Matki przodem. Jak wylądowałyśmy w ciemnej d***e - Joanna Mokosa-Rykalska - ebook + audiobook

Matki przodem. Jak wylądowałyśmy w ciemnej d***e ebook i audiobook

Mokosa-Rykalska Joanna

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Autorka bloga i bestsellera MATKA SIEDZI Z TYŁU

– królowa gaf, ciętych ripost i życiowych katastrof –

zabiera nas w podróż życia albo raczej… nie do przeżycia!

 

Joanna – kierowniczka produkcji filmowej – jest już zmęczona życiowym szpagatem między pracą, czyli wieczną gonitwą, a wysysającą ostatnią kroplę krwi kochaną rodzinką. Kto nie był w szarych odmętach rodzicielstwa, a mimo wszystko próbował wyjść z tego z twarzą, niech pierwszy wystąpi…Pewnego „wesołego” wieczoru Joanna wraz z szalonymi przyjaciółkami wpadają na pomysł babskiego wyjazdu do luksusowego spa w Budapeszcie. Postanawiają kompletnie wyłączyć się z rozpędzonego życia i żeby było jeszcze bardziej ekstremalnie, nie zabierają ze sobą telefonów. Choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Joanna nie powinna tam jechać, to po krótkich życiowych turbulencjach siedzi z dziewczynami w samolocie, ćwicząc węgierskie słówka.Przyjaciółki na chwilę zapomniały, że ich drugie imię to tragikomedia, ale widok, który zobaczyły na lotnisku, szybko podziałał jak kubeł zimnej wody. A to dopiero początek...

 

Książka, która kipi od ciętego humoru i absurdalnych zwrotów akcji. Nie chce naprawiać świata, ale na pewno uczyni go bardziej zabawnym. Autorka nie przebiera w słowach – raz obśmieje, raz ochrzani, raz przytuli. Jak to bywa w życiu, również Waszym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 12 min

Lektor: Katarzyna Kwiatkowska

Oceny
4,4 (696 ocen)
412
182
74
23
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tnoeak

Z braku laku…

Koszmarny, patologiczny język. Przekleństwa używane jako przecinki…
30
iluka2

Nie polecam

Jaś Fasola i jego przygody... Tak odebrałam wyprawę bohaterek na wakacje. Nie w moim stylu dowcip. Poza tym strasznie wulgarne bohaterki. Też nie w moim stylu. Nie polecam.
10
Adam431

Dobrze spędzony czas

Książka zabawna, lekka, polecam.
10
madzius7

Nie oderwiesz się od lektury

Już dawno nie przeczytałam żadnej książki prawie jednym tchem. Gratuluję autorce poczucia humoru i umiejętności zainteresowania. Rewelacyjna książka. Polecam!!!
10
huczek23

Nie oderwiesz się od lektury

Zabawna lekka opowieść o szalonych przyjaciółkach
00

Popularność




Ser­decz­ne po­dzi­ęko­wa­nia dla Ali­ny Pu­cha­ły za cen­ne uwa­gi i Edy­ty Asta­lus za kon­sul­ta­cje kra­jo­znaw­cze. Nie­zmien­nie dzi­ęku­ję mężo­wi i dzie­ciom za to, że za­wsze mogę na nich li­czyć i że ze mną wy­trzy­mu­ją :)

Roz­dział 1

– Ko­cha­nie, pa­mi­ętasz, że dzi­siaj po po­łud­niu przy­cho­dzą do nas Le­wan­dy? – spy­tał mężu.

Za­ma­rłam. By­łam ab­so­lut­nie pew­na, że to mia­ło być za ty­dzień.

– Jak to dzi­siaj? A nie w na­stęp­ną so­bo­tę? – za­py­ta­łam z na­dzie­ją w gło­sie.

– Nie, ostat­nio jak u nich by­li­śmy, po wy­pi­ciu pół bu­tel­ki wina za­pra­sza­łaś ich przez pół go­dzi­ny na dzi­siaj – przy­po­mniał.

No do­bra, wy­gląda na to, że je­stem in­te­li­gent­na bez­ob­ja­wo­wo.

– Bo­rze szu­mi­ący, jesz­cze go­ście, jak mi się nie chce – wes­tchnęłam.

– Mo­żesz na­grać to, co po­wie­dzia­łaś? Chcę mieć do­wód, bo we­dług cie­bie to ja je­stem nie­to­wa­rzy­ski.

– Bo je­steś. Ty na­wet cho­ro­by wy­my­ślasz, jak ktoś ma do nas przy­jść, a ja przy­naj­mniej mó­wię szcze­rze, że mam to gdzieś – od­burk­nęłam.

Pod­sze­dł i mnie przy­tu­lił. Chy­ba wi­dział, że się dzi­siaj nie wy­spa­łam, bo prze­cież ge­ne­ral­nie uwiel­biam lu­dzi. Jed­nak ilo­ść co­dzien­nych obo­wi­ąz­ków do­mo­wych da­wa­ła się we zna­ki.

– Ku­pię ja­kieś prze­kąski i wino, będzie do­brze – obie­cał i za­czął szy­ko­wać się do wy­jścia.

Na szczęście był do­pie­ro po­ra­nek. Woj­tek z Ka­śką po­je­cha­li do skle­pu szu­kać klo­szar­do­wych ciu­chów dla niej, bo od kil­ku dni ma­ru­dzi­ła, że nie ma się w co ubrać. Dla­cze­go klo­szar­do­wych? Cóż, tak obec­nie wy­gląda moda mło­dych dziew­cząt. Ostat­nio by­łam z psem, gdy ze szko­ły wy­sy­pa­ła się grup­ka dam. Kur­wu­niu, z któ­re­go śmiet­ni­ka one bio­rą te ciu­chy?! Spodnie ci­ągną się po zie­mi albo ko­ńczą tuż przed ko­la­na­mi, ale naj­wa­żniej­sze, żeby były sze­ro­kie i po­dar­te, jak­by wpa­dły w zęby bul­te­rie­ra. Blu­zy i kurt­ki trzy nu­me­ry za duże. A bu­ta­mi to mo­żna za­bi­jać. Ale co zro­bisz, jak nic nie zro­bisz.

