Mężczyźni objaśniają mi świat - Rebecca Solnit - ebook + książka
BESTSELLER

Mężczyźni objaśniają mi świat ebook

Rebecca Solnit

4,0

35 osób interesuje się tą książką

Opis

Zbiór błyskotliwych tekstów amerykańskiej feministki i historyczki.

Zaczyna się niewinnie, od czegoś, co przy pewnej dozie dobrej woli można by uznać za towarzyską niezręczność. Podczas przyjęcia pan domu nie przyjmuje do wiadomości, że rozmawia z autorką książki, którą właśnie jest jej łaskaw objaśniać. Rebecca Solnit widzi jednak w tym zdarzeniu coś więcej, coś, z czym stykają się na co dzień miliony kobiet na świecie: przejaw symbolicznej przemocy ze strony mężczyzn, emanację patriarchalnego systemu, w którym funkcjonujemy. To jednak zaledwie czubek góry lodowej – autorka opowiada o innych zdarzeniach (często obficie relacjonowanych przez media), w których ujawnia się symboliczna lub nawet fizyczna przemoc wobec kobiet (w Stanach Zjednoczonych co 6 minut zgłaszany jest gwałt, a są to bardzo zaniżone statystyki). Jednocześnie Solnit wpisuje sytuację i prawa kobiet w szerszy geopolityczny i kulturowy kontekst. Przywołuje też dwie inne wybitne eseistki: Virginię Woolf i Susan Sontag, z którymi podejmuje dialog i polemizuje. Lekki styl i bystrość wywodu sprawiają, że od tekstów Solnit trudno się oderwać. Z pewnością powinny one dać do myślenia zarówno kobietom, jak i mężczyznom – są aktualne aż do bólu.

Rebecca Solnit jest amerykańską eseistką, historyczką i działaczką feministyczną. Napisała kilkanaście książek z pogranicza antropologii, filozofii i polityki, m.in. wielokrotnie nagradzaną Eadweard Muybridge and the Technological Wild West oraz Wanderlust: A History of Walking. Publikuje w wielu pismach, m.in. “Harper’s Magazine” i “Guardian”. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1014 oceny)
397
338
202
62
15
Sortuj według:
deva358

Nie polecam

Nie polecam. Nic ciekawego
31
lacerta_

Z braku laku…

Ciężko ocenia się książkę, która przedstawia życie kobiet - ich codzienność i problemy oraz zmagania, które stawia przed nami świat. Autorka przedstawia wiele faktów popartych badaniami, ale również prawdziwymi historiami. Do każdego kolejnego felietonu podchodziłam emocjonalnie, ale temat jest mi bliski - jak każdej kobiecie. Jednocześnie nie mogłam nie zauważyć, że rozdziały są dość nierówne. Niektóre były super, niektóre wydawały mi się dość mocno oderwane od rzeczywistości i znacznie odbiegające od tematu. Nie ukrywam, wiele z przytoczonych i opisanych spraw było celnych, autorka potrafi zadawać pytania i skłania do przemyśleń nad danym tematem. Jednak często potrafi ponieść ją fantazja - do tej pory kołacze mi w głowie przedstawienie przez autorkę miejsc (państw/kontynentów) czy uczuć i nadanie im płci. Uważam, że było to dziwne, niepotrzebne, a nawet lekko agresywne. Myślę, że z książką warto się zapoznać ze względu na temat jaki porusza zwłaszcza, że ostatnio jest on coraz częś...
20
Sengatime

Nie oderwiesz się od lektury

Autorka łączy różne klocki, które zwykle są rozpatrywane osobno. Ciekawa przeplatanka związków m.in. historycznych, kulturowych na prawa kobiet
20
sloxo

Nie polecam

Nudy
21
klaudiagoska

Całkiem niezła

Ciężko mi ocenić. Zbiór esejów to chyba nie jest forma dla mnie, aczkolwiek na pewno była to wartościowa lektura
10

