Miasta grzechu, miasta wyobraźni - Marek Pernal - ebook
NOWOŚĆ

Miasta grzechu, miasta wyobraźni ebook

Marek Pernal

0,0

Opis

Barcelona, Buenos Aires, Nowy Jork, Praga, Nicea, Wuppertal, Saint-Tropez i wiele innych miast – to pierwszy krąg poznania, w który wtajemnicza nas autor tej niezwykłej książki, oprowadzając po nim sobie tylko znanymi ścieżkami. Krąg drugi to grzechy: pycha, chciwość, nieczystość, łakomstwo, gniew i wiele innych. To one kształtują oblicza miast i są kluczem do zrozumienia bohaterów i ich dziejów. Czy jest tu jeszcze trzeci krąg…?

Marek Pernal to były ambasador, historyk, podróżnik – i erudyta. Z racji sprawowanej funkcji miał dostęp do ludzi dysponujących unikatową wiedzą i wstęp do miejsc, do których „nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Jego najnowsza książka Miasta grzechu, miasta wyobraźni to zbiór 11 esejów podróżnych – napisanych ze swadą i znawstwem, z dystansem do siebie i świata. Wiedzą o świecie zdobytą podczas rozlicznych podróży Pernal dzieli się mądrze i z klasą.

Ujawnia nieznane fakty – jak w fascynującej, w zadziwiający sposób przesyconej polityczną nekrofilią (sic!) argentyńskiej opowieści o peregrynacjach zabalsamowanych zwłok Evity Perón i o iście bondowskich, znanych tylko kręgom dyplomatycznym, kulisach wywiezienia z kraju prezydenta Juana Peróna. Odkrywa ślady amerykańskich gangsterów Butcha Cassidy’ego i Sundance Kida w… Patagonii. Oprowadza po zaułkach, podejrzanych spelunkach, teatrzykach dla dorosłych i innych przybytkach nocnego życia Barcelony. Zachwyca opowieścią o podniebnym tramwaju i mistrzyni baletu Pinie Bausch w Wuppertalu. Wskazuje – wybierane przez poetów, pisarzy, artystów – najpiękniejsze śródziemnomorskie cmentarze z widokiem na morze.

Opowiada dzieje znikających pomników – nie tylko Lenina w Nowym Jorku, ale też innych „wstydliwych” monumentów w Pradze, Barcelonie czy Buenos Aires. Ze znawstwem przedstawia wszystkie tajemnice i symbole Rockefeller Center na Manhattanie. Wprowadza czytelnika – nie bez autoironii – na salony Buenos Aires czy do argentyńskiego parku rozrywki opartego na… Biblii.  

Tak, w tej książce roi się od poruszających wyobraźnię opowieści, anegdot, cytatów, symboli, obrazów, artystów, bohaterów świętych i podłych, ludzi z ulicy i ze świecznika. Ale wszystkie zebrane tu wątki są jak tony w precyzyjnie dostrojonym instrumencie: płynie z nich piękna muzyka. Muzyka świata. I to jest trzeci krąg.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 254

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Koncepcja, redakcja, korekta:

Redakcja-Kreacja

 

Projekt okładki:

Tomasz Fedor

 

Skład:

Marta Jedlinska

[email protected]

+48 695 850 130

 

Wydawca:

Oficyna Wydawnicza Kontynenty

ul. Klonowa 13

05-220 Zielonka

[email protected]

 

Copyright © by Kontynenty Sp. z o.o.

Copyright © by Marek Pernal

 

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

 

Wydanie I

Zielonka 2026

 

ISBN: 978-83-685712-64

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 

Podczas opracowywania tych wspomnień trzymałem

się faktów, chyba że kłóciły się z pamięcią, fabularnym

zamysłem czy też prawdą w moim subiektywnym

zrozumieniu. Zapewniam czytelników, że tam, gdzie

pozwalam sobie rozminąć się z autentyzmem imion,

nazwisk, dat czy nazw miejscowości, zniekształcić przebieg

zdarzeń i rozmów albo zmienić krewnym i postaciom

historycznym tożsamość lub ich wzajemne relacje, lub

motywy postępowania, zrobiłem to z należytą nonszalancją.

 

Michael Chabon,Poświata,

przekład Michała Kłobukowskiego

Giovanni Piranesi, Interno di prigione [Wnętrze więzienia] z cyklu Carceri d’Invenzione [Więzienia wyobraźni], 1745-1750

 
Miasto grzechu
 

Barcelona

 
 

Barcelona słynie z liberalnych obyczajów i przyjaznego stosunku do społeczności LGBT. W krajobrazie miasta obecnych jest mnóstwo tęczowych flag, coroczne parady równości gromadzą dziesiątki tysięcy uczestników, a władze i organizacje odpowiedzialne za promocję z wielką energią podkreślają walory Barcelony jako metropolii przyjaznej środowisku queer. Czy było tak zawsze? Bynajmniej

 
 

