramionami.
– Niewykluczone. Pociął ją, zabił i wyrzucił ciało. Bezczelny skurczybyk. Guzik go obchodziło, że ją znajdziemy.
– Bezczelny albo głupi.
– Albo bezczelny i głupi.
– Bezczelny, głupi sadysta – skwitowałem. Spojrzał na mnie. „Niewykluczone”. – W porządku – ciągnąłem. – To możliwe. Pogadaj z miejscowymi dziewczynami. Wypytaj mundurowych, którzy znają okolicę. Dowiedz się, czy mieli ostatnio z kimś kłopoty. Zrób jej zdjęcia. Musimy poznać nazwisko Fulany1 N.N. – oznajmiłem, używając nazwiska rutynowo nadawanego nieznanym kobietom. – Na początek pogadaj z Barichim i jego kolegami. Bądź uprzejmy, Bardo, nie musieli nas zawiadamiać. Mówię poważnie. Weź ze sobą Ramirę. – Ramira Yaszek świetnie umiała zadawać pytania. – Zadzwonisz do mnie po południu? – Gdy oddalił się poza zasięg słuchu, powiedziałem do Corwi: – Jeszcze kilka lat temu zabójstwo ulicznej dziewczyny przyciągnęłoby znacznie mniej policjantów.
– Wiele się zmieniło – odparła. Była niewiele starsza od ofiary.
– Naustin pewnie nie był zachwycony, że wysyłam go na ulicę, ale nie skarżył się, jak zauważyłaś.
– Wiele się zmieniło – powtórzyła.
– Czyżby?
Uniosłem brew, spoglądając na Naustina, i czekałem, co powie Corwi. Pamiętałem, jak się przyczyniła do rozwiązania sprawy zniknięcia Shulbana, która okazała się znacznie bardziej skomplikowana, niż się początkowo spodziewaliśmy.
– No wiesz, nie możemy zapominać o innych możliwościach.
– To znaczy?
– Jej makijaż – odparła. – No wiesz, to wszystko matowe brązy. Warstwa jest gruba, ale to nie... Wydęła usta jak wamp. – A czy zauważyłeś jej włosy? – Zauważyłem. – Nie są farbowane. Przejedź się ze mną GunterStrasz, tam, gdzie kręcą się dziewczyny. Pewnie ze dwie trzecie są zrobione na blond, a reszta na czarno, krwawoczerwono albo inny taki syf. I... – Poruszyła palcami, jakby obracała w nich włosy. – Są brudne, ale poza tym w znacznie lepszym stanie od moich.
Przesunęła dłonią po swoich włosach o rozdwojonych końcach.
Dla większości prostytutek w Besźel, zwłaszcza w takich okolicach jak ta, najważniejsze było jedzenie i ubrania dla dzieci, feld albo crack dla nich, jedzenie dla nich, a dopiero potem różne inne rzeczy. Odżywka do włosów zajmuje dość dalekie miejsce na tej liście. Spojrzałem na resztę funkcjonariuszy. Naustin szykował się już do wyruszenia w drogę.
– No dobra – skwitowałem. – Znasz tę okolicę?
– Leży raczej na uboczu, tak? To pogranicza Besźel. Mój rejon to Lestov. Sprowadzili kilkoro z nas, kiedy wiadomość do nich dotarła. Ale parę lat temu przenieśli mnie tutaj, więc trochę się orientuję.
Lestov również było właściwie przedmieściem. Od śródmieścia dzieliło je około sześciu kilometrów. My znajdowaliśmy się jeszcze dalej na południe, za Mostem Yovica, na wąskim pasemku lądu między zatoką Bulkya a pobliskim ujściem rzeki. Formalnie rzecz biorąc, była to wyspa, choć przemysłowe ruiny łączyły ją z kontynentem tak ściśle, że trudno ją było za taką uznać. W Kordvennie znajdowały się domy mieszkalne, magazyny oraz tanie sklepiki, pomazane niezliczonymi graffiti. Dzielnica leżała tak daleko od serca Besźel, że łatwo było o niej zapomnieć. Nie tak, jak o slumsach położonych bliżej śródmieścia.
– Długo tu siedziałaś? – zapytałem.
– Standardowo, pół roku. Widziałam głównie to, czego można się spodziewać: uliczne kradzieże, bójki między naćpanymi dzieciakami, narkotyki i prostytucja.
– A morderstwa?
– Przez ten czas zdarzyły się dwa albo trzy. Chodziło o prochy. W większości przypadków gangi nie posuwają się tak daleko. Potrafią walczyć ze sobą bez zwracania na siebie uwagi BNZ.
– To znaczy, że ktoś spieprzył sprawę.
– Ehe. Albo nie bał się nas.
– Dobra. Chcę, żebyś się zajęła tą sprawą. Co masz obecnie na głowie?
– Nic, co nie mogłoby zaczekać.
– Chcę, żebyś przeniosła się tu na pewien czas. Masz jeszcze jakieś kontakty w dzielnicy? – Wydęła wargi. – Odszukaj je, jeśli zdołasz. Jeśli się nie uda, pogadaj z miejscowymi gliniarzami i poznaj nazwiska ich informatorów. Chcę, żebyś ruszyła w teren. Rozejrzyj się po... jak właściwie się nazywa ta okolica?
– To wioska. – Roześmiała się bez śladu wesołości. – Nazywa się Pocost.
– Faktycznie wioska – przyznałem. – Zobaczymy, co uda ci się znaleźć.
– Mój komisarz nie będzie zadowolony.
– Pogadam z nim. To Bashazin, tak?
– Załatwisz mi oddelegowanie?
– Na razie tak tego nie nazywajmy. Chciałbym po prostu, żebyś się skupiła na tej sprawie. Wszystkie informacje przekazujbezpośrednio mnie. – Podałem jej numery na komórkę i do biura. – Później będziesz mogła mi pokazać atrakcje Kordvenny. I... – Zerknąłem na Naustina, a ona to zauważyła. – Miej wszystko na oku.
– On zapewne ma rację, szefie. To najprawdopodobniej był bezczelny sadysta.
– Najprawdopodobniej. Ale dowiedzmy się, dlaczego miała takie zadbane włosy.
Mamy własną klasyfikację instynktu. Wszyscy wiemy, że w czasach, gdy jeszcze patrolował ulice, komisarz Kerevan rozwiązał kilka spraw, podążając za tropami całkowicie pozbawionymi logicznego sensu, natomiast głównemu inspektorowi Marcobergowi taka sztuka nie udała się nigdy i swe niezłe wyniki zawdzięcza wyłącznie żmudnej pracy. Nigdy nie zwaliśmy tych niewyjaśnionych domysłów „przeczuciami”, obawiając się, że przyciągnęłoby to uwagę wszechświata. Niemniej owe domysły się zdarzały i wiedzieliśmy, że jeden z nich się zbliża, gdy któreś z nas nagle całowało własne palce i dotykało piersi w miejscu, gdzie teoretycznie mógłby wisieć amulet Warshy, świętego patrona niewytłumaczalnych olśnień.
Gdy zapytałem Shushkila i Briamiva, dlaczego przesunęli materac, byli zaskoczeni, potem zaczęli się bronić, a na koniec się obrazili. Kazałem im stanąć do raportu. Gdyby przeprosili, zapomniałbym o sprawie. Przygnębiająco często spotykałem się ze śladami policyjnych butów rozdeptujących plamy krwi, zamazanymi odciskami palców czy zanieczyszczeniem albo zagubieniem próbek.
Na granicach otwartego terenu zebrała się grupka dziennikarzy. Petrus Jakiśtam, Valdir Mohli, młody facet nazwiskiem Rackhaus i kilku innych.
Wołali do mnie: „Inspektorze!”, „Inspektorze Borlu!”, a nawet „Tyador!”.