Popularność




Roz­dział 1

Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją mi świat

2008

Na­dal nie wiem, dla­cze­go wraz z Sal­lie po­sta­no­wi­ły­śmy wy­brać się na to przy­ję­cie, na po­ro­śnię­tych la­sem zbo­czach po­nad Aspen. Po­zo­sta­li go­ście byli od nas star­si i nud­ni w pe­wien szcze­gól­ny spo­sób, tak sta­rzy, że my, wów­czas oko­ło czter­dzie­sto­let­nie, ucho­dzi­ły­śmy na przy­ję­ciu za mło­de damy. Dom był wspa­nia­ły – pod wa­run­kiem że lubi się al­pej­skie domy w sty­lu Ral­pha Lau­re­na – so­lid­na, luk­su­so­wa cha­ta na wy­so­ko­ści pra­wie 2800 me­trów, ozdo­bio­na ro­ga­mi łosi, masą ki­li­mów i pa­le­ni­skiem peł­nym pło­ną­ce­go drew­na. Już mia­ły­śmy wy­cho­dzić, gdy nasz go­spo­darz – świet­nie za­ra­bia­ją­cy, pew­ny sie­bie męż­czy­zna – za­opo­no­wał: „Nie, nie, pro­szę zo­stać tro­chę dłu­żej, chciał­bym mieć oka­zję z pa­nia­mi po­roz­ma­wiać”.

Cze­ka­ły­śmy, pod­czas gdy po­zo­sta­li go­ście po­wo­li od­pły­wa­li w let­nią noc, aż wresz­cie go­spo­darz usa­do­wił nas przy sto­le z gru­be­go, po­zna­czo­ne­go sę­ka­mi drew­na i zwró­cił się do mnie:

– Jak sły­sza­łem, na­pi­sa­ła pani kil­ka ksią­żek.

– Kil­ka, rze­czy­wi­ście – od­po­wie­dzia­łam.

To­nem, ja­kim za­zwy­czaj za­chę­ca się sie­dem­na­sto­let­nią cór­kę zna­jo­mych, żeby opo­wie­dzia­ła o swo­ich pró­bach gry na fle­cie, nasz go­spo­darz spy­tał: „A więc o czym one są?”.

Praw­dę mó­wiąc, moje książ­ki, któ­rych wów­czas wy­da­łam już sześć czy sie­dem, do­ty­czy­ły kil­ku bar­dzo róż­nych kwe­stii, ale tego let­nie­go dnia w 2003 roku za­czę­łam opo­wia­dać o naj­now­szej, Ri­ver of Sha­dows: Eadwe­ard Muy­brid­ge and the Tech­no­lo­gi­cal Wild West (Rze­ka cie­ni: Eadwe­ard Muy­brid­ge i tech­no­lo­gicz­ny Dzi­ki Za­chód), trak­tu­ją­cej o uni­ce­stwie­niu cza­su i prze­strze­ni i uprze­my­sło­wie­niu co­dzien­ne­go ży­cia.

Go­spo­darz prze­rwał mi, gdy tyl­ko wy­mie­ni­łam na­zwi­sko Muy­brid­ge’a. „Czy sły­sza­ła pani o bar­dzo waż­nej książ­ce na te­mat Muy­brid­ge’a, któ­ra uka­za­ła się w tym roku?”

Tak da­le­ce we­szłam w na­rzu­co­ną mi rolę de­biu­tant­ki, że by­łam go­to­wa wziąć pod uwa­gę ewen­tu­al­ność, że rów­no­cze­śnie z moją uka­za­ła się inna pu­bli­ka­cja na ten sam te­mat, a ja ja­kimś cu­dem ją prze­ga­pi­łam. Go­spo­darz wła­śnie za­czął mi opo­wia­dać o tej waż­nej książ­ce – przy­bie­ra­jąc do­sko­na­le mi zna­ną peł­ną sa­mo­za­do­wo­le­nia pozę pe­ro­ru­ją­ce­go męż­czy­zny: za­pa­trzo­ny w od­le­gły ho­ry­zont, na któ­rym nie­wy­raź­nie ma­ja­czy od­blask jego wła­sne­go au­to­ry­te­tu.

Chcia­ła­bym w tym miej­scu za­zna­czyć, że na co dzień sta­le spo­ty­kam uro­czych męż­czyzn: wli­cza­jąc w to wie­lu re­dak­to­rów i wy­daw­ców, któ­rzy od cza­sów mo­jej mło­do­ści słu­cha­li mnie, do­da­wa­li mi od­wa­gi i pu­bli­ko­wa­li moje tek­sty, oraz mo­je­go nie­skoń­cze­nie wiel­ko­dusz­ne­go młod­sze­go bra­ta i jego wspa­nia­łych przy­ja­ciół, o któ­rych moż­na po­wie­dzieć – jak o Szko­la­rzu z Opo­wie­ści kan­ter­be­ryj­skich, za­pa­mię­ta­nym prze­ze mnie z za­jęć pana Pe­le­na o Chau­ce­rze – że uczy­li „tak sie­bie, jak in­nych z ra­do­ścią”. Wciąż jed­nak tra­fiam tak­że na zu­peł­nie in­nych męż­czyzn. Tak więc Pan Bar­dzo Waż­ny pe­ro­ro­wał po­ucza­ją­cym to­nem o książ­ce, któ­rą po­win­nam znać, aż wresz­cie Sal­ly prze­rwa­ła mu i po­wie­dzia­ła: „To jej książ­ka”. No, w każ­dym ra­zie pró­bo­wa­ła mu prze­rwać.