Kie­dy wy­szli, za­częłam tro­chę ogar­niać nasz pier­dol­nik. Na chwi­lę usia­dłam na ka­na­pie i wga­pi­łam się w pro­gram o ku­po­wa­niu przez mi­lio­ne­rów do­mów na Ka­ra­ibach. Pro­wa­dzący w lu­źnej roz­mo­wie za­dał im py­ta­nie, gdzie ostat­nio byli. A ci, że tu i tam. Ma­gel­lan się do nich nie umy­wa! „A ty gdzie by­łaś, Jo­an­no?” – za­py­ta­łam samą sie­bie, na­tchnio­na ame­ry­ka­ńską re­to­ry­ką. W ła­zien­ce na przy­kład, nie­daw­no rów­nież w przed­po­ko­ju, no i nie­ste­ty w kuch­ni. I je­stem ab­so­lut­nie prze­ko­na­na, że do­zna­nia i po­ziom ad­re­na­li­ny mie­li­śmy bar­dzo po­dob­ny.

Moje dy­wa­ga­cje prze­rwał Pio­truś:

– Na któ­rą je­dzie­my na uro­dzi­ny Fran­ka?

– Na czter­na­stą, mó­wi­łam ci już.

– A któ­ra jest?

– Trzy­na­sta.

– A do­kład­nie?

– Dwu­na­sta pi­ęćdzie­si­ąt sze­ść.

– To dla­cze­go mó­wisz, że trzy­na­sta?

Mło­dy za ka­żdym ra­zem punk­to­wał mnie w tej spra­wie. Nie wiem, ja­kie zna­cze­nie mia­ły dla ludz­ko­ści te czte­ry mi­nu­ty, ale jego pre­cy­zja dała mi do my­śle­nia, że w przy­szło­ści albo będzie chi­rur­giem, albo za­wo­do­wym mor­der­cą, któ­re­go nikt ni­g­dy nie zła­pie. Po ta­kich ro­dzi­cach ra­czej ob­sta­wia­ła­bym to dru­gie.

Po wie­lo­krot­nym: „Za­łóż buty, tu masz blu­zę, umyj zęby, bo zmo­cze­nie szczo­tecz­ki do zębów wodą to jed­nak nie to samo” wy­szli­śmy z domu i wsie­dli­śmy do sa­mo­cho­du. Był ład­ny pa­ździer­ni­ko­wy dzień. Na dwo­rze le­ża­ły li­ście mie­ni­ące się w sło­ńcu fe­erią ko­lo­rów. Uwiel­biam taki wi­dok. Chy­ba na­tu­ra re­kom­pen­su­je w ten spo­sób już krót­kie i za­zwy­czaj mało przy­jem­ne dni.

– Ma­muś... – za­czął Pio­trek.

– Słu­cham, syn­ku?

– Fra­nek to ma faj­nie.

– A dla­cze­go?

– Bo jego ro­dzi­ce są roz­wie­dze­ni.

– I dla­te­go ma faj­nie?

– No tak, bo na uro­dzi­ny za­wsze do­sta­je po­dwój­ne pre­zen­ty.

– To praw­da, ale pre­zen­ty chy­ba nie są w ży­ciu naj­wa­żniej­sze.

– Oczy­wi­ście, że są.

– Syn­ku, nie mo­żna być ta­kim ma­te­ria­li­stą.

– Czy­li?

– Czy­li my­śleć tyl­ko o rze­czach.

– Ale za­wsze po­wta­rzasz, że trze­ba mó­wić praw­dę. No więc mó­wię.

I za­bił mnie gno­jek moją wła­sną bro­nią. Szko­da tyl­ko, że nie do ko­ńca to się spraw­dza, jak py­tam, czy od­ro­bił lek­cje.

Na­szą szcze­rą dys­ku­sję prze­rwał do­jazd na miej­sce. Ma­ńka po­sta­no­wi­ła za­pro­sić go­ści na ścian­kę wspi­nacz­ko­wą. We­szli­śmy do środ­ka, przeda­rłszy się przez bie­ga­jące dzie­cia­ki, któ­re były jesz­cze na dole. Inne, ni­czym oran­gu­ta­ny, wspi­na­ły się naj­wy­żej, jak po­tra­fi­ły.

– Asiu­nia, tu­taj – za­wo­ła­ła do mnie Ma­ńka. – Cze­ść, Pio­truś. Cho­dź, za­pro­wa­dzę cię do dzie­ci.

– To idę, ma­muś, pa­aaa! – Chłop­cy w tym wie­ku są tacy słod­cy.

– Cze­ść, Jo­an­na – usły­sza­łam męski głos. Rzad­ko ktoś wy­po­wia­da w ten spo­sób moje imię. To mu­siał być Ro­bert, były Ma­ńki.

– O, cze­ść – przy­wi­ta­łam się. Sy­tu­acja była tro­chę nie­zręcz­na. Kie­dyś prze­cież spędza­li­śmy wszy­scy ra­zem spo­ro cza­su. Jed­nak od­kąd Ma­ńka i Ro­bert się roz­sta­li, z jej eks­em wi­du­je­my się tyl­ko cza­sa­mi, jak na przy­kład od­bie­ra od nas chłop­ców.