Większość dziennikarzy zawsze była uprzejma i słuchała mnie, gdy kazałem im się odsunąć. W ostatnich latach pojawiło się też jednak trochę bardziej agresywnych, nieobyczajnych gazet, inspirowanych, a w niektórych przypadkach kontrolowanych, przez brytyjskich albo północnoamerykańskich właścicieli. To było nieuniknione. Szczerze mówiąc, nasze stare gazety były niezbyt ciekawe, a niekiedy wręcz nudne. Niepokoił mnie nie tyle trend w kierunku poszukiwania sensacji czy nawet irytujące zachowanie młodych reporterów, ile raczej cechująca ich tendencja do trzymania się scenariuszy napisanych jeszcze przed ich przyjściem na świat. Jednym z przykładów był Rackhaus, piszący dla tygodnika o nazwie „Rejal!”. Z pewnością, gdy próbował ze mnie wyciągnąć pewne fakty, mimo że wiedział, iż nie mogę mu ich zdradzić, albo próbował przekupić młodszych rangą funkcjonariuszy, co czasami mu się udawało, nie musiał ciągle powtarzać: „Czytelnicy mają prawo wiedzieć”.
Gdy pierwszy raz usłyszałem od niego te słowa, nawet ich nie zrozumiałem. Po besźańsku słowo „prawo” ma tak wiele znaczeń, że zamierzony sens wymykał mi się. Musiałem przetłumaczyć zdanie w myślach na angielski – władam tym językiem całkiem nieźle – by zrozumieć, co chciał powiedzieć. Wierność utartej frazie była dla niego ważniejsza niż jasność przekazu. Zapewne nie poczułby się usatysfakcjonowany, dopóki nie warknąłbym na niego, nazywając go „sępem” albo „padlinożercą”.
– Wiecie, co wam powiem – oznajmiłem reporterom. Oddzielała nas od siebie rozciągnięta przez policję taśma. – Dziś po południu odbędzie się konferencja prasowa w budynku BNZ.
– O której godzinie?
Zrobili mi zdjęcia.
– Zawiadomimy cię, Petrus.
Rackhaus powiedział coś, co zignorowałem.
Odwróciłem się i spojrzałem na koniec GunterStrasz, widoczny między brudnymi, ceglanymi budynkami. Na wietrze unosiłysię śmieci. Takie widoki ogląda się wszędzie. Jakaś staruszka powoli oddalała się kołyszącym krokiem. Odwróciła głowę, oglądając się na mnie, i spojrzała mi w oczy. Zastanawiałem się, czy chciała mi coś powiedzieć. W mgnieniu oka zauważyłem jej strój, sposób chodzenia, postawę i spojrzenie.
Nagle uświadomiłem sobie, że wcale nie jest na GunterStrasz i nie powinienem jej zobaczyć.
Natychmiast odwróciłem się zawstydzony. Ona postąpiła tak samo, równie szybko jak ja. Uniosłem głowę, spoglądając na opadający do lądowania samolot. Po kilku sekundach znowu zerknąłem w tamtą stronę, przeoczając oddalającą się pośpiesznie staruszkę. Zamiast patrzeć na nią i jej cudzoziemską ulicę, z uwagą kierowałem spojrzenie na GunterStrasz i fasady budynków tej zubożałej dzielnicy.
1 Fulana (hiszp.) – slangowe określenie oznaczające kobietę o nieznanym imieniu i nazwisku (przyp. red.).
Rozdział drugi
Kazałem jednemu z policjantów zawieźć mnie na północ od Lestov, nieopodal mostu. Nie znałem tej okolicy zbyt dobrze. Rzecz jasna bywałem już na wyspie. Zwiedzałem ruiny ze szkolną wycieczką i później też od czasu do czasu tu zaglądałem, ale rejony mojej pracy znajdowały się gdzie indziej. Znaki wskazujące drogę do ważniejszych punktów okolicy przybito do murów cukierni i małych warsztatów. Kierując się nimi, dotarłem na przystanek tramwajowy położony na ładnym placu. Stanąłem w miejscu między domem opieki oznaczonym klepsydrą a sklepem z przyprawami. W powietrzu unosił się zapach cynamonu.
Po chwili zabrzmiał metaliczny dzwonek i nadjechał kołyszący się na torach tramwaj. Nie usiadłem, choć połowa miejsc w wagonie była wolna. Wiedziałem, że w miarę posuwania się na północ, ku śródmieściu Besźel, liczba pasażerów będzie się zwiększała. Stałem blisko okna, przyglądając się nieznanym mi ulicom.
Pomyślałem o zwiniętej pod materacem kobiecie obwąchiwanej przez padlinożerców. Wyjąłem komórkę i zadzwoniłem do Naustina.
– Czy szukają śladów na materacu? – zapytałem.
– Powinni szukać, szefie.
– Sprawdź to. Jeśli techniczni wzięli się do roboty, to w porządku, ale Briamiv i ten jego pieprzony kumpel potrafiliby zapomnieć o kropce na końcu zdania.
Może była nowa w branży. Może gdyby spotkało ją to tydzień później, włosy miałaby zrobione na seksowny blond.
Nadrzeczne dzielnice mają mieszaną zabudowę. Wiele budynków pochodzi sprzed stulecia albo nawet sprzed kilku. Tramwaj jechał wąskimi zaułkami, w których Besźel – co najmniej połowa wszystkiego, co mijaliśmy – otaczało nas ciasno ze wszystkich stron. Pojazd zwolnił, posuwając się chwiejnie za samochodami – miejscowymi i tymi, które były gdzie indziej – aż wreszcie dotarł do przeplotu, gdzie wszystkie besźańskie budynki były sklepami z antykami. Interes szedł nieźle, biorąc pod uwagę sytuację panującą od kilku lat w mieście. Ludzie wystawiali na sprzedaż eleganckie meble na wysoki połysk, za kilka besźańskich marek opróżniając mieszkania z rodzinnych pamiątek.
Niektórzy autorzy wstępniaków okazywali optymizm. Choć przywódcy wydzierali się na siebie w Ratuszu równie zapamiętale jak zawsze, wielu młodszych działaczy wszystkich partii nauczyło się współpracować, dbając przede wszystkim o dobro Besźel. Każda kropla zagranicznych inwestycji – a ku zdumieniu wszystkich te krople się zdarzały – przybliżała ożywienie gospodarki. Do miasta wprowadziło się nawet kilka firm specjalizujących się w zaawansowanych technologiach, choć wątpię, by miało to cokolwiek wspólnego z niedawną nieudolną kampanią, próbującą promować Besźel jako „Deltę Krzemową”.
Wysiadłem przy pomniku króla Vala. W śródmieściu było tłoczno. Przepychałem się przez tłum, przepraszając obywateli i miejscowych turystów, innych zaś starannie przeoczając, aż wreszcie dotarłem do budynku BNZ. Obok spotkałem dwie grupy turystów, prowadzone przez besźańskich przewodników. Przystanąłem na schodach, spoglądając wzdłuż UropaStrasz. Musiałem próbować kilka razy, nim wreszcie złapałem sygnał.
– Corwi?
– Słucham, szefie?
– Znasz tę okolicę. Czy istnieje możliwość, że mamy do czynienia z przekroczeniem?
Nastała chwila ciszy.
– To nie wydaje się prawdopodobne – odpowiedziała wreszcie kobieta. – Ta okolica jest niemal jednorodna. A już z całą pewnością wioska Pocost.
– Niemniej niektóre odcinki Gunter Strasz...
– Ehe, ale najbliższy przeplot dzieli od tego punktu kilkaset metrów. Nie mogliby... – Sprawca albo sprawcy musieliby podjąć straszliwe ryzyko. – Chyba możemy to wykluczyć – zakończyła.
– Dobra. Zawiadom mnie, jak ci idzie. Niedługo zadzwonię.