Gdy przed wielu laty rozpoczynałem pracę w Barcelonie, moja znajomość języka hiszpańskiego była daleka od doskonałości. Wkrótce po przyjeździe zostałem zaproszony do L’Auditori, czyli katalońskiej filharmonii narodowej, na koncert polskiego zespołu Kroke. Znałem tę grupę, widziałem na żywo kilka jej występów, a płyta The Sounds of the Vanishing World należała do moich ulubionych krążków. Bardzo się ucieszyłem. Autor zaproszenia, dyrektor L’Auditori, mój równolatek, z sympatycznym uśmiechem czekał na mnie w holu budynku i odprowadził na miejsce na widowni. Koncert był fantastyczny, muzyka krakowskich artystów odwołująca się do starych wątków żydowskich i orientalnych – niezwykła. Gdy występ dobiegł końca, dyrektor filharmonii ponownie mnie odszukał i spytał, czy chciałbym porozmawiać na zapleczu z wykonawcami. Spojrzałem na zegarek (zanim zapanowała era smartfonów, używało się takich przedmiotów). Było późno, dochodziła godzina 23, ale przecież życie w Barcelonie toczy się w innym rytmie niż w Warszawie. Kiwnąłem głową.

Weszliśmy za kulisy. Tam wdałem się we wspominki z muzykami i z towarzyszącym nam nadal sympatycznym dyrektorem. Po jakimś czasie znowu dyskretnie popatrzyłem, która godzina. Zbliżała się północ. Uznałem, że czas wracać do domu. Uścisnąłem dłonie członkom zespołu, po czym podszedłem do dyrektora, mówiąc po hiszpańsku: – Chciałbym się z panem pożegnać. Spojrzał na mnie jakoś dziwnie, ale znowu uśmiechnęliśmy się do siebie, po czym wyszedłem. Ruszyłem do domu na piechotę. Mieszkałem dość daleko, ale noc była ciepła, a ja potrzebowałem trochę ruchu. Przez cały czas nie dawało mi spokoju spojrzenie mojego gospodarza. Czyżbym zrobił jakiś błąd w moim ułomnym hiszpańskim? Po przyjściu do domu natychmiast sięgnąłem do słownika (zanim zapanowała era smartfonów, używało się takich pomocy). Niestety, gafa okazała się większa, niż myślałem. Pomyliłem hiszpańskie czasowniki despedir i despertar i rozstałem się z dyrektorem słowami: – Chciałbym się z panem obudzić!

Konfuzję dało się wyjaśnić przy kolejnym spotkaniu z sympatycznym Katalończykiem. Pośmialiśmy się obydwaj z mojego lapsusu. Ale, prawdę mówiąc, barceloński kontekst naszej rozmowy mógł sprawić, że moje życzenie nie zabrzmiało wcale jakoś niezwykle.

Barri Gòtic i El Born

Od wieków portowy charakter Barcelony czynił ją otwartą na przybyszów, reprezentantów różnych kultur i obyczajów, także tych odbiegających od oficjalnych wzorców. Bogaci mieszkańcy, szlachta, mieszczaństwo, a później burżuazja – wszyscy trwali oczywiście przy konserwatywnych wartościach głoszonych przez Kościół katolicki, ale im niżej na drabinie społecznej, tym bardziej normy i przykazania bywały usuwane w cień. Jak w każdym wielkim mieście, półświatek – bo z nim kojarzyło się rozluźnienie zasad moralnych – koncentrował się w określonych dzielnicach i rejonach, dobrze znanych każdemu mieszkańcowi i rozpoznawalnych natychmiast przez przyjezdnych. Określenie „półświatek” obejmowało przy tym wszystkie emanacje „zła moralnego”, zarówno zjawiska patologii społecznej, takie jak prostytucja czy włóczęgostwo, jak i zachowania łamiące standardy damsko-męskich relacji erotycznych, takie jak homoseksualizm. Takie były czasy. „Porządni obywatele” nazywali wspomniane okolice „dzielnicami grzechu i rozpusty”, podkreślając związki kwartałów czerwonych latarni z występkiem i przestępczością. W miastach nadmorskich były to z reguły okolice portów. Nie inaczej w Barcelonie. Do połowy XIX wieku centrum prostytucji, hazardu i przestępczości skupiało się na towarowym nabrzeżu i obszarze Barcelonety, gdzie kontrola władz porządkowych i administracyjnych była słabsza niż w zwartej zabudowie miejskiej. Tanich gospód i burdeli nie brakowało także w przyportowej części Barri Gòtic i w uliczkach La Ribera. Śladem po owej aktywności są carasses, kamienne wizerunki głów umieszczane na domach, w których można było spotkać kapłanki miłości. Intrygujące rzeźby nadal spoglądają na przechodniów między innymi na rogu carrer de Miralles i carrer dels Vigatans oraz carrer de les Mosques i carrer des Flassanders. Najsławniejszą można znaleźć przy wąziutkiej carrer de la Carabassa na domu pod numerem 7. Nie jest wcale najbardziej okazała ani najlepiej zachowana. Ale budynek, na którym ją umieszczono, zapisał się na zawsze w historii sztuki. To tylne wejście do sławnego burdelu przy carrer d’Avinyó 44, którego pensjonariuszki uwiecznił Pablo Picasso na obrazie Les Demoiselles d’Avignon (Panny z Avignon) zwiastującym nadejście epoki kubizmu.