– Co sły­chać?

– Wszyst­ko po sta­re­mu: pra­ca, dom i cały ten ko­łow­ro­tek – od­po­wie­dzia­łam dość enig­ma­tycz­nie. – A u cie­bie? – zre­wa­nżo­wa­łam się, bo wy­pa­da­ło, choć do­sko­na­le wie­dzia­łam od Ma­ńki.

– Też do­brze, zmie­ni­łem pra­cę, więc dużo się dzie­je, no i te dwa małe po­two­ry. Nie jest ła­two. – Wska­zał z uśmie­chem na dzie­ci. Bie­dac­two. Szko­da tyl­ko, że po­nad rok temu nie ci­ąży­ła mu Taj­ka na pe­ni­sie, z któ­rą był uprzej­my ro­bić to i owo, będąc w zwi­ąz­ku z moją przy­ja­ció­łką.

– No nie jest – po­wie­dzia­łam zgod­nie z praw­dą. Całe szczęście po­de­szła do nas Ma­ńka, bo by­łam bli­ska, żeby coś pal­nąć.

– Wszyst­kie ka­szo­ja­dy są już na ścian­ce – oznaj­mi­ła za­do­wo­lo­na.

Pa­trzy­łam na nią z po­dzi­wem. Sta­ła obok Ro­ber­ta tak po pro­stu, bo była z nim w do­brych sto­sun­kach. Ja bym pew­nie ci­ągnęła dzia­da przez na­stęp­ne dwa lata przy­wi­ąza­ne­go do sa­mo­cho­du. Trze­ba przy­znać, że się zmie­nił, na­wet mia­łam wra­że­nie, że o nią za­bie­gał. Ma­ńka wy­gląda­ła jed­nak na taką, co już to so­bie w gło­wie po­ukła­da­ła. No i przede wszyst­kim spo­ty­ka­ła się z Pa­włem.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek, któ­re­go by­łam za­kład­nicz­ką, i za­częłam zbie­rać się do wy­jścia.

– Ma­ńka, mu­szę już iść. Mamy dzi­siaj go­ści, wiesz, Le­wan­dy do nas przy­cho­dzą, tyl­ko jak­by o tym za­po­mnia­łam. Mu­szę ogar­nąć dom, czy­li po­upy­chać cały bur­del do sza­fek, bo ina­czej nie zdążę – po­wie­dzia­łam. – Woj­tek przy­je­dzie po­tem po Piotr­ka, okej?

– Do­bra, idź, tyl­ko pa­mi­ętaj, co gdzie wkła­dasz. Ja ostat­nio nie­opatrz­nie scho­wa­łam do szu­fla­dy ho­dow­lę fa­so­li sy­nu­sia. Ja­kież było moje zdzi­wie­nie, gdy otwie­ram ją, a tam ro­śnie drze­wo! Drze­wo w szaf­ce, czu­jesz? – re­cho­ta­ła Ma­ńka.

Ja jak ostat­nio scho­wa­łam przez przy­pa­dek ser fran­cu­ski do szaf­ki za­miast do lo­dów­ki, to o jego byt­no­ści przy­po­mniał mi taki smród, że my­śla­łam, że będę mu­sia­ła cha­tę de­zyn­fe­ko­wać.

– A o Piotr­ka się nie martw – uspo­ko­iła mnie Ma­ńka. – Je­den z dzie­cia­ków miesz­ka w wa­szej oko­li­cy, to po­pro­szę, żeby za­bra­li go ze sobą i od­wie­źli do domu.

Jak do­brze mieć taką przy­ja­ció­łkę. Masz pew­no­ść, że nie je­steś je­dy­ną, któ­ra ogar­nia ży­cie z pew­ny­mi nie­do­sko­na­ło­ścia­mi. Po­że­gna­ły­śmy się i po­je­cha­łam do domu. A tam cze­kał na mnie po­kaz mody.

– Mamo, zo­bacz, co ku­pi­li­śmy. – Ka­sia za­częła pre­zen­ta­cję i wy­ci­ągnęła z tor­by pi­ęk­ny bia­ły swe­te­rek. Bie­lu­sie­ńki. No ja­sna cho­le­ra, prze­cież to będzie upier­do­lo­ne przy pierw­szym obie­dzie! Po­wi­nien być za­kaz pro­duk­cji ja­snych ubrań do roz­mia­ru 158 cen­ty­me­trów!

– I spód­nicz­kę zo­bacz. Mó­wi­łaś, że­bym cza­sem no­si­ła, to te­raz mam – kon­ty­nu­owa­ła za­do­wo­lo­na. Bar­dzo mnie ucie­szy­ła, że jed­nak nie będzie się ci­ągle ubie­rać jak szlo­ra i idzie w stro­nę ko­bie­co­ści. Wzi­ęłam tę spód­nicz­kę do ręki – nie­trud­no było za­uwa­żyć, że jej dłu­go­ść nie była zbyt im­po­nu­jąca, cho­ciaż nie, ona nie mia­ła dłu­go­ści, tyl­ko krót­ko­ść.

Nie­daw­no były bluz­ki do pęp­ka i pó­łu­bra­nia. Po­wie­dzia­łam Ka­śce, że pój­dzie tak do szko­ły po moim tru­pie. No więc co­dzien­nie rano oba­wia­łam się o swo­je ży­cie.

– Nie wi­dzia­łeś, jaka ona krót­ka? Jak się schy­li, to jej bro­chę będzie wi­dać! – żach­nęłam się po ci­chu, pio­ru­nu­jąc męża wzro­kiem. To już wolę te za duże ciu­chy. Może będzie wy­glądać jak klo­szard, ale nie jak la­fi­ryn­da!