Miałem sporo papierkowej roboty przy innych trwających nadal śledztwach. Dokumenty czekały w kolejce jak samoloty krążące nad lotniskiem. Kobieta pobita na śmierć przez swego chłopaka, któremu do tej pory udawało się wymykać nam, mimo że na lotnisku znali jego nazwisko i odciski palców. Styelim – staruszek zaskoczył ćpuna włamującego się do jego mieszkania i otrzymał śmiertelny cios kluczem do nakrętek, za który sam złapał. Tej sprawy również nie mogliśmy zamknąć. Młody mężczyzna nazwiskiem Avid Avid, który wykrwawił się z rany w głowie po ciosie zadanym przez rasistę. Na ścianie nad nim napisano „Śmierdzący ebru”. W tej sprawie współpracowałem z kolegą z wydziału specjalnego, Shenvoiem, który już od czasów poprzedzających zabójstwo Avida był naszą wtyczką w skrajnie prawicowych organizacjach działających w Besźel.
Kiedy jadłem obiad za biurkiem, zadzwoniła Ramira Yaszek.
– Właśnie skończyłam przesłuchiwać dzieciaki, szefie.
– Ico?
– Powinieneś się cieszyć, że nie znają lepiej swoich praw.
Gdyby je znały, musielibyśmy przedstawić Naustinowi zarzuty
Potarłem powieki i przełknąłem trzymany w ustach kęs.
– Co takiego zrobił?
– Kumpel Barichiego, Sergev, próbował pyskować, więc Naustin zadał mu pytanie pięścią w usta, a potem poinformował go, że jest głównym podejrzanym. – Zakląłem. – Cios nie był za mocny. Dzięki niemu łatwiej mi było gudcopować. – Ukradliśmy słowa gudcop i badcop z angielskiego, a potem zrobiliśmy z nich czasowniki. Naustin był jednym z gliniarzy, którzy zbyt łatwo uciekali się do brutalnych metod. Niekiedy okazują się one skuteczne. Są podejrzani, którzy muszą spaść ze schodów podczas przesłuchania, ale raczej nie ma wśród nich nadąsanych nastoletnich żujków. – Tak czy inaczej, nic wielkiego się nie stało – skwitowała Yaszek. – Ich zeznania się zgadzają. Siedzieli we czwórkę na tych drzewach. Pewnie brzydko się zabawiali. Tkwili tam parę dobrych godzin. W pewnej chwili, nie pytaj, o której, bo nie usłyszysz nic więcej niż „było jeszcze ciemno”, jedna z dziewczyn zauważyła furgonetkę jadącą po trawie do skateparku. Nie przejęła się tym zbytnio, bo tam ciągle ktoś załatwia jakieś interesy, coś wyrzuca i tak dalej. Samochód okrążył skatepark, wrócił, a potem przyśpieszył i odjechał.
– Przyśpieszył?
Zapisywałem to w notesie, jednocześnie próbując drugą ręką sprawdzić na komputerze pocztę. Połączenie ciągle się zrywało. Załączniki były za duże na możliwości systemu.
– Ehe. Musiało im się śpieszyć. Mieli w dupie zawieszenie. To właśnie przyciągnęło jej uwagę.
– Opis?
– Szary. Dziewczyna nie zna się na markach.
– Pokaż jej zdjęcia, może zidentyfikuje typ.
– Już się robi, szefie. Zawiadomię cię. Później przyjechały jeszcze dwa wozy. Barichi mówi, że chodziło o interesy.
– To może utrudnić odczytanie śladów kół.
– Po jakiejś godzinie obmacywania dziewczyna powiedziała reszcie o tej furgonetce i wszyscy poszli sprawdzić, czy czegoś nie wyrzuciła. Powiedziała, że czasami można znaleźć stare odtwarzacze, buty, książki i inny taki syf.
– Ale tym razem znaleźli zwłoki.
Niektóre wiadomości wreszcie przeszły. Jedna z nich pochodziła od naszych fotografów. Otworzyłem ją i zacząłem oglądać zdjęcia.
– Tak, znaleźli zwłoki – potwierdziła kobieta.
Wezwał mnie komisarz Gadlem. Jego cichy głos o teatralnym brzmieniu i wystudiowana łagodność były pozbawione wszelkiej subtelności, ale zawsze pozwalał mi prowadzić sprawy po swojemu. Siedziałem i słuchałem, jak przeklina, stukając w klawiaturę. Na skrawkach papieru przyczepionych z boku ekranu miał zapisane hasła do baz danych.
– To było na blokowisku? – zapytał.
– Tak.
– Gdzie?
– Na południowych przedmieściach. Młoda kobieta, rany zadano ostrym narzędziem. Zabrał ją Shukman.
– Prostytutka?
– Niewykluczone.
– Niewykluczone – powtórzył, otaczając ucho dłonią. – Ale... Słyszę to „ale”. No dobra, kieruj się nosem. Jeśli kiedyś uznasz za stosowne zapoznanie mnie z przyczynami swych wątpliwości, zrób to, dobra? Kto jest twoim zastępcą?
– Naustin. Mam też do pomocy posterunkową Corwi. To świetna policjantka i zna okolicę.
– To jej rejon?
Skinąłem głową. Był całkiem niedaleko.
– Co jeszcze masz otwartego?
– W tej chwili?
Powiedziałem mu. Komisarz skinął głową. Choć nie zakończyłem tamtych spraw, pozwolił mi się zająć Fulaną N.N.
– Widziałeś cały ten interes?
Była już prawie dziesiąta wieczorem, od chwili znalezienia ofiary minęło przeszło czterdzieści godzin. Jechaliśmy ulicami w pobliżu GunterStrasz. Siedząca za kierownicą Corwi nie próbowała ukrywać munduru, mimo że jechaliśmy nieoznakowanym samochodem. Wczoraj wróciłem do domu bardzo późną nocą, potem spędziłem ranek na tych ulicach i teraz wróciłem tu znowu.
Na szerszych ulicach i w paru innych miejscach można się było natknąć na przeploty, ale tak daleko od śródmieścia większa część okolicy była jednorodna. Garstka budynków w staroświeckim besźańskim stylu, kilkustopniowe dachy i wielokomorowe okna. To były podupadłe fabryki i magazyny. Niektóre z nich miały po kilkadziesiąt lat. W wielu wybito szyby. Były zamknięte albo wykorzystywano je tylko do połowy. Zasłonięte deskami fasady. Sklepy spożywcze o zadrutowanych drzwiach. Starsze, walące się frontony w klasycznym besźańskim stylu. Niektóre przerobiono na kaplice albo apteki, inne były wypalone i wyglądały jak kiepsko wykonane kopie samych siebie.
Nie mieszkało tu wielu ludzi, ale okolica z pewnością nie była opustoszała. Kręcący się po ulicach mieszkańcy wyglądali jak elementy krajobrazu, jakby byli tu od zawsze. Dziś rano było ich mniej niż zazwyczaj, ale tylko nieznacznie.
– Widziałeś, jak Shukman robił sekcję?
– Nie. – Patrzyłem na mijane domy, sprawdzając na planie, gdzie jesteśmy. – Kiedy tam dotarłem, było już po wszystkim.
– Brzydzisz się? – zapytała.
– Nie.
– Hm... – Uśmiechnęła się i skręciła. – Musiałbyś tak odpowiedzieć, nawet gdyby to była nieprawda.
– Masz rację – odparłem, choć wcale tak nie było.
Co chwila pokazywała mi punkty orientacyjne. Nie powiedziałem jej, że byłem już dziś rano w Kordvennie i orientuję się w okolicy. Nie próbowała ukrywać munduru, ponieważ w przeciwnym razie niektórzy mogliby pomyśleć, że próbujemy ich wciągnąć w pułapkę. Dzięki temu będą wiedzieli, że tak nie jest, a fakt, iż nie przyjechaliśmy tu siniakiem, jak nazywaliśmy czarno-granatowe radiowozy, powie im, że nie mamy zamiaru ich nękać. To było skomplikowane!