Raval

W drugiej połowie XIX wieku główny ośrodek zepsucia moralnego zaczął się przenosić w inne miejsce. Dokąd? Gdy w latach 1854-1856 mury krępujące stolicę Katalonii od czasów średniowiecza zostały zburzone, miasto – jedno z najgęściej zaludnionych w Europie – po prostu eksplodowało. Proces przemian w specyficzny sposób objął także dzielnicę Raval, teren leżący wewnątrz obwarowań, na zachód od sławnej Rambli. W średniowieczu był to obszar półrolniczy, zajęty przez posiadłości klasztorne i patrycjuszowskie. W pierwszej fazie industrializacji, po 1800 roku, wcisnął się tu drobny przemysł, niewielkie manufaktury tekstylne i farbiarnie. Raval wypełniła jednocześnie gęsta zabudowa tanich domów, które inwestorzy dla maksymalnego wykorzystania powierzchni parceli tłoczyli przy wąskich ulicach. Były przeznaczone dla robotników pobliskich zakładów pracy, często imigrantów, którzy gnieździli się w małych mieszkaniach o niskim standardzie, ze względu na wysokość sąsiednich budynków nierzadko niemal pozbawionych światła dziennego. Gdy, jak wspomniałem, w połowie XIX wieku barcelońskie mury zostały zburzone, przemysł przeniósł się na nowo uwolnione tereny wokół miasta. Ludzie w Ravalu i ich nędzne domy – pozostali. W ciasnocie, biedzie, fatalnych warunkach sanitarnych i niefunkcjonalnym układzie komunikacyjnym. Zatłoczona, pełna zaułków proletariacka dzielnica ulokowana w pobliżu portu stała się wkrótce nowym barcelońskim rewirem czerwonych latarni, podejrzanych hotelików na godziny, lupanarów i opiumowych spelunek. W latach dwudziestych XX wieku do okolicy przylgnęła nazwa Barri Xino (Dzielnica Chińska), choć nigdy nie widziano tu większych skupisk Chińczyków.

Barri Xino

Głównymi funkcjonalnymi ulicami Ravalu były już od czasów średniowiecza carrer de l’Hospital i carrer del Carme. Tu działał Hospital de la Santa Creu, największy szpital na terenie miasta, tu tłoczyli się jego personel i pacjenci, tu pracowały niezliczone sklepy, apteki i inne obiekty handlowo-usługowe. Emblematycznymi ulicami Barri Xino stały się jednak inne, znacznie mniej reprezentacyjne miejsca. Prym na liście ulic otoczonych złą sławą – a było ich wiele – wiodły carrer d’En Robador oraz carrer de Saint Ramon. Obie były skupiskiem burdeli najniższej kategorii, tanich noclegowni i domów schadzek. O jakiejkolwiek porze dnia czy nocy przed niemal każdym domem stała tam jakaś kobieta oparta o drzwi, alfons, który ją obserwował z rogu ulicy i klienci przechodzący nieśpiesznie, nie podnosząc wzroku – oto obraz, jaki utrwalił w swoich reportażach kataloński pisarz i publicysta Francisco Madrid, który zbiór tekstów poświęconych Barri Xino opublikował w 1935 roku w tomie Sangre en Ataranzas. Jego spostrzeżenia, będące swoistą kondensacją społecznej funkcji tego miejsca, na dziesięciolecia ukształtowały wyobrażenia o tej części Barcelony jako o przestrzeni permanentnego występku. Tytuł został od tego czasu wznowiony – i to tylko w wersji online – dopiero niedawno, w 2020. Kto rzucił na książkę Madrida klątwę trwającą przez 85 lat? Frankistowscy cenzorzy czy demokratyczni wydawcy po obaleniu frankizmu? Ci pierwsi ze względu na osobę autora o wyraźnie republikańskich poglądach? Ci drudzy z obawy przed drastycznymi obrazami i obliczem miasta, które zdecydowanie nie przynosiło mu chluby? Trudno powiedzieć.

Sangre en Ataranzas nie jest dostępna po polsku, ale atmosferę dzielnicy w początkach i pierwszych dekadach XX wieku barwnie oddaje znana u nas dobrze Prawda o sprawie Savolty Eduardo Mendozy: „Wszystko zaczęło się pewnego wieczoru (...) Około jedenastej łaziliśmy po ulicach bez celu i planu. W pewnej chwili skierowaliśmy się ku Dzielnicy Chińskiej, która właśnie budziła się z zimowego letargu. Chodniki były pełne obdartusów o podejrzanym wyglądzie, którzy w tej mętnej atmosferze szukali ulotnego zapomnienia po udrękach dnia. Pijacy wyśpiewywali; kryjące się po bramach prostytutki zaczepiały bez najmniejszego skrępowania. Stręczyciele na rogach ulic wygrażali brzytwami; pokorni Chińczycy o łagodnym wyglądzie śpiewnie zachwalali swoje towary, błyskotki, wonne maści, pikantne przyprawy, skóry węży, malusieńkie rzeźbione figurki. Z barów dochodziła mieszanina głosów, muzyki, dymu, zapachu frytury. Od czasu do czasu głośny krzyk przeszywał noc” (przekład Zofii Chądzyńskiej). Ulice rządziły się własnymi prawami. Policja była wszechobecna, ale mało skuteczna, daremnie usiłując kontrolować rosnące w siłę środowiska anarchistów i skupiska ekonomicznych migrantów z uboższych regionów Hiszpanii – Andaluzji czy Murcji. Dla lokalnej społeczności Barri Xino było niewątpliwie dzielnicą nędznej i niebezpiecznej – ale jednak swoiście pojmowanej wolności.