– W skle­pie wy­da­wa­ła się dłu­ższa. A zresz­tą nie prze­sa­dzaj! – od­pa­ro­wał, chcąc tak na­praw­dę rzu­cić: „O co ci cho­dzi?”.

– No i spodnie – za­pre­zen­to­wa­ła Ka­sia. Pa­trząc na ich dłu­go­ść, po­wie­dzia­ła­bym, że to dwie zszy­te pary. Nie­mniej jed­nak dziec­ko wy­pro­wa­dzi­ło mnie z błędu: – Ma­muś, no tak się te­raz nosi.

Rzu­ci­łam mężo­wi prze­lot­ne dwu­go­dzin­ne złow­ro­gie spoj­rze­nie. Ka­śka po­za­mia­ta tymi spodnia­mi wszyst­kie chod­ni­ki na osie­dlu.

– Ko­tek, wiesz, jak ci­ężko coś dla niej zna­le­źć – po­wie­dział.

Córa była jed­nak wy­ra­źnie za­do­wo­lo­na. Nie po­zo­sta­ło mi więc nic in­ne­go jak za­ak­cep­to­wać ten styl „na nędza­rza”.

Za­częli­śmy przy­go­to­wy­wać się do przy­by­cia go­ści. Czas zle­ciał szyb­ko jak woda w se­de­sie. W ko­ńcu za­dzwo­nił do­mo­fon.

– Cze­ść, ko­cha­ni – przy­wi­ta­łam ich we­so­ło. Czy­li jed­nak wszyst­ko ze mną w po­rząd­ku i na­dal lu­bię lu­dzi.

Do­mi­ni­ka i Mar­cin we­szli do środ­ka, a mi­ędzy nimi pląta­ła się ich pó­łto­ra­rocz­na có­recz­ka Amel­ka. Mamy już nie­wie­lu zna­jo­mych, któ­rzy mają tak mło­de po­tom­stwo.

– A kto tu nas od­wie­dził? – Schy­li­łam się do ma­łej. Mia­ła pi­ęk­ne kręco­ne zło­te wło­sy i nie­bie­skie oczy.

– Na­sza opie­kun­ka jest tro­chę prze­zi­ębio­na i nie chcie­li­śmy zo­sta­wiać z nią Amel­ki – wy­tłu­ma­czy­ła Do­mi­ni­ka, bo rze­czy­wi­ście pla­no­wa­li przy­jść sami. Ale wca­le nie by­łam za­sko­czo­na ta­kim ob­ro­tem spra­wy. Dłu­gie ocze­ki­wa­nie na ma­cie­rzy­ństwo spra­wi­ło, że Do­mi­ni­ka na­le­ża­ła do prze­wra­żli­wio­nych ma­tek. Ob­sta­wiam za­tem, że opie­kun­ka kaszl­nęła, bo za­krztu­si­ła się przy pi­ciu her­ba­ty, a ta już była go­to­wa kwa­ran­tan­nę na cały blok na­ło­żyć.

– Nie szko­dzi – po­wie­dzia­łam, bo prze­cież już nie było wy­jścia. Acz­kol­wiek im je­stem star­sza, tym częściej my­ślę, że dzie­ci są jak bąki. Mo­żna znie­ść tyl­ko wła­sne.

Zna­jo­mi roz­sie­dli się wy­god­nie na ka­na­pie. Na chwi­lę wpa­dła Ka­sia, żeby się przy­wi­tać, i uda­ła się z po­wro­tem do swo­jej jamy zwa­nej po­ko­jem.

– Na­pi­je­cie się cze­goś? Może whi­sky? – za­pro­po­no­wał Woj­tek i pu­ścił oczko do Mar­ci­na.

– A na­lej tro­chę tej wódy na my­szach – od­pa­rł za­do­wo­lo­ny. Ni­g­dy nie ro­zu­mia­łam, jak mo­żna pić coś, co ma za­pach stęchłej sza­fy.

– Ja dzi­ęku­ję – od­mó­wi­ła Do­mi­ni­ka. A szko­da, bo jej aku­rat by się przy­da­ło, żeby tro­chę po­lu­zo­wa­ła gum­kę.

Gdy pa­no­wie de­lek­to­wa­li się trun­kiem, my po­szły­śmy do kuch­ni.

– Co sły­chać? Opo­wia­daj – za­gad­nęła Do­mi­ni­ka ze szcze­rym za­in­te­re­so­wa­niem.

Pa­mi­ętam ten czas, gdy sie­dzia­łam z dzie­ćmi w domu. Ka­żda in­for­ma­cja ze świa­ta ze­wnętrz­ne­go inna niż pie­lu­chy czy gęsto­ść stol­ca była ar­cy­cie­ka­wa.

– U mnie jak zwy­kle, dużo pra­cy. – Nie pa­trzy­łam jed­nak na ko­le­żan­kę, tyl­ko ob­ser­wo­wa­łam ma­łe­go dia­bła wcie­lo­ne­go. Amel­cia, choć była jed­na, wy­gląda­ła, jak­by ktoś ją sklo­no­wał, bo znaj­do­wa­ła się wszędzie.

– Da – po­wie­dzia­ła i po­de­szła do sto­łu, po czym po­ci­ągnęła za ob­rus.

– Kot­ku, zo­staw. – Do­mi­ni­ka szyb­ko do niej pod­bie­gła. Ko­tek, a ra­czej ty­grys ben­gal­ski, nic so­bie z tego nie ro­bił. – A nad czym te­raz pra­cu­jesz? – pró­bo­wa­ła pod­trzy­my­wać roz­mo­wę, ale jej oczy ska­no­wa­ły prze­strzeń w ślad za pędra­kiem.