On jed­nak pe­ro­ro­wał na­dal. Sal­ly mu­sia­ła po­wtó­rzyć „To jest jej książ­ka” trzy lub czte­ry razy, nim przy­jął to do wia­do­mo­ści. A gdy wresz­cie zro­zu­miał, wów­czas, jak w dzie­więt­na­sto­wiecz­nej po­wie­ści, zbladł jak płót­no. To, że by­łam au­tor­ką bar­dzo waż­nej książ­ki, któ­rej on, jak się wła­śnie oka­za­ło, nie prze­czy­tał, a tyl­ko do­wie­dział się o niej z „New York Ti­mes Book Re­view” kil­ka mie­się­cy wcze­śniej, tak bar­dzo wstrzą­snę­ło schlud­ny­mi ka­te­go­ria­mi, za po­mo­cą któ­rych upo­rząd­ko­wa­ny był jego świat, że za­marł – w każ­dym ra­zie na chwi­lę, po­tem znów za­czął pe­ro­ro­wać. (Jako ko­bie­ty, by­ły­śmy dość uprzej­me, żeby od­da­lić się poza za­sięg słu­chu, za­nim za­czę­ły­śmy się śmiać – ale za to tak na­praw­dę ni­g­dy nie prze­sta­ły­śmy).

Lu­bię zda­rze­nia tego ro­dza­ju, kie­dy siły, któ­re za­zwy­czaj dzia­ła­ją pod­stęp­nie i któ­rych dzia­ła­nie trud­no udo­wod­nić w spo­sób nie­bu­dzą­cy wąt­pli­wo­ści, na­gle sta­ją się jaw­ne i tak oczy­wi­ste, jak, po­wiedz­my, to, że ana­kon­da po­łknę­ła kro­wę albo że słoń na­ro­bił na dy­wan.

Uci­sza­nie – rów­nia po­chy­ła

(...)

Wia­ry­god­ność jest jed­nym z naj­waż­niej­szych na­rzę­dzi umoż­li­wia­ją­cych prze­trwa­nie. Kie­dy by­łam jesz­cze bar­dzo mło­da i do­pie­ro za­czy­na­łam ro­zu­mieć, o co cho­dzi w fe­mi­ni­zmie i dla­cze­go po­trze­bu­je­my go jak po­wie­trza, mia­łam chło­pa­ka, któ­re­go wu­jek był fi­zy­kiem nu­kle­ar­nym. Pew­ne­go razu, aku­rat na Gwiazd­kę, opo­wia­dał to­nem lek­kiej to­wa­rzy­skiej aneg­do­ty, jak żona są­sia­da na pod­miej­skim osie­dlu fi­zy­ków pra­cu­ją­cych nad pro­duk­cją bomb w środ­ku nocy wy­bie­gła z domu cał­ko­wi­cie naga, krzy­cząc, że mąż pró­bu­je ją za­bić. Skąd, spy­ta­łam, wie­dział pan, że mąż nie pró­bo­wał jej za­bić? Wy­ja­śnił mi spo­koj­nie, że prze­cież obo­je byli sza­no­wa­ny­mi przed­sta­wi­cie­la­mi kla­sy śred­niej. Co za tym idzie, fakt, że mąż mógł­by chcieć za­bić żonę, nie sta­no­wił wia­ry­god­ne­go wy­ja­śnie­nia dla tego, że ko­bie­ta wy­bie­gła z domu, krzy­cząc, że mąż pró­bu­je ją za­bić. Na­to­miast, z dru­giej stro­ny, ko­bie­ta mo­gła prze­cież być wa­riat­ką...