Miejsce szczególne na mapie „miasta grzechu” zajmowały okolice Plaça del Teatre, w dolnej części Rambli. Tu, na granicy Barri Xino, rozmnożyły się kabarety, teatrzyki oferujące spektakle tańca erotycznego, tolerowane przez władze lokale o półlegalnym statusie. Na drugim skraju dzielnicy, przy Avinguda Paral.lel, w okolicy skrzyżowania z Ronda de Sant Pau, powstało drugie skupisko rozrywki, być może nieco wyższych lotów. Nazywano je barcelońskim Broadwayem lub katalońskim Montmartrem i uznawano za jeden z najbardziej frywolnych i rozrywkowych zakątków Europy. Nie bez powodu ta część Avinguda Paral.lel dorobiła się znaczącego miana Via del Pecat, czyli Droga Grzechu. Do najsławniejszych z tutejszych przybytków należał El Molino, barcelońska replika paryskiego Moulin Rouge.

Wśród miejscowych scenek podlejszego autoramentu najjaśniejszą gwiazdą świecił bar La Criolla przy carrer del Cid, położony nieco na uboczu, tuż przy starych królewskich stoczniach Drassanes i resztkach XIV-wiecznych murów miejskich. Uwieczniony w wielu tekstach literackich i publicystycznych, był miejscem wspólnoty wykluczonych – złodziei, prostytutek, życiowych outsiderów i wyrzutków, ludzi żyjących poza prawem i społecznymi normami. A zarazem najbardziej znanym w Barcelonie lokalem transwestytów. Wspomnienie naocznego obserwatora tego, co działo się w tym miejscu, pozostawił w Dzienniku złodzieja Jean Genet: „Stiltano postanowił, że będę pracował w La Criolla. (...) Czy odważyłbym się wsparty na jego mocarnym ramieniu spacerować od calle Carmen do calle Mediodia ubrany w suknię z cekinami? Dziwiliby się temu tylko zagraniczni marynarze, nikt poza tym. Niestety, nie umieliśmy wybrać sukni, do tego trzeba smaku” (przekład Piotra Kamińskiego). Sugestywnie pisał o atmosferze w La Criolla także inny Francuz, Georges Bataille, notując w Historii oka i innych historiach: „Zamówiłem butelkę koniaku. Zacząłem pić, napełniając szklankę Michela. Nie omieszkałem się zaraz upić. Znałem od dawna atrakcje La Criolli. Chłopak przebrany za dziewczynę wykonywał na estradce taneczne figury – był ubrany w wieczorową suknię z dekoltem aż do pośladków. Rytm pięt w hiszpańskim tańcu niósł się po podłodze” (przekład Tadeusza Komendanta).

Barrio Chino

Po wybuchu wojny domowej w 1936 roku zła sława Barri Xino trwała umiejętnie podsycana przez reżim frankistowski. Czy można było mieć lepszy propagandowy argument przeciwko republikańskim rządom – których bastionem była Katalonia – tolerującym jakoby chaos i degenerację społeczną? Co lepiej nadawało się, by zaznaczyć różnicę między narodowo-katolicką Hiszpanią kierowaną przez „zdrowy” reżim Franco a zdegenerowaną „republikańską hołotą”? Wygodne dla obrońców ładu i porządku moralne uzasadnienie (jedno z wielu) dla wywołanej przez nich wojny domowej – jak znalazł. Nawet nazwa, Barrio Chino (używam nazwy hiszpańskiej, bo ten język, na skutek zarządzeń frankistowskich władz, zastąpił w publicznym użyciu zakazany kataloński), stygmatyzująca obcością (czyli nie-naszością) miała w tej propagandzie swój wydźwięk.