Większość otaczających nas ludzi była w Besźel i ich widzieliśmy. Nędza dodatkowo szpeciła besźańskie stroje, tradycyjnie już bezbarwne i nieciekawie skrojone. Mówiono, że w Besźel zawsze panuje niemodna moda. Zdarzały się jednak wyjątki. Niektóre z nich znajdowały się gdzie indziej, przeoczaliśmy je więc zaraz po zauważeniu, ale młodzi besźanie również często wkładali stroje barwniejsze od noszonych przez rodziców.
Większość besźańskich mężczyzn i kobiet – czy powtarzanie tej frazy ma sens? – nie robiło nic poza wałęsaniem się po ulicach, wracaniem z późno kończącej się zmiany, łażeniem z jednego domu do drugiego albo chodzeniem do sklepów. Niemniej jednak patrzyliśmy na to wszystko jak na panoramę pełną zagrożeń. Działo się tu wystarczająco wiele podejrzanych rzeczy, byśmy nie musieli uznawać owej reakcji za czystą paranoję.
– Dziś rano znalazłam kilku miejscowych, którzy kiedyś ze mną rozmawiali – poinformowała mnie Corwi. – Zapytałam ich, czy o czymś słyszeli. – Wjechała w ciemniejszy obszar, gdzie równowaga przeplotu przesuwała się na drugą stronę. Umilkliśmy na pewien czas, dopóki znowu nie otoczyły nas wyższe latarnie w znajomym stylu art deco. W ich świetle, na zakrzywiającej się ulicy przed nami, widzieliśmy stojące pod murami kobiety sprzedające seks. Wszystkie przyglądały się nam z uwagą. – Ale szczęście mi nie sprzyjało – dokończyła.
Podczas poprzedniej wyprawy nie miała nawet zdjęcia ofiary.
W tak wczesnej fazie korzystało się tylko z jawnych kontaktów: sprzedawców w sklepach monopolowych, księży z pobudowanych tu przysadzistych kościółków, garstki ostatnich księży-robotników, odważnych staruszków z sierpem i krzyżem wytatuowanym na bicepsie bądź przedramieniu i półkami pełnymi besźańskich przekładów książek Gutierreza, Rauschenbuscha i Canaana Banany. Wszyscy spędzali teraz swój czas, siedząc na gankach. Corwi mogła jedynie zapytać, co potrafią jej opowiedzieć o wydarzeniach w wiosce Pocost. Słyszeli o morderstwie, ale nie wiedzieli nic więcej.
Teraz mieliśmy zdjęcie. Dostałem je od Shukmana. Wymachiwałem nim, kiedy wysiedliśmy z samochodu. Dosłownie wymachiwałem, by kobiety widziały, że chcemy im coś pokazać i nie mamy zamiaru ich aresztować.
Corwi znała niektóre z nich. Przyglądały się nam, paląc papierosy. Było zimno i jak wszyscy, którzy je zobaczyli, zastanawiałem się, czy nogi nie marzną im w samych pończochach. Rzecz jasna płoszyliśmy im klientów. Mnóstwo miejscowych odwracało spojrzenia na nasz widok. Zauważyłem, że mijający nas siniak zwolnił nagle, hamując ruch. Z pewnością liczyli na łatwe aresztowanie, ale potem kierowca oraz pasażer zauważyli mundur Corwi. Zasalutowali tylko i odjechali. Pomachałem im.
– Czego chcecie? – zapytała kobieta w tandetnych butach na wysokich obcasach. Pokazałem jej zdjęcie.
Oczyścili twarz Fulany N.N., ale pozostały widoczne pod makijażem obrażenia. Mogli całkowicie usunąć je z fotografii, ale szok wywołany widokiem ran nieraz pomaga w przesłuchaniu. Zrobili zdjęcia przed ogoleniem głowy. Zmarła nie wyglądała spokojnie. Robiła wrażenie niecierpliwej.
– Nie znam jej – odpowiadały kolejne kobiety. Nie dostrzegałem w ich twarzach wyrazu pośpiesznie ukrytego rozpoznania. Zbierały się w bladym świetle lampy ku konsternacji gapiów czających się na granicy ciemności, i przekazywały sobie zdjęcie. Niektóre okazywały współczucie, inne nie, ale żadna nie znała Fułany.
– Co się stało?
Podałem wizytówkę kobiecie, która zadała to pytanie. Miała smagłą twarz świadczącą o semickich bądź tureckich przodkach, ale mówiła po besźańsku bez śladu akcentu.
– Próbujemy się tego dowiedzieć.
– Czy mamy powody do obaw?
– Hm...
Umilkłem.
– Jeśli dojdziemy do wniosku, że tak, zawiadomimy was, Sayra – uratowała mnie Corwi.
Zatrzymaliśmy się przy grupce młodych mężczyzn pijących mocne wino przed salą bilardową. Corwi wysłuchała kilku sprośnych uwag, a potem podała im zdjęcie.
– Po co tu przyszliśmy? – zapytałem cicho.
– To początkujący gangsterzy, szefie – wyjaśniła. – Obserwuj ich reakcję.
Nawet jeśli coś wiedzieli, niczym się nie zdradzili. Oddali zdjęcie i obojętnie przyjęli moją wizytówkę.
Powtórzyliśmy tę samą procedurę z innymi grupami. Za każdym razem czekaliśmy potem przez kilka minut w samochodzie, by —jeśli ktoś poczuje się zaniepokojony – miał czas na odłączenie się od reszty i przekazanie nam informacji będącej jakimś elementem układanki, mogącym przybliżyć nas do ustalenia tożsamości ofiary. Nikt tego nie zrobił. Rozdałem wiele wizytówek i zapisałem w notesie nazwiska oraz opisy kilku osób, które według Corwi były ważne.
– To już właściwie wszyscy, których znałam – stwierdziła wreszcie. Niektórzy z wypytywanych ją poznawali, ale nie wpływało to na ich reakcję w żaden dostrzegalny sposób. Gdy zgodziliśmy się, że pora kończyć, minęła już druga w nocy. Księżyc w kwadrze świecił blado. Po ostatniej rozmowie przystanęliśmy na całkowicie już opustoszałej ulicy.
– Ofiara nadal pozostaje zagadką— stwierdziła ze zdumieniem Corwi.
– Każę rozwiesić tu jej zdjęcia.
– Naprawdę, szefie? Komisarz się na to zgodzi?
Rozmawialiśmy cicho. Wplatałem palce w otwory drucianego płotu otaczającego posesję, na której nie było nic poza betonem i chaszczami.
– Ehe – potwierdziłem. – Pójdzie mi na rękę. To nic wielkiego.
– Zajmie kilku mundurowym parę godzin pracy. Nie zrobi tego. Nie dla...
– Musimy ją zidentyfikować. Kurwa, sam je rozwieszę.
Postaram się, by zdjęcia dotarły do wszystkich komisariatów w mieście. Gdy już poznamy nazwisko Fulany, to jeśli nasze pierwsze podejrzenia okażą się prawdziwe, nieliczne środki przeznaczone na tę sprawę znikną bez śladu. Musimy wykorzystać szansę, bo niedługo się ulotni.
– Ty jesteś szefem, szefie.
– Nie do końca, ale na tym małym odcinku tak.
– Jedziemy? – zapytała, wskazując na samochód.
– Wrócę tramwajem.
– Naprawdę? Daj spokój, to potrwa parę godzin.
Odesłałem ją jednak skinieniem dłoni i ruszyłem w stronę przystanku, słysząc tylko odgłos własnych kroków i odległe ujadanie jakiegoś kundla. W pewnej chwili szare światło naszych latarń zniknęło i otoczył mnie cudzoziemski, pomarańczowy blask.