– Pa­pier­ko­wa ro­bo­ta po sko­ńcze­niu se­ria­lu, ale nie­dłu­go będę ro­bić...

– Ko­cha­nie, nie jedz tej zie­mi, bo ci za­szko­dzi – prze­rwa­ła mi Do­mi­ni­ka i rzu­ci­ła się, żeby otrze­pać małe nie­win­ne ła­pecz­ki gme­ra­jące w mo­jej je­dy­nej ro­ślin­ce, któ­ra nie pa­dła z wy­su­sze­nia. Czort z dziec­kiem, w ko­ńcu nie moje, ale kwiat­ko­wi na pew­no za­szko­dzi, gdy wrzesz­czun obe­rwie mu wszyst­kie li­ście!

– Że co? Co za­czniesz dro­bić? – za­py­ta­ła Do­mi­ni­ka, lek­ko już oszo­ło­mio­na.

– Nie dro­bić, tyl­ko ro­bić – pró­bo­wa­łam skie­ro­wać roz­mo­wę na od­po­wied­nie tory. Były jed­nak nie­co skrzy­wio­ne. Kon­wer­sa­cja z ro­dzi­cem, któ­ry ma pod opie­ką małe dziec­ko, jest jak roz­mo­wa z cho­rym na ze­spół To­uret­te’a. Ni­g­dy nie wiesz, z czym wy­strze­li.

– Nowy pro­jekt. – Pa­trzy­łam na małe tor­na­do bie­ga­jące po moim sa­lo­nie, aż się od tego zmęczy­łam. To ja już chy­ba wolę, jak moje py­sku­ją. Dzie­cię na chwi­lę uda­ło się do ta­tu­sia, więc Do­mi­ni­ka mo­gła na­resz­cie się wy­pro­sto­wać i wy­gląda­ła jak czło­wiek, a nie ne­an­der­tal­czyk.

– Wiesz co, ja to się chy­ba jed­nak na­pi­ję – stwier­dzi­ła. A pi­sa­li w mądrych ksi­ążkach, że dziec­ko to cud. Cud to jest chy­ba wte­dy, jak przez go­dzi­nę nie chcesz go od­dać do ad­op­cji!

Do domu wró­cił Pio­trek z im­pre­zy uro­dzi­no­wej. Był w szam­pa­ńskim hu­mo­rze.

– Cze­ść wszyst­kim – przy­wi­tał się.

– Cze­ść, Pio­truś. Ale ty wy­ro­słeś! – uśmiech­nęła się Do­mi­ni­ka.

– I jak, syn­ku, faj­nie było? – za­py­ta­łam.

– Bar­dzo, naja­dłem się tyle sło­dy­czy, że chy­ba pusz­czę pa­wia – oznaj­mił z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią. Czy­li jed­nak to nie był szam­pa­ński hu­mor, tyl­ko de­lir­ka po przedaw­ko­wa­niu cu­kru.

– A co ja mó­wi­łam? Że­byś nie jadł ich za dużo.

– No i nie ja­dłem, bo jesz­cze nie pu­ści­łem – skwi­to­wał.

Mo­men­tal­nie tuż obok nas zja­wi­ła się Amel­ka za­in­te­re­so­wa­na ko­lej­nym do­mow­ni­kiem.

– O, małe dziec­ko – za­uwa­żył Pio­trek.

– Przy­wi­taj się z chłop­cem, ko­cha­nie – po­wie­dzia­ła prze­mi­ło Do­mi­ni­ka.

– Gol – ode­zwa­ło się tor­na­do mo­no­sy­la­bą.

– Co „gol”? – zdzi­wił się Pio­trek.

– Nic, nic – uśmiech­nęłam się, czu­jąc się jak w ja­ki­mś cze­skim fil­mie.

– Lubi grać w pi­łkę – wy­tłu­ma­czy­ła moja ko­le­żan­ka. Ta, lubi też jeść zie­mię, ssać ba­te­rie z pi­lo­ta i ci­ągnąć za fi­ran­ki.

– A, to ja jej dam, je­śli chce. – Syn chciał nie­ść po­moc. Dla­cze­go ja go wy­cho­wa­łam na tak do­bre­go chłop­ca? Może szy­by w oknach są brud­ne, ale przy­naj­mniej całe!

Dzie­cię uda­ło się z nim do po­ko­ju. Tuż za nim chcia­ła podążyć Do­mi­ni­ka.

– Daj spo­kój, za­raz wró­ci... nie­ste­ty – od­po­wie­dzia­łam i za pó­źno ugry­złam się w język, bo do­strze­głam, że ko­le­żan­ka ma pra­wie łzy w oczach.

Przy­łączy­ły­śmy się do pa­nów. W po­ko­ju roz­cho­dził się za­pach cy­gar. Ca­ring­to­ny się zna­la­zły. Kry­zys wie­ku śred­nie­go przy­sze­dł jed­nak szyb­ciej, niż my­śla­łam. Czy­żby nad­cho­dził ta­kże czas na wy­mia­nę żon na młod­sze glo­no­ja­dy?

Do­mi­ni­ka nie wy­trzy­ma­ła na­pi­ęcia i po­bie­gła do po­ko­ju dzie­ci. Przy­jem­na ci­sza dud­ni­ła w uszach i na­wet już mi ten dym nie prze­szka­dzał. Mia­łam za to pew­no­ść, że nikt nie po­gry­zie mi ka­na­py. Po­sta­no­wi­łam, że i ja po­łech­cę swo­je pod­nie­bie­nie wy­so­ko­pro­cen­to­wy­mi bąbel­ka­mi, gdy usły­sza­łam dźwi­ęk tam­bu­ry­nu.

– Nie zna­le­źli­śmy pi­łki, za to Amel­ci bar­dzo spodo­bał się ten in­stru­ment – po­wie­dzia­ła ura­do­wa­na Do­mi­ni­ka.