Wojna skończyła się upadkiem Republiki w 1939 roku, ale czarny obraz Barrio Chino jako symbolu lewicowych porządków nadal był użyteczny. Frankistowskie władze nie kwapiły się zbytnio, by zmienić oblicze tej części miasta. Kraj naznaczony skutkami wojny domowej trwał w gospodarczym marazmie, ale tu bieda i brak perspektyw miały szczególny wydźwięk. Zaniedbana dzielnica pozbawiona jakiejkolwiek modernizacji miała pozostać przestrogą i odpychającym przykładem. Nie bez powodu w licznych powojennych filmach i literaturze ta część Barcelony była niezmiennie prezentowana jako sceneria występku, okolica bez „normalnego” życia, rejon patologii i moralnego zepsucia. Rozróżnienie pomiędzy prostytucją z jej socjalnymi źródłami i homoseksualizmem jako kwestią tożsamości seksualnej, które zaczęło zyskiwać wyrazistość za czasów Republiki, zostało znowu zatarte. Represyjne i moralistyczne władze frankistowskie chlubiące się swym katolicyzmem, nacjonalizmem i autorytaryzmem ponownie zaliczyły do jednej kategorii nierząd, homoseksualizm, włóczęgostwo i alkoholizm. Czy może dziwić, że do oskarżycielskiego chóru dołączył i Kościół? Kazania i listy biskupie z lat czterdziestych i pięćdziesiątych niezmiennie wskazywały na zagrożenie porządku społecznego wywołane przez odrzucenie Boga przez środowiska zepsute i zdegenerowane. Państwowa i kościelna propaganda bez skrupułów wykorzystywała obraz Barrio Chino jako uzasadnienie tezy o moralnym upadku lewicy i spadkobierców republikańskich ideałów. Stąd już tylko krok do uzasadnienia dla cenzury i dla policyjnych represji jako narzędzi utrzymania sytuacji pod kontrolą.

Z punktu widzenia prawa sytuacja prostytutek zdawała się być minimalnie lepsza. Patriarchalny i głoszący kult dzietności reżim Franco uważał, że nierząd jest złem koniecznym, ale nie podważa modelu rodziny (kłaniają się wzorce zachowań społecznych żywe w wielu innych krajach, nieprawdaż?), wobec tego prostytutki należy tolerować i kontrolować. Nie karano ich za uprawianie nierządu, ale zatrzymywano pod pretekstem naruszania porządku. Inaczej rzecz się miała z homoseksualistami. Tych, zdaniem reżimu, należało zdecydowanie usuwać ze społeczeństwa. Narzędziem represji stały się nowe przepisy prawne. W 1954 roku do republikańskiej jeszcze ustawy o niebezpiecznych przestępcach i włóczęgostwie frankistowskie władze wprowadziły przepisy dotyczące „dewiacji seksualnych”, na mocy których homoseksualizm został formalnie uznany za przestępstwo. W 1970 roku przyjęto kolejną ustawę, która usankcjonowała kary więzienia i „reedukacji” dla osób homoseksualnych. Trzeba przyznać, że w porównaniu z resztą Hiszpanii Barcelona, jako duże kosmopolityczne miasto portowe, oferowała i tak znacznie większą anonimowość i relatywną tolerancję demonstrowaną przez miejscowe środowiska artystyczne. Ale i tu działania wszechobecnej policji i Guardia Civil potrafiły być bezwzględne. Znowu sięgnę do obrazu literackiego. Czytelnicy Cienia wiatru, bestsellerowej powieści Carlosa Ruiz Zafóna, rozgrywającej się w Barcelonie w połowie lat czterdziestych, pamiętają z pewnością postać złowrogiego policjanta, inspektora Fumero, którego ofiarą pada don Federico, osiedlowy zegarmistrz, „najkulturalniejszy i najlepiej wychowany człowiek na całej zachodniej półkuli”, za którym, niestety „ciągnęła się mniej chwalebna sława, związana z jego erotyczną słabością do muskularnych efebów z najbiedniejszych dzielnic i z nadmierną skłonnością do strojenia się à la kabaretowa diwa”. Po nocy w celi z przestępcami nieszczęśnik zostaje wyrzucony na ulicę z policyjnej furgonetki z twarzą poobijaną i pociętą, „cały pokrwawiony, w sukience w strzępach, bez peruki i bez swej kolekcji eleganckiej biżuterii” (przekład Beata Fabjańska-Potapczuk i Carlos Marrodán Casas). Miał szczęście. Mógł trafić do jednego ze specjalnych obozów pracy, w Huelva – dla homoseksualistów określanych przez władze mianem „aktywnych” i w Badajoz – dla „pasywnych”.

LGBT i Gayxample

Przełom we wszystkich sferach – językowej, prawnej, akceptowanych norm społecznych i obyczajowych – nastąpił dopiero po śmierci Franco. Dyktator zmarł w listopadzie 1975 roku. W ciągu następnych lat świat, z którym przez kilka dekad kojarzyła się Barri Xino, rozdzielił się na dwie odrębne planety. Powrócił podział, który pojawił się po raz pierwszy w czasach republikańskich. Problemy środowisk nieheteronormatywnych zaczęto ponownie odróżniać od kwestii patologii społecznych. Pierwsze wyraźne wyodrębnienie objęło język. Środowiska definiujące się w oparciu o tożsamość seksualną lub płciową zaczęły określać same siebie terminem LGBT, powstałym w USA w latach sześćdziesiątych. W Europie określenie to weszło do powszechnego obiegu dekadę później, a Hiszpania była jednym z krajów, które odegrało w tym przyswojeniu wyrazistą rolę. W państwie, które po czterdziestu latach frankistowskiej dyktatury zaczęło wracać do zasad demokracji, nowe spojrzenie na potrzeby mniejszości seksualnych wpisywało się w nurt przemian politycznych, a nowa nazwa odpowiadała potrzebie nowego zdefiniowania charakteru i miejsca queer w życiu społecznym.