Shukman w swym laboratorium zachowywał się spokojniej niż w świecie zewnętrznym. Gdy rozmawiałem przez telefon z Ramirą Yaszek, prosząc ją o przesłanie filmu z wczorajszego przesłuchania dzieciaków, zadzwonił do mnie na komórkę, prosząc, bym zaraz przyszedł. W prosektorium rzecz jasna było zimno i śmierdziało chemikaliami. W wielkim, pozbawionym okien pomieszczeniu było równie wiele ciemnego, pokrytego plamami drewna, co stali. Na ścianach wisiały tablice ogłoszeń, każda z nich pokryta istnym lasem kartek.
Odnosiłem wrażenie, że w kątach pomieszczenia i na krawędziach stołów roboczych czai się brud, gdy jednak przesunąłem palcem wzdłuż ciemnego rowka obok zatkanego odpływu, nic na nim nie zostało. To wszystko były stare plamy. Shukman stał obok stalowego stołu sekcyjnego. Leżała na nim nasza Fulana, przykryta lekko pobrudzonym prześcieradłem. Jej twarz nic nie wyrażała, a oczy wpatrywały się w pustkę.
Zerknąłem na Hamzinica. Podejrzewałem, że jest tylko kilka lat starszy od zabitej. Przystanął obok nas w wyrażającej szacunek pozie. Dłonie splatał przed sobą. Przypadkiem albo celowo stanął obok tablicy, do której między pocztówkami i notatkami przypięto małą, barwną szahadę. Hamd Hamzinic należał do grupy, którą zabójcy Avida Avida nazywają „ebru”. W dzisiejszych czasach tego słowa używają tylko ludzie staromodni, rasiści albo – celem prowokacji – ci, których dotyczy ten epitet. Jeden z najpopularniejszych hiphopowych zespołów w Besźel nazywa się „Ebru W.A.”.
Rzecz jasna, formalnie rzecz biorąc, owo określenie było zupełnie nietrafne w przypadku co najmniej połowy tych, których tak zwano. Ale od co najmniej dwustu lat, gdy w Besźel zaczęli szukać schronienia uchodźcy z Bałkanów, szybko powiększając muzułmańską populację miasta, słowo ebru, dawne besźańskie określenie Żyda, przypisano również nowym imigrantom. Obecnie określa ono obie grupy, ponieważ muzułmańscy uchodźcy z reguły osiedlali się w dawnych żydowskich gettach miasta.
Jeszcze przed przybyciem uchodźców obie mniejszości były tradycyjnymi sojusznikami. Zwykły żartować z siebie nawzajem albo czuć przed sobą strach, zależnie od aktualnej sytuacji politycznej. Tylko niewielu z mieszkańców miasta zdaje sobie sprawę, że nasze tradycyjne kawały o głupocie drugiego z trojga dzieci wywodzą się z odbytej przed stuleciami rozmowy między głównym rabinem a naczelnym imamem miasta, w której obaj duchowni drwili z nieumiarkowania miejscowego Kościoła prawosławnego. Zgodzili się wówczas, że brak mu zarówno mądrości najstarszej z abrahamowych wiar, jak i wigoru najmłodszej.
Od stuleci popularna w Besźel była formuła DoplirCaffe – dwie kawiarnie, muzułmańska i żydowska, mieszczące się w sąsiednich lokalach, każda z własną kasą oraz kuchnią, koszerną i halal, ale mające wspólną nazwę, szyld oraz stoliki ustawione w sali, z której usunięto ściankę działową. Mieszane grupy przychodziły do lokalu, witały obu właścicieli i siadały razem, oddzielone graniczną linią tylko na czas potrzebny, by zamówić dozwolone przez ich religię potrawy po odpowiedniej stronie. Wolnomyśliciele ostentacyjnie spożywali i jedne, i drugie. To, czy DoplirCaffe stanowiła jeden, czy dwa lokale, zależało od interpretacji. Urząd podatkowy zawsze traktował je jako jeden.
W dzisiejszych czasach besźańskie getto odróżniało się od reszty miasta jedynie architekturą. Nie istniały już żadne oficjalne granice. Walące się i świeżo odnowione domy mieszały się ze sobą między dwiema, bardzo się od siebie różniącymi cudzoziemskimi alteracjami. Niemniej było to tylko miasto, nie alegoria, i Hamd Hamzinic z pewnością nieraz miał w pracy nieprzyjemności. Moja opinia o Shukmanie poprawiła się nieco. Trochę mnie zdziwiło, że człowiek w tym wieku i o takim temperamencie pozwala Hamzinicowi swobodnie eksponować symbol swej wiary.
Shukman nie odkrył ciała Fulany. W jakiś sposób zdołali ułożyć ją na plecach.
– Wysłałem ci raport mailem – oznajmił. —Dwudziestocztero- albo dwudziestopięcioletnia kobieta o niezłym stanie zdrowia. Czas zgonu około północy poprzedniej doby. W przybliżeniu, rzecz jasna. Przyczyna, rany kłute piersi. W sumie cztery ciosy, w tym jeden przebił serce. Jakiś szpikulec, sztylet albo coś w tym rodzaju. Ma też paskudną ranę głowy i mnóstwo dziwnych otarć. – Uniosłem wzrok. – Niektóre na owłosionej skórze głowy. Dostała kilka razy po czaszce. – Uniósł rękę, naśladując ciosy w zwolnionym tempie. – Oberwała w lewą skroń. Przypuszczam, że straciła przytomność albo przynajmniej była zamroczona. Rany w pierś tylko ją dobiły.
– A czym ją uderzono?
– Jakimś ciężkim, tępym narzędziem. Nie można wykluczyć pięści, jeśli była wystarczająco wielka, ale bardzo w to wątpię. – Uniósł róg prześcieradła, wprawnym ruchem odsłaniając skroń. Skóra miała paskudny kolor trupiego siniaka. – Vóila.
Skinął dłonią, każąc mi podejść bliżej.
Poczułem mocną woń środka konserwującego. Wśród brązowej szczeciny porastającej ogoloną czaszkę można było zobaczyć kilka pokrytych strupami ranek.
– Skąd się wzięły?
– Nie wiem – przyznał. – Nie są zbyt głębokie. Może na coś upadła?
Obrażenia wyglądały jak ślady pozostawione przez wbijany w skórę ołówek. Pokrywały obszar w przybliżeniu równy powierzchni mojej dłoni. W niektórych miejscach układały się w długie na kilka milimetrów linie i były głębsze w ich środku niż na końcach, gdzie stopniowo zanikały.
– Ślady po stosunku?
– Nie niedawnym. Jeśli rzeczywiście była profesjonalistką, może nie chciała czegoś zrobić i dlatego ją to spotkało. – Skinąłem głową. Czekał, aż coś powiem. – Umyliśmy ją – podjął wreszcie. – Miała na sobie piasek, ziemię, plamy od trawy, wszystko to, czego można by się spodziewać po zwłokach znalezionych w takim miejscu. A także rdzę.
– Rdzę?
– Na całym ciele. Cała kupa otarć, skaleczeń i zadrapań, głównie pośmiertnych, i mnóstwo rdzy.
Znowu pokiwałem głową, marszcząc brwi w zamyśleniu.
– A rany świadczące o tym, że się broniła? – zapytałem.
– Nie ma żadnych. To się stało szybko. Zaskoczono ją albo zaatakowano od tyłu. Na ciele jest mnóstwo zadrapań. – Shukman wskazał na ślady na skórze. – To sugeruje, że ciało ciągnięto. Typowe ślady morderstwa.
Hamzinic otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Zerknąłem na niego. Potrząsnął ze smutkiem głową: „Nie, nic”.