To się nie dzia­ło na­praw­dę. Dzie­ciak ka­to­wał tam­bu­ryn, na­pie­prza­jąc w nie­go bez prze­rwy. Osten­ta­cyj­nie pa­trzy­łam na ze­ga­rek, ale nie­ste­ty nikt się nie kap­nął, że to znak, że trze­ba już iść. Brzęcze­nie sły­chać było w ca­łym miesz­ka­niu. To było na tyle z na­szych i tak prze­ry­wa­nych ni­czym sto­su­nek roz­mów. Kon­cert tor­na­da trwał w naj­lep­sze przy akom­pa­nia­men­cie okla­sków Do­mi­ni­ki. Tyl­ko Ru­bi­ka bra­ko­wa­ło.

Po pew­nym cza­sie chy­ba Mar­ci­no­wi na­pi­ęła się ży­łka, bo po­pro­sił, aby có­recz­ka za­prze­sta­ła wy­stępów. Po krót­kich ne­go­cja­cjach za­brał jej za­baw­kę, co nie spo­tka­ło się ze zro­zu­mie­niem ma­łej ar­tyst­ki. Dzie­ciak był nie­prze­jed­na­ny i za­czął pisz­czeć jesz­cze gło­śniej niż tam­bu­ryn, więc in­stru­ment znów do nie­go tra­fił. Tym ra­zem Amel­ka usia­dła w kącie, a my wró­ci­li­śmy do roz­mo­wy. O dzi­wo, nie było na­wet spe­cjal­nie gło­śno. Może i jej się w ko­ńcu ba­te­rie wy­czer­pa­ły.

Ale gdy wła­śnie na­le­wa­łam so­bie wino, usły­sza­łam wiel­ki płacz.

– Amel­ciu, ko­cha­nie, co ty zro­bi­łaś?! – krzyk­nęła roz­pacz­li­wie Do­mi­ni­ka. Wszyst­kie oczy zwró­ci­ły się ku niej. Dia­beł wcie­lo­ny wło­żył so­bie na gło­wę tam­bu­ryn, któ­ry nie chciał ze­jść.

– Mar­cin, wi­dzisz? Po­móż mi, trze­ba coś z tym zro­bić! – pa­ni­ko­wa­ła ko­le­żan­ka.

– Amel­ciu, daj, ta­tuś ci zdej­mie. – Oj­ciec usi­ło­wał sta­nąć na wy­so­ko­ści za­da­nia, jed­nak ka­żdy ruch in­stru­men­tu w górę po­wo­do­wał ocie­ra­nie się o uszy i jesz­cze wi­ęk­szy krzyk dziec­ka.

– Zo­staw! Co ro­bisz?! Prze­cież krew jej leci! – krzy­cza­ła Do­mi­ni­ka. Sta­li­śmy obok z Wojt­kiem, nie bar­dzo wie­dząc, jak po­móc.

– Może trze­ba prze­ci­ąć – za­pro­po­no­wał ze spo­ko­jem mężu.

Do po­ko­ju przy­bie­gli Ka­sia i Pio­trek.

– O ja! XD! – za­re­ago­wa­li no­wo­mo­wą.

– Nic nie będzie­my prze­ci­nać! – hi­ste­ry­zo­wa­ła Do­mi­ni­ka.

– Ko­cha­nie, spo­koj­nie, może to do­bry po­my­sł – wtó­ro­wał Wojt­ko­wi Mar­cin. Whi­sky zde­cy­do­wa­nie ich roz­lu­źni­ła i wpły­nęła na punkt wi­dze­nia.

– Asia! Ubie­raj się! – usły­sza­łam na­gle.

– Ale prze­cież je­stem ubra­na, coś nie tak? – Spoj­rza­łam na sie­bie nie­pew­nie. Może nie była to naj­now­sza kre­acja hau­te co­utu­re, ale na­praw­dę ją lu­bi­łam.

– Je­dzie­my do szpi­ta­la! – za­rządzi­ła Do­mi­ni­ka.

– Do szpi­ta­la? Po co?

– Mu­szą nam ja­koś po­móc!

– Do­mi­nicz­ko, może jed­nak sami so­bie z tym po­ra­dzi­my – wtrącił Mar­cin.

– Nie mów do mnie te­raz. Wiem, co ro­bię – od­po­wie­dzia­ła.

– Po­ja­dę z wami – upie­rał się.

– Nie, ty pi­łeś, jadę z Asią.

Ze stra­chu pręd­ko wło­ży­łam już je­den but, ale nie by­łam pew­na, czy mam wkła­dać dru­gi, bo nie wie­dzia­łam, jak sko­ńczy się pierw­szy akt dra­ma­tu. W zwi­ąz­ku z tym sta­łam jak cza­pla w ocze­ki­wa­niu na roz­wój sy­tu­acji. Za chwi­lę zna­la­zły­śmy się jed­nak w sa­mo­cho­dzie – my dwie oraz mały czło­wiek or­kie­stra.

– Amel­ciu, już je­dzie­my do pana dok­to­ra. – Do­mi­ni­ka nie prze­sta­wa­ła mó­wić, a dziec­ko pła­kać. Przy ka­żdym ru­chu dziew­czyn­ki sły­chać było dźwi­ęk tam­bu­ry­na. A gdy­by tak po­sta­wić ją na sta­rów­ce i po­ło­żyć ka­pe­lusz na drob­ne?

– Mat­ko, zo­bacz, już jej się uszy na­de­rwa­ły przez to wszyst­ko.

– Nie przej­muj się, do­szy­ją, sko­ro na­wet ko­ńczy­ny przy­szy­wa­ją – chcia­łam do­dać jej otu­chy.