Termin LGBT stał się narracją o nowym porządku, w którym środowisko prześladowane za czasów frankistowskiej dyktatury powinno znaleźć swoje bezpieczne i akceptowane miejsce. Proces dekryminalizacji nie przebiegał przy tym bez wstrząsów. W okresie przejściowym po śmierci Franco wpływy zachowywali nadal politycy związani z dawnym reżimem, obowiązywały także nadal stare normy prawne i nikt nie ponosił odpowiedzialności za stosowanie represji w czasach dyktatury. W czerwcu 1977 roku w Barcelonie zorganizowana została pierwsza w Hiszpanii manifestacja środowisk gejowskich. Zgromadziła około pięciu tysięcy uczestników – i została na Rambli w pobliżu fontanny Canaletas brutalnie rozpędzona przez policję, która użyła przeciwko pokojowo nastawionym demonstrantom pocisków z gumy. Dopiero w dwa lata później w kodeksie karnym uchylono przepisy uznające orientację homoseksualną za przestępstwo. W 1988 roku wykreślono artykuły przewidujące kary za „zachowania naruszające porządek publiczny, sprzeczne z dobrymi obyczajami i moralnością”, wybiórczo stosowane przez policję wobec środowisk nieheteronormatywnych. Dopiero w 1995 przyjęto zupełnie nowy kodeks ostatecznie zrównujący wobec prawa relacje homo- i heteroseksualne. W dwadzieścia lat po śmierci dyktatora.

W stolicy Katalonii zmianom prawnym i nowej nazwie LGBT towarzyszyła zmiana topograficzna. Dawne przestrzenie barcelońskiego „miasta grzechu” stały się nieaktualne i wstydliwe. Raval ze swą biedą, przestępczością i wykorzystaniem seksualnym nie mógł pełnić roli miejsca, którym środowiska nienormatywne mogły prezentować swą dumę, estetykę i autentyczność, a w kolejnej odsłonie – także rosnącą zamożność. Centrum życia środowiska LGBT przeniosło się do eleganckiej dzielnicy Eixample, do kwartału ograniczonego ulicami Comte d’Urgell, Aragó, Balmes i aleją Gran Via dels Corts Catalanes. Około 1997 roku najpierw w lokalnej, a potem w ogólnokrajowej i zagranicznej prasie okolica ta zyskała nazwę Gayxample, słowo, w którym nazwa części Barcelony wytyczonej i zaplanowanej na nowych obszarach powstałych po zburzeniu murów miejskich (katalońskie „eixample” oznacza „rozszerzenie”) zostało połączone z angielskim „gay”. Jak grzyby po deszczu zaczęły tu wyrastać kluby, bary i pensjonaty „gay friendly” lub przeznaczone wyłącznie dla osób homoseksualnych. Neologizm Gayxample szybko okazał się świetnym narzędziem marketingowym. Nie stygmatyzował, brzmiał nowocześnie i lokalnie, i kosmopolitycznie. Stał się symbolem bezpiecznej enklawy konsumpcji, jaką jest dziś ten rejon miasta. Jeden z tutejszych hoteli, kilkupiętrowy luksusowy budynek kuszący gości ekskluzywną restauracją na dachu, zyskał zaszczytny tytuł najlepszego na świecie obiektu oferującego usługi turystyczne dla gejów, a pod koniec pierwszej dekady XXI wieku sama Barcelona zajęła w tym środowisku w rankingu atrakcyjności miejsce zaraz za globalnym liderem, Amsterdamem. Dzięki Gayxample queerowa historia miasta „zaczęła się” po frankizmie. Pamięć o dawnym świecie nędzy i represji w zaułkach w pobliżu portu zanikła.

Nie znaczy to, że Gayxample stało się przestrzenią jednorodną i wolną od napięć. Obok barów, klubów i hoteli dla klasy średniej istnieją tu środowiska krytyczne wobec komercjalizacji dumy i estetyzacji tożsamości. Działają również alternatywne grupy i stowarzyszenia, które starają się podważać dumną narrację, wskazując na wykluczonych – z powodów klasowych czy migracyjnych – których blask Gayxample nie obejmuje. Ale nie ma co ukrywać, głosy takie są wypychane poza główny nurt opowieści o wizerunkowym, komercyjnym i turystycznym sukcesie dzielnicy.