Rozdział trzeci
Rozwiesiliśmy zdjęcia. Najwięcej w okolicy, gdzie znaleziono Fulanę, ale trochę również na głównych i handlowych ulicach, w Kyezov, Topiszy i innych podobnych rejonach. Jedno widziałem nawet na własne oczy po wyjściu z mieszkania.
To wcale nie było tak blisko śródmieścia. Niedaleko na południowy wschód od starówki, na przedostatnim piętrze pięciopiętrowego budynku przy VulkovStrasz. Na ulicy było mnóstwo przeplotów. Alteracje przerywały jej ciągłość co kilka gmachów, a w niektórych miejscach nawet dom po domu. Miejscowe budynki są wyższe od tamtych o jedno do trzech pięter, więc Besźel sterczy w górę w nieregularnych odstępach, a obraz dachów przypomina niemal machikuły.
Na końcu VulkovStrasz wznosi się kościół Wniebowzięcia. Padają na niego cienie wspartych na dźwigarach wieżowców. Gmachy przytłaczałyby go, gdyby znajdowały się tutaj. Jego okna chronią kraty, ale niektóre szybki witraży są wybite. Co kilka dni odbywa się pod nim targ rybny. Podczas śniadania często słyszę krzyki sprzedawców stojących przy wiadrach z wodą i koszach z żywymi mięczakami. Nawet młode dziewczyny ubierają się jak ich babcie, gdy stają za straganami, dając wyraz fotogenicznej nostalgii. Na włosy zakładają chustki koloru ścierek do naczyń i wdziewają fartuchy w szaroczerwone wzory, by plamy od czyszczenia ryb nie rzucały się w oczy. Mężczyźni robią wrażenie – mylne bądź nie —jakby przed chwilą zeszli z łodzi i opróżnili zawartość sieci dopiero po dotarciu na brukowaną ulicę pod moim domem. W Besźel kupujący zatrzymują się na dłużej przy straganach, dotykając towaru i wąchając go.
Rankiem po nasypie odległym kilkanaście metrów od mojego okna przejeżdżały pociągi. Nie znajdowały się w moim mieście. Wagony były tak blisko, że mógłbym zajrzeć do środka i spojrzeć w oczy cudzoziemskim pasażerom, ale rzecz jasna nie robiłem tego.
Zauważyliby tylko chudego, wkraczającego już w wiek średni mężczyznę w szlafroku, siedzącego przy porannym jogurcie z kawą i trzymającego w ręku złożoną gazetę. Mógł to być „Inkyistor”, „Iy Deumem”, albo poplamiony „Besźel Joumal”, na którym ćwiczyłem swój angielski. Z reguły byłem sam, niekiedy towarzyszyła mi któraś z dwóch kobiet mniej więcej w moim wieku. Jedna była historykiem ekonomicznym z besźańskiego uniwersytetu, a druga dziennikarką z poświęconego sztuce czasopisma. Nie wiedziały o sobie nawzajem, ale nie miałyby nic przeciwko temu.
Niedaleko od wyjścia czekała na mnie zawieszona na słupie ogłoszeniowym podobizna Fulany. Choć oczy miała zamknięte, wyretuszowali zdjęcie tak, by nie wyglądała na martwą, a tylko oszołomioną. Plakat był czarno-biały, wydrukowany na matowym papierze. Tekst głosił: „Jeśli ktoś poznaję tę kobietę, prosimy o zawiadomienie Brygady Najpoważniejszych Zbrodni”. Dalej podano nasz numer. Obecność plakatu mogła świadczyć, że miejscowi gliniarze są szczególnie pracowici i rozwiesili je po całej dzielnicy. Niewykluczone jednak, że wiedzieli, gdzie mieszkam, i zawiesili je w jednym albo dwóch strategicznych miejscach, żebym się ich nie czepiał.
Do budynku BNZ jest stąd parę kilometrów. Chodziłem do pracy na piechotę, mijając ceglane łuki: ich szczyty, którędy prowadziły tory, znajdowały się gdzie indziej, ale nie wszystkie ich podstawy leżały za granicą. Przy tych, które mogłem zobaczyć,ulokowano małe sklepiki, znajdowały się tam też zajęte przez dzikich lokatorów pustostany, ozdobione barwnymi graffiti. W Besźel była to spokojna dzielnica, ale na ulicach roiło się od tych, którzy przebywali gdzie indziej. Przeoczałem ich, ale omijanie wszystkich zajmowało sporo czasu. Nim skręciłem w Via Camir, Yaszek zadzwoniła do mnie na komórkę.
– Znaleźliśmy furgonetkę.
Wziąłem taksówkę i ruszyłem powoli przez korki. Ruch na Pont Mahest był intensywny, miejscowo i gdzie indziej. Gdy posuwaliśmy się ospale ku zachodniemu brzegowi, przez kilka minut nie miałem nic do roboty poza wpatrywaniem się w zanieczyszczoną rzekę, dym i brudne statki lśniące w odbitym blasku wieżowców o lustrzanych ścianach, stojących na cudzoziemskim brzegu, gdzie znajdowała się budząca zazdrość dzielnica finansowa. Besźańskie holowniki kołysały się na falach za ignorowanymi przez nie taksówkami wodnymi. Furgonetka stała na ukos między budynkami. To nie było podwórko, lecz przejście położone między terenem firmy importowo-eksportowej a budynkiem biurowym, zaułek pełen śmieci i wilczych kup, łączący dwie większe ulice. Oba jego wyloty zamknięto taśmą. Stanowiło to lekkie pogwałcenie zasad, jako że zaułek w zasadzie leżał w przeplocie, ale korzystano z niego rzadko i można było sobie pozwolić na tego typu nadużycie. Wokół pojazdu kręcili się moi koledzy.
– Witaj, szefie – rzekła Yaszek.
– Czy Corwi już tu jedzie?
– Ehe, zawiadomiłam ją.
Yaszek nie skomentowała ani słowem faktu, że zarekwirowałem młodszą policjantkę. Podeszła do samochodu. To był stary volkswagen w bardzo kiepskim stanie, raczej białawy niż szary, ale ciemny od brudu.
– Zebraliście odciski palców? – zapytałem, wkładając gumowe rękawiczki. Otaczający mnie mektecy pokiwali głowami.
– Drzwi były otwarte – poinformowała mnie Yaszek.
Zajrzałem do środka i dotknąłem popękanej tapicerki. Na desce rozdzielczej umieszczono maskotkę – plastikową świętą tańczącą hula. Otworzyłem schowek. Był w nim wystrzępiony atlas samochodowy i pełno kurzu. Przerzuciłem kartki atlasu, ale nic w nim nie znalazłem. To był typowy besźański atlas, do tego stare, czarno-białe wydanie.
– Skąd wiemy, że to ten samochód? – Yaszek zaprowadziła mnie do tylnych drzwi i otworzyła je. Tu również było pełno brudu. Poczułem stęchły, ale niepowodujący mdłości zapach, w którym nuta rdzy przeważała nad wonią pleśni. Zobaczyłem stertę złomu oraz zwój nylonowej liny. – Co to jest?
Dotknąłem kilku elementów. Był tam jakiś mały silnik, kołyszący się na podłodze, zepsuty telewizor, szczątki niemożliwych do zidentyfikowania części oraz połączone śrubami fragmenty. Leżący na zakurzonej tkaninie złom pokrywała gruba warstwa łuszczącej się rdzy.
– Widzisz? – Yaszek wskazała na plamy na podłodze. Gdybym nie przyjrzał się im uważnie, mógłbym pomyśleć, że to olej. – Jacyś ludzie znaleźli porzuconą furgonetkę i zadzwonili na komisariat. Mundurowi przekonali się, że drzwi są otwarte. Nie wiem, czy słuchają bieżących komunikatów, czy po prostu zawsze sprawdzają dokładnie wszystkie znaleziska, ale tak czy inaczej mieliśmy farta. – Jedna z wiadomości przekazanych wczoraj rano wszystkim patrolom mówiła, że wszelkie porzucone, szare samochody należy sprawdzać i zawiadamiać o nich BNZ. Mieliśmy szczęście, że ci gliniarze nie kazali załadować maszyny na lawetę. – Zobaczyli na podłodze jakiś syf i wzięli próbkę. Musimy to jeszcze sprawdzić, ale wygląda na to, że grupa krwi się zgadza. Wkrótce się upewnimy.