– Je­zus Ma­ria, będą ją szyć? Taką małą? – la­men­to­wa­ła ko­le­żan­ka. „Nie, po­cze­ka­ją jesz­cze ze trzy lata” – mia­łam ocho­tę wy­pa­lić.

– Do­pó­ki moje dzie­ci nie sko­ńczy­ły dwóch lat, by­łam z nimi w szpi­ta­lu co naj­mniej kil­ka razy: prze­ci­ęta war­ga, zwich­ni­ęty nos, zła­ma­ny nad­gar­stek – wy­li­cza­łam jak ra­so­wa mama.

– No już do­brze, ko­cha­nie, za­raz będzie­my u pana dok­to­ra – mó­wi­ła Do­mi­ni­ka do Amel­ki, praw­do­po­dob­nie wy­pie­ra­jąc moje sło­wa do­ty­czące dzie­ci­ęcych wy­pad­ków.

Włączy­łam ra­dio. Nie po­wiem, mu­zy­ka ca­łkiem do­brze kom­po­no­wa­ła się z tym tam­bu­ry­nem.

Pod­je­cha­ły­śmy pod szpi­tal. Do­mi­ni­ka wzi­ęła dziec­ko pod pa­chę i z pręd­ko­ścią świa­tła po­bie­gła na ostry dy­żur. Był so­bot­ni wie­czór. Pró­bo­wa­łam zna­le­źć od­po­wie­dź na py­ta­nie, dla­cze­go wła­śnie ja mu­szę go spędzać w ten spo­sób. Czy to ja­kaś kara za nie­na­chal­ny sto­su­nek do ku­li­na­riów?

– Do­bry wie­czór, pil­nie po­trze­bu­je­my le­ka­rza. Moja cór­ka wło­ży­ła na gło­wę in­stru­ment i na­de­rwa­ła so­bie uszy. – Do­mi­ni­ka rzu­ci­ła się na pie­lęgniar­kę, trzy­ma­jąc Amel­kę na ręce. Ka­żdy jej ruch spra­wiał, że tam­bu­ryn grał. Wszy­scy zwró­ci­li na nas uwa­gę. Ja roz­wa­ży­ła­bym zgło­sze­nie ma­łej do Mam ta­lent!

– Mo­ment – od­po­wie­dzia­ła nie­spiesz­nie pie­lęgniar­ka. Gdy­by Do­mi­ni­ka z nogą pod pa­chą przy­szła, to może by ją ru­szy­ło.

– Tu nie ma na co cze­kać! – Ko­le­żan­ka dzwo­ni­ła dziec­kiem.

– Tu­taj jest nu­me­rek i pro­szę cze­kać, aż się wy­świe­tli. Ma pani ko­lor zie­lo­ny – stwier­dzi­ła pie­lęgniar­ka bez wi­ęk­szych emo­cji. Pew­nie nie ta­kie tam­bu­ry­ny na gło­wach wi­dzia­ła.

– Jak to zie­lo­ny? – za­py­ta­ła Do­mi­ni­ka.

– Bo nie ma za­gro­że­nia ży­cia, dro­ga pani – wy­ce­dzi­ła przez zęby ko­bie­ta.

– No jak nie ma?! – pa­ni­ko­wa­ła ko­le­żan­ka, a ja ob­sta­wia­łam, że ko­lor zie­lo­ny jest prze­zna­czo­ny dla pier­dol­ni­ętych ma­tek. Je­śli zaś cho­dzi o za­gro­że­nie ży­cia, to jesz­cze chwi­la, a Do­mi­ni­ka sama będzie mu­sia­ła usta­wić się w ko­lej­ce.

– Cho­dźmy, to szyb­ko mi­nie. – Wzi­ęłam ją ner­wo­wo pod rękę, bo ina­czej za­męczy­ła­by tę bied­ną ko­bie­tę, i po­sa­dzi­łam ra­zem z czło­wie­kiem or­kie­strą na krze­se­łkach. Sama za­częłam krążyć wo­kół dla za­bi­cia cza­su. Mia­łam dość Do­mi­ni­ki, tam­bu­ry­nu oraz ca­łej tej hi­sto­rii. Za­dzwo­ni­łam do Wojt­ka i po­wie­dzia­łam, że tro­chę tu po­sie­dzi­my, bo co chwi­la do le­ka­rza wcho­dził ktoś z po­wa­żny­mi ura­za­mi, a nie my z na­szą gra­jącą tru­pą.

W pew­nej chwi­li usły­sza­łam zna­jo­my głos:

– Tat­ko, za­cze­kaj. Nie tu­taj. To szpi­tal dla dzie­ci. – Ja­kaś ko­bie­ta ci­ągnęła star­sze­go pana za rękę.

– Ba­śka? Co ty tu ro­bisz? – za­wo­ła­łam, gdy do­strze­głam, kto to.

– Dżo­ana? Dżi­zas, co za spo­tka­nie! – Ba­śka ro­zej­rza­ła się wo­kół.

– Ja przy­szłam z tym girls­ban­dem. – Wska­za­łam na Do­mi­ni­kę z Amel­ką. Ba­śka par­sk­nęła śmie­chem. – No a ty? – za­py­ta­łam po­now­nie. Wiem, że w pew­nym wie­ku wi­ęcej roz­ma­wia się o cho­ro­bach niż o ko­chan­kach, ale spo­tka­nia w szpi­ta­lu na­dal po­zo­sta­ją rzad­ko­ścią.