Raval redivivus

A co z drugim komponentem tworzącym w przeszłości obraz „miasta grzechu”, czyli z patologiami społecznymi, wśród których na pierwszym – a w każdym razie na najwidoczniejszym – miejscu ulokowała się wszechobecna w Barri Xino prostytucja? Tu także po upadku frankizmu nastąpiła wyraźna zmiana prawna. Uprawianie nierządu, traktowane od 1975 roku jako „zagrożenie społeczne”, pozostawało pod baczną kontrolą władz, gotowych przymusowo „reedukować” lub obejmować nadzorem policyjnym osoby świadczące usługi seksualne. Później demokratyczne konstytucja Hiszpanii z 1978 roku położyła nacisk na ochronę praw jednostki, a wspomniany już nowy kodeks karny z 1995 roku jednoznacznie pominął prostytucję w katalogu przestępstw. Radykalna odmiana zaszła w składzie społecznym i narodowościowym Ravalu, bo do takiej nazwy powrócono w oficjalnej narracji. Pojawiła się tu nowa fala imigrantów pochodzących z niemal całego globu – Pakistańczyków, Filipińczyków, mieszkańców krajów Ameryki Łacińskiej. Zaczęli się sprowadzać artyści, studenci i turyści. Przemianie profilu lokalnej społeczności towarzyszyła radykalna polityka władz miasta, którym zależało na zmianie wyglądu i opinii dawnego siedliska prostytucji i przestępczości. Pod koniec lat osiemdziesiątych rozpoczął się wieloletni proces sanacji „złej dzielnicy”. Wyburzono znaczną część zaniedbanych i ubogich budynków. Wysiedlono ponad 8 tysięcy mieszkańców. Zniknęła południowa część carrer d’En Robador, symbolu dawnego Barri Xino. Zupełnie zmieniły wygląd liczne inne zaułki – ulice Sant Josep Oriol, Montealegre, Sant Jeroni.

Szczególnym czynnikiem przyspieszającym proces transformacji stały się przygotowania do Igrzysk Olimpijskich w 1992 roku. Władze Katalonii i barceloński magistrat chciały za wszelką cenę pokazać całemu światu miasto uporządkowane i oczyszczone od społecznych plag. Metodami administracyjnymi skutecznie usuwano z Raval znaczną grupę „wstydliwych” mieszkańców. Wiele osób zajmujących się świadczeniem usług erotycznych (w latach dziewięćdziesiątych stygmatyzujące pojęcie prostytutki zaczęło być w oficjalnym języku zastępowane terminem trabajadora sexual – pracownica seksualna), które straciły swe zaplecze w Raval, pojawiło się wówczas w innych, oddalonych od centrum miasta rejonach. Jedno z takich anonimowych miejsc można zobaczyć w początkowych partiach filmu Wszystko o mojej matce (Todo sobre mi madre, 1999) Pedro Almodóvara. Na przygnębiającym, mrocznym placu gdzieś na przedmieściach bohaterka filmu, Manuela (Cecilia Roth) bezskutecznie szuka swego transseksualnego partnera.

Wracam na Raval. Na terenie wyburzonych kwartałów ulic władze Barcelony zaczęły w latach dziewięćdziesiątych realizować ambitny program urbanistyczny i kulturalny. „Raval był na dnie. Desperacko potrzebował światła, powietrza, otwartych przestrzeni publicznych i serca” – wspominał amerykański architekt Richard Meier, któremu w 1991 roku rząd Katalonii powierzył zaprojektowanie sztandarowej budowli mającej zmienić oblicze dzielnicy. Zbudowane w cztery lata później, jaśniejące bielą fasad Muzeum Sztuki Współczesnej (Museu d’Art Contemporani de Barcelona, MACBA) przy Plaça dels Àngels jest dziś kulturalną wizytówką miasta. Na terenie kilku wyburzonych kwartałów ulic pomiędzy carrer de l’Hospital i carrer de Sant Pau wytyczono w 2000 roku nową szeroką aleję nazwaną Rambla de Raval, dzisiaj skupisko nowoczesnych hoteli i lokali gastronomicznych. I miejsce zamieszkania sławnego tłustego kota Fernando Botero, który wszelako w najmniejszym stopniu nie należy do tej opowieści. Jedna z najnowszych dużych inwestycji kulturalnych na obszarze dawnego Barri Xino to nowoczesna siedziba Filmoteca de Catalunya oddana do użytku w 2012 roku. By stworzyć szeroki i elegancki Plaça de Salvador Segui, przy którym stoi budynek, wyburzono całą pierzeję południowej części carrer d’En Robador, ulicy będącej niegdyś – jak wspominałem – kręgosłupem barcelońskiego „miasta grzechu”. Przemiany Raval objęły nie tylko okazałe projekty urbanistyczne i architektoniczne. Miejsca dawnych lupanarów i tanich hoteli dla robotników zajęły pensjonaty dla turystów, a podejrzane knajpki z dyskretnym udziałem prostytucji i podkasanego performansu stały się opisywanymi w przewodnikach „barami etnicznymi” lub „lokalami historycznymi”. Przyspieszył proces gentryfikacji, który tak jak w innych wielkich miastach oznacza stopniowe wypieranie dotychczasowej, uboższej społeczności przez nowych, zamożniejszych mieszkańców i zanikanie tradycyjnych, lokalnych sieci społecznych. Nie wydaje się, by komukolwiek zależało na przypomnieniu mrocznej, boleśnie prawdziwej historii tego miejsca i jego dawnych mieszkańców.