Pochyliłem się nisko, zaglądając pod stertę złomu, i przechyliłem ją lekko. Zauważyłem na dłoni czerwoną plamę. Sprawdzałem kolejne elementy, dotykając ich, by ocenić ciężar. Silnik można było unieść za stanowiącą jego część rurę. Był ciężki i z pewnością dałoby się nim rozbić ludzką czaszkę. Nie był jednak zarysowany, nie widziałem też śladów krwi ani włosów. Nie wyglądał mi na narzędzie zbrodni.
– Nie zabierałaś stąd niczego?
– Nie. Nie pisałam też żadnych raportów. Nie było tu nic poza tym żelastwem. Jutro albo pojutrze dostaniemy wyniki.
– Tego syfu jest mnóstwo – poskarżyłem się. Zjawiła się Corwi. Przy obu końcach zaułka przystanęło po kilku gapiów przyglądających się pracującym mektekom. – Będziemy mieli problem z nadmiarem dowodów, nie z ich brakiem.
– Dobra, przyjmijmy tymczasowo założenie, że rdza na jej ciele pochodzi z tego złomu. Że tu leżała.
Miała plamy na ciele i na twarzy. Nie skupiały się na dłoniach, co znaczyło, że nie próbowała odepchnąć żelastwa od siebie ani osłaniać głowy. Podczas jazdy była nieprzytomna lub martwa, a zardzewiałe części obijały się o nią.
– Po co wozili ze sobą cały ten syf? – zdziwiła się Corwi. Po południu ustaliliśmy już nazwisko i adres właściciela furgonetki, a następnym rankiem otrzymaliśmy potwierdzenie, że krew była krwią Fulany.
Nazywał się Mikyael Khurusch. Był trzecim właścicielem furgonetki, przynajmniej oficjalnym. Był karany, dwukrotnie siedział za pobicie i raz za kradzież, ostatnio cztery lata temu.
– Popatrz – odezwała się nagle Corwi. – Zatrzymano go też za kupowanie seksu. Nadział się na policjantkę w przebraniu, pracującą na ulicy. Wiemy, że chodzi do dziwek.
Odkąd wyszedł na wolność, nie przyciągał naszej uwagi, ale zebraliśmy pośpiesznie informacje i udało się nam dowiedzieć, że handlował tym i owym na licznych miejskich targowiskach,a przez trzy dni w tygodniu można go było zastać w sklepie w Mashlinie, w zachodnim Besźel.
Mogliśmy go połączyć z samochodem, a samochód z Fulaną, ale brakowało nam bezpośredniego powiązania. Poszedłem do gabinetu sprawdzić automatyczną sekretarkę. Wykonano trochę pozorowanych działań w sprawie Styelima, nasza centrala zawiadomiła mnie o postępach w rozwieszaniu plakatów, a dwukrotnie ktoś odwiesił słuchawkę. Już od dwóch lat obiecywano nam zakup sprzętu umożliwiającego identyfikację osób dzwoniących.
Rzecz jasna dzwoniło też wielu innych ludzi, ale tylko kilka informacji – personel odbierający telefony potrafił ze zdumiewającą trafnością odsiewać kłamców i tych, którzy ulegli złudzeniom – wyglądało na warte uwagi. Ofiara mogła być pracującą w małej firmie w dzielnicy Gyedar asystentką prawną, której nie widziano już od kilku dni, albo, jak zapewniał anonimowy informator, „dziwką znaną jako Rosyn «Usteczka» i to wszystko, co ode mnie usłyszycie”. Mundurowi zajęli się sprawdzaniem tych śladów.
Powiedziałem komisarzowi Gadlemowi, że wołałbym porozmawiać z Khuruschem u niego, by skłonić go do współpracy, a także do zgody na dobrowolne pobranie odcisków placów i próbek śliny. Chciałem się przekonać, jak zareaguje. Gdyby się nie zgodził, moglibyśmy otrzymać nakaz i polecić go obserwować.
– W porządku – zgodził się Gadlem. – Ale nie traćmy czasu. Jeśli nie będzie chciał współpracować, zastosuj seqyestre i sprowadź go tutaj.
Wolałbym tego nie robić, choć besźańskie prawo stwarzało nam taką możliwość. Seqyestre, „półareszt”, znaczyło zatrzymanie opornego świadka albo osoby „powiązanej z przestępstwem” na sześć godzin, celem wstępnego przesłuchania. Nie pozwalało na pobieranie fizycznych dowodów, nie mogliśmy też – przynajmniej oficjalnie – wyciągać żadnych wniosków z milczenia albo odmowy współpracy. Tradycyjnie seqyestre wykorzystywano do wyciągania zeznań z podejrzanych, których nie można było aresztować z powodu braku dowodów. Czasami przydawało się też do zatrzymywania na chwilę tych, w których przypadku występowała groźba ucieczki. Sędziowie i adwokaci coraz mocniej jednak sprzeciwiali się tej praktyce, a jeśli półaresztowany odmówił zeznań, z reguły miał łatwiejszą sytuację na sali sądowej, ponieważ policja wychodziła na nadgorliwą. Gadlem był jednak staromodny i nie dbał o takie rzeczy, a mnie wydano rozkazy.
Khurusch prowadził jeden z kiepsko funkcjonujących sklepików w podupadającej dzielnicy. Udaliśmy się tam pośpiesznie, a miejscowi gliniarze, którzy zorganizowali prowizoryczną obserwację, zapewniali, że zastaniemy go na miejscu.
Wyprowadziliśmy go z gabinetu, gorącego, zakurzonego pokoiku nad sklepem. Ściany w lukach między szafkami na dokumenty pokrywały tam wyblakłe plamy, gdzieniegdzie zasłonięte reklamowymi kalendarzami. Asystentka gapiła się na nas głupio. Gdy zabieraliśmy Khuruscha, wstała i zdjęła papiery z biurka.
Wiedział, kim jestem, nim jeszcze w drzwiach zjawiła się Corwi z resztą mundurowych. Był kiedyś zawodowcem i rozumiał, że pomimo naszego zachowania nie przyszliśmy go aresztować. To znaczyło, że mógł odmówić pójścia z nami, zmuszając mnie do wykonania polecenia Gadlema. Gdy nas zobaczył, zesztywniał na chwilę, jakby rozważał możliwość ucieczki – ale dokąd? – potem zaś pozwolił się sprowadzić na dół po chwiejnych żelaznych schodach ulokowanych na zewnątrz budynku. To było jedyne wejście do pokoju. Wymamrotałem kilka słów przez radio, każąc się wycofać uzbrojonym funkcjonariuszom czekającym na zewnątrz. Nie zdążył ich zobaczyć.
Khurusch był tłustym, muskularnym mężczyzną. Miał na sobie koszulę w kratę, równie wyblakłą i zakurzoną jak ściany jego gabinetu. Zasiadł za stołem w naszym pokoju przesłuchań i gapił się na mnie. Yaszek siedziała, a Corwi stała. Kazałem jej nic nie mówić, a tylko się przyglądać. Ja spacerowałem po pomieszczeniu. Niczego nie nagrywaliśmy. Formalnie rzecz biorąc, to nie było przesłuchanie.
– Wiesz, dlaczego tu jesteś, Mikyael?
– Nie mam pojęcia.
– A może wiesz, gdzie jest twoja furgonetka?
Uniósł nagle wzrok, znowu spoglądając na mnie.