Na­wet uzy­ska­nie za­ka­zu zbli­ża­nia – a jest to sto­sun­ko­wo nowe na­rzę­dzie praw­ne – wy­ma­ga wia­ry­god­no­ści po­zwa­la­ją­cej prze­ko­nać naj­pierw sąd, że ja­kiś fa­cet sta­no­wi za­gro­że­nie, a na­stęp­nie po­li­cjan­tów, że po­win­ni wpro­wa­dzić za­kaz w ży­cie. Zresz­tą tak czy owak za­kaz zbli­ża­nia czę­sto nie dzia­ła. Prze­moc to je­den ze spo­so­bów uci­sza­nia lu­dzi, od­ma­wia­nia im gło­su i od­bie­ra­nia wia­ry­god­no­ści, utwier­dza­nia się w pra­wie do kon­tro­lo­wa­nia in­nych i sta­wia­nia tego pra­wa po­nad ich pra­wem do ist­nie­nia. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych co­dzien­nie trzy ko­bie­ty giną, za­mor­do­wa­ne przez mę­żów, part­ne­rów lub by­łych part­ne­rów. Jest to za­ra­zem jed­na z naj­częst­szych przy­czyn śmier­ci cię­żar­nych ko­biet w tym kra­ju. Klu­czem do zwy­cię­stwa w fe­mi­ni­stycz­nej wal­ce o to, żeby gwałt, gwałt na rand­ce, gwałt mał­żeń­ski, prze­moc do­mo­wa i mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne w miej­scu pra­cy zo­sta­ły uzna­ne za prze­stęp­stwa, jest za­pew­nie­nie ko­bie­tom wia­ry­god­no­ści i sły­szal­no­ści.

Je­stem prze­ko­na­na, że ko­bie­ty zy­ska­ły praw­ny sta­tus istot ludz­kich wów­czas, gdy tego ro­dza­ju akty skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko nim za­czę­to trak­to­wać se­rio, kie­dy czy­ny, któ­re nas ogra­ni­cza­ły i za­bi­ja­ły, za­czę­ły być roz­po­zna­wa­ne przez pra­wo – czy­li gdzieś od po­ło­wy lat sie­dem­dzie­sią­tych, kie­dy by­łam już na świe­cie. A gdy­by ktoś chciał kwe­stio­no­wać, że za­stra­sza­nie i mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne w miej­scu pra­cy jest spra­wą ży­cia i śmier­ci, pra­gnę przy­po­mnieć, że dwu­dzie­sto­let­nia ka­pral Ma­ria Lau­ter­bach z Kor­pu­su Ma­ri­nes zo­sta­ła za­mor­do­wa­na pew­nej zi­mo­wej nocy przez wyż­sze­go ran­gą żoł­nie­rza, do­kład­nie wte­dy, kie­dy za­mie­rza­ła zło­żyć prze­ciw­ko nie­mu ze­zna­nia, oskar­ża­jąc go o gwałt. Spa­lo­ne szcząt­ki jej cia­ła (była w cią­ży) zna­le­zio­no w ogni­sku na jego po­dwór­ku.

Przy­słu­chi­wa­nie się, jak ktoś, z całą sta­now­czo­ścią, twier­dzi, że on wie, o czym mówi, a ona nie – na­wet je­śli jest to tyl­ko je­den z aspek­tów roz­mo­wy – utrwa­la szpe­to­tę tego świa­ta i od­bie­ra mu blask. Po uka­za­niu się w 2000 roku mo­jej książ­ki Wan­der­lust (Na­mięt­ność do włó­czę­gi) od­kry­łam, że je­stem cał­kiem do­brze przy­go­to­wa­na do tego, by ra­dzić so­bie z pró­ba­mi ty­ra­ni­zo­wa­nia mnie i po­mniej­sza­nia zna­cze­nia mo­ich spo­strze­żeń i in­ter­pre­ta­cji. Mniej wię­cej w tym cza­sie w dwóch sy­tu­acjach skry­ty­ko­wa­łam za­cho­wa­nie ja­kie­goś męż­czy­zny, tyl­ko po to, żeby na­tych­miast usły­szeć, że wszyst­ko wy­glą­da­ło zu­peł­nie ina­czej, niż mó­wi­łam, że by­łam su­biek­tyw­na, coś so­bie uro­iłam, nad­mier­nie się de­ner­wo­wa­łam, by­łam nie­uczci­wa – jed­nym sło­wem, by­łam ko­bie­tą.