Ktoś, kto chciałby odszukać dzisiaj dawną atmosferę tych okolic, miałby sporo trudności. Oczywiście, nocą na pobliskiej Rambli w jej dolnej, najbliższej morza części można nadal spotkać panie i panów oferujących swe towarzystwo każdemu, kto takiego towarzystwa pożąda. Barcelońska prasa ciągle donosi o interwencjach okolicznych mieszkańców i turystów skarżących się na ten proceder. Ale to, jak sądzę, jedynie skromny refleks atmosfery nierządu, jaka panowała tu i w Barri Xino w przeszłości. Baczni obserwatorzy dostrzegą, że znikł z oczu jeden z wymownych reliktów dawnych czasów. Gdy przyjechałem do Barcelony w połowie lat dziesiątych obecnego wieku, przed bramami dwóch domów wychodzących na Ramblę – w budynkach o numerach 22 i 24, tuż przy restauracji Amaya – widać było jeszcze kamienne progi z wytartymi na wylot owalnymi dziurami. Były śladami po butach prostytutek, które stojąc w tych miejscach godzinami, wytupały obcasami charakterystyczne otwory. Nie mogły oczekiwać na klientów wewnątrz budynków, bo w 1956 roku władze zakazały uprawiania nierządu i wymusiły zamknięcie wszystkich domów publicznych. Aż do początków lat osiemdziesiątych kobiety oferujące swe usługi mogły szukać zainteresowanych jedynie na ulicy, często wystając w bramach legalnie działających „pensjonatów”. W kilka lat później te wymowne i smutne pamiątki zostały usunięte podczas prac remontowych obu posesji. Nie zostały zniszczone. W 2016 umieszczono je na ścianie restauracji Amaya, po prawej stronie, w samym wejściu do lokalu. Jako ciekawostka, ale jakby dość wstydliwa. Zastanawiam się, czy nie jest to najtrafniejsza metafora losu queerowej przeszłości Barri Xino, Barrio Chino, Ravalu. Zachowana, ale pozbawiona narracji. Obecna, ale nienazwana. Mam wrażenie, że miasto, które celebruje swoją otwartość, nie znalazło dotąd języka, by opowiedzieć o świecie, w którym ważny aspekt owej otwartości rodził się w cieniu biedy, przemocy i wykluczenia. W centrum Ravalu duch Dzielnicy Chińskiej trwa na zachodnim odcinku Sant Ramon, pomiędzy carrer del Marquès de Barberà i carrer de Sant Pau. Wciąż stoją tu domy z małymi barami i sklepikami, przed którymi nadal wyczekują panie zachęcające do bliższego kontaktu. Jeszcze większe wrażenie robi pamiątka przeszłości, jaką jest carrer d’En Robador w swym północnym odcinku, gdzie stanowi zaułek o szerokości nieco przekraczającej dwa metry. Nie należy zapuszczać się po zmroku w tę okolicę. Za dnia, nie przypatrując się zbyt natarczywie mijanym twarzom, warto rzucić okiem na czarne pionowe krechy w dolnej części fasad wielu domów, najbardziej może wyraźne na budynku pod numerem 37. Skąd się wzięły? To znowu ślady po obcasach prostytutek opartych o ścianę domu i opierających nogę zgiętą w kolanie – raz jedną, raz drugą – o mur za plecami.

Przygasła znacznie sława dystryktu teatrów i teatrzyków przy Avinguda Paral.lel. Odzyskała na pewien czas blask atrakcyjności, gdy w 1975 roku, zaledwie w miesiąc po śmierci Franco, swoje podwoje otworzyła tu Sala Bagdad przy carrer Nou de la Rambla. Właścicielka tego przybytku, Juani de Lucía Morgan, na krótko wcześniej odwiedziła hamburską dzielnicę Sankt Pauli i wyszła zaszokowana pornograficznymi przedstawieniami, jakie można było zobaczyć na tamtejszych scenach. Wróciła do Barcelony nie tylko z walizką pełną erotycznych gadżetów, ale także z pomysłem przeszczepienia na barceloński grunt spektakli z seksem na żywo. Sala Bagdad zyskała zrazu niesłychany rozgłos i wywołała spory skandal, ale dzisiaj, po pół wieku, pozostaje już tylko świadectwem niegdysiejszych filisterskich złorzeczeń.

Jednym z miejsc, w którym – jak sobie wyobrażam – najłatwiej odnaleźć można echa dawnych, mrocznych czasów Ravalu, jest Bar Marsella przy carrer de Sant Pau 65 działający w tym miejscu od 1820 roku. Przed stu laty było to miejsce uczęszczane przez barceloński półświatek, marynarzy i artystów. Bywali tu i Picasso, i Hemingway. Wydaje się, że od czasu ich ostatnich wizyt w tym miejscu nikt nie umył żyrandoli pokrytych grubą warstwą kurzu, nie przetarł poczerniałych luster na ścianach, ani nie odmalował łuszczącego się sufitu. Pielęgnuje, a jakże, swój zabytkowy image. Wśród trunków króluje nieodmiennie la fada verda, zielona wróżka, czyli absynt. Ale nawiązuje już tylko do tradycji dekadencji, nie zaś do dawnej niemoralności.

No i nie ma śladu po La Criolla. Bar został zburzony przez bombę lotniczą jeszcze w czasie wojny domowej, 24 września 1938 roku.

 

[...]