– Przy­je­cha­łam z tatą. Pa­mi­ętasz go? Tato, to moja przy­ja­ció­łka, Jo­an­na, a to mój tata, Sta­ni­sław. Tyl­ko po­my­li­li­śmy od­dzia­ły, jak mó­wi­łam, ta­tu­siu – po­wie­dzia­ła, spo­gląda­jąc na nie­go wy­mow­nie.

Przy­wi­ta­łam się i, na­uczo­na do­świad­cze­niem, zmie­rzy­łam go wzro­kiem, wy­pa­tru­jąc, z czym tu­taj przy­był.

– A co jest ta­tu­sio­wi? – za­py­ta­łam po ci­chu.

– Wła­śnie o to cho­dzi, że nic, jak zwy­kle! Wczo­raj rze­ko­mo po­łk­nął ta­blet­ki na­sen­ne. Naj­pierw prze­czy­tał, ja­kie są skut­ki ubocz­ne, i gdy rano się obu­dził, to oczy­wi­ście wszyst­kie u sie­bie za­uwa­żył. A to nie były żad­ne ta­blet­ki na­sen­ne, tyl­ko an­ty­kon­cep­cja dla psa, któ­rą wzi­ął przez po­my­łkę! Tyl­ko nie dał so­bie tego wy­tłu­ma­czyć!

– To chy­ba jesz­cze lep­sze niż ten tam­bu­ryn – ucie­szy­łam się jak dziec­ko. Nie tyl­ko ja mia­łam so­bo­tę z tak zwa­nej dupy.

– A tak w ogó­le to co u cie­bie? Daw­no się nie wi­dzia­ły­śmy. Kie­dy ty z tej Ko­lum­bii wró­ci­łaś? – za­py­ta­łam, bo za Ba­śką trud­no było nadążyć. Była pod­ró­żu­jącym po świe­cie wol­nym elek­tro­nem. Co rusz znaj­do­wa­ła inne źró­dła za­rob­ko­wa­nia. Przez dłu­gi czas pra­co­wa­ła jako sce­no­graf­ka, ale po­sta­no­wi­ła zro­bić so­bie prze­rwę. Na ra­zie bez daty po­wrot­nej.

– No już ja­kiś czas temu i na ra­zie mam ta­kie wła­śnie atrak­cje. – Wska­za­ła na Sta­ni­sła­wa, któ­ry ner­wo­wo prze­bie­rał no­ga­mi.

– Ba­sie­ńko, cho­dźmy już – po­spie­szał moją przy­ja­ció­łkę.

– Idę, tat­ko. Dżo­ana, mu­szę iść, bo nie od­pu­ści. Wy­star­czy, że le­karz prze­pi­sze mu ru­ti­no­scor­bin, mo­men­tal­nie po­czu­je się le­piej. On po pro­stu ko­cha bia­łe ki­tle. Ko­niecz­nie mu­si­my się spo­tkać. Wszyst­kie ra­zem. Za­dzwo­nię do cie­bie po­tem. Pa­aaaaa! – I po­bie­gła. Cała ona. Wiecz­nie w po­śpie­chu na ró­żnych sze­ro­ko­ściach geo­gra­ficz­nych.

Wró­ci­łam do swo­je­go girls­ban­du. Po wie­lo­go­dzin­nych ocze­ki­wa­niach Do­mi­ni­ka do­sta­ła się do le­ka­rza. Dzi­ęki fa­cho­wej po­mo­cy ma­gi­ków od spraw nie­mo­żli­wych gło­wa Amel­ki zo­sta­ła uwol­nio­na od tam­bu­ry­nu, uszy opa­trzo­ne i mo­żna było je­chać do domu.

By­łam po­twor­nie zmęczo­na. Pa­no­wie, o dzi­wo, sta­nęli na wy­so­ko­ści za­da­nia. Dzie­ci spa­ły, a na sto­le cze­ka­ła go­rąca ko­la­cja. Było jed­nak już tak pó­źno, że nasi zna­jo­mi po­sta­no­wi­li po­je­chać do sie­bie. Nie po­wiem, że­bym ja­koś spe­cjal­nie ich za­trzy­my­wa­ła.

Usia­dłam na chwi­lę na ka­na­pie i na­la­łam so­bie wina, nie uda­ło mi się go jed­nak wy­pić. Czy tak ma wy­glądać ży­cie, że ci­ągle dzie­je się coś nie­za­po­wie­dzia­ne­go? Moje oczy uzna­ły, że pój­dą spać, nie kon­sul­tu­jąc tego ze mną.

W nie­dzie­lę na wszel­ki wy­pa­dek wy­łączy­łam te­le­fon. Jesz­cze ktoś ze­chce nas od­wie­dzić. Mimo wol­ne­go dnia mia­łam już syn­drom po­nie­dzia­łku. Go­ni­twa my­śli, przy­go­to­wa­nie dzie­ci do lek­cji, i w ten oto ma­gicz­ny spo­sób ko­lej­ny week­end prze­le­ciał jak dzi­siej­szy obiad przez je­li­ta.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki
Przy­go­to­wa­nie okład­ki do dru­kuKa­ro­li­na Że­la­zi­ńska
Ilu­stra­cja na okład­ceAde­la Pod­gór­ska
Zdjęcie au­tor­kiDa­rek Le­wan­dow­ski
Re­dak­cjaBe­re­ni­ka Wil­czy­ńska
Ko­rek­taTe­re­sa Zie­li­ńska Ju­sty­na Do­ma­ga­ła
Co­py­ri­ght © by Jo­an­na Mo­ko­sa-Ry­kal­ska, 2022 Co­py­ri­ght © Wiel­ka Li­te­ra Sp. z o.o., War­sza­wa 2022
ISBN 978-83-8032-818-1
Wiel­ka Li­te­ra Sp. z o.o. ul. Ko­sia­rzy 37/53 02-953 War­sza­wa
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.