Daw­niej w ta­kiej sy­tu­acji zwąt­pi­ła­bym w sie­bie i wy­co­fa­ła się. Jed­nak od­kąd jako au­tor­ka pi­szą­ca o hi­sto­rii zy­ska­łam pew­ną po­zy­cję, ła­twiej mi ob­sta­wać przy swo­im. Bar­dzo nie­wie­le ko­biet cie­szy się tego ro­dza­ju wzmoc­nie­niem. Mi­lio­nom ko­biet ży­ją­cych na tej sied­mio­mi­liar­do­wej pla­ne­cie dano ja­sno do zro­zu­mie­nia, że nie są wy­star­cza­ją­co wia­ry­god­ne, by za­świad­czać o wła­snym ży­ciu, że praw­da nie na­le­ży do nich, ani te­raz, ani w ogó­le. Oczy­wi­ście to, o czym mó­wię, to o wie­le wię­cej niż po pro­stu Męż­czyź­ni, Któ­rzy Ob­ja­śnia­ją Świat, ale jed­no i dru­gie mie­ści się na tym sa­mym ar­chi­pe­la­gu bez­brzeż­nej aro­gan­cji.

Męż­czyź­ni wciąż ob­ja­śnia­ją mi świat. I jak do­tąd ża­den z nich nie prze­pro­sił mnie za błęd­ne ob­ja­śnia­nie mi rze­czy, na któ­rych ja się znam, a on nie. Przy­naj­mniej na ra­zie. Ale jako że zgod­nie z ak­tu­al­ny­mi sta­ty­sty­ka­mi mogę mieć przed sobą jesz­cze na­wet po­nad czter­dzie­ści lat ży­cia, kto wie, co może się zda­rzyć. Po­wiedz­my, że nie wstrzy­mu­ję od­de­chu w ocze­ki­wa­niu.

Post­scrip­tum

W mar­cu 2008 roku pod­czas pew­nej ko­la­cji za­czę­łam, jak mi się to już wcze­śniej zda­rza­ło, żar­to­wać, że po­win­nam na­pi­sać esej pod ty­tu­łem Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją mi świat. Każ­da au­tor­ka i każ­dy au­tor ma całą staj­nię po­my­słów, któ­re ni­g­dy nie tra­fia­ją na tor wy­ści­go­wy; na tym aku­rat ku­cy­ku urzą­dza­łam so­bie od cza­su do cza­su prze­jażdż­ki dla roz­ryw­ki. Pani domu, bły­sko­tli­wa teo­re­tycz­ka i dzia­łacz­ka Ma­ri­na Si­trin, za­czę­ła mnie prze­ko­ny­wać, że po­win­nam na­pi­sać ten esej: choć­by dla ta­kich dziew­czyn jak jej młod­sza sio­stra Sam. Mło­de ko­bie­ty, twier­dzi­ła, po­win­ny się do­wie­dzieć, że je­śli są lek­ce­wa­żo­ne, to by­naj­mniej nie z po­wo­du ich wła­snych skry­wa­nych bra­ków: że mają do czy­nie­nia ze sta­rą, nud­ną woj­ną płci, że to samo przy­da­rza się, w tym czy in­nym mo­men­cie, więk­szo­ści z nas, ko­biet.

Na­stęp­ne­go ran­ka usia­dłam i za jed­nym za­ma­chem na­pi­sa­łam ten esej. Je­śli coś pi­sze się tak szyb­ko, to zna­czy, że przez dłuż­szy czas ukła­da­ło się gdzieś w za­ka­mar­ku umy­słu. Cze­ka­ło na na­pi­sa­nie, nie­cier­pli­wi­ło się, chcąc tra­fić na tor wy­ści­go­wy, i po­ga­lo­po­wa­ło, gdy tyl­ko za­sia­dłam przed kom­pu­te­rem. Jako że w tam­tym okre­sie Ma­ri­na wsta­wa­ła póź­niej niż ja, po­da­łam jej tekst na śnia­da­nie; póź­niej tego sa­me­go dnia po­sła­łam go To­mo­wi En­gel­hard­to­wi, re­dak­to­ro­wi Tom­Di­spatch, i mój esej uka­zał się on­li­ne. Ese­je pu­bli­ko­wa­ne na stro­nie Toma na ogół szyb­ko zo­sta­ją do­strze­żo­ne – ten, od­kąd po­ja­wił się w sie­ci, nie­ustan­nie krą­ży, ko­pio­wa­ny, udo­stęp­nia­ny i ko­men­to­wa­ny. Upo­wszech­nia się sze­rzej niż co­kol­wiek, co kie­dy­kol­wiek na­pi­sa­łam.

Ude­rzył w ja­kąś stru­nę. I w ja­kiś nerw.