– A więc o to chodzi? – zapytał po chwili z nagłą nadzieją w głosie. – O furgonetkę? Ha... – mruknął, opierając się wygodniej. Nadal był ostrożny, ale wyraźnie się uspokoił. – Czy ją znaleźliście? Czy...
– Znaleźliśmy?
– Ukradziono ją. Trzy dni temu. Znaleźliście ją? Jezu. Co się... Czy ją znaleźliście? Mogę ją odzyskać? Co się stało?
Spojrzałem na Ramirę. Wstała, wyszeptała do mnie parę słów i znowu usiadła, spoglądając na Khuruscha.
– Tak, o to właśnie chodzi, Mikyael – potwierdziłem. – A czego się spodziewałeś? Nie, nie wskazuj na mnie, Mikyael, i lepiej się zamknij, dopóki nie każę ci mówić. Nie chcę tego wiedzieć. Coś ci powiem, Mikyael. Ktoś taki jak ty, kto zajmuje się przewozami, potrzebuje furgonetki. A ty nie zawiadomiłeś nas o jej zniknięciu. – Zerknąłem przelotnie na Ramirę. „Jesteśmy tego pewni?”. Skinęła głową. – Nie zgłosiłeś kradzieży. Teraz rozumiem, dlaczego nie płakałeś zbytnio nad stratą takiego gówna, z naciskiem na słowo „gówno”. Niemniej zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście ją ukradziono. Nie pojmuję, co mogłoby cię powstrzymać przed zawiadomieniem nas, nie wspominając już o firmie ubezpieczeniowej. Jak możesz pracować bez furgonetki?
Khurusch wzruszył ramionami.
– Nie zdążyłem tego zrobić. Miałem zamiar, ale byłem bardzo zajęty...
– Wiemy, że masz mnóstwo zajęć, Mik. Ponownie pytam, dlaczego nie zgłosiłeś kradzieży?
– Nie miałem czasu. Kurwa, w tym nie ma nic podejrzanego...
– Przez trzy dni?
– Znaleźliście ją? Co się stało? Użyto jej w jakimś celu, tak? W jakim?
– Znasz tę kobietę? Gdzie byłeś we wtorek wieczorem, Mik?
Przyjrzał się zdjęciu.
– Jezu. – Pobladł wyraźnie. – Ktoś zginął? Jezu? Czy ją potrącono? I sprawca zbiegł z miejsca wypadku? – Wyjął poobtłukiwanego palmtopa i uniósł wzrok, nie włączając urządzenia. – We wtorek? Byłem na spotkaniu. We wtorek wieczorem? Chryste, byłem na spotkaniu. – Zająknął się nerwowo. – Wtedy właśnie ukradli mi ten cholerny samochód. Byłem na spotkaniu. Dwadzieścia osób może to potwierdzić.
– Jakim spotkaniu? Gdzie?
– W Vyevus.
– Jak tam dotarłeś bez furgonetki?
– Kurwa, samochodem! Nikt mi go nie ukradł! Byłem na spotkaniu Anonimowych Hazardzistów. – Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. – Chodzę tam co tydzień. Od czterech lat.
– Odkąd wyszedłeś z więzienia.
– Tak, odkąd wyszedłem z pierdolonego więzienia. Jezu, jak pan myśli, dlaczego tam trafiłem?
– Za pobicie.
– Ehe, złamałem nos pierdolonemu księgowemu, bo miałem manko, a on mi groził. Czemu to pana obchodzi? We wtorek wieczorem widziała mnie cała kupa ludzi.
– Spotkanie trwało maksimum dwie godziny...
– Tak, ale potem poszliśmy razem do baru. Jesteśmy Anonimowymi Hazardzistami, nie Alkoholikami. Kiedy stamtądwyszliśmy, było już po północy, i nie wróciłem do domu sam. W naszej grupie jest kobieta... Wszyscy to potwierdzą.
W tym punkcie się mylił. Z osiemnastu członków grupy jedenastu było zdecydowanych ochraniać swą anonimowość. Organizator, żylasty mężczyzna z uczesanymi w kucyk włosami używający ksywki „Fasola”, nie chciał nam ich podać. Miał do tego prawo. Moglibyśmy go zmusić, ale po co? Siedmioro uczestników, którzy zgodzili się ujawnić, potwierdziło wersję Khuruscha.
Żadne z nich nie było kobietą, z którą wrócił do domu, ale kilkoro przyznało, że ona istnieje. Moglibyśmy ją odszukać, ale to również niczemu by nie służyło. Mektecy bardzo się podekscytowali, gdy znaleźliśmy na ciele Fulany DNA Khuruscha, ale to było tylko trochę włosów z jego przedramion na jej skórze. Bardzo często ładował do samochodu różne rzeczy, niczego więc to nie dowodziło.
– Ale dlaczego nikomu nic nie powiedział o kradzieży?
– Powiedział – odparła Ramira Yaszek. – Tylko nie nam. Rozmawiał o tym z sekretarką, Ljelą Kitsov. Od dwóch dni nie przestawał utyskiwać z tego powodu.
– Ale nie chciało mu się nas zawiadomić? Jak sobie bez niej radził?
– Sekretarka mówiła, że on tylko przewozi towar przez rzekę. Od czasu do czasu zajmuje się importem, na bardzo małą skalę. Wyjeżdża za granicę i kupuje towary, które da się tu sprzedać. Tanie ubrania, kompakty o niepewnej legalności.
– Dokąd konkretnie wyjeżdża?
– Do Warny. Bukaresztu. Czasami do Turcji. I do Ul Qomy, oczywiście.
– To znaczy, że był po prostu zbyt leniwy, by zgłosić kradzież?
– To się zdarza, szefie.
Miała rację. Choć Khurusch nie zawiadomił nas o kradzieży,nagle gorąco zapragnął odzyskać furgonetkę i był wściekły, kiedy mu jej nie oddaliśmy. Zaprowadziliśmy go na parking, by potwierdził, że to jego własność.
– Tak, to moja furgonetka. – Czekałem, aż zacznie się skarżyć, że jest brudna, ale najwyraźniej zawsze miała taki kolor. – Dlaczego nie mogę jej odzyskać? Jest mi potrzebna.
– Już mówiłem, że to miejsce zbrodni. Dostaniesz ją, kiedy będziemy gotowi. Do czego służy to wszystko?
Zajrzał do wnętrza samochodu, sapiąc i mrucząc z niezadowolenia. Nie pozwoliłem mu niczego dotykać.
– Ten syf? Kurwa, nie mam pojęcia.
– Mówię o tym – uściśliłem, wskazując na kawałek sznura oraz walający się na podłodze złom.
– Ehe. Nie mam pojęcia. Ja tego tu nie włożyłem. Niech pan tak na mnie nie patrzy. Po co miałbym wozić takie śmieci?
Potem wróciłem do gabinetu, porozmawiać z Lizbyet Corwi.
– Proszę, powstrzymaj mnie, jeśli masz jakieś pomysły. Widzę tylko dziewczynę, która może być profesjonalistką albo nie. Nikt jej nie zna, ciało porzucono w publicznym miejscu, zawieziono ją tam skradzioną furgonetką, do której z niezrozumiałych powodów załadowano kupę złomu. I żadna z tych części nie jest narzędziem zbrodni. To w zasadzie pewne.
Wskazałem na leżący na biurku dokument stwierdzający ten fakt.
– Na całym osiedlu jest mnóstwo odpadków – odparła kobieta. – W gruncie rzeczy, jest ich pełno w całym Besźel. Mógł to znaleźć wszędzie. Mógł... a może mogli.
– Znalazł to, załadował do furgonetki, a potem porzucił razem z nią.
Policjantka siedziała sztywno, czekając, aż coś powiem. Odpadki nie zrobiły nic poza zabrudzeniem martwej kobiety rdzą, jakby ona również była starym żelastwem.
Rozdział czwarty