Nie­któ­rzy męż­czyź­ni za­czę­li wy­ja­śniać, dla­cze­go to, że męż­czyź­ni wy­ja­śnia­ją ko­bie­tom świat, nie jest tak na­praw­dę zja­wi­skiem zwią­za­nym z płcią. Ko­bie­ty od­po­wia­da­ły na to, że upie­ra­jąc się przy swo­im pra­wie do ne­go­wa­nia do­świad­cze­nia, o któ­rym mó­wią ko­bie­ty, męż­czyź­ni wy­ja­śnia­ją świat do­kład­nie w taki spo­sób, o ja­kim na­pi­sa­łam. (Na wszel­ki wy­pa­dek pod­kre­ślam: je­stem prze­ko­na­na, że ko­bie­tom tak­że zda­rza się pro­tek­cjo­nal­nie ob­ja­śniać świat męż­czy­znom. Cho­dzi jed­nak o to, że w ta­kich przy­pad­kach ob­ja­śnia­nie świa­ta nie wy­ni­ka z ogrom­nej róż­ni­cy za­kre­su wła­dzy, jaką się po­sia­da – róż­ni­cy, któ­ra ob­ja­wia się tak­że na wie­le in­nych, bar­dziej po­nu­rych spo­so­bów – ani nie jest ele­men­tem wzor­ca, we­dle któ­re­go w na­szym spo­łe­czeń­stwie funk­cjo­nu­je płeć kul­tu­ro­wa).

Inni męż­czyź­ni zro­zu­mie­li, o co cho­dzi, i przy­ję­li to spo­koj­nie. Ko­niec koń­ców na­pi­sa­łam swój esej w cza­sach, kie­dy męż­czyź­ni-fe­mi­ni­ści co­raz wy­raź­niej za­zna­cza­ją swo­ją obec­ność, a w fe­mi­ni­zmie jako ta­kim jest co­raz wię­cej za­ba­wy. Nie wszy­scy, rzecz ja­sna, wie­dzą, że są za­baw­ni. W 2008 roku na Tom­Di­spatch do­sta­łam mej­la od star­sze­go pana z In­dia­na­po­lis, któ­ry po­sta­no­wił mi za­ko­mu­ni­ko­wać, że on sam „ni­g­dy, ani w ży­ciu oso­bi­stym, ani za­wo­do­wym, nie po­trak­to­wał źle żad­nej ko­bie­ty”, po czym prze­szedł do stro­fo­wa­nia mnie, że nie uma­wiam się ze „zwy­czaj­niej­szy­mi fa­ce­ta­mi albo przy­naj­mniej nie od­ra­biam wcze­śniej pra­cy do­mo­wej”. Na­stęp­nie udzie­lił mi paru rad na te­mat tego, jak po­win­nam wieść swo­je ży­cie, oraz sko­men­to­wał moje „po­czu­cie niż­szo­ści”. Uwa­żał, że by­cie trak­to­wa­ną pro­tek­cjo­nal­nie jest do­świad­cze­niem, któ­re ko­bie­ty wy­bie­ra­ją, czy też któ­re­go mogą nie wy­brać – a co za tym idzie, wina le­ża­ła po mo­jej stro­nie.

Wkrót­ce po­ja­wił się por­tal Męż­czyź­ni z Aka­de­mii Ob­ja­śnia­ją Mi Świat, na któ­rym set­ki ko­biet ze śro­do­wi­ska aka­de­mic­kie­go za­czę­ły za­miesz­czać hi­sto­rie o pro­tek­cjo­nal­nym trak­to­wa­niu, lek­ce­wa­że­niu, prze­ry­wa­niu wy­po­wie­dzi i tak da­lej. Po­ja­wi­ło się tak­że po­ję­cie „pan­ja­śnia­nie”2, któ­re­go au­tor­stwo nie­kie­dy przy­pi­su­je się mnie. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak nie mam z nim nic wspól­ne­go, cho­ciaż jego po­wsta­nie za­in­spi­ro­wał mój esej, a tak­że wszy­scy ci męż­czyź­ni, któ­rzy sta­no­wią wcie­le­nie opi­sa­ne­go w nim zja­wi­ska (sama mam pew­ne wąt­pli­wo­ści co do tego sło­wa i nie­zbyt czę­sto go uży­wam: wy­da­je mi się, że tro­chę za moc­no po­brzmie­wa w nim prze­ko­na­nie, ja­ko­by męż­czyź­ni z na­tu­ry obar­cze­ni byli tą wadą; wolę po­gląd, że nie­któ­rzy męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją rze­czy, któ­rych ob­ja­śniać nie po­win­ni, za­miast słu­chać tego, co po­win­ni. Je­śli nie jest to jesz­cze do­sta­tecz­nie ja­sne, pod­kre­ślam: uwiel­biam, kie­dy ktoś ob­ja­śnia mi coś, na czym się zna, co mnie in­te­re­su­je, ale cze­go wcze­śniej nie zna­łam: na­to­miast roz­mo­wa zba­cza na nie­wła­ści­we tory, kie­dy ktoś za­czy­na wy­ja­śniać mi coś, na czym ja się znam, a on nie). Oko­ło 2012 roku po­ję­cie „zo­sta­ło mi span­ja­śnio­ne” (man­spla­ined) – jed­no ze słów roku 2010 we­dług „New York Ti­me­sa” – było już uży­wa­ne przez dzien­ni­ka­rzy po­li­tycz­nych głów­ne­go nur­tu.

Sta­ło się tak dla­te­go, że okre­śle­nie to nie­ste­ty do­sko­na­le pa­so­wa­ło do swo­ich cza­sów. Tom­Di­spatch udo­stęp­ni­ło mój tekst po­now­nie w sierp­niu 2012 roku, przy czym traf chciał, że mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie czło­nek Izby Re­pre­zen­tan­tów Todd Akin (re­pu­bli­ka­nin z Mis­so­uri) wy­gło­sił swo­je nie­sław­ne stwier­dze­nie, ja­ko­by ko­bie­ty, któ­re zo­sta­ły zgwał­co­ne, nie po­trze­bo­wa­ły abor­cji, po­nie­waż „je­śli jest to gwałt we wła­ści­wym sen­sie tego po­ję­cia, cia­ło ko­bie­ty ma swo­je spo­so­by na to, żeby się za­blo­ko­wać”. Pod­czas tam­tych wy­bo­rów at­mos­fe­rę nie­ustan­nie pod­grze­wa­ły na zmia­nę ko­lej­ne po­ra­ża­ją­ce wy­po­wie­dzi kon­ser­wa­tyw­nych męż­czyzn – sto­ją­ce w sprzecz­no­ści z fak­ta­mi, po­pie­ra­ją­ce gwałt – i fe­mi­nist­ki, któ­re wska­zy­wa­ły, dla­cze­go po­trze­bu­je­my fe­mi­ni­zmu i dla­cze­go tacy męż­czyź­ni są nie­bez­piecz­ni. Przy­jem­nie było stać się jed­nym z gło­sów w tym chó­rze: mój tekst prze­ży­wał wte­dy wiel­ki po­wrót.

Stru­ny, ner­wy: kie­dy to pi­szę, tekst wciąż krą­ży. Nie cho­dzi­ło mi ni­g­dy o to, żeby się skar­żyć, że je­stem w ja­kiś szcze­gól­ny spo­sób ucie­mię­żo­na. Po­trak­to­wa­łam opi­sa­ne w moim ese­ju roz­mo­wy jako przy­kład rów­ni po­chy­łej, za któ­rą prze­strzeń dla męż­czyzn się otwie­ra, a dla ko­biet – za­my­ka. Prze­strzeń do mó­wie­nia, do by­cia słu­cha­ną, do po­sia­da­nia praw, do uczest­nic­twa, do by­cia sza­no­wa­ną, do by­cia peł­ną i wol­ną isto­tą ludz­ką. W ten spo­sób w kul­tu­ral­nych roz­mo­wach wy­ra­ża­ją się re­la­cje wła­dzy – tej sa­mej wła­dzy, któ­ra do­cho­dzi do gło­su w roz­mo­wach mniej kul­tu­ral­nych, w fi­zycz­nych ak­tach po­ni­że­nia i prze­mo­cy, a tak­że, czę­sto, w tym, w jaki spo­sób urzą­dzo­ny jest świat; wła­dzy, któ­ra uci­sza, wy­ma­zu­je i nisz­czy ko­bie­ty, nisz­czy rów­ność, moż­li­wość uczest­nic­twa, od­bie­ra czło­wie­czeń­stwo, po­zba­wia praw czy wresz­cie – na­zbyt czę­sto – sa­me­go ży­cia.

Ko­bie­ty wciąż to­czą wal­kę o to, by trak­to­wa­no je jak isto­ty ludz­kie, ob­da­rzo­ne pra­wem do Ży­cia, Wol­no­ści i swo­bo­dy ubie­ga­nia się o Uczest­nic­two w kul­tu­rze i po­li­ty­ce, przy czym bywa to wal­ka na­praw­dę bru­tal­na. Sama się so­bie dzi­wi­łam – na­pi­sa­łam esej, któ­ry za­czy­na się od za­baw­nej hi­sto­ryj­ki, a koń­czy gwał­tem i mor­der­stwem. Po­zwo­li­ło mi to po­ka­zać dro­gę, któ­ra pro­wa­dzi od drob­nych to­wa­rzy­skich nie­do­god­no­ści do bru­tal­ne­go uci­sza­nia i okrut­nej śmier­ci (są­dzę też, że le­piej zro­zu­mie­my mi­zo­gi­nię i prze­moc wo­bec ko­biet, je­śli spoj­rzy­my na nad­uży­cia wła­dzy jako na róż­ne aspek­ty tego sa­me­go pro­ble­mu, za­miast trak­to­wać jako od­ręb­ne zja­wi­ska prze­moc do­mo­wą, gwał­ty i mor­der­stwa, a tak­że mo­le­sto­wa­nie i upo­ka­rza­nie w sie­ci, w miej­scu pra­cy, na uli­cy; wi­dząc je ra­zem, ła­twiej do­strzec łą­czą­cy je wzo­rzec).

Pra­wo do tego, by sta­nąć i za­brać głos, jest nie­zbęd­ne do prze­trwa­nia, nie­zbęd­ne, by cie­szyć się wol­no­ścią i god­no­ścią. Mam ten przy­wi­lej, że cho­ciaż w mło­do­ści mnie uci­sza­no, nie­kie­dy bru­tal­nie, do­ro­słam do tego, by mieć włas­ny głos: ta oko­licz­ność na za­wsze zwią­za­ła mnie z wal­ką tych, któ­rym głos ode­bra­no.

Roz­dział 2

Naj­dłuż­sza woj­na

2013

Kup na karakter.pl

Roz­dział 3

Zde­rze­nie świa­tów w luk­su­so­wym apar­ta­men­cie

Uwa­gi na te­mat Mię­dzy­na­ro­do­we­go Fun­du­szu Wa­lu­to­we­go, glo­bal­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści i nie­zna­jo­me­go z po­cią­gu

2011

Kup na karakter.pl

Roz­dział 4

Po­chwa­ła za­gro­że­nia

Czym na­praw­dę jest rów­ność mał­żeń­ska

2013

Kup na karakter.pl

Roz­dział 5

Bab­ka pa­jąk

2014

Kup na karakter.pl

Roz­dział 6

Mrok Vir­gi­nii

Przy­jąć to, cze­go nie moż­na wy­ja­śnić

2009

Kup na karakter.pl

Roz­dział 7

Syn­drom Ka­san­dry

2014

Kup na karakter.pl

Roz­dział 8

#YesAl­l­Wo­men

Fe­mi­nist­ki pi­szą hi­sto­rię na nowo

2014

Kup na karakter.pl

Roz­dział 9

Pusz­ka Pan­do­ry i ochot­ni­cze siły po­li­cyj­ne

2014

Kup na karakter.pl

Źró­dła ilu­stra­cji

Kup na karakter.pl

Po­dzię­ko­wa­nia

Kup na karakter.pl

Spis tre­ści

Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją mi świat

Naj­dłuż­sza woj­na

Zde­rze­nie świa­tów w luk­su­so­wym apar­ta­men­cie

Po­chwa­ła za­gro­że­nia

Bab­ka pa­jąk

Mrok Vir­gi­nii

Syn­drom Ka­san­dry

#YesAl­l­Wo­men

Pusz­ka Pan­do­ry i ochot­ni­cze siły po­li­cyj­ne

Źró­dła ilu­stra­cji

Po­dzię­ko­wa­nia

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Men Expla­in Things To Me

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek

Opie­ka re­dak­cyj­na: Ewa Ślu­sar­czyk

Ko­rek­ta: Ka­mil Bo­gu­sie­wicz, Pau­li­na Le­nar

 

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

 

 

Co­py­ri­ght © 2014 Re­bec­ca Sol­nit

Ilu­stra­cje: Co­py­ri­ght © Ana Te­re­sa Fernández

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Anna Dzierz­gow­ska, 2017

isbn 978-83-65271-60-0

Przy­pi­sy

Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją mi świat

2 W ory­gi­na­le: man­spla­ning, czy­li neo­lo­gizm zło­żo­ny ze słów man i expla­ining. Po pol­sku funk­cjo­nu­je tak­że prze­kład „mę­spli­ka­cja”, za­pro­po­no­wa­ny przez Agniesz­kę Graff w fe­lie­to­nie dla „Wy­so­kich Ob­ca­sów” (A. Graff, Mę­spli­ka­cja: to, co po­wie męż­czy­zna, bę­dzie cie­kaw­sze, „Wy­so­kie Ob­ca­sy” 16.04.2016).